0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

Ależ mi się śmiać chce, kiedy przypomnę sobie swoje myślenie na temat dzieci, kiedy ich nie miałam. Albo kiedy byłam w ciąży...albo kiedy Pola była mała i spała sobie słodko w gondoli. Będę taką wspaniałą matką! A moje dziecko będzie takie grzeczne! Tsa...

Pamiętam czasy kiedy będąc nastolatką mijałam dzieci płaczące w marketach, albo kładące się na spacerze na betonie. Boże! Co za rozwydrzone bachory! Moje dziecko nigdy takie nie będzie ...! Przecież człowiek bezdzietny jest po prostu w tych sprawach debilem. Kto by tam pomyślał, że takie dziecko płacze, bo nie radzi sobie z emocjami, bo jest zmęczone. Rozwydrzone jest i tyle... No ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ja to i tak zachowywałam swoje poglądy dla siebie, ale znam bezdzietnych co to rodziców maluchów, by pouczać chcieli... Głupiutkie.

No więc co ja tam sobie będąc w ciąży obiecywałam? A no! Już Wam piszę.

1) Żadnego smoczka! Nie będę dziecku psuła zgryzu. Te matki co dają smoczki to nie myślą! No nie myślą! - odpakowałam smoczek jeszcze w szpitalu i został z nami przez półtora roku. No niecałe. Pola odstawiła sama na miesiąc przed ukończeniem. Co prawda był tylko nocami, ale był. I był wybawieniem.

2) Moje dziecko nie będzie oglądało żadnych bajek i nigdy nie dam do ręki telefonu! - rok później: dlaczego ona nie chce obejrzeć żadnej bajki?! Dlaczego?! Pół roku później: sama włączyłaś YT na telefonie? I jak ty znalazłaś sama tą piosenkę?!

3) Do 3 lat ŻADNYCH słodyczy. Tylko zdrowe jedzenie. - Pola pędzimy na metro! Ale czemu płaczesz! Jezus mamy minutę! Na co Ty pokazujesz? Co Ci kupić? Wafelka?! No dobra, kupuję i lecimy!

4) Moje dziecko nigdy nie będzie się kładło na betonie, czy w markecie! - taaak. A teraz idź ze zmęczonym dzieckiem do marketu i każ mu spokojnie czekać w kolejce. Zwłaszcza kiedy ma rok i nie rozumie czemu musi stać otoczony obcymi ludźmi. A teraz dziw się, że ze zmęczenia i zbyt wielu emocji na raz po prostu siada i zaczyna płakać. Nie to nie jest rozwydrzenie. To normalny etap u większości dzieci, aczkolwiek nie u wszystkich. Niestety wciąż rodzice, którzy trafili na aniołki, uważają, że jest inaczej. Nie. Nie jest. Po prostu jedne dzieci są bardziej cierpliwe i spokojne - inne mniej. Nie mówimy tu przecież o 12 latku, który przy kasie wyzywa mamę, że nie kupiła mu klocków lego, które tak bardzo chciał.

5) Nigdy nie krzyknę na swoje dziecko. Zawsze będę mówić spokojnym głosem. - podniesienie głosu to nie krzyk prawda?

6) Będę uczyła od maleńkości. Będę uczyła poprzez zabawę, żeby szybko umiała czytać, mówić itp. - o mój Boże. Serio tak myślałam? Całe szczęście nie mam spiny i uważam, że dziecko nauczy się wszystkiego w swoim tempie. Co prawda liczę z nią klocki, pokazuję jak robią zwierzątka, ale nie spinam się od rana do nocy z nauką mówienia żeby tylko pochwalić się na fejsie, że śpiewa "ej, bi, si, di" ;)

7) Będę czytać poradniki i wychowywać moje dziecko wg wszystkich wskazówek - poradniki? Intuicja tylko i wyłącznie! Poradniki są dla słabych! Macierzyństwo ma być przyjemnością, a nie ma być spędzone z nosem w książce i spinką, że coś zrobiłyśmy nie tak jak autor chciał. Zresztą ilu autorów tyle teorii. A najlepsza teoria i przepis na macierzyństwo jest w naszej głowie tylko i wyłącznie.

8) Moje dziecko nie będzie nigdy ze mną spało! - chyba, że jest 2 w nocy i łóżko rodziców to jedyne miejsce, w którym chce spać. Co noc... bo inaczej płacze. Co noc...

9) Będę karmiła piersią min. pół roku. - 3,5 to prawie 6 prawda?

10) Na każdy płacz dziecka będę reagowała przytuleniem, będę rozmawiać, czekać i nie będę ulegać - po setnym wyciu, bo nie chcę jej dać do jedzenia płynu do naczyń albo notesu z ważnymi zapiskami" Przestaniesz w końcu wyć czy nie? Boże, zaraz nie wytrzymam! No dobra masz ten notes...tylko nie zniszcz!"

 

Także, tak tak moi drodzy. Łatwo jest sobie wyobrażać i snuć plany kiedy dziecko kopie nas tylko w brzuszek. Łatwo jest też oceniać i podważać kompetencje matki kiedy nie ma się dzieci, a ma się poczucie, że i tak wie się o nich wszystko. Łatwo też trzymać dyscyplinę i być cierpliwym kiedy nie jest się z dzieckiem 2h praktycznie sam na sam bez żadnej pomocy ( mówię z własnego doświadczenia, bo jeszcze do niedawna miałam teściową blok dalej).

Niektóre jednak założenia się spełniły np. nigdy nie dałam dziecku jedzenia ze słoiczka i nigdy nie dałam klapsa. Do klapsa nie sprowokuje mnie nawet rzut resorakiem w plazmę, która rozsypie się w pył. Mam jednak w tej kwestii troszkę oleju w głowie. Co do reszty...nie zakładam sobie już nic. Oprócz jednej bardzo ważnej rzeczy. Będziemy z Polą przyjaciółkami cokolwiek by się nie działo. Zawsze będę przy niej i zawsze będzie miała we mnie oparcie. Tej wersji nawet nie muszę się usilnie trzymać i o niej pamiętać. Ta wersja jest akurat dla mnie oczywista...i nie będę musiała się do jej realizacji zmuszać. Tak po prostu będzie...

 

DSC_1803

 

DSC_1807

 

DSC_1811

 

DSC_1816

 

DSC_1818

 

DSC_1822

 

DSC_1824

 

DSC_1826

 

DSC_1827

 

DSC_1830

 

DSC_1835

 

DSC_1836

 

DSC_1841

 

DSC_1843

 

DSC_1845

 

DSC_1846

 

DSC_1850

 

DSC_1860

 

 

opaska - Lilandia

lunchbox - Smukke.pl

"Nie kocham go Ala!" - powiedziała do mnie jakiś czas temu załamana koleżanka rocznego synka. Mimo, że zazwyczaj znajduję w sekundę błyskotliwą radę, odpowiedź, cokolwiek - nie znalazłam. Zamarłyśmy obie w ciszy. Ona - pogrążając się w wyrzutach sumienia ; ja - próbując zrozumieć.

Natknęłam się kiedyś na podobny temat gdzieś w sieci. Nie czułam złości, nie oceniałam - czułam smutek i współczułam. Zarówno niekochanym dzieciom jak i matkom. Bo nie ma chyba nic gorszego od tego gdy kochać się chce, ale się nie może...

Próbuję się wczuć w taką sytuację, ale strasznie mi ciężko. No bo jak wyobrazić sobie, że się nie kocha, gdy się kocha ponad życie? Czekałam na Polę tyle miesięcy. Cały poród bez nawet jęknięcia, bo miałam w sobie taką motywację i jedyne o czym myślałam to o tym, by ją zobaczyć. Na porodówkę biegłam z uśmiechem, a lewatywy i inne cuda zdawały się być niczym w obliczu tego, że zaraz, już za chwilę ją zobaczę! Jak mogłabym jej nie kochać? Czasem mnie wkurza, czasem jej nie lubię - każdy czasem przez chwilę nie lubi swoich dzieci. Ale te momenty złości przecież mijają, miłość jest jednak cały czas. Jak więc można nie kochać? Siedziałyśmy tak w milczeniu, po czym w końcu spytałam: " Wyobrażałaś to sobie inaczej?" - "Sama nie wiem"- odpowiedziała. " Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. Zobacz - on jest naprawdę piękny. Jest cudowny gdy się śmieje, ale to tak jak wiele innych dzieci. Sama rozumiesz. Tak jak między kobietą i mężczyzną. Może Ci się podobać, możesz go lubić, ale nie możesz się zmusić, żeby go pokochać". Tak. To miało sens. Ale...czemu? Czemu nie można tego poczuć? I wtedy przypomniałam sobie pierwsze dni po powrocie z Polą do domu, kiedy dopadł mnie kilkudniowy babyblues. Patrzyłam na Polę jak na obcego, a na pytanie F. "Nie kochasz jej?" odpowiedziałam "Nie wiem". No i mi minęło. Ale nie każdemu mija.

Dziecko się rodzi, oczekujemy miłości od pierwszego wejrzenia, a tymczasem mijają dni, miesiące, a tu nadal nie iskrzy. Ktoś stojąc z boku mógłby pomyśleć " To dziecko musi być strasznie skrzywdzone". Tymczasem matki, które nie kochają, okazują się być równie dobrymi matkami jak my, które kochamy. No właśnie... różni je od nas TYLKO I AŻ to -  że nie umieją pokochać.

Postanowiłam porozmawiać z kilkoma kobietami i okazało się, że u niektórych był to klasyczny babyblues. U niektórych tak jak u mnie minął po kilku dniach, u innych po kilku miesiącach. Niestety dwie z kobiet, z którymi rozmawiałam mają 2 letnie pociechy i wciąż nie czują miłości. Jedna z nich, mama dwulatki na pytanie " Jak wygląda Wasza codzienność? Czy brak miłości mocno daje się we znaki?" - odpowiedziała " To nie jest tak, że patrzę na nią jak na obcego. Bawimy się, chodzimy na spacery, wygłupiamy. Robię jej pyszne obiady i buduję z nią zamki z klocków. Jestem do niej przywiązana, ale nie czuję miłości. No po prostu nie czuję. Jest mi ogromnie wstyd i nie wiem gdzie tkwi problem. Gdy mnie mocno przytula i całuję - odczuwam właśnie w takich momentach dyskomfort, tzn. to jest miłe, ale krępujące, tak jakby przytulał Cię facet, który wiesz, że Cię kocha, a ty Go nie. Ciężko to opisać... (...) zazwyczaj takie akcje kończą się moim płaczem i jej zdziwieniem. Nie wiem jak jej to wytłumaczę, gdy będzie bardziej świadoma. Nie chcę o tym myśleć, chcę ją pokochać! (...) po prostu mam nadzieję, że to minie, przecież jak będzie starsza to sama poczuje, że coś jest nie tak. Tak jak my czujemy, że facet nas nie kocha."

Rzadko kiedy próbuję szukać w problemie podłoża psychologicznego, jednak tym razem, postanowiłam to zjawisko przebadać. Do wpisu gościnnie zaprosiłam osobę, którą być może znacie. Magdalena Chorzewska siedziała razem ze mną na kanapie w DDTVN przy okazji dyskusji na temat świadomego, wczesnego macierzyństwa. Tym razem postanowiłam podpytać ją o to, jakie mogą być podłoża tego, że matka nie może poczuć miłości do własnego dziecka. Skąd się biorą w człowieku takie blokady?

" Zdarzają się matki, które nie kochają swoich dzieci lub mają dużą trudność w zbudowaniu prawidłowej relacji z nimi. Przyczyn jest wiele, między innymi niechciana ciąża i brak pomocy ojca dziecka lub innych członków rodziny. Nierealistyczne oczekiwania...często dziecko ma być "owocem miłości" związku, ma być idealne, grzeczne, spełniające wszystkie oczekiwania. A rzeczywistość bywa różna. Dziecko rodzi się zupełnie inne niż kobieta sobie wyobrażała i często kieruje wobec niego negatywne emocje. Dodatkowo dziecko odbiera kobiecie jej czas wolny, zmienia życie i powoduje całą masę frustracji. Często kobiety są przytłoczone nadmiarem obowiązków a czują, że nie otrzymują nic w zamian i tu rodzi się niechęć. Często dzieci obwiniane są za problemy w związku, a tymczasem to normalne, że pojawienie się dziecka powoduje pewien kryzys rozwojowy, który mija z czasem.

Innym powodem braku miłości do dzieci jest motywacja do posiadania dziecka. Kobieta chce mieć kogoś kogo pokocha i kto ją bezgranicznie pokocha, ale cena za to jest duża, a dziecko też czasem nie okazuje tej miłości tak jak by sobie tego matka życzyła. To też może rodzić złość i żal co zaburza relacje matka-dziecko. Kolejnym powodem braku miłości do dziecka są często deficyty emocjonalne matki wynikające z jej doświadczeń z matką. Bardzo ważne jest wsparcie bliskich osób, pomoc mamie w pierwszych miesiącach tak, żeby kobieta mogła odpocząć, odreagować, zyskać akceptację dla swoich emocji, które niestety nie są akceptowane społecznie. Jeśli świeżo upieczona mama cierpi na depresję poporodową, często odrzuca dziecko i tym samym nie tworzy więzi. Zawsze jest jakaś przyczyna takiego stanu emocjonalnego. Warto jej poszukać i przepracować problem z pomocą profesjonalisty."
Co więc powinna zrobić matka, która chce pokochać, ale nie może? Zastosować się do ostatniego zdania w wypowiedzi Magdy - należy znaleźć źródło problemu - samo jego poznanie, pozwala nam już rozpocząć walkę z samą sobą i z naszymi emocjami. Niestety same często nie jesteśmy w stanie tego zrobić, dlatego nie należy wstydzić się pójścia do profesjonalisty, który postara się nam pomóc. Zanim jednak wybierzemy się do kogokolwiek takiego z naszym problemem - postarajmy się wyżalić komuś, kto nie ocenia. Przyjaciółce, mamie czy facetowi. Często samo wypłakanie się czy po prostu powiedzenie o tym co się czuję ( lub nie czuje) jest już oczyszczeniem samym w sobie.
Do reszty społeczeństwa mam jednak prośbę. Nie oceniajmy. Żadna z nas tak naprawdę nie zdaje sobie sprawy z tego jak brak miłości potrafi wykończyć psychicznie kobietę. Do większości z nas przecież ta miłość przychodzi tak szybko, tak naturalnie, że nie zdajemy sobie sprawy, że u kogoś może być inaczej. Zamiast nazwać koleżankę, kobietą nie nadającą się na matkę - wesprzyjmy ją. Jeśli nie wiemy jak pomóc, jak doradzić - polećmy jej specjalistę.
Matek, które nie kochają jest całe mnóstwo. Zrozpaczone, rozżalone, nie umieją nic poczuć. Być może nawet znamy te kobiety. Być może widzimy jak wspaniale opiekują się dziećmi, nie zdając sobie sprawy z jakim problem się borykają. Bo przecież jak w czasach kultu matki idealnej przyznać się do takiego czegoś? Przecież w oczach bezproblemowych mam jest to na granicy z absurdem i można by to przyrównać do zbrodni. Nie oceniajmy nigdy i nikogo - bo nigdy nie wiadomo czy i my kiedyś nie będziemy musiały toczyć walki...z samą sobą.

DSC_1700

 

DSC_1701

 

DSC_1703

 

DSC_1719

 

DSC_1728

 

DSC_1732

 

DSC_1734

 

DSC_1736

 

DSC_1738

 

DSC_1740

 

DSC_1744

 

DSC_1749

 

DSC_1753

 

DSC_1755

 

DSC_1760

 

DSC_1763

 

DSC_1766

 

sukienka - tutaj
torebka - tutaj

Może na 1 rzut oka zaleci tutaj kontrowersją, ale byłoby to śmieszne, zwłaszcza, że wpis pisze ktoś kto CC przeszedł. Tak. Wizja kolejnego pocięcia brzucha i uczucia jakby się było postrzelonym i niepełnosprawnym sprawia, że temat kolejnego dziecka zdaje się odkładać coraz to bardziej w czasie...

Mój poród to było coś...pięknego. Zawsze gdy myślę, że mogłabym to znów przeżyć, cieszę się jak głupia. Pamiętam jak dziś, kiedy rano po badaniu lekarz powiedział "Zaczęło się", a ja z wielkim brzuchem pobiegłam na patologię pakować torbę, po czym pobiegłam na porodówkę i zadzwoniłam kolejno po F. siostrę i położną. Nigdy w życiu nie przypuszczałabym , że lewatywa może być czymś co na człowieku nie robi w ogóle wrażenia. Może nie będę tutaj oryginalna, ale wiem, że nie każdy tak miał, więc muszę to napisać. Wiele osób paraliżuje strach. Mnie rozpierała radość! Tak bardzo wyczekiwałam Poli, że próg bólu zdawał się nie istnieć wcale. Tzn. czułam ból, sprawiał mi on dyskomfort, ale ta myśl w głowie, że ZARAZ, już za moment ją zobaczę była dla mnie jakimś meksykiem. Do końca nie wierzyłam w to, że ja, właśnie ja, która dopiero niedawno ukończyła szkołę i je obiadki podawane przez mamusię, zostaję matką! Ciąża, poród było dla mnie czymś tak kosmicznym, że ciężko było mi uwierzyć, że ja to przeżywam. Czułam się dosłownie jak jakiś wybraniec! Wszyscy byli przekonani, że będzie ciężko. Przecież Ala ma niski próg bólu. Przeżywa jak boli ją głowa, niemalże jakby miała zaraz umrzeć. A tu proszę. 2,3,4,5,6...7 centymetr i ...uśmiech! Tu fotka, tu przytulas. Żadnego jęknięcia, żadnego "ała", nic! Tylko oddech i ta wizualizacja jej wyglądu w głowie!

8,9 centymetr...coraz ciężej, coraz bardziej boli, ale zaciśnięta dłoń F. i towarzystwo wspaniałej położnej i Patrycji sprawiały, że wszystko było wciąż piękne. I dalej byłoby pięknie, gdyby nie jedno słowo, które spowodowało, że oczy zalały mi się łzami - "cięcie". To było jak wyrwanie z jakiegoś cudownego snu. To było jak przywołanie kogoś do porządku, pstryknięcie i powiedzenie "halo, tutaj rzeczywistość!". Czemu tak zareagowałam? Bo po prostu chciałam doświadczyć porodu w całości, a nie położyć się na stole i dać się pociąć. W tym przypadku było to ratowanie życia mojej córki, wiem to. Ale w tamtym momencie było to dla mnie ciosem. Dodatkowo doszedł stres, że przecież jeśli nagle podejmuje się taką decyzję, to coś do cholery musi być nie tak. Fakt. Było. Tętno spadało co chwilę przez owiniętą wokół szyi pępowinę. Dziś dziękuję lekarzowi za tą decyzję, ale gdybym znów miała pewność, że tak zakończy się mój kolejny poród, w życiu świadomie nie zdecydowałam się na kolejne dziecko.

Jak już napisałam : głupotą jest poddawać dyskusji to jaką kto jest matką na podstawie tego jak kto dziecko urodził, ale mam też prawo wyrazić swoje zdanie na temat samej OPERACJI. Nigdy w życiu, ale to nigdy nie zapłaciłabym ani jednego grosza, za to, by ktoś mnie pociął, szarpał za brzuch, kładł rękę, wypychał mi dziecko a potem zszywał tych kilka warstw. NIGDY. Wbrew pozorom, drogie panie - znieczulenie nie sprawia, że nie czujecie kompletnie niczego. Owszem czujecie i dla mnie było to bardziej niekomfortowe niż skurcz przy 9 cm na stole operacyjnym, gdy czekałam na znieczulenie przed CC. Ale to, że ja nie zapłacę, nie oznacza, że kto inny nie może. Doskonale rozumiem jak strach przed rodzeniem dziecka SN może paraliżować. Wydawało mi się kiedyś, że cięcie pewnie załatwiłoby sprawę. Takie fajne, bezbolesne. A tu proszę. Wcale go jednak nie chciałam, a dostałam w gratisie. I wcale to takie fajne się nie okazało...

Zanim ktoś mi tutaj powie, że robię z siebie ofiarę - proszę przeczytać kilka zdań wyżej. Do 9 centymetra nawet nie jęknęłam. "Ale do partych nie doszłaś" - 100 % kobiet po SN doskonale potwierdzi fakt, że to skurcze są najgorsze, parte to już pikuś. Oczywiście nie mówię tu o porodach z komplikacjami, gdzie prze się 40 min, a i tak kończy się cc. Ale do rzeczy. Tak jak poród był dla mnie bólem, ale do zniesienia, tak pierwsze godziny po CC, kiedy znieczulenie zaczęło schodzić, były dla mnie koszmarem, który nie pozwalał mi wstawać do dziecka i totalnie się na nim skupić. Ten pieprzony ból nie pozwalał mi nawet swobodnie oddychać. Najgorsze było chyba 1 wstanie z łóżka... tego jak bolało, nie muszę nikomu tłumaczyć. Nie bez powodu sporo osób przy 1 wstaniu traci przytomność. NEVER AGAIN! Ale chyba jeszcze gorszym był ten obraz... ja idąca z cewnikiem między nogami... pozszywana i ledwo żywa...i mijająca kobietę, która urodziła siłami natury później ode mnie i chodzi sobie z dzieckiem na rękach po pokoju. Podczas gdy moje dziecko w nocy musi być podawane na moją klatę przez F, a każde moje wstanie na siku trwa pół godziny. 10 minut dosuwania się do boku, 10 min przygotowania psychicznego i 10 min w pozycji siedzącej i kolejnego przygotowania, że muszę wstać i się wyprostować, a co za tym idzie napiąć ranę. I tak 2 tygodnie chodzenia jak postrzelona sarna na polowaniu... Nie. Nie chcę znów tego przeżywać. Chcę znów leżeć na porodówce, czuć każdy skurcz, patrzeć na zegarek, popijać wodę, siedzieć na piłce. Chcę czuć to zmęczenie, które mówiło mi "Jesteś coraz bliżej, zaraz ją zobaczysz". Chcę znów poczuć ten dreszczyk emocji i chcę przeć i zobaczyć jak to jest. Nie chcę znów wylądować na stole i dać się po prostu pociąć.

I dla głupców, których już świerzbi, żeby napisać na klawiaturze jakieś gówno, które wynika z braku czytania ze zrozumieniem. Nie poddaję tutaj dyskusji tematu, który poród uczyni z Ciebie lepszą matkę, bo to jaką jesteś matką, to akurat oceni Twoje dziecko i raczej będzie miało w dupie jakim otworem wyszło. Mówię tutaj jedynie o tym, co dla mnie jest lepsze/gorsze i co JA wspominam lepiej/gorzej.

Na koniec dodam jeszcze jedno... żyjemy w takich czasach, że jestem za swobodnym wyborem. By być dobrą matką, trzeba być szczęśliwą matką. A żeby być szczęśliwą trzeba dokonywać wyborów, które nam to ułatwią. Dlatego jeśli chcesz CC, bo uważasz, że to wygodne - rób! Jeśli chcesz rodzić SN, bo uważasz, że to Cię uszczęśliwi - zrób to. Wybór należy do Ciebie - pamiętaj jednak o tym, że niestety w przypadku SN Twój wybór może w pewnym momencie nie mieć żadnego znaczenia. Możesz czuć się rozgoryczona i wściekła, ale doskonale będziesz też rozumiała, że to wszystko dzieje się tylko po to, by ratować Ciebie i Twoje dziecko.

Dlatego drogie Panie - wolny wybór. Możecie świadomie decydować się na CC, tylko błagam..nie opisujcie tego jak masażu w SPA, bo operacja to nie masaż...

 

PS: Na koniec dodam, że wszystkie komentarze ludzi, którzy w głowie mają jakieś chore podziały, będę kasowane. Tekst jest jedynie moim własnym odczuciem, jak czułam się po cięciu... jeśli ktoś tego nie rozumie, tzn. że powinien kliknąć czerwony krzyżyk i przenieść się na inną stronę np.pudelek. Tam treści są łatwiejsze do zrozumienia.

 

po1

 

po2

 

po3

 

po4

 

po5

 

Naprawdę nie wiem jak nazwać ten stan. Tą pauzę, kiedy patrzysz się na swoje dziecko, a po policzkach płyną Ci łzy szczęścia. Zastanawiasz się, jak mogłaś żyć nie będąc matką... Zastanawiasz się, jak radziłaś sobie w tak beznadziejnych chwilach jak ta - gdy nie rozśmieszał Cię mały człowiek. Byłaś sam na sam ze swoją pustką rozdzierającą Ci serce.

Wiecie. Życie jest zabawne. Mimo, że łzy kapią mi właśnie na klawiaturę, to cholernie chce mi się śmiać. Powiada się, że człowiek nie może mieć wszystkiego. Jednak to od tego czego Ci brakuje, zależy w jakim położeniu konkretnie jesteś. Bo jeśli brak Ci kasy, ale żyjesz pod dachem z kimś kto Cię kocha tak cholernie, że każdy problem zdaje się być lekki - to masz szczęście. Jednak jeśli brak Ci miłości - to wiedz, że żadna kasa, żadne prezenty i nawet osiągnięcia nie sprawią, że będziesz najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Chyba, że jesteś tępą blacharą, która uczuciem darzy jedynie drogie auta i torebki - i sponsora w nocy. Jednak i tym ewenementom często zdarza się płakać po nocach w poduszkę. Bo kiedyś wybrały to co zdawało się najważniejsze - kupę hajsu. A dziś hajs nie przytula ich w zimne noce, ani nie pisze miłosnych wierszy.

I czuję się dziś tak cholernie samotna. Z tą różnicą, że i hajsu mi lekko brak. I oglądam filmik ze swoim udziałem w fajnej kampanii. I widzę siebie wśród znanych aktorów. I obrabiam zdjęcia do kolejnego wpisu z kolejną fajną współpracą. I tak bardzo dobija mnie fakt, że tego szczęścia i zadowolenia ze swoich osiągnięć nie mam w tym momencie z kim dzielić.  Że nie dostaję pieprzonego całusa od faceta, który jest ze mnie dumny. Bo jedyne co mam dziś pod dachem to faceta, który wrócił styrany z pracy, więc generalnie cieszyć się z MOICH osiągnięć nie ma siły. To się nazywa rzeczywistość.

I tak myślę sobie, że chyba nie tego chciałam, że chyba nie jestem szczęśliwa i chyba mam już dość. Wszystko we mnie krzyczy, mam ochotę znów być dzieckiem, mam ochotę jeździć z rodzicami na wakacje i nie martwić się takimi rzeczami jak kasa, bo mnie to nie dotyczy! Chcę znów mieć obiadki pod nosem i za jedyny obowiązek mieć odrabianie lekcji. Chcę znów sprzeczać się z mamą o to, o której mam wrócić i spać do 12, a potem grać w simsy... Chcę przestać być odpowiedzialna, a jedyne rachunki jakie chcę płacić to te w zabawkowej aptece zrobionej z kuzynem z krzesła i kilku pudełek. Chcę sypiać spokojnie i płakać przez dwójki w szkole. Chcę bezkarnie mieć prawo marzyć o schabowych rosnących na drzewach i nie być postrzeganym przez to jak wariat. Chcę znów mieć gówniane pojęcie o realnym świecie i wkurzać się na mamę, że nie pozwala mi iść na imprezę. Boże! Dlaczego wszyscy chcieliśmy być dorośli?!

I tak siedzę roztrzęsiona i odpływam myślami do wizji swojego dzieciństwa. Tak prostego, tak bezproblemowego... i nagle słyszę to ciche, słodkie, to wzruszające, wyciskające całą resztkę łez jakie mam... "mamo". Małe, kilkucentymetrowe stópki zmierzają w moją stronę, a moim oczom ukazuje się mały krasnal, nie mający nawet metra. Mały krasnal z zaspanymi oczkami. Wyciąga do mnie rączki i wtula się tak jakbym była jedynym człowiekiem na tej ziemi. Wtula się coraz mocniej, jakby chciała powiedzieć " Jesteś najważniejsza". I już mam to w dupie... Nie chcę być dzieckiem. Nie chcę wracać do rodziców. To tego chciałam. To to kocham. Bycie mamą. Rzecz, która raz na jakiś czas skrajnie wykańcza, ale potem wynagradza tym słodkim, niewymuszonym "mamo". Czas zdaje się zatrzymać, a my trwamy w tej niezmiennej pozycji. Wtulone w siebie wzajemnie. Ona lekko sapiąca nad moim uchem - ja, gładząca jej mały, czarny łepek. Całuję ją raz po raz w policzek i śpiewam kołysanki. Rozglądam się po swoim mieszkaniu. W laptopie widzę migające powiadomienia, zminimalizowany program do obróbki zdjęć i ikonkę YT z moim nowym "osiągnięciem". Moja pasja. Wyglądam za okno - moja Warszawa. Spoglądam na Polę...moja córka.

Tak. Czasem jeden brakujący element układanki, potrafi zaburzyć nam cały obraz rzeczywistości, która nas otacza. Przestajemy się skupiać na 999 puzzlach, które mamy, bo nieustannie myślimy o tym jednym, którego brak. Bo przecież bez niego nic już nie jest takie samo. Jednak jeśli przyjrzymy się obrazkowi z bliska, dostrzeżemy, że jeden pieprzony puzzel, wcale nie sprawia, że wszystko wkoło przestaje być piękne. Wystarczy to dostrzec i sobie o tym przypomnieć. A brakujący element? Kiedyś się znajdzie. A jeśli nie, to na pewno już wkrótce jego brak przestanie nam przeszkadzać. Ba! Przestaniemy go nawet dostrzegać. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Mogę nie mieć dziś wystarczająco hajsu i miłości, ale mam wiele innych rzeczy, z których jestem dumna. Najwspanialszą na świecie córkę i najlepszą na świecie pasję.

I tak siedzę i patrzę na nią jak kula się w tych kilku odcieniach różu. Ten widok jest słodki sam w sobie. Ona, jej uśmiech, otaczający ją kolory. Przykrywa się kocem, odkrywa. Skacze po pufie, całuje swoje misie. Dziecko - cieszy się z tak błahych rzeczy. I rzucam ten aparat i zaczynam kulać się razem z nią. I myślę sobie... jest lekiem na całe zło. Leczy jednym uśmiechem, jednym słowem "mamo", jednym dotykiem. To bez tego elementu, puzzle nadawałyby się do kosza. Jednak skoro ten element jest... to wiedz, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Wystarczy spojrzeć na ciężko chorych ludzi, którzy mimo bólu i choroby cieszą się z życia. Wystarczy spojrzeć na biednych, którzy żyją miłością i mają w sobie więcej ciepła i uśmiechu niż nie jeden bogacz. Czemu więc w obliczu bardzo często małych problemów, stajemy się tak słabi, tak bezbronni? Czemu strach nas paraliżuje, czemu tracimy energię na krzyk i łzy... Nie wiem. Ale to jedno słowo...to słodkie "mamo", te słodkie, małe rączki, ładują baterię jak nic innego. Patrzę na nią i wiem, że dla niej muszę wszystko. Dla niej muszę być silna i dla niej muszę odganiać potwory, smutki i wątpliwości. To ja będę jej autorytetem i przykładem. To ja będę tworzyć jej rzeczywistość przez najbliższe lata, więc to ja jestem odpowiedzialna za jej całe życie, za jej charakter i za nią. I mam wrażenie, że gdy ona czuje ten smutek, gdy widzi te łzy..to ona już doskonale wie, że to niewinne "mamo" sprawi, że przestanę płakać. To nie jest magia moi kochani. To macierzyństwo... I szczerze wątpiłam w to, że uśmiech może wynagradzać nam wszystkie smutki. Buntowałam się, że przecież uśmiech nie sprawi, że nasze problemy nie znikną. Nie myliłam się - nie znikają - ale stają się mało istotne. Bo widząc ten uśmiech, my matki doskonale wiemy, że jak ciężko nie będzie - nie poddamy się.

 

puf, kosz, pled - Cuddly ZOO ; zegarek - szafiarka.net

 

DSC_1161

 

DSC_1162

 

DSC_1163

 

DSC_1164

 

DSC_1165

 

DSC_1168

 

DSC_1170

 

DSC_1173

 

DSC_1174

 

DSC_1176

 

DSC_1177

 

DSC_1180

 

DSC_1182

 

DSC_1184

 

DSC_1185

 

DSC_1192

 

 

DSC_1194

 

DSC_1195

 

DSC_1198

 

DSC_1199

 

DSC_1200

 

DSC_1202

 

DSC_1203

 

DSC_1205

 

DSC_1207

 

DSC_1208

 

DSC_1209

 

DSC_1210

 

DSC_1214

 

DSC_1216

 

 

DSC_1219

 

DSC_1220

 

DSC_1223

 

DSC_1226

 

DSC_1228

 

DSC_1230

 

Ząbkowanie, sprzątanie i noszenie 24 h, wnoszenie wózka na 3 piętro bez windy, gotowanie obiadów, zarywanie nocy, a tak na dokładkę bycie jeszcze boginią seksu. Wszystko to z uśmiechem od ucha do ucha. Cały czas. Bo przecież inaczej nie wypada.  

To my matki polki - mistrzynie pozorów, mistrzynie udawanego szczęścia. Bez chwili słabości, bez wątpienia, bez przekleństw rzucanych jedno za drugim. Przedstawienie trwa. To nic, że rozrywa nam serca i dusze. Ludzie patrzą, a my odgrywamy swoje role. Kogo gramy ? Matki idealne - bez skazy i gorszych dni. Gorsze dni mają przecież tylko słabi - nie my. Nie matki.

Dostaję dziesiątki wiadomości, w których ludzie pytają mnie jakbym była Tuskiem "Jak żyć?!". Odpisuję więc, doradzam, motywuję. Ale czasem ktoś pisze do mnie w taki dzień jak ten. Taki jak ten, w którym dźwigam płaczącą Polę już dziesiątą godzinę. Rozrywa mi kręgosłup i ręce, a nogi ledwo już chodzą, bo nie mam jak zjeść chociaż małego posiłku. I ktoś do mnie pisze w takim momencie " Alutka ty sobie tak świetnie radzisz, proszę doradź mi coś, bo ja już nie wyrabiam". I mam ochotę odpisać: " Boże, ja też już nie wyrabiam, zaraz skoczę z okna". Wyobrażacie sobie zwierzyć się komuś, oczekiwać, że doradzi, pomoże. A tymczasem ktoś Ci odpisuje, że ma to samo i zaraz ze sobą skończy. Dostałabym chyba ataku padaczki. Bo taka wiadomość zwrotna pokazałaby, że cholera jasna! Po co walczyć? Przecież ona też się poddała! Więc przeczekuję ten cholernie ciężki dzień i budzę się następnego ranka, próbując wymazać z pamięci tę cholerną chwilę słabości. Ale nie udaję. Nigdy. W sklepie przy kasie, otwarcie przyznaję, że mam dziś kiepski dzień i nie mam ochoty na nic. Przez telefon mówię siostrze, że chyba czas na psychiatrę, a Wam piszę dzisiaj to wszystko, bo nie chcę tego w sobie dusić. Uff. Od razu lepiej. Jednak jak to powiedział mi mój ulubiony sprzedawca w bemowskim SH...sztuką jest nawet w taki fatalny dzień, znaleźć siłę w sobie, by mimo wszystko się uśmiechnąć. Coś w tym jest. A co jest najśmieszniejsze? Że ten uśmiech spowodowała ta sama osoba, przez którą teoretycznie było mi go brak. Dzieci - nieumyślnie sterują nami jak marionetkami. I to właśnie bycie od nich tak cholernie zależnymi, zwłaszcza gdy są małe - często przytłacza, frustruje i boli.

Wiesz co frustruje jeszcze bardziej? Odgrywanie tego cyrku. Udawanie idealnej i przylepianie uśmiechu do twarzy, podczas gdy mamy ochotę skoczyć z mostu. A czy nie lepiej się wypłakać, wyżalić, zadzwonić do kogoś i powiedzieć jak Ci dzisiaj cholernie źle. Nie chodzi o popadanie w stan wiecznego narzekania i biadolenia typu " Ja to mam źle...", bo nie w tym rzecz. Ale chodzi o pozbycie się z siebie tych negatywnych emocji w tej jednej, konkretnej chwili. Tak właśnie jak ja robię to teraz. Jestem zwolenniczką pozytywnego myślenia, motywacji w każdej postaci i tryskania energią, ale halo halo! Każda bateria kiedyś wysiada i Twoja również może. Nie raz, nie dwa, a wiele, cholernie wiele razy. Musisz jednak zrozumieć, że po każdej burzy wychodzi słońce i nikt podczas burzy nie będzie miał Ci za złe, że powiesz, że się cholernie boisz. Bo jeśli naprawdę obleciał Cię strach - wykrzycz to.

Nikt już nie wierzy w macierzyństwo jak z reklam. W zawsze piękne, pachnące włosy; czyste, schludne ubrania bez plam od ulewania i jedzenia latającego po domu i w ten uśmiech od ucha do ucha. Ale koniecznie z białymi, równymi zębami ;) Przede wszystkim nikt już nie wierzy w małe dzieci, które nigdy nie mają gorszych dni, nie płaczą i nie grymaszą. A jeśli ktoś usilnie chce uwierzyć - proszę bardzo, ale pamiętaj, że rzeczywistość bardzo szybko może wpędzić Cię w depresję.

Życie to jedna wielka karuzela. Raz jesteś na górze, raz na dole. Raz krzyczysz z zachwytu, raz robi Ci się niedobrze. Raz się cieszysz, innym razem boisz. Raz masz ochotę namówić wszystkich do takiego samego stylu życia, a innym razem masz ochotę wszystkich przed nim ustrzec. Nie musisz udawać, że tak nie jest. Nie ma idealnych ludzi, wiodących idealne życia. Wiecznie udając, najbardziej oszukujesz i ranisz samą siebie.

Mam dla Ciebie jedną dobrą radę. Nie będę Ci mówić jak walczyć z frustracją, ale jak zapobiegać jej powstawaniu. Jeśli z góry wiesz, że po dwóch godzinach prasowania Twój nastrój znacznie się pogorszy - olej to. Nie rób nic ponad swoje siły, bo nie musisz nikomu niczego udowadniać. Świat się nie zawali jeśli posprzątasz jutro, a nie dzisiaj. Jeśli nie masz siły zrobić facetowi obiadu, nie witaj go z pretensją, że tego nie zrobiłaś, tylko przytul go i powiedz, że kompletnie nie miałaś siły tego robić, ale za to jutro to ugotujesz mi takie cudo, że kopara mu opadnie. Pocałuj go i idź usiądź. WSZYSTKO zależy tylko i wyłącznie od Twojego podejścia i spojrzenia na sprawę. Kobiety mają to do siebie, że lubią komplikować sobie życie. A ja np. lubię je sobie ułatwiać. Unikam sytuacji, które wpędzą mnie w psychiczny dół...

Ale... ale jeśli już w ten dół wpadnę, to nie udaję, że mnie go w nim nie ma. Jestem. Jestem wtedy po uszy w gównie. To słychać, widać i czuć na odległość. I mam wtedy w nosie, co ktoś sobie pomyśli. Mam w nosie, że ktoś uzna mnie za złą matkę, narzeczoną czy panią domu. Bo mam w nosie udawanie, że zawsze wszystko jest piękne, różowe i słodziutkie. Nie jest. I im szybciej się z tym pogodzisz - tym lepiej dla Ciebie.

 

wózek - Lilushop ; lala - Twórczy Kąt  ; sukienki - Smallbig - małe jest wielkie

 

 

 

DSC_0862

 

DSC_0864

 

DSC_0868

 

DSC_0869

 

DSC_0871

 

DSC_0874

 

DSC_0875

 

DSC_0876

 

DSC_0878

 

DSC_0880

 

DSC_0882

 

DSC_0883

 

DSC_0886

 

DSC_0887

 

DSC_0889

 

DSC_0893

 

DSC_0894

 

DSC_0896

 

DSC_0898

 

DSC_0899

 

DSC_0903

 

DSC_0904

 

DSC_0906

 

DSC_0907

 

DSC_0908

 

DSC_0910

 

DSC_0911

 

DSC_0914

 

DSC_0916

 

DSC_0917

 

DSC_0918

 

DSC_0923

 

DSC_0924

 

DSC_0929

 

DSC_0930

 

DSC_0933

 

DSC_0935

 

DSC_0937

 

DSC_0938

 

DSC_0940

 

DSC_0942

 

DSC_0943

 

DSC_0944

 

DSC_0947

 

DSC_0953

 

DSC_0954

 

DSC_0955

 

DSC_0959

 

DSC_0961

Jedną z rzeczy, które przyrzekłam sobie zanim urodziłam Polę - było to, że NIGDY, ale to nigdy nie będę w napadzie furii wyglądać tak jak moja mama, a przede wszystkim - nie będę do córki walić takimi samymi irytującymi tekstami. Rzeczywistość jednak jak zwykle sprowadziła mnie na ziemię. Zaczęłam szybciej niż myślałam. 

 

1) Tobie coś kupić, to zaraz rozwalisz - no cholera jasna! Bo jak tego nie skomentować?! Książka- piękna, gruba, twarda oprawa. No już tak gruba, że na pół centymetra. Ale wytłumacz 16 miesięcznemu dziecku, że to pół centymetra to JEDNA strona. No nie wytłumaczysz. Tak będzie dłubać, tak będzie walczyć, aż z jednej strony zrobi pięć. A jak!

2) No mięso chociaż zjedz - Ja nie miałam tego problemu. Mięso jadłam zawsze. Jeszcze wołałam dokładkę. Ale za to słyszałam ten tekst nie raz u innych. Irytujący, no bo co się babo wtrącasz! Jak chce to niech zje same ziemniaki, co Cię obchodzi czy mięso zostanie? Dziś sama rzucam takim tekstem, chociaż w głowie często błagam, by jednak troszkę zostawiła ( dla mamy oczywiście).

3) Tyle masz zabawek, a się niczym nie bawisz! - no bo już szlag człowieka trafia, jak zabawki stoją, a dziecko właśnie drze papier toaletowy po całej chałupie. A koniki, domki, klocki w kącie...

4) O proszę! Wafelka to zje, a jak obiad zrobiłam to nic nie zjadła! - cały dzień każde jedzenie na nie, ale pokaż jej wafelka to zaczyna odprawiać jakiś taniec radości i biec do mnie z prędkością światła. A niedługo się zacznie " Nie jedz słodkiego, bo obiadu nie zjesz"

5) Mówiłam z jedzeniem po domu nie chodź - bo to takie małe, podstępne i cwane. Niby nie jest głodne, a tu nagle wynajdzie gdzieś zachomikowane resztki jedzenia i leci! I pruszy, i brudzi.

6) Tylko ścian nie dotykaj, bo pobrudzisz - umyj dziecku ręce. No umyj. A po 5 min to samo. Tu od kredki, tu od jedzenia, tu od skradzionego na prędce fluidu mamy. I leci prosto na ścianę, a ja dostaję palpitacji serca...

7) Najlepiej! Nabrudzić, nażreć się, a matka posprząta, a co! - jezus maria. Jak mnie to irytowało. To biadolenie i mówienie niby do siebie, ale tak żeby każdy słyszał... No ale czy tak nie jest? Nażrą się, syfu narobią i... w nogi! Jakby ich paliło!

8) No krzycz. Ja też zaraz zacznę - kuźwa tylko nigdy nie zaczynam, bo przecież ten mały szkrab taki mały jeszcze i słodki... ;)

9) A taty to ty nie masz? Mama, mama ciągle tylko mama! - no kurcze blaszka! Matka w domu jest, ojciec jest. Ale jak się dzieć chce bawić, jak chce jeść, jak zrobi kupę - to woła co? MAMA! A za kilka lat co będzie? Nareszcie zacznie wołać tatę...szkoda, że tylko po to, by spytać " Tato, gdzie jest mama?" ;)

10) Tak co jeszcze?! Może gwiazdkę z nieba? - da, da, da! I pokazuje już sama nie wie na co. Na sufit, na lampę, na kaloryfer. Wszystko, by chciała. Zwłaszcza jak ma iść spać. Przy dwudziestym "da" przewracam już oczami i mówię " Śpijże wreszcie!"

 

Ale prawdziwy popis tekstów dziedziczonych po mamie zacznie się dopiero za lat kilka. Bo w sumie co można mówić jak się jest wkurzonym do roczniaka, czy dwulatka? No nie wiele, bo co takie dziecko rozumie. Ale do nastolatka?

- "Plecak jak żeś rzucił w piątek, to do poniedziałku leżał"

- "Taki syf tu masz , że nic tylko nasrać jeszcze na środku"

- " Za naukę się weź, a nie ciągle ten komputer"

- " A co ty myślisz, że ja sram pieniędzmi?"

 

Te cudowne wspomnienia przypomniała mi strona na FP "Wkurzona mama" , która pokazała mi, że moja mama ze swoimi tekstami sama nie była... A ja nie byłam jedyną, która musiała tego słuchać ;)

A 10 tekstów, które Wam pokazałam? Potraktujcie to z przymrużeniem oka. Zazwyczaj mówione są mimo wszystko z lekkim uśmiechem, bo o wkurzaniu się na tak małe dziecko raczej mowy nie ma. Wkurzamy się na minutę, dwie, a potem co? Przylatuje taki mały, poczochrany skrzat i daje Ci buziaka w usta. Wkurzać to ja się dopiero będę...jak mi ta Pola ten plecak w piątek rzuci i będzie leżał...najlepiej z kanapkami sprzed dwóch tygodni ;)

 

sukienka - szafiarka.net

DSC_0562

 

DSC_0565

 

DSC_0570

 

DSC_0572

 

DSC_0574

 

DSC_0579

 

DSC_0580

 

DSC_0581

 

DSC_0583

 

DSC_0585

 

DSC_0586

 

DSC_0589

Macierzyństwo to milion radości, smutków, łez i wzruszeń. To sprawdzanie naszych pokładów sił i cierpliwości. Nie jest w stanie zrozumieć tego ten, kto nie zaznał tego zaszczytu bycia matką. Ja sama nie rozumiałam dopóki się nią nie stałam. Nie wiedziałam jak zwykłe, na pozór proste rzeczy potrafią z Nas wycisnąć cały potok łez.

Tych wzruszających momentów było w moim krótkim macierzyństwie całe mnóstwo. A trwa ono dopiero 15 miesięcy, choć mam wrażenie, że to cała wieczność. Postanowiłam jednak pogrzebać w swoich wspomnieniach i przypomnieć sobie kilka wzruszających momentów, które utkwiły mi w pamięci.

1) Pierwszy płacz - poród mój na 9 centymetrze zakończył się niespodziewanie cesarką. Kiedy Pola została wyjęta z brzucha, nie było nic prócz ciszy. Cisza ta choć krótka, bo trwała kilka sekund dla mnie była całą wiecznością. Kiedy jednak usłyszałam pierwszy płacz dziecka, które nosiłam 9 miesięcy w brzuchu moje oczy zalały się łzami. Pamiętam to dokładnie. Sekunda po sekundzie. Słyszałam, ale nie widziałam i czułam się tak jakby moje całe życie zmieniło się w sekundę...

2) Pierwsze spojrzenie sobie w oczy - nie zapomnę tego nigdy. Momentu, w którym nasze oczy spotkały się ze sobą na chwilę. Moje pełne łez choć zmęczone i jej, które nieśmiało otwierały się i zamykały przez rażącą zewnątrz jasność. Czułam się lekko onieśmielona w tamtym momencie. Teoretycznie nosiłam swoje dziecko w brzuchu przez 9 miesięcy, ale miałam wrażenie, że dopiero co ją poznałam. Była piękna. Jest piękna.

3) Pierwszy ząbek - darłam się jak nienormalna " Polusiu masz ząbek!" - miałam wrażenie, że moje dziecko jest już takie duże, że zaraz się wyprowadzi. Pękałam z dumy jakby właśnie dostała się na najlepszy uniwersytet. Obdzwoniłam najbliższych i nie mogłam się napatrzeć na ten jeden, malutki ząbek.

4) Słowo "mama" - wypowiedziane po raz pierwszy sprawiło, że nogi ugięły się pode mną jakby były z waty. Głos się załamał i ze łzami w oczach wydukałam pod nosem " Polusiu co powiedziałaś...?" . Dziś słyszę to kilkadziesiąt razy dziennie - za każdym razem brzmi to tak samo słodko. Chyba, że jest 2 w nocy ;)

5) Znalezione rękawiczki - kiedy wyjechałam do Holandii z F. i przyjaciółmi na kilka dni do Amsterdamu i Berlina, idąc któregoś dnia ulicą w kieszeni kurtki znalazłam... Polkowe rękawiczki. Łzy stanęły mi w oczach, a ja poczułam, że moje serce ściska przeogromna tęsknota. Motyw z rękawiczkami Poli, które były ochroną moich kciuków możecie zobaczyć na moim kanale YT w filmiku z Holandi w minucie 2:54 .

6) Spacer z paluszkiem w tle - wyobrażając sobie macierzyństwo i spacery z córką, wyobrażałam sobie to właśnie tak : ja idąca dumnie przed siebie i maleńka Pola, trzymająca mnie za palec i stawiają małe kroczki. Rozczula mnie to za każdym razem kiedy udaje nam się spacerować w taki sposób, a wiadomo, że teraz o spokojny spacer coraz ciężej.

7) Mamo, rozumiem coraz więcej ! - cholernie nas to cieszy prawda? Takich sytuacji jest codziennie całe mnóstwo. Mi szczególnie w pamięci utkwiły dwie sytuacje. Pola nie miała wtedy nawet roku. 1 sytuacja to kiedy przyniosła pampersa, a kiedy go zmieniłam, wyrzuciła ten brudny do śmietnika, zamknęła drzwiczki i sama zaczęła bić sobie brawo. Druga sytuacja to kiedy leżałam na kanapie, a ona przyniosła mi swoją butelkę, pokazała na czajnik i powiedziała " mniam!". Pomyślałam sobie wtedy " O Boże, jaka ona już mądra" i zaraz złapałam się na tym,  że jestem kolejną matką twierdzącą, że jej dziecko jest nad wyraz zdolne. Oczywiście takie postrzeganie zazwyczaj zatrzymywałam dla samej siebie. Zdradzę Wam w sikrecie, że prawie codziennie biję jej brawo i mówię "Boże! Jaka ty jesteś mądra" ;)

8) Kitka - no wzrusza mnie za każdym razem. Za 1 razem postawiona na głowie niczym antenka. Dzisiaj już tradycyjnie z tyłu głowy ze spineczką lub opaską na górze. Kitka sprawia, że Pola z rozczochranego szoguna zmienia się w dziewczynkę, na którą patrzymy z F. jak jakieś oszołomy i mówimy pod nosem "Jaka piękna!". Ale wciąż wmawiam sobie, że jestem całkiem normalną matką. Tak żyje się lepiej.

9) Mamo, śpiewam sobie! - niewinny poranek. Budzi mnie...cisza. Idę do WC, po chwili zaglądam do pokoju Poli. Siedzi na łóżeczku i nuci sobie coś pod nosem. Poczochrana i zaspana. Do tej pory codziennie kiedy słyszę niewinne "lalala"  - rozpływam się.

10) po prostu dziecko - ono samo w sobie jest wzruszającym widokiem. Kiedy tuli, kiedy całuje, kiedy śpiewa, kiedy je, kiedy robi nowe rzeczy, kiedy mówi nowe wyrazy. Kiedy po prostu jest...

 

Macierzyństwo samo w sobie jest wzruszające. Im jest ciężej, tym bardziej cieszą i wzruszają nas pozytywne chwile. Wzruszam się codziennie. Czasem rano kiedy Pola budzi się w dobrym humorze i wchodzi nam na głowy. Czasem w południe kiedy ogląda książeczki, pokazuje coś paluszkiem i mówi sama do siebie. Czasem wieczorem kiedy wtula się we mnie i mówi "mama". A czasem wzruszam się w najmniej oczekiwanych momentach, tak jak dzisiaj kiedy na placu zabaw bawiła się z obcymi dziewczynkami, uśmiechała do nich i podawała im piłkę - a zazwyczaj przed nimi uciekała...

 

sukienka - tutaj

 

DSC_0183

 

DSC_0186

 

DSC_0196

 

DSC_0197

 

DSC_0198

 

DSC_0200

 

DSC_0201

 

 

 

DSC_0204

 

DSC_0205

 

DSC_0209

 

DSC_0211

 

DSC_0212

 

DSC_0213

 

DSC_0214

 

DSC_0216

 

DSC_0220

 

DSC_0222

 

DSC_0223

 

DSC_0224

 

DSC_0227

 

DSC_0229

 

DSC_0232

 

DSC_0233

 

DSC_0240

 

DSC_0242

 

DSC_0244

 

DSC_0250

 

DSC_0254

 

DSC_0262

 

DSC_0267

 

DSC_0281

 

DSC_0290

 

DSC_0291

 

DSC_0293

 

DSC_0294

 

DSC_0295

 

DSC_0297

 

DSC_0298

 

DSC_0300

 

DSC_0303

 

DSC_0304

 

DSC_0307

 

DSC_0309

 

DSC_0310

 

DSC_0313

 

DSC_0320

 

DSC_0321

 

DSC_0322

 

DSC_0323

 

DSC_0324

 

 

 

sukienka - tutaj

 

 

Kiedyś jedna z czytelniczek napisała mi, że chciałaby, by przed porodem ktoś powiedział jej jak to wygląda naprawdę. To całe macierzyństwo, to życie z dzieckiem pod pachą. Zdziwiłam się, bo zazwyczaj kobiety nie chcą słuchać jak będzie ciężko. Uznają to za straszenie i obruszają się jakby właśnie ktoś zmieszał je z błotem. Wiem, bo sama tak robiłam. Wiem też jednak, że czytanie jakie macierzyństwo jest słodkie, różowe i bezproblemowe sprawia, że po porodzie często rzeczywistość uderza nas niczym kubeł zimnej wody wylany na głowę.

Kiedyś sama byłam tą, która o macierzyństwie wypowiadała się tylko w pozytywny sposób. Nie było to oszustwo, a raczej podejście do życia. Dziecko było też małe, więc o trudach mogłam nie wiele powiedzieć. Wolałam skupiać się na pozytywach, ale z czasem zrozumiałam, że jestem odpowiedzialna za to jak kreuję siebie na blogu. I jestem odpowiedzialna za to, że ktoś może pomyśleć, że macierzyństwo to tylko ten lukier. Słodziutki lukier, różowe króliczki, kolorowa tęcza i lizaki w kształcie kwiatków.

Więc dziś odpowiadam na pytanie czytelniczki. Być może nie była jedyną, która chciała wiedzieć. Jak to jest naprawdę. Nie przeraź się więc początkiem, ale nie będę ściemniać.

Macierzyństwo to cholernie trudna rzecz. To całe morze łez, bezsilności i samotnych wieczorów w wannie, gdy mamy wszystkiego dość. To czasem krzyk w głębi duszy i wołanie o pomoc. To często osamotnienie. Bycie sam na sam z wszystkimi obowiązkami, kolkami i kupami robionymi co 3 godziny. To nieprzespane noce, depresje i słanianie się na nogach po tygodniu kolek. To walka z krwawiącymi piersiami i zalanymi koszulami nocnymi od mleka w nocy. To wiszenie na cycku dziecka często co 5 minut po półtorej godziny i zastanawianie się kiedy w końcu znajdziemy 5 minut na wysikanie się w spokoju lub zjedzenie ciepłego posiłku. Macierzyństwo to nerwy, które dusimy w sobie aż w końcu wybuchamy. Macierzyństwo to jedna wielka misja i trzeba dużo sił i cierpliwości, by misję przeprowadzać jak należy. Ale spokojnie moja droga... Zanim spojrzysz na swój brzuch z oczami pełnymi łez i zastanowisz się czy dobrze zrobiłaś powiem Ci czym jeszcze jest bycie matką. To pierwszy płacz zaraz po porodzie i pierwsze spojrzenie sobie w oczy. To bezzębny, mleczny uśmiech, który pojawia się w pierwszych miesiącach zaraz po oderwaniu od piersi matki. Wtedy nie czujesz już bólu. Wtedy nie widzisz tej krwi i strupów. Widzisz tylko uśmiech z kącikiem białym od mleka. Macierzyństwo to tysiące przytulasów i całusów kiedy w nocy pędzisz do płaczącej pociechy. To wtulanie się małego ciałka w Twoje ciało - jakby było całym światem. Macierzyństwo to słowo "mama", które wypowiedziane sprawia, że Twoje oczy zalewają się łzami. Macierzyństwo to piosenki o poranku, poczochrane czuprynki i buziaki w policzek. Macierzyństwo to pierwsze kroki stawiane pod domem i bieganiny po łące wśród kwiatów. Macierzyństwo to upadki dziecka, które kwitujemy zdaniem "Daj mama pocałuje". Macierzyństwo to kółko graniaste i puszczanie baniek leżąc na kocu w parku. Macierzyństwo to szaleństwo w wannie przed snem, żółte kaczki i coraz dłuższe włosy, z których robimy córkom kitki i warkocze. Macierzyństwo to kołysanie przed snem, tulenie i mówienie "Kocham Cię". Macierzyństwo to patrzenie sobie w oczy i świadomość, że mamy pod dachem najpiękniejszy skarb jaki mogłyśmy sobie wymarzyć.

Zapewne zapomniałaś już droga, przyszła mamo o pierwszych zdaniach mówiących o trudach macierzyństwa, prawda? I tak właśnie jest w życiu. Możesz płakać z bezsilności, słaniać się na nogach i myśleć, że gorzej już być nie może. Ale wystarczy jeden, niewinny uśmiech. Wystarczy jedno słowo "mama" i wtulenie się w Ciebie tak jakby świat miał się zaraz skończyć...i zapominasz. O smutkach, o trudzie i o bezsilności. I to jest właśnie magia macierzyństwa. A jej doświadczanie to najlepsze co mogło mnie w życiu spotkać.

 

 

 

bluzka - tutaj // spódniczka - tutaj // zegarek - Daniel Wellington // trampki - sinsay // torebka , sweterek Poli - szafiarka.net

 

DSC_0059

 

DSC_0060

 

DSC_0061

 

 

DSC_0062

 

DSC_0063

 

DSC_0064

 

DSC_0065

 

DSC_0066

 

DSC_0067

 

DSC_0068

 

DSC_0070

 

DSC_0071

 

DSC_0072

 

DSC_0073

 

DSC_0075

 

DSC_0076

 

DSC_0077

 

DSC_0078

 

DSC_0080

 

DSC_0081

 

DSC_0085

 

DSC_0088

 

DSC_0089

 

DSC_0090

 

DSC_0091

 

DSC_0092

 

DSC_0094

 

DSC_0096

 

DSC_0097

 

DSC_0098

 

DSC_0106

 

DSC_0107

 

DSC_0108

 

DSC_0111

 

DSC_0113

 

DSC_0117

 

DSC_0119

 

DSC_0121

 

DSC_0122

 

DSC_0123

 

DSC_0127

 

DSC_0130

 

DSC_0134

 

DSC_0136

 

DSC_0137

 

DSC_0139

 

DSC_0143

 

DSC_0150

 

DSC_0154

 

DSC_0158

 

DSC_0162

 

DSC_0165

 

DSC_0166

 

DSC_0167

 

DSC_0169

 

DSC_0170

 

DSC_0172

 

DSC_0174

W realnym życiu rzadko kiedy słyszę to o czym Wy często opowiadacie - rady czy pouczenia od obcych osób. Często słyszę je za to od mamy/teściowej/siostry czy jeszcze dalszych cioć i babć, ale traktuję to raczej jako rady z dobrego serca. Zresztą rodzina to rodzina. Ma mówić to co myśli, nawet jeśli mam to w dupie.

Zawsze dziwiłam się jak bardzo my matki bierzemy wszystko do siebie. Nic nam powiedzieć nie można, a przecież można czyjejś "rady" wysłuchać i olać - tak po prostu. Ostatnio kiedy zdawałam klucze od mieszkania, pewien pan spojrzał na Polę ze smoczkiem i powiedział "Jeszcze chodzi ze smoczkiem?" - " No chodzi" - odparłam. I słyszę..." Oj to niedobrze, zresztą ona nie jest już mała. A to bardzo źle, bo to dla zgryzu źle " i takie tam pierdoły, jakbym nie wiedziała. Coś tam jeszcze mamrotał i poszedł. " A Twoja córka ma 3 lata i mówi mniej od Poli" - cicho powiedziałam pod nosem kiedy zniknął mi już z pola widzenia. Uruchomiła się we mnie mała wredna istotka. Po chwili powiedziałam do F. : " Co za typ. Będzie chciała to będzie do 5 lat nosiła smoczek. Przynajmniej mówić już zaczyna". Kilka dni później ktoś pouczył mnie, że powinnam zacząć sadzać Polę na nocnik. No spoko. Tylko po co? O ile się nie mylę ma to sens od jakiegoś 18 miesiąca. A poza tym - jestem zbyt leniwa. Przyjdzie czas - wyjmiemy nocnik. Kiedyś coś tam próbowałam, ale nawet jak w nocniku z sukcesem coś się pojawiało to sorry, ale był to raczej zbieg okoliczności.

I tak sobie myślę jacy my rodzice jesteśmy czasem chorzy. Spinamy się, by odpowiednio wcześnie zacząć uczyć: chodzić, sikać, mówić, czytać, liczyć jakbyśmy zapomnieli, że dzieci i tak się tego nauczą. Jedne szybciej, inne później, ale się nauczą. To, że przeoczycie dobry moment nie znaczy, że dziecko już zawsze do 60 będzie sikać w pampersy. Chociaż to złe określenie, bo powyżej 60 pampersy znów mogą zawitać w naszych życiach. Ale rozumiecie o co chodzi? Straszymy siebie nawzajem - dziecko nie mówi w wieku półtora roku pełnymi zdaniami to najlepiej idź do logopedy bo już pewnie nigdy nie odezwie się ani słowem, a jak nie umie chodzić w wieku roku to weź idź do lekarza, bo pewnie coś nie tak. A czym ty się kurrrrka spieszyć mi powiedzcie? Co to wyścig szczurów jest? Fajnie obserwować nowe umiejętności u dziecka, ale niech wszystko dzieje się w swoim czasie. Dziecko samo wie kiedy jest gotowe na daną rzecz, a kiedy nie. Możemy podpowiadać, pokazywać. Możemy uczyć, to nie tak, że jestem przeciwna nauce, bo byłoby chyba ze mną coś nie tak. Ale należy pamiętać o jednej, najważniejszej rzeczy: nie spinajcie się! Wasze nerwy to presja na dziecku, które nie rozumie co wg Was robi źle. Cholernie nie lubiłam kiedy rodzic z niecierpliwością czekał aż się czegoś nauczę i głupio komentował " Ja nie rozumiem jak Ty możesz tego nie umieć." Tak jak na nerwy działało mi kiedy siostrzeniec uczył się jeździć na rowerze, a rodzina jak chora komentowała, że nie rozumie jak on może się przewracać. Skrajny idiotyzm. Nawet jeśli dziecko POWINNO teoretycznie już coś umieć, to skoro tak się nie dzieje to pomyśl czy wina nie tkwi w Tobie - jego osobistym nauczycielu. Bo wszystkiego da się nauczyć. I nawet najtrudniejsze rzeczy są proste do zrozumienia kiedy okraszone są dużą dawką cierpliwości, miłości i zrozumienia.

 

kurtka: tutaj

 

DSC_0004

 

DSC_0008

 

 

DSC_0009

 

 

DSC_0011

 

 

DSC_0025

 

DSC_0026

 

DSC_0038

 

DSC_0041

@alicjawegnerpl

Zajrzyj na mój Instagram i sprawdź, jak żyję, manifestuję oraz działam.
cartcrossmenuchevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram