0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

Mogłabyś dzisiaj iść tym chodnikiem i narzekać, że zimno, że pada, że szaro i ponuro...mogłabyś zabijać wzrokiem każdą mijaną osobę i na płacz dziecka odpowiadać w myślach "przestańże w końcu jęczeć!". Mogłabyś się wkurzać, że wszystko idzie nie po Twojej myśli, bo deszcz zmazuje Ci tusz do rzęs, a samochód przejechał obok zbyt szybko i pochlapał Cię błotem... mogłabyś tak trwać w tym jesiennym, depresyjnym stanie i postrzegać wszystko tak jak rzeczywiście wygląda - szaro i niezachęcająco do niczego... mogłabyś znów wkurzać się, bo dzieci zamiast grzecznie iść ubrudziły nowe ubrania w błocie, a Ty się przecież spieszysz, sama już nie wiesz gdzie, ale żyjesz schematem, o 14 powinien być obiad, a jest 13:45 więc nie możesz przystopować... mogłabyś, mogłabyś... mogłabyś i zapewne możesz, a jeszcze bardziej pewne, że tak zrobisz, robi tak każda z nas, częściej lub rzadziej...

i ja mogłabym tak zrobić dnia wczorajszego, ale przecież mogłam też inaczej. Mogłam po prostu iść w ten deszcz, uśmiechając się do każdego jakby był moją bratnią duszą. Mogłam po prostu iść i poprawiać jej tą czapkę co 2 sekundy i śmiać się z tego, że nie chce założyć rękawiczek. Mogłam się zatrzymać, wytarzać z nią w liściach i wracać brudna i mieć gdzieś co inni myślą... mogłam mieć gdzieś, że te wszystkie rzeczy co właśnie zostały umorusane mieszanką błota, piasku i bóg wie czego jeszcze, były przed chwilą godzinę prasowane, tak żeby nie było widać żadnego zagniecenia...  mogłam zmarznięta zbierać z nią liście, szukać pod nimi kasztanów i pakować do papierowej torby... mogłam śmiać się z tego, że próbując robić jej zdjęcie, ona siada na betonie, centralnie w kałuży koloru niezidentyfikowanego... mogłam oczywiście, że mogłam, a nawet tak zrobiłam...

bo można widzieć wszystko albo na szaro albo na różowo. i żadna sytuacja nie ma nigdy koloru, póki my sami jej nie pokolorujemy. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, jak to się czasem mawia... i może nie ma sensu wmawiać sobie, że wszystko jest piękne i zajebiste, bo każdy dobrze wie, że w życiu nie wszystko takie jest. Ale mogłabyś też zrozumieć, że sztuką tak naprawdę jest zdanie sobie sprawy, że wszystko jest neutralne, póki my nie nadamy temu znaczenia...

poniższy cytat dedykuję najwspanialszej na świecie siostrze. Przeczytaj go nawet milion razy... zrozum i wciel w życie. Kocham Cię.

 

"Jaka jest różnica pomiędzy MOCnym nastawieniem a pozytywnym nastawieniem? Różnica jest subtelna ale istotna. Ludzie, którzy są pozytywnie nastawieni udają, że świat jest usiany różami, kiedy w głębi duszy wiedzą, że nie jest… Nastawienie MOCy to zrozumienie, że wszystko jest neutralne, że nic nie ma znaczenia dopóki nie nadamy temu znaczenia. Że możemy stworzyć historię i nadać jej znaczenie. – T Harv Eker"

 

z serdecznymi podziękowaniami dla swojej córki, która jak nikt inny nauczyła mnie cierpliwości, pokory i pozwoliła mi na nowo poczuć się jak beztrosko jak dziecko. z serdecznymi podziękowaniami dla Ciebie kochana, bo to Ty uczysz mnie każdego dnia miłości i sprawiasz, że czuję się kochana. A człowiek kochany... może wszystko. Wszystko co tylko sobie ubzdura...

 

DSC_0868

 

DSC_0870

 

DSC_0875

 

DSC_0877

 

DSC_0879

 

DSC_0881

 

DSC_0884

 

DSC_0885

 

DSC_0887

 

DSC_0890

 

DSC_0898

 

DSC_0899

 

DSC_0900

 

DSC_0902

 

DSC_0912

 

DSC_0915

 

DSC_0918

 

DSC_0919

 

DSC_0920

 

DSC_0923

 

DSC_0928

 

DSC_0931

 

koszula: tutaj

Wszyscy mają kamienne twarze, wpatrzone w małe świecące ekrany, na których rozgrywa się ich życie. Messenger, snapchat, instagram. Filtry zakrywają ich codzienne problemy, kadry pozwalają na sprytne wychwytywanie pięknych rzeczy pośród syfu, a emotki pozwalają nam śmiać się bez naruszania mimiki twarzy. Jedziesz autobusem i widzisz tylko pochylone głowy... Prędzej zobaczysz uśmiech skierowany do telefonu niż do przypadkowego pasażera, który właśnie usiadł obok.

To jest życie...życie zamknięte w technologii. W restauracji prędzej zobaczysz parę, która ustawia sobie status "zakochany" na fejsie niż parę patrzącą sobie głęboko w oczy. W internecie poznasz matki idealne, piszące Ci o idealnym wychowaniu, a same siedzące przed kompem większość dnia i mówiące dziecku "zaraz, później, nie teraz". Do reszty pochłonął nas świat internetu i przyćmił co niektórym, co w życiu jest naprawdę ważne. Co drugi bloger, co druga gwiazda, ba! Co drugi człowiek - bo już nie trzeba być osoba publiczną, by pokazywać swoje życie na insta - co drugi człowiek uczynił ze swojego życia show, gdzie każdy najmniejszy element jest starannie dopracowany. Tak by zachwycał, inspirował i pogrążał szaraków w ich kompleksach.

Żyjemy w czasach gdzie szczerość, prawdziwość i co najważniejsze - autentyczność są towarem deficytowym. Wszystko jest pieprzonym kłamstwem, które inni łykają jak leci. Ludzie w dobie social mediów, przestali mieć problemy i przestali pisać o prawdziwym życiu, bo o wiele lepiej sprzedaje się życie idealne. Kolorowe ( oh wait! najlepiej białe!), pełne drogich gadżetów, dalekich podróży. Pieprzenie o pozytywnym myśleniu osób, które nie znają słowa: problem, bieda, choroba. Pieprzenie o zaradności przez nadzianych dzieciaków, którym starzy przesyłają miesięcznie na konta kilka tysięcy na drobne potrzeby. Co jeden to lepszy jak to się mówi. Każdy chce błyszczeć bogactwem, ciętymi ripostami, a mało kto już stawia na prawdziwe wartości. Autorytety dzisiejszych czasów: gwiazdy pokroju Kim K. znane z wielkiej dupy i seks taśmy. Gang Albanii znany z tego, że jest małym stadkiem bezmózgich idiotów. Ale to ich "kawałki" przecież mają przekaz dla dzisiejszej młodzieży, bo przecież zdanie "prawdziwa dama to twoja mama" - jest tak cholernie głębokie, że należy je odśpiewywać w szkołach na dzień matki.

Należałoby się zapytać "Świecie dokąd zmierzasz?" - tylko już się nawet odechciewa kiedy idziesz przez miasto i co chwilę o Twoje ramię ociera się ktoś zapatrzony w telefon. Odechciewa się komentować rzeczywistość, kiedy osoba z książką w autobusie przestaje być rzeczą normalną, a zdaje się być sceną z filmu science-fiction. Odechciewa mi się komentować rzeczywistość, bo nawet nie ma na to pieprzonego czasu. Wszyscy biegną, nie mając czasu na nic co ważne. Wszyscy biegną, bo albo chcą, albo muszą.

Jestem znudzona internetem i tym, że nawet gdy mnie w nim nie ma, to wszyscy inni o nim gadają i siedzą w niego wpatrzeni. Jestem zniesmaczona coraz większym ograniczeniem ludzi, jestem zniesmaczona zamienianiem naszego polskiego języka na jakieś pieprzone angielskie słówka, bo tak jest cool i trendy. Czuję się jak ułom, kiedy przewijam tablicę na fejsie i nie rozumiem połowy rzeczy, które ludzie piszą między sobą. Bo w dzisiejszych czasach nie można po polsku, nie można pełnymi zdaniami. Trzeba krótko, zwięźle i koniecznie skrótami in inglisz!

Jestem zniesmaczona tak bardzo, że mam ochotę popaść w skrajność, usunąć wszystko i wieść spokojne życie. Ale wszystko jest dla ludzi, dlatego po prostu wybieram życie. To prawdziwe i autentyczne, w którym tak jak zawsze piszę Wam bez ściemy jak jest i piszę Wam to wtedy gdy najzwyczajniej w świecie mam na to czas. Wybieram życie, bo mimo młodego wieku czuję jak czas ucieka. Widzę to po coraz starszych twarzach bliskich, widzę to po swoim aucie, który po raz kolejny rozklekotało się wczoraj na wyjeździe z autostrady. Widzę to po twarzy mojego ojca i coraz starszych kuzynach, których jeszcze wczoraj nosiłam na rękach. Życie jest tu i teraz. Dlatego krew mnie zalewa, kiedy czytam o tym jak ludzie tracą bliskich, olewają to co ważne - przez pieprzone cuda technologii. Srajfony, tablety, komputery i inne gówna, których nazw nawet nie znam , bo najzwyczajniej w świecie nie nadążam. Też kiedyś patrzyłam się w komputer jak w święty obrazek nie dostrzegając jak sypie się mój związek. Dzisiaj nadal ciężko odbudować to co się zburzyło, ale pracuję nad tym razem z F. jak tylko mogę.

Zdecydowanie tęsknie za czasami, kiedy ludzie jedli to co chcieli, a nie wybierali to co ładnie wygląda, żeby móc się tym pochwalić. Zdecydowanie tęsknię za czasami, w których za autorytet miało się osoby mające coś mądrego do powiedzenia, a nie matki-blogerki, które z dziecka zrobiły obiekt do przebierania w firmowe ciuszki.

Być może w swoich przemyśleniach jestem nieco za bardzo rozemocjonowana, ale o to własnie chodzi. O nie ważenie każdego słowa i nie przemyślanie każdego swojego kroku. Moim celem jest żyć, kochać i być szczęśliwym - nawet gdy jest ciężko. I nigdy, przenigdy moje życie nie stanie się jednym wielkim show, w którym wszystko jest starannie dopracowane, przemyślane i ułożone tak, by wszyscy inni się tym jarali.

Po prostu...wybieram życie. Autentyczne, prawdziwe i często tak kurewsko ciężkie jak dnia dzisiejszego.

Bycie full time mamą 24 h bez żadnej pomocy potrafi ostro dać w kość. Doskonale pamiętam czas, gdy miałam swoją teściową dwa bloki dalej i podczas mojej choroby brała Polkę na kilka godzin, albo po prostu brała ją gdy chciałam wyskoczyć na pocztę, do sklepu. Wiedziałam, że wyprowadzka do nowego miasta, gdzie nie będę miała kompletnie nikogo, będzie dla mnie wyzwaniem. Jednak jak się okazało - mimo, że jest cholernie ciężko - jest jeszcze lepiej.

Jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy któraś z koleżanek pisała mi, że jest z dzieckiem bez żadnej pomocy rodziny, odpowiadałam "Boże podziwiam! Ja to bym zwariowała". W sumie to miałam rację. W cholerę idzie zwariować jak się nawet człowiek załatwić w spokoju nie może i w cholerę idzie zwariować jak Ci nikt do dziecka przyjść nie może, żebyś z facetem mogła iść sobie na głupi spacer we dwójkę na 10 minut. Ale kto powiedział, że nie można zwariować pozytywnie? Oczywiście, że można. A jak to było u mnie?

  1. Euforia - nowe miejsce, stolica, nowi ludzie, nikt mnie nie zna, chcę tańczyć, śpiewać, ahhh! - no bo jak tu się nie cieszyć, że się w końcu znalazło w miejscu, o którym się marzyło. Ludzie biegnący 24 h, a mimo to uśmiechający się do ciebie. Ty bez makijażu wylatująca po bułki, bo przecież "I don't ku*wa care! Nikt mnie nie zna!" - do czasu aż podchodzi do Ciebie nieznajoma pani i mówi "Jejku czytam Twój blog!"

     2. Znudzenie - halo? Dlaczego jestem tutaj sama? Dlaczego nikt jej na chwilę nie weźmie? Boże, dlaczego znów               jem zimny obiad? Halooo, ja chcę do kina! Do pubu, na kolację!

     3. Nauka organizacji - czyli akceptacja tego, że nie mam nikogo do pomocy i nie mogę nad tym stanem rzeczy              ubolewać przecież. Uczenie się siebie z Polą od nowa, walczenie z momentami słabości i dbanie o jak najlepszą              organizację dnia czyt. pakuję do torby pampersy, żarcie i picie i wybywam z chałupy, żeby nie sprzątać ;) ( joke -         chociaż nie powiem - bywało i tak :D )

A tak całkiem poważnie. Kiedy miałam pomoc pod ręką, mówiłam: " Ja nie dałabym rady bez rodziny, bo są sytuacje, że dziecko muszę po prostu podrzucić nawet na pół godzinki" - i do tej pory doceniam, że nie musiałam z dzieckiem pocić się w kolejkach do lekarza gdy chorowałam, nie musiałam targać na usg piersi, do ginekologa i na pocztę. Kiedy jednak człowiek zostaje skazany sam na siebie, okazuje się, że bywanie z dzieckiem WSZĘDZIE jest normą, bo przecież inaczej nie można. Ciekawą sytuacją było dla mnie ostatnio ukruszenie zęba. To niesamowite jak bardzo wątpimy czasem w nasze dzieci. Zrozpaczona umówiłam się na wizytę ok.18 do dentysty w bloku naprzeciwko. F. dzwoni, że będzie po 20 - norma. I teraz czarny scenariusz przed oczami - ja kładąca się u dentysty na cudownym, wygodnym fotelu i Pola skacząca po mnie, bojąca się usiąść na 10 minut sama obok. Aż w końcu dentystka wypraszająca mnie z sali, bo nie może przecież nic zdziałać. No i siedziałam w tej poczekalni zestresowana, a Pola bawiła się w kąciku. I nagle drzwi się otwierają: " Proszę wchodzić" - posadziłam więc Polę na krzesełku obok biurka, dałam książeczkę, kilak zabawek i usiadłam, a Pani zaczęła naprawiać moją jedynkę. 5,10,15 minut dziecko cisza. Wstaję z fotela, Pola spokojna. What the fuck - myślę sobie? Aż musiałam familię obdzwonić, że z dzieciem moim, szatanem małym poszłam naprawić ząb do dentysty. I, że dziecko moje nogi się kurczowo nie trzymało jak zawsze. Może to te opary stomatologiczne...

W każdym bądź razie - nagle okazuje się, że jesteś w stanie z dzieckiem robić wszystko. Jechać godzinę metrem na spotkanie, nawet jeśli w połowie musisz wyjść, bo dziecko zaczyna drzeć się z niewiadomych przyczyn. Nagle okazuje się, że w 30 stopniowy upał potrafisz sama biec z chorym dzieckiem do przychodni, a potem zrobić zakupy na cały tydzień i biec z nimi i z wózkiem do domu. Nagle się kurka okazuje, że dostajesz +100 do zaradności, bo umiesz robić jeszcze więcej rzeczy nogą, uchem, a nawet małym palcem od stopy.

Ale co jest w tym wszystkim najprzyjemniejsze? Teściowa stająca w drzwiach z walizkami i zabierająca dziecko codziennie przez tydzień na kilkugodzinne spacery. Myślicie, że cieszyło mnie to tak samo, gdy pomoc była tuż obok?

A tak całkiem, całkiem serio...największym wyzwaniem jest chyba...samotność. Bo ciul z tą pomocą. I tak jakoś mega tej pomocy nie wykorzystywałam. Ale było do kogo pójść, odezwać się, pośmiać, a nawet po prostu wypić herbatę. I tęskno mi jak cholera i nawet nie wiedziałam, że będzie mi aż tak bardzo. Ale wiecie co? Nie wrócę. Tutaj inaczej się oddycha, inaczej się funkcjonuje. Wierzę, że kiedy w końcu Pola podrośnie, to poznam tutaj fajnych ludzi, z którymi będę mogła sobie wyjść do kina, teatru czy na drinka. Zawsze sobie powtarzam: " Dziewczyno! Masz dopiero 22 lata! Wszystko przed Tobą". A teraz? Teraz to chłonę to miasto jak gąbka z najlepszą towarzyszką, jaką mogłam sobie wymarzyć. I ta towarzyszka nie pozwala mi się nudzić i rozmyślać. Stworzyłyśmy w tej stolicy swój mały świat. Mamy swoje spacerowe miejscówki, swoje ulubione zabawy i póki co jesteśmy tylko dla siebie. Ja dla niej, ona dla mnie. Cholernie to piękne i cudowne zarazem. Pokochałam jedzenie z nią śniadań na blacie i czekanie na F. z ciepłym obiadem. Pokochałam bycie Panią domu wiecie? Jak nigdy polubiłam gotować i sprzątać. I właśnie to stało się dlatego, że wiem, że nikt nie zrobi tego za mnie. Nikt mi w niczym nie pomoże. Więc muszę być samodzielna. I nie dam sobie wmówić, że cały ten pierdolnik, który jest na naszej głowie, musi sprawić, że stanę się sfrustrowaną matką polką. Ja to cholera lubię! Ja tu zostaję!

 

DSC_2310

 

DSC_2312

 

DSC_2315

 

DSC_2318

 

DSC_2322

 

DSC_2323

 

DSC_2326

 

DSC_2331

 

DSC_2333

 

bluzka - tutaj

 

Ludzie powiadają, że pieniądze szczęścia nie dają. Ciężko się z tym zgodzić w momencie, gdy przez ich brak rozpadają się związki, a ludzie popadają w depresję lub skaczą z mostu. Być może za kasę nie kupisz miłości i szczęścia, ale zdecydowanie ułatwi Ci ona życie. Jeśli jednak nie masz jej póki co wystarczająco...wcale nie oznacza to, że nie możesz żyć "na 100 procent".

Jak zwykle najlepsze scenariusze czyt.wpisy na blog tworzy...życie. Oh wait! To nie życie! To ludzie! Miałam przemilczeć ostatni czas w moim życiu, który był niesamowicie ciężki i...biedny. Bo nie było mnie w pewnym momencie stać nawet na pampersy dla dziecka. Ale...no ale muszę do tego nawiązać. Dlaczego? Posłuchajcie...

Wczoraj Ewka Chodakowska wstawiła na swój FP zdjęcie z autobusu, z jak zwykle motywującym opisem. Przekaz był między innymi taki, że zarzuca się jej, że ona jak ma kasę to łatwo jej mówić sratata. Ale Ewka przecież przyznaje, że nie zawsze tak było. Pracowała na stacji benzynowej, stała za barem, sprzątała. A mimo to nie pozwoliła sobie wmówić, że kasa jest jakimś ograniczeniem i małymi krokami dążyła do celu...aż jest w miejscu takim, a nie innym. Wszystko ładnie, pięknie, ale przecież to byłoby święto, gdyby nie pojawiły się komentarze głupców, którzy przekazu i tak nie zrozumieli. Głupców, którzy przez pusty portfel, zaczynają darzyć dziwną niechęcią wszystkich, którym się coś udaje i którzy nie daj Boże jeszcze na tym zarabiają. Komentarze, po których wstałam i zaczęłam pisać ten wpis, brzmiały następująco. Cytuję:

1) "Pracując na stacji benzynowej można zarobić na nowy biust? W takim razie poproszę o namiary na tę stację (patrząc na to, że człowiek musi opłacić rachunki itd i nie ma całej wypłaty na swoje wydatki).doczepianie się do takich rzeczy jak nowy biust, który cholera wie kiedy był zrobiony, jest po prostu szczytem idiotyzmu. Jakiekolwiek zaglądanie w portfel jest dnem i osobiście banuję WSZYSTKIE tego typu komentarze. Czuć tutaj na kilometr bólem tyłka, bo tylko przy chorej zazdrości ludzie są zdolni do WYLICZANIA i tego typu komentarzy.

2) "Nie daj sobie wmówić... mnie nikt nie musi wmawiać, widzę zawartość portfela i to, że mnie nie stać na te wszystkie zdrowe produkty, kolejną płytę, stworzenie indywidualnej diety, czy pójście na trening który Ewa prowadzi. Nigdy nie będę miała markowych butów czy stroju do ćwiczeń, bo zwyczajnie niestety kasa mnie ogranicza." - na ten komentarz zareagowałam miną, mówiącą "wtf?!" - serio. Ja również otwieram portfel i za przeproszeniem, gówno w nim widzę. Niestety. Ale potrafię odpalić skalpel na YT, a jeśli nie stać mnie na internet to po prostu ćwiczę "z głowy" - przysiady, brzuszki itp. Nigdy w życiu nie zakupiłam żadnej płyty, nie zapłaciłam za indywidualne programy treningowe. Nigdy nie poszłam na trening do Ewki, ba! Nawet na siłownię ( przynajmniej od kiedy jestem w Wwa) . Nie mam markowych butów, a najczęściej ćwiczę w legginsach z SH za 2 zł na...kocu. Nie mam też kasy, by gotować 5 super zajebistych posiłków dziennie, dlatego po prostu kiedy mnie nie było stać na nic, zamiast białej bułki kupiłam żytnią. Serio, to nie problem.

3) " Kiedy się przychodzi w sukience za 10 tys na galę, nie ma się dzieci i dobrą pracę latwo jest powiedziec "to nie kasa Cie ogranicza". Młodsza osoba w moim wieku ma lepszy start żeby mieć lepiej za pare lat dzieki ciężkiej pracy ale kobiety ktore maja po 3 dzieci i pracują za marne 8 zł netto nie mają czasu i pieniędzy. I to jest fakt." - kiedy już widzę wyliczenie kosztu sukienki to od razu czuję ten popularny wśród Polaków ból tyłka. Powtórzę jeszcze raz - dno! Wspomnienie o kobietach, które mają po 3 dzieci i pracują za 8 zł. Po 1 jeśli klepałabym biedę nie miałabym trójki dzieci. Po 2 znam osoby z piątką dzieci, które nawet  w nocy potrafią znaleźć pół godziny na ćwiczenia. Jeśli nie lubisz zarywać nocy - nie narzekaj! Twój wybór. Po 3...jeśli już tak w każdym komentarzu musi paść słowo o tym niedoborze pieniędzy - zapewne znów podpadnę jeśli powiem niczym Komorowski "To zmień pracę", ale serio...brak pieniędzy nie sprawia, że MUSISZ się niezdrowo odżywiać. To tylko Twoja wola, że za ostatnie 3 złote kupisz zupkę chińską, a nie kilka jabłek.

Ale do rzeczy. Jeśli jesteśmy już przy kwestii ćwiczeń i jedzenia. Ludzie planując dietę, planując treningi, zakładają, ze wszystko musi stać się od razu i musi przebiegać zgodnie z założeniami trenerów, czy założeniami w książkach. Po 2 dniach zdrowego gotowania 5 posiłków z książki, stwierdzamy, że wydałyśmy tyle kasy ile normalnie przez 2 tygodnie i...odpuszczamy. Żyjemy w jakimś chorym przekonaniu, że musimy robić pełnowartościowe, drogie dania, zamiast zamienić sobie to co robimy normalnie na coś zdrowszego. Mamy tak małe umysły, że nie potrafimy wpaść na to, że jeśli jemy codziennie ziemniaki z sosem, to wystarczy odstawić sos, a jeśli rano codziennie jemy biały chleb z serem, to wystarczy zacząć jeść ciemny chleb z jajecznicą i nie obciąży to naszego portfela. Ludzie są chorzy myśląc, że ćwiczyć można tylko pod okiem trenera, w butach nike. Tymczasem przysiady w domu na bosaka, nie kosztują nic. Ale nie o jedzeniu i ćwiczeniach chciałam się tutaj rozpisać, choć idealnie wpasowuje się to w przekaz tego tekstu.

Mianowicie, w opisie powyższych sytuacji aż za bardzo widać jak brak pieniędzy wpływa na ludzi. Zapewne wie o tym co drugi z nas. Wiem o tym też ja, bo brak kasy, a wręcz stan na minusie, wpędził mnie w ogromną depresję. Tylko kurcze między mną, a cytowanymi komentatorkami jest pewna różnica. Ja NIGDY nawet kiedy jest cholernie źle, nie darzę niechęcią osób, które mają więcej. NIGDY im niczego nie wyliczam, nigdy powstania ich sukcesu jeśli takowy istnieje, nie utożsamiam z nadmiarem kasy, bo sukces to głównie upór i determinacja. Kasa to skutek uboczny. Nigdy tego nie robię, a wręcz przeciwnie. Zdrowo zazdroszczę, cieszę się z ich szczęścia i sama dostaję kopa, by dążyć do tego, by...również mieć więcej. Bo kto nie chce?! Otwarcie przyznaję zawsze, że chcę mieć kupę kasy, ale jeśli nie jest mi dane mieć jej teraz to i tak jest spoko!

Mam w swoim otoczeniu pewną osobę. Nie mogę powiedzieć kto (niestety) i nie mogę też się od niej odciąć (niestety). I jest to typowy HEJTER wszystkich, którzy mają lepiej. Jest to hejter dzieci, które jedzą drogi kawałek ciasta w restauracji i jest to hejter gwiazd, które wstawiają sobie nowe zęby. Jest to hejter wszystkiego gdzie jest KASA. I wcale nie jest to hejter biedny - co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze. Jest to po prostu klasyczny przypadek wiecznie narzekającego polaka, któremu ciągle w dupie mało. I ten klasyczny przypadek ma na pierdyliard pierdoł, które ciągle kupuje. I ten przypadek mógłby wiele odłożyć gdyby nie wpychał w siebie gównianych ciastek i nie kupował gównianych gadżetów do domu. No ale... po co to zmieniać? Lepiej wyliczać innym i narzekać jak to ma się cholernie źle.

Pomału chciałabym przejść tak naprawdę do sedna tego wszystkiego co chcę przekazać. Zanim ktoś mi tutaj rzuci klasycznym tekścikiem " Bo ty masz to co ty możesz gadać!" - no więc drodzy państwo. Nie mam. I otwarcie to przyznaję. Nie mam, nie wiem czy w najbliższym czasie będę mieć, ale... nie ogranicza mnie to! Żyję od wypłaty do wypłaty, często gdzieś po drodze stwierdzając, że już zabrakło i trzeba teraz...no właśnie co trzeba? No zarobić! BRAWO! Poprać ciuszki, wyprasować, zrobić zdjęcia, sprzedać, albo iść i umyć komuś okna, żeby mieć na bułki. Opcji jest wiele. W pewnym momencie mojego życia nie miałam nawet na masło do bułek, oczywiście tych najtańszych, a jedyne co piłam to wodę z kranu. Nie było mnie stać nawet na pampersy dla dziecka, ale...nie narzekałam i  nie zabijałam wzrokiem ludzi, którzy z marketów wychodzili z rachunkiem 500 zł. Płakałam po nocach, podliczałam i trzęsłam się na myśl kolejnego dnia, w którym znów będę musiała dziecku powiedzieć "NIE" kiedy pokaże mi na owoc na bazarze lub nie daj Boże loda czy gofra, czy inne gówno za 5 zeta. Ale przeżyłam, wyszłam na prostą i...żyję, robiąc wszystko, by znów mieć wszystko czego pragnę. Nie stanę się zołzą tylko dlatego, że nie stać mnie na nowe buty.

Jestem człowiekiem, cholernie zaradnym, który rozwija swój blog i może dzięki niemu mieć dla dziecka wszystko co najlepsze ZA DARMO - nie wstydzę się tego. Jestem człowiekiem, który nie uważa się za nikogo lepszego - jeśli los mnie zmusi - pójdę myć okna, sprzątać, zamiatać ulice - cokolwiek! Jestem człowiekiem, który nie ma fioła na punkcie kasy i wszędzie jej nie widzi. Jakiś czas temu ubolewałam, że nie mogę mieć pięknego drewnianego stołu, własnego mieszkania i zajebistych dodatków do domu, które pokazałabym na blogu. Dziś wiem, że dodatki mogę zrobić sama, co niedługo zresztą sami zobaczycie. Dziś wiem, że oldschoolowe talerzyki, które kosztują 30 zł w sklepie, można dostać za złotówkę w lumpeksie, tylko trzeba do niego się przejść kilka kilometrów.

Ktoś kiedyś napisał mi na blogu, że zawsze myślał, że mam worek kasy, bo zawsze z Polcią dobrze ubrana, zawsze fajne gadżety itp. Napisałam wtedy, że ubrać to się można fajnie za 5 zł od stóp do głów, a gadżety to tylko i wyłącznie zasługa bloga. Ktoś mi zaraz napisze "no własnie, masz blog to sobie możesz gadać" - ale zaraz, zaraz! Ty też możesz go mieć! I zobaczysz, że te darmowe gadżety to i tak często NIC w przeliczeniu na wszystkie godziny twojej PRACY, dzięki którym je masz.

Życie nauczyło mnie w ostatnim czasie 3 rzeczy: pokory, oszczędzania i jeszcze większej zaradności życiowej. Nie czuję się już jak królowa życia, kiedy wpadną mi na blogu płatne zlecenia. Zrozumiałam, że są rzeczy ważne i ważniejsze, więc w miarę możliwości, każda zarobiona przeze mnie złotówka, ląduje w kopercie z oszczędnościami. NIGDY nie dopuszczę do sytuacji, w której nie będę mieć żadnych pieniędzy na czarną godzinę. Odkładanie kasy to luksus, ale niestety jeśli podliczycie wszystkie bzdury, na które ją wydajecie, nawet maleńkie pierdoły - to całkiem możliwe, że w skali miesiąca wyjdzie wam 50 zł, a nawet i więcej, które mogłyby już służyć jako zabezpieczenie. Na leki czy na ten pieprzony chleb. Dlaczego życie nauczyło mnie jeszcze większej zaradności życiowej? Bo zrozumiałam, że nie sztuką jest urządzić dziecku pokój za 10 tysi, wrzucić na blog i zbierać owacje. Sztuką jest zrobić coś z niczego, a mimo to osiągnąć efekt WOW. Sztuką jest ubrać się jak najlepsza gwiazda zostawiając w lumpeksie 10 zł i sztuką jest urządzić sobie dom, odnawiając rzeczy, które ludzie oddają za darmo. Rzadko, ale jednak! ;)

Brak kasy frustruje, ale nie musi robić z nas bezdusznych hejterów i zgorzkniałych jędz. Osobiście będę dążyć do tego, by kasy w portfelu mieć jak najwięcej. Oczyma wyobraźni widzę siebie w luksusowym aucie. Widzę swoje własne mieszkanie i widzę gruby portfel, za który kupuję cały kosz zdrowego żarcia na cały tydzień. Nie uważam, że czyni to ze mnie osobę próżną. Jeśli to wszystko będę mieć - to będzie to tylko i wyłącznie efekt mojej ciężkiej pracy i samozaparcia. Moja teściowa, często mi powtarza, że wie, że ja to nie zginę. To prawda. Nie zginę, bo brak kasy mnie nigdy nie ograniczy, a jeśli jej zabraknie, to już moja w tym głowa, bo sobie z tym poradzić. Marzę o dużych pieniądzach, ale nie ubolewam też, że wizja ta może spełnić się dopiero za 10 lat. Zamiast siedzieć i narzekać i hejtować innych w internecie - czytam książki, kształcę się, pracuję nad stroną i rozpisuję. Krok po kroku. Co zrobić, by żyło mi się lepiej? Nie liczę na rząd, na rodziców, na zasiłki. To ja kształtuję swoje życie i to ode mnie zależy jak będzie ono wyglądało. Nie mam teraz szans na żadną, stałą pracę, ale przez najbliższy rok, przed pójściem Poli do przedszkola będę tyrała jak dziki osioł, by wypracować umiejętności i zdobyć dyplomy, które pozwolą mi zdobyć pracę marzeń. Nie oczekuję, nie wymagam czegoś tu i teraz. Nie mam zbyt wiele do zaoferowania pracodawcy na dany moment, więc czemu miałabym się dziwić, że i on nie ma mi również niczego do zaoferowania? Dlatego stawiam na ciężką pracę nad samą sobą, by za rok iść, rzucić papiery na pewne biurko i pokazać, że TAM mnie potrzebują.

Pozwolę sobie jeszcze dodać, że w Polsce jest źle. Cholernie źle. Jest na co narzekać, tylko jakoś ja nigdy jeszcze tego nie zrobiłam. I tak nic nie zmienię. Wpływ mam tylko i wyłącznie na swoje życie. Mogłabym krzyczeć, żalić się, że rząd mi nie ułatwia powrotu do pracy, że żłobki po 1000 zł, że mieszkania drogie, ale ciul z ceną, bo i tak zdolności nie mam. Mogłabym się żalić, że to wszystko wina Tuska, ale  od roszczeniowej postawy jeszcze nikt się nie wzbogacił...  Mam zdrowe dziecko, dach nad głową, za który co prawda płacę dwa klocki, no ale jest... Mam co jeść, choć nie są to rarytasy. I co z tego, że czasem brakuje? Wierzę, że tak nie będzie wiecznie. Po co miałabym więc nie lubić ludzi, którzy mają więcej? Podliczać ich, krytykować? I nie pieprz mi tu głupot, że widocznie nie zaznałam biedy, przy której człowiek nie myśli racjonalnie. Zaznałam, ale nie muszę się tym chwalić całemu światu. Blog - bo to przez jego pryzmat oceniacie, to tylko blog, na którym nie widzicie stanu portfela - widzicie drogie zabawki, firmowe ciuchy i ceramiczny czajnik za 300 zł - i zaczyna działać Wam wyobraźnia, że ktoś to wszystko kupił za własne pieniądze, że śpi na kasie. Nikt nie musi się przecież Wam tłumaczyć skąd to ma, że to dostał, a wiele blogerek choć bieda u nich piszczy, po prostu lubi robić z siebie bogate gwiazdy, choć rzeczywistość jest zgoła inna. Patrzycie na te piękne obrazki i zazdrościcie, ale...czego? Nie trzeba być bogatym, by otaczać się pięknymi rzeczami i wyglądać dobrze. Trzeba czasem jedynie odrobinę zaradności i umiejętności...

Pamiętaj. Można zrobić coś z niczego. Nie musisz mieć kasy by wyrzeźbić brzuch i nie musisz mieć kasy, by pomagać innym. Nie musisz mieć kasy, by zerwać narzeczonej kwiat rosnący dziko przy drodze i nie musisz mieć kasy, by wieczorem zapalić gówniany wkład do świeczki, by z narzeczonym się trochę potulić przy romantycznym filmie. Nie musisz też mieć kasy, by dać dziecku to czego potrzebuje najbardziej - miłości. Ale jeśli pragniesz od życia czegoś więcej, do czego kasa jest Ci potrzebna...to wiedz, że to jest do zrobienia. Nawet jeśli właśnie Ci się wydaje, że Twoje życie to pasmo rozczarowań. Zanim jednak to zrobisz, zainwestuj najpierw w 3 rzeczy:

1) determinację

2) cierpliwość

3) siłę...

 

potem starannie dokładaj motywację, pomysłowość i wszystko to...

co pozwoli Ci spełniać marzenia.

 

DSC_1866

 

DSC_1867

 

DSC_1869

 

DSC_1873

 

DSC_1874

 

DSC_1876

 

DSC_1878

 

DSC_1879

 

DSC_1880

 

DSC_1883

 

DSC_1884

 

DSC_1888

 

DSC_1891

 

DSC_1894

 

DSC_1900

 

 

kurtka - TUTAJ

W momencie, w którym dowiedziałam się, że muszę zmienić mieszkanie, w którym czułam się fantastycznie - moje myślenie i nastawienie do życia obrało bardzo złe tory. Jedna zła myśl, przyciągała kolejne, a negatywne reakcje na każde niepowodzenie... przyciągały kolejne niepowodzenia. Jeszcze miesiąc takiego trybu życia i byłabym wrakiem człowieka.  

Zaczęło się niewinnie. Informacja o tym, że niestety właścicielka wraca do mieszkania. Mimo, że walczyłam jak mogłam i wmawiałam sobie, że to tylko mieszkanie, że znajdę szybko inne równie ładne - poszukiwania sprawiły, że zwątpiłam i miałam ochotę wrócić do rodziców. Cierpliwie jednak szukałam i szukałam, a w międzyczasie wyskoczyły mi problemy zdrowotne. Potem jakieś problemy w pracy F. , zepsuty laptop , choroba Polki. Przecież jak się wali to wszystko. Możecie sobie wmawiać, że nasz los zależy od kogoś innego, że nie mamy na niego wpływu. Ja wierzę w moc przyciągania. Zarówno dobrych jak i złych sytuacji. I całe to zło, które na mnie spadło - spadło przezemnie. Poddałam się problemom, zaakceptowałam je i pytałam każdego dnia, cholera wie kogo " co jeszcze?!" - no to skoro pytałam, to mi pokazywano co jeszcze. Zwątpiłam w sens tej całej przeprowadzki i zatęskniłam za czasami kiedy mieszkałam z Polą u rodziców i nie obchodziło mnie nic poza macierzyństwem, blogiem i sprzątaniem. Ale no ludzie. To jest życie, to jest odpowiedzialność. Trzeba to wziąć na bary i iść do przodu. I z pozoru wszystko wyglądało ładnie i pięknie. Znalezione kolejne mieszkanie, przeprowadzka z głowy, nowa chyba lepsza praca F. - a w głowie nadal coś nie tak. Milczałam. Przestałam udzielać się na blogu, fp. Ilekroć próbowałam coś Wam wyskrobać - usuwałam, bo czułam, że wcale nie chcę Wam niczego pisać. Pewnego dnia sięgnęłam po moje lekarstwo - książkę "Sekret", która wyciągnęła mnie w liceum z silnej depresji. Czytałam i czytałam, ale nie mogłam zmusić się do zmiany toku myślenia. Bo jak?! Jak być optymistą, kiedy codziennie, ale to codziennie wyskakują mi niespodziewane wydatki, a ja zaczynam się martwić czy w ogóle będę miała za co przeżyć kolejne dni. Po kilku dniach zgłębiania wiedzy, zrozumiałam jednak, że muszę po prostu muszę zatrzymać tą lawinę nieszczęść. I zadzwonił wtedy F. że dostał mandat - 300 zł. Ugryzłam się w język i odpowiedziałam - eee tam ! Mają taki syf w papierach, że spokojnie możemy poczekać kilka miesięcy i dopiero zapłacić. Pół godziny później koleżanka przyszła kupić ode mnie buty, czytelniczka kupiła sukienkę, a F. zadzwonił, że kolega oddał mu jakiś stary dług. Nareszcie po długim czasie uśmiechnęłam się z własnej, nieprzymuszonej woli, zaczęłam energicznie prasować koszulki F. i pognałam z Polą na spacer. Zrobiłam obiad, kolejne pranie i po raz kolejny przysiadłam do czytania.

Przypomniałam sobie najlepsze momenty mojego życia. Przypomniałam sobie swoje podejście w tamtych chwilach - pozytywna myśl przyciągała dobre rzeczy - kolejne i kolejne, a nawet jeśli coś nie szło po mojej myśli - nie pogrążało mnie to, a co za tym idzie nie nasyłało na mnie żadnych nieszczęść. Kiedy byłam najszczęśliwsza? Kiedy skupiałam się na pozytywnych rzeczach, a nie negatywnych. Kiedy nie oglądałam wiadomości z setkami newsów o aferach, katastrofach, chorobach. Byłam najszczęśliwsza kiedy na chorobę dziecka reagowałam pomocą i uśmiechem i myślą " Wszystko będzie dobrze" niż wtedy gdy czytałam smutne historie ze łzami w oczach myśląc jakie to wszystko musi być okropne ... Byłam najszczęśliwsza gdy kochałam siebie i...kochałam innych. Złe emocje, nienawiść, którą obdarowujemy innych ludzi - wraca do nas.

Wiem. Ludzie nie lubią słodko pierdzącego życia, ale ja chcę, pragnę znów takie życie mieć. I nie chodzi o to, że będę mieć hajsu jak lodu, dziecko, które nie płacze i narzeczonego dającego kwiaty co dzień. Chcę po prostu cieszyć się z tego życia jak tylko mogę, przestać narzekać, przestać się martwić. Dałam sobie kiedyś wmówić, że takie optymistyczne życie jest przereklamowane i jest ściemą. Niepotrzebnie. Bo to wtedy gdy każde nieszczęście brałam na klatę i wychodziłam z założenia, że to zły początek czegoś dobrego - wtedy miałam właśnie najpiękniejsze życie jakie mogłam sobie wymarzyć. Przypomnijcie sobie kiedy tryskałam energią i radością. Przypomnijcie sobie wpisy na fp, które aż biły po oczach szczęściem - pamiętacie? Dziwnym trafem to wtedy odnosiłam największe sukcesy i to wtedy wszystko mi się udawało. Spełniało się każde moje najskrytsze marzenie. Moc przyciągania.

Czemu więc popadłam w pułapkę - pułapkę myśli? Główną przyczyną była...samotność i rutyna. Odkąd przeprowadziłam się do Warszawy byłam tylko ja i dziecko. 24 na dobę. Żadnych znajomych, rodziny. Początkowo wszystko ładnie, pięknie, bo przecież JA WCALE NIE POTRZEBUJĘ ZNAJOMYCH, wystarczy mi narzeczony i dziecko. Gówno prawda. Nikomu to nie wystarcza i każdy chce czasem otworzyć gębę do kogoś innego, czy pobyć sam na sam. Zadałam sobie wczoraj jedno pytanie - dlaczego nigdzie nie wychodzę kiedy F. wraca do domu. Bo chcę być z nim - no tak. Ale czy zbawi mnie 10 min kiedy on akurat będzie przykładowo kąpał Polę? Nie. Czemu więc nie robię niczego dla siebie? Tak zawsze krzyczałam, że nie można ograniczyć się do macierzyństwa nie widząc poza tym świata, że tata równie dobrze dzieckiem się zaopiekuje pod naszą nieobecność - a tymczasem sama popadłam w jakiś stan " Muszę być przy Poli/rodzinie non stop!" . Wczoraj powiedziałam - dość! I gdy F. kąpał młodą, ubrałam strój sportowy, odpaliłam muzykę, przełamałam się psychicznie i poszłam biegać. Nie było mnie niecałe 20 min. Wróciłam naładowana endorfinami, energią i poczuciem, że teraz to mogę do Poli wstawać nawet co 10 minut.

Kolejna rzecz, która do mnie dotarła to taka, że unikam ludzi. Non stop w Warszawie ktoś proponował mi wyjście. Czy to czytelniczka, czy znajoma blogerka. A ja nie - przecież dziecko, przecież narzeczony, obowiązki,  a wieczorami zmęczenie. I ruszyłam dzisiaj dupsko. Wsadziłam Polę do wózka, zrobiłam jej bułki, mleko, nalałam wody do bidonu, zrobiłam makijaż i ...wyszłam. Prawie godzina spędzona w autobusie bez klimy, która skończyła się niemal bełtem i omdleniem, ale...dotarłam. Blue city, sala zabaw, a w nim moje najukochańsze kobiety pod słońcem. Matki blogerki, ich dzieci, mężowie. To nic, że Pola nie dała mi usiąść i wszędzie chodziła ze mną za palec. Samo bycie w miejscu innym od moich 4 ścian, od osiedlowego podwórka było dla mnie wybawieniem, oderwaniem od codzienności.

Jeszcze jedną rzecz zaczęłam zmieniać w swoim życiu...kiedy Pola zajmie się na 10 minut sobą, lub kiedy zaśnie - nie sprzątam, nie spinam tyłka - biorę kubek ciepłej herbaty, siadam i czytam. Tak rzadko to robię, odkąd zostałam mamą, że zapomniałam jak bardzo mnie to odpręża.

Nie muszę wychodzić do znajomych codziennie, nie muszę wychodzić codziennie biegać, ale mogę robić to raz na tydzień, by po prostu...nie zwariować! Przecież to ja! To ja zawsze mówiłam o przełamywaniu rutyny! Ale łatwo było pisać i gadać kiedy miało się możliwość podrzucenia dziecka do babci, albo pojechania z dzieckiem do siostry/ rodziców. Gorzej kiedy wylądowałam sama w wielkim mieście. Ale dosyć tego.

Od dziś chcę bardziej optymistycznie patrzeć na świat. Odnaleźć dawną siebie. Prasować przy energicznej muzyce i śpiewać przy odkurzaniu. Odgradzam się od wiecznie narzekających ludzi, bo ich narzekanie również ma wpływ na nasze myśli i po prostu się nam...udziela. Chcę po prostu skupiać się na pozytywach, a nie na negatywach. Ta pozornie prosta rzecz jest ciężką do opanowania sztuką. Ci, którzy opanowali ją do perfekcji - wiodą najbardziej szczęśliwe życia. Jestem jednak już bliżej niż dalej - bo powiedziałam stop złym myślom, i być może - wrrróć - na pewno powstrzymałam lawinę nieszczęść spadających na moją osobę. Każdy z nas ma w sobie moc przyciągania i kształtowania swojego życia myślami...jeśli wiedziesz życie nieszczęśliwe i pełne rozczarowań...to po prostu jeszcze nie wiesz, że to wszystko możesz zmienić całkiem sam. Ja kiedyś zmieniłam WSZYSTKO. I tym razem też mi się uda...

A wszystkim, którzy nie wiedzą jak odnaleźć szczęście, jak odzyskać radość z życia i jak zacząć myśleć pozytywnie podczas gdy toniemy w długach i jesteśmy nieszczęśliwi - polecam książkę "Sekret" - możecie zacząć od obejrzenie filmu, czego ja akurat jeszcze nie zrobiłam. W połowie książki możecie czuć się zniechęceni, przytłoczeni - gwarantuję, że po dotarciu do ostatniej strony zrozumiecie przekaz tak bardzo, że aż będziecie się trząść z podniecenia. Ja wczoraj tak podekscytowana wiedzą, wertowałam ostatnie kartki jakbym wypiła zgrzewkę tigera... Mając jednak lat 16 robiłam do tej książki kilka podejść. Bo sama książka jest bezwartościowa - jeśli wiedzy z niej wyniesionej nie połączymy ze swoimi chęciami.

 

DSC_1636

 

DSC_1637

 

DSC_1638

 

DSC_1639

 

DSC_1640

 

DSC_1644

 

DSC_1645

 

new1

 

DSC_1649

 

DSC_1650

 

DSC_1653

 

DSC_1655

 

DSC_1658

 

new2

 

DSC_1665

 

DSC_1668

 

DSC_1669

 

DSC_1677

 

DSC_1682

 

new3

 

czekoladki w różnych kształtach np. takich jak na zdjęciu możecie znaleźć na Chocolissimo -  idealny pomysł na prezent. Ruszcie wyobraźnią, a oni na pewno to zrealizują :)

klocki/piramida - Poldun bawi się tym od miesiąca i się nieeee nudzi! - Pikinini

klocki plastikowe - plastiku generalnie nie lubię, ale czasem robię wyjątek - zresztą...dla dziecka jak widać bez znaczenia ;) - Wader

spodenki - Little Gold King

opaska to dzieło najwspanialszej na świecie twórczyni Lilandia :*

Dostałam dzisiaj bardzo fajny komentarz na blogu. Od czytelniczki, która kilka lat temu wyprowadziła się z Warszawy, która jej nie urzekła. Pyta więc mnie co ja takiego odkryłam - prosi o odpowiedź, bo może i ona jeszcze kiedyś na nowo ją odkryje... I tak usiadłam i zaczęłam myśleć... Co tutaj takiego jest, że pragnę tu być już do końca swojego życia?

Może dla kogoś kto mieszka tu od zawsze wyda się to dziwne. Ale dla kogoś takiego jak ja - kto wyrwał się z 80 tysięcznego miasteczka - Warszawa to inny świat. Świat pełen możliwości, niespodzianek i tętniącego życia 24 h. Ale zacznijmy od początku. Inowrocław, w którym mieszkałam jest miastem, w którym zostaną niedługo tylko emeryci, patologia i pojedyncze, normalne jednostki. Ci, dla których za późno na zmiany i Ci z własnymi biznesami. Warszawa była dla mnie zawsze marzeniem ściętej głowy. Dałam sobie wmówić, że jest tu drogo, że wszędzie daleko i generalnie - bez szału. Kocham Warszawę i nie będę nikogo na siłę przekonywać, że jest ona lepsza od jakiegokolwiek miasta. Nie cierpię też jeśli ktoś na siłę przekonuje mnie, że jest gorsza. Żeby tak stwierdzić trzeba tu pożyć. I to tak naprawdę POŻYĆ. Nie chodzi tu wcale o czas zamieszkania, bo jak wiecie mój jest krótki, a o jakość tego spędzonego czasu. Moje początki w stolicy były u boku F. Przez pierwszy miesiąc nie pracował, żeby pomóc mi się zaaklimatyzować i obadać chociaż okolice własnego bloku. Wszystko ładnie, pięknie, ale schody zaczęły się, gdy nadszedł pierwszy dzień pracy F. a ja zostałam sama z Polą. Nie po to jednak zrobiłam w swoim życiu rewolucję, żeby siedzieć teraz w 4 ścianach i po prostu być w tej Warszawie. Zaczęłam więc cieszyć się każdą ławką, każdą piaskownicą, każdym nowym sklepem i miejscem. I tak cieszę się każdego dnia. To prosta recepta na szczęście. Stolica jest o tyle fajna, że daje nam multum atrakcji każdego dnia. To coś czego nie da Ci żadne małe miasto. I wcale nie są to atrakcje, ze które musisz płacić. Liczne eventy czy warsztaty, a nawet pokazy artystyczne - wystarczy poszperać w internecie, by znaleźć to wszystko za darmo.

Ale tu przecież tak drogo - gówno prawda. Ciężkim zdziwieniem było dla mnie, że za żywność, paliwo i wszystko inne - nawet odzież - płacę mniej niż w Inowrocławiu. Co jest przyczyną? Konkurencja. Wszystkiego jest całe MNÓSTWO. To logiczne, że sklepy prześcigają się w cenach. Im niżej - tym więcej klientów. Co jest droższe to mieszkania - ale nie zawsze. Ja akurat wybrałam sobie bardzo wysoki standard, bo lubię czuć się swobodnie w mieszkaniu i lubię gdy jest stylowe i komfortowe. Dla mniej wymagających - ceny będą podobne jak w Inowrocławiu - płaciłam w nim z opłatami itp. łącznie ok.1300 zł za miesiąc. Tutaj płacę 2000 zł. Czy duża różnica ? Patrząc na to, że standard mieszkania 10 x lepszy i w Warszawie. Nie sądzę. Na upartego znalazłabym jednak w takiej samej cenie. Ale po prostu nie chcę.

Ale wszędzie masz daleko - powiedzieli Ci co Warszawę raz na oczy widzieli. To, że w wiadomościach zawsze widzicie pałac kultury czyli ścisłe centrum nie oznacza jeszcze, że to w centrum musicie załatwiać wszystkie sprawy. Nie musicie. Bo wszystko macie pod domem. Żłobki, przedszkola, sklepy, kościoły, poczty itp. Ja na dobrą sprawę nie musiałabym opuszczać swojego blokowiska - bo na moim zamkniętym osiedlu mam wszystko:  od restauracji po sklepy odzieżowe. Na jednej ścianie bloku placówki chyba 7 banków, 3 restauracje, żabki, piekarnie, fryzjerzy, salony kosmetyczne. To wszystko na moim strzeżonym blokowisku. A wystarczy wyjść poza nie - i znów to wszystko : tesco, sklepy meblowe, sklepy rtv, poczty. Wszystko w promieniu 500 m. W głupim Inowrocławiu musiałam dalej pedałować na pocztę niż tutaj gdziekolwiek. Ale oczywiście ja rutyny i lenistwa nie lubię, więc każdego dnia zapuszczam się bliżej lub dalej, ale zawsze gdzie indziej.

Ale tak głośno - jeśli głośno Ci przy ulicy - idź do parku. Co krok możesz znaleźć rozstawione leżaki w cieniu drzew, gdzie uświadczysz ciszy i spokoju. Parków, ławek , stawów i miejsc, gdzie możesz chwilę pomyśleć i odpocząć jest całe mnóstwo. Najpiękniejsze jest ich odkrywanie...

Jednak to co zgodnie każdy mi przyznaje to to...że mogę się tutaj rozwijać. Jestem tu ledwo ponad miesiąc...i już to widzę. Nie zdradzam Wam wszystkich szczegółów, ale dzięki temu, że tu jestem - w życie wcielam niesamowite projekty z ciekawymi firmami, których nie dałoby rady podjąć na odległość. Oczywiście niedługo dowiecie się o co chodzi, ale spokojnie... ;) Mocno spięłam tyłek, bo marzę o własnym mieszkaniu. Marzę o tym i wiem, że razem z F. wspólnymi siłami nareszcie spełnimy swoje marzenie. Warszawa i możliwości, które dzięki niej otrzymaliśmy - to coś co pozwala nam to marzenie stopniowo realizować. Kto wie...może zajmie to nam nawet 5, 10 intensywnych lat. To już mało ważne. Jestem tutaj tak krótko, a tak wiele się już dzieje... Jestem tutaj tak krótko, a już tyle z siebie dałam.

I zapamiętajcie sobie jedno. Jechałam tutaj starym autem, z małymi oszczędnościami i myślą, że albo się uda albo wyląduje pod mostem. Nie jechałam tutaj z przeświadczeniem, że luzik niech się dzieje co chce, bo mam miliony na koncie, a jak zabraknie to starsi pomogą. Nie. Liczyłam tylko na SIEBIE. W pewnym momencie nawet dosłownie, tylko na siebie, ale o tym napiszę w innym poście. Kiedyś ktoś zadał mi pytanie co bym zrobiła, gdybym na miesiąc dostała na życie ( mieszkanie, jedzenie itp. WSZYSTKO) 600 zł. 600 zł pomyślałam? Musiałabym pójść pod most, bo nie byłoby mnie stać nawet na mieszkanie. Potem pomyślałam: przecież już kiedyś tak było. Zabrakło dochodu, pomocy itp. Ale nie poddałam się. Spięłam tyłek i robiłam wszystko co w mojej mocy ( od wyprzedaży swoich rzeczy, po sprzedawanie ciuchów z SH na założonej stronce z ciuchami z drugiej ręki) - i uzbierałam. Tyle ile potrzebowałam. I z takim właśnie przeświadczeniem jechałam tutaj. Że nawet jak będzie ciężko - to ja sobie poradzę, przetrwam. Ale nigdy, przenigdy nie zostanę w tym mieście, bo tak jest łatwiej. Nigdy. I teraz wiem, że nigdy do niego nie wrócę. Mimo, że momentami jest naprawdę ciężko...

Co więc takiego kocham w Warszawie? Każdy zakątek, którego być może nie odkryli nawet Ci co tutaj mieszkali długi, długi czas. Bo może zbyt szybko biegli, może nie przystawali. Może zaszyli się w swoim bezpiecznym kącie i nie wychylali z niego głowy. Może nie chcieli widzieć piękna w prostych rzeczach... Może Warszawa nie jest miejscem dla każdego, ale zdecydowanie jest miejscem dla mnie...

 

bluzka - tutaj

DSC_0621

 

DSC_0622

 

DSC_0623

 

DSC_0627


DSC_0631

 

DSC_0633

 

DSC_0634

 

DSC_0642

 

DSC_0643

 

DSC_0647

 

DSC_0648

 

DSC_0649

 

DSC_0652

 

DSC_0653

 

 

DSC_0654

 

DSC_0660

 

DSC_0662

 

DSC_0667

 

DSC_0668

 

DSC_0670

 

DSC_0673

 

DSC_0675

 

DSC_0676

 

DSC_0679

 

DSC_0680

 

DSC_0681

 

 

Rok 2013. Siedzę sama w mieszkaniu swojego faceta. Myślę, że chyba czas w końcu coś zrobić ze swoim życiem. Robić coś co będzie tylko moje. „Założę blog. Nazwę go…” po chwili namysłu, spoglądając na swój zaokrąglający się brzuch dokańczam: „ Nazwę go mamala”.

Mama-Ala. Połączenie brzmi całkiem fajnie. W paincie rysuję na szybko awatar, zakładam fanpage i przedstawiam się „ No tak... czas zacząć ostrą jazdę bez trzymanki, ciężarówką przejechałam już 4 miesiące, ponoć meta 25 lutego, a jak to będzie? Czekam na owacje, fanów, a później ruszam na ostro ze stroną i blogiem, aby informować Was na bieżąco o swej powiększającej się wizualnie osobie, oraz śledzić Was. A śledzę z prywatnego profilu od dawna i wszystkie jesteście boskie. W końcu jesteście mamami! Zapraszam. A. PS: A swą twarz ujawnię niebawem gdy obudzę się zwarta i gotowa do stanięcia twarzą w twarz z lustrem i zrobienia sobie cudownego, pięknego zdjęcia. Co was będę zasypywać nieaktualnymi fotami! O! „. Kilka osób wita mnie miło, a ja czuję się wniebowzięta, że ktoś tam poświęcił kilka sekund na wyskrobanie pierwszego komentarza w moim światku.

Kilka dni później powstaje blog. Taki mój malutki pierdolnik, gdzie piszę o tym co mnie wzrusza, boli i uszczęśliwia. Częstotliwość pisania to ok.3/4 wpisów w miesiącu.Nie śledzę blogosfery, nie wiem jeszcze, że na blogu można zarabiać i całkowicie nieświadoma tego, że blog ten za rok będzie czytało kilkadziesiąt ludzi miesięcznie skrobię kilka zdań do kolejnego wpisu z kolejnym beznadziejnym, mało estetycznym zdjęciem. Z czasem czytelników przybywa, a ja wciąż niedojrzała i rozemocjonowana daję się wciągać w internetowe przepychanki i awanturki. Nie mogę się pogodzić z krytyką i debilizmem innych ludzi, więc dzień w dzień wylewam swoje frustracje na ścianie FP. Gdybym wtedy siebie nie znała i trafiła na swój fanpage – wyszłabym i więcej nie wróciła. Traktuję to jednak jako młodzieńcze wspomnienia ciężarówki, która mam wrażenie była wtedy tylko głupiutką dziewczynką, która nie może się pogodzić ze złem na tym świecie. Moje zachowanie często bywało absurdalne, dziecinne i nie do przyjęcia. Mogę jedynie podziękować, że wierni czytelnicy cierpliwie czekali aż ta szopka się skończy, a ja pokażę na co naprawdę mnie stać. Pokaże swój prawdziwy potencjał, który we mnie drzemie.

Po narodzinach Poli zaczynam obierać konkretny kierunek. Nie piszę już o wszystkim i o niczym, a skupiam się na konkretnych tematach. Wpisy zaczynają wyglądać coraz lepiej. Wyrabiam się w pisaniu, a tekst okraszony jest zawsze porcją profesjonalnych zdjęć. Kiedy zaczynają odzywać się do mnie firmy, które proponują mi zabawki dla Poli, w zamian za to, że gdzieś tam znajdą się na zdjęciu jestem w niemałym szoku. Ale jak to? Tak po prostu? Potem pojawia się propozycja współpracy płatnej. I wtedy dochodzi do mnie, że coś zaczyna się dziać. Ale co? Ja nic nie wiem. Nie mam pojęcia o co tutaj chodzi i na czym to wszystko polega. Uderzam więc do koleżanek z poczytniejszych blogów i wszystko zaczyna mi się nieco rozjaśniać. Nagle w blogu – mojej pasji zaczynam zauważać też szansę na coś więcej. Na zarobek, na możliwości. Nie tracę jednak na autentyczności. Nadal nie mam zamiaru udawać. Przyjmuję więc płatną współpracę i dalej robię swoje.

Na przełomie roku 2014/2015 zaczynają dziać się rzeczy niemożliwe. Mój blog zostaje znaleziony przez DDTVN, który zaprasza mnie do swojego studia. Kilka tygodni później jadę pociągiem do Warszawy, gdzie czeka na mnie opłacony hotel. Następnego dnia lecę prosto do studia, gdzie mój wywiad obejrzy na żywo cała Polska. Jakiś czas później w rankingu Jasona Hunta zostaję wyróżniona jako największa nadzieja polskiej blogosfery. Blog zaczyna przeistaczać się w iście life stylowy, co jeszcze bardziej zaczyna przyciągać czytelników. Inwestuję  sprzęt foto, laptop, telefon, a teksty piszę coraz dokładniej, dobierając słowa tak, by nikogo nie urazić i nie wyjść na pannę "wiem wszystko najlepiej".Poza tematami dotyczącymi dziecka, czytacie również o zdrowym odżywianiu, ćwiczeniach i motywacji. Statystyki rosną, współprac coraz więcej i co najważniejsze… coraz więcej wiadomości od Was. Coraz więcej Waszych miłych słów, ciepła i gratulacji. W międzyczasie udzielam jeszcze wywiadu w radiu zet, a magazyn Sukces publikuje artykuł z moim udziałem pt: „ Biznesplan pisany przy kołysce”. Wszystko to procentuje coraz większą ilością czytelników. Zabiera mi to coraz więcej czasu, ale daje też coraz większą satysfakcję. W rankingu „blog roku” zajmuję 6 miejsce na ok.300 blogów w kategorii lifestyle. Coraz więcej znajomych w 4 oczy gratuluje mi i mówi, że odwalam kawał dobrej roboty. Czuję, że kocham to co robię i jestem w tym coraz lepsza.

Jednak raz na jakiś czas się wypalam. Tak jak ostatnimi czasy. Głównie przez nadmiar obowiązków. Nauka, macierzyństwo i te sprawy. Przez przemęczenia w ostatnich tygodniach moja samoocena spada drastycznie. Wmawiam sobie, że moje blogowanie jest do dupy tak jak i cała moja osoba. I wchodzę dziś do sali na uczelni staję przed komisją i słyszę „ Jest nasza pani blogerka” i zamieram. Po chwili wychodzę z oceną 4+ i tytułem licencjata, mając za sobą trzy ciężkie lata nauki – zakończone oczywiście sukcesem. W głowie gdzieś tam słyszę wciąż słowa promotora i myślę sobie, że to fajne uczucie, gdy dowiadujesz się, że ktoś kogo zupełnie byś o to nie podejrzewał śledzi Twoje poczynania w sieci. Usatysfakcjonowana odczuwam niesamowitą ulgę, że już nie muszę się więcej smucić i frustrować tym, że brak mi czasu na blogowanie. Kiedy znów moim jedynym obowiązkiem staje się macierzyństwo i …życie – wraca mi ochota na pisanie. I zaczynam dziś znów… Tak jak w roku 2013 piszę po małej przerwie. Jest jednak mała różnica. Wtedy pisałam nieświadomie, dla siebie i osób, które mogłabym policzyć na palcach jednej ręki. Dziś piszę, bo to kocham, bo w tym się spełniam i na tym zarabiam. Dziś nie piszę dla 5 osób, a dla dziesiątek tysięcy. Kto wie co będzie dalej… myślę, że może być już tylko lepiej. I zawsze, ale to zawsze będę pamiętać o tym, że bez Was tego wszystkiego by nie było. Tym, którzy byli i są; tym którzy nie ucinali mi skrzydeł, a obdarowywali wsparciem i dobrym słowem – przepięknie dziękuję.

A na koniec mały obraz tego jak zmieniał się mój blog.

 

in3

 

AVAT LOGOczarne3 LOGOO
tlo blog

 

Teraz najlepsze... zdjęcia kiedyś, a dziś. W tym zdjęcia produktów.

DSC_0610-vert

 

DSC_0621-vert

 

DSC_0703-vert

 

 

Jeśli chodzi o jakość zdjęć. Absolutnie nie jestem zdania, że autentyczne i prawdziwe są tylko zdjęcia z gaciami w tle na kaloryferze. Najlepiej rozmazane i robione telefonem. Blog to moja wizytówka. Zdjęcia nie muszą być ustawiane, ale muszą być estetyczne i dobre jakościowe. Przynajmniej dobre. Na rozmazane zdjęcia, na których widoczna jest kasza, na zdjęcia z telefonu z ost. chwili pozwalam sobie na FP czy insta. To tam jest miejsce na spontaniczne wiadomości do Was i refleksje okraszone zdjęciem robionym kalkulatorem. Tutaj musi być czysto, przejrzyście i estetycznie. Ale nigdy sztucznie. Bo to prawdziwość i normalność jest doceniana najbardziej...

Usłyszałam, że jestem odważna. Usłyszałam, że inni by tak nie mogli. Usłyszałam, że niektórzy zazdroszczą mi spontaniczności. I nagle stanęłam w samym centrum wielkiego miasta otoczona całym mnóstwem pędzących ludzi, których nie znam, otoczona budynkami zdającymi się sięgać samego nieba - stanęłam pośrodku nieznanego i zalałam się łzami.

Poczułam pustkę i lęk przed nieznanym. Mimo, że miałam przed sobą ją - moją córkę - poczułam się wyjątkowo osamotniona. Serce biło mi jak szalone, a głowa zdawała się pękać od hałasu przejeżdżających obok pojazdów. Przez chwilę kompletnie zapomniałam po co tu jestem. F. raz po raz mówił coś do mnie, ale moje myśli skutecznie go zagłuszały. Byłam nieobecna. To była najdłuższa i najgorsza godzina dzisiejszego dnia. Zrozumiałam, że gdyby strach pojawił się wcześniej zapewne nigdy bym nie wyjechała - przez milion wątpliwości i pieprzony sentyment. Do rodziny i miejsc, w których spędziłam 20 lat. Czy rozpoczęcie nowego życia jest w ogóle możliwe bez odczuwania strachu? Jeśli skupia się na pozytywach - to jak najbardziej! Ale kiedy jest się pewnym, że nowy start jest nam w ogóle potrzebny? Pewnym w stu procentach nie jest się chyba nigdy. Ale istnieją oznaki, które skutecznie przekonały mnie  o tym, że decyzja o nowym życiu jest strzałem w dziesiątkę.

1) Mieszkańcy - jeśli mieszkasz w mieście, w którym ludzie normalni to mniejszość, a wszyscy inni to fanatycy pisu, ćpuny, dilerzy i sfrustrowani, zazdrośni nieudacznicy siedzący 24 h przed kompem - nie oczekuj, że się do tego przyzwyczaisz, albo, że oni wszyscy się zmienią. Łatwo jest powiedzieć rób swoje i nie patrz na innych. Ale z czasem nawet wyjście do sklepu wiąże się z niesamowitą męczarnią mijania tych wszystkich ludzi, którzy prędzej odburkną Ci niemiłym tonem niż się życzliwie uśmiechną. Ja to pieprzę. Jeśli jacyś ludzi w jakimkolwiek stopniu zatruwają mi moje życie - odcinam się od nich. Nawet jeśli jest to najbliższa rodzina. Babcia, wujek czy "najlepsza" przyjaciółka.

2) Brak możliwości - po co męczyć się w mieście, w którym nie ma ani jednej porządnej uczelni, możliwości rozwoju, a o perspektywach na lepsze życie można jedynie pomarzyć? Po co męczyć się gdzieś gdzie całymi dniami trzeba zapierdalać za 1200 zł miesięcznie podczas gdy za tą samą pracę w większym mieście dostaniesz dwa razy tyle? Po co męczyć się w mieście, w którym dziennie wystawianych jest 5 ogłoszeń o pracę na krzyż? Po co męczyć się w mieście, w którym marzenia zabite u ludzi przez rzeczywistość popychają ich do nielegalnych interesów??

3) Nuda - no nuda. Jedni ją lubią, inni nie mogą żyć gdy nią zalatuje. Raz na jakiś czas jakieś wydarzenie na hali sportowej czy jakiś kolo śpiewający na muszli w solankach to nie dla mnie. Wydarzeń klubowych nie zaliczam do wydarzeń, bo karaoke mogę sobie zrobić w domu ze swoimi znajomymi. Drinka też.

4) Spokój - no nienawidzę spokoju. Nie mam wtedy poczucia, że żyję, że funkcjonuję. Musi być głośno, szybko i intensywnie. Ludzie muszą non stop biec, uśmiechając się przelotnie. Ludzie muszą żyć intensywnie. Widok takiego czegoś napędza mnie i motywuje do działania.

5) Zmęczenie psychiczne - spowodowane wszystkim co powyższe. Ciężko jest funkcjonować z dzieckiem w mieście, w którym nic się nie dzieje. Ciężko jest żyć w mieście, w który prawie każdy Cię zna. Ciężko jest gdy na wszystkie większe eventy, musisz wsiadać w furę i tankować ją za 3 stówy. Generalnie ciężko mi było w ostatnich miesiącach funkcjonować w mieście, które nie pozwalało mi rozwinąć skrzydeł w takim stopniu w jakim bym chciała. W momencie, w którym postanowiłam zawalczyć o lepszą jakość życia dla siebie i dla swojej córki nie liczyło się to, że tam mam taniej, łatwiej i mam pomoc pod nosem, a ciepłe obiadki często przynosi mi teściowa. Nie ma być łatwo. Jeśli miałabym iść na łatwiznę zostałabym w 300 metrowym domu rodziców z wielkim ogrodem. Nie musiałabym gotować i mieć sprzątania wszystkiego tylko na swojej głowie. Zapewne miałabym codziennie kilka godzin wolnego od dziecka i mogłabym spokojnie ćwiczyć i blogować. I nie musiałabym płacić 2 tysięcy za wynajem 40 metrów i nie musiałabym się martwić czy starczy mi do 10. Ale w życiu nie chodzi o to, żeby było łatwo. Ma być przyjemnie, a my mamy być szczęśliwi. A czasem możliwość podkładania wszystkiego pod nos wcale szczęścia nie daje. I gdy męczy nas już to miasto, Ci ludzie, to całe otoczenie - to warto postawić wszystko na jedną kartę. Spakować rzeczy, wyjechać i poszukać miejsca, w którym nareszcie poczujemy...że żyjemy.

 

spodenki - tutaj

bluzka - tutaj

DSC_0030

 

DSC_0033

 

DSC_0035

 

 

DSC_0042

 

 

DSC_0053

 

 

DSC_0054

 

 

DSC_0056

 

DSC_0058

 

 

DSC_0060

 

 

DSC_0063

 

 

DSC_0065

 

 

DSC_0067

 

 

DSC_0072

 

 

DSC_0076

 

 

DSC_0078

 

 

DSC_0079

Tak po prostu. Od teraz. Przestań się bać o przyszłość, przestań bać się zmian. Strach nie przynosi niczego pozytywnego. Jedyne co robi to paraliżuje przed krokiem naprzód i nie pozwala logicznie myśleć. Boimy się, a co za tym idziemy zaczynamy wątpić. Strach sprawia, że każdy nawet najlepszy pomysł na życie wyrzucamy do śmietnika, bo zaraz wynajdujemy tysiąc powodów, dla których nie warto się tego podejmować.  Zatrzymaj się na chwilę i pomyśl ile razy w życiu strach nie pozwolił Ci zrobić kroku naprzód...

Sięgnij pamięcią najdalej jak się da. Pomyśl ile razy strach Cię sparaliżował? Czy ominęły Cię jakieś rzeczy przez to, że się bałeś? Czy żałujesz, że kiedyś w jakiejś sytuacji stchórzyłeś? Ja tak. Być może wynikało to ze zbyt małej wiary w siebie, być może z tego, że ktoś wmawiał nam, że czegoś nie wypada. Przyczyn jest wiele. Wszystkie z nich rodzą strach. Mam dla Ciebie zadanie. Spróbuj go zwalczyć. Kiedy boisz się o to czy zdasz jutrzejszy egzamin spróbuj o tym nie myśleć. Naucz się nie marnotrawić czasu na bezczynność, w której siedzisz, myślisz i się martwisz. Zapewne odpowiesz mi, że w niektórych sytuacjach po prostu nie da się o czymś nie myśleć. Wiem. Wiem o tym doskonale. Nie jestem robotem, który wiecznie się uśmiecha i nigdy niczym nie martwi. Ale dzięki odpowiednim osobom, które pojawiły się w moim życiu nauczyłam się ograniczać zmartwienia do minimum. Nieco ostatnio zapomniałam o tej sztuce, ale od kilku dni znów przezwyciężam swoje słabości i walczę ze strachem, który próbuje mnie pokonać. Właściwie nie mogę tak do końca powiedzieć, że niczego się nie boję. Boję, ale skutecznie zagłuszam ten strach pozytywniejszymi rzeczami. Po pewnym czasie, sama nie wiem kiedy - wygrywam z nim.

Mogłabym się bać tych wszystkich zmian. Nowego miejsca, nowych ludzi, nowych wyzwań. Mogłabym bać się tego, że przez głupotę promotora moja kilkumiesięczna praca pójdzie na marne. Mogłabym się bać jeszcze wielu, wielu innych rzeczy. I momentami się boję. Ale równocześnie jestem też pewna, że jeśli będę się w tym pogrążać - nie pójdę do przodu. Gdybym się temu poddała zapewne zostałabym tutaj gdzie jestem, nie zmieniając zbyt wiele. Przecież tak prościej, bezpieczniej. Typowy paraliż. Rezygnujemy ze zmian na rzecz spokoju i bezpieczeństwa nie zdając sobie sprawy, że na dłuższą metę sami sobie robimy krzywdę. Czasem trzeba trzymać się tej jednej, spontanicznej decyzji. Czasem trzeba odłożyć na bok rozsądek i pokierować się tym co podpowiada serce.

Bardziej od zmian boimy się chyba jednak tego, że nie wyjdzie...Boimy się tego, że znajdziemy się w sytuacji gorszej niż teraz. Zniechęcamy się nieudanymi próbami, zapominając, że początki zawsze są ciężkie. Decydując się przykładowo na przeprowadzkę do dużego miasta nie możemy liczyć na to, że od razu znajdziemy prace marzeń, a po roku kupimy wymarzone mieszkanie. Nie kupimy go nawet po kilku latach. A wymarzonej pracy możemy szukać miesiącami. Ci, którzy chcą wszystko od razu, nie wiele od siebie dając, raczej nigdy niczego nie osiągną.

W zmianach i walce ze strachem najważniejsza jest...determinacja. Musimy dążyć do celu pomimo wszystkich przeciwności losu. Musimy po prostu przestać się w końcu bać i zacząć działać. Bo jak nie teraz to kiedy... Ja już działam. A Ty?

 

 

DSC_0007

 

 

DSC_0008

 

 

DSC_0011

 

 

DSC_0013

 

 

DSC_0014

 

 

DSC_0015

 

 

DSC_0017

 

 

DSC_0020

 

 

DSC_0022

 

 

DSC_0024

 

 

DSC_0025

 

 

DSC_0026

 

 

DSC_0029

 

 

DSC_0030

 

 

DSC_0032

 

 

 

DSC_0036

 

 

DSC_0040

 

 

DSC_0041

 

 

DSC_0044

 

 

DSC_0045

 

 

DSC_0047

 

 

DSC_0048

 

 

DSC_0050

 

 

DSC_0053

 

 

DSC_0056

 

 

DSC_0058

 

 

DSC_0059

 

 

DSC_0061

 

 

DSC_0062

 

 

DSC_0066

 

 

DSC_0069

 

 

DSC_0071

 

 

DSC_0073

 

 

DSC_0074

 

 

DSC_0076

 

DSC_0079

 

DSC_0084

 

DSC_0085

 

 

DSC_0088

 

 

DSC_0091

 

 

DSC_0094

 

 

DSC_0098

 

DSC_0112

 

 

DSC_0116

 

 

DSC_0120

 

 

DSC_0122

 

 

DSC_0125

 

 

DSC_0129

 

 

DSC_0131

 

 

DSC_0132

 

 

DSC_0133

 

 

DSC_0136

 

 

DSC_0139

 

 

DSC_0142

 

DSC_0145

 

 

DSC_0146

 

 

DSC_0147

 

 

DSC_0148

 

 

DSC_0149

 

DSC_0153

 

 

DSC_0158

 

 

DSC_0160

 

 

DSC_0161

 

DSC_0162

 

DSC_0165

 

DSC_0176

 

DSC_0177

 

DSC_0180

 

DSC_0184

 

 

DSC_0190

 

DSC_0192

 

 

@alicjawegnerpl

Zajrzyj na mój Instagram i sprawdź, jak żyję, manifestuję oraz działam.
cartcrossmenuchevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram