Ostatnio trafiłam w czeluściach internetu na takie zdanie: nie udam ludziom, których telewizor jest większy niż półka na książki. I choć daleka jestem od stereotypów i oceniania, to coś w tym jednak jest. Książki to dla mnie jedna z najcenniejszych rzeczy na tym świecie. Otwierają nam umysł, pobudzają wyobraźnię, rozwijają. Uczą myśleć, analizować. Książka to zaproszenie do innego świata, to przeniesienie się za darmo, tu i teraz do zupełnie innego wymiaru. Takich przeżyć nie zapewni nam telewizor. I choć sama jestem totalną netfliksiarą, to uważam, że książki jednak nie mają sobie równych. Ale do rzeczy.
Miałam w planach zrobić kolejny post z książkami, które pomagają nam w zmianie naszego życia, które nas motywują i rozwijają. Ale pomyślałam, że nie każda książka musi być nie wiadomo jak głęboka. Człowiek musi się też odmóżdżyć. I tak jak ludzie oglądają w tv odmóżdżające seriale, tak ja ostatnio znów zaczęłam sięgać po lekkie opowieści, przy których nie muszę analizować, myśleć i rozważać. Bo ileż można czytać książek z zakresu psychologii czy rozwoju osobistego? No dobra... mnóstwo, wiem :D Ale zapomniałam już ile radochy dawały mi lekkie opowieści!
Są też oczywiście książki pośrednie - np. książki Agnieszki Maciąg. Napisane lekkim językiem. Takim, z którego czuć spokój i miłość i harmonię. A jednak z tych książek wynosi się tak wiele wniosków i przemyśleń. I myślę, że te książki zadowalają mnie najbardziej. Pozwalają odpocząć i się wyciszyć, ale jednak zasiewają w umyśle nowe ziarenka w postaci wniosków, które mają wpływ na moje życie.
Dzisiaj chciałabym się podzielić z Wami 5 pozycjami książkowymi, które będą jak znalazł w okresie tych zimnych, długich wieczorów. Oczywiście sprawdzą się w każdej innej porze roku, ale myślę, że czas zimy to czas takich przemyśleń, lekkiego zatrzymania. To taki czas dla kobiety, by przygotowała się na nowy etap w swoim życiu, na rozkwit który nadejdzie wiosną. I myślę, że ten zimowy czas warto wykorzystać na zasianie w swojej głowie odpowiednich myśli, na przyjrzenie się sobie, swoim myślom i potrzebom. No to jak? Ciekawe co ja dzisiaj dla Was mam? Wiem, że tak!
Clarissa Pinkola Estes
To akurat nie jest lekka książka. I uważam, że nie każdy ją od razu zrozumie. Myślę, że Biegnąca z wilkami to książka dla dojrzałych kobiet, które pragną lepiej poznać siebie, swoje pragnienia, swoją naturę. Wyobrażacie sobie, że napisanie tej książki zajęło autorce... 21 lat? To prawdziwa księga, w której poprzez analizę mitów, baśni i legend, autorka wchodzi głęboko w psychikę kobiety, w jej serce i duszę. Książka ma prawie 700 stron, a ja z każdą stroną odkrywam siebie na nowo. Swoją siłę, naturę, instynkty. Coś niesamowitego. Lektura obowiązkowa dla kobiety, która pragnie przebudzenia i duchowego wyzwolenia.

Wiesław Myśliwski
Również dość dłuuuga pozycja, bo zawiera prawie 600 stron. Wspaniała polska powieść. I uważam, że jest mocno specyficzna. Bohaterem książki Widnokrąg jest dorastający chłopiec Piotr. Akcja książki toczy się po zakończeniu drugiej wojny światowej. Ciężko mi zrecenzować tą książkę, więc nie będę tego robić, zwłaszcza, że nie dotarłam jeszcze do końca. Książka jest mocno filozoficzna. Trzeba ją dawkować w małych ilościach, by dostrzec to co "między wierszami". W książce chłopiec opowiada zarówno o codziennym, zwyczajnym w tamtych czasach życiu, jak i o przemijaniu, śmierci. W świetny sposób przewija się w książce historia czyli np. komunizm czy ogólnie to, jak kształtowała się Polska po wojnie. Książka skłania do przyjrzenia się swojemu życiu z innej perspektywy. Naprawdę polecam bardzo świadomym czytelnikom.

Meik Wiking
Jeden z moich prezentów gwiazdkowych. Sztuka tworzenia wspomnień to piękna książka, która pokazuje nam jak możemy tworzyć w życiu szczęśliwe chwile i lepiej je zapamiętywać. Sztuka tworzenia idealnych wspomnień przyda się każdemu z nas. Książka przytacza wiele ciekawych badań i eksperymentów, odwołuje się do pamiętników, rozmaitych wywiadów. Póki co, jestem na początku przygody z tą książką, ale już się mocno wkręciłam i wiem, że wyniosę z niej wiele dobrego :)

Jojo Moyes
Ta książkę kupiłam na szybko w Biedronce na Dworcu Centralnym, bo zapomniałam wziąć czegokolwiek do czytania i przeraziła mnie perspektywa 3 godzin w pociągu. Przeceniona była na dyszkę, a że lubię twórczość Jojo, wzięłam bez zastanowienia i... przepadłam. No to jest po prostu coś, czego niesamowicie mi brakowało na moim regale. Razem będzie lepiej to piękna powieść, z nutą romantyzmu w tle, ale wiecie... takiego nieprzesadzonego, wyważonego. Na pewno Was nie zemdli :D No i myślę, że jest fajna, bo taka....realna. Pokazująca życie i rozterki kobiety samotnie wychowującej dzieci. Naprawdę super odmóżdżająca, lekka pozycja! :)

Agnieszka Maciąg
Na koniec, kolejna wspaniała książka Agnieszki Maciąg. Ci, którzy zaglądają do mnie regularnie wiedzą, że prawdziwy przełom w moim życiu zaczął się właśnie od książki Agnieszki - Pełnia Życia. Nie zliczę ile z Was kupiło ją z mojego polecenia, bo to jest jakiś kosmos!
Słowa Mocy to nowa książka Agnieszki, w której znajdziemy wskazówki dotyczącego wszystkiego tego, co sprawia, że nasze życie staje się piękniejsze: uważność, wdzięczność, cierpliwość, pasja, wrażliwość... w książce znajdziemy przepiękne modlitwy, afirmacje, medytacje. To książka pełna słów, które nadają życiu pozytywnej energii i ... mocy! Każda strona zasiewa w moim umyśle tyle pozytywnych myśli, że aż żal będzie ją skończyć. Dawkuję ją sobie codziennie po trochu i jest to dla mnie mega oczyszczające i inspirujące.
Książki Agnieszki mimo, że zawierają solidny przekaz i skłaniają do przemyśleń - są lekkie i zostawiają czytelnika z poczuciem spokoju, harmonii i takim... poczuciem, jakby ktoś się o nas zatroszczył i objął nas swoim ramieniem.

Jestem ogromnie ciekawa czy czytałyście już którąś z powyższych książek, a jeśli nie - to która najbardziej Was zaciekawiła? Tak naprawdę, każda z wymienionych przeze mnie pozycji jest totalnie inna. Jest tu zarówno dawka filozofii, jak i duchowości. Jest ciężko, ale jest też i lekko. Wybrałam 5 różnych od siebie książek, żeby każda z Was znalazła coś dla siebie. Mam nadzieję, że się udało!
Jeśli macie ochotę na więcej moich książkowych propozycji to polecam Wam z całego serducha wpisy:
Książki, które odmieniły moje życie cz.1
Książki, które odmieniły moje życie cz.2
Dajcie znać co obecnie czytacie - w tym roku zamierzam pobić rekord przeczytanych książek, choć jeśli mam być szczera to nie wiem jaki on jest. W tym jednak roku moim celem jest zapisywać sobie wszystkie przeczytane tytuły. Sama jestem ciekawa ile się tego uzbiera. Szłoby to sprawniej gdybym nie miała dziecka, firmy i masy innych obowiązków. Ale chyba nie da się być z powrotem nastolatką, prawda? ;)
Miłej lektury!
Przez wiele ostatnich lat moje poczucie własnej wartości i satysfakcji, w dużej mierze zależało od innych osób. Czasem był to poklask osób, których nawet nie znam. Ale najczęściej było to domaganie się uwagi od bliskich mi osób. Kiedy nie dostawałam zainteresowania, kiedy nie czułam się wystarczająco przez kogoś doceniona - wpadałam w rozpacz i czułam żal. Ogromny żal, który nawarstwiał się we mnie z rok na rok coraz bardziej. Oczekiwania, żal, poczucie bycia niezrozumianą - to wszystko siedziało we mnie jak tykająca bomba. Coś się zmieniło we mnie na przełomie 2018/2019 roku. To wtedy w jednym z podsumowań, napisałam Wam, że przestałam oczekiwać i wtedy magicznie... zaczęłam otrzymywać to, czego mi tak brakowało. 2019 jednak usilnie chciał zrobić ze mnie jeszcze silniejszą istotę, raz po raz odbierając mi grunt po nogami i rozwalając w pył wszystko to, co dawało mi poczucie bezpieczeństwa. A ja jak jakiś cyborg, jak nigdy wcześniej - po każdym problemie, podnosiłam się w tempie dosłownie ekspresowym, strzepując jedynie ten pył z ramion i dalej krocząc z podniesioną głową przed siebie. I nie wiem, nie wiem do cholery, jak normalny człowiek może tyle znosić i wychodzić z tego jeszcze silniejszym. Ale tak było w moim przypadku.
Pokochałam siebie.
Zaczęłam się sobie podobać. Zaczęłam myśleć o sobie jak o najważniejszej istocie na tej ziemi - nie w sensie narcystycznym. Bardziej chodzi mi oto, że zrozumiałam, że jedyną osobą odpowiedzialną za moje szczęście, moje emocje i moje podejście do życia - jestem ja sama. Nie mogę oczekiwać od innych miłości, gestów, czegokolwiek. Nie chcę od nikogo niczego oczekiwać. Nie chcę uzależniać swojej wartości od faceta, przyjaciół czy rodziny. Nie chcę być połówką, chcę być całością. Ileż to moich koleżanek szczęście i miłość uzależnia od swojego mężczyzny - te wszystkie koleżanki zgodnie twierdzą, że ich świat by się zawalił gdyby mąż odszedł. Dlatego trzeba uczyć się kochać siebie bezwarunkowo, trzeba umieć spędzać czas z samym sobą i lubić swoje własne towarzystwo. Trzeba nauczyć się być całością. Nie oczekiwać, nie czekać, nie załamywać się, gdy ktoś nam czegoś nie daje. To my musimy nauczyć się dawać szczęście samym sobie samodzielnie. Partner, rodzina, przyjaciółka - oni nie mają nas dopełniać, bo to by znaczyło, że bez nich jesteśmy wybrakowani.
Kim bym była gdyby nie ten rok?
Nie wiem i nie chcę wiedzieć. 2019 pokazał mi nowe perspektywy. Uwierzyłam, że jeśli tylko bardzo mocno będę pragnąć wyrwania się z tego co mnie niszczy - kiedyś mi się to uda. Zamiast jednak skupiać się na celu samym w sobie, skupiłam się na budowaniu samej siebie i swojej siły. Zaczęłam regularnie biegać, a z każdym biegiem pokonywałam swoje słabości i czułam się silniejsza z każdym kilometrem. Sport dał mi siłę, odwagę, energię. Zaczęłam regularnie medytować - to z kolei dało mi otwarty umysł, spokój, harmonię i równowagę. Regularnie oddychając w ciszy, zaczęłam lepiej rozumieć samą siebie, świat i ludzi. Odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, zaczęły niespodziewanie przychodzić jedna po drugiej.
W ubiegłym roku, pochorowałam się może ze dwa razy, co w porównaniu do ubiegłych lat kiedy chorowałam raz na miesiąc jest nie małym sukcesem. Hashimoto, niedoczynność, wirus EBV - a ja przez cały rok właściwie dwa razy delikatnie się pochorowałam i osłabłam. Można? Można. Zaczęłam zdrowiej jeść, ograniczyłam mocno mięso - i to w sumie wyszło jakoś tak naturalnie, po prostu odkryłam tyle roślinnych możliwości, że samo mi zbrzydło :) Ale tatarek nadal kocham miłością największą :P
Pewnie same widzicie, że najbardziej skupiam się na odczuciach i emocjach - może dlatego, że tak właśnie chcę żyć. Być, nie mieć. Prawdziwie żyć, odczuwać.
Ale nie mogłabym nie wspomnieć o tym co się wydarzyło w sferze biznesu. Myślę, że moim największym osiągnięciem była organizacja 1 wyjazdu Soul Camp - moich autorskich warsztatów relaksacyjnych. Chciałam za pomocą tego wydarzenia, pokazać kobietom możliwości. Pokazać im, że poczucie szczęścia i satysfakcji to praca na wielu płaszczyznach. To zgranie duszy, ciała i umysłu. To praca nad każdym z tym obszarów. Chciałam pokazać kobietom, że szczęście, radość z życia i energia mają prawo istnieć tylko wtedy, kiedy nauczymy się umiejętnie doświadczać ciszy, spokoju. Kiedy zaczniemy dbać o siebie, kiedy zaczniemy przyglądać się swoim myślom i nauczymy się je akceptować. To był 3 dniowy wyjazd. Wszystkie ćwiczyłyśmy Gosię, relaksowałyśmy się przy spokojnej muzyce. Tworzyłyśmy mapy marzeń, jadłyśmy zdrowe jedzonko. Chodziłyśmy na basen, saunę, na masaże. Śpiewałyśmy przy ognisku, masowałyśmy buzię rollerami. Na każdym kroku, przemycałam dziewczynom wiedzę o tym jak dbać o swój sen, jak wizualizować, jak realizować cele, jak o siebie dbać. Chciałam, żeby każda kobieta zobaczyła, jak dbanie o siebie, swoje zdrowie, harmonię - wpływa na każdą płaszczyznę naszego życia. Na nasz kontakt z ludźmi, nasz rozwój, naszą pracę. Każda z kobiet, wyciągnęła dla siebie z tego wyjazdu to co było dla niej najlepsze. Niektóre dziewczyny od tamtej pory regularnie ćwiczą jogę. Inne zaczęły czytać rozwojowe książki i medytować. Każda z dziewczyn opuszczała wyjazd totalnie wzruszona, dziękowała mi i mówiła, że czuje się jak nowo narodzona... i chce to kontynuować. Tak. Traktuję to jako sukces.
I tak samo przez calutki rok, starałam się motywować i inspirować również Was. Nie nauczyłam Was jak żyć. Pokazywałam Wam, jak żyję ja i jak to na mnie działa, jak mnie zmienia. I wy brałyście z tego co chciałyście. Ilość wiadomości, w których pisałyście o tym co zmieniłyście dzięki obserwowaniu mnie... nie zliczę! Wielokrotnie miałam dość, bo internety to okrutnie czasochłonne i zabierające energię narzędzia. Ale wiedziałam, że warto.
Rodzinny fundament
A na sam koniec chciałabym wspomnieć o najważniejszej sferze - o rodzinnym fundamencie. Spędziłam w tym roku najpiękniejsze wakacje z moją córeczką. Odwiedziłyśmy Kraków, Wieliczkę i Łebę. To tylko kilka dni w Polsce, a my wspominamy je ze wzruszeniem i będziemy wspominać do końca życia. Beztroska, zabawa, czas razem - bez myślenia o pracy i obowiązkach. A poza wyjazdami - mnóstwo jakościowego czasu, mini wycieczek po stolicy, spacerów dłuższych i krótszych. Pola w tym roku zrobiła ogromny progres. I choć obecnie ma etap pyskówek, przedrzeźniania i traktowania mnie jak kumpeli (nie w tym dobrym sensie :D) to stała się niesamowicie odważną dziewczynką, która umie postawić na swoim i ma własne zdanie. Z roku na rok, jesteśmy z Polcią coraz bardziej zżyte. Mamy też wiele zgrzytów i słabych momentów, to wiadome. Ale tworzymy naprawdę zgrany duet. 2019 nauczył mnie bycia jeszcze lepszą mamą. Zrozumiałam, że to w dużej mierze ode mnie zależy, na jakiego człowieka wyrośnie Pola. Staram się wpoić jej wartości, nauczyć ją bycia dobrym człowiekiem, który szanuje siebie, innych, szanuje planetę na której żyje.
2019 to ogrom lekcji dotyczących wszystkiego co mnie otacza
Zaczęłam żyć bardziej ekologicznie. Przeraża mnie globalne ocieplenie i cholernie martwię się oto, czy moje dziecko będzie miało szansę na dobre i bezpieczne życie. Ograniczyłam kupowanie plastiku - i kupowanie w ogóle. Przyłożyłam się bardziej do segregacji śmieci, nie marnowania żywności, czytania składów. Staram się rozsądnie propagować styl less waste w swoich social mediach. Za duży sukces uważam to, że swoje social media, zmieniłam w miejsce, z którego możecie czerpać wiedzę i inspirację. Chcę robić coś ważnego i jeśli mam za sobą taką społeczność - to chcę to "wykorzystywać" w dobrych celach.
Zaczęłam większą uwagę przykuwać do świadomego macierzyństwa. Do emocji dzieci, do ich rozwoju. Meega mnie to interesuje. Nieszczęśliwi dorośli, z którymi mamy dziś styczność, to tak naprawdę nieszczęśliwe dzieci. Chciałabym, by każdy rodzic zaczął bardziej zwracać uwagę na emocje swojego dziecka, zamiast je tłumić i bagatelizować.
Tak. Nauczyłam się w tym roku naprawdę wiele. O zdrowiu, o macierzyństwie, o relacjach, o motywacji, o ekologii. I chcę iść za tym dalej. Na niczym bardziej mi teraz nie zależy jak na tym, by być jeszcze bardziej świadomym człowiekiem z otwartym umysłem. Być człowiekiem, który nie jest zamknięty na zmiany, na możliwości. Być człowiekiem, który nie patrzy na czubek własnego nosa, ale działa we wspólnym interesie - żeby nam wszystkim żyło się tutaj dobrze. I przede wszystkim - żebyśmy mieli gdzie żyć.
2019 - nauczyłeś mnie być lepszym człowiekiem. Słuchać siebie, swojego głosu. Ale też patrzeć uważnie na to co mnie otacza. Nauczyłeś mnie żyć tu i teraz, dzięki czemu te 365 nie przeleciało mi nie wiadomo kiedy. Mam wiele wspomnień i tysiące pięknych momentów zapisanych w mojej głowie i w sercu.
Za to wszystkie... dziękuję.
Z czasem jednak zobaczyłam, że to co tak podziwiałam, niekoniecznie jest wzorcem, który chciałabym podzielać, bo po pierwsze - źle znoszę zbyt dużą ilość ludzi w moim otoczeniu. A po drugie - nie za bardzo lubię gotować. Lubię przyrządzać proste i zdrowe posiłki - ale w małych ilościach :D A właściwie inaczej - ja nawet lubię pichcić, ale to musi być coś szybkiego, przy czym się nie nabrudzę. O, właśnie tak.
Poza tym, moi rodzice są posiadaczami naprawdę dużego domu i mają przestrzeń, by zaprosić sobie kilkanaście osób i nie czuć dyskomfortu. Moje 60 metrowe mieszkanko, choć ciasne nie jest - to z gośćmi sprawa mogłaby się nieco komplikować.
No i ostatni aspekt, to moja aspołeczność, która przez długi czas sprawiała, że bardzo długo nikogo do siebie nie zapraszałam. Tzn. zapraszałam do siebie koleżanki, koleżanki z dziećmi, rodzinę. Ale jakoś tak miałam opory, żeby zorganizować coś większego, zaprosić większą ilość osób. Nie wiem, nie pytajcie. Ludzie są różni, a mi przypadło być człowiekiem, którego przerażają kontakty międzyludzkie, mimo że bardzo, ale to bardzo staram się w ostatnich latach bardziej wychodzić do ludzi i utrzymywać z nimi kontakt.
Wracając jednak do wspomnianej gościnności - gdzieś tam w serduszku, bardzo zaczęło mi brakować ludzi, towarzystwa. Rozłożenia stołu, udekorowania go, przyrządzenia czegoś dobrego. Bycia tą wspomnianą panią domu, która zaprasza, która wita w drzwiach, która podaje do stołu, która siedzi z gośćmi przy lampce wina i śmieszkuje. Nie będę ukrywać, że chciałam mieć też do tego możliwości - wykończony salon i kuchnię, a to się w końcu można powiedzieć zadziało. Jest pięknie, jest komfortowo. No, może jeszcze ten przedpokój z wiszącą żarówką z sufitu, która wita każdego wchodzącego przez drzwi jest jeszcze czymś co chciałabym dopracować, no ale poszukiwania lampy idealnej stoją w miejscu. Zmora bycia perfekcjonistą, który woli zwisającą żarówkę, od tandety - byle było.

Nie będę tutaj ściemniać. Nie zamienię nagle swojego dom, w dom otwarty, gdzie zawsze ludzi wita zapach herbaty i świeżo upieczonego ciasta. Jestem samotnikiem, cenię sobie spokój, ciszę. Ale nie chcę też być alienem. Chce coś w sobie w tym aspekcie zmienić i zamierzam to przełamać, ale o tym w jaki sposób - opowiem Wam jak już się na to zdecyduję :D
Współpracowałam ostatnio z fajnym sklepem Coffeedesk.pl - to sklep online z najlepszą kawą, herbatą i akcesoriami do ich zaparzania. Jestem fanką przyrządzania sobie ziołowych naparów, starszy z kolei jest totalnym kawoszem. Pierwotnie chciałam sobie wybrać produkty dotyczące właśnie herbaty. Ale jakoś tak... przyszło mi do głowy, że wszyscy, absolutnie wszyscy moi goście, którzy do mnie przychodzą (no i starszy) - piją kawę. I pomyślałam, że może tym razem wybiorę produkty z myślą nie o sobie, a o nich - o moich bliskich. Miałam taką myśl, że w sumie fajnie mieć w domu np. kawiarkę i spieniacz do mleka, który jest w tym domu tylko i wyłącznie dla gości - bo ja przecież tego nie używam. I że to taki wyraz tego, że się o tych gościach i osobach, które zaprasza do siebie zwyczajnie myśli. O tym, żeby im było dobrze :)
No więc wybrałam kawiarkę Bialetti Moka Induction o pojemności 300 ml, która działa w taki sposób, że wlewa się do niej wodę, nasypuję kawę i stawia się ją na indukcji. Kiedy dzbanek zaczyna napełniać się kawą - ściągamy go. Kawiarka może być użytkowana zarówno na indukcji jak i kuchenkach gazowych i elektrycznych. Starszy z gadżetu cieszy się jak... no nie dokończę. Kawę robił sobie przez ostatnich kilka dni niezliczoną ilość razy, zachwycając się - mmmm... naprawdę dobra! Ja tam akurat tego nie kumam, ale domyślam się, że zaparzona w taki sposób, może rzeczywiście smakować lepiej niż taka zalana wodą z czajnika. Starszego zadowolić ciężko, więc wierzę, że kawiarka spełnia swoją rolę.




Drugi produkt, który wybrałam to ręczny spieniacz do mleka - Bialetti Tuttocrema. On akurat działa na kuchence gazowej, elektrycznej i ceramicznej. Albo można po prostu wlać do niego gorąco mleko i zacząć spieniać poprzez naciskanie pompki przez kilkanaście sekund. Potem uderzamy delikatnie spodem o blat i czekamy kilkanaście sekund i... gotowe :) Porządnie się przygotowałam, oglądałam nawet tutoriale na YT! :D Tym oto sposobem, zrobiłam już kilku osobom aromatyczną kawę z puszystą pianką. JA! :D
A powiem Wam w tajemnicy, że jak przychodził ktoś do mnie do domu i prosił o kawę - to ja już byłam chora! Nie piję kawy, nie parzę jej, nigdy jej więc nie robię! Teraz okazało się, że z odpowiednim sprzętem w kilka minut mogę zrobić kilka filiżanek espresso, albo jedną wielką kawę i to z pianką! Wow - to jest dla mnie naprawdę godny podziwu wyczyn haha! ;)




Przyznam, że obie rzeczy to naprawdę świetny bajer i gadżet. Po pierwsze, fajnie przygotować dla gości kawę w taki sposób. Po drugie - myślę, że każdy z tych gości doskonale będzie wiedział, że taki gadżet z myślą o nich posiadam.
Nie chcę tutaj za bardzo szaleć, nie wiem co z mojego planu gościnność w ogóle wyjdzie. Wiem jednak, że do wszystkiego trzeba dojrzeć. Póki co widzę, że czerpię ogromną przyjemność kiedy zapraszam do siebie koleżankę. Kiedy kroję ciasto i układam na paterze, przygotowuję filiżanki do kawy/herbaty. Czyszczę stół, układam tulipany w wazonie. Mam tą manię, że musi być czyściutko i schludnie, ale komu siedziałoby się przyjemnie przy stercie garów i uwalonym blacie, prawda?
Organizacja domowego przyjęcia jeszcze przede mną, ale wierzę, że z moim zapałem i chęciami na pewno wyjdzie z tego coś fajnego. Grunt to pamiętać o tym, że nie robi się do tego pod publikę, a po to, by miło i fajnie spędzić czas - bez zbędnej spiny i chęci udowodnienia, że jest się najlepszą panią domu na świecie.
A na koniec, na hasło mamalla mam dla was kod na -20 zł na zakupy na www.coffeedesk.pl przy zakupach powyżej 129 zł, ważny do końca roku.
Udanych zakupów!










Świadoma kobieta, to kobieta taka jak ja - taka, która pewnego dnia zrozumiała, że życie może być piękną przygodą. Ale trzeba się na to otworzyć i o to zawalczyć. Zawalczyć między innymi o siebie.
Prezenty świąteczne to nie jest żaden obowiązkowy punkt ze świątecznej listy to-do. Dać byle co, byle dać lub byle się popisać - to żaden wyczyn. Podarować coś od serca, z myślą o konkretnej osobie, jej pasjach, jej życiu - to jest zdecydowanie to, w co zawsze celuję. A w tym roku zrobiłam to z jeszcze większą uważnością i wczuciem się w bliskie mojemu sercu kobiety. Czego im potrzeba? Co lubią? Jak mogę wzbogacić drobnym upominkiem ich życie?
Przyznam Wam się jednak szczerze, że nie za bardzo lubię blogowe prezentowniki, toteż rzadko takowe robiłam. Nie lubię kolaży, nie lubię miliona propozycji - byle coś komuś polecić. W tym roku poczułam jednak przeogromną chęć, samodzielnego wyszukania, a następnie zakupienia perełek, które będą totalnie związane z kobiecością, rozwojem, naszą duchowością (nie w sensie religijnym) i naszym kobiecym, naturalnym rytmem. Chciałam, żeby to była kilak wyjątkowych rzeczy - każda z innej dziedziny. Przemierzyłam internety wzdłuż i wszerz i zamówiłam pięć wyjątkowych prezentów - w ilości podwójnej albo potrójnej, żeby mieć je również dla siebie.
I wiecie co? Jestem z tego zestawienia, które zaraz zobaczycie - cholernie dumna. Każdą jedną rzecz, stosuję w swojej codzienności. Każda jedna rzecz jest bliska memu sercu i jestem pewna, że będzie tak samo bliska sercu każdej świadomej, przebudzonej kobiety. Lub kobiety, która przebudzić się dopiero pragnie. Zobaczcie same...
Kolejny niesamowity produkt z platformy Naturalna Bogini. Ale nie tam zwykły kalendarz z datami i tyle. To kalendarz , który ma na celu zachęcić nas do bycia bliżej siebie i rytmu natury. Stworzony jest po to, by osadzić nas w rytmie natury i swojego ciała. Jest zaprojektowany zgodnie z rytmem dobowym, rytmem pór roku, faz księżyca, rytmem ciała. Przed rozpoczęciem każdego miesiąca, uzyskujemy wskazówki dotyczące stylu życia odpowiedniego dla danej pory roku, odżywiania i dbania o siebie w tym okresie. Kalendarz ma za zadanie ułatwić nam zgrać się ze swoim ciałem, wsłuchać się w nie i w swój zegar biologiczny.
Kalendarz wskazuje nam w jakiej fazie księżyca danego dnia jesteśmy i jak w tym okresie pielęgnować swoje ciało. W kalendarzu jest też opis poszczególnych faz cyklu menstruacyjnego, wskazówki jak zadbać o siebie na każdym etapie. Są przypomnienia o samobadaniu piersi, a także o profilaktycznych badaniach takich jak USG piersi. Możemy również zaznaczać ilości wypitej wody, wypróżnianie, ćwiczenia, kontakt z naturą.
W kalendarzu znajdują się też fajne, inspirujące cytaty, a to zawsze od razu inaczej nastraja człowieka na cały dzień.
No i poza oczywiście tym, jak kalendarz spełnia się w sensie praktycznym, nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o wyglądzie kalendarza. Przepiękna butelkowa zieleń z cudownym złotem, co pięknie nawiązuje do natury i do naszego rytmu.
Ja już się nie mogę doczekać planowania swoich dni z tym kalendarzem, mam nadzieję, że jeszcze lepiej pozwoli mi to o siebie zadbać i zsynchronizować ze swoim ciałem.
Szczegółowy opis Kalendarza 2020 znajdziecie TUTAJ.


Marzyłam o nich od bardzo dawna, ale ciężko było je gdziekolwiek dostać. Wiecie, że jestem fanką afirmacji. Uwielbiam ładować swoją głowę pozytywnymi hasłami. Uważam, że fajnie programować pozytywnie swój umysł - nie mylić z wmawianiem sobie haseł, w które nie wierzymy i które nie są prawdą.
Karty afirmacyjne: "Słowa dla duszy" stworzone przez kobietę, która miała ogromny wpływ na moje życie dzięki swoim książkom - Agnieszka Maciąg. Kocham tą kobietę. Jej książka "Pełnia życia" była ogromnym przełomem w moim życiu i bardzo odmieniła moje myślenie i podejście do życia.
To piękne pudełeczko zawiera w sobie mini książeczkę o tym, czym są afirmacje oraz 61 kart z afirmacjami. To jest tak tani prezent, a tak cudowny i inspirujący! Za ok. 30 zł, możecie sprawić komuś ogromną przyjemność i w dodatku mieć swój mały wkład w budowanie szczęścia tej osoby :)
Ja codziennie losuję sobie jedną i stawiam ją na biurku, przy którym pracuję. Tym sposobem, pozytywne hasło towarzyszy mi przez cały dzień i rozbrzmiewa w mojej głowie.



A to akurat prezencik ode mnie dla mnie - na mikołajki :) Mam trochę problem z wydawaniem pieniędzy na tego typu rzeczy, ale tym razem niezwykle lekko wydało mi się 100 zł na to małe cudeńko. Nie jestem jakąś wielką fanką biżuterii, ale niezmiennie każdego dnia noszę łańcuszek z krzyżykiem i złoty zegarek oraz pierścionek. Teraz do tej codziennej kolekcji doszła też taka oto bransoletka.
Czemu właśnie taka? Kiedy szukałam inspiracji na prezenty, które chciałabym zakupić i Wam pokazać, chciałam żeby każda rzecz, była hm... z innej kategorii :) Szukałam rzeczy z duszą, które mają przekaz, które idealnie będą współgrać z tą świadomą kobietą. I sama biżuteria w sobie nie była dla mnie przekonująca, ale naturalne kamienie - już tak. Miałam od dawna polubiony na IG sklep PLENER shop więc to jego stronę odwiedziłam w pierwszej kolejności. Nie chciałam pokazywać Wam jakiś bardzo drogich rzeczy, więc postanowiłam, że wybiorę coś do 100 zł - i zakochałam się w minerałce serca. Nie chodziło o wygląd - chodziło o kamienie, która ona posiada. Jestem zodiakalnym bykiem, a mój kamień to kwarc różowy. Kamień miłości. Oznacza on dobre relacje między innymi za samym sobą.
Moja bransoletka posiada właśnie kwarc różowy, ale posiada też kryształ górski - kamień oczyszczający, który pomaga w ogniskowaniu się na celu ; granat - wzmacnia odwagę, pomaga odrywać się od niezdrowych relacji, nałogów ; rodonit - kamień głęboko uspokajający, leczący duchowe i sercowe rany, pomaga nam się rozwijać ; oraz hematyt - kamień sił witalnych, działa pozytywnie na wszystko co związane z krwią, dodaje nam energii i witalności.
Kiedy przeczytałam o właściwości wszystkich kamieni, które posiada minerałka serca, wiedziałam, że to jest coś dla mnie i kupiłam bez zastanowienia. W ofercie jest też minerałka szczęścia, minerałka świadomości czy minerałka z Howlitem. Zdradzę Wam, że chcę mieć je wszystkie - będę je sobie kupować przy różnego typu okazjach typu urodziny, a nawet imieniny - których nigdy nie obchodziłam! :D


Nie mogłoby zabraknąć w moim zestawieniu czegoś do poczytania. Wiecie, że kocham czytać. Jest to dla mnie tak niesamowity przywilej, który jest dostępny totalnie za darmo. Wystarczy nam odrobina wolnego czasu... Słowa Mocy, to kolejna książka autorstwa Agnieszki Maciąg. Jest w niej mnóstwo afirmacji, modlitw, medytacji. Książka porusza temat uważności, wolności, bycia tu i teraz. Każda cecha taka jak cierpliwość, wytrwałość, pewność siebie - ma swój rozdział i swoje afirmacje. Czytanie tej książki jest dla mnie tak ogromną przyjemnością i tak wspaniałym oderwaniem się od codziennej gonitwy, że staram się ją dawkować sobie jak tylko mogę, żeby zbyt szybko jej nie pochłonąć - a wierzcie mi, oderwać się od niej jest niesłychanie ciężko.
Uważam, że tego typu książki, czytane w małych dawkach, ale każdego dnia - są dużo lepsze, niż kiedy połykamy je na raz, jesteśmy w chwilowej euforii, a potem zapominamy o wszystkim co z niej wynieśliśmy. Mam zasadę, żeby poświęcać książce min. 10 minut dziennie. Nieważne jak zabiegana jestem, ile mam obowiązków na głowie - muszę znaleźć tych kilka minut, żeby się zatrzymać i przenieść w inny świat. Książki Agnieszki zawsze działają na mnie niezwykle kojąco. Zmieniają punkt widzenia i człowiek z automatu zaczyna doceniać swoje życie i staje się bardziej pozytywnie nastawiony do świata i do ludzi.

I oczywiście skoro już kobieta czyta, żyje zgodnie ze swoim rytmem, karmi się pozytywnymi hasłami i nosi piękną biżuterię - to myślę, że powinna też zadbać o swoją cerę i oto, żeby dbać o nią naturalnie. W tym temacie jestem wierna kosmetykom Koi Cosmetics, które tworzy duet mamy i córki. Kocham wspierać to co polskie i kocham wspierać kobiety z pasją. Oczywiście musi to iść w parze z jakością. Kosmetyki Koi kocham całym swoim serce i polecałam Wam je już wielokrotnie. Stosuję je od ok. 2 lat, stosuje je moja siostra, mama, przyjaciółka, znajome i Wy - moje czytelniczki. Wszyscy podzielają moje pozytywne opinie :) Tym razem zestaw prezentowy zamówiłam z myślą o mojej mamie, która ich produkty po prostu kocha, a co za tym idzie - ciągle dzwoni do mnie czy mam może jakiś zapas, bo ona ma już na wyczerpaniu :D
Zestaw świąteczny SPA, który zaraz Wam pokaże, zawiera:
Jaram się niesamowicie. To jest tak cudowny prezent, że jestem wręcz pewna, że moja mama będzie wniebowzięta.

Jestem ogromnie ciekawa, która propozycja najbardziej przypadła Wam do gustu. Starałam się, żeby każdy prezent był z innej kategorii zarówno cenowej jak i ogólnie - dotyczył innej sfery naszej kobiecości. Myślę, że mi się to udało. Ja jestem zakochana absolutnie w każdym prezencie. Wszystkie te rzeczy już teraz stosuję w swojej codzienności i będę przeszczęśliwa, że obdaruję nimi również bliskie memu sercu kobiety.
Kurczę - no powiem Wam nieskromnie, że jestem taka dumna! Pierwszy raz w życiu, zrobiłam tego typu prezentownik. Włożyłam w to ogrom serca i zaangażowania. Chciałam, żeby to były propozycje totalnie w zgodzie ze mną i z wartościami, które wyznaję i które propaguję. Chciałam też, żeby sesja była w wyjątkowym miejscu, które odda klimat świąt - a takim miejscem jest na moim osiedlu flowershop Flori Moniki Kamińskiej :) Uwielbiam to miejsce. Monika jest wedding designerem, dekoruje przyjęcia i otworzyła również swój flowerstore, który na moje szczęście, mam tak blisko siebie. Wpadłam tam kiedyś podczas spaceru i wyszłam z moją pierwszą roślinką - skrzydłokwiatem. I wtedy zakochałam się w tym miejscu na dobre. Urządzone z niezwykłym smakiem. Czuć tam duszę i talent Moniki oraz jej miłość do roślin.
Moja Kasia z Happy Factory, kiedy zobaczyła kiedyś zdjęcie z tego miejsca od razu powiedziała: musimy tam zrobić sesję! No i... zrobiłyśmy. Dziękuję z całego serca Monice za możliwość zrobienia sesji w jej cudownym sklepie. Dziękuję Kasi - nikt lepiej nie uchwyciłby tego wszystkiego w tak cudowne kadry.
Jestem ciekawa co sądzicie o tym wpisie, o prezentach i o tych cudownych zdjęciach! Podoba Wam się kierunek, w jakim zmierza blog i ostatnie posty? Chcę tworzyć dla Was - kobiet. Chcę Was inspirować do świadomego życia i rozwoju. I myślę, że całkiem dobrze mi to wychodzi!
Dobrego dnia <3











Tamten dzień już na zawsze wpisał się w listę najpiękniejszych dni w moim życiu. Mam nadzieję, że nigdy go nie zapomnę. Że zawsze będzie on w mojej pamięci tak wyraźny jak do tej pory. I choć grudzień w tym roku próbuje mnie skutecznie zastraszyć i zagonić pod koc, z którego wyszłabym w okolicach kwietnia... to ja się nie daję. Bo grudzień to chcąc nie chcąc, najbardziej magiczna pora roku. I choć nie cierpię zimna, to wydarzy się w nim wiele dobrych rzeczy, które mi tą temperaturę zrekompensują.
Czeka na mnie i Polę wiele atrakcji w najbliższych dniach. Kiedy zdałam sobie sprawę z tego ile w naszym mieście jest możliwości, by przejść przez ten grudzień z uśmiechem, postanowiłam, że podzielę się tymi możliwościami i z Wami. Zatem nie przedłużając... oto moje sposoby na to...
DISNEY ON ICE
My zaczynamy mikołajkowym akcentem w postaci Disney On Ice. Bilety na to wydarzenie Polcia znajdzie 6 grudnia w swoim bucie. Totalnie nie mogę się tego doczekać. To moje i Polci małe marzenie. Za każdym razem kiedy Pola widzi plakat bądź reklamę mówi: jak ja bym chciała to zobaczyć! No i zobaczy... a ja razem z nią. Uwielbiam postacie Disneya. To całe moje dzieciństwo, wspomnienia. Wiem, że jak nigdy dotąd, obudzi się we mnie moje wewnętrzne dziecko. A co dopiero Pola... wyobrażacie sobie zobaczyć coś takiego będąc dzieckiem? Dzieckiem, które wszystko widzi i czuje mocniej niż my - dorośli.
W Warszawie pokazy odbywają się na Hali Torwar w dniach 5,6,7,8 grudnia. Upolowałam bilety ze sporym wyprzedzeniem, więc mamy najlepsze możliwe miejscówki, bo w drugim rzędzie! Awrrr, to będzie coś niesamowitego!
PS: Bilety kupowałam na ebilet.pl
TEATR MAŁEGO WIDZA
Zakochałam się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. Pierwszy spektakl na jakim byłyśmy nazywał się Cztery Pory Roku. O tym przeżyciu pisałam we wpisie: Ach co to był za grudzień!. Niesamowite połączenie tańca, gestów, muzyki... i ja i Pola byłyśmy totalnie wzruszone, jak bez słów można przekazać tyle emocji. Obecnie trwa czwarta edycja Międzynarodowego Festiwalu Teatru dla NAJmłodszych TAKE PART IN ART. To trwający blisko 4 miesiące, jesienny przegląd najciekawszych spektakli dla dzieci z różnych zakątków świata. Do grudnia 2019 na scenie Starej Prochowni odbędzie się 50 spektakli dla 4 tysięcy widzów, w tym 12 bezpłatnych spektakli dla dzieci ze stołecznych żłobków i przedszkoli.

FABRYKA ELFÓW
Fabryka w Warszawie jest zlokalizowana na PGE Narodowym. Można się tam wybrać do 22 grudnia. Podczas zwiedzania Fabryki, dzieciaczki odwiedzają 10 punktów z atrakcjami. W niektórych czekają na nie zabawy logiczne, w innych ruchowe w jeszcze innych edukacyjne zadania czy gry zręcznościowe. Na koniec dzieci spotykają Świętego Mikołaja. Tyle się dowiedziałam z internetów. Ale widziałam w social mediach kilka relacji i wygląda to obłędnie i chyba sobie nie daruję, jeśli nie zabiorę tam Poli. Świątecznej magii nigdy za mało - moim skromnym zdaniem :P My raczej jak zwykle wybierzemy się w tygodniu, bo weekendy w takich miejscach... no ja się na coś takiego niestety nie nadaję :P
Bilety można kupić w okolicy 50 zł za 1 dziecko (w tym 1 osoba dorosła). Fabryka Elfów jest również w Gdańsku i Katowicach :)
URSYNOWSKIE MIKOŁAJKI
Kocham mój Ursynów! 8 grudnia na Arenie Ursynów, odbędą się Mikołajki z klockami Lego i planszówkami. Na dzieci będą czekać stanowiska do budowy klockami Lego, stanowiska wielkoformatowych gier planszowych, a także stanowiska sportowe i rekreacyjne. Odbędzie się też przedstawienie teatralne dla dzieci – bajka zimowa pt „Świąteczna kartka z Afryki”. No i oczywiście punkt obowiązkowy... spotkaniem ze Świętym Mikołajem... kolejnym :P Wydarzenie jest darmowe. Podczas Mikołajek swoje stoisko będzie miała Fundacja Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa. Każdy będzie mógł zakupić cegiełkę :)
Mikołajki odbędą się w godz. 12.00 – 17.00 w Arenie Ursynów przy ul. Pileckiego 122.
SMART KIDS PLANET
Tę atrakcję zaliczyłyśmy już jakieś 2 miesiące temu. Świetna strefa na PGE Narodowym. Smart Kids Planet można opisać jako salę zabawy i nauki. Dzieciaki poprzez używanie wszystkich zmysłów, mogą się bawić w różnych tematycznych strefach - od takich, w których trzeba na czas przejść labirynt kopiąc piłkę, po takie w których można pokolorować kosmiczny obrazek, zeskanować go, a następnie odszukać w ciemnym pomieszczeniu na ścianie (pokazywałam to na stories). To trochę takie centrum nauki, ale z większa domieszką zabawy i możliwością wykazania się przez dzieciaki kreatywnością i twórczością. Bardzo mi zaimponowała strefa, w której dzieciaczki uczą się czym jest recycling - sortują odpady i uczą się całego procesu recyclingu. Świetny trening myślenia przyczynowo-skutkowego ale też porządna lekcja ekologii.
Koniecznie sprawdźcie harmonogram na grudzień, bo jest w nim dużo świątecznych aktywności jak animacje świąteczne, pieczenie pierników czy świąteczne warsztaty. Bilety rezerwowałam online :)
PS: Dla maluszków jest cudowna strefa Tuptaj - jest tam dużo pufek i miękka łąka, na której dzieciaczki mogą podjąć się mnóstwa aktywności rozwijających ich zdolności motoryczne. Zaraz obok tej strefy są stoliki i kawiarenka, w której możecie zamówić sobie coś do picia czy jedzenia.

PRZYTUL POLSKĘ (ostatnie dni wystawy !!!)
Jeszcze do 8 grudnia macie czas, by odwiedzić w Centrum Praskie Koneser wystawę dla rodzin Przytul Polskę. Pokazywałam Wam relację na Stories z tego miejsca. Wystawa jest bezpłatna. W fajny i przyjazny sposób, wyjaśnia dzieciaczkom zagadnienia polskości, patriotyzmu, wspólnoty. W słuchawkach można posłuchać Poloneza, można też rozwiązać quiz z pytaniami typu: pierogi ruskie czy mięsne? Można polepić wspólnie pierogi przy stole, przytulić poduchy w kształcie Polski, poczytać książki, a także poczęstować się jabłuszkiem czy naturalnym nektarem z jabłek :) To tak w dużym skrócie.

MUZEUM DOMKÓW DLA LALEK
Ta atrakcja jeszcze przed nami i szczerze nie mogę się doczekać! :D Zaczynam się zastanawiać kto ma większa frajdę z tych wszystkich atrakcji haha :D W muzeum znajduje się ogrom zabytkowych i pięknie odwzorowanych domków, sklepików, pokoików dla lalek. Muzeum znajduje się w Pałacu Kultury i Nauki.
U KRÓLA MACIUSIA - MUZEUM POLIN
Polecam Wam to miejsce z całego serca. Byłam tam już kilka razy. Wspaniałe miejsce stworzone z myślą o dzieciach. Można tam rysować, bawić się, czytać książki a także dowiedzieć się wiele o tradycji, historii i żydowskiej kulturze. Cała przestrzeń stworzona jest w duchu idei pedagogiki Korczaka.
Wejście do strefy jest bezpłatne. Natomiast płatne są wejściówki na warsztaty rodzinne w weekendy, które ogromnie Wam polecam. Koniecznie sprawdźcie program wydarzeń i zobaczcie jakie warsztaty są zaplanowane na najbliższe weekendy :)
PS: Byłam nawet na otwarciu Maciusiowej strefy w 2015 roku... sami zobaczcie jaki Poldek był mały! :D


KRÓLEWSKI OGRÓD ŚWIATŁA
Powiem Wam, że staż może w Warszawie mam krótki, ale czuję się już jak Warszawiak :D Meldunek mam, mieszkanie tutaj mam, rejestrację na furze również mam warszawską ... to i obowiązek coroczny stawienia się w ogrodzie światła również musi zostać wypełniony :D Bo niby ile można oglądać to samo, prawda? A jednak okazuje się, że... można :D Na mnie te wszystkie światełka robią wrażenie rok w rok. Zresztą dla mnie każdy pretekst wyjścia z Polą i spędzenia czasu w inny niż na co dzień sposób, jest nie lada przeżyciem i frajdą.
Królewski Ogród Światła mieści się przy pałacu w Wilanowie i jest to wystawa plenerowa z tysiącami kolorowych światełek układających się w przeróżne kształty. W tym roku totalną nowością będzie Ogród Różany, w którym znajdziecie 6 tysięcy światełek w postaci zmieniających kolory róż.
Królewski Ogród Światła funkcjonuje do dnia 23 lutego 2020 roku (oprócz 24 i 31 grudnia). Sprawdźcie szczegółowo godziny otwarcia, daty i ceny. W konkretne dni o konkretnych godzinach, są tak zwane MAPPINGI - trójwymiarowe pokazy łączące światło, obraz i dźwięk. Wyświetlane są one na fasadzie pałacu. Coś niesamowitego - byłam, widziałam! :) Warto się na nie załapać. My mieliśmy okazję obejrzeć Bajkę o królewskiej wydrze. Pokaz trwał 15 minut.
No... trochę się zapędziłam. Warszawa ma to do siebie, że tutaj ciągle coś się dzieje. Pod względem kultury, rozwoju dzieciaczków - nie ma tutaj nudy. I o ile jakieś cykliczne wydarzenia są płatne, tak jest też ogrom atrakcji darmowych - ja nie bieżąco sprawdzam kalendarium w Warszawie i szukam wydarzeń dla mnie i dla Polci. Darmowe zajęcia jogi dla dzieci czy dorosłych. Darmowe wystawy, darmowe wejścia do muzeów. Jest wiele opcji, by się rozwijać i spędzać czas z dzieckiem, nie sięgając ciągle po $$$. Ogrom wydarzeń i możliwości to jest właśnie to co sprawia, że nie mogłabym mieszkać już w małym mieście. Nie ma takiej opcji. Tutaj mam poczucie, że mogę za każdym razem wybrać się w inne miejsce i pozwalać dziecku i sobie rozwijać skrzydła.
Także jeśli oprócz moich opcji, chcecie jeszcze na bieżąco szukać sobie jakiś atrakcji - to polecam Wam dwie strony, z których ja regularnie korzystam:
Już wiele razy byłyśmy na warsztatach plastycznych w kawiarenkach, na darmowych teatrzykach dla dzieci. Za grosze chodziłyśmy na filmowe poranki do kin, na wystawy dla dzieci. Kto szuka, ten znajdzie - tak mówio :P Zatem szukajcie i chwalcie mi się koniecznie na co uda Wam się wybrać w tym magicznym, świątecznym grudniu. Mam nadzieję, że trochę Wam te poszukiwania ułatwiłam.
Dobrego grudnia!
Gdyby tak było, nie byłoby tylu nieszczęśliwych dorosłych, którym w dzieciństwie zabrakło miłości, uwagi, zainteresowania. Gdyby tak było, rodzice nie mieliby aż takiego problemu z dotarciem do swoich dzieci. Na każdym kroku zderzam się z obserwacją braku szacunku w relacji rodzic-dziecko, z brakiem umiejętnej konwersacji. Nie jestem Bogiem, nie jestem matką idealną - ale mam oczy, widzę i obserwuję. I wiem, że niektórzy choć bardzo chcą i się starają - nie do końca umieją być dobrymi rodzicami. Najczęściej dlatego, że nikt ich nie nauczył. Że zwyczajnie nie wiedzą jak.
Moi rodzice dali mi miłość taką, jaką byli w stanie mi dać. Dali mi ją na tyle, na ile potrafili. Wiele lat zajęło mi zrozumienie tego. Lata żalu, który siedział we mnie, spowodowanego tym, że... nigdy nie czułam się kochana. Nikt mi nie mówił, że mnie kocha. Nikt nie przytulał mnie w chwilach smutku. Moi rodzice mimo tego, że nie byli nigdy super bogaci, zawsze mieli za priorytet moje potrzeby. Moje wykształcenie, zdrowie, ubiór, rozwijanie zainteresowań. Zawsze miałam wszystko czego mi potrzeba. Dach nad głową, jedzenie, prywatnych lekarzy, edukację i jakiekolwiek dodatkowe zajęcia, na które miałam ochotę. Nigdy nie czułam się zagrożona. Miałam przy nich niesamowite poczucie bezpieczeństwa i wsparcie, ale zawsze czegoś mi brakowało. Dziś jednak wiem, że kochali i kochają mnie nad życie. Dziś to czuję. Ale jednak nie stworzyliśmy na tamtym etapie między sobą silnej, emocjonalnej więzi. A ja byłam tego tak spragniona, że bardzo szybko podjęłam decyzję o stworzeniu rodziny. Bardzo pragnęłam dać komuś swoją miłość...
Kiedy zostałam mamą obiecałam sobie, że ja jednak postąpię inaczej. Od początku otulę Polcię płaszczem miłości. Stworzę z nią piękną i silną więź. Na razie się to udaje choć łatwo nie jest, bo Pola ma naprawdę trudny charakter :P Jakie są moje patenty na tak mocną więź? Sama nie wiem. To wszystko wychodzi tak naturalnie. Ale powiem Wam, co na pewno jest tego zasługą...
Wierzę, że warto uczyć tego dziecka od samego początku. Dziecko czuje się bezpiecznie i mówi nam otwarcie o wszystkim tylko wtedy, gdy wierzy, że je zrozumiemy i gdy wie... że rozmowa jest ważna i potrzebna. Od maleńkości mojej córki nazywam emocje, mówię o nich. Nie zaprzeczam emocjom Poli mówiąc: no coś ty, na pewno się tak nie czujesz. Zawsze nazywam wspólnie z nią to co czuje i pokazuję jej, że rozumiem to uczucie i je akceptuję. A potem również tłumaczę jak sobie z daną emocją w danej sytuacji radzić. Niesamowicie rozczuliło mnie ostatnio, kiedy Pola w przedszkolu podbiegła ostatnio do mnie z płaczem i na moje pytanie, że widzę, że jest smutna i co się stało odpowiedziała: jest mi smutno, bo Ania sprawiła mi przykrość! - tak pięknie nazwała swoje emocje pokazując mi, że jest smutna i jest jej przykro. Dziecko musi znać emocje i je rozumieć, bo w przeciwnym razie jako dorosły nie będzie sam wiedział co czuje, będzie zagubiony i nie będzie umiał zidentyfikować swoich uczuć.

Uwielbiam to. Pola wtula się we mnie, przykrywamy się kocykiem i czytamy... Zawsze bardzo się wczuwam. Zmieniam głosy, tonację. Podwyższam i ściszam ton. Wchodzę w opowieść na 100%. Jestem wtedy tylko ja, Pola i świat, który tworzą w naszych głowach litery. Pięknie jest wejść w jakąś czynność razem, a książki zdecydowanie otwierają przy tym umysł i pięknie rozwijają wyobraźnię. Cieszę się, że Pola kocha je tak samo jak ja. Wspólne czytanie książki niesamowicie wzmacnia więzi i nie wyobrażam sobie bez tego naszej codzienności.
Mówię te słowa bardzo często, a Pola sama z siebie również potrafi mnie nimi zaskoczyć. Słowa mają jednak to do siebie, że mogą być tylko pustym frazesem. Dorosłe dziecko może czuć się skołowane jeśli przez całe życie słyszało, że jest kochane, ale wcale tego nie czuło. Kocham Cię, wyrażam w słowach ale również w czynach. Poza dbaniem o dziecko, które jest podstawą, miłość wyrażam na przypadkowej karteczce, na której rysuję serduszko i piszę: Dla Poli! Miłość wyrażam w tym, że głaszczę ją po rączce, kiedy zasypia lub kiedy po prostu siedzimy obok siebie. Miłość wyrażam tym, że jeśli mówi - to słucham. Jeśli mnie potrzebuje - to jestem. Jeśli ma marzenia - to pomagam jej w ich spełnianiu. Jeśli ma problem, nawet który powstał w wyniku jej błędu - pomagam jej. Staram się, żeby Pola miała poczucie, że cokolwiek się nie dzieje - ja naprawdę ją kocham i jestem przy niej. Kocham Cię, to jednak również umiejętność powiedzenia NIE i umiejętność stawiania granic. Tak, to też robię z miłości do niej, bo chcę żeby umiała sobie radzić, miała do mnie i innych szacunek, Jest wyjątkowa, jest inna, ale nie jest od nikogo lepsza czy gorsza.
Takie oczywiste, prawda? Ale nie chodzi tylko o spędzanie czasu wspólnie w domu, ale o coś, co razem zaplanujemy np. poza domem. Wspólny piknik, długi spacer, wypad do kina czy do teatru. Ale nie taki wypad, że idziemy z dzieckiem, a ono sobie tam coś ogląda, a my gadamy przez telefon... Tylko taki, w który wspólnie się angażujemy, pokazujemy dziecku, że jesteśmy w tym razem z nim. Czasem pozwalam wybrać aktywności Polci, a czasem robię jej niespodziankę i do końca nie wie, gdzie się wybieramy.
Jeśli chodzi natomiast o spędzanie czasu w domu - to również chodzi mi tutaj o taki czas, w którym 100% swojej uwagi dajemy dziecku, bawimy się w to, w co ono chce się bawić i nie zwracamy uwagi na nic innego. Pół godzinki dziennie takiej zabawy to minimum. I wiem wiem, mało który rodzic lubi się bawić z dzieckiem. Ciągle gdzieś czytam, że zamiast zabawy rodzice stale angażują dzieci w jakieś wspólne zajęcia, żeby po prostu robić coś razem. I ok, to jest fajne, sama to uwielbiam! Ale zabawa jest ogromnie potrzebna i ważna w rozwoju dzieci, a zaangażowanie się w nią rodzica, daje dziecku poczucie tego, że jego potrzeby są ważne i że rodzic chętnie spędza z nim czas - nie tylko na swoich warunkach...

Baardzo ważne jest dla mnie, by dawać dziecku poczucie, że się nim interesuję. Że jej sprawy są dla mnie ważne. Pytam jak było dzisiaj w przedszkolu, czy dobrze się bawiła. Pytam o to z kim lubi się bawić, przy kim czuje się dobrze. Omawiam z nią rysunki, które przynosi, pokazuję, że każdy jest dla mnie ważny i wyjątkowy, że to nie są przypadkowe świstki papieru. Interesuję się czym się obecnie lubi bawić, które figurki są jej ulubionymi. Pokazuję jej, że to co robi jest dla mnie ważne. Pola opowiada mi o swoich przeżyciach i emocjach, ale ja również opowiadam jej o swoich. To wszystko działa w dwie strony. Ja opowiadam jej jak było w pracy, ona o tym jak w przedszkolu. I opowiadamy sobie nie tylko o tych dobrych rzeczach. Mówię jej o tym co mnie wkurzyło, zdenerwowało, żeby też Pola miała świadomość, że nie wszystko zawsze idzie idealnie i po naszej myśli.
Daję Polci przestrzeń beze mnie i bez moich decyzji. Na to, by nie wiedzieć i nie widzieć totalnie wszystkiego. I chcę by wiedziała, że ma do tej przestrzeni i swobody prawo. Chcę też by uczyła się samodzielności. Tego, że nie zawsze i wszędzie będę przy niej. Nie naciskam kiedy nie ma ochoty opowiedzieć mi o czymś. Nie decyduję za każdym razem o tym, jak ma się ubierać. Pytam o jej zdanie w sprawie nowych ubrań, w sprawie wyjazdów. Nie traktuję jej jako kogoś, kto musi dostosowywać się do dorosłego, tylko jako małego-dorosłego, którym już na tym etapie musi mieć pewnego rodzaju swobodę i wiedzieć, że ma prawo się na coś nie zgodzić, że ma prawo nie robić czegoś co mu się nie podoba.
To bardzo istotny element tej całej układanki. Polcia ma poczucie, że nie mówię jej na każdym kroku jak ma się zachowywać, co ma jeść i czym ma się interesować. Zamiast dawać jej rozkazy, pokazuję jej swoje życie, swoje wybory - i ona wybiera z tego to, co dobre dla niej. Dzięki temu właśnie tak jak ja kocha książki, prosi wieczorem o włączenie medytacji. Wie, że kiedy się denerwuje, musi się zatrzymać i uspokoić oddech. Wie, że praca może być pięknym przeżyciem, a nie przykrym obowiązkiem. Że można żyć szczęśliwie i zdrowo, ale trzeba o siebie dbać, trzeba być aktywnym, zdrowo jeść, rozwijać się, czytać, być dobrym człowiekiem. Niedługo skończy 6 lat i już wie, że życie to piękna przygoda, a wszystkie potknięcia nas czegoś uczą i nie należy traktować ich jako porażek. Uważam, że Pola ogromnie jest ze mną związana dzięki temu, że może być przy mnie sobą i że dzięki moim wyborom - ona również może być coraz lepsza i coraz lepiej radzić sobie w codzienności.
Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Szacunek, akceptacja, motywowanie, wspieranie. Uważne słuchanie i tłumaczenie. Dużo czułości, miłości. Dotyk, wspólny czas. Przestrzeń i swoboda, ale też gdy trzeba stanowczość i konsekwencje. Zainteresowanie i poczucie bezpieczeństwa. Ale przede wszystkim chodzi w tej więzi o to, by to wszystko umiejętnie wypośrodkować.
Mogłoby się wydawać, że więź albo jest słaba albo jest silna - czyli taka jak być powinna. Ale i w tej kwestii ważna jest równowaga. Obecnie czytam fajną książkę o rozwoju przedszkolaka i natknęłam się na taki cytat:
"W przypadku więzi zbyt silnych relacja uzależnia dziecko od innych, odbierając mu autonomię i poczucie pewności siebie (...) Jeśli dziecko nieustannie słyszy pozornie pozytywne komunikaty wsparcia takie jak: nie bój się, jestem tutaj ; pójdziemy razem ; brawo, jestem z ciebie dumna ; dobrze Ci poszło ; pomogę Ci ; wybierzemy teraz książeczkę ( charakterystycznie nadużywana liczba mnoga w wypowiedzi), wówczas uzależnia się od obecności, wsparcia i oceny rodzica. Małymi kroczkami buduje w sobie przekonanie, że mama jest elementem, bez którego dziecko nie wie, jaką decyzję podjąć, jak ocenić swoje działania ani czy da radę coś zrobić. (...) Zarówno słaba, jak i zbyt silna więź nie są korzystne dla dziecka. Zadbaj o to, by być emocjonalnie dostępnym, mieć dla dziecka czas i reagować na jego potrzeby, ale nie uzależniaj malca od swojego wsparcia, towarzystwa czy pozytywnej oceny". Jak wspierać rozwój przedszkolaka? - Monika Sobkowiak
Podsumowując: tworzenie silnej więzi z dzieckiem również musi być zrównoważone. Przesada w żadną stronę, nigdy nie jest dobra.
Na sam koniec, jeszcze jedna refleksja. Znam mamy, które zawsze mają dla dzieci w domu ciepłe, dwudaniowe obiadki. Znam mamy, które zawsze robią piękne ozdoby na wszystkie okazje i wydaje im się, że tym samym okazują dziecku miłość. I to jest piękne i jest ok! Sama uwielbiam to robić. Ale jeśli w tym wszystkim zabraknie uczucia, prawdziwego i szczerego zainteresowania, wsparcia i dotyku... jeśli to będą tylko mechanizmy "dbania o dziecko" to dziecko będzie szło przez życie z dziwną pustką w sercu, której niestety ale ciepłe obiady, adwentowy kalendarz DIY i udzielanie się we wszystkich zebraniach w przedszkolu nie zapełnią. Bo dla dziecka liczy się UCZUCIE. Prawdziwa i szczere pokazanie: kocham Cię, szanuję Cię, jesteś dla mnie ważna. Wspólny czas i poczucie, że mogą rodzicowi ufać i zawsze znajdą miejsce w ich ramionach... Moja mama zawsze woziła mnie do szkoły, odbierała. Woziła na wszystkie zajęcia dodatkowe, a w domu czekała z ciepłym obiadem, potem kolacją. Starała się jak mogła, ale była też przy tym trochę sfrustrowana. Myślicie, że jako dziecko odbierałam te wszystkie starania jako przejaw miłości... nie. Teraz to doceniam, ale wtedy... nie.
Czy jestem mamą idealną? Nie. Na pewno popełniam wiele błędów. Ale z dnia na dzień, staram się być lepszą wersję siebie, lepszą mamą. I myślę, że dobrze mi to wychodzi. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć: jestem dobrą mamą. I jestem z tego dumna :)









Nie znam się na dekoracji wnętrz, na aranżacji. Nie umiem za bardzo w dodatki, w ustawianie wszystkiego tak, żeby to miało ręce i nogi. Ale odkąd mam własne mieszkanie, kombinuję, przestawiam i robię wszystko tak, by efekt końcowy zadowalał mnie samą. Nie kieruję się tym co modne, wybieram raczej to, z czym ja czuję się dobrze i co mi się podoba. W moim domu nie panuje jeden określony styl. Znajdziecie tu zarówno elementy glamour jak i skandynawskie czy nowoczesne. Totalny misz-masz, który jest totalnie mój.
W tym roku, dostałam propozycję współpracy przy promocji świątecznych ozdób marki własnej Auchan czyli Actuel. Sklep Auchan uwielbiam odkąd mieszkam w Warszawie. Wychodzę z niego zawsze i ze spożywką i z dodatkami do domu i z ubraniami dla Polduna. Miałam jak zwykle wolną rękę w tworzeniu kampanii reklamowej. Od razu kiedy przeczytałam, co mam zareklamować, wpadłam na pomysł, żeby zrobić już teraz świąteczny klimat w salonie i w taki sposób pokazać produkty. Pojechałam z Poldunem do auchan i... wyszłam po trzech godzinach :D Cuda, cuda i jeszcze raz cuda. Wybór? Ogromny. Wszystkiego multum w każdym kolorze i co najważniejsze, wszystko było poukładane właśnie kolorystycznie. Piękne poduchy, stroiki, świece, bombki. W sumie nie wiedziałam czego się spodziewać, ale jak sami widzieliście na stories, to wszystko wyglądało przepięknie!









Miałam naprawdę nie małe wyzwanie. Nie chciałam iść na ilość, ale na jakość. Wybrać kilka perełek, kilka detali. Pokazać Wam, że nie trzeba kupować miliona ozdób, żeby nadać świąteczny klimat naszym wnętrzom. Że można wydać mało kasy, kupić kilka elementów - a mimo wszystko osiągnąć cudowny efekt. I wiecie co? Jestem z siebie cholernie dumna :D Po powrocie ze sklepu wysprzątałam salon, poustawiałam wszystko i nie mogłam się napatrzeć! Jest pięknie i bardzo bardzo chcę Wam już to wszyściutko pokazać!
KĄCIK WYPOCZYNKOWY
Kącik wypoczynkowy w salonie wzbogaciłam o dwie cudowne poduchy. Trochę ryzykowałam, bo to dwa totalne różne wzory, ale pasują do siebie idealnie! Na stoliczku zmieniłam całkowicie wystrój tacy i postawiłam na niej trzy choineczki na drewnianych podstawkach. Są mega tanie ( ok. 2/3 zł) jest dużo różnych kolorów, różne wielkości - a sami zobaczcie jaki robią efekt! Zdecydowałam się też na dwa malutkie talerzyki w kształcie gwiazd - po świętach będą świetne np. na stolik nocny na biżuterię, którą zdejmuję do snu. Na tacy stoi też piękna szklana kula, którą wybrała Pola i świeczka z drewnianym wieczkiem. Wygląda to naprawdę ślicznie :)







KĄCIK RTV
Ten kąt podoba mi się najbardziej. No jestem po prostu zakochana :) W rogu postawiłam tego pięknego aniołka. Słuchajcie... on kosztował 50 zł, a tego typu rzeczy w sklepach są nawet po 200! To jest absolutnie najlepsza rzecz jaką z Polą upolowałyśmy i nie wyobrażam sobie bez niej tej aranżacji. Ten aniołek jest przesłodki! Na szafce postawiłam granatowy świecznik i znów... skąd ten granat? Nie wiem, ale czułam, że jakimś cudem będzie to pasowało. I pasuje :D Do tego świeca z motywem złota - a przecież w salonie są srebrne dodatki. Można? Pewnie, że można :D Przy drewnianym napisie wylądował ptaszek, którego wybrała Polcia na samym początku zakupów. Na dole również ustawiony jej łup czyli świeczki-bałwanki. Raaany, uwielbiam ten kąt! Nie mogę się doczekać wieczorów z netflixem mając przed oczami właśnie ten ciepły, przytulny kącik.






KĄCIK W KUCHNI
Kuchnia jest dla mnie częścią mojego salonu, więc i ona wymagała odpowiedniej oprawy. Tutaj miałam zagwozdkę. Wiedziałam na pewno, że chcę poszukać jakiegoś pięknego stroiku na środek stołu. No i dorwałam. Ładny, subtelny, nie kiczowaty. Prezentuje się naprawdę cudnie! Z kolei na blacie postawiłam drewnianą, ledową choinkę i puszkę z ciastkami. W auchan jest masa różnych słodkości właśnie w takich ładnych puszkach. Warto kupić właśnie ze względu na puszkę - będziecie mieć ją na zawsze i możecie co roku wsadzać do niej np. własnoręcznie zrobione pierniczki. No i to super opcja na prezent. Mojej mamie tak się spodobała ta puszka, że chyba przejdę się po jeszcze jedną :D
Jeszcze dwa detale... kupiłam rękawicę do piekarnika i ręczniczek, który przewiesiłam na rączce od piekarnika. Takie niby nic, a jednak nadaje mega świątecznego klimatu. Że jak się patrzy z drugiego końca salonu, to to widać i rzuca się w oczy. Drobne elementy, a nadają takiego klimatu!







Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdemu przypadnie to wnętrze i te dodatki do gustu, to jest normalne. Jesteśmy różni i podobają nam się różne rzeczy. Dla mnie efekt jest cudowny. Moim celem było znalezienie subtelnych, fajnych dodatków i stworzenie świątecznego klimatu w domu, który nie będzie dla mnie zajeżdżał kiczem i tandetą. Chciałam żeby było delikatnie, żeby kolory były stonowane, ale żeby było ciepło i klimatycznie. I wydaje mi się, że tak jest. Ja naprawdę wyjdę teraz na głupią, ale mi się ten efekt tak podoba, że nie mam w ogóle ochoty wychodzić z salonu :D Jest magia, jest klimat. Jeszcze tylko świąteczne piosenki w tle, zapach pierniczków, choinka i migoczące lampki. To będą piękne święta! I choć atmosferę i dom tworzą ludzie... to zdecydowanie dodatki pozwalają pokolorować tą atmosferę jeszcze bardziej! I jak widać - nie trzeba ich wcale bardzo dużo i nie muszą one oznaczać wizerunku mikołaja czy elfów. Świąteczny klimat można nadać na wiele różnych sposobów - i każdy powinien zrobić to po swojemu :)

















A ja jestem ogromnie szczęśliwa, że mogłam Was do tego zachęcić. Całą resztę roboty, zrobiliście Wy. Podczas wyzwania czułam codziennie meeega satysfakcję, że doświadczacie tego, czego i ja doświadczam dzięki medytacjom. Stworzyłam to wyzwanie, bo chciałam się tym szczęściem i spokojem podzielić. I udało się! Jeśli chcecie dołączyć do wyzwania medytacyjnego, możecie zrobić to w każdej chwili! W moich wyzwaniach nie ma daty rozpoczęcia i końca :) Wszystkie informacje znajdziecie we wpisie: Jak zacząć medytować?
To wszystko dało mi do myślenia. Po pierwsze - i ja czułam się zmotywowana do tego, by praktykować codziennie. W końcu to ja to wyzwanie stworzyłam. Po drugie - wasze wiadomości pokazały mi siłę takich wyzwań. Tego, że kiedy działa się w grupie, dzieli się efektami - motywacja wzrasta! Jest lepiej, jest łatwiej, jest... ciekawiej!
Podobno, by wykształcić w sobie nawyk - trzeba robić coś codziennie przez 21 dni. Pomyślałam, że fajnie jest wprowadzać nawyki stopniowo. Tak jak kiedyś przeczytałam w pewnej książce, warto kształtować jeden nawyk na miesiąc. Wyobraźcie sobie... 12 nawyków przez cały rok. Po roku, jakość Waszego życia będzie totalnie inna. Wprowadziłam już medytację i myślałam o kolejnych wyzwaniach... np. biegowych. Ale październik był dla mnie miesiącem okrutnej słabości... słabości do słodyczy. Co mam Wam powiedzieć - kocham słodycze i nigdy się z tym nie kryłam. Ale ostatnio słowo "umiar" - stało się dla mnie obce. Tu batonik, tu kolejny batonik. O, tam jeszcze kolejny! :P
I pomyślałam, że skoro wyzwanie medytacyjne sprawiało, że naprawdę medytowałam codziennie - to może wyzwanie #30dnibezslodyczy sprawi, że naprawdę zrobię sobie słodyczowy detoks? Nie no... nawet jak o tym piszę, brzmi to nierealnie :D Ciężko mi uwierzyć w to, że naprawdę mogłabym ich tak długo nie jeść. Ale byłoby trochę lipnie być autorką wyzwania i odwalić manianę... a że kłamać nie umiem, to chyba nie będę miała wyboru ;) Zatem... chyba pora zacząć.
Nie będę Wam tutaj pisać eseju o tym, dlaczego powinniśmy ograniczyć spożywanie słodyczy. To chyba każdy wie. Ani to dobre dla naszego ciała, ani dla kondycji, ani dla cery. Nie jest to coś dobrego dla naszego zdrowia, ale no wiecie - wszystko jest dla ludzi. Najważniejszy jest umiar. A jeśli go nie ma... trzeba się od złego nawyku odzwyczaić. Ja wiem, że będzie ciężko :D Dla mnie to wyzwanie będzie dużo bardziej ciężkie, niż gdybym miała biegać codziennie po 15 kilometrów :D Co dwie głowy to nie jedna, jak to mówią. A w tym wyzwaniu na pewno wezmą udział więcej niż dwie osoby, więc... jestem dobrej myśli - a przynajmniej tak sobie wmawiam.
Dwie głowy już są - wyzwanie realizuję razem z Martą, która przygotowała dla Was jak zawsze piękne grafiki. Zarówno grafikę na InstaStories (i właśnie tam ją Wam wrzucę, a Wy zrobicie sobie screena) jak i grafikę do druku. Nie każda z Was, która dołącza do wyzwań, chce pokazywać swoje efekty na stories. I to jest zrozumiałe! Macie prawo robić to tylko dla siebie, w swoich 4 kątach. Macie prawo mieć swoją osobistą tabelkę, której absolutnie nikt nie zobaczy :) I pamiętajcie... macie prawo zrobić fuck up. Macie prawo się potknąć i zaznaczyć w jakimś dniu X - nie udało się. Ale to nie znaczy, że macie wciąż zaczynać od nowa ( choć możecie!). Ale możecie też lecieć dalej! Nie załamujcie się porażkami, ale bądźcie wyjątkowo dumne, kiedy Wam się uda.
TUTAJ możecie pobrać tabelkę do druku do wyzwania #30dnibezslodyczy. Dni specjalnie nie są oznaczone jakąś datą itp. żebyście mogły dołączyć do wyzwania w każdym momencie. Ale jak już dołączycie - zachowajcie ciągłość :) Poniżej tabelka na InstaStories - jeśli czytacie ten wpis z pozycji telefonu, to możecie przytrzymać dłużej obraz i zapisać tabelkę na telefonie :)

I teraz najgorsze. Jak to wyzwanie zaliczyć i przejść? Jak słodyczowy pochłaniacz może w ogóle myśleć o przeżyciu miesiąca bez ulubionego batonika? :D Myślę, że najważniejsze to potraktować to wyzwanie jako dobrą zabawę. Zbyt duża spina i oczekiwania mogą jedynie pogorszyć sytuację, a tego nie chcemy!
Można ratować się dużą ilością owoców, można zrobić samemu ciastka z orzechów, płatków itp. Ja doskonale pamiętam czas, kiedy zamiast słodyczy, sięgałam po jogurt naturalny z owocami, albo po prostu piłam shake białkowy. Jeszcze przez jakiś czas produkty Natural Mojo możecie kupić z moją zniżką MAMALA25, która daje Wam 25% rabatu. Są tam też zdrowe batoniki! :P


Trzymam za Was mocno kciuki. I za samą siebie też - nie wiem jak to wyjdzie, czy w ogóle wyjdzie. Ale jestem tu głównie po to, by Was motywować i inspirować. I ogólnie jeśli ja sobie z tym wyzwaniem poradzę - to wierzcie mi, każdy sobie poradzi. Żegnam się zatem dzisiaj z moimi ulubionymi batonikami. Żegnam się z deserami lodowymi. Ach, żegnajcie moje kochane ciastki i rodzynki w czekoladzie.
Powodzenia dziewczyny! Dajcie koniecznie znać, czy dołączacie do wyzwania. A nawet jeśli teraz nie czujecie się gotowe - pamiętajcie, że możecie dołączyć w każdej chwili!
Obym za miesiąc napisała coś w rodzaju - 1:0 dla mnie! Niech moc będzie ze mną i z Wami. Damy radę <3
Stanem idealnym jest dla mnie wbicie się w szorty i bokserkę i opuszczenie domu w minutę. Jesień i zima, to już przy dziecku wyższa szkoła jazdy. Wiadomo - im starsze, tym łatwiej, no ale wciąż. Przeżywam jednak w ostatnich tygodniach jakiś rozkwit (tak, tak... kolejny!). Regularnie biegam i medytuję, co skutkuje nieziemskim wręcz spokojem, dobrą aurą i otwartym umysłem. I jak ta jesień tak już nadchodziła małymi kroczkami, to powiedziałam sobie, że w tym roku docenię jej walory. Skupię się na spadających liściach, na znalezionych kasztanach. Na skokach przez kałuże małe i duże. Na wszystkim tym, co kiedyś tak bardzo cieszyło, a potem BUM - przyszła dorosłość, a wraz z nią odeszła ta sprawna i dziecięca umiejętność przeżywania i radowania się z drobiazgów. Ot takich zwykłych, drobiażdżków jak wyjątkowy liść znaleziony na spacerze. A można przecież byłoby go zdeptać, ominąć, nie zauważyć wcale. Ale można podnieść, przyjrzeć się, zachwycić i zatrzymać. Kwestia perspektywy. A ją - wybieramy sobie sami.

Mam też takie spostrzeżenie, że dzieci to takie małe lustra. Widzimy w nich siebie, swoje zachowania i przekonania. I gdyby tak przy dziecku narzekać na jesień i mówić jaka to jest brzydka i okropna ... to mały człowiek pewnie też za chwilę tak stwierdzi. Nawet jeśli jeszcze sam w to do końca nie wierzy, to jednak słowo rodzica jest świętością i powielać je będzie. A ja bym nie chciała jednak zaszczepiać w Poli takiej skłonności do narzekania, do wybrzydzania. Na świecie jest tyle pięknych rzeczy, a w codzienności tyle cudownych momentów, że warto pokazywać dziecku, że to one są właśnie cenne i to im się trzeba z uwagą umieć przyjrzeć i je docenić.
Co zrobić, by jesień była w oczach dziecka piękną i wspaniałą porą? To proste!
JESIENNE ZBIERACTWO
Nawet nie wiecie, jaką frajdę sprawiła mi ostatnio wyprawa po kasztany. Mam wrażenie, że cieszyłam się nawet bardziej od Poli :D Mniejsze, większe, niektóre jeszcze w łupinach, inne przykryte liśćmi. Jeszcze inne za płotem i tutaj już wyższa szkoła jazdy, bo trzeba było umiejętnie kijaszkiem je sobie przeturlać i hyc - do papierowej torby. A prócz kasztanów to są jeszcze i liście i żołędzie... i wszystko takie piękne jeśli się temu przyjrzeć. A można się ścigać, kto zbierze więcej. A można wspólnymi siłami, a potem przeliczyć. A można zebrać i oddać na zbiórki dla zwierząt. Każdy pretekst jest dobry, by zrobić coś wspólnie z dzieckiem, a takie zbieractwo to można uprawiać tylko i wyłącznie jesienią - i warto to wykorzystać!


JESIENNE PRACE, LUDZIKI, ZESZYTY Z LIŚĆMI
Uzbierałyśmy już całkiem pokaźną kolekcję, zatem w tym tygodniu naszym celem jest ich wykorzystanie. Kasztanowe ludziki. Zasuszone liście w zeszycie z podpisami nazw drzew, od których pochodzą. Czapki dla ludzików z żołędzi. Wystarczy pogrzebać na pintereście czy w googlach, a wyskoczą nam setki inspiracji! Pola w zeszłym tygodniu zbierała liście, kładła na nie kartki i odrysowywała ołówkiem. Ja jednak najbardziej nie mogę się doczekać tych kasztanowych prac. I już sama nie wiem, czy ten wpis jest bardziej o moich jesiennych przyjemnościach, czy Poldunowych... :P
SPACER PO LESIE
Ale nie, że idziesz, milczysz i podziwiasz. Choć i taką formę kocham, ale raczej w wersji samotnej. Wczujmy się w nasze dzieci i obudźmy zarazem własne wewnętrzne dziecko. Czyż nie jest wielką frajdą tarzanie się w liściach, podrzucanie ich do góry, rzucanie w siebie wzajemnie? To jest dzieciństwo, to jest beztroska, która z czasem zanika, więc musimy naszym dzieciom pozwolić na bezkarne korzystanie z niej! Uzbierajmy kupę liści, podrzucajmy je do góry. Turlajmy się w nich! Odłóżmy w kąt naszą dorosłość i pokażmy dzieciom, że wystarczy kawałek lasu i sterta liści, by dobrze się bawić i spędzić ze sobą czas. W końcu mówi się, że najpiękniejsze rzeczy w życiu są za darmo... prawda?


JESIENNE WIECZORY Z BAJKĄ, CIEPŁĄ HERBATKĄ I JABŁUSZKAMI
Wieczory z czytanymi bajkami są u nas normą przez 365 dni w roku. Ale te jesiennie wieczory są specyficzne. Zapalcie świeczkę albo kadzidło. Włączcie po cichu spokojną muzykę, albo pozostańcie w całkowitej cieszy. Pozwólcie dziecku wybrać kilka książek. Obierzcie wspólne jabłka, potnijcie je na kawałeczki. Zróbcie sobie ciepłą herbatkę - może z sokiem z malin? Wskoczcie razem pod koc, przytulcie się mocno. I zaczytajcie się w lekturę... klimat robi swoje, prawda?
NIE MA ZŁEJ POGODY... SĄ TYLKO ZŁE UBRANIA
Nie bądźmy tymi rodzicami, którzy jak tylko robi się zimno mówią... lepiej zostań w domu, bo zimno, bo wieje, bo pada! Mówi się, że nie ma złej pogody - są tylko złe ubrania. Ileż to razy człowiek wracał z dworu wkurzony, że w ogóle wyszedł. A wkurzony był, bo się źle ubrał. Pogoda była dobra. Bo przecież na deszcz - są kalosze i odpowiednie kurtki! Na piękną, słoneczną jesień - cieplejsze botki i cieniutkie czapeczki! Na srogą zimę - puchate kurtki, grube czapki i rękawiczki. Wszystko jest kwestią ubioru. A jak człowiek zrobi to dobrze - to na dworze można spędzić kilka dobrych godzin jak i latem :)

W ramach tego wpisu, miałam przyjemność wykonać piękne jesienne zdjęcia dla Pepco - sklepu, w którym zaopatrzyłam Polę na jesień od stóp do głów. Piękne wzory legginsów, cieplutkie kurteczki, milusie czapki, fantazyjne parasolki! Szczególnie zauroczył Was ten sweterek z pomponikami. Po pokazaniu go na stories dostałam lawinę zachwytów. Jest milusi, cieplutki (ale nie przesadnie), no i przede wszystkim... jest piękny!




W sieciach pepco znajdziecie ogrom rzeczy z jesiennej kolekcji i muszę przyznać, że tegoroczna kolekcja jest bezapelacyjnie najpiękniejsza jeśli chodzi o kilka ostatnich lat, w których stałam się częstym klientem tegoż sklepu :P Z tego co mi piszecie - macie podobne odczucia. Piękne wzory, duży wybór i przede wszystkim mega atrakcyjne ceny, które wcale nie świadczą o lichej jakości, wręcz przeciwnie!
Wczoraj zaopatrzyłam Polę jeszcze w podkoszulki, nowe rękawiczki i kilka par cieplejszych spodni. Dział damski jak zwykle musiałam ominąć, bo jednak nic nie sprawia takiej frajdy, jak kupowanie w dziale dziecięcym :D
Ale wracając do tej jesieni... pomyślcie i sami przyznajcie... jeśli by tak odpowiednio się ubrać, iść na jesienny spacer, pozwolić sobie na szaleństwo, nazbierać kasztanów, a potem w domu mieć z tego fun... jeśli by tak skupić się na tym, co jesień nam daje, a nie co nam zabiera... to czy można jej nie lubić? Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. Ja w tym roku patrzę na jesień jak na całą paletę barw, która cieszy moje oczy. Wczoraj wybrałam się na poranne bieganie i przez kilka metrów biegłam uliczką całą obsypaną kolorowymi liśćmi, które kiedy biegłam, cały czas spadały mi na głowę. To był niesamowity widok. Jedna chwila, tak ulotna. A zapamiętam ją do końca życia.












