Łatwo powiedzieć, gorzej zrobić. Bo niby jak nie tracić nadziei, kiedy znajdujemy się w punkcie swego życia, który sam w sobie niszczy jakiekolwiek wizje świetlanej przyszłości. I jaką tu mieć nadzieję? Że za 5,10 lat może w końcu los się do nas uśmiechnie? Z czasem już nawet nadzieja, która jest ostatnią deską ratunku odchodzi i pozostawia w naszej duszy nic innego jak spustoszenie.
Po każdej burzy wychodzi słońce... wiadomo. Ale czasem burzowa aura trwa tak długo, że się już do niej przyzwyczajamy, a promienie słońca wcale nie robią na nas większego wrażenia. Tkwimy w jakimś dole egzystencjalnym, który z dnia na dzień zdaje się być coraz bardziej głęboki. Trzeba wiele samozaparcia, by mimo wszystkich przeszkód podnieść głowę do góry i wyjść naprzeciw problemom. Trzeba ogromnej siły, by nie dać się kłodom rzucanym pod nogi. I trzeba ogromnej odwagi, by od dna się po prostu odbić.
Ostatnio życie pokazało mi, że czasem mimo szczerych chęci nie wszystko toczy się tak jakbyśmy tego chcieli. Zrozpaczeni siadamy w kącie, łapiemy się za głowę i pytamy samych siebie " co dalej?". Zazwyczaj sami nie wiemy co dalej, a znaki zapytania w naszej głowie frustrują nas z dnia na dzień coraz bardziej. Czasem mamy ochotę, by po prostu zasnąć i się nie obudzić, bo właśnie utrata czegoś odebrała nam jakikolwiek sens tego życia. Czasem nad naszymi głowami pojawia się jednak żarówka " Ha! Już wiem co zrobię"...niestety zaczynając rozważać za i przeciw dość często sami siebie sprowadzamy na ziemię i dalej tkwimy w tym samym punkcie.
Sama dokładnie nie wiem gdzie będę za jakiś miesiąc, ale doskonale wiem, że nie pozwolę zwątpić w to, że dane jest mi przejść przez to życie z uśmiechem od ucha do ucha. Nieważne jak będzie ciężko - nie poddam się. Nie stracę nadziei na to, że wkrótce będzie lepiej, mimo, że jest ona ponoć matką głupich. Może zatem jestem głupia, ale wiem, że nadzieja pozwala mi wciąż wierzyć w lepsze jutro i pozwala mi o to jutro walczyć. Mimo wszystkich wylanych łez i tej okropnej bezsilności - idę dalej. Nie jestem słaba, już nigdy nie będę. Ludzie się dziwią... chcę postawić wszystko na jedną kartą i nie mając praktycznie niczego i nikogo prócz niej, zacząć od zera. Może nie dosłownie, ale jednak... Ale czy w zaczynaniu od zera jest coś złego? O ile wspominana już wcześniej nadzieja będzie nam towarzyszyła przy budowaniu wszystkiego od nowa, jesteśmy w stanie zdziałać wiele. Najczęściej ogranicza nas tylko nasza głowa. Wymyślamy sobie, że nie mamy jak. Bo mamy za mało pieniędzy, bo nie mamy możliwości. Tak naprawdę możliwości zawsze jest wiele, ale to od nas zależy czy je wykorzystamy. Wiem, że stać mnie na wiele. Nawet jeśli znajdę się pewnego dnia sama w wielkim mieście z dzieckiem pod pachą i kilkoma stówami na życie w portfelu. Wiem, że mogę, chcę i potrafię uczynić ze swojego życia jeden wielki sukces, nawet jeśli będę musiała przebrnąć przez wszystkie cholerne uroki trudnych początków. Siła napędowa? Ona, jej uśmiech, nasza miłość, moje marzenia...
kurtka - tutaj
zegarek - DW
Pierwotnie ten wpis miał za zadanie pokazać Wam ulubione książki Poli oraz moje. Przeglądając jednak zdjęcia naszło mnie na refleksje, które postanowiłam przelać tutaj. Może to dobrze, bo już dawno znudziły mi się wpisy, które nie są od serca, a są jedynie poleceniem czegoś od kropek czy myślników.
Książki - moja miłość od wczesnych lat. Ich zapach w bibliotece, stare zażółcone strony, podarte okładki w najstarszych egzemplarzach. Od 1 klasy podstawówki przesiadywałam tam po lekcjach i nikt nie mógł się nadziwić ile książek non stop wypożyczam. Dostawałam nawet dyplomy za największą ich przeczytanych ilość . Bodajże w 4 klasie podstawówki po raz pierwszy wypożyczyłam "Godzinę pąsowej róży" - zaufałam mamie, która mi ją poleciła i pochłonęłam ją w moment. Książka ta pokazała mi do jakiego stopnia jesteśmy w stanie rozwinąć swoją wyobraźnię i jak drukowane literki potrafią przenieść nas w zupełnie inny świat. Wracałam po nią między regały jeszcze wiele razy. Za każdym razem czułam to samo podekscytowanie i ten sam inny świat. W swojej głowie byłam bohaterką tej książki. Każde czytane zdanie odczuwałam jako swoją rzeczywistość. Za każdym razem tak samo pięknie, za każdym razem tak samo intensywnie. Dopiero kilka miesięcy temu postanowiłam ją zakupić i mieć przy sobie do końca życia. Celowo na allegro poszukałam starego wydania, podartego i zażółconego. Identycznego jak ten, który trzymałam w rękach w dzieciństwie.
Śmiem twierdzić, że czytanie książek już na etapie przedszkolnym miało na mnie wpływ i niesamowicie ukształtowało moją wyobraźnię, płynność wypowiedzi oraz wpłynęło na mój rozwój. Niesamowicie drażni mnie kiedy ktoś podczas czytania na głos przerywa, zacina, wydłuża wyrazy, bo ma problem z płynnym odczytaniem. Ostatnio doszłam do wniosku, że denerwują mnie ludzie, którzy nie czytają kompletnie nic. Uważam, że rezygnacja z czytania i zasłanianie się argumentem, że do szczęścia mi to nie potrzebne świadczy jedynie o tym, że człowiek jest ograniczony. Nie chodzi tutaj o masowe czytanie kilkunastu książek rocznie, ale jakiejkolwiek. Odkąd prowadzę intensywny tryb życia czytam mało, ale...czytam.
Bardzo przykra jest wizja narodu, w którym nikt nie czyta książek. Sądzę jednak, że taka wizja jest niemożliwa. Nawet jeśli jest coraz więcej ludzi, którzy w domu nie mają ani jednej książki, to śmiem twierdzić, że pozostali nadrabiają statystyki. Wystarczy spojrzeć na księgarnie, które wcale nie świecą pustkami, wręcz przeciwnie. Jeśli ktoś mówi mi, że coraz mniej osób czyta mam wrażenie, że ocenia podług siebie. Skoro on nie czyta, nie chodzi do bibliotek i księgarni to nie zauważa innych, którzy to robią przez co kształtuje fałszywą opinię.
Może nie mam czasu na namiętne czytanie książek i nie przeczytam 52 pozycji w rok, ale przeczytam trzy dobre, do których już zawsze będę wracać. Może nie mam czasu, żeby przeczytać jedną pozycję w 3 godziny jak to bywało kiedyś, ale nawet jeśli będę ją męczyć 3 tygodnie - to warto.
Jeśli macie w otoczeniu osobę, która książek nie lubi - spróbujcie kupić jej egzemplarz, który porusza tematykę, która się interesują. Tak jak ja kupiłam mojemu F. książkę masy, a on opowiadał mi później co ciekawego tam wyczytał. Może nie jest to książka, która nauczy nas czegoś nowego, ale jeśli ktoś kto nienawidzi czytać podejmie się wyzwania, bo go to interesuje - to warto. I nie jest w tym momencie ważna tematyka.
Póki co cieszę się niezmiernie, że Pola przejawia miłość do książek już od jakiegoś czasu. Może nie lubi jak jej czytam, ale często przyłapuję ją jak ogląda swoje książeczki nawet kilkanaście minut z niesamowitym zainteresowaniem. Wierzę, że książki,z którymi ma styczność praktycznie od pierwszych dni wpłyną pozytywnie na jej rozwój i bardzo dobrze rozwiną jej wyobraźnię.
Na koniec tego wpisu chciałam wymienić Wam moje ulubione pozycje ostatnio przeczytane, oraz ulubione książki Poli, które ogląda codziennie. Jeśli macie coś godnego polecenia - śmiało!
Moje książki:
1) Maria Kruger - " Godzina pąsowej róży"
2) Nicholas Sparks - " I wciąż ją kocham"
3) Nicolas Fargues - " Byłam za Tobą"
4) Mari Jungstedt - " Podwójna cisza"
5) Emily Giffin - " Dziecioodporna"
Książki Poli:
1) Otwórz okienko - kolory
2) FP - Kim jesteś?
3) Książeczki kontrastowe
4) Zwierzęta
5) Obrazki dla maluchów - owoce
pufa - pufy.pl
reksio - kreatywna igiełka
kocyk w pingwinki - FIUBZDZIU
Sztukę zakupów za zero złotych opanowałam do perfekcji w momencie, kiedy wylądowałam na "własnym" mieszkaniu i nagle zaczęłam liczyć tylko na siebie. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że świnka-skarbonka patrzy i obserwuje i jest głodna każdego grosza, który zostanie nam po opłaceniu rachunków. Świnka to rzecz niezastąpiona. Połyka oszczędności na nowe mieszkanie w taki sposób, że nikt ich stamtąd nie wyciągnie. Dla kontroli pod "nóżką" trzyma karteczkę gdzie z F. zapisujemy ilości jej karmień. Nie pozwalamy jej głodować, o nie! Choćbyśmy sami mieli jeść chleb ze smalcem - świnia musi najeść się do syta.
A żeby do świni mieć co wrzucać...trzeba żyć oszczędnie i wydawać tylko tyle ile się musi. Czyt. rachunki za mieszkanie, opłaty za prąd, wodę, tv, internet... No i życie. Picie, jedzenie i papier toaletowy. Dla mnie żyć żeby przeżyć to za mało. Muszę od czasu do czasu kupić sobie nowy ciuch i zabawkę dla Poli. Ale nie mogę. Bo nie mam za co. A właściwie mam, ale odkładanie kupna mieszkania na rzecz zachcianek mamusi byłoby skrajnym idiotyzmem. Dlatego właśnie doprowadziłam do tego, by zachcianki nie przekraczały kilku złotych. A najlepiej gdyby były za zero.
Jak to zrobić ? No cóż...
1) Wyprzedaż szafy - sprzedajesz co masz - kupujesz następne. I tak w kółko...
2) Blog - jeśli jesteś w stanie zostać blogerką, która swoim piórem czy zdjęciami porwie serca tysięcy czytelników, wiedz, że listonosz będzie pukał do ciebie dwa razy dziennie. Pomijam współprace umówione, na których nie dosyć, że zyskujesz nową rzecz - to jeszcze Ci za to płacą.
3) Wymiany - poszperaj w internecie, a znajdziesz sporo stron, gdzie dziewczyny wymieniają się między sobą ubraniami. Masz niepotrzebną kurtkę, a potrzebujesz torebkę? Spokojnie. Na pewno ktoś ma na odwrót.
Wszystko kręci się mniej więcej wokół tych trzech opcji. No dobra. Ale jak to zrobić, żeby jechać na systemie wyprzedażowym w kółko? Jeśli na wietrzeniu szafy zarobisz dwie stówki i kupisz sobie za te dwie stówki jedną nową rzecz, to wkrótce wyprzedaży możesz nie mieć z czego robić. Ale jeśli za dwie stówki kupisz więcej... to już brzmi nieco lepiej. Ale tutaj musisz uruchomić instynkt łowcy. Łowcy okazji! Mniej więcej taki jak ja dzisiaj, kiedy wyruszyłam do wielkiego SH z odzieżą ( i nie tylko) na wagę. Nie tylko, bo są tam też zabawki. Zazwyczaj pierdyliard maskotek z roztoczami gratis. Ale jeśli przypatrzysz się dobrze, znajdziesz klocki, tabliczki drewniane i wiele, wiele innych. Musisz po prostu wiedzieć gdzie szukać, no i musi Ci się chcieć. Zapewniam Cię jednak, że jeśli znajdziesz tak jak ja kilka klocków, które widziałaś kiedyś w necie za całkiem pokaźną sumkę, to zachce Ci się od razu szukać czy przypadkiem nie jest ich tam więcej. Klocki to chociaż były dziś w jednym miejscu. Ale tabliczka ze zwierzątkami. Tak szukałam między zakurzonymi maskotkami, tak je przewalałam z kąta w kąt, aż znalazłam wszystkie pasujące elementy. A jaka ja dumna wyszłam z tego sklepu, o panie!
Instynkt łowcy możecie wykorzystać nie tylko w SH, ale i w komisach z antykami, meblami, a nawet na pchlich targach! W moim mieście taki targ otwarto jakieś 2 tygodnie temu, a ja już wiem, że jak tam zawitam pierwszy raz to na pewno znajdę drewnianą kołyskę dla lalki... No dobra może aż tak po całości od razu nie polecę, ale na takim targu idzie naprawdę zaszaleć... Zwłaszcza jak sprzedawca się nie zna.
Mam swoją kopertę, w której są moje obrotowe pieniądze. Sprzedaję, wkładam tam kasę i podbieram jak mam ochotę coś sobie kupić. Nie wspominając już o tym, że jeśli akurat mam dziś przelać pieniądze za czynsz... to zazwyczaj dwa dni naprzód sprzedaję kilka rzeczy i czynsz się płaci...sam ;) I żeby nie było. Nawet zanim zaczęłam prowadzić blog to radziłam sobie w podobny sposób, żeby nie wołać na zachcianki od rodziców ( swoją drogą nigdy tego nie robiłam i sprawiało mi to kłopot jeśli już na prawdę potrzebowałam w liceum kupić sobie ten nowy puder... ) - miałam stronkę na fp, na której sprzedawałam rzeczy upolowane w SH. Były to rzeczy w stanie idealnym, tak zwane perełki. Wszystko wyprane, wyprasowane. Zaczęło braknąć mi niestety na to czasu kiedy urodziłam, więc stronkę usunęłam.
Zawsze powtarzam, że wszystko zależy od naszej zaradności i chęci. Mogłabym powiedzieć, że nie mam czasu, bo mam dziecko, ale jeśli marzy mi się iphone to tak długo będę z wózkiem biegać na pocztę z paczkami aż na niego zarobię. Wczoraj jedna z czytelniczek, którą swoją drogą bardzo lubię napisała, że sprawiałam zawsze wrażenie osoby niesamowicie bogatej. Drogie zabawki, drogie rzeczy. Bo owszem można dobrze wyglądać, można mieć "drogie" dodatki, ale wcale nie trzeba wydawać na nich tysięcy. I o wiele większą satysfakcja jest wtedy kiedy pokazujesz koleżance mega wypasioną kurtkę i mówisz " kupiłam ją za 20 zł" niż wtedy kiedy wydasz na nią 300 zł. Bo wydawać pieniądze i kupować drogo, każdy by potrafił jeśli zaopatrzyłoby się mu portfel. Ale kupić to samo lub jeszcze lepsze...za 10 razy mniej - to już sztuka i kwestia zaradności. I doskonale wiem, że potrafi to i robi co druga z Was, dlatego z góry uprzedzam, że nie czuję się w tej kwestii jak odkrywca Ameryki, ale wierzę też w to, a wręcz jestem pewna, że niektórym osobom trzeba nawet tak błahe kwestie przedstawić jasno i wyraźnie, żeby im po prostu pomóc.
Nigdy nic nie spadnie Wam z nieba - poza deszczem lub piorunem, który może Was strzelić - ale nie znaczy też to, że osiągnięcie tego o czym się marzy musi być marzeniem ściętej głowy.
klocki , tabliczka - SH
czapka - Dwa motki słońca
W ostatni dzień wyścigu szczurów w blog roku, wiele blogerek ku mojemu zdziwieniu opublikowało wpisy na FP, w których mobilizowały czytelników do oddania na mnie głosów. Coś mnie podkusiło żeby poczytać komentarze...
"Na mnie ona nie ma co liczyć" ; " Nie przepadam za nią"... wszystko zaakcentowane 3 kropkami dla podkreślenia niechęci jaką żywią do mojej osoby. I wszystko byłoby spoko, bo przecież cały świat nie musi mnie lubić...ale nazwiska znane. Skąd? Kilka osób było moimi czytelnikami do czasu kiedy zaczęłam...być szczęśliwa. Pamiętam takie ewenementy. Były przy mnie wirtualnie kiedy było mi źle, a moje wpisy na kilometr zalatywały smutkiem i pustką w mojej duszy. Przecież ludzie tak kochają ludzkie tragedie. Kochają świadomość, że ktoś ma przesrane tak jak oni albo jeszcze gorzej. A tu zonk. Mamala urodziła i zamiast zaszyć się w domu w brudnym dresie to spełnia marzenia i jeszcze perfidnie pisze o tym publicznie. A przecież my tak tego nie lubimy. Ja to ja. Kiedyś mama chorego dziecka prowadząca blog (nie pamiętam jaki) napisała mi, że wielu czytelników odwróciło się od niej kiedy jej wpisy zaczęły być...radosne. " Kiedyś tu było lepiej, byłaś prawdziwa, a nie taka cukierkowa". Wyobrażacie sobie? Napisać matce chorego dziecka, że lepiej było kiedy 24h płakała i była bezsilna zamiast pogratulować, że z uśmiechem na twarzy walczy z tragedią i jest silna? Nasza polska mentalność, która nie pozwala cieszyć się z sukcesów i radości innych , a nakazuje czekać na wieść pełną smutku " Nie udało mi się"... Nie cierpimy pewności siebie, która bije od innych z daleka. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego? Bo mamy kompleksy. Bo czujemy się mali przy ludziach sukcesu, przy ludziach, którzy walczą, a nasze zranione ego nie pozwala nam kibicować, tylko modli się o porażkę innej osoby. Masz wrażenie, że piszę o Tobie? W takim razie Ty nigdy nic nie osiągniesz. Zgadnij dlaczego.
1) Zazdrość - taka niezdrowa, przez którą tracimy zdrowy rozsądek i nienawidzimy ludzi. Zazdrościmy piosenkarce białych zębów więc pocieszmy się faktem, że na sto procent jest głupia, a żeby znaleźć się na scenie poszła z producentem do łóżka. Aha. No i wcale nie chciałabyś mieć takich białych zębów. A nawet jakbyś miała kasę to byś sobie ich nie zrobiła, mam rację?
2) Zawiść - to jeszcze gorsze od chorej zazdrości. Jeśli życzysz komuś źle, bo ma od Ciebie lepsze auto, ładniejsze nogi czy więcej osiągnięć to jesteś zwyczajnym prostakiem, a Twoje zachowanie jest poniżej jakiegokolwiek poziomu. Pamiętaj, że na jędrne nogi ktoś zapracował godzinami treningów, a auto niekoniecznie jest kradzione, ale kupione za ciężko zarobione pieniądze. Też chcesz takie nogi i auto? To schowaj zawiść do kieszeni idź na trening i zrób wszystko, by mieć takie auto jakie chcesz. Da się, serio. Sama jeszcze jakiegoś mega wypasionego nie posiadam, ale mam w sobie tyle determinacji , że za kilka lat na pewno będę jeździć wygodnym mercedesem. Na razie ani mnie nie stać ani takiej potrzeby nie mam. Czujesz gul w gardle? Całkiem niepotrzebnie. Jesteś w tym samym punkcie co ja. Możesz osiągnąć tyle samo. Tylko najpierw musisz wstać. I nie ściemniaj mi tutaj, że nawet jak będziesz miała pieniądze to dalej będziesz jeździć rozwalonym maluchem. Nie uwierzę w to tak samo jak w to, że jeśli będziesz miała propozycję zostania dyrektorem to wciąż będziesz chciała pracować na zmywaku.
3) Lenistwo - jeśli po dziś dzień Twoim ulubionym zajęciem jest wcinanie marsów i oglądanie kiepskich w wygodnym fotelu to muszę Cię zmartwić - jedyne czego się dorobisz to fałdy tłuszczu i nadwagi. Leniwi ludzie może mają w życiu łatwiej, bo ze wszystkim idą na łatwiznę, ale najlepsze rzeczy nie są proste w osiągnięciu. One wymagają czegoś więcej niż ruszenia 4 liter do sklepu po batona.
4) Wymówki - nie mogę bo mam dziecko; nie mogę, bo nie mam czasu ; nie mogę, bo...bo nie chcesz do cholery ! Powinnam tutaj powstawiać wiadomości od samotnych matek, które z dzieckiem pod pachą bez niczyjej pomocy realizują się i dają radę ze wszystkim. To nic, że zaklną kilkanaście razy dziennie z bezsilności - idą dalej!
5) Strach - o ten, przed porażką. Jeśli jest zbyt duży, już zawsze będzie blokował Cię przed krokiem naprzód. Będzie Cię paraliżował i wmawiał, że nie dasz rady, że się potkniesz. I co z tego? Potkniesz się tysiąc razy, ale wierz mi, że potknięcia wbrew pozorom umacniają i wzbogacają Cię o nowe doświadczenia.
6) Wątpliwości - ciągłe wątpienie w siebie, w swoje możliwości, w swój talent. Poczucie, że jest się nie wystarczająco dobrym. Spoko, możesz czasem wątpić, ale jeśli będzie to u Ciebie codziennością i nie powiesz temu stop to nigdy nie uwierzysz w to, że MOŻESZ WSZYSTKO. Nawet jeśli będziesz próbował swoich sił w czymkolwiek, zawsze będziesz dochodzić do punktu, w którym zwątpisz, że to wszystko ma sens. I tak będzie działo się ze wszystkim czego się nie tkniesz. A wystarczy uwierzyć...w siebie i we własne możliwości, a na każdą myśl, która zmierza w kierunku "Ehh...chyba nie dam rady" zareagować szybkim kuksańcem i zdaniem " Jak ja nie dam rady, to kto?" - no kto? Oczywiście, że Ty.
Tak naprawdę przeszkód w osiągnięciu sukcesu jest wiele. Mogą nią być też inni ludzie, ale największą i najgroźniejszą przeszkodą jesteśmy my sami. Każdy z nas jest kowalem własnego losu i to my decydujemy o tym co znajdzie się na szczycie schodów, którymi zmierzamy, a także co spotka nas po drodze i jak się z tym zmierzymy. Nie porównuj się z innymi. Każdy jest inny. Jeśli zmierzasz na samą górę to nie narzekaj, że Ci ciężko. Nie patrz w dół, w tył - możesz stracić równowagę i spaść. Bądź najlepszą wersją siebie, jedyną i niepowtarzalną. Najlepszym oryginałem, nigdy kopią. Zapomnij co to zazdrość, zawiść i strach. Jeśli pragniesz sukcesu - sięgnij po niego. Tak po prostu.
bluzka - TUTAJ
spodnie - TUTAJ
bluzka - TUTAJ
spodnie - TUTAJ
Kiedy miałam lat naście lubiłam słuchać smutnych piosenek, gdy rzucał mnie chłopak i lubiłam depresyjny stan, w którym tniesz wspólne zdjęcia, na które kapią Ci łzy. Lubiłam te emocje i sama nie mogę uwierzyć, że tak było - pisząc to mam wrażenie, że byłam osoba niemalże psychicznie chorą, ale wiem, że wszystko...wszystko to ukształtowało mnie taką jaka jestem teraz.
Jestem osobą o niesamowitej sile i energii. Jednak mimo tego zdarza się, że popadam też w straszne depresyjne doły. Chwilowe, ale jednak. Można by mnie nazwać osobą o podwójnej jaźni. Osobą z borderline, która przechodzi ze stanów euforycznych do stanów ciężkiej depresji. Być może jestem dotknięta tym zjawiskiem, ale nauczyłam się walczyć z nim bez apteczki wypełnionej psychotropami. Nauczyłam się kontrolować swoje emocje i być ponad swoją własną głową. Bo to właśnie w głowie wszystko się zaczyna - i tak na prawdę również w niej się kończy. To co powstaje w naszej głowie mogłabym nazwać pewnego rodzaju fałszem i złudzeniem. Będąc nawet w najbardziej zajebistym punkcie swojego życia, jeśli mocno się postaramy nasza główka na zawołanie wymyśli nam kilka pozornie ważnych problemów, które nagle zburzą Ci piękny obrazek Twojego życia. Tak może dziać się non stop, a ty już na zawsze możesz pozostać więźniem własnego umysłu. Ale nie musisz.
OCZYŚĆ SWÓJ UMYSŁ
Wiesz, że możesz wszystko prawda? A jeśli tego nie wiesz to powiem Ci co możesz na pewno. A właściwie musisz to zrobić na samym początku. Uwolnij się od własnego umysłu. Brzmi hardkorowo ? Wiem. Ten kto mnie tego uczył tłumaczył mi setki razy jak to zrobić - koniec końców i tak doszłam do tego dopiero wtedy, gdy ten ktoś na zawsze usunął się z mojego życia, a ja po czasie zrozumiałam, że jego nauki były strzałem w dziesiątkę. Nevermind. Głos w naszych głowach często jest naszym dręczycielem. Nie możemy przez niego spać ani normalnie funkcjonować. Traktujemy ten głos jak mantrę, jak przewodnika naszego życia, podczas gdy powinniśmy słuchać go w spokoju i nie poddawać opinii niczego co słyszymy. Głos podpowiada Ci, że powinnaś się martwić? Wyluzuj. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Powiedz sobie, że problem, który masz wcale nie jest mega poważny - on jest taki jakim sama go nazwiesz. Po co więc sobie utrudniać? Musimy nauczyć się być neutralni. Dopiero gdy nauczymy się neutralnej postawy wobec własnych myśli wkroczymy na dalszy level.
CIESZ SIĘ ŻYCIEM
Dopiero kiedy Twoja głowa przestanie Tobą rządzić możesz skupić się na radościach. Na początku zacznij cieszyć się z rzeczy, na które na co dzień nie zwracasz uwagi. Delektuj się każdym kęsem posiłku i zwracaj uwagę na Twój każdy krok. Małe dzieci cieszą się z wszystkiego. Przyglądają się ruchom swojego ciała, biją sobie brawo, zwracają uwagę na każdy swój krok. Dorośli im starsi tym bardziej zatracają umiejętność zwracania uwagi na takie rzeczy. Wykonują wszystko automatycznie. Zacznij od nadania sensu krokom, lejącej się wodzie w kranie. Stawiaj poprzeczkę coraz wyżej. Bij sobie w myślach brawo, kiedy coś Ci wyjdzie i mów sam do siebie dumnym tonem. Ludzie, którzy mówią sami do siebie wbrew pozorom nie są psychiczni. Są całkowicie normalni, ale w szarej i smutnej Polsce uśmiech gdy idziesz samotnie czy mamrotanie pod nosem kwalifikuje Cię już do psychiatry. Ciesz się ze wszystkiego na przekór wszystkim. Porażki obracaj w sukcesy i pamiętaj, że wszystko ma swój sens i dzieje się po coś. Jeśli płaczesz - rób to tylko po to, by zrobić krok naprzód. Nie po to by się poddać. Płacz pomaga tylko na chwilę. Jeśli zaczniesz cieszyć się życiem pójdź krok dalej.
NIE PATRZ W TYŁ
Nie osiągniesz kompletnie nic i nie pójdziesz naprzód jeśli wciąż będziesz rozdrapywać rany z przeszłości. Przeszłość nie istnieje. Liczy się tylko to co jest tu i teraz. Nie ma żadnego innego momentu oprócz TEGO. Jest tylko jeden jedyny czas, w którym istniejemy, a to co za nami - tego nie ma. Nie widzę więc najmniejszego sensu, by coś czego nie ma wpływało na jakość mojego życia, które właśnie teraz się toczy.
PRZESTAŃ SIĘ BAĆ
Limity takie jak strach często są tylko złudzeniem. Nie pozwól, by strach przed porażką paraliżował Cię i nie pozwalał osiągnąć sukcesu. Strach również rodzi się w głowie - nie myśl o nim. Skupiaj się na celu, nie bój się upadać. Nawet jeśli upadniesz - podniesiesz się. Nawet jeśli będziesz leżał długo - w końcu powstaniesz.
ŻYJ
Dokładnie. Tak jak widzisz. Po prostu żyj. Idź przed siebie i rozwalaj system. Nie patrz na innych. Życie masz tylko jedno - pomyśl sobie, że możesz obudzić się za 50 lat z wielkim żalem do siebie, że nie zrobiłaś nic, albo... z sukcesami na koncie i satysfakcją, że przeżyłaś życie najlepiej jak mogłaś!
To jest właśnie moje podejście do życia...podejście do życia, które zostało przelane na...nie. Nie na papier. Na koszulki! Są takie współprace, które znaczą coś więcej niż wysmarowanie recenzji. Przykładem tego jest moje zostanie twarzą nowej serii koszulek i bluz zaprojektowanych przeze mnie oraz koszulove.com . Coś pod czym nie tylko się podpisuję i zgarniam profity, ale coś w co włożyłam serce, czas i pasję. Koszulki z hasłami od dzisiaj możecie mieć i Wy. A mi nie pozostaje nic innego jak otworzyć tą kolekcję i przybić sobie piątkę za ten wpis, który jest premierą poniższych koszulek. Sesja było hardkorowa. Mróz, niezdrowe opary i zmasakrowanie najlepszych butów. Ale było warto... Efekty? Zobaczcie sami. Za sesję serdecznie dziękuję mojej najukochańszej siostrze, która jest moim najlepszym, osobistym fotografem Wegner-Keiling Photography. Wszyscy daliśmy czadu. A skoro każdy włożył w ten projekt tyle serca...to nie mogło wyjść źle.
Koszulki od teraz do nabycia na koszulove.com . Na hasło MAMALA rabat 5 % ! Wszystkie rzeczy z tej wyjątkowej serii możecie obejrzeć TUTAJ .
ten wzór do kupienia TUTAJ
ten wzór do kupienia TUTAJ
ten wzór do kupienia TUTAJ
ten wzór do kupienia TUTAJ
ten wzór do kupienia TUTAJ
Kompleksy. Coś co zabija nas od środka. Coś co wykańcza psychicznie. Porównywanie się z innymi kobietami, które codziennie mijamy w pracy, na zakupach, w szkole działa skrajnie wyniszczająco. Wiem, bo sama katowałam się patrzeniem na inne i wyszukiwaniem w ich wyglądzie zalet, których ja nie posiadam. Z czasem niemal każda kobieta obojętnie czy to w tv, w gazecie czy na ulicy wydaje nam się być lepsza od nas. Dobijamy się tym, próbujemy coś ze sobą zrobić, ale w co byśmy się nie ubrały, jak pięknie byśmy się nie pomalowały - czujemy się marnie. Wychodzimy z domu pewne siebie, po czym wystarczy jedna kobieta idąca z naprzeciwka, by prosta pewna postawa zamieniła się w lekko przygarbioną, niepewną i pełną strachu...
Nie tęsknię za tym stanem. Stanem, w którym wątpiłam w samą siebie i czułam się więźniem we własnym ciele. Stanem, w którym nie mogłam patrzeć w lustro, a każda kobieta zdawała się być dla mnie zagrożeniem. Wiem, że tamten okres mojego życia wyniszczył wtedy moją psychikę totalnie. I to w sumie dziwne, że tak się działo w momencie kiedy mój partner doceniał mnie w sposób w jaki teraz tego nie robi. To właściwie teraz powinnam czuć się źle, bo rzadko słyszę, że jestem piękna, a moje ciało zgrabne. To wtedy powinnam była czuć się piękną kobietą, bo zapewniał mnie o tym dniami i nocami. Ale tak nie jest. Dlaczego? Powód jest prosty. Cały świat może mówić nam, że jesteśmy piękne, cudowne i seksowne, ale jeśli my same w to nie wierzymy to słowa innych nic nam nie dają. Jeśli jednak zaczynamy wierzyć i z chęcią spoglądamy w lustro obojętnie czy to rano czy wieczorem - to nie będziemy potrzebować niczyich zapewnień. Jeśli będą - fajnie. Ale jeśli nie - nie zrobi nam to różnicy. Jeśli kochasz siebie taką jaka jesteś i akceptujesz odbicie w lustro - to nigdy nie uwierzysz w słowa ludzi, którzy twierdzą , że jest inaczej. Że jesteś brzydka, gruba, a Twoje pośladki zwisają Ci do samej ziemi.
Czy umiesz zaakceptować swoje wady? Krzywy nos, małe cycki, łydki nieproporcjonalne do ud, dwie brody, jedno oko mniejsze od drugiego? Ja przyznam się szczerze, że nauczyłam żyć się z defektami, ale gdybym tylko miała możliwość pozbyłabym się ich bez zastanowienia i nigdy w życiu za nimi nie płakała. Powiększyłabym swoje piersi, zrobiłabym sobie ładniejszy nos i podkreśliła troszkę bardziej kości policzkowe. Nie uwierzę też, że kochacie swój cellulit, a rozstępy traktujecie jak świętość, która przypomina Wam o pięknym stanie błogosławionym.
Nie znam osoby, która kocha takie rzeczy, ale doskonale znam osoby, które mimo tego, że nie lubią swoich małych cycków czy cellulitu na dupce - kochają siebie. Jak to możliwe? Po prostu na co dzień skupiają się bardziej na tym co w sobie lubią. Skupiają się na swoich atutach. Na pełnych ustach, gęstych włosach czy hipnotyzujących oczach.
A ja? Ja skupiam się na tym, że z dnia na dzień mam coraz więcej mięśni. Skupiam się na swoich dużych, krągłych pośladkach. Lubię swoja usta, swój płaski brzuch. Podoba mi się moje ciało, ale wiem, że może być lepsze. Dlatego trenuję, zdrowo jem i dbam o siebie. Nie walczę już o poczucie własnej wartości i samoakceptację. Chcę się czuć jeszcze seksowniej niż czuję się teraz. Podobam się sobie i wcale nie zależy mi, by podobać się całemu światu. Idę pewnie przed siebie i już nie patrzę. Nie patrzę czy kobieta z naprzeciwka ma większe cycki, piękniejsze włosy czy cholernie piękny nos. Nie obchodzi mnie to. Obchodzi mnie jedynie fakt, że idę taka pewna siebie, seksowna i nie rozmyślam o tym, że być może za mną idzie ktoś komu nie podobają się moje pośladki, a obok ktoś patrzy się na moje nie do końca wyrzeźbione jeszcze uda. Niech myślą co chcą.
Pamiętaj. To sobie masz się podobać. A jeśli czegoś nie akceptujesz - zrób wszystko, żeby to zmienić. Narzekaniem i biadoleniem nic nie zdziałasz. Ale jeśli chce Ci się wymiotować na widok swoich grubych nóg to wiedz, że nie musisz jeść zaraz kolejnego kebaba, ale możesz przyrządzić zdrowy i smaczny obiad. Nie podoba Ci się to, że nie masz zarysowanych mięśni? Zawsze możesz poćwiczyć. Wyjścia są dwa. Albo zaakceptujesz swoje wady i nauczyć się z nimi żyć - albo zaczniesz robić coś, by się ich pozbyć. Wybór należy do Ciebie. Zrób wszystko, by spojrzeć w lustro i powiedzieć " Jestem zajebista!". Bo jesteś, na pewno. Tylko jeszcze o tym nie wiesz. Jeszcze tego nie odkryłaś...
Ja sama zadawałam je sobie przez długi czas odkąd musiałam zrezygnować z treningów crossa z powodu tego, że F. wracał z pracy o wiele później niż kiedyś, a nikt inny nie mógł zostać z Polą w godzinach wieczornych. Nawet gdyby mógł - wieczorami byłam tak wyczerpana, że o ćwiczeniach nie miałam nawet siły myśleć.
Próbowałam w dzień. Na marne. Do skalpela Ewki Chodakowskiej podchodziłam chyba co 2 dzień i zawsze odpadałam po 5 minutach mówiąc sobie "Eee tam wybiorę coś lżejszego i krótszego". W efekcie robiłam kilkanaście przysiadów i na tym koniec. Ale...wciąż miałam w głowie to, że ćwiczenia to tylko 30 %. 70 % to ... DIETA. I mówiąc na myśli dieta nie mam na myśli głodówki, diet dukana czy innych rygorystycznych metod. Dieta czyli zdrowe odżywianie. Po prostu.
I o ile udawało mi się zdrowo jeść przez cały dzień, tak wszystko szło na marne kiedy do domu wracał F. i kusił...pizzą, colą, wafelkami czy innymi tego typu rzeczami. Oczywiście, że ulegałam. Ba! Ja kocham pizzę! I to na jej myśl cieknie mi jeszcze czasem ślinka, ale o dziwo nie cieknie mi na myśl...słodyczy. Odzwyczaiłam się od cukru w moment. Ale warto pamiętać o tym, że od dwóch miesięcy podchodziłam do tego codziennie. Dlaczego?
Brakło mi tej jednej rzeczy. Nawet jak do wieczora dawałam sobie radę bez słodyczy, to wieczorem mówiłam sobie "Eee tam nie wyglądam tak źle. Nie muszę sobie niczego odmawiać.". I tak co chwilę. Wymówka za wymówką. A potem spojrzenie w lustro i płacz. Bo tu pośladki wisieć zaczynają, tu cellulit wyskoczył, a tam jakaś ta skóra się mało jędrna zrobiła. Nie udało mi się wdrożyć w plan zdrowego odżywiania i treningów od pierwszego stycznia. Byłam podłamana. Lubię zaczynać nowe rzeczy wraz z tym pierwszym dniem roku. Fajnie potem powiedzieć " Cały rok jadłam zdrowo" . Zdeprymowało mnie to do tego stopnia, że nie mogłam spojrzeć w lustro, ale w końcu spojrzałam i powiedziałam sobie...
Po co zaczynać od jutra , jeśli można zacząć od teraz? Jak nie teraz to już...nigdy! Jeśli ciągle mówisz sobie "od jutra", bo w tym momencie masz ochotę podjeść jeszcze marsa, a jutro rano płakać, że na wadze jest pół kg więcej, bo na marsie się nie skończyło to oznacza, że nie jesteś gotowa! Jeśli dziś mówisz sobie "od jutra" to okej, tylko pamiętaj, że zawsze kiedy się budzisz jest już "dziś". Na dobrą sprawę "jutro" nie nadchodzi nigdy, a co za tym idzie Twoje postanowienie o diecie i zdrowym odżywianiu w pogoni za piękną sylwetką również się nie spełni. Nigdy nie ujrzysz jędrnych pośladków i smukłego brzucha jeśli codziennie będziesz odwlekać to wszystko w czasie.
Jak nie wychodzi nam dieta ani ćwiczenia, to próbujemy się pocieszyć i wmawiamy sobie " Nie no ta skóra jednak aż tak tragicznie nie wisi, a ten cellulit w sumie prawie nie rzuca się w oczy". No i nagle PRAWIE jesteśmy zgrabne. W głębi duszy wiemy, że tak nie jest i może być lepiej, ale pocieszenie i usprawiedliwienie musi być , co nie?
Mówiłam tak przez ostatnie 2 miesiące. Ba! Zganiałam, że a to dziecko mi nie pozwala, a to za dużo nauki, a to sprzątanie. A jakby tak zliczyć ile przesiedziałam nawet z doskoku przy laptopie, to na pewno uzbierałoby się chociaż pół godzinki. Jedyne PÓŁ GODZINKI, które mogłam poświęcić na ćwiczenia zamiast na patrzenie się w ekran. No i wybieranie numeru do pizzeri i głowienie się co wybrać też trochę zajmuje. Całe szczęście przestałam szukać wymówek i zrozumiałam, że sporo czasu człowiek marnotrawi nawet o tym nie wiedząc. W końcu internet to taki złodziej czasu. Myślisz, że siedzisz 10 minut, a tak naprawdę siedzisz już godzinę. Ale teraz... mam czas na wszystko. Ba mam na to siły! Dlaczego?
Endorfinki to taka grupa najwspanialszych hormonów na świecie. No prawie najwspanialszych. Polepszają one nasze samopoczucie, sprawiają, że jesteśmy z siebie zadowolone. Generalnie endorfiny wprawiają nas w ogromną euforię, dzięki której jesteś jakiś metr na ziemią. Minimum. Możesz i chcesz wszystko. Co prawda czekolada również powoduje wydzielanie endorfin, ale zjedzenie jej tylko po to by poczuć, że może się ćwiczyć jest raczej mało mądre.
Nikt nie zmotywuje Cię do ćwiczenia czy zdrowego odżywiania bardziej niż ty sam. Ani ja, ani Ewka Chodakowska. Ktoś może Cię do tego skłonić, sprawić, że zaczniesz o tym myśleć, ale ostateczna motywacja, która pozwoli Ci zdecydować się na ten krok to już twoja działka. Mi przez długi czas zdjęcia wstawiane na facebooku Ewki dawały tylko kopa na 5 minut.
Pojawiała się myśl "Ooo tak, ja też tak zrobię!" i ulatywała coraz bardziej z kolejnymi minutami. Przyczyniało się to wszystko powoli do tego co się stało pewnego dnia. Dnia, w którym powiedziałam " Jeśli nie dziś to jutro" i mam w sobie siłę, której nie pokona nic. Nie zmuszę się zmuszać. Już teraz wiem, że zdrowa dieta i ćwiczenia zawładną moim światem. To się staje moim stylem życia i tylko wtedy odniesiesz sukces jeśli tak to właśnie potraktujesz.
No więc jak zmotywować się do ćwiczeń? Na to nie ma recepty. Jeśli jesteś leniem to nawet trener duchowy choćby się ... no wiecie co - to Was nie zmotywuje. Mogę Wam jedynie powiedzieć, że tak siedząc i nic nie robiąc, tyłek staje się coraz większy i cięższy - więc macie odpowiedź dlatego tak ciężko jest go podnieść. Nie sądzę, by czytały mnie 70 letnie kobiety, dla których jest już za późno, by zacząć coś ze sobą robić, ale Wy - wy wszystkie - wy możecie zacząć teraz i już wkrótce zobaczyć efekty nie z tej ziemi. Nie dla faceta! Nie dla innych! Dla siebie! Maja Sablewska zawsze mówiła, że moda zaczyna się pod ubraniem. I musicie o tym pamiętać. W żadnych ciuchu nie będziecie czuć się w stu procentach sexy i modnie jeśli nie będziecie zadowolone z efektu pod ubraniem. Z Waszego ciała.
A jak ja się czuję po tak krótkim czasie ćwiczeń i zdrowej diety? Fantastycznie. I nie tylko w momencie kiedy patrzę w lustro. Zmiana nawyków i stylu życia sprawia, że wszystko jest inne, lepsze. Nie tylko wygląd, ale i nasz umysł zaczyna inaczej funkcjonować. Zapewniam Was, że nigdy się tak nie czułam siedząc i jedząc pizzę. Nigdy.
Nie zaczynaj od jutra. Zacznij od teraz. Wypluj ten kawałek marsa, jeśli nie zadowala Cię widok w lustrze. Wstań z kanapy i rusz się jeśli uważasz, że Twoje pośladki wiszą. Jeśli marzysz o pięknej sylwetce to nie odkładaj tego na jutro. Bo prawdopodobnie na to odkładanie zmarnujesz swoje całe życie. I nigdy nie będziesz usatysfakcjonowana ze swojego ciała w stu procentach. Może w 50 %, albo w 70. Ale po co na tym poprzestawać skoro można dojść do punktu, w którym nie będziesz chciała nic zmieniać? Bez tysięcznych nakładów finansowych i skalpela ( chyba, że tego na YT). Potrzebne będą Ci jedynie chęci, motywacja i ... cała masa samozaparcia. Powodzenia!
W poprzednim wpisie dowiedzieliście się m.in. że w ostatnich miesiącach roku moja głowa zawładnęła mną totalnie i wprowadziła w moje życie chaos i nieład. Właściwie to z perspektywy czasu śmiem twierdzić, że od jakiś dwóch miesięcy tkwiłam w jakimś...zawieszeniu. Doskonale pamiętam okres po wakacyjny kiedy codziennie oglądałam filmiki motywacyjne, chodziłam jak po środkach dopingujących i jakoś tak dziwnym trafem spełniało mi się wszystko o czym tylko zamarzyłam. Powód jest prosty. Wierzyłam.
Wierzyłam głęboko w to, że jestem mistrzem w tym co robię. Skoro ja wierzyłam, to wierzyli też inni. Tak to właśnie działa. Ja nie tylko wmawiałam sobie, że tekst, który napiszę porwie tłumy, a i w innych życiowych sprawach będzie mi się wiodło. Ja po prostu wierzyłam i byłam o tym przekonana. Znacie na pewno te wszystkie książki typu sekret. Ich treść nie jest żadną ściemą. Każdy człowiek sukcesu, każdy któremu się wiedzie to człowiek, który wierzy w siebie i w to, że osiągnie swoje cele. Człowiek, który nie wierzy nie osiąga w życiu totalnie nic, bo swoimi złymi myślami przyciąga jedynie beznadziejne sytuacje. Takie beznadziejne jak i ja w ostatnim czasie.
Wzloty i upadki.
Po mega cudownym okresie powakacyjnym w moim życiu kiedy to spełniałam marzenia, tysiące osób czytały mój blog, a ja skakałam od rana do nocy pod sam sufit z radości, bo wszystko mi się udawało, przyszedł moment załamania. O dziwo do załamania powodów większych nie miałam, ale... dopadła mnie rutyna, stan beznadziejności. Codzienne wykonywanie tych samych czynności aż do zrzygania i bitwa myśli w głowie między "Ciesz się życiem, nie traktuj tego jak obowiązku" , a myślą " Jak ja mam tego wszystkiego dość." . Byłam zmęczona balansowaniem między euforią, a dołem więc dokonałam wyboru - stan nijaki. Stan beznadziejny. Stan typu : jest mi wszystko jedno.
Stan beznadziejności.
Stan beznadziejności jest o tyle tragiczny w skutkach, że jest Ci już wszystko jedno. Człowiek już się nie denerwuje, że ma stos garów do pomycia i, że znów nie przespał więcej niż 3 godzin z rzędu. Człowiekowi jest wszystko jedno i o ile nie robienie nic sobie z masy obowiązków może wydawać się fajną opcją tak już nie robienie sobie niczego nawet z pozytywów jest już naprawdę niepokojące. Ale przecież wszystko ma swoje podłoże, a stan taki nie bierze się znikąd...
Powód.
" Nie wiem co mam robić w życiu. Do niczego się nie nadaję." - gadka, która mój F., moja siostra i moi rodzice byli zmuszeni słuchać przez jakieś dwa miesiące non stop. Totalnie zbłądziłam , a blog przestał być na moment moją pasją. Nadal lubiłam pisać, ale zwątpiłam czy chciałabym to robić przez resztę życia. A może chodziło o chwilowy brak współprac i frustracja, że pasja nie przynosi już takiego zarobku jak wcześniej, bo jest mały, chwilowy przestój? Nie wiem o co chodziło, ale jakoś w okresie świątecznym byłam już tak wykończona gonitwą swoich myśli, że zaczynałam zerkać na numer do psychiatry. " Może on mi pomoże". Byłam tak cholernie zmęczona. Dopadła mnie bezsenność. Mimo zmęczenia nie mogłam za cholerę zasnąć. Sto tysięcy myśli na sekundę i przerażenie na myśl o przyszłości. Cierpiałam. Ludzkie cierpienie może trwać dzień, miesiąc, a nawet rok. Ale w końcu się kończy... i człowiek powstaje.
Powstanie.
Mimo, że od tej całej gonitwy myśli uwolniłam się chyba dzień po świętach to tak na prawdę powstałam dopiero...dwa dni temu. Byłam uwolniona od myśli, ale wciąż było mi wszystko jedno. Wieczorem odpaliłam sobie filmik, który towarzyszył mi w tym kwitnącym okresie. Kilka filmików z serii tych z mówcą w tle, którzy pieprzy Ci przez 5 minut, że masz podążać za marzeniami. Te filmiki to żaden kit. Ton mówcy, obraz ludzi sukcesu, nastrojowa muzyka w tle i przesłanie sprawia, że człowiek staje na równe nogi. Stanęłam i ja. Rano nie marnowałam już czasu na leżenie i przedłużanie tego najdłużej jak się da. Wstałam na równe nogi i z uśmiechem na twarzy zabrałam się za rzeczy, za które od dawna powinnam była się zabrać. Wróciłam do gry. A jeszcze kilka dni wcześniej...
Wymówki.
To ja Wam zawsze powtarzałam, że da się wszystko jeśli tylko się chce. I to ja zaczęłam łapać się w ostatnim czasie, że co chwilę mówiłam, że nie dałam rady...nie dałam rady posprzątać, bo Pola ciągle chciała się bawić. Nie dałam rady poćwiczyć, bo nie miałam czasu. A guzik prawda. Czas był na wszystko! Te głupie 5 minut drzemki, albo 10 minut kiedy akurat się czymś zajęła. Kiedyś potrafiłam zrobić w tym czasie sto różnych rzeczy. Ale ostatnio "nie dałam rady". Jasne! Ja po prostu wmawiałam sobie, że nie dam rady, bo tak było łatwiej funkcjonować. Miałam usprawiedliwienie dzięki czemu nie zjadały mnie wyrzuty sumienia, że mogłam coś zrobić, ale mi się nie chciało. Wczoraj to do mnie dotarło. Stałam się jedną z tych, które wiecznie czegoś nie mogą i nie dają rady. I umierają z zerowymi sukcesami na koncie i wspomnieniem beznadziejnego życia, w którym były ofiarami losu. O nie. Koniec z tym. Od tej pory znów mogę, znów chcę, i wierzę, że można spiąć tyłek tak, by poradzić sobie dosłownie ze wszystkim.
Padłeś? Powstań. Ludzie podnoszą się z różnych sytuacji. Po rozejściu z partnerem , po śmierci bliskiej osoby, w obliczu choroby kogoś kogo kochamy. Ludzie z problemami większymi od Twoich mogą i potrafią więcej. Dlaczego więc ty miałbyś nie dać z czymś rady?4
Ostatnio dużo czyta się o noworocznych postanowieniach. Zaczynam zauważać coraz więcej osób, które mogłyby utworzyć krąg hejterów "czystej kartki". Gadają coś, że czystej kartki nie ma i nie będzie, a bo przeszłość, a bo bagaż doświadczeń. Guzik prawda. Czystą kartkę możesz podłożyć pod nos o każdej porze dnia i nocy. Czysta kartka nie oznacza, że doznajesz amnezji i wszystko co się wydarzyło znika. Dla mnie ta kartka to symbol nowego początku, przy którym przeszłość i doświadczenia z niej wyniesione mogą nam jedynie pomóc. Głównie dlatego, że wiemy jakich błędów nie popełnić, na co uważać i na zwrócić uwagę.
Dlaczego kartka jest czysta?
Bo pozwala nam skupić się na jak najlepszym jej zapisywaniu bez rozdrapywania starych ran. Nie musimy wypisywać na niej całej przeszłości, złych wspomnień. Możemy zacząć zapełniać ją zupełnie nowymi, lepszymi doświadczeniami. Może Nowy Rok to tylko głupia zmiana w dacie, ale to zawsze jakiś początek i pretekst do zmian na lepsze. A każdy powód do wejścia na dobrą ścieżkę jest dobry.
Jak zapełnię swoją kartkę?
Chciałabym jak najlepiej. Jak wyjdzie? Tego nie wiem. Póki co mam jedną malutką karteczkę - "Postanowienia na 2015 rok". Oczywiście, że niektóre już złamałam. Nie pojadłam tak zdrowo jak jedno z postanowień zakłada, a i z mniejszą częstotliwością przeklinania coś słabo mi idzie. Ale do niektórych przyłożyłam się już podczas sylwestrowego wieczoru. Nowy Rok miał być nowym, pięknym początkiem mojego związku. Gdzieś po cichutku w swojej głowie powiedziałam, że chciałabym być dla Niego jeszcze lepsza. A być może i on byłby wtedy lepszy dla mnie. Zapragnęłam bardziej kochać, tak jak na początku. Zapragnęłam mocniej tęsknić, kiedy jest w pracy. Wiem, do tego nie można się zmusić. Ale można zacząć bardziej się starać, a wtedy uczucia już same odżywają na nowo. Postanowiłam całować go tysiąc razy czulej na powitanie i na dobranoc. Postanowiłam czasem odpuszczać nawet pilne obowiązki, by 5 minut poleżeć wtulona w niego jakby jutra miało nie być. To owocuje. Jeśli czynisz dobro to do Ciebie wraca. Jeśli kochasz szczerze - to wiedz, że i Ciebie ktoś pokocha.
Postanowiłam być szczęśliwsza bardziej niż kiedykolwiek. Nie szukać dziury w całym, jeszcze mniej się martwić, jeszcze lepiej się zorganizować. Postanowiłam wybrać się na poszukiwania. Czego? Źródła mojego spełnienia i wiecznego szczęścia. Dalej nie wiem czy to aby na pewno jest blog. A może odczuwam potrzebę pójścia krok dalej i powiązania go z czymś? Może chciałabym pisać tutaj o czymś o czym lubię myśleć, a i w takim kierunku pójść na kolejne studia, ale może mam zbyt mało wiary w siebie, by uwierzyć w to, że umiem to odpowiednio przekazać. Może muszę to starannie dopracować, dojrzeć do tego, nie iść na łatwiznę i zrobić to tak jak należy.
Chciałabym też przestać błądzić. Gdzieś pomiędzy wiecznymi pytaniami "Czego chcę od życia?" ; "Co pragnę w życiu robić?". Odpowiedź na te pytania przyjdzie w końcu sama.
Chciałabym być spokojna. O co? O swoją własną głowę, o moje własne myśli. Bo to ja...ja, która motywowała wiele kobiet, radziła, by się nie martwić... to ja, gdzieś pod koniec tego starego roku pozwoliłam mojej głowie mną rządzić. Pozwoliłam wymyślać sobie problemy, których nie ma i pozwoliłam zrujnować sobie swój stan spokoju i radości z tych wszystkich drobnostek. I to ta niepozorna biała kartka, która leżała na stole na dzień przed Nowym Rokiem w porę krzyknęła do mnie "Weź się w garść kobieto. Zapisz mnie jak najlepiej! To twój nowy lepszy start!"
Czy zatem biała kartka jest głupotą i czymś co nie ma racji bytu? Nie. Biała kartka jest ratunkiem dla Twojej głowy. Ratunkiem, który pozwala pomyśleć o tym czego chciałbyś od życia i co chciałbyś w życiu zmienić. Biała kartka to dobry powód, żeby wypisać sobie na niej cele i do nich dążyć. I nie musi to być wcale postawienie apartamentu za milion czy lot na marsa. Możesz zacząć od malutkich celów takich jak nauczenie się robienia spaghetti mając dwie lewe ręce do gotowania. Jeśli spróbujesz i zobaczysz, że się udało - to odczujesz radość, która już sama poprowadzi Cię przez dalsze punkty. Ale nie nastawiaj się, że będzie coraz łatwiej. Jeśli zmierzasz na szczyt - musi być Ci cholernie ciężko.
Spokoju ducha i zapachu miłości w moim domu. Tego życzę sobie na ten rok najbardziej. Jeśli uda mi się osiągnąć spokój ducha o jakim marzę - osiągnę wszystko. Tego życzę i Wam. I pamiętajcie, że każdy z Was ma gdzieś w domu czystą kartkę... kto wie czy i Wam ona nie pomoże?
