By był sam w sobie wyjątkowy. Jeździmy na wycieczki, wychodzimy na spontaniczne spacery, wymyślamy nowe zabawy. Ostatnio przez choróbsko opuściła mnie moja energia i siły. Wczoraj czując się już "ciut" lepiej, ale jeszcze nie na tyle, by plan dnia był nie wiadomo jak urozmaicony - zrobiłam to co lubię w takich momentach najbardziej. Wzięłam kocyk, aparat i położyłam się z Nią na trawie. Ktoś mógłby pomyśleć: "Że jej się to nie nudzi? Co jest fajnego w leżeniu na kocu?" . A dla mnie to jedna z piękniejszych chwil. Przepełniona pięknem i spokojem. Po brzegi zapełniona miłością. Szczęście odnajduję wtedy w jej uśmiechu i w uciekającej przez trawę mrówce. W śpiewie ptaków skrytych w ogrodzie i w promieniach słońca próbujących przedostać się do naszej kryjówki. Szczęście jest wtedy wszędzie. Dźwięki z zewnątrz, przejeżdżające samochody, szczekający pies zdaje się być tłumione przez moje uszy. Łapię w kadr jej uśmiechy, jej ruchy, jej miny.
Zawsze kiedy przypatruję jej się z taką uwagą do oczu napływają mi łzy. Cholera, chyba nigdy tak często nie płakałam ze szczęścia. Czy kiedykolwiek takie szczęście mnie w ogóle spotkało? Nie... Jestem pewna, że nie. Jest to szczęście jedyne w swoim rodzaju. Moje, własne, osobiste. Kładę się obok Niej. Czuję jej oddech na swoim policzku. Czujesz to? To życie. To mój mały cud, który żyje dzięki mnie. To mój mały cud, który pielęgnuję tak starannie i uważnie jak ogrodnik swoje rośliny. Spoglądam w jej oczy. Widzisz to? Śmieją się do mnie. Wpatrują jak w święty obrazek. Cały mój świat... cały... streszcza się w jednej osobie. Mały skrzat, który wtula się we mnie budząc w nocy. Mały skrzat, który rano budzi się bez skarpet, bo nauczył się je ściągać.
Mały skrzat, który śmieje się w głos, rozbawiając wszystkich wokół. Mały, wielki człowiek. Wyjątkowy ktoś - moja mała córka. Która chociaż nie wiele jeszcze rozumie, to utrzymuje mnie przy życiu w ostatnich dniach, które mnie rozczarowują. Dobry nastrój jest doszczętnie rujnowany co chwilę kiedy wydaje mi się, że wraca. Siły odeszły gdzieś daleko, a ja sama popadłam w dziwny nastrój. Ratuje mnie tylko ona. Chciałabym się wyspać, ale czuję się potrzebna kiedy budzi się w nocy, by się do mnie przytulić. Tak samo jak mnie to wkurza, to z taką samą siłą rozczula kiedy jest już w moich ramionach. Co się ze mną dzieje? Czy ten brak sił i motywacji wynika z choróbska? Czy jest coś więcej? Nie wydaje mi się i mam nadzieję, że nie. Chcę znów tryskać energią, chcę skakać z radości jak 8 latka, która właśnie dostała lizaka. Chcę robić wszystko, a momentami nic i chcę, by uśmiech nie schodził mi z twarzy. Ale czasem musi popadać, by wyszło słońce. Po prostu musi...
Pamiętam jak bardzo zniecierpliwiona byłam kiedy w pierwszych dniach nie robiła nic innego poza snem, płaczem i jedzeniem. Pamiętam jak bardzo pragnęłam, by po prostu coś zaczęło się dziać. I zaczęło. W tempie błyskawicznym zaczęła zmieniać się jej buzia, jej ciało, jej miny, wydawane dźwięki. Nagle zaczęła przewracać się na brzuszek, łapać przedmioty, śmiać się w głos, ziewać w prześmieszny sposób, trzeć sobie oczka gdy jest śpiąca. Tak proste czynności tak bardzo chwytają za serce. W łóżeczku zastaję ją zawsze w odwrotnej pozycji niż jest kładziona, a gondola zaczęła robić się mała i zbyt bardzo ograniczała widoki, zatem zmieniliśmy ją na spacerówkę. (spokojnie, spacerówka wcale nie oznacza, że dziecko musi siedzieć w pionie). Spacery stały się niczym wycieczki krajoznawcze, a płacz z powodu zmęczenia ciągłym podnoszeniem się na łokciach, by zobaczyć coś poza moją facjatą ustąpił. Jej twarz zdaje mi się być czasem taka dorosła, tak świadoma tego co dzieje się wokół. Wiem, że już niedługo będę tęskniła za tymi małymi rączkami, stópkami itp. Tak jak już teraz tęsknie za tym 'noworodkowym skrzeczeniem' i machaniem łapkami na oślep. Dlatego tak bardzo staram się upamiętniać to co jest tu i teraz, cieszyć się tym. Celebrować każdy moment, każdą chwilę.
Pisałam Wam ostatnio o zmianach jakie zaszły w mojej córce. A jak ja zmieniłam się przez te cztery miesiące? Chyba, a raczej na pewno stałam się bardziej cierpliwa i wrażliwa. Cięty język przestał już być tak cięty, a charakter złagodniał. Zaczęłam bardziej doceniać każdą minutę i przestałam marnotrawić czas. Niedziele stały się ulubionym dniem tygodnia, a przespanie pod rząd czterech godzin bez przerwy zaczęło być tak rzadkie, że kiedy się zdarzy... traktuję to jak miłą niespodziankę, za którą warto podziękować. Może nie temu na górze, ale Poli :P
Czego jej życzę na kolejny miesiąc? Chyba mniej płaczu, a więcej radości. Wspaniałego rozwoju i zdrowia. Spokojnych nocy i nieprzeszkadzania w dziennych drzemkach (tych spokojnych nocy to w sumie bardziej sobie :P ). Wszystkiego co najlepsze... bo zasługujesz. I zawsze będziesz zasługiwała. A to co jestem w stanie Ci dać, zawsze ode mnie dostaniesz. Miłość, szacunek, pomoc + to co materialne. Choćbym miała dawać Ci co najlepsze kosztem siebie - zrobię to.
Kocham Cię córko. Wszystkiego najlepszego.
Pamiętam jak jeszcze byłam w ciąży i nigdy przed usg nie bałam się tego co będzie. Szłam spacerkiem do gabinetu przeskakując z nogi na nogę, pełna ekscytacji i zniecierpliwienia. Nigdy nie przeszło mi przez myśl, ze coś mogłoby potoczyć się źle. Że dziecko okaże się chore, z wadą itp. Jej zdrowie było dla mnie tak oczywiste, że nie podlegało żadnej dyskusji. Może czasem kiedy doktor przypatrywał się monitorowi z powagą, nie mówiąc nic, czułam się lekko zniecierpliwiona, a może nawet zaniepokojona. Trwało to jednak chwilę, po której było słychać "wszystko w porządku, dziecko rozwija się prawidłowo", a na twarzy pojawiał się banan od ucha do ucha. Z gabinetu wybiegałam jak poparzona skacząc jak 8 letnia dziewczynka, w ręku machając zdjęciem. Wciąż raziły i szokowały mnie reportaże o chorych dzieciach, wiadomości o śmierci w szpitalu, o opóźnionych cięciach...szokowało bardzo, ale nie skutkowało zmartwieniami, że i u mnie coś pójdzie nie tak. Wszystko zmieniło się ... po porodzie. Z dnia na dzień boję się coraz bardziej. Od głupiego kataru po poważne dolegliwości. Pamiętam kiedy zobaczyłam Polę po szczepieniach po 6 tygodniu. Przez 2 dni blada, senna, bezwładna. Serce mi pękało mimo, że wiedziałam, że nie dzieje jej się żadna krzywda. Serce mi pęka, gdy płacze, gdy czasem zaboli ją brzuch, gdy się przestraszy. Serce pękłoby mi całkowicie gdyby coś jej się stało, gdyby ktoś zrobił jej krzywdę. Boję się. Boję się każdego dnia. Sprawdzam czy oddycha, kiedy przesypia całe noce, a ja budzę się zniecierpliwiona, że może coś jest nie tak... I tak jak do innych kwestii podchodzę na luzie, tak tu mam bzika. Bo kiedy ona już tu jest...jest obok, żyje, oddycha, czuję ją, jej skórę...to wiem, że musi być obok już zawsze. I nie może jej zabraknąć nigdy. I wiem, że nie uniknę głupiego kataru, kaszlu itp. Ale gdybym mogła...gdybym tylko mogła zabrać jej każdy ból, każde cierpienie...Zrobiłabym to bez zastanowienia.
Myślę, że strach ten potęgowany jest jeszcze bardziej przez to co dzieje się na świecie, a pokazywane jest codziennie w wiadomościach, radiu itp. Coraz częściej na pilocie od telewizora klikam przycisk "off" , bo nie mogę, nie mogę słuchać już o tragediach. O tym, że dzieci umierają z głupoty lekarzy, jakby to było średniowiecze. O tym, że cięcie nie zostało wykonane na czas, że ojciec zostawił dziecko w aucie, że ojciec powiesił dziecko, a potem siebie. Nie mogę oglądać reportaży o tym w jak ciężkich warunkach żyją ludzie, często schorowani. Łzy do oczu napływają mi jak szalone kiedy w czasie reklam wypowiadają się chore dzieci proszące o smsa o treści pomoc. Nie chcę tego oglądać, nie chcę tego słuchać, bo... bo nie chcę się bać. Lecz mimo kliknięcia przycisku "off" na pilocie, jest jeszcze internet, który jest miejscem mojej pracy i który chyba jeszcze bardziej przepełniony jest tymi tragediami. Udostępnienia przez wszystkich artykułów o tragediach, komentowanie ich. Wiem, to wkurza irytuje, sprawia, że chce się krzyczeć, dlatego tyle każdy o tym pisze. Ale ja już nie mogę. Nie mogę o tym czytać. Nie chcę.
F. zawsze gdy ona płacze mówi..." Tak bardzo mi jej żal, chciałbym jej jakoś pomóc". Kocha ją bezgranicznie tak jak i ja. I obydwoje codziennie powtarzamy "Nie wyobrażam sobie, ze mogłoby jej tu nie być".
I tak jak w ciąży tego nie robiłam, tak dziś modlę się codziennie. O zdrowie dla Niej. O nic więcej.
Na zdjęciu Pola po szczepieniu. Marzec 2014.
Czekanie na pierwszy uśmiech, pierwszy śmiech, pierwszy ząb. Ostatnie dni obfitują u Nas w pierwsze razy. Pierwsze samodzielne przewrócenie się z pleców na brzuszek, pierwszy śmiech przypominający słowo "haha". Pierwsze kilkugodzinne trzymanie zabawki i bawienie się Nią i wiele wiele innych naszych małych pierwszych razów. To cieszy, a zarazem przeraża. Bo czas ucieka nam jak piasek przez palce i boję się, że ucieknie za szybko. Niepotrzebnie czasem rozmyślam o tym, że ona dorośnie, a ja nie będę już dla Niej najważniejsza, jedyna. Mimo, że to naturalna kolej rzeczy - boję się. Nie wiem czy ma tak każda matka i mimo, że do wielu rzeczy związanych z wychowywaniem Poli podchodzę na luzie, tak to nie daje mi spokoju i zaprząta mi myśli. Jednak staram się skupiać jak mogę na tym co teraz. Na tym jak moje dziecko codziennie dostarcza mi sporą dawkę radości, na tym, że co średnio 20 min wołam narzeczonego lub on mnie krzycząc "Chodź zobacz co zrobiła!", po czym obydwoje kulamy się ze śmiechu z jej śmiesznej miny, gestu lub wydawanych dźwięków. Kocham to. Kocham jej zmieniającą się buźkę, rosnące stópki. A najbardziej w świecie kocham patrzeć jak różnorakie zabawki zaczynają wzbudzać jej zainteresowanie. Jak je dotyka, bierze do buzi, jak na nie patrzy. Jest w tej prostej czynności coś co skłania mnie do wielu przemyśleń. Do zastanawiania się jak magiczny jest rozwój dziecka.
Pamiętam jak w ciąży po każdym skończonym tygodniu czytałam w internecie co teraz będzie się działo, jakie zmiany będą zachodzić w moim organizmie i jak rośnie mój maluszek. Teraz robię to samo. Po każdym skończonym tygodniu Poli czytam jakie nowe umiejętności będę mogła zaobserwować i zawsze, ale to zawsze się wszystko zgadza. To niesamowite. Te wszystkie rzeczy, które następują po sobie. W tym tygodniu zauważyć można to, w następnym jeszcze coś innego. Na naszych oczach dorasta człowiek. Uczy się, obserwuje, bierze przykład. Na naszych oczach rozwija się dziecko, które my stworzyliśmy. To jest nie do ogarnięcia. To jest... piękne.
I chociaż robię to automatycznie, nie patrząc już na zegarek i nie licząc, który to już raz - odczuwam to wszystko z rana. Mianowicie jestem żywym trupem. Więc kiedy zawsze słyszę "ee" z jej pokoiku bądź inne pochodne jej odgłosów - robię skwaszoną minę i nieżywa wypełzam z łóżka niczym zombie.
Ale ostatnio było inaczej. Godzina 23, ledwo już patrzę na oczy. Wyłączam światło i kładę się do łóżka. Co rusz przysypiam i się przebudzam. Wciąż myślę o Poli. Mam jakąś wewnętrzną chęć przytulenia jej i wycałowania. "To ze zmęczenia" - myślę i podejmuję kolejne próby spania. Wciąż mam przed oczami jej twarz i czuję dziwną tęsknotę mimo, że jest tuż za ścianą. Nie chcę iść i się w nią wpatrywać, była taka zmęczona, po co ma się budzić. Natłok myśli utrudnia mi zasypianie, ale w końcu powieki stają się coraz cięższe i cięższe. Aż tu nagle...słyszę ją! Wstaję na równe nogi jak gdyby uruchomił się alarm przeciwpożarowy i biegnę do niej z prędkością światła. Czuję taką ulgę...mogę ją przytulić, pocałować. Wyjmuję ją z łóżeczka, a ona wtula się we mnie. Mruczy tak słodko pod nosem a ja całuję ją w czoło. "Kocham Cię skarbie wiesz" - szepczę jej do ucha.
Trzymam w ramionach 6 kilogramów miłości. Patrzę na Nią, a do oczu nachodzą mi łzy. Łzy szczęścia. Cała drżę z podekscytowania i wiem, że gdybym wyściskała ją w tym momencie tak mocno jak wtedy chciałam - z pewnością połamałabym jej kruche kości. Wpatruję się w Nią tak intensywnie chyba pierwszy raz. Dotykam jej gładkiej skóry, gładzę jej milutkie włosy. Jest taka piękna, bezbronna. Czuję jak serce przepełnia się miłością a ciało szczęściem. Jak to wyrazić? Wykrzyczeć? Zapisać? Cholera. Nie da się. Nie da. Chociaż tak bardzo próbuję to nie oddam tego co czuję w stu procentach. Nie zmierzę i nie obliczę. Ta miłość jest... kosmiczna. Tego nie da się ogarnąć. To po prostu... się czuje.
Są takie dni kiedy jedyne o czym marzę to, by Pola spała najdłużej jak może, a ja w tym czasie zajęłabym się sobą. Są też takie dni kiedy macierzyństwem się delektuję. Wpatruję się wtedy w Polę godzinami, noszę ją mimo, że pewnie mogłaby spokojnie poleżeć, a kiedy już się zmęczę, leżę z Nią na kocyku.
Kiedy jesteśmy same zabieram ją ze sobą do łazienki jeśli nie śpi i myję w tym czasie włosy , robię makijaż itp cały czas opowiadając jej krok po kroku co robię, by słyszała mój głos non stop. Raz po raz bujnę nogą wózek, gdyż ręce zajęte są w tej chwili prostowaniem włosów. Ale nieważne. Jesteśmy razem. I to się liczy. Często opowiadam jej o tym jak bardzo rośnie we mnie miłość do Niej i jak bardzo jest piękna.
Ciepłe dni dały nam cudowną możliwość delektowania się sobą na świeżym powietrzu wśród ćwierkających ptaków. Życie na wsi daje nam komfort bycia sobą i nie ukrywania się kompletnie z niczym. Tu gdzie żyjemy mamy własną, osobistą przestrzeń, do której nikt poza rodziną nie ma wstępu. Nasz azyl. Wierzę, że każda minuta tego czasu spędzonego razem kształtuje Nas i naszą miłość. Wierzę, że będzie to miało wpływ na naszą przyszłość. Nie wiem co zrobić więcej. Nie czytam poradników i artykułów o tym jak wychowywać dziecko od pierwszych dni jego życia, jak edukować itp. Wierzę w to, że przez trud wychowania poprowadzi mnie intuicja. Wierzę w to, że mnie nie zawiedzie. Nie spinam się za bardzo z tym, by już od teraz kupować zabawki edukacyjne 3 m +, by stosować jakieś metody, które miałyby sprawić, że dziecko będzie na prawdę mądre. Intuicja, intuicja i jeszcze raz intuicja. Póki co jeśli chodzi o zakupy dla maluszka, które mogłyby go czegoś nauczyć, ograniczyłam się do czarno białych książeczek, które były prezentem wielkanocnym dla Poli. Lubię opowiadać jej czym jest stworzenie z obrazka, jak żyje, czym się żywi, jaki ma kolor. Lubię kiedy mnie słucha. Fajnie mieć świadomość, że głos mój jest dla niej najpiękniejszym dźwiękiem na świecie...
Mimo, że kocham te dni kiedy nie wiem w co włożyć ręce, mam mnóstwo zajęć i to mnie nakręca to czasem lubię przystopować... i wtedy wybawieniem jest dla mnie właśnie taki dzień kiedy po prostu mogę poleżeć z Nią pod gołym niebem, wykorzystać jej dobry humor i to, że nie muszę jej jakoś specjalnie rozśmieszać czy nosić, by była spokojna. Taki dzień ładuje mi baterie na full. Taki dzień...jest dniem, który kocham nad życie. I cieszę się każdą minutą jego trwania. Bo w życiu piękne są tylko chwile. I chcę je zapamiętać jak najlepiej.
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W ciąży zarzekałam się, że nie dam dziecku nigdy smoczka. No bo po co ma się przyzwyczajać, później odzwyczajać itp. Ale z racji fajnego designu kupiłam "w razie co" smoczki lovi retro. A niech sobie będą. Później dostałam kilka nówek to od siostry, to od przyjaciółki. W szpitalu w paczkach również znalazły się ze dwa. I wtedy właśnie gdy Pola tak bardzo płakała, a ja świeża mama nie wiedziałam o co jej chodzi, bo najedzona i przebrana była ... smoczek odpakowałam. I chociaż używany rzadko to w niektórych sytuacjach jest wybawieniem. Np. podczas usypiania na spacerze. Czasem ma go na cały czas jego trwania, czasem wypluwa po 10 minutach. Jest też niezbędny przy wieczornym usypianiu chociaż kilka razy zdarzyło się zasnąć bez niego. I tym o to sposobem smoczek jest z nami wszędzie, bo jak każda mama wie, sen może nastąpić w każdej chwili.
Jednak co mnie zawsze w smoczkowej przygodzie irytowało...fakt, że kiedy usypiałam Polę ze smoczkiem w buzi i przytulałam mocno do piersi, na jej buzi zostawał później czerwony ślad po smoczku. Nie wspominając już o tym, że wymachując rączkami w ramach protestu często przez przypadek łapała za uchwyt smoczka i po prostu go wyciągała. Pomyślałam sobie, że w sumie chyba nie jest zbyt komfortową sprawą plastik przylegający do buzi tak bardzo, że zostawia po sobie ślad dlatego jak to ja, zaczęłam szukać innego rozwiązania. Jak zwykle nie trwało to długo. Znalazłam.
Smoczek NUBY fizjologiczny wykonany z silikonu. Fajny wygląd i delikatny kolor. Cena przystępna. Z ręką na sercu mogę go polecić każdemu. Smoczek ma specjalną strukturę, która "masuje: dziąsełka co jest niesamowicie pomocne w czasie ząbkowania, które...już do nas przyszło. Mnóstwo śliny i pięści wiecznie w buzi. Smoczek nie ma uchwytu, dzięki czemu Pola go sobie ciągle przez przypadek nie wyjmuje.
Oprócz smoczka wspomagamy się też elastycznymi gryzakami z Baby Ono, które również łagodzą ból dziąseł. Są one pakowane po dwie sztuki w mega fajnych kolorach. Dziecko ćwiczy też przekładanie przedmiotu z rączki do rączki. Na początku Pola sama nie utrzymywała tego w buzi, bo wolała bawić się tym rączkami, dlatego sama masowałam jej tym dziąsła i widać było od razu, że przynosi jej to ulgę, ponieważ protestowała kiedy przestawałam. Teraz już sama ładnie potrafi przytrzymywać sobie gryzak przy buzi.
Ostatnim przedmiotem, który pomaga nam w zębuszkowej przygodzie jest zwyczajny schłodzony gryzak wodny Canpol babies.
Jak radzić sobie z ząbkowaniem oprócz pomocy gryzaków itp?
Także drogie ząbki...nie boimy się Was! ;)
Skoro one używały aspiratora do nosa, powinna go używać każda matka. Skoro jej dziecko spało tylko w śpiworku - powinien powstać zakaz kupowania pościeli. Zgadzam się ze zdaniem, że każda matka wie najlepiej co najlepsze dla jej dziecka. O właśnie dla JEJ dziecka.I tylko jej. Bo to co dobre dla Twojej córki, niekoniecznie dobre może być dla mojej. Bo to co dla jednych praktyczne, u innych nie sprawdza się wcale.
Czemu matki tak usilnie chcą udowodnić, że wiedzą lepiej od innych? Że są lepsze, że lepiej sobie radzą? Czemu tak głośno to wykrzykują? Dla mnie odpowiedź jest prosta. Same w siebie nie wierzą i takim krzykiem próbują... w końcu uwierzyć. Lecz tym wszystkim pokazują tylko innym jak bardzo idealne... nie są. Bo kiedy matkom dobrym radom się człek sprzeciwi - pokazują swoje prawdziwe twarze. Zaczynają wyzywać, zaczynają szydzić. A ich idealne dziecko? Siedzi w tym czasie samotnie w pokoju, bo jego idealna matka siedzi na facebooku - i wyzywa :) Od pustaków. Od nieudaczników. Od małolat. Daje upust swoim emocjom, przy czym udowadnia sama przed sobą jak bardzo na matkę się nie nadaje. Tak. Bo wstyd byłoby mi za matkę, która wyzywa inne jakby przeżywała okres buntu w wieku nastoletnim. Wstyd byłoby mi za matkę, która zachowuje się mniej dojrzale ode mnie i która robi to w internecie. A gdyby spotkało się ją na mieście schowałaby głowę w piasek...
I robią to tak wściekle i zawistnie matki dobre rady. Pouczają i szukają naiwniaka bez własnego zdania, który ich posłucha. Szukają zaczepki u tych, którzy rady nie posłuchają. I siedzą podekscytowane przed monitorem, bo wdały się w dyskusję. I tak wygląda ich (nie)idealne życie. Z dzieckiem w pokoju obok i komputerem przed nosem. Nudne, żałosne i pełne żalu. Że inni mają lepiej, radośniej... po prostu inaczej.
fot: Wegner-Keiling photography
Były w nim uśmiechy, pocałunki, dotyk niemowlęcej skóry. Był czas tylko dla Nas spędzony na kocu na trawie, a w powietrzu czuć było zapach miłości. Miłości córki do matki. Zawsze tego pragnęłam. By ktoś kochał mnie bezgranicznie. Pragnęłam być dla kogoś całym światem. I jestem. Dla Niej.
To tak niesamowite, że czasem nic jej nie jest, po prostu tęskni, chce być ze mną. Nie zaśnie wtedy w ramionach F. babci czy dziadka. Musi być przy mnie. Czasem w nocy przebudzi się nie po to, żeby ją przebrać, żeby ją nakarmić. Przebudzi się po to, by spojrzeć na moją twarz, uśmiechnąć się i załapać kontakt skóra do skóry. Cieszę się tym póki mogę i nie chcę by miała już rok,dwa czy trzy. Chcę by czas zatrzymywał się co chwilę, chcę delektować się faktem, że jeszcze... jeszcze jestem dla Niej całym światem. Nie zabawka, nie chłopak, nie przyjaciółka. Ja.
I chociaż od dwóch nocy śpię po 2/3 godziny, jestem w trakcie sesji i mam momentami dość to i tak...jestem szczęśliwa. Z dnia na dzień co raz bardziej. I nie zepsuje tego nikt. Choćby bardzo, bardzo chciał.
PS: Sytuacja z wczorajszego wieczoru. Wchodzi F. z różą i mówi... prezent od Polci. Z okazji Twojego święta. Miód na me serce.
