Od kilku lat zmieniam konsekwentnie styl swojego życia, swoje nawyki i przyzwyczajenia. Z roku na rok mam w sobie coraz więcej energii oraz szacunku do własnego ciała. Umiem dużo lepiej zarządzać swoim czasem, emocjami, energią. Staram się żyć zgodnie z moim naturalnym rytmem i... nikt mi nie wmówi, że "już wszystko zmieniłam i nadal nic" - jeśli tak jest, to znaczy że coś robisz źle.
Dziś podzielę się z Wami swoimi 5 kluczowymi czynnikami, które wpływają na jakość mojego snu. Mam nadzieję, że wyciągniecie z nich coś dla siebie i przefiltrujecie przez swoje potrzeby.


To jest punkt, bez którego nie wyobrażam sobie swojego życia. Odpowiedni relaks przed snem to podstawa wysypiania się. O co chodzi? Między innymi o to, że większość z nas, przed snem jeszcze w łóżku patrzy się... w telefon. Jaki to ma związek z naszym snem? Bardzo duży. Najprościej tłumacząc: jest noc, jest ciemno i jest to pora spania. Powinna wytwarzać się melatonina odpowiedzialna za nasz sen. Tymczasem my świecimy sobie w oczy światłem niebieskim. Melatonina to hormon snu, odpowiedzialny za regulowanie zegara biologicznego - reguluje cykl snu i czuwania.
Siedząc do późna w nosem w telefonie bądź przed telewizorem, wydzielanie tego hormonu jest zaburzone, w efekcie źle śpimy, przebudzamy się bądź budzimy się niewyspani.
Moja rada? Na minimum godzinę przed snem, całkowicie zrezygnuj ze światła niebieskiego. Wykorzystaj ten czas na wyciszenie i relaks, to przygotuje Twoje ciało do snu, wyciszy je i odpowiedni zestroi z naturalnym rytmem. Ja wykorzystuję ten czas na medytację, która ma zbawienny wpływ na jakość snu. Może to być po prostu słuchanie relaksacyjnej muzyki i głęboki oddech. Możesz poczytać książkę... Wybierz to co dla Ciebie najlepsze.
Zgodnie z ajurwedą, powinniśmy kłaść się max. do 22 ponieważ o 23 jest najbardziej wartościowy sen. Wstawać powinniśmy max. do 6:30. Spokojnie. Dla mnie też była to kiedyś abstrakcja. Ciężko zmienić przyzwyczajenia, z którymi się żyło ponad 20 lat, ale wierzcie mi - da się.
Jeśli prześpimy 6:30 - najpewniej obudzimy się dużo bardziej zmęczeni i niewyspani. Znacie to? Dzwoni budzik o 6:00 i nawet nawet bylibyście w stanie funkcjonować, ale... łóżko kusi i kładziecie się spać ponownie. O 8:00 dzwoni budzik a wy czujecie się jak ... zwłoki. Ja znam to bardzo dobrze!
Pamiętajcie, że żeby wyrobić w sobie nawyk trzeba ok. 20 dni. Na początku to będzie męka, ale podziękujecie sobie w przyszłości.
Przekonałam się o tym na własnej skórze i zawsze będę to wszystkim powtarzać: dobry materac to podstawa dobrego snu.
Kilka tygodni temu przyszło do mnie nowe cudo od Sembella - materac hybrydowy. Jest to połączenie pianki i sprężyn kieszeniowych. Uważam, że ten produkt to takie ferrari wśród materacy. Pierwszej nocy materac wydawał mi się dość twardy - ale nie była to dla mnie wada, wręcz przeciwnie. Spało mi się na nim baaardzo dobrze. Rano byłam wypoczęta i nie miałam wrażenia, że jestem cała połamana.
Jedną z fajniejszych rzeczy w tym materacu jest to, że ma symetryczną budowę. Można go obracać wokół obu osi co pozwoli nam wydłużyć jego żywotność i utrzymać pierwotną twardość.


Dlaczego przy materacach tego typu możemy odnieść wrażenie, że są zbyt twarde? Często jest to wynik spania na w przeszłości na źle dobranym bądź starym materacu. Wtedy musimy dać sobie trochę czasu, żeby nasze mięśnie dopasowały się do materaca.
Fajną rzeczą jest gwarancja 90 dni testów materaca, ale z racji tego, że przez mniej więcej 30 dni nasze kręgosłupy przyzwyczajają się do zmiany podłoża, to dopiero po 30 dniach spania na materacu można powołać się na gwarancję.



Pytałyście mnie o ceny. Na platformie sprzedażowej Sembella jest możliwość wybrania dystrybutora z najniższą ceną. Dostawa jest darmowa. Jest również możliwość wniesienia materaca, ale wtedy cena uzależniona jest np. od piętra w bloku.
Moje wrażenia? Dla mnie materac jest idealny. Posiada dużo właściwości na jakich zależało mi kierując się tym, że obie z Polą jesteśmy alergiczkami. Dla mnie sen jest bardzo ważnym elementem życia i dobór materaca to coś, czemu zawsze poświęcam dużo czasu.
Mój model materaca to ComFEEL® Speed .Początkowo myślałam, żeby wybrać materac piankowy, ale ostatecznie wybrałam hybrydowy ze względu na połączenie pianki i sprężyn – zatem wygrał model Speed – i to był dobry wybór :)
Jeśli macie jeszcze jakieś pytania - śmiało! Wiem, że zakup materaca trzeba przemyśleć i rozważyć wszystkie za i przeciw, zatem jeśli tylko będę miała wystarczającą wiedzę, postaram się Wam pomóc :)

Zawsze przed snem, kładę sobie na oczy opaskę z wypełnieniem z siemienia lnianego. Przez odcięty dostęp do światła, zwiększa się wydzielanie melatoniny, więc rano czujemy się bardziej wypoczęci, zrelaksowani. Opaski są w 100 % naturalne. Materiał na zewnątrz to 100% certyfikowana bawełna, a wkład wybieramy zależnie od upodobań – może to być tak jak u nas siemię lniane, a może to być kasza jaglana albo gorczyca. Opaskę można podgrzać i zrobić z niej termofor – taki kompres jest idealny np. na problemy z zatokami.
Opaska delikatnie leży na Waszych gałkach ocznych i już w tym właśnie momencie, będziecie odczuwać jak Wasze oczy odpoczywają i jak z okolic czoła schodzi całe napięcie i stres. To jest naprawdę wspaniałe uczucie.
Nie ma dla mnie chyba nic gorszego niż objedzenie się przed samym snem. Nie dość, że źle wtedy śpię, to jeszcze wstaję jakbym zjadła w czasie snu 3 kebaby. Okropne uczucie! Staram się na min. 3 godziny przed snem zjeść ostatni posiłek. Musi on być lekki i zdecydowanie w moim przypadku nie mogą to być kanapki czy tłuste potrawy. Fajną opcją jest koktajl albo lekka sałatka.
To chyba takie najważniejsze wg mnie punkty, które mają wpływ na mój sen, a co za tym idzie - na moje samopoczucie z samego rana. Kiedyś wieczorami ćwiczyłam, teraz wiem, że za bardzo mnie to pobudza na samą noc. Wieczór to powinien być czas wyciszenia, żeby nasze ciało zgodnie z naturalnym rytmem, szykowało się do snu. Od mniej więcej 20 nie ma już w moim domu muzyki, filmów itp. Z wyjątkiem oczywiście moich wieczorków z netflixem, ale to ostatnio taka rzadkość, że zapominam już jak to jest ;)
Od przebiegu naszego wieczoru i naszej nocy, zależy nasz poranek, a od naszego poranku... cały dzień. Widzicie jak to wszystko się ze sobą łączy? Każdy człowiek ma swój naturalny rytm i kiedy jest on zaburzony - rozwala to nie tylko nasze samopoczucie, ale też całą naszą gospodarkę hormonalną.
Zacznijmy żyć bardziej świadomie i w zgodzie z naszym zegarem. To zdecydowanie ułatwi nam nasze życie.







Za to, że mam pracę. Za to, że mam w sobie tak ogromną motywację i masę pomysłów. Za to, że zarabiam pieniądze. I za to, że stale stwarzam sobie możliwości do tego, by w tak trudnych czasach - piąć się w górę i rozwijać swój biznes.
W nowej firmie, do której dołączyłam, w 3 tygodnie zrobiłam to co inni robią przez pół roku. Jestem już wymęczona, bo dziennie pracowałam po jakieś 16/17 godzin. Zarywałam noce, nie ćwiczyłam i ... beznadziejnie jadłam.
Przybyło mi to i ówdzie, chwilę po tym jak publicznie się pochwaliłam, że nie mam już od miesięcy problemów z wagą :P Ale nie robię sobie wyrzutów - wiem, że sukces ma swoją cenę. Dlatego nawet moja córka wiedziała, że to jest czas, w którym bardziej muszę skupić się na pracy i że wiążę się to np. z wieczorami z nosem w komputerze, czego... nie robiłam od kilku lat.

Miałam dotychczas swój tryb: praca do 16, wolne weekendy. Ale też kiedyś musiałam ostro na taki tryb pracować. Potem była mała "laba" a teraz... teraz poczułam, że to jest mój czas, że znów chcę pójść wyżej i... znów muszę zapłacić cenę. I chcę ją zapłacić. Nic w życiu nie jest nam dane za darmo i wiem to doskonale, że na wszystko musimy sobie zapracować.
Ale... po kilku tygodniach takiego pracoholizmu, jestem już odrobinę wycieńczona. Brakuje mi ćwiczeń, czasu z córką i zdrowego jedzonka. I wiem, że... muszę przeorganizować sobie swój tryb na taki, który pozwoli mi ponownie na tych rzeczach się skupić.
Dlatego wzięłam tydzień wolnego od bycia mamą, żeby domknąć wszystkie grubsze, duże projekty i skupić się na nich w 100%. Za kilka dni Pola wraca, a ja mam zamiar... no właśnie. Jaki ja mam zamiar? ;)
Serio. Mam już dość siedzenia po nocach i budzenia się jak zombie. Będzie ciężko mi się przestawić na tryb zasypiania o 21 i wstawania o 5, zwłaszcza, że będzie ciemno - ale chcę tego i potrzebuję tego. Moją motywacją jest przede wszystkim to, żeby móc wyrobić się z pracą do max. 17 a potem tych kilka godzin skupić się na Poli. Obie tego potrzebujemy.
Ten czas z rana będzie czasem medytacji, wyciszenia, chwili z książką, treningu. A potem będę pełną parą ruszać z pracą.

I mam tutaj na myśli taki total offline. Z wyłączonym telefonem i laptopem. Na spacerze, albo pod kocykiem. Z ciepłym kubkiem kakao. Z książką. Z bitwą na poduszki z Poldunkiem. Jestem przebodźcowana i to tak maksymalnie :D 16 godzin dziennie spędzam z nosem w telefonie i kompie i myślę, że taki 1 dniowy offline będzie czymś idealnym dla mojej higieny umysłu.

Oj słabo mi to ostatnio szło. Pochłonęły mnie szkolenia, a książki były czytane naprawdę w minimalnych ilościach. I wyobraźcie sobie... nadał nie dokończyłam Anny Kareniny! Chyba zrobię to w w ten weekend. Chciałabym trochę odłożyć na bok książki rozwojowe, a poczytać więcej czegoś kojącego. Kocham Biegnącą z Wilkami, ale to książka dość trudna i sięgająca głęboko do naszej psychiki. A ja muszę odsapnąć. Może polecicie mi coś lekkiego?
Rany! Jak mi tego brakuje !!! Tego zmęczenia, tych endorfin. Powiem Wam, że przez te dwa tygodnie ciężkiego chorowania tak się wybiłam z rytmu, że... do tej pory nie mogę w niego wejść serio :D A przecież to było tylko 20/30 minut dziennie. A samopoczucie... na totalnie innym poziomie. To jak? Kto wraca do treningów z Pamelką i będzie codziennie rano wspierał mnie mentalnie? :D
Zdecydowanie potrzeba mi więcej natury. I choć nie cierpię zimna, to przyrzekam sobie samej, że będę opatulać się w milion warstw i będę odwiedzać warszawskie lasy i parki i cieszyć się spokojem i jesienno-zimową aurą.
Chyba nic nie działa na mnie lepiej niż regularna medytacja i wyciszenie z samego rana i przed samym snem. Ostatnio wróciłam praktykuję medytację w całkowitej ciszy. Staram się doświadczać TU i TERAZ, "skanować" swoje ciało, dostrzegać napięcia, które w nim są. Staram się odczuwać chwilę obecną całą sobą. Bez robienia niczego na siłę, bez frustrowania się, że myśli przychodzą i odchodzą. Po prostu sobie to obserwuję. Muszę tylko znów robić to regularnie.
No tak czuję, że po ostatniej chorobie nie doszłam w 100% do siebie, bo... nie miałam kiedy. W październiku poważnie zachorowałam i teraz jestem na 99% pewna, że miałam covid, w wyniku którego dopiero dostałam zapalenie nerek. Przeżyłam horror w swoich 4 ścianach i tak szczerze to myślałam, że umieram. Długo po tym nie mogłam dojść do siebie i byłam osłabiona i to wtedy zaczęło mi się zdrowotnie trochę sypać. Wróciłam jednak do suplementów, pomalutku wdrażam się znów w regularne, zdrowe jedzenie. Dołączę do tego umiarkowaną aktywność i zacznę normalnie sypiać. I wszystko wróci do normy :)
To nie jest tak, że już zwalniam totalnie z pracą, miesiąc tyrki i elo. Nie. Ale wiem, że muszę być jednak bardziej obecna, że muszę umieć zrobić sobie przerwę, że muszę umieć odpuścić kiedy zaczyna mi się "przegrzewać" mózg. Że muszę praktykować ten dzień offline i znów ćwiczyć swoją uważność. Ale wiecie co? Dobrze, że jestem tego świadoma. Moja praca jest dla mnie turbo ważna i mam ogromne cele, do których muszę tą sumienną pracą dojść. Wiem to. Ale co mi będzie po tych pieniądzach i celach, jeśli w między czasie stracę to co najważniejsze czyli... siebie?
Muszę złapać balans. Chociaż taki minimalny. I wiem, że mi się to uda.




Jedni przechodzą przez tą chorobę bezobjawowo, inni borykają się praktycznie z każdą z możliwych dolegliwości.
W moim przypadku, była to cała lista. Jedyne z czym nie miałam problemów to miesiączka oraz zajście w ciążę. Pozostałe objawy - zaliczone od A do Z.
W Polsce na niedoczynność tarczycy cierpi aż 4,3 mln (!!!) ludzi, z czego 1,6 mln choruje na hashimoto.

Jak sobie pomóc? Tak naprawdę wszystko zależy od tego, jakie konkretnie objawy dotyczą naszego przypadku.
Niejednokrotnie pisałam tutaj o krokach do odzyskania zdrowia w hashimoto takich jak:
Przede wszystkim - obserwuj własny organizm. Hashimoto wiąże się najczęściej z niedoborami składników odżywczych. Objawy są dla na jasnym sygnałem, czego naszemu organizmowi brakuje i czego udział powinniśmy zwiększyć w swojej diecie.
Poniżej pokażę Wam na prostym schemacie, jakie witaminy i składniki wpływają na dane objawy
Ja osobiście zrezygnowałam z dziesiątek kapsułek i od ponad pół roku stosuję tylko i wyłącznie Nutrivimix, który ma teraz w dodatku nowy skład:

Nutrivimix jest w formie proszku, który rozpuszcza się w wodzie. Dzięki płynnej formie, wchłanialność składników odżywczych jest większa i szybsza. 1 saszetkę pijemy raz dziennie. Pierwszą poprawę i zminimalizowanie objawów zauważyłam już po 2/3 tygodniach, ale tak naprawdę miesiąc systematycznego stosowania to zazwyczaj minimum, żeby cokolwiek zaobserwować.


Na porost włosów poza witaminami, mam wrażenie, że pomogła mi zmiana szamponu i maski. Miałam strasznie suche, łamliwe włosy, które obecnie z tygodnia na tydzień są w coraz lepszej kondycji. Działanie od wewnątrz ma tu oczywiście największy wpływ, ale nie zapominajmy o odpowiednio dobranej pielęgnacji.
PROBLEMY Z WAGĄ
U mnie sprawdza się przede wszystkim regularna aktywność fizyczna. Minimum trzy razy w tygodniu po 30 minut. Do tego czystek pity raz dziennie i napoje na bazie spiruliny. Fajnie podkręcają metabolizm i zapobiegają wzdęciom.
NIEPOKÓJ, KOŁATANIA SERCA
Tutaj najbardziej pomogły dwie rzeczy: eliminacja światła niebieskiego na min. 1 godzinę przed snem i na min. 1 godzinę po przebudzeniu oraz... MEDYTACJA. Nie znam lepszego sposobu na ukojenie nerwów, uspokojenie oddechu.
ZMĘCZENIE
Tutaj warto sprawdzić czy mamy odpowiednio dobraną dawkę leku i czy mamy odpowiedni poziom witaminy D3 i witaminy z grupy B. Warto skontrolować też żelazo i ferrytynę oraz zbadać nadnercza.
Co najlepiej działa na moje zmęczenie? Balans - pomiędzy pracą a relaksem. Przebywanie na świeżym powietrzu. Odpowiednia ilość snu i jego jakość.
Najgorzej wpływa na mnie brak ruchu, świeżego powietrza i nieregularne jedzenie. Jestem wtedy permanentnie zmęczona i ospała.
ZMIANA STYLU ŻYCIA
Tak naprawdę na wszystkie objawy składa się wiele czynników. Lepsze samopoczucie i droga do zdrowia, to szereg zmian i zmiana całego stylu życia.
Nic nam nie dadzą suplementy, jeśli będziemy prowadzić siedzący tryb życia 24 na dobę i nie zdrowo jeść. Nic nam nie da jarmuż jedzony garściami, jeśli nie poukładamy sobie w głowie.
Wiem, że każdy z nas szuka jakiejś magicznej recepty czy sposobu - ale tak naprawdę najważniejsze są tutaj podstawy, które wbijam do głowy wszystkim NON stop. Lekarze zamiast leków powinni priorytetowo zlecać zmianę trybu życia.
Zdrowe jedzenie, sen, aktywność fizyczna, medytacja, suplementy, pozytywne nastawienie do życia - to właśnie te rzeczy są kluczowymi czynnikami, które mogą nam pomóc odzyskać zdrowie. Trzeba tylko naszej pracy, pokory, konsekwencji i... cierpliwości. Zmiana trwa. Ale czas i tak upływa, więc... czemu nie zacząć jej od teraz?
Powodzenia!
Zacznę spokojnie, od tego co mam. Dlatego dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami swoimi urodowymi perełkami, które mam już w swojej toaletce od wielu miesięcy, ale teraz są moimi TOP w tym jesienno-zimowym okresie. Tak już mam, że pewne odcienie pomadek czy podkładów, a nawet zapachy, bardziej pasują mi jesienią, inne lepsze są latem.
Jesień to dla mnie mocne kolory na ustach, bronzer na policzkach i zapachy, które kojarzą mi się z lasem, drzewami i naturą.
Pozwólcie, że podzielę się zatem z Wami moimi trzema perełkami, o które dbam z największą możliwą troską i uwagą :P Szminka to mój prezent na Dzień Kobiet, a woda to prezent urodzinowy. Zdecydowanie w tym roku zostałam obdarowana rzeczami, które idealnie do mnie pasują.
Dużo miałam w swoim życiu różnych zapachów, ale ten zdecydowanie jest obecnie moim numerem jeden i kocham go całym swoim sercem. Uwielbiam design wód Jo Malone i uwielbiam ich specyficzne zapachowe mieszanki.
Mój zapach to Honeysuckle & Davana - niesamowita kompozycja, w której najważniejszym składnikiem jest angielski wiciodrzew. Woda ma lekką, kwiatową nutę, nie za intensywną ale na tyle wyczuwalną, by się zachwycić i nie przejść obok niej obojętnie.
Ciężko jest słowami opisać zapach, ale ten jest dla mnie taki... otulający. Myślę, że to odpowiednie słowo :)


Pomadka do ust w sztyfcie z pierwszej linii kosmetyków kolorowych sygnowanej przez markę Kilian. Linia nazywa się La Rouge Parfum i ... podobnie jak przy Jo Malone. Jestem zakochana w designie, zapachu i całym pomyśle na ten produkt. Ta szminka ma też dla mnie wartość sentymentalną. Dostałam ją z okazji Dnia Kobiet i ten dzień był dla mnie pewnym przełamaniem swoich słabości a ostatecznie zakończył się triumfem. Od tamtej pory szminka ta jest dla mnie symbolem mojej kobiecości, pewności siebie i poczucia własnej wartości. Już zawsze będzie przypominała mi o tym, że zasługuję na wszystko co najlepsze.


To moja perełka od Resibo. Unikałam tego kremu latem, bo wystarczające glow miałam od promieni słońca, ale teraz jest idealny okres by na nowo wrócić do jego używania. Nie wiem czy znacie produkty Resibo. Ja miałam ich już trochę. Balsamy, żele myjące, kremy - każda rzecz jest absolutnym hitem. Krem zawiera połyskujące drobinki, które dopasowują się do każdego typu cery. Będziecie zachwycone!

Produkty tego typu zawsze wybieram sobie w perfumerii Douglas. No uwielbiam tam chodzić, poznawać kosmetyczne nowości i wybierać sobie perełki na kolejne okazje. Mam teraz takie postanowienie, żeby raz w miesiącu kupować sobie jedną rzecz z mojej listy MUST HAVE. Przejrzałam ostatnie nowości i trendy na tegoroczną jesień. Staram się być bardziej obeznana w temacie i muszę przyznać, że zaczynam łapać bakcyla ;)

Jesienne trendy to zdecydowanie mocniejsze, kryjące podkłady i tutaj mam już swojego faworyta, mianowicie podkład od Estee Lauder - Double Wear. Latem zawsze wybieram kremy BB, ale zimą chciałabym postawić na coś bardziej kryjącego i myślę, że to będzie dobry wybór.
Jeśli chodzi o zapachy - mimo, że jestem miłośniczką mojego Jo Malone, to mam jednak swoje małe marzenie i jest nim zapach YSL... Black Opium. O rany... dostałam kiedyś próbkę i zakochałam się na amen.
Zauważyłam, że jesienne trendy na ten sezon to zdecydowanie cała gama różnych odcieni czerwonych szminek, metalicznych cieni do powiek i kosmetyków do stylizacji brwi. W ofercie perfumerii Douglas, jest tych produktów naprawdę sporo. Nie za bardzo lubię się z cieniami do powiek i nie po drodze mi z tym tematem, ale jeśli chodzi o czerwone szminki to mam już na swojej liście kilka i jedną z nich jest matowa pomadka do ust w sztyfcie od MAC - odcień Queen of Drag Lipstick. No jest obłędna!

Myślę, że jak na raczkującą w temacie #beauty, jestem całkiem spoko obeznana w kosmetycznych trendach :D Zaczynam myśleć też o tym, że to nie będzie całkiem głupi pomysł, jeśli wybiorę się na kurs makijażu. Ot tak, dla samej siebie. Skoro już weszłam w tą branżę, to wypadałoby coś umieć, prawda? ;)
Dajcie znać, jakie hity najlepiej sprawdzają się u Was w tym okresie i... na co polujecie? Może macie jakieś swoje małe kosmetyczne marzenia?
Koniecznie dajcie znać :)
Wiecie... ludzie często narzekają, że czują się źle, że coś im nie wychodzi - ale gdyby ich spytać co robią w kierunku tego, żeby to poprawić - to nie wiele rzeczy są w stanie wymienić. Za to jak z rękawa lecą im wszelkie ALE... ale ja nie mam czasu na ćwiczenia. ALE ja naprawdę nie jem dużo. ALE jak ja mam myśleć pozytywnie jak życie mi się wali.
Takie osoby wcale nie chcą zmienić swojego życia. Dobrze im w swojej strefie komfortu, w której nie muszą nic zmieniać. Oczywiście takie osoby będą mówić, że chcą - ale to nieprawda. Jeśli naprawdę czegoś chcesz - znajdziesz sposób, żeby to zrobić.
Zmiana mojego życia na lepsze zajęła wiele lat. I ta zmiana się nie kończy. Pracować nad sobą trzeba zawsze. Nie można powiedzieć dość i myśleć, że bez większego wysiłku już wszystko będzie dobrze.
Jestem obecnie w takim punkcie swojego życia, kiedy czuję się dobrze, wyglądam dobrze, mam wokół siebie wspaniałych ludzi, przyciągam do siebie dobre zdarzenia i sytuacje. Rozwijam się, spełniam, jestem szczęśliwa i mam w sobie PRAWDZIWY wewnętrzny spokój i równowagę. Kocham świat, ludzi i kocham siebie. Ale na ten piękny stan pracowałam latami, krok po kroczku pracując nad dobrymi nawykami. I na ten dobrostan składa się wiele maleńkich rzeczy, które połączone ze sobą - naprawdę odmieniają życie.

Postanowiłam spisać wszystko to, co składa się na mój dobrostan. Moje codzienne czynności, rutyna, dzięki której mam w życiu balans i czuję się dobrze i spokojnie pomimo intensywnego trybu życia i ogromu obowiązków i wyzwań.
Ten balans nie jest łatwy. Sama wychowuję 6 letnią córkę. Nie mam w pobliżu żadnej rodziny i nie korzystam z usług opiekunek. Prowadzę własną firmę, która obecnie rozwinęła się w spektakularny sposób. Zarządzam zespołem kilkudziesięciu ludzi. Niebawem wypuszczam na rynek nowy produkt.
Do tego wszystkiego nie zapominam o sobie. Znajduję czas na medytację, ćwiczenia i czas sam na sam ze sobą - bo tylko dzięki temu, mogę zachować spokój i dobrą energię, która pozwala mi temu wszystkiemu sprostać. Da się. Ale trzeba chcieć. I dać sobie na to czas.
Chciałabym podzielić się dzisiaj z Wami swoją listą, która wydrukowana wisi w moim mieszkaniu i codziennie przypomina mi o tym, co mi sprzyja i co wpływa pozytywnie na moje życie. Ta lista jest MOJA - nie patrzcie na nią zero jedynkowo, bo u każdego na dobrostan będą wpływać inne czynniki. Czemu jednak się nią dzielę? Żeby Was zainspirowała do stworzenia własnej. Żeby zmotywowała Was do pracy nad sobą, do obserwacji swojego życia i zrozumienia, co Wam służy, a co Wam szkodzi.
Moja lista wygląda tak:


To dwie kategorie, które są ściśle ze sobą powiązane. Żeby dobrze spełniać się w zadaniach z rozwoju, muszę przede wszystkim zadbać o spokojny umysł. Nie zawsze wychodzi mi wczesne wstawanie i kładzenie się spać, ale pozostałych punktów pilnuję jak oka w głowie. I to nie zawsze musi być 30 minutowa medytacja. Czasem to po prostu zamknięcie oczu i pooddychanie przez kilka minut. Działa cuda, a zajmuje to nam maleńką chwilę, którą i tak stracimy zapewne na social media albo wpatrywanie się w sufit. Pilnuję tego, by stale się rozwijać, choćby miało to być kilka nowych słówek ze słowniczka - to zawsze jakiś krok naprzód. Mózg potrzebuje stymulacji, rozwoju. Nie wyobrażam sobie życia, w którym się nie uczę.


Nie myślcie sobie, że każdego dnia biegam, ćwiczę na macie i robię rundki po schodach. Ale każdego dnia staram się zrobić COKOLWIEK. Niecodziennie też robię sobie domowe SPA, ale codziennie oczyszczam twarz i nakładam krem nawilżający. Jeśli chodzi o dietę, to podstawą jest tutaj woda, warzywa i suplementy na moje hashimoto.

To również ważna sfera. Bazuję na intuicji, ale ta lista przypomina mi zawsze o rzeczach, które dobrze działają na mnie i na Polę, na jej wrażliwość i na naszą relację. Spacer, czytanie książek, nasze wieczorne rozmówki i modlitwa. To wszystko sprawia, że Pola pomimo wysokiej wrażliwości, doskonale radzi sobie ze swoimi emocjami, umie je regulować i przede wszystkim - to wszystko umacnia naszą więź.
PAMIĘTAJ !!!
To NIE JEST LISTA TO DO. To nie jest lista, na której codziennie nerwowo odhaczam czy coś zrobiłam czy nie. Czasem nie robię z tej listy ponad połowy rzeczy, bo tak mi się potoczył dzień, bo nie chciałam, bo tak wyszło. Ale ta lista to mój kompas. Który wyznacza mi drogę i przypomina o tym, co jest dla mnie dobre.
Każda z Was, może stworzyć swoją. Nie po to, by kurczowo się jej trzymać i robić sobie wyrzuty jeśli nie uda się wszystkiego zrealizować ale po to, by po każdym zerknięciu na listę, przypominać sobie o tym co sprawia, że czujemy się dobrze. I konsekwentnie do tych nawyków powracać.
Jestem ciekawa co takiego znajduje się na Waszej liście. Jakie nawyki Wam służą, a jakie wręcz przeciwnie? Ja zdecydowanie najgorzej czuję się wtedy, kiedy wpadam w tryb oglądania seriali po nocach, objadania się i łączę to z brakiem aktywności. Dla mnie to jest prosta droga do wielkiego, psychicznego dołka.
Pamiętajcie, że robiąc w życiu rzeczy łatwe, mamy w życiu trudniej. Robiąc rzeczy trudne, mamy w życiu łatwiej. Leżenie dzień w dzień do późna przed tv może i jest dla nas przyjemnością, ale w dłuższej perspektywie jedynie ciągnie nas w dół i nie działa na nas korzystnie. Ruszenie tyłka i zrobienie czegoś wymagającego większego wysiłku może i będzie trudniejsze... ale zdecydowanie bardziej korzystne dla naszego nastroju i zdrowia.
Wierzcie mi... warto :)
Jest to trochę uciążliwe, że jeśli już nawet dojdziemy do wymarzonej wagi, lub takiej no... akceptowalnej, to później zwyczajnie ciężko jest tą wagę utrzymać.
Ktoś zdrowy powie - co za problem. Ja to widzę inaczej. Owszem, żyjemy w pięknych czasach, w których jak mantrę powtarza się nam: DEFICYT KALORYCZNY! - i my to wiemy, ale w praktyce ten deficyt taki prosty nie jest, zwłaszcza przy szalejących hormonach i metabolizmie, który pod wpływem złej diety drastycznie zwalnia. Z roku na rok, wcale nie jest łatwiej.
Powiało trochę pesymizmem - wiem. Ale wolę zacząć szczerze, żeby pokazać Wam, że zdaję sobie sprawę, że jest zwyczajnie trudno. Walki o zdrowie i wymarzoną wagę nie ułatwi nam ktoś, kto nie ma z tym problemu (mimo tego, że choruje) i powie nam: słuchaj przestań tyle żreć i schudniesz!
To czasem też jest metoda i wielu ludzi tyje bo woli zasłaniać się chorobą niż coś ze sobą zrobić. Ale nie możemy mierzyć wszystkich jednakową miarą.
No więc jak to było u mnie? Bywało różnie. Raz ważyłam 70 kg, raz 63. W szczytowym momencie 74... Bardzo, ale to bardzo pragnęłam tego, by te skoki ustały i żeby udawało mi się trzymać jedną wagę (z niewielkimi wahaniami). Nie chcę zapeszać, ale... udało się! :) Od pół roku, trzymam już jedną wagę, która jest w granicach 65 kg. Nie mam spiny, żeby zrzucać więcej. Czuję się dobrze z samą sobą i cieszę się, że jednego dnia nie jestem spuchnięta, a drugiego wychudzona. A tak też się zdarzało - jak?! Nie wiem ;)
To, na co przede wszystkim musicie zwrócić swoją uwagę to... dieta. Tutaj zapewne macie mętlik, bo każde źródło mówi co innego. Ale są pewne wytyczne, o których zawsze powinniśmy pamiętać. Dieta powinna przede wszystkim działać ANTY ZAPALNIE. Powinniśmy też uważnie obserwować swój organizm i to co spożywamy, żeby wyeliminować ewentualne nietolerancje czy nadwrażliwości pokarmowe.
Ja zauważyłam, że bardzo, ale to bardzo źle czuję się po pieczywie. Kiedyś to nie było tak zauważalne, ale mam wrażenie, że z miesiąca na miesiąc toleruję je coraz gorzej.
Podobnie jest ze śmietaną. Dlatego - bądź uważna, obserwuj i wprowadzaj nawyki żywieniowe, które Ci służą.
I pamiętaj - nie ma diety CUD! Najważniejsze jest to, abyś przy wyborze jedzenia kierowała się jakością żywności (żywe pokarmy, naturalne, regionalne, sezonowe). Dobrze wybierać produkty o niskim indeksie glikemicznym, bo dużo trudniej chudnie się przy ciągłych skokach cukru. I jeszcze jedna ważna rzecz - NIE SCHUDNIESZ, jeśli nie zaczniesz pić odpowiednio dużo wody.

Tej zasady staram się trzymać bardzo mocno. Nauczyłam się jeść mniejsze porcje, ale co 2/3 godzinki. Kolację staram się jeść na ok. 3 godziny przed snem, w przeciwnym razie rano czuję się bardzo źle. I co ważne - powinna to być kolacja lekkostrawna. Za dużo razy chwyciłam po kanapki wieczorem w ostatnim czasie i wierzcie mi - czułam się tragicznie.
Taki rozkład posiłków w ciągu dnia, pozwala nam utrzymać właściwe tempo przemiany materii.
UWAGA - zbyt mała ilość spożywanych posiłków może jeszcze bardziej spowolnić metabolizm! Efektem tego będzie, że wcale nie schudniecie, wręcz przeciwnie.
Mogłabym o tych zasadach pisać i pisać. Ale uważam, że nie ma co działać na hura i lepiej metodą małych kroków, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, wprowadzać nowe nawyki i eliminować stare. Nie wszystko na raz!
Trochę więcej o zasadach diety możecie się dowiedzieć z DARMOWEGO E-BOOKA, którego stworzyłyśmy razem z Gosią. Jest to e-book ze śniadaniami na każdy dzień tygodnia. Wierzymy, że dzięki niemu Wasza dieta stanie się nieco bardziej urozmaicona i dzięki temu poczujecie się lepiej.
Trochę po omacku próbowałam różnych suplementów. Sporo czasu zajęło mi, aby dowiedzieć się, co naprawdę działa, a co nie mając chorobę Hashimoto. Dzisiaj bogatsza o doświadczenie i zdobytą wiedzę, patrzę z dystansem na reklamowane produkty na spalanie tkanki tłuszczowej.
Wiem, że przy naszej chorobie trzeba wybierać takie składniki, które skutecznie SPOWOLNIĄ proces autoimmunologiczny, złagodzą objawy, ale też zrobią to na czym nam zależy: wyregulują metabolizm, dzięki czemu będzie nam łatwiej zredukować masę ciała.
Jakie to składniki? Np. INOZYTOL, który odkryłam czytając badania naukowe o hashimoto. Inozytol w połączeniu z selenem jest w stanie obniżyć nam TSH oraz przeciwciała anty-TPO i anty-TG. Inozytol jest też stosowany w leczeniu depresji, nazywa się go witaminą szczęścia. Poprawia strukturę tkanki tarczycy ale też nasze samopoczucie.
Ciekawą rzeczą jest to, że chorując na hashi, częstą przyczyną naszych problemów ze schudnięciem jest IO (insulinooporność) lub wysoki poziom cukru. Jeśli mamy wysoki poziom przeciwciał to wzrasta nam stężenie glukozy i insuliny, wzrost masy ciała prowadzi z kolei do dalszej insulinooponorności.
Co ma do tego inozytol? Uwrażliwia on nasze tkanki na działanie insuliny, obniża poziom glikemii i zmniejsza IO - lepiej niż niektóre leki.

Kolejnym składnikiem aktywnym, który może okazać się pomocny jest... KURKUMINA. Jest ona zawarta w korzeniu kurkumy i działa na nasz organizm przeciwzapalnie i antyoksydacyjnie. Oczyszcza nas z toksyn, wspiera nasz układ nerwowy i redukuje podatność na infekcje.
I jeszcze jeden ważny składnik – TYMOCHINON. Znajdziemy go w… czarnuszce! :) Podobno tymochinon z czarnuszki „leczy wszystko oprócz śmierci” :P Skutecznie obniża poziom TSH, redukuje przeciwciała wyciszając stan zapalny w organizmie i zmniejsza insulinooporność. Badania kliniczne potwierdzają również, że pozytywnie wpływa na masę ciała i zmniejsza współczynnik BMI.
Jeszcze dodam, że jeśli masz nadwagę, to jest duże prawdopodobieństwo niedoboru witaminy D u Ciebie – po prostu jest ona rozcieńczona w większej ilości tkanki tłuszczowej☺ Dlatego w przypadku osób otyłych zalecane są większe dawki tej witaminy.
No ale co mamy teraz zrobić. Mamy jeść garściami kurkuminę, czarnuszkę. I skąd brać ten inozytol? ;)
Na rynku powstało już kilka suplementów stworzonych dla osób z niedoczynnością tarczycy lub hashimoto. Składy są różne, ale powyższe składniki aktywne znajdziemy tylko i wyłącznie w produkcie, który stosuję ja i który śmiem twierdzić, że miał ogromny wpływ na moje zdrowie. Mowa o Nutrivimixie. Oprócz Inozytolu, znajdziecie w nim 12 innych składników (w tym kurkuminę czy tymochinon). W składzie znajdziecie naprawdę najwyższej jakości witaminy i minerały w wysoce przyswajalnych formach. Co najważniejsze - wszystko jest w jednej saszetce. Zamiast pakowania w siebie niezliczonej ilości kapsułek, wypijamy dziennie 1 saszetkę, czyli 1 szklankę.



Nutrivimix stworzyła Gosia Mazur, założycielka hashimotoplan.com - osoba, której będę wdzięczna do końca życia i którą podziwiam za wiedzę, pracowitość i dobre serce. Nasze działania zaczęły się od mojej pozytywnej opinii na temat Nutrivimixu, a teraz... współtworzymy nawet wspólną grupę na FB:
Plan na Hashimoto - grupa wsparcia i wzajemnej motywacji
Czerpię od Gosi ogrom wiedzy, co pozwala mi też stale poprawiać stan swojego zdrowia. Chłonę jej wszystkie artykuły na stronie, którą tworzy: Hashimoto Plan.
Dziękuję za to, co robisz! :)
Bez tego chyba by mi się nie udało. Nawet delikatna aktywność pobudza nasz metabolizm i wpływa pozytywnie na nasz organizm. Wybierz taki sport, który będzie dla Ciebie najlepszy: mogą to być nawet szybkie i długie spacery! Najważniejszy jest po prostu RUCH.
Ja osobiście najlepiej czuję się wtedy, kiedy biegam. Ćwiczę też codziennie na macie (choć we wrześniu było z tym trochę słabo). Dla ciebie może to być rower, pływanie, joga. A może pilates? Znajdź coś co lubisz i niech stanie się to Twoim codziennym nawykiem. Już nawet 15 min dziennie może mieć na Ciebie zbawienny wpływ i na pewno przyspieszy Twój metabolizm.

Zmiany na lepsze trwają, ale... czas i tak upłynie :) Jestem idealnym przykładem tego, że się da. Ale trzeba ogromnej mobilizacji, samozaparcia i wiedzy - żeby zrobić to mądrze.
Życzę Wam zatem, byście i wy podołały i cieszyły się już wkrótce swoją upragnioną wagą, ale przede wszystkim - zdrowiem.
Ściskam,
Trochę mi tego brakowało... tej spokojnej, osadzonej w sobie Alicji. Na moment się z tego wytrąciłam, ale tak jak stwierdziła moja terapeutka, był to tylko krótki stan ala depresyjny, który był właściwie normalną reakcją na ilość rzeczy, z którymi przyszło mi się mierzyć w jednym czasie.
Wracam jednak do siebie. I myślę, że choroba która mnie ostatnio wyłączyła z życia była momentem, który mnie ocknął i sprawił, że mocno tego powrotu zapragnęłam. Postawiłam zatem granice tam gdzie trzeba było, zamknęłam co trzeba, odcięłam się od tego co mi nie służy i wracam... gotowa na jesień i jej wszystkie dobrodziejstwa.
To będzie dobry czas na wsłuchanie się w swoje potrzeby, na zatroszczenie się o siebie i otoczenie siebie ciepłem, miłością i spokojem. Czuję to jak nigdy wcześniej.
Chciałabym podzielić się dzisiaj z Wami, swoimi planami na październik. To nie są żadne wielkie plany. Wciąż jeszcze nie doszłam do pełni zdrowia, więc chcę ten miesiąc spędzić na spokojnych i niewymagających rzeczach, które jednak wniosą radość do mojej duszy i głowy :)
I słuchajcie, żeby nie było. To nie tak, że sobie po prostu pomyślałam: pójdę sobie do lasu. We mnie to pragnienie pójścia do tego lasu jest tak ogromne, że... nie miałam tak nigdy wcześniej w całym swoim życiu. Chcę tego okrutnie! Wejść do lasu, poczuć jego wszystkie zapachy, dotknąć drzewa, czuć liście pod butami, usłyszeć śpiew ptaków. Gdyby jeszcze udało się uchwycić promień słońca, który skąpałby mi twarz przedzierając się przez konary drzew, byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie... Tak. To będzie dla mnie największa przyjemność tego miesiąca.
O taaaak, jak mi się marzy takie glow na buzi, po jakimś fajnym zabiegu... Nie mam na myśli żadnego inwazyjnego, ale właśnie coś kojącego, odżywiającego. Niebawem mam zamiar zainwestować w fajną technologię do oczyszczania, więc byłoby fajnie przed tym pozbyć się toksyn i trochę zaopiekować cerą u profesjonalistów. Może polecicie tego typu zabiegi? Bo ja się totalnie nie znam!
Oooo tak. W jakimś mega klimatycznym miejscu, w blasku świec, przy kojącej muzyce. Zdecydowanie trzeba mi takiej formy relaksu. Dawno nie byłam, a uwielbiam.
Po prostu. Muszę kupić kadzidła! W swojej starej sypialni uwielbiałam swój kącik do medytacji. Trochę mi go brakuje... Macie sprawdzone miejsca, w których kupujecie tego typu rzeczy?
Kilka lat temu nie potrafiłam zrobić naleśników. Obecnie mój skill podniósł się do chlebka bananowego :P Może to starość, ale coraz częściej jeśli mam ochotę, lubię porobić coś w kuchni. W sumie... nie mam już innego wyboru. Jak sobie nie ugotuję, albo nie zamówię - to nic nie zjem. Póki nie znajdę gotującego męża, chyba się to nie zmieni, także... tej jesieni, chcę zrobić zupę z dyni! I dokonam tego! ;)

O reeeety, pamiętacie? Zawsze w szkole robiło się zielniki... uwielbiałam to! I mam ochotę zrobić to razem z Polusią. To będzie niezła frajda, co myślicie?
Póki co jestem na 130 stronie. I choć ta wspaniała powieść psychologiczna wciągnęła mnie maksymalnie, to mam ostatnio problem z czytaniem książek i czytam maksymalnie kilka stron na raz. Nie wiem czemu! Mam już jednak dość stert niedokończonych książek, zatem daję sobie czas do końca października by skończyć chociaż tą pozycję.
O. Taką mam zachciankę. Tych dwóch rzeczy właśnie potrzebuję. Ciepły sweter jako wyraz troski dla moich nerek, które musiały tyle wycierpieć (wraz ze mną) i kolczyki. Bo nigdy nie nosiłam, a teraz mam ochotę. Tak zrobię!
Już na jakiś czas przed chorobą, wypadłam z nawyku regularnej medytacji. Cóż... miałam ciężki czas i porzuciłam na chwilę wszystko, co dla mnie dobre. Wiem jednak, że nigdy w życiu nie byłam spokojniejsza i szczęśliwsza jak wtedy, gdy medytowałam każdego dnia. Co by się wtedy nie działo - czułam, że jestem ponad to. Brakuje mi tego uczucia.
Tak jak za starych, dobrych czasów. Wziąć aparat do ręki, ruszyć na spacer i po prostu... zacząć robić zdjęcia. Odkąd nie zajmuję się blogiem tak jak kiedyś, zdecydowanie w odstawkę poszedł aparat. Mam jednak ochotę upamiętnić ten jesienny czas w kilku, pięknych kadrach. Zrobiłam tak rok temu i miło wspominam zarówno spędzony czas jak i późniejszą zabawę z obróbką.
Ach...
W sumie mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Mam wiele planów większych i mniejszych na ten miesiąc. Poza powyższymi chciałabym stopniowo wracać do aktywności fizycznej (jak już skończę antybiotyk), rozkręcić nową gałąź biznesu, wrócić do mojego dziennika wdzięczności, rozkręcić trochę bardziej instagram pod kątem moich codziennych przemyśleń... mam w sobie dużo energii do działania i dużo wiary, że to co planuję zrobić na pewno będzie sukcesem.
Ale przede wszystkim, chcę skupić się na tych małych, dobrych rzeczach. Jak ta zupa z dyni. Czy spacer po lesie. Chcę poczuć na nowo tą cudowną radość z życia, którą nareszcie mogę poczuć będąc wolną. Marzyłam o tej wolności, ale póki co... uczę się jej i nie jest to wcale takie proste. Dlatego małymi kroczkami... zaczynam budować swoje własne SZCZĘŚCIE. Bo wszystko czego chcę i potrzebuję - mogę dać sobie sama. I tak też się stanie.
Dobrego października, dobrzy ludzie :)
Alicja
Wspólnie Was motywujemy, inspirujemy, edukujemy, ale przede wszystkim pragniemy pokazywać, że nie taki diabeł straszny! ;) I choć bywa ciężko i cholernie trudno, wiemy doskonale, że nie musi być tak zawsze.
Ostatnie tygodnie upłynęły mi i Gosi na wspólnym gotowaniu, zdjęciach, obróbce, obliczeniach i sklejaniu e-booka. Wszystko po to, żeby lada moment światło dzienne ujrzał nasz pierwszy, wspólny e-book ze śniadaniami na każdy dzień tygodnia. I będzie on DARMOWY! :) Jego premiera będzie miała dzisiaj swoje miejsce na grupie na facebooku: Plan na hashimoto - grupa wsparcia i wzajemnej motywacji - śmiało dołączajcie! :)
Skąd wziął się taki pomysł? Jakiś czas temu, zadałyśmy Wam pytanie co w hashimoto sprawia Wam największą trudność. I 90% odpowiedzi dotyczyło... diety i problemów z wagą. To dało nam do myślenia.
Myślę, że są one najbardziej problemowe, a jakby nie patrzeć, są najważniejszym posiłkiem w ciągu całego dnia.
Dla mnie śniadania to od zawsze były kanapki. I to okazało się moją zmorą, bo z roku na rok mam z pieczywem coraz większy problem i coraz mnie je toleruję. Nie wyobrażałam sobie, że można jeść coś innego. Tymczasem za sprawą Gosi ale też własnej determinacji, odkryłam tak wiele cudownych smaków i opcji, że dziś wiem, że alternatyw jest całe mnóstwo. I umówmy się - to nie są "byle jakie" alternatywy, bo w kwestii jedzenia nie ma opcji, żebym zadowoliła się czymś średnim. Jedzenie ma smakować i dawać radość. Dla mnie to jest jedna z największych przyjemności życiowych, którą zawsze celebruję.
Śniadania, które znajdziecie w e-booku to naprawdę proste przepisy. Są lekkie, niskokaloryczne oraz nie zawierają cukru, glutenu i laktozy. Co najważniejsze - są obłędnie pyszne :)
Dziś zostawiam Wam jeden przepis z e-booka ze śniadaniami. Coś co absolutnie uwielbiam...

Zauważyłam też, że coraz ładniej wychodzą mi zdjęcia kulinarne - trening czyni mistrza, może kiedyś będę to robiła naprawdę na przyzwoitym poziomie :P Choć jeśli mam być szczera, efekt już teraz baaaaardzo mi się podoba. W sumie jestem ciekawa czy Wam też, więc śmiało możecie mi napisać co o tym sądzicie ;)
Dzisiaj mam dla Was coś super owocowego i słodkiego, ale jednocześnie - zdrowego. Smoothie bowl!
Jeśli nie lubicie owocowych śniadań, idealnie sprawdzi się jako 2 śniadanie, albo przekąska w ciągu dnia. Wygląd smoothie bowl jest tak powalający, że człowiekowi wydaje się, że jest to czasochłonne i trudne. Tymczasem okazało się po raz kolejny, że jest to banalnie proste i w dodatku mega szybkie. Tak naprawdę miksujemy tylko wszystko ze sobą, a potem ozdabiamy wierzch wedle własnych upodobań.

Składniki do zblendowania:
Składniki na wierzch:
Wszystkie składniki blendujemy ze sobą, wlewamy smoothie do miseczki, a następnie układamy na wierzchu wszystko to, na co mamy ochotę :) Dłuuugo będziecie najedzone!




