Czuję się teraz jak po narkotyku. Jak po najlepszej odmianie heroiny. Podekscytowana, zniecierpliwiona, stęskniona. Czuję euforię. Jeśli tak działa na mnie życie z Nią to chcę je ćpać codziennie. Jeśli kac to ma być jej poranny płacz, który mnie budzi i cichnie w moich objęciach, to chcę na tym kacu chodzić całe życie. Bo kocham. Kocham tak, że momentami brakuje mi tchu. Kocham tak, że gdy widzę jej łzy płaczę razem z Nią. Bo gdy kochasz kogoś tak mocno, to każda chwila spędzana z Nim trwa zbyt krótko. Przy takiej miłości nawet całe życie to za mało.
Czas leci tak szybko. W kalendarzu coraz mniej kartek, w sercu coraz więcej miłości. Poranki w trójkę, są lepsze niż poranny seks, bo leją miód na serce i spajają jeszcze bardziej. Dni z Nią uczą cierpliwości i tego, że tak na prawdę nic poza prawdziwym uczuciem jakim się darzymy nie jest ważne. Nic. Wiem, że mogłabym bez wahania oddać za Nią życie. Oddałabym serce, płuca, wszystko. Bez zastanowienia zabrałabym jej wszystkie cierpienia jeśli jakiekolwiek by ją kiedyś spotkały. Poświeciłabym się jej całkowicie. I tak właśnie zrobię. Bo ta miłość warta jest każdego poświęcenia, każdej łzy i każdego wysiłku. Ta miłość warta jest więcej niż cokolwiek na świecie. Ta miłość... ta miłość mnie zmieniła. Uskrzydla mnie każdego dnia i sprawia, że mam po co żyć. Mam dla kogo żyć. Dziś wiem, że gdyby nie ona... nie miałabym nic.
Bo w 5 kilogramach tkwi sens mego życia...
I stało się. Wczoraj Pola skończyła miesiąc. Pożegnaliśmy noworodka, powitaliśmy niemowlaka.
Przez te pierwsze 4 tygodnie przeszłam chyba przez wszystkie możliwe nastroje. Od załamania nerwowego po chwile uniesień, w których mogłabym pisać wiersze o miłości. Zdarzały się ucieczki do łazienki, po drodze zarzucając kilkoma przekleństwami, a kończąc na podsumowaniu " Nie nadaje się", ale zdarzały się też chwile kiedy w przeciągu jednej minuty potrafiłam kilkanaście razy powtórzyć Poli patrzącej się na mnie jak na kosmitę, jak bardzo ją kocham. Zdarzało się, że to ja patrzyłam na Nią jak na kosmitę, kiedy płakała, a ja nie wiedziałam czemu, ale były też momenty kiedy śmiała się do mnie, a ja śmiałam się w głos razem z Nią krzycząc do mamy "Mamaaaaaa, chodź zobacz! Śmieje się do mnie!". Zdarzyło mi się położyć ją obok łkającą i płakać razem z Nią z bezsilności. Zdarzyło mi się też złapać na wpatrywaniu się w Nią kiedy śpi, niczym w obrazek z kotkiem ze Shreka. I dopadło mnie też zjawisko baby bluesa na kilka dni. I miałam tak cholernie dość. Wysiadłam, byłam bezsilna. Cała magia prysła i przestałam wierzyć, że jeszcze kiedyś się pojawi. Wizja mnie siedzącej w domu z dzieckiem, nagle zaczęła mnie przerażać, a ja nie czułam radości z macierzyństwa. Minęło. Dziś, choć nie powinnam, mam z tego powodu wyrzuty sumienia.
Jednak nie zaprząta mi to już głowy. Pożegnałam ten okres i czuję, że z dnia na dzień jest coraz lepiej.
Wydaje mi się, że coraz lepiej ją rozumiem. Że wiem jaki płacz co oznacza, mimo, że na początku każdy brzmiał dla mnie tak samo.
I wciąż, mam te gorsze chwile. I mogłabym napisać całego posta o tym co wkurza, irytuje, drażni. Jednak większą potrzebę odczuwam, by pisać o tych...lepszych stronach macierzyństwa. O tym co mnie cieszy, o tym co jest dla mnie piękne. I chcę każdy dzień z nią zapamiętać jak najpiękniej, jak najlepiej tylko potrafię.
Bo czas ucieka zdecydowanie za szybko. I trzeba nauczyć się cieszyć z każdej chwili. Nawet na pozór nie istotnej...
Pola pierwszego dnia:
Pola dziś:
Czy to na wesela, urodziny czy inne okazje - kartki z życzeniami były, są i będą najlepszym dodatkiem do prezentu, lub prezentem samym w sobie. Wręczamy je osobiście, lub ślemy w pięknych kopertach. Druga opcja jest o tyle świetna, że miło w skrzynce pocztowej znaleźć w końcu coś poza rachunkami i gazetkami reklamowymi. A jakie kartki są najlepsze? Te na narodziny dziecka. Najpierw z ich otwarcia cieszymy się my - rodzice. A za kilka lat walizkę z Nimi otwiera nasze dziecko - i to ono się cieszy. Tak będzie z Polą. Kupując tą walizkę od razu wiedziałam, że będę w niej przechowywać wszystkie pamiątki. Od kartek z życzeniami po kikut pępowiny. I wiem, że będzie to dla mojej córki mega radość kiedy to sama świadomie otworzy i przejrzy.
Muszę przyznać, że z każdym otwarciem koperty leciała mi łza. Wasza pamięć jest niezastąpiona. Sprawiliście mi wszyscy ogromną radość i z tego miejsca chciałabym Wam wszystkim za to gorąco podziękować. Za każdą jedną kartkę, każdy upominek. Zarówno firmom jak i czytelnikom oraz blogerkom. Przy okazji chwalę się również zdobyczami z dwóch konkursów. A firmy, które wysłały mi upominki - pierwsza klasa! Z ręką na sercu - polecam!
DZIĘKUJEMY WSZYSTKIM! Kartki wciąż nadchodzą, zatem obiecuję dołączyć tutaj zdjęcia jeśli listonosz jeszcze nas zaskoczy :)
walizka: MONMON & BRUNTO
Czytając w ciąży wiele blogów parentingowych dzieliłam je na dwie kategorie. Jedne zdecydowanie przesłodzone, drugie albo realne albo przesadzone w drugą stronę. Albo, albo ponieważ nie wiedziałam czy rzeczywiście może być tak źle jak niektórzy piszą. Dziś wiem, że niektóre po prostu opisują jak jest, a niektóre po prostu chcą pokazać piękniejszą stronę macierzyństwa. I chwała za istnienie i jednym i drugim. Chcesz rzeczywistości? Wchodzisz w blogi nr 1. Chcesz na chwilę odpłynąć i spojrzeć na to z tej lepszej strony? Wchodzisz w tą drugą kategorię ...
Czego ja oczekiwałam? Wiedziałam, że trzeba będzie wstawać. Wiedziałam, że będę karmić piersią. Że dziecku się ulewa, że trzeba je przewijać, przebierać itp. Zaskoczyła mnie co prawda częstotliwość tych czynności, no ale... ;) Nie zastanawiałam się natomiast nad faktem, że to wszystko potrafi być ładnie przedstawione tylko na reklamach albo w opowieściach innych. Karmienie piersią - robię to i wiem, że to dla młodej lepsze niż mm. A skoro mleka mam tyle, że mogłabym wykarmić cała wioskę - nie będę tego marnować. Jednak podczas wykonywania tej czynności nie wyglądam jak te uśmiechnięte kobiety na plakatach promujących karmienie. Nie jest to dla mnie magiczne, a większą więź odczuwam z dzieckiem kiedy je przytulam i całuję. Wstawanie w nocy. Wiedziałam, że będzie trzeba. Nie wiedziałam, że będę to robić z miną wściekłego psa. Ale... padł na moim FP wczoraj taki post :
"I czasem jestem tak cholernie zmęczona. A ona zaczyna płakać w momencie kiedy zapadam w głęboki, upragniony sen. I wstaję i kroczę. Z nastawieniem bojowym i miną wściekłego psa. I dochodzę do niej, zapalam lampkę, a ona się patrzy i robi ten śmieszny dziubek, a w policzku ma ten cudny dołek. I nie mam serca się wściekać. Jest piękna. Jest kochana. Jest moja."
I nie ma w nim ani odrobiny przesady. Jest stuprocentowa prawda. Co najlepsze. Rzeczywistość zaskoczyła mnie nie tylko tym, że wstając do niej jestem zła. W życiu też nie przypuszczałabym, że uśmiech dziecka może tak łagodzić a wręcz likwidować wszelką złość. Zawsze kiedy pisałyście mi na facebook'u teksty typu "Uśmiech dziecka wynagrodzi Ci wszystko" ; "Ja zawsze jak zobaczę jak moja mała się uśmiecha to wszystko mi mija" - myślałam sobie "WTF kobiety nie przesadzajmy, uśmiech jak uśmiech" ... no ale los pokazał, że ten uśmiech znaczy dużo więcej niż cokolwiek na tym świecie.
W ciąży kupowałam multum rzeczy dla Poli. Od przecudnych czapek bo słodkie skarpetki. Śliczne pajace, bodziaki. Po prostu wszystko. W głowie tworzyłam sobie obrazy jak moje dziecko będzie pięknie w tym wyglądać. Rzeczywistość pokazała, że dziecko owszem wygląda w tym ładnie. Ale pokazała też, że istnieje mega duże prawdopodobieństwo, że owy cudny ciuch potrafi być po minucie zalany wyplutym mlekiem bądź osikany. Równa się to stercie prania i prasowania. Wiedziałam, że dziecko płacze. Nie sądziłam jednak, że czasem płacz może trwać w nieskończoność mimo jakichkolwiek prób uspokojenia dziecka.
Tak. Rzeczywistość weryfikuje nasze wyobrażenia, nasze oczekiwania. Stajemy się mądrzejsi i z dnia na dzień mamy coraz większy bagaż doświadczeń jeśli chodzi o wychowanie dziecka. I mimo, że w naszych wyobrażeniach macierzyństwo może wydawać się słodkie niczym miód, a okazuje się, że nie zawsze tak jest... to właśnie to wszystko co złe, co męczy, co sprawdza naszą cierpliwość - jest swojego rodzaju sprawdzianem. I właśnie to wszystko potęguję naszą miłość. Nie może być słodko i łatwo. Dzięki temu, że chwilami jest trudno - zaczęłam doceniać każdą minutę. Zaczęłam doceniać dzień jakim jest niedziela. Zaczęłam doceniać swoją mamę. Zaczęłam doceniać... życie. Macierzyństwo nie jest proste. Nie jest usłane różami. Ale jest wyjątkowe. I uczy kochać. Kochać całym sercem.
Stało się. Po dziewięciu miesiącach oczekiwania na świat przyszła Ona - moja córka. Z nutką nieśmiałości i iskierkami w ledwo otwierających się oczkach powitała mnie wywołując falę łez. 12:46. O tej godzinie położono mi koło ramienia na stole operacyjnym mały, kruchy i niesamowicie piękny cud. Cud narodzin.
Nie zapomnę tego nigdy. Momentu, w którym nasze oczy spotkały się na chwilę. Momentu, w którym ucichłaś, bo poczułaś. Poczułaś moją skórę, ja poczułam Twoją. Nie docierało do mnie nic. Żadne głosy. To co ze mną robią. Nie przeszkadzał mi brak czucia w nogach. Świat się zatrzymał. Chwila ta była całą wiecznością, a jednocześnie trwała zbyt krótko. To była chwila, w której miłość nabrała nowego znaczenia. Nowego wymiaru. Nie da się tego opisać słowami. Trzeba to przeżyć. Jeśli jesteś w ciąży i zastanawiasz się jak ta chwila będzie wyglądać - muszę Cię rozczarować. Choćbyś miała w głowie tysiąc różnych wersji tego jak to będzie wyglądać co będziesz czuć. Żadna nie jest prawidłowa. Niezwykłość tej chwili polega na tym, że dopóki nie nastąpi, nie jesteś w stanie sobie wyobrazić tego jak będzie przebiegać. Tyle razy pisano mi, że chwila, w której położą obok mnie moją córkę wynagrodzi momentalnie każdy ból. Nie ma nic bardziej trafnego.
Co pomogło mi przejść przez ten poród z uśmiechem? Rodzina. Wsparcie. Mobilizacja. Mobilizacja, że lada moment zobaczę ją po raz pierwszy. Dotknę, poczuję. Obok mnie siostra i narzeczony oraz wspaniała położna. To dzięki tej trójce, miałam się po co uśmiechać pomiędzy skurczami. To ich słowa "jaka ona jest dzielna" mobilizowały mnie, by przejść przez ten ból. Dziś opisuję Wam to od strony emocjonalnej. Bez szczegółów, co kiedy, w której minucie się działo. Dziś opisuję Wam to, co czułam. Miłość pomieszaną ze strachem. Ból pomieszany z ulgą, że lada moment to wszystko się skończy. Momenty słabości przeplatane z nieziemską siłą i energią, która tkwiła we mnie. Moja dłoń ściskająca jego, kiedy nadchodził skurcz. Jego dłoń głaszcząca moje włosy i czoło. Ukojenie, które znajdowałam w Jego dotyku. Jego obecność, która sprawiła, że dzielnie przeszedł przez to razem ze mną. Nagość, ból, krępujące sytuacje. Nie czułam wstydu. Wstyd odszedł w nieznane. To wszystko działo się po coś. Z każdą godziną, minutą, sekundą byliśmy coraz bliżej owocu naszej miłości. Miłości, dzięki której, nie jesteśmy już sami. Nie jesteśmy dwojgiem ludzi. Jest nas troje. Od teraz tworzymy rodzinę. Tworzymy własną historię. Historię, która zaczęła się od naszego Cudu Narodzin.
Nadszedł luty. No fucking way! Nadszedł miesiąc, w którym będę rodzić !
A jeszcze tak niedawno skakałam z testem ciążowym, krzycząc "Ku*wa, udało się". I know. Co ze mnie za matka... Jak wygląda ostatni miesiąc ciężarówki, a konkretnie mój? Nie wiesz? To Ci powiem. Zachowania tegoż osobnika nieco odbiegają od normy. Każdy minimalny ból podbrzusza, brzucha, krocza czegokolwiek zmusza go do wstania na równe nogi, wyrzucenia gałek ocznych na drugi koniec pokoju i jednej myśli "Jezusie. To już". Po czym osobnik zazwyczaj udaje się do ubikacji obserwując przy wydalaniu moczu, czy googlowy czop śluzowy nie postanowił właśnie wypaść. Zazwyczaj osobnik na ubikacji siedzi ze swoim smartfonem czytając po raz kolejny artykuł " Poród. Kiedy udać się do szpitala?". I taki rytuał powtarzany jest każdej nocy po kilka razy. Po co spać, kiedy można czekać na skurcze? O których nic się nie wie. I nie wie się, czy się będzie wiedziało, że to one. YOU KNOW WHAT I MEAN ?!
W każdym bądź razie. Pierwszy poród. Nie wiem na co czekam, nie wiem o co chodzi. I za każdym razem mówię sobie : "Jak się zacznie to będziesz wiedziała.". Na podsumowanie całej ciąży jeszcze nie czas, aczkolwiek, mam tysiąc planów, których zapewne nie spełnię, odnośnie tego co będę robić po ciąży. Poza karmieniem, tuleniem, kochaniem, przebieraniem, kołysaniem i wpatrywaniem się w Nią jak w ósmy cud świata. Mnóstwo planów również co do bloga. Bo dopiero teraz, kiedy Ona będzie na świecie, będę mogła poprowadzić go w takim kierunku w jakim chcę. Ale nie zamierzam przestawać pisać. Wręcz przeciwnie. Będę pisać więcej i więcej jak tylko zacznę racjonalnie myśleć, jak na normalnego człeka przystało. W ciąży kobieta ani trochę nie myśli racjonalnie, nie mówiąc już o jej postępowaniu. Odmóżdżenie level hard, ale jest jeszcze nadzieja. A póki co zaczynamy odliczanie. Dni do porodu, godziny, minuty, sekundy. Damn, jestem taka ciekawa! Jej oczu, ust, nosa, wszystkiego ! I przez to wszystko każda doba wydaje się trwać w nieskończoność. I wiem wiem, że jeszcze za tymi długimi dobami zatęsknię... Ale na dzień dzisiejszy mam ich dość. Pola. Pokaż się światu :)
Zanim zaszłam w ciążę słyszałam wiele zdań na temat tego jak ona przebiega. Każda ciąża jest inna. Ile kobiet tyle jej rodzajów. Od jednych można było usłyszeć, że to taki cudowny stan, niemalże jakby się latało sto metrów nad ziemią. Ochy i achy, nigdy źle nie było, 24 na dobę kobita cieszyła się, że nosi w sobie małego bączka. I mimo wielkiej mojej miłości do Poli ciężko mi w to uwierzyć, tak jak w to, że mając już dziecko nie ma się chwili słabości, kiedy własnego dziecia ma się dość. Swoją ciąże jestem w stanie nazwać stanem cudownym. Bo takim jest. Ale nie będę tu pieprzyć, że nie mam chwili słabości, wku*wienia i innych negatywnych odczuć. Najzwyczajniej w świecie wolałabym już urodzić kiedy po raz kolejny lecę do kibla zwrócić ten przepyszny obiad, kolację, deser, śniadanie... i tu przypominają mi się cztery pierwsze miesiące ciąży.
Praktycznie mogłam zamieszkać w WC, wychodzenie z niego na kilka minut było taką głupotą ! Później następuje ta chwila kiedy leżę, gładzę brzuch, Poldun kopie, robi te przedziwne uwypuklenia na brzuchu, a ja z uśmiechem na twarzy nie mogę się przestać tą chwilą rozkoszować. Myślę sobie wtedy. WTF?! Mogłabym chodzić w tej ciąży całe życie ! I potem jebs. Ląduje na podłodze, tracę przytomność i myślę sobie " Co jeszcze?! " . I potem idę na usg, słyszę to bicie serca, mija mi cała złość, mam nawet lekkie wyrzuty jak mogłam się wkurzać na to wszystko złe? Wiem wiem, niepotrzebnie. Ale nadchodzi też taki wieczór jak ten. Chce mi się ryczeć, kręgosłup mi pęka, pęcherz krzyczy do mnie co 5 minut, a kolejna kolacja wylądowała w kiblu. Znów czuję, że mam temperaturę, mimo iż jej nie mam, jestem zmęczona, chce mi się spać, ale o spaniu mowy nie ma. Sufit jest przecież taki fascynujący. Mogłabym się w niego wpatrywać godzinami. I na bok ciężko się przewrócić, bo czuję jakby pewne części mojego ciała miały zaraz samoistnie się zniszczyć. I dziś jest mi mega niesamowicie ciężko, źle, smutno i mam dość tej ciąży. I nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Wszyscy do cholery jesteśmy ludźmi. Mamy prawo mieć dość. Pracy, dzieci, macierzyństwa, obowiązków i nawet tak cudownej ciąży.
PS: Ale kocham, kocham, kocham jak NIKT !
