0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

Chociaż siedzę tu dzisiaj przed kompem z dzieckiem na klacie, z 22 wiosnami na karku i z całkiem poukładaną w głowie całością, to doskonale pamiętam, że jeszcze tak niedawno w głowie jedyne co miałam to rozsypaną, popieprzoną układankę z wieloma, brakującymi elementami. Jeszcze nie tak dawno, siedziałam zamknięta w swoim pokoju z tą miną wiecznie, niezadowolonego człowieka, odburkując raz po raz mamie: "tak, umiem wszystko na jutro".

Raz po raz mama moja najdroższa, wołała mnie do swej twierdzy zwanej salonem, gdzie wieczorami można było obejrzeć te wszystkie zajebiste reportaże: o biednych ludziach, o chorych dzieciach, o niechcianych psach, o nieszczęśliwych wypadkach. Wołała mnie raz po raz, wciskając mi kit (  a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało) -  że jak obejrzę cokolwiek z tego zajebiście, smutnego repertuaru, to może w końcu docenię to co mam. Gdybym wtedy mogła określić to co słyszałam z ust rodziców, prawie codziennie -  nazwałabym to klasycznym pieprzeniem, które jedyne co ma na celu, to jeszcze większe podburzenie zbuntowanej nastolatki. Bo niby po co miałam tam siadać, na tej wiecznie trzeszczącej skórzanej sofie, gdzie człowiek nie mógł nawet wziąć spokojnie oddechu, bo zaraz skóra zaczynała wydawać odgłosy, które skutecznie zagłuszały ten zajebiście ciekawy seans. Po co miałam tam siedzieć i to oglądać. Człowiek i tak gówno mógł zrobić, a potem tydzień się pozbierać do kupy nie mógł. Ale w oczach innych, byłam taką bezduszną osóbką, co to gdzieś ma te chore dzieci, a problemy wielkiej wagi to dla niej brak sms'a od chłopaka. W sumie może było w tym coś prawdy, a może chciałam taką udawać. Przecież tak prościej. Mieć wszystko w dupie. Człowiek jednak jak dorośnie, to wtedy częściej myśli. Dorosłość to jednak pikuś w porównaniu z byciem matką. To tutaj zaczyna się wrażliwość, to tutaj zaczyna się troska...to tutaj zaczyna się...przewartościowanie.

Nie tęsknie do tej wiecznie obrażonej na cały świat nastolatki. Ale jedno jest pewne. Ta dziewczyna nie umarła. Wciąż to jednak jestem ja, z tymi samymi krzywymi zębami i sieczką w mózgu, która raz po raz próbuje się uaktywniać i rozpieprzać mi całe moje pozytywne podejście. Mam w głowie jakiś granat, który tylko czeka, żeby pieprznąć z całej siły i sprawić, że znów jestem tylko głupią małolatą, która chyba z nadmiaru czasu spędzanego w czterech ścianach, przestaje racjonalnie myśleć i wymyśla sobie błahe problemy. Czasem dopada mnie ten stan, niezadowolenia ze swojego życia, czasem czuję się znudzona tą rutyną, czasem smucę się, że nie mogę kupić sobie wagi kuchennej w pastelowym różu. Czasem smucę się, bo tu i ówdzie mi coś odstaje, tam wisi. Czasem smucę się, bo człowiek tak już ma, że w 4 ścianach, z dala od rodziny, myśli się dużo za dużo.

I zapomniałam o robieniu czegoś dla siebie. Zawsze kiedy córka moja najdroższa wieczorami robi się już senna, ja myślami jestem już przy pracy, sprzątaniu, prasowaniu. Zapominam o tej lampce wina, filmie... no właśnie. Wracając do tego, czym ten wpis zaczęłam. Nadal przełączam te reportaże o chorych dzieciach, bo jak już się "skuszę", to potem tydzień się trzęsę, myślę, płaczę. Ale odpalam na laptopie filmy - tak jak kiedyś. I raz po raz trafiam na takie, które sprowadzają mnie na ziemię o wiele skuteczniej niż te wszystkie telewizyjne reportaże. Oglądam i płaczę. Smucę się, ale jednocześnie relaksuję. Bo to tylko pieprzony film. Nie muszę martwić się chorobą bohatera, bo to tylko fikcyjna postać. Ale przekaz jest taki sam, jak gdybym oglądała uwagę w tv. Oglądam i się wczuwam i widzę te PROBLEMY, widzę chorobę głównej bohaterki i rozumiem, dopiero teraz rozumiem, co mama miała na myśli mówiąc: " Człowiek powinien częściej oglądać takie rzeczy, by doceniać to co ma". Bo wtedy masz w nosie tą pieprzoną kuchenną wagę, masz w nosie małe cycki i krzywe zęby. Spoglądasz tylko niespokojnie na pokój swojego dziecka i myślisz sobie " Boże ... jak dobrze, że jest cała i zdrowa". Idziesz, przytulasz, mając gdzieś, że zaraz możesz ją obudzić, a przecież usypiałaś ją na rękach dwie godziny. A potem dwie godziny oglądałaś film, po którym nastąpiło... przewartościowanie.

I możesz nie wierzyć, ale kolejny dzień nie zaczął się już smutkiem z powodu "braków". Zaczął się wdzięcznością za to czego nam nie brak. Za zdrowie, jej uśmiech, dach nad głową i ciepłe pieczywo w chlebaku. Szkoda, że do niektórych rzeczy trzeba dorosnąć, szkoda, że się niektórych rzeczy w wieku lat nastu nie rozumie. Lepiej późno jednak niż wcale - powiadają...

... a na przewartościowanie czasem może być za późno.

DSC_1112

 

DSC_1114

 

DSC_1115

 

DSC_1118

 

DSC_1121

 

DSC_1124

 

DSC_1125

 

DSC_1130

 

DSC_1132

 

DSC_1133

 

DSC_1135

 

DSC_1141

 

DSC_1142

 

DSC_1143

 

DSC_1144

 

DSC_1145

 

DSC_1147

 

DSC_1148

 

DSC_1150

 

DSC_1151

 

DSC_1152

 

DSC_1153

 

DSC_1154

 

DSC_1155

 

DSC_1156

 

i uprzedzając pytania co jest skąd ;)

przepięęęękna tuniczka mayoral od manolo & manola

narożnik - meblejana.pl - nadal sprawuje się IDEALNIE. Strzał w dziesiątkę!

kredki paluszkowe, kredki zwykłe, książeczka - tiger polska

poduszki, dywan - decovena

stolik- jysk

Moja mama, ani nawet ja sama, nie uwierzyłabym jeszcze rok temu w to, że "moje" mieszkanie może być perfekcyjne w każdym calu. Czyste, estetyczne, gustownie urządzone... a tu proszę. Coś mnie trafiło pewnego szarego dnia, niczym piorun. Że przecież w czystym i schludnym jakoś tak lepiej się myśli, lepiej się funkcjonuje. Lepiej się żyje po prostu...

Wstaję ostatnio codziennie rano. Sprzątam, przestawiam. Tu coś przestawię, tu coś dodam, tu coś zmienię. A no bo, zmiany są dobre i dla oczu i dla naszej psychiki. Mówi się, że szczęśliwe mamy mają brudne piekarniki, lepkie podłogi...cóż. Chyba jestem kiepską mamą. A może po prostu funkcjonuję nieco inaczej. Dziwna moda nastała. Czyta się na forach komentarze "Wolę spędzać czas z dzieckiem, niż przejmować się brudną podłogą". A ja wolę mieć czystą podłogę i czyścić ją śpiewając z dzieckiem i tańcząc. A wymówki? Są dla leni. I mówię z autopsji, bo takim leniem byłam jeszcze kilka miesięcy temu. Czystość czystością, ale jakoś tak nagle wyrobiło mi się poczucie estetyki. Najfajniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że zrozumiałam, że nie muszę mieć mieszkania jak z magazynu, żeby stworzyć w nim klimat dla mnie idealny. I tak tworzę go sobie każdego dnia. I cieszy mnie to jak za czasów gdy byłam dzieckiem i wszystko robiłam stopniowo. Uzbierałam na jedną rzecz - kupowałam. Długo potem zbierałam na kolejną - kupowałam. I wszystko tak bardziej jakoś cieszyło niż jakby ktoś mi rzucił gotówką i powiedział "kup co chcesz." No dobra. To też byłoby fajne, ale rozumiecie o co chodzi? Głupi stolik za 100 zł. A ja czekałam jakieś dwa miesiące, by sobie na niego pozwolić. Kiedy wreszcie go kupiłam, w aucie powiedziałam "Kolejne marzenie spełnione". A F. spojrzał na mnie jak na kosmitkę. No bo co ja za marzenia mam...i jeszcze ten stolik taki beznadziejny - wyjaśnię z góry: F. zachwyca się kiczowatymi rzeczami, na które ja reaguję "A fuuu!". On tak reaguje na moje wybory... A potem sam z nich korzysta i głupio mu przyznać, że jednak były słuszne. No dobrze...ale dosyć tej pisaniny. Przejdźmy do konkretów. Do historii jak stworzyłam swój kąt. Kąt perfekcyjnej pani domu...

Zazwyczaj wychodzę z założenia, że mniej znaczy więcej. Ciężko jednak do salonu wybrać jeden dodatek. Tutaj musi być "więcej" co nie oznacza wcale, że musi to źle wyglądać i rzucać się w oczy. Więcej w tym przypadku oznacza jedynie "przytulniej" i "cieplej" - a nie ukrywajmy, że o tej porze roku, temu ciepłu trzeba trochę pomóc.

Początkowo wiedziałam jedynie, że na pewno podstawą będzie ...stolik. Jest to absolutny must have, a jego brak dawał się we znaki bardzo często, kiedy wieczorami nie było na czym postawić przekąsek czy chociażby szklanki z napojem. Szukałam długo, a w głowie wciąż miałam jeden obrazek: biały blat i drewniane nogi.  Ideał znalazłam, ale cena...okrutna. Od 700 zł wzwyż to istne szaleństwo. Ok - gdybym miała kupiłabym nawet za 10 tysięcy. Nie mam, więc szukałam alternatywy. I nagle JEST! Za cenę naprawdę niezłą. JYSK nie zawiódł. Cena 120 zł za właściwie identyczny stolik jak w innych sklepach, po szybkim namyśle zapisanie się do newslettera i otrzymanie 20 zł zniżki co daje nam stówkę :P A jeszcze fajniejszy jest fakt, że newsletter wcale się nie przydał, bo akurat w dzień, w który pojechaliśmy po stolik, okazało się, że jest przeceniony na ... 95 zł. No po prostu bomba. Wygląda idealnie, a wyobrażając go sobie w moim białym mieszkaniu, które kiedyś będę mieć - wygląda perfekcyjnie.

 

DSC_0494

 

Stolik stolikiem, ale coś na nim powinno być. Jakiś czas temu miałam przyjemność trafić na świetną, profesjonalną firmę DREWNIANE DODATKI, które tworzy jak sama nazwa mówi... drewniane dodatki do domu. Firma dopiero się rozwija, ale ja już wróżę sukces. Od razu wpadłam na pomysł, by zrealizowali dla mnie... podkładki pod kubki. Takie z fajnymi napisami, które umilą nam dzień od razu po wstaniu z łóżka. Moja wizja została zrealizowana, a teraz i Wy możecie kupić takie podkładki właśnie w tym sklepie. Oprócz podkładek na kawę, zaopatrzyłam się również w dwa spersonalizowane serca, które mają zawsze przypominać nam o tym co jest najważniejsze. O tym, że dom jest tam gdzie my. Tam gdzie nasza trójka. Właśnie dlatego na jednym sercu widnieje napis "home", a na drugim są nasze inicjały. Jeśli chodzi o realizację zamówienia i jakość produktów - jest to zdecydowanie firma, którą z czystym sercem mogę Wam polecić. To właśnie takie drobiazgi jak te, które tworzą nadają naszym wnętrzom wyjątkowego ciepła. Moment odpakowania przesyłki był tutaj jednym z tych momentów, po którym bierze się telefon w dłoń, automatycznie robi zdjęcie i wysyła wszystkim koleżankom pisząc: " Zobacz jakie świetne". Nie muszę chyba mówić, że podkładka z moim logo wycisnęła z moich oczu łzy?

 

DSC_0456

 

DSC_0468

 

Kolejną kwestią był narożnik. Teoretycznie miał on swoje poduchy, ale jednak od zawsze byłam zakochana w tych kanapach z filmów, całych zawalonych różnego rodzaju poduchami. Z firmą DECOVENA miałam już do czynienia podczas organizowanego przeze mnie spotkania blogerskiego, gdzie po raz pierwszy mogłam na żywo zobaczyć ich produkty i już wtedy podbiły one moje serce. Wysoka jakość, świetne kolory, super wykonanie. Wydaje mi się, że kolory idealnie pasują do narożnika i świetnie się z nim komponują. Koniecznie zajrzyjcie na stronę, bo poza poduszkami znajdziecie tam wiele innych świetnych produktów jak pledy czy dywany. I ja taki dywan, wylosowałam na swoim spotkaniu blogerskim. Początkowo był on schowany w szafie. Dziś z ciekawości jednak go wyjęłam, by sprawdzić jak będzie się prezentował pod stolikiem - na okres tymczasowy - pasuje jak ulał!

 

DSC_0474

 

DSC_0486

 

Jeszcze jednym elementem, którego mi brakowało był jakiś dodatek na pustą ścianę za naszymi plecami. Zwróciłam na to uwagę już podczas ostatniej sesji. Tutaj do akcji wkroczyła bliska mi osoba. Przyjaciółka i blogerka, która oprócz tego, że robi świetne zdjęcia, to jeszcze tworzy zapierające dech w piersiach grafiki, które trafiają idealnie w mój gust. Z racji, że jest jesień, postanowiłam dobrać plakaty tematycznie i wybrałam te adekwatne do obecnej pory roku. Serdecznie zapraszam do działu GRAFIKA na blogu Marty - może i Wy znajdziecie coś dla siebie. Co do metody przywieszenia ich do ściany - wspominałam Wam już przy okazji kącika do spania dla Poli, że z racji, że jest to mieszkanie wynajmowane, nie chcę robić w ścianach żadnych dziur itp. I właśnie dlatego zainwestowałam w papierniczym sklepie w kolejną taśmę washi-tape. Koszt - 6,60 zł.

 

DSC_0476

 

Zapewne zauważyliście też wiklinowy stolik w rogu kąciku. Jest to stolik, który jest w kąciku zabaw Poli, ale w ramach eksperymentu, wzięłam go do zdjęć obok narożnika i stwierdziłam, że chyba tam zostanie, a jeśli nie to na pewno w najbliższym czasie w coś podobnego zainwestuję, bo jednak nie chcę w tym miejscu pustej przestrzeni. Dobrą opcją byłoby w tym miejscu postawienie oprócz stolika jakiejś gustownej lampki, ale jednak wolałabym mieć pod ręką np. książkę, której nie będę stawiać na stoliku, gdzie jest miejsce na napoje czy przekąski. Wiklinowy stolik to oczywiście niezawodna ekipa Lilushop. Więcej nowości od nich zobaczycie w jednym z kolejnych wpisów.

 

DSC_0464

 

Z pokoju Poli podkradłam też świecące kule od qule.pl. I tak to w salonie spędzamy teraz całe wieczory, a Pola razem z nami - więc zdecydowanie przydają się teraz bardziej tutaj niż przy jej łóżeczku. Lustro zyskało nowy look, a my fajny klimat podczas jesiennych wieczorów. Co do kul - z czasem mam nadzieję będą i w salonie i przy łóżeczku.

 

DSC_0487

 

Co do narożnika od Meble Jana - mam go miesiąc i póki co sprawuje się idealnie. Nie śpimy na nim, a w dzień kiedy Pola wariuje staram się bunkrować go jakimś kocykiem. Mimo to ostatnio kiedy pakowałam się do wyjazdu, Pola wykorzystując moją nieuwagę, porozlewała sobie na odsłoniętej części ... mleko. Mocno potarłam ręcznikiem namoczonym zimną wodą - nie ma ani śladu.

Czego jeszcze brak? Zdecydowanie jakiegoś pięknego pledu, a z czasem innego dywanu, w jakiś delikatny, nie nachalny wzór. A póki co... to chyba wszystko! :)

Efekt? Kwestia gustu - dla mnie jest idealnie!

 

Pozostałe rzeczy widoczne na zdjęciach to:

czajnik, patera, koszyk druciany - smukke.pl

klamerki - home&you

lustro - ikea

wianek - dzieło wspaniałej i utalentowanej Ani

 

DSC_0433

 

DSC_0435

 

DSC_0437

 

DSC_0438

 

DSC_0441

 

DSC_0443

 

DSC_0447

 

DSC_0449

 

DSC_0451

 

DSC_0452

 

DSC_0453

 

DSC_0455

 

DSC_0456

 

DSC_0457

 

DSC_0458

 

DSC_0459

 

DSC_0460

 

DSC_0461

 

DSC_0464

 

DSC_0466

 

DSC_0467

 

DSC_0468

 

DSC_0469

 

DSC_0470

 

DSC_0471

 

DSC_0473

 

DSC_0474

 

DSC_0475

 

DSC_0476

 

DSC_0478

 

DSC_0479

 

DSC_0481

 

DSC_0483

 

DSC_0485

 

DSC_0486

 

DSC_0487

 

DSC_0489

 

DSC_0490

 

DSC_0491

 

DSC_0493

 

DSC_0494

 

DSC_0497

 

DSC_0499

 

DSC_0500

 

DSC_0502

 

DSC_0503

 

DSC_0504

 

DSC_0509

 

DSC_0511

 

DSC_0513

 

DSC_0514

 

DSC_0515

 

DSC_0516

 

oh! zapomniałam o bluzce! ma na łokciach taki słodki zarys kotka - fanką tych zwierząt nie jestem, ale wygląda to całkiem fajnie ;) możecie ją zamówić o tu

Mogłabyś dzisiaj iść tym chodnikiem i narzekać, że zimno, że pada, że szaro i ponuro...mogłabyś zabijać wzrokiem każdą mijaną osobę i na płacz dziecka odpowiadać w myślach "przestańże w końcu jęczeć!". Mogłabyś się wkurzać, że wszystko idzie nie po Twojej myśli, bo deszcz zmazuje Ci tusz do rzęs, a samochód przejechał obok zbyt szybko i pochlapał Cię błotem... mogłabyś tak trwać w tym jesiennym, depresyjnym stanie i postrzegać wszystko tak jak rzeczywiście wygląda - szaro i niezachęcająco do niczego... mogłabyś znów wkurzać się, bo dzieci zamiast grzecznie iść ubrudziły nowe ubrania w błocie, a Ty się przecież spieszysz, sama już nie wiesz gdzie, ale żyjesz schematem, o 14 powinien być obiad, a jest 13:45 więc nie możesz przystopować... mogłabyś, mogłabyś... mogłabyś i zapewne możesz, a jeszcze bardziej pewne, że tak zrobisz, robi tak każda z nas, częściej lub rzadziej...

i ja mogłabym tak zrobić dnia wczorajszego, ale przecież mogłam też inaczej. Mogłam po prostu iść w ten deszcz, uśmiechając się do każdego jakby był moją bratnią duszą. Mogłam po prostu iść i poprawiać jej tą czapkę co 2 sekundy i śmiać się z tego, że nie chce założyć rękawiczek. Mogłam się zatrzymać, wytarzać z nią w liściach i wracać brudna i mieć gdzieś co inni myślą... mogłam mieć gdzieś, że te wszystkie rzeczy co właśnie zostały umorusane mieszanką błota, piasku i bóg wie czego jeszcze, były przed chwilą godzinę prasowane, tak żeby nie było widać żadnego zagniecenia...  mogłam zmarznięta zbierać z nią liście, szukać pod nimi kasztanów i pakować do papierowej torby... mogłam śmiać się z tego, że próbując robić jej zdjęcie, ona siada na betonie, centralnie w kałuży koloru niezidentyfikowanego... mogłam oczywiście, że mogłam, a nawet tak zrobiłam...

bo można widzieć wszystko albo na szaro albo na różowo. i żadna sytuacja nie ma nigdy koloru, póki my sami jej nie pokolorujemy. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, jak to się czasem mawia... i może nie ma sensu wmawiać sobie, że wszystko jest piękne i zajebiste, bo każdy dobrze wie, że w życiu nie wszystko takie jest. Ale mogłabyś też zrozumieć, że sztuką tak naprawdę jest zdanie sobie sprawy, że wszystko jest neutralne, póki my nie nadamy temu znaczenia...

poniższy cytat dedykuję najwspanialszej na świecie siostrze. Przeczytaj go nawet milion razy... zrozum i wciel w życie. Kocham Cię.

 

"Jaka jest różnica pomiędzy MOCnym nastawieniem a pozytywnym nastawieniem? Różnica jest subtelna ale istotna. Ludzie, którzy są pozytywnie nastawieni udają, że świat jest usiany różami, kiedy w głębi duszy wiedzą, że nie jest… Nastawienie MOCy to zrozumienie, że wszystko jest neutralne, że nic nie ma znaczenia dopóki nie nadamy temu znaczenia. Że możemy stworzyć historię i nadać jej znaczenie. – T Harv Eker"

 

z serdecznymi podziękowaniami dla swojej córki, która jak nikt inny nauczyła mnie cierpliwości, pokory i pozwoliła mi na nowo poczuć się jak beztrosko jak dziecko. z serdecznymi podziękowaniami dla Ciebie kochana, bo to Ty uczysz mnie każdego dnia miłości i sprawiasz, że czuję się kochana. A człowiek kochany... może wszystko. Wszystko co tylko sobie ubzdura...

 

DSC_0868

 

DSC_0870

 

DSC_0875

 

DSC_0877

 

DSC_0879

 

DSC_0881

 

DSC_0884

 

DSC_0885

 

DSC_0887

 

DSC_0890

 

DSC_0898

 

DSC_0899

 

DSC_0900

 

DSC_0902

 

DSC_0912

 

DSC_0915

 

DSC_0918

 

DSC_0919

 

DSC_0920

 

DSC_0923

 

DSC_0928

 

DSC_0931

 

koszula: tutaj

Tak to już w życiu bywa - jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Ja mam wynajmowane mieszkanie, więc póki stan rzeczy zmianie nie ulegnie - chcę stworzyć w nim przyjemne miejsce, w którym odpoczywam wieczorami. Marzyłam o pięknym, prostym narożniku w salonie - no to sobie wymarzyłam. A i resztę z czasem sobie wymarzę...

Od jakiegoś czasu z F. śmiejemy się, że przynajmniej o wyposażenie mieszkania, które kiedyś kupimy nie będziemy musieli się martwić. Bo zanim je kupimy to już wszystko będziemy mieli. Alicja myśli przyszłościowo, więc i wszystkie dodatki do domu dobiera mając w głowie jej własne, piękne, śnieżnobiałe mieszkanie... Strach pomyśleć co ja bym z tych wszystkich rzeczy miała, nie mając bloga - prawie nic...! Ale nie ma co gdybać - bo ciężka praca popłaca i mieszkanie jakoś tak z każdym dniem, wyposaża się jakby...samo. I w momencie, w którym tak wszystko łatwo przychodzi i nagle ktoś wciska przycisk STOP - czuję totaaalne zdenerwowanie. Bo nagle się okazuje, że fajnie byłoby być przy kasie i sobie ten salon za jednym zamachem wyposażyć od A do Z. Z drugiej strony - ile satysfakcji daje uzupełnianie go stopniowo! Krok po kroku, poduszka po poduszce. Więc jakby to ująć... mój salon to tort, a wisienką na torcie jest...narożnik. I wszystko byłoby spoko, tylko, że nic prócz tej wisienki już nie mam...ale będę mieć... ;) Może przy odrobinie szczęścia zarobię, a może ktoś wyrzuci na śmietnik jakiś stary stolik, z którego ja zrobię odjechany DIY. Kto to wie?! Ale nie wybiegając za bardzo w przyszłość... Dzisiaj pochwalę się Wam swoją wisienką i powiem co jeszcze bym sobie do niej wymarzyła... A wy będziecie śledzić uważnie jak poooomału realizuję swój plan. Pasuje?

A więc moja wisienka na torcie była jednym, wielkim znakiem zapytania. No bo co lepsze: kanapa czy narożnik? Teoretycznie kanapa zajmuje mniej miejsca. Z drugiej jednak strony narożnik nadaje taki fajny klimat. Odgradza nas tak jakby od reszty pokoju i tworzy mały azyl, w którym spokojnie możemy odpocząć. Z kolei taka kanapa - i lepiej się ją przewiezie i mniej miejsca zajmuje...no ale tak jakby czegoś było mi w niej brak. Decyzję zmieniałam jakieś 10 razy, a kiedy w końcu podjęłam decyzję ostateczną - narożnik! To nie mogłam rozkminić czy lewo czy prawostronny. Serio - ja to nie wiem, czy ciąża odmóżdża już tak na zawsze? Czy te wszystkie szare komórki się nie odradzają? Mam czasem wrażenie, że w moim przypadku obumarły już bezpowrotnie. Nevermind. Kiedy doszłam już do porozumienia, z osobą, która realizowała dla mnie zamówienie - przez wszystkie dni oczekiwania tysiąc razy mówiłam do F. że podjęłam złą decyzję. Rozmowy o narożniku były niczym rozmowy na tematy o najważniejszych decyzjach w życiu. Kobietą być... zrozumie, kto przeżył te wszystkie rozterki. Od wyboru koloru sukienki, po wybór jaką zjeść dziś czekoladę. Ach! Nie ogarniam tej mojej dzisiejszej gonitwy myśli. Do rzeczy!

Internet jak wiecie to całaaaaa gama produktów. Do wyboru, do koloru. Mam wrażenie, że wszystko co sobie człowiek wyśni - to mu jakaś firma zrealizuje. U mnie założenie było jedno - ma być prosto, bez udziwnień. Lubię proste, klasyczne rzeczy, którym blasku nadają dodatki. Tak jak z ubiorem. Lubię klasyczne, gładkie bluzki, kurtki - a dopiero szalem czy biżuterią, nadaję całości fajny efekt.

Jak to wszystko się zaczęło? Przyciągnęłam narożnik siłą umysłu :P Podczas wyprowadzki w okresie wakacyjnym, a konkretniej podczas szukania następnego mieszkania - był czas, że znalazłam takie w sam raz dla mnie, ale ... puste. I wtedy już wiedziałam, że najważniejsze to znaleźć łóżko. Na resztę przyjdzie czas. I wtedy właśnie zaczęłam poszukiwania. W międzyczasie znalazłam jednak mieszkanie obecne - umeblowane, a wtedy z nieba trochę za późno spadła mi firma Meble Jana . I olałabym sprawę, bo przecież kanapę w salonie mam - gdyby nie fakt, że ta prostota mebli, które oferują, tak przypadła mi do gustu, że nie mogłam przejść obojętnie. Początkowo wybrałam kanapę, ale jednak jak już pisałam po wszystkich za i przeciw padło na narożnik. Wszystko ładnie, pięknie, ale w asortymencie rzuciły mi się w oczy same ciemne kolory. Szybko jednak dowiedziałam się o możliwości wyboru innej tkaniny i padło na klasyczną, jasną szarość. Myślę, że w połączeniu z fajnymi poduszkami w czerni i bieli - będzie to dawało niezły efekt.

Jeśli chodzi o porównanie - nie mam tutaj szerokiego pola do popisu. Miałam w swoim życiu tylko jeden narożnik i oczywiście jakąś kiczowatą kanapę, której nie biorę pod uwagę. Postanowiłam zatem porównać mój nowy mebel z poprzednim, który miałam w mieszkaniu w Inowrocławiu i rzeczywiście - choć nie wiem ile tamten kosztował - to na tle nowego wypada blado. Nowy narożnik ma zdecydowanie wyższej jakości tkaninę i znacznie wygodniej się nam nim siedzi. Nie jest zbyt twardy, ani zbyt miękki, jest wprost idealny.

Ceny - pozwoliłam sobie zrobić mały research w sieci i rzeczywiście - ceny nie należą do najwyższych. Podobne narożniki w innych sklepach kosztują nawet 500 zł więcej - to jest już dla mnie kolosalna różnica. Więcej o firmie możecie przeczytać tutaj. Proces dostawy, bo zapewne takie kwestie też Was interesują - bezproblemowy. Mimo, że firma transportowa nie ma obowiązku wnoszenia mebli to jednak pan okazał się pomocny i razem z F. wniósł nasz nowy mebel do mieszkania.

Czy jestem zadowolona? Ogromnie! Jest to jedna z tych rzeczy, która na pewno stanie w moim nowym mieszkaniu i będzie służyć mi latami. Ale, ale... na koniec jeszcze Was trochę wykorzystam - jak takie cuda najlepiej czyścić? Samodzielnie czy może raz na jakiś czas zatrudnić do tego kogoś, kto zrobi to profesjonalnie? Narzuta załatwiłaby sprawę, ale trochę słabą opcją jest zakrywanie czegoś co tak ładnie się prezentuje... HELP! :)

A teraz zobaczcie sami moją wisienkę na torcie, a już za kilka dni przygotuję wpis z fajnymi gadżetami, które również w salonowym projekcie chciałabym mieć...

 

DSC_0005

 

DSC_0006

 

DSC_0008

 

DSC_0012

 

DSC_0013

 

DSC_0015

 

DSC_0018

 

DSC_0020

 

DSC_0021

 

DSC_0025

 

DSC_0027

 

DSC_0029

 

DSC_0030

 

DSC_0032

 

DSC_0033

 

DSC_0034

 

DSC_0035

 

DSC_0039

 

DSC_0041

 

DSC_0042

 

DSC_0044

 

DSC_0046

 

DSC_0047

 

DSC_0048

 

DSC_0050

 

DSC_0051

 

DSC_0055

 

DSC_0056

 

DSC_0057

 

DSC_0058

 

DSC_0059

 

DSC_0061

 

DSC_0063

 

 

Wszyscy mają kamienne twarze, wpatrzone w małe świecące ekrany, na których rozgrywa się ich życie. Messenger, snapchat, instagram. Filtry zakrywają ich codzienne problemy, kadry pozwalają na sprytne wychwytywanie pięknych rzeczy pośród syfu, a emotki pozwalają nam śmiać się bez naruszania mimiki twarzy. Jedziesz autobusem i widzisz tylko pochylone głowy... Prędzej zobaczysz uśmiech skierowany do telefonu niż do przypadkowego pasażera, który właśnie usiadł obok.

To jest życie...życie zamknięte w technologii. W restauracji prędzej zobaczysz parę, która ustawia sobie status "zakochany" na fejsie niż parę patrzącą sobie głęboko w oczy. W internecie poznasz matki idealne, piszące Ci o idealnym wychowaniu, a same siedzące przed kompem większość dnia i mówiące dziecku "zaraz, później, nie teraz". Do reszty pochłonął nas świat internetu i przyćmił co niektórym, co w życiu jest naprawdę ważne. Co drugi bloger, co druga gwiazda, ba! Co drugi człowiek - bo już nie trzeba być osoba publiczną, by pokazywać swoje życie na insta - co drugi człowiek uczynił ze swojego życia show, gdzie każdy najmniejszy element jest starannie dopracowany. Tak by zachwycał, inspirował i pogrążał szaraków w ich kompleksach.

Żyjemy w czasach gdzie szczerość, prawdziwość i co najważniejsze - autentyczność są towarem deficytowym. Wszystko jest pieprzonym kłamstwem, które inni łykają jak leci. Ludzie w dobie social mediów, przestali mieć problemy i przestali pisać o prawdziwym życiu, bo o wiele lepiej sprzedaje się życie idealne. Kolorowe ( oh wait! najlepiej białe!), pełne drogich gadżetów, dalekich podróży. Pieprzenie o pozytywnym myśleniu osób, które nie znają słowa: problem, bieda, choroba. Pieprzenie o zaradności przez nadzianych dzieciaków, którym starzy przesyłają miesięcznie na konta kilka tysięcy na drobne potrzeby. Co jeden to lepszy jak to się mówi. Każdy chce błyszczeć bogactwem, ciętymi ripostami, a mało kto już stawia na prawdziwe wartości. Autorytety dzisiejszych czasów: gwiazdy pokroju Kim K. znane z wielkiej dupy i seks taśmy. Gang Albanii znany z tego, że jest małym stadkiem bezmózgich idiotów. Ale to ich "kawałki" przecież mają przekaz dla dzisiejszej młodzieży, bo przecież zdanie "prawdziwa dama to twoja mama" - jest tak cholernie głębokie, że należy je odśpiewywać w szkołach na dzień matki.

Należałoby się zapytać "Świecie dokąd zmierzasz?" - tylko już się nawet odechciewa kiedy idziesz przez miasto i co chwilę o Twoje ramię ociera się ktoś zapatrzony w telefon. Odechciewa się komentować rzeczywistość, kiedy osoba z książką w autobusie przestaje być rzeczą normalną, a zdaje się być sceną z filmu science-fiction. Odechciewa mi się komentować rzeczywistość, bo nawet nie ma na to pieprzonego czasu. Wszyscy biegną, nie mając czasu na nic co ważne. Wszyscy biegną, bo albo chcą, albo muszą.

Jestem znudzona internetem i tym, że nawet gdy mnie w nim nie ma, to wszyscy inni o nim gadają i siedzą w niego wpatrzeni. Jestem zniesmaczona coraz większym ograniczeniem ludzi, jestem zniesmaczona zamienianiem naszego polskiego języka na jakieś pieprzone angielskie słówka, bo tak jest cool i trendy. Czuję się jak ułom, kiedy przewijam tablicę na fejsie i nie rozumiem połowy rzeczy, które ludzie piszą między sobą. Bo w dzisiejszych czasach nie można po polsku, nie można pełnymi zdaniami. Trzeba krótko, zwięźle i koniecznie skrótami in inglisz!

Jestem zniesmaczona tak bardzo, że mam ochotę popaść w skrajność, usunąć wszystko i wieść spokojne życie. Ale wszystko jest dla ludzi, dlatego po prostu wybieram życie. To prawdziwe i autentyczne, w którym tak jak zawsze piszę Wam bez ściemy jak jest i piszę Wam to wtedy gdy najzwyczajniej w świecie mam na to czas. Wybieram życie, bo mimo młodego wieku czuję jak czas ucieka. Widzę to po coraz starszych twarzach bliskich, widzę to po swoim aucie, który po raz kolejny rozklekotało się wczoraj na wyjeździe z autostrady. Widzę to po twarzy mojego ojca i coraz starszych kuzynach, których jeszcze wczoraj nosiłam na rękach. Życie jest tu i teraz. Dlatego krew mnie zalewa, kiedy czytam o tym jak ludzie tracą bliskich, olewają to co ważne - przez pieprzone cuda technologii. Srajfony, tablety, komputery i inne gówna, których nazw nawet nie znam , bo najzwyczajniej w świecie nie nadążam. Też kiedyś patrzyłam się w komputer jak w święty obrazek nie dostrzegając jak sypie się mój związek. Dzisiaj nadal ciężko odbudować to co się zburzyło, ale pracuję nad tym razem z F. jak tylko mogę.

Zdecydowanie tęsknie za czasami, kiedy ludzie jedli to co chcieli, a nie wybierali to co ładnie wygląda, żeby móc się tym pochwalić. Zdecydowanie tęsknię za czasami, w których za autorytet miało się osoby mające coś mądrego do powiedzenia, a nie matki-blogerki, które z dziecka zrobiły obiekt do przebierania w firmowe ciuszki.

Być może w swoich przemyśleniach jestem nieco za bardzo rozemocjonowana, ale o to własnie chodzi. O nie ważenie każdego słowa i nie przemyślanie każdego swojego kroku. Moim celem jest żyć, kochać i być szczęśliwym - nawet gdy jest ciężko. I nigdy, przenigdy moje życie nie stanie się jednym wielkim show, w którym wszystko jest starannie dopracowane, przemyślane i ułożone tak, by wszyscy inni się tym jarali.

Po prostu...wybieram życie. Autentyczne, prawdziwe i często tak kurewsko ciężkie jak dnia dzisiejszego.

Jeszcze kilka miesięcy temu zdarzało mi się bywać sfrustrowaną gospodynią domową, która z łaską podaje narzeczonemu obiad i ma pretensje do całego świata, że wszystko na jej głowie! Na "Kocham Cię" odpowiadałam "Teraz Ci się na czułości zbiera?" i dziwiłam się, że facet tak jakoś coraz bardziej unikać mnie zaczął.  Sprzątanie, gotowanie? Ja nie chcę, ja mam dość! Aż tu nagle... pokochałam bycie panią domu. Pokochałam bycie kapłanką domowego ogniska. Nie z przymusu. Tak po prostu.

Kilka dni temu wyjechałam do rodziców. W aucie cała rozpromieniona widziałam siebie na spotkaniach z koleżankami, na zakupach bez dziecka, w kinie i przy drinku. Następnego dnia po przyjeździe do rodzinnego miasta, razem z F. wybraliśmy się do kręgielni. To takie miejsce, gdzie w jednym pomieszczeniu możesz pyknąć sobie rundkę w kręgle, bilard czy inne cuda. W drugiej sali możesz sobie potańczyć, wypić drina i generalnie dobrze się bawić. Jak szybko się okazało możesz też dostać wpie**** za to, że a) stoisz b) oddychasz c) żyjesz. Będąc mamą niestety/stety zapomniało mi się, że ludzie pijani, a co gorzej naćpani są zdolni do różnych rzeczy. I mimo fajnej potańcówki, rozmów z koleżankami - takie akcje pokazały mi, że w pewnych miejscach lepiej nie bywać. No i że takie rzeczy nie spotkają Cię podczas oglądania "Na wspólnej" z rodziną. Trochę rozczarowana i trochę znudzona po wyjeździe F. do Warszawy napisałam mu: " Wiesz...ja to jednak wolę to nasze domowe ognisko. Lubię Ci robić te obiady, sprzątać i bawić się z dzieckiem, nawet jeśli brak mi już pomysłów i sił". I wtedy zaczęłam rozmyślać, że... cholera! Ja rzeczywiście to lubię. Poczułam w tym momencie coś czego nie czułam od długiego czasu. Ukłucie serca, niemożność wzięcia oddechu. Oczy zalały mi się łzami, a ja miałam ochotę pędzić z powrotem do F, przytulić go i zasnąć z rozpychającą się między nami Polką.

Niby walczy się o to równouprawnienie, niby powinno oczekiwać się od mężczyzn, że wszystkie obowiązki pół na pół. Ale nie po to dążyłam do wspólnego zamieszkania, nie po to snułam wizje o tym jak gotuję obiadki, jak jestem panią domu, by teraz się od tego migać i z tego powodu rozpaczać. Wręcz przeciwnie. Straszną radość sprawia mi czekanie na F. z ciepłym obiadem. Straszną radość sprawia mi dbanie o kuchnię, w której z Polą na blacie przy oknie codziennie jemy pyszne śniadania. Czyste mieszkanie sprawia, że o niebo lepiej mi się w nim siedzi i jestem wdzięczna Bogu i F. że mogę pozwolić sobie na ten komfort bycia z dzieckiem w domu. Nie czekam ze sprzątaniem i gotowaniem, aż F. wróci bo o wiele bardziej wolę po jego powrocie, zabawę we trójkę, wspólny spacer czy film, niż licytację, kto co ma zrobić. Ciężko byłoby mi zresztą wymagać od faceta, który pracuje od wczesnego ranka do późnej nocy, by o 21 łaskawie posprzątał mieszkanie, bo mi przecież doba nie starczyła. I nie muszę tego robić, bo ani F. ani nikt tego ode mnie nie wymaga. Ja chcę to robić, bo to kurcze pokochałam! Podział? Ty pracujesz, ja zajmuję się domem, w którym też pracuję ( podczas całego dnia i tak mam wystarczająco czasu, by usiąść. Spacery z dzieckiem? Toż to odpoczynek sam w sobie). Ty wracasz, spędzamy czas razem.

I tak popłynęłam w tych swoich rozmyślaniach i uroniłam łez kilka w tęsknocie za swoimi 4 ścianami i zrozumiałam, że do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. Wczoraj kiedy wyszłam z koleżanką na piwo, chyba po raz 1 sama zakończyłam spotkanie po godzinie z kawałkiem, ziewając i śmiejąc się, że starość nie radość. I byłam zadowolona, że wyszłam, bo każdy tego potrzebuje, ale zdecydowanie nie jest to potrzeba 1 rzędu i zdecydowanie kilka razy do roku mi starczy. O wiele bardziej byłabym za częstszymi wypadami tylko we dwoje. Ja i F. Bo naładowanie baterii bez dziecka jest totalnym odlotem nawet jeśli trwa kilka godzin. A, że "we dwoje" to wciąż znaczy rodzinnie. To przynajmniej nie czuję tej pustki, która zalewa mnie właśnie teraz.

I tak spacerując dziś po raz kolejny po Inowrocławiu, rozmarzyłam się o tym ile jeszcze przed nami. Wspólne wakacje, wspólne spacery i rozmowy przy ognisku. Zarówno tym domowym jak i tym w ogródku. Jak można się z tego nie cieszyć? I walić to, że chata wynajmowana, że nie starcza na wszystko, że dziecko ciągle rozwala zabawki, które chowam, a facet zapomina wziąć śmieci, które mu szykuję rano. Tego przecież chciałam. Równouprawnienie? Dla mnie wyglądała właśnie tak, że każdy robi to co robi, każdy robi to co lubi... u mnie na przykład F. uwielbia gotować i kiedy tylko ma czas to on urzęduje w kuchni... i nikt nie ma do nikogo pretensji o podział, bo podziałów właściwie nie ma...  już na pewno nie w kwestii dziecka, bo to akurat "obowiązek" dwojga rodziców, dlatego tak nie cierpię, kiedy kobiety mówią, że mąż POMAGA im przy dziecku. POMAGA... jak niania jakaś, babcia, czy ciotka... a nie rodzic. Rodzic się zajmuje, a nie pomaga... A dbanie o dom pozostawiam w głównej mierze tylko i wyłącznie sobie... bo nikt nie stworzy takiej atmosfery w domu jak kobieta. Świeże kwiaty, magnesy z sentencjami, nowe łupy z sh, które nadają charakter mojej kuchni i pachnące babeczki z owocami z targu. I żeby nie było... robiąc to wszystko jednocześnie spełniam SWOJE marzenia, realizuję swoją pasję i nadal pamiętam o byciu kobietą. Ale nauczyłam się to wszystko godzić. Matka polka, kura domowa? Nie dla mnie takie określenia. Spełniona kobieta, matka, narzeczona? Tak. To zdecydowanie ja. A to dopiero początek tej całej przygody... przygody tworzenia rodziny, swoich 4 kątów i wymarzonego życia.

 

DSC_2285-2

 

DSC_2286-2

 

DSC_2287-2

 

DSC_2288-2

 

DSC_2289-2

 

DSC_2290-2

 

DSC_2291-2

 

DSC_2294-2

 

DSC_2295-2

 

DSC_2296-2

 

DSC_2297-2

 

DSC_2302-2

 

DSC_2303-2

 

DSC_2304-2

Tak to już czasem bywa, że to na co codziennie patrzymy zaczyna nam się najzwyczajniej w świecie nudzić. Tak też było z kącikiem Poli - kącikiem do spania. Postanowiłam zatem szybko i prosto to zmienić. Tu coś dodać, tu zabrać - i gotowe!

Kiedy kilka tygodni temu po raz kolejny się przeprowadziliśmy, a Pola zaczęła lepiej sypiać - stwierdziłam, że miejsce, w którym zasypia powinno być...milsze. Tymczasem było takie gołe. Na ścianach nic, no bo sama nawet nie wiem czy mogę na wynajmowanym wbijać w ściany jakieś gwoździe. No i właściwie nie skupiałam się szczerze mówiąc na tej części mieszkania, bo i tak całe życie toczy się praktycznie 24 h ... w salonie ! Ale skoro wieczory i czas zasypiania to czas takiego wyciszenia się, przystopowania to czemu by nie umilić tego przyjemnym dla oka otoczeniem?

Jeszcze jakiś czas temu kącik wyglądał tak: łóżko, pościel i... tyle. Żadnych dodatków. Szaro, buro i ponuro. Wokół tylko puste, jasne ściany. Poli kącik znajduje się w naszej sypialni, ale mimo to miałam do zagospodarowania całą ścianę. Wiedziałam, że zmieszczę tam łóżeczko, stolik, zabawki, a i ściany jeszcze jakoś zagospodaruję. Tylko jak to zrobić, żeby wyprowadzając się stąd kiedyś nie pozostawić na nich żadnego śladu? Zacznijmy jednak od początku.

Łóżeczko z racji, że : a) drogie ; b) piękne - nie zmieni się przez najbliższe lata. Ale jego "wnętrze" - jak najbardziej.

1) Pościel. Mam dwa zestawy. Jeden kolorowy, jeden szarawy. Póki jednak zimy jeszcze nie ma, Pola i tak rozkopuje się z kołderki lub woli przykryć się kocem. Znalazłam jednak fajną alternatywę, którą polecam kaaażdemu! Zarówno mamom maluszków jak i średniaków, a nawet starszaków. Wszystkim. Lniany komplet od Fabulo - przyjemna w dotyki poduszka i kocyk. Z jednej strony - mięciutka bawełna. Z drugiej - moja miłość - len. Co ciekawe, komplety od fabulo wyróżniają się motywami...z bajek! Poznajecie nasz motyw? To pchła szachrajka. Dodatkowo możecie zaopatrzyć się też w przytulanki sensoryczne czy przywieszki do smoczka. Zajrzyjcie koniecznie na stronę i sprawdźcie inne, równie cudowne motywy.

DSC_2232

 

DSC_2235

 

2) Oświetlenie - mimo, że jesteśmy zaopatrzone w lampkę beaby, to jednak daje ona tylko malutkie światło w jednym miejscu. Z racji, że wierna jestem cottonowym kulom od qule.pl, pomyślałam, że przywieszone u boku łóżeczka, będą nadawały cudowny klimat, sprzyjający wieczornemu wyciszaniu się. Nie myliłam się. Wybrałam pastelowe kolory, które nie są krzykliwe i intensywne.

DSC_2229

 

DSC_2230

 

3) Ściany - tutaj od początku miałam jedną wizję. Pompony i plakaty. Pompony co prawda już miałam, ale brakowało mi właśnie jakiś fajnych grafik. Pamiętacie przewijające się co jakiś czas na blogu - słoneczko w ramie? Z racji, że jestem z tego wyboru zadowolona niesamowicie, postanowiłam po raz kolejny postawić na Humpty Dumpty Room Decoration. Wybrałam 3 ( moim zdaniem) najfajniejsze plakaty. Pozostawała jedynie kwestia powieszenia ich. Słyszeliście o taśmach ozdobnych washi tape? Nie pozostawiają żadnych śladów na ścianie, a przy okazji pięknie wyglądają. Z góry mówię - nie kupujcie ich na stronach www czy allegro. Jest 2,3 a nawet 4 razy drożej niż w stacjonarnych sklepach. Wątpiłam właściwie, że dostanę je w sklepach papierniczych, ale znalazłam. 6 zł za sztukę. Co prawda trafiłam na ostatnie dwa wzory, ale myślę, że się sprawdziły. Do tego kupiłam najzwyklejszy sznurek za 2 zł i małe opakowanie mini klamerek za bodajże 3 zł. Mogę w sikrecie powiedzieć, że jeśli jesteście z Warszawy i z okolic Ursynowa to zaoszczędzę Wam poszukiwań - sklep Gumka i myszka na ul.Dereniowej 2c.

DSC_2237

 

DSC_2239

 

DSC_2240

 

DSC_2242

 

Cała reszta w pokoju to już rzeczy, które widzieliście niejednokrotnie. Teraz pozostaje mi tylko kwestia jakiegoś małego uroczego dywanu, które postawię przed łóżeczkiem. Pokoik nie jest jakimś szczytem marzeń, ale ma swój klimat, który widać zwłaszcza wtedy, gdy jest już ciemno. Przy ograniczonych funduszach i w wynajmowanym mieszkaniu, nie miałam zbyt dużego pola do popisu, ale jak widać...da się. Grunt to mieć pomysł i łapać inspiracje skąd się da. Na końcu wpisu pod zdjęciami znajdziecie linki bezpośrednio do rzeczy, które widzicie na zdjęciu, a nie tylko do sklepu.

 

DSC_2228

 

DSC_2229

 

DSC_2230

 

DSC_2232

 

DSC_2233

 

DSC_2235

 

DSC_2236

 

DSC_2237

 

DSC_2239

 

DSC_2243

 

DSC_2244

 

DSC_2245

 

DSC_2246

 

DSC_2247

 

DSC_2249

 

DSC_2250

 

DSC_2251

 

DSC_2254

 

DSC_2255

 

DSC_2256

 

DSC_2257

 

DSC_2259

 

DSC_2260

 

DSC_2261

 

DSC_2264

 

DSC_2266

 

DSC_2267

 

DSC_2271

 

DSC_2272

 

DSC_2273

 

DSC_2274

 

DSC_2275

 

DSC_2281

 

DSC_2282

 

DSC_2283

 

Cotton Ball Lights - klik

komplet pchła szachrajka - klik

plakaty - 1 ; 2 ; 3

 

pozostałe rzeczy:

wiklinowy wózek i etażerka - Lilu Shop

drewniana girlanda przy łóżeczku - fayne

 

Codzienność matek bywa wyczerpująca. Każdego dnia pranie brudów, mycie sterty naczyń, prasowanie gór ubrań, gotowanie - a wszystko to z małym brzdącem przyczepionym do Twojej nogi. Często płaczącym i jęczącym. Tak bez powodu nawet.

Jestem typem osoby, która zamiast sobie utrudniać, lubi sobie życie ułatwiać. Wbrew pozorom większość osób robi zupełnie na odwrót. Doprawdy nie wiem dlaczego. Zapewne zapytacie zaraz : jak to zrobić ? Możecie doznać szoku, ale podejrzewam, że robi to zdecydowana większość. By powstał ten wpis , musiałam solidnie wziąć pod lupę siebie i swoje zachowania. To doprawdy niesamowite jak bardzo idę na łatwiznę z wiekszością rzeczy. Naprawdę nie rozumiem czemu mimo to, tak często odczuwam zmęczenie. No ale dobra. My tu pitu pitu, pierdu pierdu, a ciekawscy już przebierają nożkami na te breaking newsy od mamali. Zatem bierzcie i... czytajcie z tego wszyscy. Oto 10 rzeczy, którymi ułatwiam sobie codzienność.

1) Tyle prania już się uzbierało? Niemożliwe. Na pewno w szafie jest jeszcze wiele świeżych ubrań. Zrobię jutro. No dobra pojutrze. Ewentualnie za 3 dni.

2) Tych body wcale nie trzeba prasować prawda ?

3) Tego chyba też nie. A te spodnie rozprostują się jak je na siebie założę. Na bank !

4) Kochanie wracasz dzisiaj późno prawda? Pewnie zjesz już kolację, to nie będę robić obiadu, co nie ?

5) Oh...znowu niepościelone łóżko. Nikt nie będzie wchodził dzisiaj do sypialni aż do wieczora prawda? W takim razie zostawię jak jest i zamknę drzwi...

6) Pola znowu pobrudziłaś szybę ... w sumie za dużo chyba tego słońca wpada do domu...zasłonimy rolety, co?

7) No znowu okruchy! < zamiata stopą okruch pod kanapę > - jakie okruchy?

8) Po co mi profesjonalnie obrobione zdjęcia na blog...dodam tylko mgiełkę i je zmniejszę. Kto tam zauważy różnicę ( ups! ) ;)

9) F. ile razy Ci mówiłam, żebyś uważał przy gotowaniu i nie brudził płyty, teraz muszę szorować. Wrrrróć. Na pewno będę dzisiaj jeszcze coś smażyć. Po co czyścić dwa razy!

10) Wcale nie ma tu dzisiaj nic do posprzątania...Pola! Wychodzimy!

 

Oczywiście weźcie sobie na to dużą poprawkę i potraktujcie to z przymrużeniem oka. Czasem mam dni, że dosłownie ze wszystkim idę na łatwiznę, a czasem mam dzień, że płytę szoruję kilka razy dziennie, oraz robię kilka serii prania. Zdecydowanie jednak wolę zasadę, by każdego dnia tylko z większa ogarnąć, a raz w tygodniu generalnie posprzątać. Kiedy jednak nawał roboty mnie przeraża - biorę co najpotrzebniejsze czyt. wózek, jedzenie i inne pierdoły. O! I Polę oczywiście - i wychodzę. Wciąż uczę się tego, że owszem fajnie jest siedzieć w czystym mieszkaniu, ale jeśli ma to odbywać się kosztem naszej energii i samopoczucia - to mam to głęboko w 4 literach. A okruchom pod kanapą mieszka się całkiem dobrze ;)

 

czapka, worek, figurki - szafiarka.net ; spodenki - Little Gold King

DSC_0997

 

DSC_0998

 

DSC_0999

 

DSC_1000

 

DSC_1003

 

DSC_1004

 

DSC_1006

 

DSC_1007

 

DSC_1008

 

DSC_1010

 

DSC_1011

 

DSC_1012

 

DSC_1014

 

DSC_1016

 

DSC_1018

 

DSC_1019

 

DSC_1020

 

DSC_1021

 

DSC_1022

 

DSC_1023

 

DSC_1026

 

DSC_1028

 

DSC_1030

 

DSC_1031

 

DSC_1032

 

DSC_1034

 

DSC_1036

 

DSC_1037

 

DSC_1040

Odkąd przeprowadziliśmy się do Warszawy, Pola nie ma już swojego pokoju. Mimo, że mieszkanie ma ten sam układ - byliśmy zbyt bardzo zmęczeni jedzeniem, spaniem i życiem w jednym pokoju. Mało tego - Pola mając swoje 4 kąty i tak znosiła wszystko do salonu, no bo...no bo tak. Czemu to wie tylko ona. Tym razem postanowiliśmy mieć razem z nią wspólną sypialnię, a zabawki...no właśnie? Gdzie one mają się teraz podziać?

Początkowo w rogu salonu rozłożyliśmy matę i na niej poustawialiśmy zabawki. Gdzieś tam w róg wcisnęliśmy kuchenkę, a ja po miesiącu tego syfu, który wciąż był na podłodze powiedziałam : dość! No dobra. Nie do końca tak było. Dalej bym się z tym wszystkim bujała, gdyby nie fakt, że na potrzeby pewnego filmiku musiałam stworzyć reprezentatywny kącik do zabawy. Ok. Tylko gdzie?

Zaznaczę, że nigdy, ale to przenigdy nie pomyślałabym, że pozwolę sobie na zabawkowy, dziecięcy nastrój w salonie. Dziecko jednak jest nieodłącznym elementem mojego życia i wcale nie przeszkadza mi cała jedna ściana salonu w zabawkach. Wręcz przeciwnie. Czuję, że w domu jest dziecko, nawet gdy ono śpi. Co prawda, taka sytuacja nie miałaby miejsca przenigdy, gdyby Pola miała swój pokój. Na pewno zabawki i tak pałętałaby się po pokoju dziennym, ale raczej wynosiłabym je na swoje miejsce przy wieczornym sprzątaniu. Obecnie jednak nie mam ich gdzie wynosić, więc musiał powstać kącik, który będzie praktyczny, przejrzysty i całość nie będzie walała się po podłodze.

Idealnym rozwiązaniem okazał się podłogowy, poziomy regał i dwie półki nad nim. Mieliśmy tam swoje płyty, czasopisma, świeczki i książki. Zagryzłam zęby i pochowałam dosłownie wszystko co na nim było do szafki. I zaczęłam ustawianie. Tu maskotki, tu domek, tu kuchenka, tu klocki. Efekt? Dla mnie bombowy. Co jest jednak w tym wszystkim najlepsze? Wszystko ma swoje miejsce, swoją półkę. Pola nie rozwala wszystkiego po podłodze, książki nareszcie są na górnej półce, a nie są porozwalane po całym mieszkaniu. Naprawdę nie wiem jak to się stało, ale Pola wraz z metamorfozą kąciku, zaczęła bawić się stojąc przed regałem, zdejmując i odkładając na swoje miejsce rzeczy. Nagle w domu zapanował jakiś cudowny porządek, a ja nie muszę nareszcie codziennie czyścić maty i układać na niej zabawek co w efekcie wyglądało beznadziejnie. Całość dopełniło nam krzesełko i etażerka. Co prawda etażerka raczej wyląduje obok łóżeczka Poli zamiast stolika nocnego, a przy krzesełku być może niedługo pojawi się praktyczny stoliczek, przy którym Pola będzie mogła uprawiać swoje ulubione ostatnio zajęcie - rysowanie.

Uwielbiam detale, takie jak stylowe klamerki, pompony, czy królik zgrywający się kolorystycznie z klamerkami w pudrowym różu. Domek zdecydowanie przyozdobiłabym świecącymi kulami, ale to już niebawem...  Musiałam tutaj kombinować z rzeczy, które mam. Co najciekawsze - prawie wszystkie są albo z blogowych współprac, albo są to prezenty, albo łupy z SH. Bardzo lubię ten fakt, że chociaż na takie rzeczy nie muszę wydawać pieniędzy - jest to dla mnie ogromne ułatwienie w życiu, a jednocześnie satysfakcja, że moja praca daje taki owoc - moje dziecko ma dzięki niej to czego ja nigdy nie miałam.

Czy to wszystko co widzicie na zdjęciach jest używane? Będę z Wami szczera - wszystko. Wszystko inne jest głęboko w szafie. Stosuję zasadę, że jeśli coś się nudzi, chowam to do szafy i wyjmuję coś innego. Pola stęskniona za dawno nie widzianą rzeczą, bawi się nią ponownie. Muszę jednak przyznać, że domek, kuchenka, a przede wszystkim sorter i książki - nie były chowane nigdy. Kilka dni temu wyjęłam drewniane układanki w rybki i puzzle czuczu. Wcześniej Pola po 1 nie kumała, jak to układać, po 2 rozrzucała to po całym mieszkaniu z nerwów, że nie wie o co w tym chodzi. Jeśli chodzi o rzeczy takie jak wózek - jest w użytku codziennie. Pola co chwilę jeździ nim po mieszkaniu mówiąc mi "papa" i wychodząc z pokoju. Fajnie zaczął się sprawdzać na tym etapie domek z netto za całe 30 zł, do którego co jakiś czas dokupuję figurki znalezione w sh. W domku znajdziecie też zwierzątka, które o ile się nie mylę, można dostać w rossmanie i serię ludzików little people z fisher price. Plakat ze słoneczkiem, wciąż pozostaje zafoliowany. Jest tak cudowny, że nie może się zniszczyć do czasu, aż kiedyś kupię sobie mieszkanie... Czy potrafiłabym z tych zabawek wybrać najbardziej ulubioną? Zdecydowanie drewniany sorter z klockami od pikinini.pl . Nawet kiedy mam dość porozrzucanych klocków i stawiam to gdzieś na górę, Pola zaraz nabiera chęci na ponowne układanie klocków w odpowiednich miejscach. Na tym etapie wychodzi jej to już bezbłędnie.

Taki kącik był strzałem w dziesiątkę. Poziomy, podłogowy regał jest idealną opcją, która zaoszczędza miejsce. Zabiera o wiele mniej powierzchni niż wiecznie rozłożona mata. Wszystko jest ładnie ustawione pod ścianą, a zabiera jedynie 30/40 cm z szerokości podłogi.

Niestety mam też smutną ( dla mnie )  wiadomość -  z przyczyn ode mnie niezależnych, będę musiała poszukać innego mieszkania, więc nie nacieszę oka zbyt długo tym stanem rzeczy. Nie zawsze wszystko układa się w życiu po naszej myśli, ale wychodzę z założenia, że wszystko dzieje się po coś. Trudno mi na razie zrozumieć, po co konkretnie, ale warto się łudzić, że wyjdzie to nam na dobre. Nikt nie mówił, że początki w wielkim mieście będą łatwe. Dlaczego mi przykro? Pokochałam to mieszkanie i kompletnie nie odczuwałam, że jest "czyjeś". Pokochałam te bloki, widok z balkonu na miejską dżunglę i pokochałam każdy skrawek otoczenia. Bardzo szybko się przyzwyczajam, ale bardzo ciężko radzę sobie z porzucaniem czegoś, gdzie czułam się tak swobodnie jak tutaj. To mieszkanie było moim ideałem i ledwo zdążyłam powiedzieć, że jest dla mnie idealne, ledwo zdążyłam zaplanować metamorfozę balkonu, ledwo zdążyłam urządzić kącik dla Poli i...bum. Niestety poszukiwania nowego kończą się płaczem - wiem, wiem zachowuję się jakby umarł mi ktoś bliski, jednak przerzucenie się z wysokie standardu na niższy, oraz fundowanie Poli kolejnej zmiany miejsca w tak krótkim czasie to dla mnie hardkorowa sprawa. Żegnam więc swoją ukochaną białą kuchnię, jasne ściany, białe meble i wielką szafę w przedpokoju. Znów czeka mnie skok w nowe, nieznane i przerażające. I oczywiście ograniczenie zawsze jest jedno - pieniądze...

 

wózek, etażerka, krzesełko - Lilu shop

t-shirt Polduna - Little Gold King

kuchenka, sortery ( klocki, do rączki, biedronka) - pikinini.pl

króliczek z wyszytym imieniem - Titi

królik z lnu - Lniany Dom

pompony - pomponove.pl

bolek i lolek - Kreatywna Igiełka

sówka - Stinky Dog Production

plakat - Humpty Dumpty Room Decoration

 

DSC_1048

 

DSC_1050

 

DSC_1051

 

DSC_1052

 

DSC_1053

 

DSC_1054

 

DSC_1055


DSC_1057

 

DSC_1058

 

DSC_1059

 

DSC_1061

 

DSC_1062

 

DSC_1064

 

DSC_1067

 

DSC_1068

 

DSC_1069

 

DSC_1070

 

DSC_1071

 

DSC_1073

 

DSC_1074

 

DSC_1075

 

DSC_1076

 

DSC_1077

 

DSC_1078

 

DSC_1079

 

DSC_1080

 

DSC_1081

 

DSC_1082

 

DSC_1084

 

DSC_1085

 

DSC_1090

 

DSC_1091

 

DSC_1092

 

DSC_1095

 

DSC_1096

 

DSC_1097

 

DSC_1098

 

DSC_1100

 

DSC_1102

 

DSC_1105

 

DSC_1106

 

DSC_1107

 

DSC_1109

 

DSC_1111

 

DSC_1112

 

DSC_1115

 

DSC_1117

 

DSC_1118

 

DSC_1119

 

DSC_1121

 

DSC_1125

 

 

 

@alicjawegnerpl

Zajrzyj na mój Instagram i sprawdź, jak żyję, manifestuję oraz działam.
cartcrossmenuchevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram