Rok temu z wielkim brzuchem przygotowywałam się do świąt...byłam trochę smutna, że nie ma Jej jeszcze z nami. Niczego nigdy tak nie pragnęłam jak tych pierwszych świąt z małym, tuptającym brzdącem... tego roku moje marzenie się spełni. A ja przygotowuję się do tego prawie z takim samym podekscytowaniem jak do porodu. Ozdabiam jej pokój, wybieram prezenty. W tle rozbrzmiewa świąteczna muzyka, przy której chce mi się skakać ze szczęścia, a jedyne czego mi brak to pruszącego śniegu za oknem. Pojawił się raz, zrobił nadzieję i znikł...ale wróci na pewno, tego jestem pewna. Pola pałęta mi się pod nogami w bluzie renifera, a w szafie czeka na nią przebranie mikołajki. Zawsze lubiłam atmosferę świąteczną taką jak na amerykańskich filmach. Wiem jednak, że taki klimat nie jest zmyślony, on panuje w moim sercu zawsze.
Długo myślałam nad tym w jaki sposób ozdobić Poli tak, by czuć w nim było tę nutkę świątecznej atmosfery, ale w sposób nie zalatujący chińskim kiczem. Z drugiej strony myślałam jak uniknąć kiczu jeśli chce się to zrobić oszczędnie. Całe szczęście w dzień, w którym wybierałam się na zakupy znalazłam w skrzynce gazetki promocyjne z kilku sklepów i okazało się, że za dość niskie kwoty ( 2, 5, 10 zł ) można kupić dobrze prezentujące się ozdoby. Kupiłam ich dosłownie kilka. Najbardziej swoją uwagę chciałam skupić na nowym wystroju domku. To on miał być kluczowym elementem nadającym świąteczny klimat w pokoju Polki. Zaraz po nim najbardziej zależało mi na wiszących przy łóżku skarpetach, ale worki z juty prezentują się wg mnie o niebo lepiej. Oprócz tych dwóch głównych elementów właściwie nie chciałam już niczego, więc po prostu dopełniłam całość kilkoma drobiazgami. Wykorzystałam klamerki na kaloryferze do drewnianych zawieszek, a przed królikiem postawiłam świecznik. Zarówno na parapecie jak i przed świecznikiem rozsypałam srebrne śnieżynki kupione w pepco. Na górze firany zawiesiłam 4 ozdobne wstążki, a z klamki zdjęłam serduszko z napisem Pola i zastąpiłam je na jakiś czas białym dzwoneczkiem. Na małym regale położyłam kilka srebrnych gwiazdek, a obok niego postawiłam drewnianego bałwana ( 12,99 zł - kaufland ) , do którego włożyłam kilka drewnianych , świątecznych 'patyczków'. Polka ma też swoją choinkę, która widzieliście już we wcześniejszych wpisach. Świecące kule zawieszone na ozdobnym krzaczku, który do tej pory stał w naszej łazience.
Może nie tak wymarzyłam sobie pokój dla Poli na ten okres. W głowie miałam ozdoby z lnu i inne mega, drogie bajery. I gdybym miała możliwości zapewne bym tak jej ten pokój urządziła. Nie będę tutaj ściemniać, że "choćbym miała kasę to bym nie wydała na ozdoby kilku stów", bo gdyby portfel pękał mi w szwach to na pewno bym tak zrobiła ;) Jednak w tym roku musiałam zadowolić się tańszymi zamiennikami. Najważniejsze i tak ma się w sercu. Aczkolwiek ozdoby cudownie ożywiają w nas pewne odczucia związane ze świętami, a i magia zdaje się ożywać z każdą małą bombką i każdym małym światełkiem. Bo cóż by to były za ponure święta, gdyby dom wyglądał tak samo jak przez wszystkie inne dni w roku?
PS: Za spinkę sówkę, która znalazła się na jednym ze zdjęć serdecznie dziękujemy odkrytej przeze mnie cudotwórczyni Sweet Heart - Rękodzieło :) ; ozdoby zakupione w pepco, kaufland i bricomarshe.
9 miesięcy za nami. 9 miesięcy radości przeplatanej płaczem, nerwami, czasem bezsilnością. 9 miesięcy potężnej miłości. Chyba jedynej miłości na świecie tak silnej, że codziennie wydaje nam się, że mocniej kochać już nie można, a tymczasem budzimy się i jednak...kochamy jeszcze bardziej. Niesamowite jak wiele zmian zaobserwować może matka przez 9 miesięcy życia dziecka. Niesamowite, że zmiany te nie zachodzą tylko w naszych pociechach, ale i w nas - kobietach. Z dnia na dzień coraz bardziej dojrzewamy, jesteśmy co raz lepszymi matkami, radzimy sobie coraz lepiej... a ja...ja przestałam się też spieszyć. Przestałam na siłę być perfekcyjną panią domu, bo jedyne w czym chcę być perfekcyjną na daną chwilę to w byciu mamą. Bo kiedy jak nie teraz? Teraz kiedy Ona potrzebuje mnie najbardziej...
Teraz kiedy znów muszę nosić ją przez większość dnia, tulić jakby miała znów tydzień, całować w czółko, bo ona nie chce się ostatnio bawić ani wygłupiać. Jest maleńką dzidzią co chce tylko moich ramion. I te dobre rady, że nie mam jej nosić, bo sobie nie poradzę, bo się przyzwyczai...i co? Niech się przyzwyczaja. Skoro tej bliskości potrzebuje to ją dostaje. A ja chcę ją dawać. I co z tego, że sterta prania aż krzyczy do mnie z łazienki, a zlew jest pełen naczyń. Czas pędzi tak szybko, dzieci rosną w mgnieniu oka, dziś niemowlęta, jutro młodzież wlatująca do domu na sekundę coś przegryźć. A teraz...teraz jest ten czas kiedy miejsce mojego dziecka jest w moich ramionach. Obowiązków całe mnóstwo, ale co z tego? Te naczynia w końcu umyję, pranie zrobię, ale w danej chwili to dziecko...to właśnie moje dziecko chce spać na mnie drugą godzinę z rzędu, a ja cała obolała stukam delikatnie lewą ręką w klawisze, by jej nie obudzić. I po co mam ją odkładać do łóżeczka jeśli wiem, że śpi w nim tylko w nocy, a teraz potrzebuje wyspać się na mnie. I po co mam w dzień kazać jej czekać aż się wypłacze, bo ja mam kolejny talerzyk do umycia, skoro mogę walnąć ten brudny talerz z powrotem i tulić ją tak mocno jak zawsze... bo jeszcze niedawno miała miesiąc, dwa, a dziś ma już 9...i za moment będzie miała rok, dwa, trzy i będzie mnie potrzebować coraz mniej. I choć będę chciała to jej nie ponoszę. I już nigdy nie będzie tak mała i tak bezbronna jak teraz. I nigdy tego czasu , który mam teraz nie będę tyle miała. I ten czas nigdy nie będzie taki sam jak ten tu i teraz.
I zauważyłam, że tak bardzo łagodnieję...że w byciu mamą dostrzegam ostatnio coś więcej niż zwykle. I lubiłam od tego noszenia wymigiwać się 10 minutowym wyjściem po chleb do Piotra i Pawła, a dziś robię mojemu F. listę zakupów , bo tak chcę nosić, chcę tulić, chcę non stop śpiewać sto zmyślonych zwrotek żabki małej. I lubiłam dać czasem Polę swojej teściowej na spacer, żeby móc bez wiszenia przy nodze zrobić coś w domu, a dziś odpowiadam tylko " Dajemy sobie radę, jest dobrze, później sama z nią wyjdę". I tak cholernie ją kocham i kocham ten czas spędzany z nią. I chłonę każdą godzinę, minutę i sekundę. Bo każda jest wyjątkowa i jedyna...i żadna nie powtórzy się już nigdy więcej...będą jedynie nowe...kolejne po 9 miesiącach bycia razem.
To właśnie dzisiaj obudziłam się z nastrojem, który wręcz nakazał mi włączyć świąteczną playlistę, a z szafy wygrzebać strój mikołajki dla Poli. Moje ciało drży z podekscytowania bo właśnie spełnia się jedno z moich najskrytszych marzeń - pierwsze święta z Nią. Pierwszy śnieg, pierwsza choinka, pierwsze prezenty. Tyle pierwszych razów popełnianych na tle tych wszystkich świątecznych, kolorowych lampek. Marzyłam o tym od dawna. O tej atmosferze, o tej miłości i o tym zapachu choinki, który Ona poczuje po raz pierwszy. O pierwszym prezencie, który odpakuje. O pierwszych wspólnie słuchanych kolędach... Spontanicznie wpadłam na decyzję, by z łazienkowej ozdoby ( krzaczka ) zrobić jej pierwszą choinkę. Zawiśnie na niej jeszcze kilka maleńkich ozdób, a już za kilka dni cały pokój zostanie zmieniony w świąteczną, subtelną krainę, która pozwoli poczuć Poli magię jej pierwszych świąt. Z niecierpliwością będę oczekiwać pierwszego śniegu. Pierwsze wyjście na sanki będzie jednym z piękniejszych wspomnień, a ja już przewiduję w głowie jaka może być jej reakcja na tego typu atrakcje.
To cudowny czas. Mimo tego, że pogoda za oknem mnie przeraża i najchętniej nie wychodziłabym z domu, to czekam z niecierpliwością na to aż ulice i sklepy zostaną ozdobione lampkami i bombkami różnorakimi, a wtedy na pewno wyłonię się z domu z uśmiechem na twarzy. Po prezenty, po ozdoby, po słodycze, po owoce... Zrobię kalendarz adwentowy, kupię śnieg w sprayu i na oknie namaluję bałwana i renifery. W tle wciąż przygrywać mi będzie Cliff Richard ze swoim nastrojowym Mistletoe and Wine ...
Tak bardzo o tym marzyłam! Tak bardzo, że mam ochotę skakać i krzyczeć z radości. Choinka, kolędy i moja mała mikołajka pałętająca się między nogami mojej rodziny...moja mała mikołajka i jej pierwsze święta ze mną. Moje pierwsze święta z Nią. Moją córką. Moje serce oszalało. To będą piękne święta.
kule - Cottonove Love
Jeszcze mieszkając z rodzicami, wydawało mi się, że różnica po wyprowadzce będzie jedynie taka, że nikt nie będzie mi się w nic wtrącał, a do WC będzie za mną podążała moja mała kopia (lub taty, jak kto woli). Jak bardzo się myliłam, pokazały mi ostatnie dni praktycznie tylko we dwójkę od rana do nocy. Ostatnia noc w domu rodzinnym wypełniła moją głowę tysiącem mieszanych uczuć. Była to niezrozumiała plątanina myśli. Coś pomiędzy strachem przed tym, czy na pewno damy radę finansowo, a przed tym oficjalnym ucięciem między mną a moją mamą pępowiny, która mimo, że dość silna nigdy się nie wydawała - istniała.
Kiedy nadszedł dzień mojego nowego życia, po prostu spakowałam walizki, odpaliłam auto i opuściłam swoją maleńką wieś z uśmiechem na twarzy. Dystans? 7 kilometrów. Zmiana? Diametralna. Początkowe uczucie obijało się gdzieś o ekscytację. Jak super jest WSZYSTKO robić samemu przy małym szkrabie u nogi ! Dziś jest to już piękną codziennością wypełnioną samodzielnością i uczuciem odpowiedzialności. Poczucie, że jest się panią domu , a nie matką dziecka w domu rodziców.
Pisząc w tytule wpisu "Coś czego nie zabierze mi nikt", nie chodzi mi o mieszkanie, faceta, pieniądze czy auto. Chodzi o coś więcej. Chodzi o więź z dzieckiem, której nie zaznałam wcześniej w takim stopniu jak teraz. Więź, którą wypracowałam sobie przez bycie z Nią praktycznie non stop, ale i nie o to chodzi w głównej mierze. Więź tak silna zrodziła się z mojego spokoju wewnętrznego, który poczuła i ona. Więź zrodziła się z przytulania kiedy się budzi, bo branie na ręce o 5 rano przestało być obowiązkiem, a przyjemnością.
Może gdzieś w środku miałam przeczucie i zaczynałam wierzyć w to, co tak zawzięcie wmawiali mi hejterzy. Że nie dam rady, bo gówno wiem o życiu i odpowiedzialności. Dziś chcę się im zaśmiać w twarz i powiedzieć "Sorry, byliście w błędzie". Nie jest sztuką siedzieć z dzieckiem od rana do nocy, sprzątać, gotować i robić sto innych rzeczy. To robi KAŻDA MATKA. To nie jest mistrzowski wyczyn, za który chcę zbierać oklaski. Wiecie co jest prawdziwą sztuką? Zasnąć z uśmiechem na twarzy mimo tego, że nie zrobiłyśmy wszystkiego co sobie zaplanowałyśmy. Sztuką jest podziękować Bogu za ten dzień mimo, że ledwo stoimy już na nogach. Sztuką jest tworzenie więzi z dzieckiem, mimo zmęczenia, mimo stu innych obowiązków, które czekają na nas tuż obok. Sztuką jest dostrzeżenie najmniejszych uśmiechów dziecka podczas mycia naczyń. Cudownych matek nie czyni z Nas udźwignięcie dziecka w wózku i toreb pełnych zakupów, by dotrzeć na wysoki parter, bo garaż podziemny jak na złość nie chce się otworzyć i do windy trzeba dotrzeć kilkoma sporymi schodami. Cudowne matki czyni nas zrobienie tego bez pretensji do całego świata jak to nam źle i ciężko.
Nie jest sztuką, to co robi co druga osoba na tym świecie - narzekać. To jest tak monotonne i denne, że w nadmiarze razi mnie gorzej niż lukier, którego za dużo. Decydujemy się na dzieci, na macierzyństwo, które jest piękne. Kupujemy domy, o które musimy dbać, mamy wspaniałych mężów, którym gotujemy obiady. Czemu traktujemy to jak pieprzony obowiązek, który uprzykrza nam życie? Czy nie jest fajnie gotować dla kogoś kogo się kocha? Czy nie jest fajnie być tak zmęczonym, że nie zdąży się spojrzeć na zegarek zanim pójdzie się spać? Przecież to zmęczenie wynika z tylu świetnych rzeczy, które robicie! Bycie matką i panią domu nie jest mało ambitne, nie jest denne i nie jest tragiczne, jeśli w każdej najmniejszej czynności nie widzicie obowiązku, który staje Wam na drodze do szczęścia.
Żeby nie było. Wiem - obowiązki czasem przytłaczają. Chce nam się ryczeć w poduszkę, pragniemy chwili odpoczynku od dziecka, mamy dość. To naturalne. Ale to uczucie mija prawda? Nie możemy w nim trwać non stop, bo stopniowo będzie nas wyniszczać. Kawałek po kawałku. Jedna zła myśl, przyciąga tysiąc kolejnych, aż nagle nie wiadomo jak, czemu jesteśmy w dole, z którego ciężko nam się wydostać.
Ale...pomyślcie. Że to te obowiązki tworzą Wam coś czego nikt Wam nie zabierze. Uśmiech męża, który je przygotowany przez Was obiad. Uśmiech dziecka, które zasypia w czystej piżamie. Uśmiech dziecka, które tak bardzo cieszy się, że pograłeś z nim godzinę w coś, czego zdrowo nie cierpisz. Twój uśmiech, który masz na twarzy zasypiając w czystym mieszkaniu, które takie jest właśnie dzięki Tobie. I ta więź...na którą składa się tysiąc różnych czynników, na które w tej codzienności przestaliście zwracać uwagę. Tej więzi nie zabierze Wam nikt. Ale wymaga ona czasu, poświęcenia i poczucia obowiązku, które chociaż czasem męczy...nie może stać się Waszym wrogiem.
6 miesięczne dziecko. Niby to niemowlę co jeszcze nie chodzi, tylko leży, coś tam próbuje raczkować i bierze wszystko do buzi. Niby to jeszcze taki mały bączek, który nie wiele rozumie. W co się z takim dzieckiem bawić? Tak, by dziecku sprawiło to radość? Odpowiedź jest dziecinnie prosta. To własnie tym dzieciom do szczęścia potrzeba na prawdę nie wiele. I nacieszcie się tym czasem. Wkrótce będziecie musieli wysilać się nieco bardziej. I think so ;)
Możecie się starać nie wiadomo jak. Kupować wymyślne rzeczy. Piękne, kolorowe, cudowne. Ale na tym etapie prawie wszystko i tak będzie musiało zostać zbadane...buzią. Jednak Ci wytrwali dowiedzą się wkrótce, że warto było niektóre rzeczy kupić, bo dziecko wkrótce zakoduje sobie, że daną rzecz już zna, że daną rzecz już zbadało, więc teraz może zacząć badać ją dotykiem. Tak jak było u nas np. w przypadku gumowych klocków.
W co się bawić? Dobrze wiecie, że dziecku wystarczy po prostu zabawa, w której Wy również uczestniczycie. Na tym etapie nie musicie się więc zbytnio głowić. A udowodnią Wam to poniższe przykłady. Banalnie proste i oczywiste, ale doskonale wiem, że będąc w ciąży wszystko było dla mnie czarną magią a ja czułam się zielona w temacie. Wiem więc, że są tu na pewno przyszłe mamy, które już się boją, że nie będą wiedziały pewnych rzeczy. A ja jestem tu od tego, by nawet te najbardziej banalne przedstawić tak po prostu "od kuchni".
1) Jedzie jedzie rowerek - na przemian uginamy dziecku nóżki stopniowo zwiększając prędkość. Od bardzo powolnych ruchów po zdecydowane i szybkie. Oczywiście tak, żebyście nie wyrwali dziecku nóg ;)
2) Leci samolocik... Trzymamy dziecko nisko i pomału odliczamy mówiąc : "Samolot startuje za...3...2...1!" i unosimy naszą pociechę wysoko w górę.
3) Zabawa gumowymi klockami. Do naszych dołączyła jeszcze gumowa foka :P
Ustawiamy klocki, liczymy jeden po drugim, mówimy jakich są kolorów, ewentualnie kształtów jeśli posiadamy różne.
4) Oglądanie czarno białych książeczek. Pokazujemy dziecku co jest na danym obrazku. Opowiadamy o nim. Póki co Pola bardziej interesuje się ich gryzieniem niż oglądaniem, no ale...na wszystko przyjdzie czas.
5) Jedzie, jedzie traktorek! Sadzamy dziecko na sobie i podskakujemy tak jakby jechało traktorem po polu. Bądź starym pksem po polskich drogach ;) Najulubieńsza zabawa Poli!
6) Zabawa maskotkami. Również możemy dziecku opowiadać o zabawce o jej kolorze, o tym jaka jest w dotyku, opowiadać bajki o niej.
7) Zabawa przedmiotami, które wydają dźwięk. Przykładowo grzechotki.
8) Złap mnie jeśli potrafisz. Ustawiamy przed dzieckiem różnorodne zabawki i czekamy aż samo po którąś sięgnie. Następnie odkładamy ją , zmieniamy kolejność ułożenia i powtarzamy czynność ponownie.
Pamiętacie pierwszą kąpiel Waszego dziecka? Ja pamiętam. Obolała po cesarce stałam nad wanienką, a Pola była myta przez moją siostrę. Chciałam najpierw zobaczyć jak to zrobić. Jak trzymać, gdzie trzymać itp. Przy drugiej kąpieli postanowiłam zrobić to już sama. Maleńkie ciałko w mojej drobnej dłoni. Śliskie, drobniutkie i drżące. Tak. To była chyba jedyna czynność przy noworodku, przy której odczuwałam lekki stres. Dziś z niecierpliwością wyczekuję codziennie godziny, w której będziemy kąpać Polę. Lubi to niesamowicie, śmieje się w głos i porusza tak energicznie, że na prawdę trzeba mocno ją trzymać.
Nasza istotka jest już na tyle mądra, że chyba dostrzegła zmianę wanienki, bo zawsze ma na twarzy charakterystyczną minę kiedy widzi coś nowego. Nareszcie wanienka w jej pokoju nie szpeci. Kto, by pomyślał, że nawet taka rzecz może mieć przyjemny i ładny design. Ale do rzeczy :)
Wiele z świeżo upieczonych mam zadaje mi często pytanie czy kąpać dziecko codziennie i jak to się u nas odbywa. Dlatego właśnie postanowiłam napisać o tym kilka słów. Bo to co dla jednych oczywiste dla innych może być trudnością i to całkowicie zrozumiałe. W żadnym wypadku nie narzucam tutaj nikomu swoich racji i nie krytykuję innego postępowania niż ja. Po prostu napiszę jak to jest u nas. Polę kąpiemy codziennie. Osobiście nie wyobrażam sobie, żeby poszła spać, po tym jak kilkukrotnie ulewała w dzień, po tym jak pociła się będąc na dworze, a nawet w domu w takie temperatury jak teraz.
KĄPIEL:
Godzina - między 19 a 20 (przed karmieniem)
Temperatura wody - 37 stopni
Co jest mi potrzebne?
- ręcznik kąpielowy BEABA
- balsam nawilżający SOPHIE LA GIRAFE
- krem do twarzy SOPHIE LA GIRAFE
- krem na odparzenia PHARMACERIS
- pampers
- ubranko
Co do wody?
- szampon i żel do mycia w jednym PAT & RUB
Myjki - brak. myję jedynie ręką
Na co szczególnie zwrócić uwagę?
- szyja, paszki generalnie wszystkie miejsca gdzie dziecko ma fałdki i zbiera się tam brud
Co po kąpieli?
- osuszenie ręcznikiem
- smarowanie ciała balsamem i masaż
- nałożenie kremu na twarz
- posmarowanie zaczerwienionych miejsc kremem na odparzenia
MASAŻ :
Jakie korzyści wynikają z regularnego stosowania masażu?
- dziecko wycisza się i uspokaja
- wzmocnienie poczucia bezpieczeństwa i więzi dziecka z rodzicem
- uregulowanie snu
- poprawa trawienia
- stymulacja układu hormonalnego
Kolistymi i spokojnymi ruchami masujemy całe ciało dziecka. Należy skończyć natychmiast kiedy zaczyna być niespokojne. Do masażu możemy używać oliwki bądź balsamu.
CODZIENNA PIELĘGNACJA:
Co stosujemy?
- chusteczki nawilżające pampers
- krem na odparzenia pharmaceris
- krem ochronny z filtrem PAT&RUB
- patyczki do uszu ( czyścimy tylko część ucha, którą widać, nie wsadzamy patyczka do środka ucha!!! )
Wanienka, stojak i akcesoria kąpielowe od BEABA POLSKA możecie zobaczyć tutaj ---> KLIK
Kiedy wiedziałam już jakie kolory rozświetlą pokój Poli zaczęłam wybierać inne dodatki. Pościel, karuzelę, coś na ścianę. Miałam już w swoich rękach prawie wszystko oprócz jednej najważniejszej rzeczy - łóżeczka. I w końcu znalazłam. Coś co od razu na pierwszy rzut oka wydawało się być wysokiej klasy meblem, która wyróżnia się nowoczesnym designem. Łóżeczko Oeuf od BAVI .
Jeśli chodzi o materac tym razem wybrałam HEVEA lateksowo-kokosowy medica. Jest to materac dwustronny. Jedna strona - kokosowa przeznaczona jest dla niemowląt do 8-9 miesiąca, z kolei strona lateksowa po zamianie stron wkładu może być stosowana już do końca okresu łóżeczkowego.
A teraz czas na... dodatki. Bo czymże byłoby samo łóżeczko bez pościeli itp? Tym razem postanowiłam, by na pościeli poza groszkami znalazł się też motyw dziecięcy, ale nie przesadzony. Urzekły mnie szare słonie. W połączeniu z żółto białą stroną w kropki tworzą wg mnie niesamowity duet. Uroku dodają również wiązania. Początkowo byłam bardziej skłonna ku zamkom, jednak zdałam się na intuicję i talent UTULANKI . Efekt jak zwykle niesamowity.
Pamiętacie chmurę nad łóżeczkiem? Widziałam ją już u tylu osób, że postanowiłam zastąpić ją czymś innym. Głowiłam się i głowiłam aż z nieba spadła mi przecudowna kobieta, która tworzy cuda. Manufaktura Słów . Ja dałam pomysł. Ona go zrealizowała. Od zawsze podobał mi się ten wstęp do bajek. Chłopiec na księżycu z wędką. Zawsze kiedy to widzę przypomina mi się magia dzieciństwa. Tym oto sposobem czuję ją od teraz zawsze, gdy przebywam w pokoju Poli. Jak dla mnie prezentuje się cudownie. Mam zamiar jeszcze do wędki doczepić malutką żółtą gwiazdkę, ale wszystko w swoim czasie.
Niesamowicie ważnym dodatkiem, którego bardzo mi brakowało odkąd urodziłam Polę, była karuzela. Nie chciałam już jednak kupować ich w wydaniu plastiku i intensywnego koloru. Chciałam poszukać czegoś co idealnie będzie zgrywało się z łóżeczkiem. Będzie miało prosty, delikatny wygląd, a jednocześnie będzie zwracać uwagę malucha. Karuzela od MUZPONY była strzałem w dziesiątkę. Wcześniej nie było mowy o tym, by odłożyć Polę zanim zasnęła do łóżeczka. Kto chciałby patrzeć się na biały sufit? Teraz całe szczęście się to zmieniło.
Ostatnim elementem, którym chciałam dopełnić całość były pompony od POMPONOVE. Początkowo miałam wizję by zawiesić je w rogu łóżeczka. Efekt marny. Gryzło się to strasznie z wiązaniami ochraniacza, więc postanowiłam wykorzystać wiszący obok wieszak, na którym początkowo była spódniczka, a jeszcze później mysia baletnica. Myślę, że pompony wpasowują się w to miejsce o wiele lepiej.
Jeśli chodzi o efekt końcowy. Zdecydowanie jestem na tak. Wiadomo są gusta i guściki. Każdemu podoba się co innego. Ja ten pokój robiłam wg mojego gustu i podoba mi się niesamowicie. Szarość, żółć i biel zdają egzamin, a ja jestem po prostu zadowolona z tego jak wszystko ze sobą współgra. Pora wziąć się za resztę pokoju . Ale to już metodą małych kroków.
Zapomniałabym! Pierwszy wieczór Poli w nowym pokoju zakończył się moimi łzami. Pola odłożona do nowego łóżeczka po raz pierwszy była tak spokojna i uśmiechnięta. Wszystko wzbudzało jej zainteresowanie jak nigdy wcześniej. Śmiała się patrząc na karuzelę i trzymała mocno swoją nową lampkę. Pomyślałam, że warto odmawiać sobie przyjemności, by patrzeć na jej uśmiech. By dawać jej wszystko co najlepsze. Jeszcze do niedawna to moi rodzice byli tymi, którzy w miarę możliwości chcieli zapewnić mi i siostrze wszystko co najlepsze. Teraz przyszła pora na mnie. Teraz to ja jestem osobą, która jest rodzicem i która musi sama zapewnić swojemu dziecko wszystko to co dobre. Miłość, bezpieczeństwo i komfortowe warunki życia. Ach... jak dobrze jest dawać. Nawet nie otrzymując nic w zamian. A właściwie otrzymując jedną małą rzecz. Dla rodzica najpiękniejszą. Uśmiech dziecka.
Takie dni jak ten mogłyby się zdarzać codziennie. Kocyk na trawie i unoszący się w powietrzu zapach bzu. Upał zabijany zimną lemoniadą, a głód kolorowymi kanapkami. Dziecko leży i się uśmiecha jak gdyby wiedziało, że takie dni są... wyjątkowe. Jedyne w swoim rodzaju. Leżysz, nad Tobą błękitne niebo,nie patrzysz na zegarek. Nie liczy się to, która jest godzina, nie liczy się to jaki jest dzień. Nie myślisz o jutrze. Cieszysz się tym co jest tu i teraz. Tylko to się liczy. To Ona - moja córka, nauczyła mnie tego, by chłonąć każdą chwilę, jakby miała być moją ostatnią. By cieszyć się każdym dniem i szanować każdą wolną minutę. By nie marnotrawić czasu na głupoty. Nauczyła mnie cierpliwości i tego jak kochać. Nauczyła mnie jak być szczęśliwą. Jeszcze 2 lata temu w dzień jak ten , obudziłabym się i by być zadowoloną z upalnego dnia musiałabym wyjechać gdzieś dalej, stracić pieniądze i objeść się hotelowymi przystawkami. Tego dnia jedyne czego pragnęłam to wyjść z Nią do ogrodu, położyć się na kocu i... żyć. Mówią, że życie to nie bajka Więc czy ja śnię na jawie? Bo leżąc tak czuję się tak beztrosko. Czuję się o niebo lepiej niż w tym drogim hotelu. Zobacz...zobacz jak nie wiele potrzeba do szczęścia. Kawałeczek ziemi i koc. I ktoś u boku kogo kochasz. Tylko tyle. Nic więcej.
Bywają czasem takie dni jak ten...pomieszane z poplątanym. Trochę słońca, trochę deszczu. trochę uśmiechów i trochę więcej łez. Zwyczajny poranek, otwieram oczy i widzę dwie najukochańsze mi osoby na świecie. Drugoplanowo rzecz mniej przeze mnie kochana - czubaty kosz z praniem, kosz z tym co dopiero do wyprania i kilka innych rzeczy do ogarnięcia. O dziwo nie czuję się przerażona czy przytłoczona. Powoli zaczynam to wszystko ogarniać. Mam nawet siły napisać kilka referatów, poćwiczyć i zmienić cały świat. Więc wstaję pełna sił i robię. po kolei krok po kroku robię to wszystko co zrobić muszę lub chcę. Budzą się. On wychodzi do pracy, Pola ląduje na moich rękach. Zapełniam każdą lukę pomiędzy jej noszeniem a karmieniem. Czas, który kiedyś tak marnotrawiłam dziś zdaje się być tak bardzo cenny i potrzebny. Wykorzystuję każdą minutę. nie mogę sobie pozwolić na spanie kiedy ona śpi. Jest tyle pięknych książek do przeczytania, tyle rzeczy do zrobienia, a życie jest tak krótkie i kruche. Więc czerpię. Czerpię to co najlepsze. Ponoć najlepsze rzeczy w życiu są za darmo. jedną z nich jest satysfakcja. satysfakcja, która czujesz wieczorem kładąc się do łóżka, że wykorzystałaś każdą minutę tego dnia najlepiej jak mogłaś. że zrobiłaś wszystko co miałaś zrobić, a nawet więcej. I czujesz, że doba ma za mało godzin, bo jest tyle różnych zajęć, których człowiek chciałby sobie dołożyć. Więc dokładam w miarę możliwości więcej i więcej. Zakładam te rolki i jadę przed siebie.I to nic, że Ona akurat w tym momencie musi się obudzić. Można jechać przed siebie i pchać przy okazji wózek. Można pobiegać w blasku słońca, wykorzystując 10 min jej drzemki, by następnie przystawić ją do piersi i odpocząć. Można potem iść do domu i zrobić sobie nieudolnie lewą ręką kanapki, bo prawą tuli się do siebie swoje dziecko. I można robić to wszystko na raty, szybko, jednym słowem tak by pogodzić to z dzieckiem, które jest dziś wyjątkowo markotne i drzemki nie trwają dłużej niż 10 min, a przez pozostały czas trzeba je nosić, bo akurat tego dzisiaj chce. możesz wszystko. Jeśli tylko chcesz. I nie ważne jest to, że mało śpisz, nie masz czasu porządnie zjeść. bo im mniej śpisz tym więcej zrobisz. Dla samej siebie. Tak. Tak własnie wyglądał mój dzień. A na sam jego koniec nie wiedząc już czy lepiej założyć adidasy czy kalosze wzięłam aparat w dłoń, wsadziłam Polę do wózka,a wózek postawiłam wśród kwiatów i kilkoma pstryknięciami uwieczniłam tą jedną piękną chwilę spokoju. Nie było czasu na to by usiąść i nic nie robić. ale robić przez ten cały czas tyle pożytecznych rzeczy jest cenniejsze niż gapienie się w sufit, którego jednak czasem brakuje. Tak mi dobrze. Tak dobrze mi z tym podejściem. Kocham życie. Kocham je jak nigdy, wyciskam jak cytrynę . I chce je tak chłonąć całą sobą już zawsze!
