Bywają takie dni, że choćbyś nie wiem jak bardzo się starała, żeby wszystko wyszło jak najlepiej - to mimo szczerych chęci na pewno coś wyjdzie nie tak. Dzień ten zaczął się niemal...idealnie. Błogi spokój, ona uśmiechnięta w łóżeczku gaworzy od kilku minut, ale nie domaga się jeszcze mojej obecności. Pogoda za oknem - piękna. Czeka na mnie trochę spraw do załatwienia na mieście, więc żeby nie tracić w trakcie tego czasu na godzinne wiszenia na cycu idę do sypialni odciągnąć mleko do butli. Odciągam, odciągam...uff. Prawie 200 ml. Wypadałoby też nadać odrobiny świeżości na swojej twarzy, zatem obieram kierunek - łazienka. Wciąż delektuję się ciszą przerywaną raz po raz słodkim "agu" , "age". Nakładam makijaż, prostuję włosy. Słońce śmiało zagląda do nas przez okna. Scena niczym z filmu o macierzyństwie idealnym? Nie na długo. Cisza zostaje przerwana płaczem. O! W moim dziecku odezwał się mały głód. Domaga się natychmiast, teraz. Przystawiam ją do piersi, ale dziecko...się wyrywa. Niemalże jakby moja pierś ją parzyła. No cóż- myślę. Obieram kierunek kuchni i podgrzewam mleko. Wstawiam do garnka butelkę i idę usiąść. Głód nasilił się już do tego stopnia, że mój anioł postanowił nie wymyślać i przyssał się do piersi. Siedzimy wygodnie w fotelu i myślę sobie, że jak tylko się naje... wyjdziemy na to piękne słońce. Siedzę i siedzę, po chwili przychodzi mama z siostrą. Pola dokańcza jedzenie, ja idę dokończyć makijaż. W trójkę poddajemy się temu co kobiety lubią najbardziej - plotkom. Przebieram Polę, ubieram siebie, pakuję wszystko co potrzebne do wyjścia z domu męcząc się przy tym tak, że najchętniej już bym w nim została. "Coś śmierdzi" - mówi mama. Ale co. No właśnie. Też już zapomnieliście? Oczy niemalże wyskoczyły mi z orbit i lecę. Znów pędzę. Meta - kuchnia. A w niej? Smród, bród i spalona butelka. Skurczona co najmniej o połowę. Ze spalonym, moim mlekiem. I nieważna jest ta butelka. Nie ważny jest ten garnek. Wiecie jaki to ból... odciągnąć tyle mleka i to spalić? Albo wylać? No nic. Pogratulowałam sobie wyjątkowych umiejętności, po czym sama do siebie powiedziałam "No nikt idealny nie jest...". Takie życie. W zapasie całe szczęście znalazła się jeszcze jedna butelka pasująca do laktatora, więc nie jest źle. Ale to podgrzewanie...no nic trzeba znaleźć jakieś inne rozwiązanie. Ja nie znajdę? Oczywiście, że znajdę. Podrzucił nam je dziś kurier i muszę Wam powiedzieć...że tego nabytku... z pewnością nie spalę. Jestem mega zadowolona. Są takie rzeczy, które jak kupię mam ochotę polecić całemu światu i ta właśnie butelka do tych rzeczy należy.
Pacific Baby - termo butelka, która utrzymuję temperaturę napoju aż 10 godzin. Możemy w niej przechowywać zarówno mleko matki jak i mm oraz soki. Co najlepsze...rośnie razem z dzieckiem! (Nie, nie tak jak myślał mój siostrzeniec, że rośnie w oczach :P ) w doposażeniu mam uchwyty i ustniki składane. Wewnątrz znajduje się miarka - szczerze mówiąc, myślałam, że będzie niewidoczna, ale po dzisiaj stwierdzam, że ślepy by ją zauważył. Póki co kupiłam tylko smoczek z wolnym przepływem, ale można później dokupić do niej inne. I fakt, który cieszy mnie najbardziej. Smoczek jest skonstruowany tak, że dziecko obejmuje go całego. Na widoku zostaje tylko plastikowa otoczka. Wcześniej kiedy karmiłam ją butelką Tommee Tippee lub piersią, obowiązkowa była pieluszka pod brodą, w przeciwnym razie, po karmieniu trzeba było ją całą przebierać. Dziś spróbowałam bez pieluszki . Nie spadła ani jedna kropla ! Ha! :) Na prawdę ludziska, polecam !
Termo butelkę ze zdjęcia możecie kupić tutaj --> Kraina Eko Zabawek
bluzka: mothercare
Nie jestem matką polką. Nie mam zamiaru zatracić samej siebie w macierzyństwie mimo, że kocham swoje dziecko nad życie i szaleję na jej punkcie. Nie ma matek idealnych. Ja należę do grupy tych , które nie są przewrażliwione na każdym kroku i do wielu tych spraw, na których temat inni żywo dyskutują i spekulują - ja podchodzę na luzie. Nie mam problemu z tym, że moje dziecko 5 minut leży w leżaczku i patrzy się w TV. Nie rozpaczam z powodu podania mojej córki MM i nie mam wyrzutów sumienia w powodu wypitego reddsa wieczorem. Jestem tylko człowiekiem. Człowiekiem, który potrzebuje żyć. Nie mam zamiaru zamknąć się na świat tylko dlatego, że mam dziecko. Właśnie teraz czuję, że mogę wszystko. Mogę studiować, blogować, chodzić na fitness, a przy tym być najlepszą mamą na świecie. Nie muszę żyć w celibacie i abstynencji żeby być super mamą. Kocham swoje dziecko, dbam o Nią, pielęgnuję, karmię.
Wyjście z domu i wyluzowanie się sprawia, że w swojej roli spełniam się jeszcze lepiej. Bo jestem wypoczęta, zrelaksowana i mam zapas sił na dni, kiedy ona potrzebuje być w moich ramionach od rana do nocy. Tak. Rzucam czasem przekleństwami, bo mi się nie chce. Kiedy dziecko się budzi, a ja jestem zaspana nie frunę do Niej 60 cm nad ziemią śpiewając "Ach dziecko płacz, płacz jeszcze i pod żadnym pozorem nie idź spać! Jestem taka szczęśliwa, że znów się nie wyspałam". Idę zaspana i wściekła jak pies, a po chwili słyszę ten słodki chichot i już nawet o śnie nie myślę. Ba! Jedyne co chcę wtedy zrobić to wyściskać ją z całych sił i wycałować najlepszą część jej ciała - stopy !
I taka będę. Będę od czasu do czasu pić piwo, będę chodzić sama na zakupy, będę chodzić na fitness. Będę przeklinać kiedy będę chciała i będę z koleżankami opowiadać sobie zboczone dowcipy. Będę uprawiać sex, a jak dziecko podrośnie to na pewno pojawię się na domówce u znajomych. ( no nie rób takich zszokowanych oczu, nie mam na myśli przecież libacji alkoholowej...pewnie takie coś już sobie wyobraziłaś nie?). Dziecko nie jest powodem, by zamknąć się w czterech ścianach i poświęcić życie na rzecz rodzicielskiej miłości.
Będę robić to wszystko, a mimo to będę najwspanialszą matką na świecie.
Bo ważne mieć umiar. Wiedzieć gdzie są granice.
Dlaczego będę to robić? Bo jestem tylko człowiekiem - nie matką polką cierpiętnicą.
I w tej normalności mam zamiar trwać.
Ale za to...
Będę pierwszą, która przytuli kiedy zacznie płakać...
Będę pierwszą, która pocałuje zranione kolano i przyklei plaster...
Będę pierwszą, która wstawi się za Nią kiedy ktoś ją obrazi...
Będę pierwszą, która doradzi w złych chwilach...
Będą pierwszą, która przyjedzie, kiedy ucieknie jej autobus...
Będę pierwszą, zawsze kiedy będzie tego potrzebowała.
Będę... będę zawsze.
Bywają czasem takie dni jak ten...pomieszane z poplątanym. Trochę słońca, trochę deszczu. trochę uśmiechów i trochę więcej łez. Zwyczajny poranek, otwieram oczy i widzę dwie najukochańsze mi osoby na świecie. Drugoplanowo rzecz mniej przeze mnie kochana - czubaty kosz z praniem, kosz z tym co dopiero do wyprania i kilka innych rzeczy do ogarnięcia. O dziwo nie czuję się przerażona czy przytłoczona. Powoli zaczynam to wszystko ogarniać. Mam nawet siły napisać kilka referatów, poćwiczyć i zmienić cały świat. Więc wstaję pełna sił i robię. po kolei krok po kroku robię to wszystko co zrobić muszę lub chcę. Budzą się. On wychodzi do pracy, Pola ląduje na moich rękach. Zapełniam każdą lukę pomiędzy jej noszeniem a karmieniem. Czas, który kiedyś tak marnotrawiłam dziś zdaje się być tak bardzo cenny i potrzebny. Wykorzystuję każdą minutę. nie mogę sobie pozwolić na spanie kiedy ona śpi. Jest tyle pięknych książek do przeczytania, tyle rzeczy do zrobienia, a życie jest tak krótkie i kruche. Więc czerpię. Czerpię to co najlepsze. Ponoć najlepsze rzeczy w życiu są za darmo. jedną z nich jest satysfakcja. satysfakcja, która czujesz wieczorem kładąc się do łóżka, że wykorzystałaś każdą minutę tego dnia najlepiej jak mogłaś. że zrobiłaś wszystko co miałaś zrobić, a nawet więcej. I czujesz, że doba ma za mało godzin, bo jest tyle różnych zajęć, których człowiek chciałby sobie dołożyć. Więc dokładam w miarę możliwości więcej i więcej. Zakładam te rolki i jadę przed siebie.I to nic, że Ona akurat w tym momencie musi się obudzić. Można jechać przed siebie i pchać przy okazji wózek. Można pobiegać w blasku słońca, wykorzystując 10 min jej drzemki, by następnie przystawić ją do piersi i odpocząć. Można potem iść do domu i zrobić sobie nieudolnie lewą ręką kanapki, bo prawą tuli się do siebie swoje dziecko. I można robić to wszystko na raty, szybko, jednym słowem tak by pogodzić to z dzieckiem, które jest dziś wyjątkowo markotne i drzemki nie trwają dłużej niż 10 min, a przez pozostały czas trzeba je nosić, bo akurat tego dzisiaj chce. możesz wszystko. Jeśli tylko chcesz. I nie ważne jest to, że mało śpisz, nie masz czasu porządnie zjeść. bo im mniej śpisz tym więcej zrobisz. Dla samej siebie. Tak. Tak własnie wyglądał mój dzień. A na sam jego koniec nie wiedząc już czy lepiej założyć adidasy czy kalosze wzięłam aparat w dłoń, wsadziłam Polę do wózka,a wózek postawiłam wśród kwiatów i kilkoma pstryknięciami uwieczniłam tą jedną piękną chwilę spokoju. Nie było czasu na to by usiąść i nic nie robić. ale robić przez ten cały czas tyle pożytecznych rzeczy jest cenniejsze niż gapienie się w sufit, którego jednak czasem brakuje. Tak mi dobrze. Tak dobrze mi z tym podejściem. Kocham życie. Kocham je jak nigdy, wyciskam jak cytrynę . I chce je tak chłonąć całą sobą już zawsze!
Fontanny. Coś co lubiłam od dziecka. Coś, co sprawiało, że świat stawał się fajniejszy. Podbieganie jak najbliżej, by się "przypadkiem" pomoczyć to była nie lada frajda. I znów. Znów miałam okazję się tak poczuć dzięki osobie, z która idę przez życie. Siostra i mój osobisty fotograf w jednym. (Miło było asystować przy twojej sesji :* ).
Park Bydgoski w Toruniu. Coś co było na wyciągnięcie ręki, a pojęcia zielonego o tym nie miałam. Tuż obok fontanny stawy, lasy, łąki... Na łonie natury długopis i kartka i tworzy się ten post. Ptaków śpiew, wody szum, a poza tym błoga cisza. W wózku leży Ona... Świeże powietrze to jedna z najlepszych rzeczy jaką można dać dziecku. I najlepsze jest to... że nic nie kosztuje ! I mimo, że wśród koniczyn nie widzę tej czterolistnej to jestem w tym momencie najszczęśliwszym człowiekiem na tym globie. Nade mną tylko błękitne niebo w asyście śnieżnobiałych chmur, a zza drzew dość śmiało wygląda słońce, które nastroiłoby pozytywnie nie jednego smutasa. Czas się zatrzymał. W tym momencie nie liczy się nic. Tylko ja, Ona i ten spokój. Chwila ta choć niepozorna dla mnie znaczy wiele. Ptaki zdają się wyśpiewywać arie specjalnie dla Nas, a trawa jest tutaj zielona jak nigdzie indziej. Kaczki co chwila podpływają nieśmiało do brzegu, jak gdyby chciały się przywitać, a wiewiórki zwinnie skaczą z drzewa na drzewo co rusz Nas podglądając. Wszystko tu żyje. Drzewa, kwiaty, liście. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Wszystko jest dla Nas. Jest Nam tak dobrze. Bo jak śpiewał Marek Jackowski " Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba ".
I niech to trwa całą wieczność. Całą wieczność i jeden dzień dłużej...
Czuję się teraz jak po narkotyku. Jak po najlepszej odmianie heroiny. Podekscytowana, zniecierpliwiona, stęskniona. Czuję euforię. Jeśli tak działa na mnie życie z Nią to chcę je ćpać codziennie. Jeśli kac to ma być jej poranny płacz, który mnie budzi i cichnie w moich objęciach, to chcę na tym kacu chodzić całe życie. Bo kocham. Kocham tak, że momentami brakuje mi tchu. Kocham tak, że gdy widzę jej łzy płaczę razem z Nią. Bo gdy kochasz kogoś tak mocno, to każda chwila spędzana z Nim trwa zbyt krótko. Przy takiej miłości nawet całe życie to za mało.
Czas leci tak szybko. W kalendarzu coraz mniej kartek, w sercu coraz więcej miłości. Poranki w trójkę, są lepsze niż poranny seks, bo leją miód na serce i spajają jeszcze bardziej. Dni z Nią uczą cierpliwości i tego, że tak na prawdę nic poza prawdziwym uczuciem jakim się darzymy nie jest ważne. Nic. Wiem, że mogłabym bez wahania oddać za Nią życie. Oddałabym serce, płuca, wszystko. Bez zastanowienia zabrałabym jej wszystkie cierpienia jeśli jakiekolwiek by ją kiedyś spotkały. Poświeciłabym się jej całkowicie. I tak właśnie zrobię. Bo ta miłość warta jest każdego poświęcenia, każdej łzy i każdego wysiłku. Ta miłość warta jest więcej niż cokolwiek na świecie. Ta miłość... ta miłość mnie zmieniła. Uskrzydla mnie każdego dnia i sprawia, że mam po co żyć. Mam dla kogo żyć. Dziś wiem, że gdyby nie ona... nie miałabym nic.
Bo w 5 kilogramach tkwi sens mego życia...
I stało się. Wczoraj Pola skończyła miesiąc. Pożegnaliśmy noworodka, powitaliśmy niemowlaka.
Przez te pierwsze 4 tygodnie przeszłam chyba przez wszystkie możliwe nastroje. Od załamania nerwowego po chwile uniesień, w których mogłabym pisać wiersze o miłości. Zdarzały się ucieczki do łazienki, po drodze zarzucając kilkoma przekleństwami, a kończąc na podsumowaniu " Nie nadaje się", ale zdarzały się też chwile kiedy w przeciągu jednej minuty potrafiłam kilkanaście razy powtórzyć Poli patrzącej się na mnie jak na kosmitę, jak bardzo ją kocham. Zdarzało się, że to ja patrzyłam na Nią jak na kosmitę, kiedy płakała, a ja nie wiedziałam czemu, ale były też momenty kiedy śmiała się do mnie, a ja śmiałam się w głos razem z Nią krzycząc do mamy "Mamaaaaaa, chodź zobacz! Śmieje się do mnie!". Zdarzyło mi się położyć ją obok łkającą i płakać razem z Nią z bezsilności. Zdarzyło mi się też złapać na wpatrywaniu się w Nią kiedy śpi, niczym w obrazek z kotkiem ze Shreka. I dopadło mnie też zjawisko baby bluesa na kilka dni. I miałam tak cholernie dość. Wysiadłam, byłam bezsilna. Cała magia prysła i przestałam wierzyć, że jeszcze kiedyś się pojawi. Wizja mnie siedzącej w domu z dzieckiem, nagle zaczęła mnie przerażać, a ja nie czułam radości z macierzyństwa. Minęło. Dziś, choć nie powinnam, mam z tego powodu wyrzuty sumienia.
Jednak nie zaprząta mi to już głowy. Pożegnałam ten okres i czuję, że z dnia na dzień jest coraz lepiej.
Wydaje mi się, że coraz lepiej ją rozumiem. Że wiem jaki płacz co oznacza, mimo, że na początku każdy brzmiał dla mnie tak samo.
I wciąż, mam te gorsze chwile. I mogłabym napisać całego posta o tym co wkurza, irytuje, drażni. Jednak większą potrzebę odczuwam, by pisać o tych...lepszych stronach macierzyństwa. O tym co mnie cieszy, o tym co jest dla mnie piękne. I chcę każdy dzień z nią zapamiętać jak najpiękniej, jak najlepiej tylko potrafię.
Bo czas ucieka zdecydowanie za szybko. I trzeba nauczyć się cieszyć z każdej chwili. Nawet na pozór nie istotnej...
Pola pierwszego dnia:
Pola dziś:
Czy to na wesela, urodziny czy inne okazje - kartki z życzeniami były, są i będą najlepszym dodatkiem do prezentu, lub prezentem samym w sobie. Wręczamy je osobiście, lub ślemy w pięknych kopertach. Druga opcja jest o tyle świetna, że miło w skrzynce pocztowej znaleźć w końcu coś poza rachunkami i gazetkami reklamowymi. A jakie kartki są najlepsze? Te na narodziny dziecka. Najpierw z ich otwarcia cieszymy się my - rodzice. A za kilka lat walizkę z Nimi otwiera nasze dziecko - i to ono się cieszy. Tak będzie z Polą. Kupując tą walizkę od razu wiedziałam, że będę w niej przechowywać wszystkie pamiątki. Od kartek z życzeniami po kikut pępowiny. I wiem, że będzie to dla mojej córki mega radość kiedy to sama świadomie otworzy i przejrzy.
Muszę przyznać, że z każdym otwarciem koperty leciała mi łza. Wasza pamięć jest niezastąpiona. Sprawiliście mi wszyscy ogromną radość i z tego miejsca chciałabym Wam wszystkim za to gorąco podziękować. Za każdą jedną kartkę, każdy upominek. Zarówno firmom jak i czytelnikom oraz blogerkom. Przy okazji chwalę się również zdobyczami z dwóch konkursów. A firmy, które wysłały mi upominki - pierwsza klasa! Z ręką na sercu - polecam!
DZIĘKUJEMY WSZYSTKIM! Kartki wciąż nadchodzą, zatem obiecuję dołączyć tutaj zdjęcia jeśli listonosz jeszcze nas zaskoczy :)
walizka: MONMON & BRUNTO
Czytając w ciąży wiele blogów parentingowych dzieliłam je na dwie kategorie. Jedne zdecydowanie przesłodzone, drugie albo realne albo przesadzone w drugą stronę. Albo, albo ponieważ nie wiedziałam czy rzeczywiście może być tak źle jak niektórzy piszą. Dziś wiem, że niektóre po prostu opisują jak jest, a niektóre po prostu chcą pokazać piękniejszą stronę macierzyństwa. I chwała za istnienie i jednym i drugim. Chcesz rzeczywistości? Wchodzisz w blogi nr 1. Chcesz na chwilę odpłynąć i spojrzeć na to z tej lepszej strony? Wchodzisz w tą drugą kategorię ...
Czego ja oczekiwałam? Wiedziałam, że trzeba będzie wstawać. Wiedziałam, że będę karmić piersią. Że dziecku się ulewa, że trzeba je przewijać, przebierać itp. Zaskoczyła mnie co prawda częstotliwość tych czynności, no ale... ;) Nie zastanawiałam się natomiast nad faktem, że to wszystko potrafi być ładnie przedstawione tylko na reklamach albo w opowieściach innych. Karmienie piersią - robię to i wiem, że to dla młodej lepsze niż mm. A skoro mleka mam tyle, że mogłabym wykarmić cała wioskę - nie będę tego marnować. Jednak podczas wykonywania tej czynności nie wyglądam jak te uśmiechnięte kobiety na plakatach promujących karmienie. Nie jest to dla mnie magiczne, a większą więź odczuwam z dzieckiem kiedy je przytulam i całuję. Wstawanie w nocy. Wiedziałam, że będzie trzeba. Nie wiedziałam, że będę to robić z miną wściekłego psa. Ale... padł na moim FP wczoraj taki post :
"I czasem jestem tak cholernie zmęczona. A ona zaczyna płakać w momencie kiedy zapadam w głęboki, upragniony sen. I wstaję i kroczę. Z nastawieniem bojowym i miną wściekłego psa. I dochodzę do niej, zapalam lampkę, a ona się patrzy i robi ten śmieszny dziubek, a w policzku ma ten cudny dołek. I nie mam serca się wściekać. Jest piękna. Jest kochana. Jest moja."
I nie ma w nim ani odrobiny przesady. Jest stuprocentowa prawda. Co najlepsze. Rzeczywistość zaskoczyła mnie nie tylko tym, że wstając do niej jestem zła. W życiu też nie przypuszczałabym, że uśmiech dziecka może tak łagodzić a wręcz likwidować wszelką złość. Zawsze kiedy pisałyście mi na facebook'u teksty typu "Uśmiech dziecka wynagrodzi Ci wszystko" ; "Ja zawsze jak zobaczę jak moja mała się uśmiecha to wszystko mi mija" - myślałam sobie "WTF kobiety nie przesadzajmy, uśmiech jak uśmiech" ... no ale los pokazał, że ten uśmiech znaczy dużo więcej niż cokolwiek na tym świecie.
W ciąży kupowałam multum rzeczy dla Poli. Od przecudnych czapek bo słodkie skarpetki. Śliczne pajace, bodziaki. Po prostu wszystko. W głowie tworzyłam sobie obrazy jak moje dziecko będzie pięknie w tym wyglądać. Rzeczywistość pokazała, że dziecko owszem wygląda w tym ładnie. Ale pokazała też, że istnieje mega duże prawdopodobieństwo, że owy cudny ciuch potrafi być po minucie zalany wyplutym mlekiem bądź osikany. Równa się to stercie prania i prasowania. Wiedziałam, że dziecko płacze. Nie sądziłam jednak, że czasem płacz może trwać w nieskończoność mimo jakichkolwiek prób uspokojenia dziecka.
Tak. Rzeczywistość weryfikuje nasze wyobrażenia, nasze oczekiwania. Stajemy się mądrzejsi i z dnia na dzień mamy coraz większy bagaż doświadczeń jeśli chodzi o wychowanie dziecka. I mimo, że w naszych wyobrażeniach macierzyństwo może wydawać się słodkie niczym miód, a okazuje się, że nie zawsze tak jest... to właśnie to wszystko co złe, co męczy, co sprawdza naszą cierpliwość - jest swojego rodzaju sprawdzianem. I właśnie to wszystko potęguję naszą miłość. Nie może być słodko i łatwo. Dzięki temu, że chwilami jest trudno - zaczęłam doceniać każdą minutę. Zaczęłam doceniać dzień jakim jest niedziela. Zaczęłam doceniać swoją mamę. Zaczęłam doceniać... życie. Macierzyństwo nie jest proste. Nie jest usłane różami. Ale jest wyjątkowe. I uczy kochać. Kochać całym sercem.
