0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

Pamiętam jak jeszcze byłam w ciąży i nigdy przed usg nie bałam się tego co będzie. Szłam spacerkiem do gabinetu przeskakując z nogi na nogę, pełna ekscytacji i zniecierpliwienia. Nigdy nie przeszło mi przez myśl, ze coś mogłoby potoczyć się źle. Że dziecko okaże się chore, z wadą itp. Jej zdrowie było dla mnie tak oczywiste, że nie podlegało żadnej dyskusji. Może czasem kiedy doktor przypatrywał się monitorowi z powagą, nie mówiąc nic, czułam się lekko zniecierpliwiona, a może nawet zaniepokojona. Trwało to jednak chwilę, po której było słychać "wszystko w porządku, dziecko rozwija się prawidłowo", a na twarzy pojawiał się banan od ucha do ucha. Z gabinetu wybiegałam jak poparzona skacząc jak 8 letnia dziewczynka, w ręku machając zdjęciem. Wciąż raziły i szokowały mnie reportaże o chorych dzieciach, wiadomości o śmierci w szpitalu, o opóźnionych cięciach...szokowało bardzo, ale nie skutkowało zmartwieniami, że i u mnie coś pójdzie nie tak. Wszystko zmieniło się ... po porodzie. Z dnia na dzień boję się coraz bardziej. Od głupiego kataru po poważne dolegliwości. Pamiętam kiedy zobaczyłam Polę po szczepieniach po 6 tygodniu. Przez 2 dni blada, senna, bezwładna. Serce mi pękało mimo, że wiedziałam, że nie dzieje jej się żadna krzywda. Serce mi pęka, gdy płacze, gdy czasem zaboli ją brzuch, gdy się przestraszy. Serce pękłoby mi całkowicie gdyby coś jej się stało, gdyby ktoś zrobił jej krzywdę. Boję się. Boję się każdego dnia. Sprawdzam czy oddycha, kiedy przesypia całe noce, a ja budzę się zniecierpliwiona, że może coś jest nie tak... I tak jak do innych kwestii podchodzę na luzie, tak tu mam bzika. Bo kiedy ona już tu jest...jest obok, żyje, oddycha, czuję ją, jej skórę...to wiem, że musi być obok już zawsze. I nie może jej zabraknąć nigdy. I wiem, że nie uniknę głupiego kataru, kaszlu itp. Ale gdybym mogła...gdybym tylko mogła zabrać jej każdy ból, każde cierpienie...Zrobiłabym to bez zastanowienia.

Myślę, że strach ten potęgowany jest jeszcze bardziej przez to co dzieje się na świecie, a pokazywane jest codziennie w wiadomościach, radiu itp. Coraz częściej na pilocie od telewizora klikam przycisk "off" , bo nie mogę, nie mogę słuchać już o tragediach. O tym, że dzieci umierają z głupoty lekarzy, jakby to było średniowiecze. O tym, że cięcie nie zostało wykonane na czas, że ojciec zostawił dziecko w aucie, że ojciec powiesił dziecko, a potem siebie. Nie mogę oglądać reportaży o tym w jak ciężkich warunkach żyją ludzie, często schorowani. Łzy do oczu napływają mi jak szalone kiedy w czasie reklam wypowiadają się chore dzieci proszące o smsa o treści pomoc. Nie chcę tego oglądać, nie chcę tego słuchać, bo... bo nie chcę się bać. Lecz mimo kliknięcia przycisku "off" na pilocie, jest jeszcze internet, który jest miejscem mojej pracy i który chyba jeszcze bardziej przepełniony jest tymi tragediami. Udostępnienia przez wszystkich artykułów o tragediach, komentowanie ich. Wiem, to wkurza irytuje, sprawia, że chce się krzyczeć, dlatego tyle każdy o tym pisze. Ale ja już nie mogę. Nie mogę o tym czytać. Nie chcę.

F. zawsze gdy ona płacze mówi..." Tak bardzo mi jej żal, chciałbym jej jakoś pomóc". Kocha ją bezgranicznie tak jak i ja. I obydwoje codziennie powtarzamy "Nie wyobrażam sobie, ze mogłoby jej tu nie być".

I tak jak w ciąży tego nie robiłam, tak dziś modlę się codziennie. O zdrowie dla Niej. O nic więcej.

Na zdjęciu Pola po szczepieniu. Marzec 2014.

Zmiany, zmiany, zmiany. W zachowaniu, w gestach, we wszystkim. Następują tak szybko, a mimo to czekanie na kolejne zdaje się trwać zawsze wieki.

Czekanie na pierwszy uśmiech, pierwszy śmiech, pierwszy ząb. Ostatnie dni obfitują u Nas w pierwsze razy. Pierwsze samodzielne przewrócenie się z pleców na brzuszek, pierwszy śmiech przypominający słowo "haha". Pierwsze kilkugodzinne trzymanie zabawki i bawienie się Nią i wiele wiele innych naszych małych pierwszych razów. To cieszy, a zarazem przeraża. Bo czas ucieka nam jak piasek przez palce i boję się, że ucieknie za szybko. Niepotrzebnie czasem rozmyślam o tym, że ona dorośnie, a ja nie będę już dla Niej najważniejsza, jedyna. Mimo, że to naturalna kolej rzeczy - boję się. Nie wiem czy ma tak każda matka i mimo, że do wielu rzeczy związanych z wychowywaniem Poli podchodzę na luzie, tak to nie daje mi spokoju i zaprząta mi myśli. Jednak staram się skupiać jak mogę na tym co teraz. Na tym jak moje dziecko codziennie dostarcza mi sporą dawkę radości, na tym, że co średnio 20 min wołam narzeczonego lub on mnie krzycząc "Chodź zobacz co zrobiła!", po czym obydwoje kulamy się ze śmiechu z jej śmiesznej miny, gestu lub wydawanych dźwięków. Kocham to. Kocham jej zmieniającą się buźkę, rosnące stópki. A najbardziej w świecie kocham patrzeć jak różnorakie zabawki zaczynają wzbudzać jej zainteresowanie. Jak je dotyka, bierze do buzi, jak na nie patrzy. Jest w tej prostej czynności coś co skłania mnie do wielu przemyśleń. Do zastanawiania się jak magiczny jest rozwój dziecka.

Pamiętam jak w ciąży po każdym skończonym tygodniu czytałam w internecie co teraz będzie się działo, jakie zmiany będą zachodzić w moim organizmie i jak rośnie mój maluszek. Teraz robię to samo. Po każdym skończonym tygodniu Poli czytam jakie nowe umiejętności będę mogła zaobserwować i zawsze, ale to zawsze się wszystko zgadza. To niesamowite. Te wszystkie rzeczy, które następują po sobie. W tym tygodniu zauważyć można to, w następnym jeszcze coś innego. Na naszych oczach dorasta człowiek. Uczy się, obserwuje, bierze przykład. Na naszych oczach rozwija się dziecko, które my stworzyliśmy. To jest nie do ogarnięcia. To jest... piękne.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zazwyczaj nocne pobudki są dla mnie mordęgą. Głównie dlatego, że Pola przyzwyczaiła mnie po ukończeniu dwóch miesięcy do przespanych nocy. Kiedy bajka się skończyła, wstawanie co chwilę stało się... uciążliwe.

I chociaż robię to automatycznie, nie patrząc już na zegarek i nie licząc, który to już raz - odczuwam to wszystko z rana. Mianowicie jestem żywym trupem. Więc kiedy zawsze słyszę "ee" z jej pokoiku bądź inne pochodne jej odgłosów - robię skwaszoną minę i nieżywa wypełzam z łóżka niczym zombie.

Ale ostatnio było inaczej. Godzina 23, ledwo już patrzę na oczy. Wyłączam światło i kładę się do łóżka. Co rusz przysypiam i się przebudzam. Wciąż myślę o Poli. Mam jakąś wewnętrzną chęć przytulenia jej i wycałowania. "To ze zmęczenia" - myślę i podejmuję kolejne próby spania. Wciąż mam przed oczami jej twarz i czuję dziwną tęsknotę mimo, że jest tuż za ścianą. Nie chcę iść i się w nią wpatrywać, była taka zmęczona, po co ma się budzić. Natłok myśli utrudnia mi zasypianie, ale w końcu powieki stają się coraz cięższe i cięższe. Aż tu nagle...słyszę ją! Wstaję na równe nogi jak gdyby uruchomił się alarm przeciwpożarowy i biegnę do niej z prędkością światła. Czuję taką ulgę...mogę ją przytulić, pocałować. Wyjmuję ją z łóżeczka, a ona wtula się we mnie. Mruczy tak słodko pod nosem a ja całuję ją w czoło. "Kocham Cię skarbie wiesz" - szepczę jej do ucha.

Trzymam w ramionach 6 kilogramów miłości. Patrzę na Nią, a do oczu nachodzą mi łzy. Łzy szczęścia. Cała drżę z podekscytowania i wiem, że gdybym wyściskała ją w tym momencie tak mocno jak wtedy chciałam - z pewnością połamałabym jej kruche kości. Wpatruję się w Nią tak intensywnie chyba pierwszy raz. Dotykam jej gładkiej skóry, gładzę jej milutkie włosy. Jest taka piękna, bezbronna. Czuję jak serce przepełnia się miłością a ciało szczęściem. Jak to wyrazić? Wykrzyczeć? Zapisać? Cholera. Nie da się. Nie da. Chociaż tak bardzo próbuję to nie oddam tego co czuję w stu procentach. Nie zmierzę i nie obliczę. Ta miłość jest... kosmiczna. Tego nie da się ogarnąć. To po prostu... się czuje.

 

Są takie dni kiedy jedyne o czym marzę to, by Pola spała najdłużej jak może, a ja w tym czasie zajęłabym się sobą. Są też takie dni kiedy macierzyństwem się delektuję. Wpatruję się wtedy w Polę godzinami, noszę ją mimo, że pewnie mogłaby spokojnie poleżeć, a kiedy już się zmęczę, leżę z Nią na kocyku.

Kiedy jesteśmy same zabieram ją ze sobą do łazienki jeśli nie śpi i myję w tym czasie włosy , robię makijaż itp cały czas opowiadając jej krok po kroku co robię, by słyszała mój głos non stop. Raz po raz bujnę nogą wózek, gdyż ręce zajęte są w tej chwili prostowaniem włosów. Ale nieważne. Jesteśmy razem. I to się liczy. Często opowiadam jej o tym jak bardzo rośnie we mnie miłość do Niej i jak bardzo jest piękna.

Ciepłe dni dały nam cudowną możliwość delektowania się sobą na świeżym powietrzu wśród ćwierkających ptaków. Życie na wsi daje nam komfort bycia sobą i nie ukrywania się kompletnie z niczym. Tu gdzie żyjemy mamy własną, osobistą przestrzeń, do której nikt poza rodziną nie ma wstępu. Nasz azyl. Wierzę, że każda minuta tego czasu spędzonego razem kształtuje Nas i naszą miłość. Wierzę, że będzie to miało wpływ na naszą przyszłość. Nie wiem co zrobić więcej. Nie czytam poradników i artykułów o tym jak wychowywać dziecko od pierwszych dni jego życia, jak edukować itp. Wierzę w to, że przez trud wychowania poprowadzi mnie intuicja. Wierzę w to, że mnie nie zawiedzie. Nie spinam się za bardzo z tym, by już od teraz kupować zabawki edukacyjne 3 m +, by stosować jakieś metody, które miałyby sprawić, że dziecko będzie na prawdę mądre. Intuicja, intuicja i jeszcze raz intuicja. Póki co jeśli chodzi o zakupy dla maluszka, które mogłyby go czegoś nauczyć, ograniczyłam się do czarno białych książeczek, które były prezentem wielkanocnym dla Poli. Lubię opowiadać jej czym jest stworzenie z obrazka, jak żyje, czym się żywi, jaki ma kolor. Lubię kiedy mnie słucha. Fajnie mieć świadomość, że głos mój jest dla niej najpiękniejszym dźwiękiem na świecie...

Mimo, że kocham te dni kiedy nie wiem w co włożyć ręce, mam mnóstwo zajęć i to mnie nakręca to czasem lubię przystopować... i wtedy wybawieniem jest dla mnie właśnie taki dzień kiedy po prostu mogę poleżeć z Nią pod gołym niebem, wykorzystać jej dobry humor i to, że nie muszę jej jakoś specjalnie rozśmieszać czy nosić, by była spokojna. Taki dzień ładuje mi baterie na full. Taki dzień...jest dniem, który kocham nad życie. I cieszę się każdą minutą jego trwania. Bo w życiu piękne są tylko chwile. I chcę je zapamiętać jak najlepiej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Matki dobre rady. Lecz przestają być dobre kiedy...ich radę masz w dupce i robisz inaczej. W kółko powtarzają jak wspaniały przykład dają dziecku. Koloryzują sobie we własnych głowach swoje życie i uważają, że to co robię one same - jest najlepsze i powinien robić tak każdy.

Skoro one używały aspiratora do nosa, powinna go używać każda matka. Skoro jej dziecko spało tylko w śpiworku - powinien powstać zakaz kupowania pościeli. Zgadzam się ze zdaniem, że każda matka wie najlepiej co najlepsze dla jej dziecka. O właśnie dla JEJ dziecka.I tylko jej. Bo to co dobre dla Twojej córki, niekoniecznie dobre może być dla mojej. Bo to co dla jednych praktyczne, u innych nie sprawdza się wcale.

Czemu matki tak usilnie chcą udowodnić, że wiedzą lepiej od innych? Że są lepsze, że lepiej sobie radzą? Czemu tak głośno to wykrzykują? Dla mnie odpowiedź jest prosta. Same w siebie nie wierzą i takim krzykiem próbują... w końcu uwierzyć. Lecz tym wszystkim pokazują tylko innym jak bardzo idealne... nie są. Bo kiedy matkom dobrym radom się człek sprzeciwi - pokazują swoje prawdziwe twarze. Zaczynają wyzywać, zaczynają szydzić. A ich idealne dziecko? Siedzi w tym czasie samotnie w pokoju, bo jego idealna matka siedzi na facebooku - i wyzywa :) Od pustaków. Od nieudaczników. Od małolat. Daje upust swoim emocjom, przy czym udowadnia sama przed sobą jak bardzo na matkę się nie nadaje. Tak. Bo wstyd byłoby mi za matkę, która wyzywa inne jakby przeżywała okres buntu w wieku nastoletnim. Wstyd byłoby mi za matkę, która zachowuje się mniej dojrzale ode mnie i która robi to w internecie. A gdyby spotkało się ją na mieście schowałaby głowę w piasek...

I robią to tak wściekle i zawistnie matki dobre rady. Pouczają i szukają naiwniaka bez własnego zdania, który ich posłucha. Szukają zaczepki u tych, którzy rady nie posłuchają. I siedzą podekscytowane przed monitorem, bo wdały się w dyskusję. I tak wygląda ich (nie)idealne życie. Z dzieckiem w pokoju obok i komputerem przed nosem. Nudne, żałosne i pełne żalu. Że inni mają lepiej, radośniej... po prostu inaczej.

fot: Wegner-Keiling photography

Tak. Doczekałam się. Wczoraj obchodziłam swój pierwszy dzień matki. Nie złożono mi życzeń ani nie zrobiono laurki. Nieświadomie jednak obdarowano mnie całym workiem prezentów.

Były w nim uśmiechy, pocałunki, dotyk niemowlęcej skóry. Był czas tylko dla Nas spędzony na kocu na trawie, a w powietrzu czuć było zapach miłości. Miłości córki do matki. Zawsze tego pragnęłam. By ktoś kochał mnie bezgranicznie. Pragnęłam być dla kogoś całym światem. I jestem. Dla Niej.

To tak niesamowite, że czasem nic jej nie jest, po prostu tęskni, chce być ze mną. Nie zaśnie wtedy w ramionach F. babci czy dziadka. Musi być przy mnie. Czasem w nocy przebudzi się nie po to, żeby ją przebrać, żeby ją nakarmić. Przebudzi się po to, by spojrzeć na moją twarz, uśmiechnąć się i załapać kontakt skóra do skóry. Cieszę się tym póki mogę i nie chcę by miała już rok,dwa czy trzy. Chcę by czas zatrzymywał się co chwilę, chcę delektować się faktem, że jeszcze... jeszcze jestem dla Niej całym światem. Nie zabawka, nie chłopak, nie przyjaciółka. Ja.
I chociaż od dwóch nocy śpię po 2/3 godziny, jestem w trakcie sesji i mam momentami dość to i tak...jestem szczęśliwa. Z dnia na dzień co raz bardziej. I nie zepsuje tego nikt. Choćby bardzo, bardzo chciał.

PS: Sytuacja z wczorajszego wieczoru. Wchodzi F. z różą i mówi... prezent od Polci. Z okazji Twojego święta. Miód na me serce.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie jestem matką polką. Nie mam zamiaru zatracić samej siebie w macierzyństwie mimo, że kocham swoje dziecko nad życie i szaleję na jej punkcie. Nie ma matek idealnych. Ja należę do grupy tych , które nie są przewrażliwione na każdym kroku i do wielu tych spraw, na których temat inni żywo dyskutują i spekulują - ja podchodzę na luzie. Nie mam problemu z tym, że moje dziecko 5 minut leży w leżaczku i patrzy się w TV. Nie rozpaczam z powodu podania mojej córki MM i nie mam wyrzutów sumienia w powodu wypitego reddsa wieczorem. Jestem tylko człowiekiem. Człowiekiem, który potrzebuje żyć. Nie mam zamiaru zamknąć się na świat tylko dlatego, że mam dziecko. Właśnie teraz czuję, że mogę wszystko. Mogę studiować, blogować, chodzić na fitness, a przy tym być najlepszą mamą na świecie. Nie muszę żyć w celibacie i abstynencji żeby być super mamą. Kocham swoje dziecko, dbam o Nią, pielęgnuję, karmię.
Wyjście z domu i wyluzowanie się sprawia, że w swojej roli spełniam się jeszcze lepiej. Bo jestem wypoczęta, zrelaksowana i mam zapas sił na dni, kiedy ona potrzebuje być w moich ramionach od rana do nocy. Tak. Rzucam czasem przekleństwami, bo mi się nie chce. Kiedy dziecko się budzi, a ja jestem zaspana nie frunę do Niej 60 cm nad ziemią śpiewając "Ach dziecko płacz, płacz jeszcze i pod żadnym pozorem nie idź spać! Jestem taka szczęśliwa, że znów się nie wyspałam". Idę zaspana i wściekła jak pies, a po chwili słyszę ten słodki chichot i już nawet o śnie nie myślę. Ba! Jedyne co chcę wtedy zrobić to wyściskać ją z całych sił i wycałować najlepszą część jej ciała - stopy !

I taka będę. Będę od czasu do czasu pić piwo, będę chodzić sama na zakupy, będę chodzić na fitness. Będę przeklinać kiedy będę chciała i będę z koleżankami opowiadać sobie zboczone dowcipy. Będę uprawiać sex, a jak dziecko podrośnie to na pewno pojawię się na domówce u znajomych. ( no nie rób takich zszokowanych oczu, nie mam na myśli przecież libacji alkoholowej...pewnie takie coś już sobie wyobraziłaś nie?). Dziecko nie jest powodem, by zamknąć się w czterech ścianach i poświęcić życie na rzecz rodzicielskiej miłości.

Będę robić to wszystko, a mimo to będę najwspanialszą matką na świecie.
Bo ważne mieć umiar. Wiedzieć gdzie są granice.

Dlaczego będę to robić? Bo jestem tylko człowiekiem - nie matką polką cierpiętnicą.
I w tej normalności mam zamiar trwać.

Ale za to...
Będę pierwszą, która przytuli kiedy zacznie płakać...
Będę pierwszą, która pocałuje zranione kolano i przyklei plaster...
Będę pierwszą, która wstawi się za Nią kiedy ktoś ją obrazi...
Będę pierwszą, która doradzi w złych chwilach...
Będą pierwszą, która przyjedzie, kiedy ucieknie jej autobus...
Będę pierwszą, zawsze kiedy będzie tego potrzebowała.
Będę... będę zawsze.

Bywają czasem takie dni jak ten...pomieszane z poplątanym. Trochę słońca, trochę deszczu. trochę uśmiechów i trochę więcej łez. Zwyczajny poranek, otwieram oczy i widzę dwie najukochańsze mi osoby na świecie. Drugoplanowo rzecz mniej przeze mnie kochana - czubaty kosz z praniem, kosz z tym co dopiero do wyprania i kilka innych rzeczy do ogarnięcia. O dziwo nie czuję się przerażona czy przytłoczona. Powoli zaczynam to wszystko ogarniać. Mam nawet siły napisać kilka referatów, poćwiczyć i zmienić cały świat. Więc wstaję pełna sił i robię. po kolei krok po kroku robię to wszystko co zrobić muszę lub chcę. Budzą się. On wychodzi do pracy, Pola ląduje na moich rękach. Zapełniam każdą lukę pomiędzy jej noszeniem a karmieniem. Czas, który kiedyś tak marnotrawiłam dziś zdaje się być tak bardzo cenny i potrzebny. Wykorzystuję każdą minutę. nie mogę sobie pozwolić na spanie kiedy ona śpi. Jest tyle pięknych książek do przeczytania, tyle rzeczy do zrobienia, a życie jest tak krótkie i kruche. Więc czerpię. Czerpię to co najlepsze. Ponoć najlepsze rzeczy w życiu są za darmo. jedną z nich jest satysfakcja. satysfakcja, która czujesz wieczorem kładąc się do łóżka, że wykorzystałaś każdą minutę tego dnia najlepiej jak mogłaś. że zrobiłaś wszystko co miałaś zrobić, a nawet więcej. I czujesz, że doba ma za mało godzin, bo jest tyle różnych zajęć, których człowiek chciałby sobie dołożyć. Więc dokładam w miarę możliwości więcej i więcej. Zakładam te rolki i jadę przed siebie.I to nic, że Ona akurat w tym momencie musi się obudzić. Można jechać przed siebie i pchać przy okazji wózek. Można pobiegać w blasku słońca, wykorzystując 10 min jej drzemki, by następnie przystawić ją do piersi i odpocząć. Można potem iść do domu i zrobić sobie nieudolnie lewą ręką kanapki, bo prawą tuli się do siebie swoje dziecko. I można robić to wszystko na raty, szybko, jednym słowem tak by pogodzić to z dzieckiem, które jest dziś wyjątkowo markotne i drzemki nie trwają dłużej niż 10 min, a przez pozostały czas trzeba je nosić, bo akurat tego dzisiaj chce. możesz wszystko. Jeśli tylko chcesz. I nie ważne jest to, że mało śpisz, nie masz czasu porządnie zjeść. bo im mniej śpisz tym więcej zrobisz. Dla samej siebie. Tak. Tak własnie wyglądał mój dzień. A na sam jego koniec  nie wiedząc już czy lepiej założyć adidasy czy kalosze wzięłam aparat w dłoń, wsadziłam Polę do wózka,a wózek postawiłam wśród kwiatów i kilkoma pstryknięciami uwieczniłam tą jedną piękną chwilę spokoju. Nie było czasu na to by usiąść i nic nie robić. ale robić przez ten cały czas tyle pożytecznych rzeczy jest cenniejsze niż gapienie się w sufit, którego jednak czasem brakuje. Tak mi dobrze. Tak dobrze mi z tym podejściem. Kocham życie. Kocham je jak nigdy, wyciskam jak cytrynę . I chce je tak chłonąć całą sobą już zawsze!



Fontanny. Coś co lubiłam od dziecka. Coś, co sprawiało, że świat stawał się fajniejszy. Podbieganie jak najbliżej, by się "przypadkiem" pomoczyć to była nie lada frajda. I znów. Znów miałam okazję się tak poczuć dzięki osobie, z która idę przez życie. Siostra i mój osobisty fotograf w jednym. (Miło było asystować przy twojej sesji :* ).
Park Bydgoski  w Toruniu. Coś co było na wyciągnięcie ręki, a pojęcia zielonego o tym nie miałam. Tuż obok fontanny stawy, lasy, łąki... Na łonie natury długopis i kartka i tworzy się ten post. Ptaków śpiew, wody szum, a poza tym błoga cisza. W wózku leży Ona... Świeże powietrze to jedna z najlepszych rzeczy jaką można dać dziecku. I najlepsze jest to... że nic nie kosztuje ! I mimo, że wśród koniczyn nie widzę tej czterolistnej to jestem w tym momencie najszczęśliwszym człowiekiem na tym globie. Nade mną tylko błękitne niebo w asyście śnieżnobiałych chmur, a zza drzew dość śmiało wygląda słońce, które nastroiłoby pozytywnie nie jednego smutasa. Czas się zatrzymał. W tym momencie nie liczy się nic. Tylko ja, Ona i ten spokój. Chwila ta choć niepozorna dla mnie znaczy wiele. Ptaki zdają się wyśpiewywać arie specjalnie dla Nas, a trawa jest tutaj zielona jak nigdzie indziej. Kaczki co chwila podpływają nieśmiało do brzegu, jak gdyby chciały się przywitać, a wiewiórki zwinnie skaczą z drzewa na drzewo co rusz Nas podglądając. Wszystko tu żyje. Drzewa, kwiaty, liście. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Wszystko jest dla Nas. Jest Nam tak dobrze. Bo jak śpiewał Marek Jackowski " Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba ".
I niech to trwa całą wieczność. Całą wieczność i jeden dzień dłużej...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

fot: Wegner-Keiling photography

@alicjawegnerpl

Zajrzyj na mój Instagram i sprawdź, jak żyję, manifestuję oraz działam.
cartcrossmenuchevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram