Dzisiejszego dnia na tym blogu miał się pojawić zupełnie inny wpis. Kilka punktów dlaczego lepiej być kobietą niż mężczyzną, moje wypociny i odrobina sarkazmu. Zapierałam się wszystkimi kończynami ciała, że nie zrobię wpisu z podsumowaniem roku, że w ogóle komentować tego publicznie nie będę. Korciło mnie jak cholera, żeby napisać Wam, że blog się trochę zmieni, ale chciałam żeby to się po prostu stało. Bez zbędnych zapowiedzi i obietnic. I właściwie nie zasypię was konkretami w podpunktach co, jak i kiedy. Ale odczuwam potrzebę wyskrobania kilku słów. O tym co za mną i o tym co przede mną.
Żegnamy stary...
Za mną rok przełomowy. NAJLEPSZY... Rok ogromnych zmian, małych sukcesów i wielu porażek. Rok 2014 nazwałabym jednym wielkim krokiem naprzód. Zostałam matką - to chyba całkiem logiczne, że zmieniło to całe moje życie o 180 stopni. To dziecko sprawiło, że na każdej ( no prawie ) płaszczyźnie mojego życia zaczęłam osiągać sukcesy. Pierwsze blogowe współprace, wystąpienie w DDTVN, nowe znajomości.
A no właśnie. Znajomości. Nie z firmami, nie z ludźmi którzy mogą sprawić, że nagle dostanę pracę w TV albo będę zarabiać miliony. Z najnormalniejszymi w świecie ludźmi, którzy prowadzą blogi. I mimo, że z niektórymi kontakt wciąż jest tylko wirtualny - wnoszą oni w moje życie pewnego rodzaju świeżość, motywację i szczęście. 4 osoby. Noemi - moja bratnia dusza, która jest zawsze i mam nadzieję, że zawsze będzie. Ania - kompletnie nie kumam zasad wg, których żyje, ale kocham całym sercem. Zupełnie inne poglądy w prawie każdej dziedzinie życia, ale mimo to nasze rozmowy są pełne śmiechu, radości i szczęścia. Marysia - dopiero od niedawna nawiązujemy jakiś tam kontakt, a ja już dostrzegłam w niej pełną ciepła kobietę, która mimo ogromu zajęć potrafi zawsze wygospodarować dla mnie odrobinę czasu, służyć dobrą radą, wesprzeć i wirtualnie przytulić. I na koniec - facet o imieniu Adrian - bez owijania w bawełnę powie mi zawsze co myśli kiedy zalewam go swoimi żalami i smutami. Gdyby nie pierścionek na moim palcu, byłby moim mężem. On jeszcze o tym nie wie i nigdy z nim tego nie uzgadniałam, ale ważne, że ja to wiem ;)
Ale blog blogiem, znajomości znajomościami... w tym cudownym roku, który jutro pożegnamy na mojej drodze stanęła pewna osoba, która zmieniła mnie...całkowicie. Słowem, gestem, obecnością. Nie ma jej już w moim życiu i być może już nigdy nie będzie. Nie wiem czy to czyta... To dzięki tej osobie stałam się pewną siebie kobietą. Kobietą, która stawia sobie cele i je osiąga. Kobietą, która zna swoją wartość, wie czego chce i to dostaje. Kobietą, która nie rozmyśla, nie martwi się i mimo przeszkód z podniesioną głową idzie dalej. To ciężka sztuka, o której czasem zapominam, ale z całych sił staram się praktykować ją najlepiej jak potrafię. I będę w tym co raz lepsza...
Rok 2014 - rok zmian, rok wkroczenia w dorosłość, rok prawdziwego, samodzielnego , czasem mega trudnego życia. Mój wielki krok do przodu.
Witamy nowy...
Zapewne jeszcze dziś spiszę sama dla siebie punkt pod punktem postanowienia na rok 2015. Co chciałabym osiągnąć, czego chciałabym uniknąć, gdzie chciałabym dojść. Wiem, że rok ten będzie ciężki, momentami wręcz hardkorowy. Ale wszystko to będzie działo się wyłącznie z potrzeby walki o lepszą jakość życia. Nie tylko tą materialną. Właściwie to postawiłabym na samym końcu.
Blog.
No właśnie. Co z blogiem? Będą zmiany, nie będzie zmian? Odpowiadam zatem: będą. Nie panikujcie nadal będzie można tu obejrzeć ciekawe dziecięce gadżety i wszystko co z dziećmi związane. Zapomnijcie o prywacie. Znika ona z tego bloga i raczej dostałam zbyt wiele nauczek, by znów na nowo się tutaj uzewnętrzniać. Jeśli ktoś nie lubi mojej facjaty, może już odlubić profil. Będzie tutaj ona pojawiała się naprawdę często. Co zmieni się konkretnie? To się okaże. Od zawsze pisałam o tym na co miałam ochotę. Mało co planowałam, ale z racji, że byłam świeżą mamą, tematy dziecięce i zdjęcia Poli chciałam pokazywać najchętniej. Jestem jednak teraz w punkcie swojego życia, w którym zaczynam odczuwać chęć pisania i pokazywania czegoś innego. Jestem matką, ale nie zapominajmy, że jestem też kobietą, studentką i mam pasje, o których nie chcę tylko i wyłącznie opowiadać przyjaciółce raz na miesiąc. Chcę, by blog ten był miejscem, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. A będzie tak dlatego, że mam lat ile mam...i wciąż chcę próbować, doświadczać, smakować. A z tych doświadczeń na pewno powstanie mnóstwo inspiracji do pisania, fotografowania i dzielenia się tym z wami. W granicach zdrowego rozsądku oczywiście.
Czego Wam życzę?
Byście wkroczyli w kolejny rok jako lepsi ludzie. Byście wyciągnęli wnioski z błędów jakie popełniliście i by 2015 był dla Was ...nie...nie prosty. Nic co proste nie przynosi cudownych efektów. Niech ten rok da Wam w kość, ale Wam to zajebiście wynagrodzi. Życzę, by każdy z Was znalazł w tym Nowym roku odpowiedzi na nurtujące go pytania...życzę, by każdy z Was miał uśmiech na twarzy jak najdłużej i by nawet najbardziej ponury gbur zobaczył wreszcie świat w barwach innych niż czarno białe.
Bądźcie szczęśliwi, radośni. Kochajcie mocno, żyjcie zdrowo. Osiągajcie cele i nie dajcie sobie wmówić, że czegoś nie potraficie, że czegoś się nie da. Przestańcie się martwić i po prostu...żyjcie.
Szczęśliwego Nowego Roku moi drodzy czytelnicy.
Mamala
"Czy ty nigdy nie masz dość? Życia, dziecka, faceta, czegokolwiek?" - spytała mnie jedna czytelniczka po przeczytaniu kilku wpisów. Spytałam : "Dlaczego?". - " Zawsze na zdjęciach promieniejesz, o dziecku tak cudownie piszesz jak gdyby nigdy nie grało Ci na nerwach, zdaje się, że masz milion obowiązków, a mimo wszystko umiesz wykorzystać każdą minutę, a to na makijaż, a to na zabawę z dzieckiem, kiedy już sama sił nie masz. Czy ty nigdy nie płaczesz? Zdajesz się być taką fajną matką cierpliwą, a wiem ja to wiem, że przecież umiesz napisać, że nie spałaś całą noc, że jesteś zmęczona. Piszesz o tym, a mimo to zdaje się, że to po tobie spływa." a no tak...spływa. Tuż po tym jak zagryzę wargę, zamknę się w toalecie na 3 minuty, powiem, że mam dość i poryczę kilka minut. W wyciągniętym, przybrudzonym dresie, bo nie mam ochoty się dziś stroić od rana. W koku, w którym położyłam się spać poprzedniego wieczoru, bo nie chce mi się dziś czesać. "Nie jestem idealna. Nikt nie jest. I przestałam się już spinać, by taką być".
Uwielbiam motywować innych ludzi. Uwielbiam czytać wiadomości od Was, że dzięki mnie zobaczyłyście, że da się to i tamto. Że odkąd czytacie moje wpisy przestałyście się nad sobą użalać, tylko wzięłyście w garść. Kocham fakt, że zarażam swoim optymizmem innych. Ale często się boję...że ktoś, kiedyś będzie miał pretensje...że optymizm nie trwa wiecznie i czasem wpadamy w dół. Czasem na prawdę mamy dość. Czasem boję się, że moje wpisy o pięknym macierzyństwie i pięknym życiu dadzą komuś zakrzywiony obraz, że taka sielanka trwa 24 h, a człowiek nie ma nigdy chwili zwątpienia. Jedna z czytelniczek będąc w ciąży napisała do mnie " Tak bardzo mnie uspokajasz swoimi wpisami! Wszyscy inni mnie straszą, a ty pokazujesz, że wcale nie jest tak źle jak to opisują. Macierzyństwo musi być piękne". Nie ucieszyłam się z tych słów. Pomyślałam : " O mój Boże. I teraz po porodzie nie prześpi kobieta 3 nocy z rzędu, będzie słuchać płaczu dziecka nie wiedząc z początku jaka jest przyczyna i zobaczy, że wcale tak pięknie nie jest...". Napisałam od razu wiadomość taką długą na kilkadziesiąt zdań...o moim podejściu do życia, do macierzyństwa...napisałam też, że wszystko ma swoje ciemne i jasne strony. I to, że skupiamy się na tych jasnych, na tych lepszych niestety nie eliminuje z naszego życia tych gorszych chwil. Można się na nich mniej skupiać, można je zagłuszać, ale one nie znikną całkowicie. Nie ulegną samozagładzie. Ale...jak już pisałam, można opanować sztukę, która pozwoli nam umiejętnie zagłuszać wszystkie negatywy. Ale nie zawsze. Czasem musimy, po prostu musimy się nad sobą poużalać. Czasem musimy wyryczeć się w poduszkę i płakać tak jakby ktoś nas zarzynał. Czasem musimy ponarzekać komuś bliskiemu ot tak po prostu. I to, że ja rzadko to robię nie znaczy wcale, że mam jakieś nadzwyczajne życie, a i że ja sama jestem jakaś nad zwyczajna. To, że nie piszę i nie skupiam swojej całej energii na tym jak jest źle, nie czyni ze mnie żadnego bohatera. Nie chcę za niego uchodzić, nie uważam się za taką. Jestem zwyczajną matką, z obowiązkami takimi samymi jak tysiąc innych mam. Z takimi samymi, większymi lub mniejszymi problemami. Od jednej radzę sobie lepiej, od innej sto razy gorzej. I to żadna sztuka...żadna radzić sobie jak ja, kiedy wszystkie okoliczności świata temu sprzyjają. Sztuką jest radzić sobie i być dobrą mamą, kobietą kiedy wszystko w okół się wali. Kiedy choruje jedna z najbliższych nam osób, kiedy ktoś z rodziny traci pracę, kiedy przechodzimy przez kolejny kryzys w związku. To wtedy sztuką jest być dobrą mamą i płakać 5 minut w łazience, a nie 5 dni, bo na cholerę komu 5 dni płaczu. Ani to nic w nasze życia nie wniesie, ani nie zmieni, a jedynie pogrąży. Ale...nie wymaga się od żadnej z nas opanowania tej sztuki...jeśli chcemy - płaczemy. Jeśli chcemy - krzyczymy. Jeśli chcemy - pogrążamy się w smutku, bo nie mamy siły się cieszyć. Nie dostaniesz medalu za to, że przeszłaś dziś przez problemy z uśmiechem. I nie rób tego jeśli tego oczekujesz. Ale jeśli przez problemy chcesz przejść z uśmiechem dla samej siebie, dla swojego komfortu psychicznego, to wiedz, że...warto. Na prawdę warto. Ale nie traktuj tego jak obowiązku. Bo to się nigdy nie uda.
Musisz poczuć, że optymizm ma być Twoim wyznacznikiem. Że to na szczęściu chcesz skupiać swoją energię. Ale nie zaczynaj zmiany swojego życia, myśląc, że dzięki takiej postawie już nigdy nie będziesz mieć dość. Czegokolwiek. Bo będziesz mieć. Bo nikt z nas nie jest ze stali i wszystkie negatywne emocje w końcu wychodzą na wierzch. Powtarzam. Nawet będąc optymistą - będziesz mieć dość. Tak jak miałam wczoraj dość tej kolejnej sterty brudnych naczyń w zlewie i dość tego, że ten piekarnik znów się doczyścić nie chce, a mnie już ręce bolą od szorowania. I miałam dość samej siebie, że się za tą pracę na studia zabrać nie mogę... I dość tego bólu głowy, który nawiedził mnie 4 dni temu i przez, który spać nie mogę... Ale spokojnie. Przeszło mi. Tuż po tym jak zapłakałam w kącie i krzyknęłam do F. że to on mógł wstać w nocy, a nie ja, bo teraz nieprzytomna jestem... I zeszły ze mnie wszystkie negatywne emocje, umyłam włosy, nałożyłam na usta czerwoną szminkę i znów spojrzałam na świat przez swoje różowe okulary. I wszystko wróciło do normy... Pamiętaj! Grunt to myśleć pozytywnie. Każdy upada... sztuką jest się podnosić. I iść dalej.
Ile mieliście lat kiedy doszło do Was kim chcecie być i co w życiu robić? Kiedy w końcu dowiedzieliście się co kochacie? Zapewne są tutaj osoby, które wiedziały już od dawna co jest ich pasją, są też osoby, które dowiedziały się o tym dopiero po nietrafnym wyborze studiów, a są też takie jak ja...które wciąż szukają, wciąż nie wiedzą. Niby robię coś co kocham, ale nie wiem do końca czy to jest TO. To frustrujące prawda?
19 lat - tyle lat mamy kiedy kończymy liceum i dokonujemy wyboru studiów. Tak, tak, posypią się zaraz wszystkie komentarze buntowników, że na co komu studia jak i tak trzeba po nich zapieprzać w macu. Powodzenia z takim podejściem do życia. Ja jednak wolę mieć zabezpieczenie w formie tego nędznego dla wielu papierka, którym rzekomo można sobie podetrzeć jedynie tyłek, niż nie mieć nic i płakać, że w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem. Może i nie znajdę pracy po moich studiach, ale satysfakcja, że przeszłam przez nie bez ściąg, dając z siebie wszystko, ucząc się czasem więcej niż wymagał wykładowca - pozostanie na zawsze. Mogę wylądować w tym nędznym macu ( bez obrazy dla tych, którzy tam pracują, powołuję się po prostu na argumenty ludzi bezrobotnych) , ale przynajmniej będę mieć poczucie, że zrobiłam coś, by w nim nie wylądować. Spróbowałam. Ale wracając do tematu - wyboru studiów najczęściej dokonuje się w wieku 19 lat. Ja w tym wieku absolutnie nie wiedziałam co chcę w życiu robić. Studia sobie darowałam. Od zawsze jarały mnie apteki, leki i farmacja. Poszłam na studium. Szło mi dobrze, ale każdego ranka wstawałam ze łzami w oczach czując, że robię coś wbrew sobie. Wybór nietrafiony. Zdążyłam na szczęście zapisać się jeszcze na studia nie tracąc roku. Zajawka - służby mundurowe. I wciąż to gdzieś we mnie siedzi, ale...
Kiedy założyłam bloga w pewnym sensie zaczęłam nowe życie. Pisząc pierwszy wpis jeszcze o tym nie wiedziałam, ale teraz już wiem, że blog zmienił w moim życiu bardzo dużo, a to dopiero początek. Przede wszystkim pozwolił mi lepiej poznać samą siebie. Swoje mocne strony i słabości. Pozwolił mi przełamać pewne granice. Przykładowo : od zawsze bałam się wystąpień publicznych. Prawie mdlałam kiedy miałam mieć wokalny występ na scenie, a nawet kiedy miałam powiedzieć na pamieć wiersz przed całą klasą. Kiedy dostałam propozycję wystąpienia w DDTVN zrobiłam się blada i powiedziałam "Nigdy w życiu". Po przemyśleniu jednak zgodziłam się. Minimum 3 razy każdego dnia zaczynałam pisać e-mail do redakcji z rezygnacją. W głowie widziałam siebie kompromitującą się po całości, mówiąca jedynie "yyy". Całe szczęście spotkałam w tym czasie osobę, która nie dosyć, że całkiem przez przypadek odmieniła moje życie to jeszcze odmieniła całą mnie. Uświadomiłam wtedy sobie jedną ważną rzecz - stres nie istnieje. Wymyśla go sobie moja głowa. Kiedy weszłam do studia czułam się jak ryba w wodzie. Czułam, że to moje miejsce. Czułam się wręcz ...nie ludzko. Nie stresowałam się. Ja - osoba, która niemalże mdlała kiedy miała coś powiedzieć przy całej klasie - siedzę teraz w studiu DDTVN i ...nie czuję nic poza radością. To było dla mnie cudowne przeżycie i doświadczenie. Ze studia wyszłam z dożywotnią wszczepioną w moją skórą pewnością siebie. Z uśmiechem na twarzy czytałam napływające "hejty" pod moim wystąpieniem. Śmiałam się do telefonu z komentarza : "Porażka" - myśląc "No i kto był przed chwilą w TV, a kto marnuje właśnie swój czas na pisanie takich komentarzy?"
To był tylko jeden z ważniejszych momentów w prowadzeniu bloga, który mnie odmienił. Ale najlepsze jest to, że wciąż doznaję nowych doświadczeń, wciąż się zmieniam, przez co wciąż nieco gubię się w tym kim chciałabym być, co chciałabym robić. Służby mundurowe nie są już szczytem moich marzeń, a blog i pewne osoby przyczyniły się do tego, że moje życie pochłania ostatnio zagłębianie się w poznawanie ludzkiego mózgu. Filmiki motywacyjne, godzinne dyskusje z pewnymi osobami o odczuwaniu, o sukcesach, o motywacji , o celach, o tym co siedzi w naszych głowach. Kiedy o tym z kimś dyskutuję - jaram się. Dosłownie wyrywam się do tego, by wtrącić swoje 5 groszy, ale też słucham uważnie. Może to jakiś kierunek? A może jedynie dodatek od życia, który zaszczepi we mnie tak wielką dawkę motywacji, że kiedy w końcu dojdzie do mnie kim chcę być - nie będzie żadnych ale. Cokolwiek to nie będzie - zrobię wszystko, by tym kimś zostać.
Oglądam właśnie fashion tv. Szczuplutkie kobiety prezentujące bieliznę na wybiegu. Czemu nie? Jeśli to to bym pokochała czemu nie miałabym tego robić? Zapewne usłyszałabym zaraz "Nie nadajesz się. Nawet jak schudniesz to i tak..." - seriously? A ja sądzę, że mogę być kimkolwiek zechcę. I w trakcie kiedy Ty będziesz mi mówić, że nie mogę tym kimś być - ja będę do tego dążyć, by pokazać Ci za jakiś czas, że to było do zrobienia... Tylko tak bardzo nie wiem jeszcze co to jest. Może niebawem się dowiem? A może to własnie ten blog, który tak kocham, w który wkładam całe swoje serce okaże się niedługo czymś więcej niż pasją i rozwinie się na tyle, że stanie się moją pracą, która pozwoli mi się utrzymać? Właściwie już teraz blog pozwala mi oprócz satysfakcji mieć rzeczy, na które bez niego nigdy bym sobie nie pozwoliła. Traktuję tą stronę jako coś więcej niż pasję i być może to jest TO, ale pewna nie jestem. Jednak wciąż rozwijam się w tym kierunku, wciąż chcę być lepsza. I kto wie. Może będę niedługo jedną z popularniejszych blogerek, bo to kocham. A może blog na zawsze pozostanie tylko dodatkiem do mojego życia, miłą przyjemnością, bo ja odnajdę się zawodowo w czymś zupełnie innym.
Chcę Ci po prostu powiedzieć jedno. Nie daj sobie wmówić, że czegoś się nie da. Że nie możesz być astronautą, modelką czy aktorem. Może nie możesz od razu zostać gwiazdą holywood. Ale możesz poczynić 1000 małych kroków zaczynając od występowania w teatrze, które do tego holywood Cię doprowadzą. I jeśli reagujesz teraz na moje słowa z niedowierzaniem lub szyderą - jesteś jedną z tych osób, która żyje schematem, żyje tak jak jest łatwiej. Jesteś jedną z tych osób, która wierzy w te wszystkie "Nie dasz rady być kimś więcej niż jesteś". I właśnie dlatego tak wielu z nas robi w życiu coś czego nienawidzi. Bo nie podąża za marzeniami. Ciągle wmawia sobie, że się nie da. Nie da się? Wszystko się da. Powiesz mi teraz, że nie wiem nic o życiu...Nie mam zamiaru wyprowadzać Cię z błędu. Ale wiedz, że najbardziej życia znają Ci, którzy próbują. Bo to oni non stop doświadczają porażek, błądzą, potykają się. A wiesz czemu? Bo na końcu tego całego maratonu, na mecie mają napisane wielkimi literami "SUKCES". I choćby mieli dojść do niego posiniaczeni i łysi z nerwów to tam dojdą. I wtedy zaczną żyć pełnią życia. A co Ty będziesz robił w tym czasie?
Odkąd wyprowadziłam się z F. na swoje mieszkanie postanowiłam, że nie ważne jak bardzo będę musiała się spiąć - będę z F, oszczędzała każdy grosz z jego pensji i mojego macierzyńskiego. Zamarzył mi się piękny, drewniany dom, a po przeliczeniu wszystkiego zrozumiałam, że cel ten za kilka lat może zostać osiągnięty. Kłóciło się to wszystko jednak z moją chęcią dania dziecku wszystkiego co najlepsze. Wszystkiego czego ja nie miałam. I nie mowa tutaj o miłości - ją Pola otrzymuje w dawkach największych na świecie. Lubię jednak jej radość na twarzy kiedy dostaje nową zabawkę czy książeczkę. Kocham to i często mam łzy w oczach. Od zawsze lubiłam dawać komuś prezenty. Bardziej niż je dostawać. W przypadku kiedy daję je mojemu dziecku - radość jest tysiąc razy większa. Blog dał mi możliwość posiadania większości rzeczy, na 1 rzut oka za darmo. Jednak nie nazwałabym tak tego do końca. Blog nie prowadzi się sam. Tak jak jedni chodzą do pracy, siedzą w biurze czy stoją za kasą tak ja muszę robić zdjęcia, muszę je obrabiać, muszę pisać teksty i odpisywać na dziesiątki e-maili czytelnikom. Czasem mam na to czas dopiero kiedy Pola zaśnie. Sama jestem wtedy wykończona, ale...działam. Zarówno dlatego, że jest to moja i pasja i również dlatego, że daje mi to zysk. Przyznaję szczerze - gdyby nie blog moje dziecko nie miałoby 70 % rzeczy, które obecnie posiada. Gdyby nie blog o połowie tych rzeczy nie miałabym nawet pojęcia. Jednak to co robię przyciąga najwidoczniej uwagę firm, które postanawiają we mnie, a konkretnie w moje dziecko inwestować.
Wracając do tematu. Ograniczyliśmy z F. wydatki do minimum - dla naszego wymarzonego domu. Ja jednak czułam, że muszę w takim razie zacząć robić coś więcej. Coś co da mi dodatkowy grosz, który będę właśnie mogła przeznaczać na moje ukochane dziecko i moje zachcianki. Wiedziałam, że muszę też poświęcić więcej czasu blogowi, by stał się on jeszcze bardziej znany i przynosił mi poza satysfakcją jeszcze większe korzyści. Pewnego dnia zamarzył mi się i-phone. Wiedziałam, że jest to narzędzie, które pozwoli mi nareszcie mieć dostęp do bloga i FP taki jaki chciałam i zarządzać nim, będąc poza domem. Suma za ten telefon była jednak dla mnie tak wysoka, że wiedziałam, że łatwo na ten telefon zarobić nie będzie. Spięłam się jednak niesamowicie i z dzieckiem przy nodze robiłam zdjęcia nie noszonych przeze mnie ubrań, wystawiałam je na FP, a rano biegłam z wózkiem na pocztę wysłać paczki. I tak codziennie. W międzyczasie wpadła mi też na blogu płatna współpraca, dzięki której cel był coraz bliżej. Dwa tygodnie latania na pocztę, prania, prasowania, cykania fotek i nagle...bam. Uzbierałam. Własną pracą i zaangażowaniem. Kupiłam sobie telefon nie obciążając budżetu domowego. Byłam z siebie dumna, zwłaszcza, że nie zawsze było łatwo patrząc na to ile Pola ostatnio wymaga uwagi i często nie mogę odejść od niej na krok przez cały dzień.
Nadszedł jednak kolejny wydatek - święta - zaczęłam kombinować. Nie mogłam sobie pozwolić na wieczne robienie drugiego allegro ze swojej strony, a i Pola zaczęła miewać coraz gorsze dni, przez co często od rana do nocy nie miałam nawet możliwości dojścia do komputera, a jedynie do telefonu. Przypomniałam sobie, że kiedyś pewna firma proponowała mi spory rabat na zabawki w ramach tego, że prowadzę bloga, a zabawki są zawsze profesjonalnie sfotografowane. Odezwałam się do właścicielki sklepu natychmiastowo. Rabat do koszyka został przypisany, a ja zaczęłam szukać. Nadal jednak było to za dużo, więc zadzwoniłam do siostry i rodziców " Może w tym roku zrzucimy się wszyscy na jeden większy prezent dla każdego dziecka? Mam duży rabat" Każdemu ta opcja przypasowała. Czasy są ciężkie, nie ma więc sensu wydawać masy pieniędzy na zabawki, które dzieci znajdą pod choinką. Byłam mega zadowolona. Nie dosyć, że koszta zmalały kilkakrotnie to jeszcze kolejna blogowa współpraca pozwoliła mi je pokryć.
Na dzień dzisiejszy marzy mi się mój własny aparat fotograficzny. Marzy mi się kurs fotograficzny. I już mam plan. Potrzeba mi tylko odrobinki wolnego czasu i chęci, a już niebawem stworzę coś co być może z powodzeniem sprzedam. Sprzedam, zyskam i będę coraz bliżej celu.
Wpis ten nie powstał w celu tłumaczenia się. Tłumaczyć mogę się Urzędowi Skarbowemu, ale nie osobom, które perfidnie zaglądają mi w portfel, bo czują, że skoro prowadzę bloga - mają do tego prawo. Wpis ten powstał, by pokazać, że nie poznasz drugiej osoby, przez pryzmat bloga i pryzmat tego co posiada. Nie poznasz osoby po kilku wpisach czy po zdjęciach. Nigdy tak na prawdę nie poznasz osoby przez wirtualny świat, a nawet widząc ją raz w życiu. Wpis powstał również, by pokazać, że czasem wystarczy odrobinka chęci i samozaparcia, by dorobić nawet będąc z dzieckiem 24h.
Ludzie oceniają po tym co człowiek posiada, na co wydaje pieniądze. Jeśli wydaje za dużo, na pewno je ukradł, na pewno zarobił nielegalnie, na pewno wydaje całą swoją pensję i głodzi dziecko w imię nowego telefonu. Nie wnikamy w to co ktoś na prawdę zrobił, by zdobyć upragnioną rzecz. Ślepo etykietujemy i wytykamy komuś próżność, sami bezczelnie zachowując się jak buracy. Bo tylko burak i prostak może posunąć się do podliczenia drugiej osoby . Swoją drogą, kto tu bardziej skupia się na pieniądzach? Ktoś kto zarabia je jak tylko może, by coś mieć, czy ten, który te poczynania śledzi niczym pozbawiony własnego życia dureń?
Zaglądanie w portfel kończące się na zastraszaniu Urzędem Skarbowym , na skreślaniu przyszłości mojego dziecka przez moje lekkomyślne wydawanie pieniędzy (rzekomo) powinno być Waszą osobistą tragedią. Dla mnie po raz kolejny osiągnęliście poziom dna. A nawet gorzej. A ja? Po raz kolejny wychodzę z tego jeszcze silniejsza i bardziej zdeterminowana. By własnymi siłami i chęciami zyskiwać jeszcze więcej i pokazać "Da się!"
Ostatnio panuje niezrozumiana moda na krytykowanie wszystkiego co pozytywne. Wręcz zaczęto to nazywać "lukrem". No bo teraz modne wpisy, w którym narzekamy i w których pokazujemy innym, że życie czasami śmierdzi intensywnie niczym gówno naszego dziecka. Lubię takie blogi gdzie autorka ponarzeka i pokaże , że macierzyństwo daje w kość, bo często codzienność i szara rzeczywistość potrafi być zaskakująco śmiesznie i prawdziwie opisana, jednak zaczęłam zauważać, że tam gdzie takie wpisy się nie pojawiają - jest lukier. Ludzie uznają, że jest słodko, jest kolorowo aż do zrzygania, a co za tym idzie - jest fałsz, obłuda i zakłamanie. Rzeczywistość jest podkolorowana jak i całe życie autorów danego bloga. Czemu to tak boli i razi? Bo nie lubimy kiedy ktoś jest szczęśliwy. Nie lubimy ludzi, którzy w dupie mają zmartwienia i problemy. Nie lubimy ludzi, którzy choćby nie wiadomo jak im się życie zesrało to podnoszą głowę do góry i się z tego śmieją. Właśnie takie osoby nazywane są kłamcami. Bo nie chcemy wierzyć w to, że ktoś może być szczęśliwy mimo wszystko. Mimo chorób, mimo ciężkiej sytuacji finansowej , mimo wyczerpania. Tak moi drodzy. Bo to, że ktoś o tym nie pisze , nie oznacza, że tego nie przeżywa.
Na tym blogu jest mnóstwo szczęścia, miłości i uśmiechów. Bo takie jest moje życie - przepełnione radością. Stałam się człowiekiem, który się nie martwi, który nie myśli o przyszłości. Pewna ważna dla mnie osoba uświadomiła mi, że przeszłość i przyszłość nie istnieją. Istnieje tylko TEN moment. Nie ma nic innego. I to bardzo ważna lekcja, która pokazała mi, że martwienie się nie daje nam kompletnie nic. Jest tylko stratą czasu. Narzekanie również. I dlatego raczej na tym blogu rzadkością będą wpisy o tym jak to jest ciężko. Jest czasem jak cholera, ale nie jest to warte mojej uwagi i rozmyślań. Nie koloryzuję rzeczywistości - nie piszę, że macierzyństwo jest łatwe, że Pola grzecznie bawi się całymi dniami, bo tak nie jest. Ale pamiętajcie, że życie jest krótkie. Nie wiecie czy się jutro obudzicie. Nie wiecie czy jutro z tego świata nie odejdzie ktoś bliski Waszemu sercu. Ja też tego nie wiem. Dlatego celebruję każdą piękną chwilę, każdy piękny moment. Łapię każde spojrzenie i uśmiech mojej córki. Zapamiętuję jakby miało być ono tym ostatnim. Przytulam za każdym razem tak mocno jakbym miała ją tulić jeszcze raz. Nie robię tego automatycznie. Każdy ruch, dotyk, słowo - chcę to czuć jak dziecko. Będąc osobami dorosłymi zatraciliśmy umiejętność cieszenia się z każdego kroku i ruchu. Stało się to dla nas automatyczne. Nie skupiamy się na tym, że nasze stopy dotykają ziemi a nasze oczy błądzą we wszystkie strony. Robimy wszystko z automatu, rozczarowujemy się, często upadamy. Nie umiemy opanować tej ciężkiej sztuki posiadania wszystkiego w 4 literach. Ja się jej uczę. Powoli, ale sukcesywnie.
Dlatego lubię lukier. Lubię szczęście, lubię uśmiech, lubię radość. Lubię słodki posmak życia, który dodaje skrzydeł. Lubię optymizm i lubię nim zarażać. Miewam chwile zwątpienia i słabości, które dzięki odpowiednim krokom i umiejętnościom pracy nad samym sobą i swoimi emocjami szybko mijają. Lubię otaczać się szczęśliwymi osobami, które motywują mnie do działania. Z lekkim gulem w gardle eliminuję nieudaczników ze swojego życia, widząc pozytywne tego efekty.
Lubię lukier, bo ... jest on w dawce, która nie mdli. Lubię lukier, bo podkreśla on wyjątkowość tych czasem mało ważnych z pozoru chwil. Lubię lukier, bo pozwala on czerpać z życia to co najlepsze. Lubię...bo dzięki niemu nie skupiam się na tych gorzkich elementach życia.
Kocham życie w lukrze. A gorzkie chwile tylko umacniają mnie w poczuciu, że warto w tym lukrze opływać póki ma się tę możliwość.
Ciąża zmienia. Macierzyństwo zmienia jeszcze bardziej. Może nie każdego, bo na niektórych nie działa kompletnie nic, a niektórzy zmieniać się po prostu nie muszą. Ale na mnie ma zdecydowanie duży wpływ. W bardzo szybkim czasie dojrzałam i spojrzałam na życie z innej perspektywy. Nauczyłam się cierpliwości. Tego, że nic nie przychodzi od razu, a domek z piasku nie powstanie po wysypaniu jednego wiaderka i klepnięciu dwa razy ręką. Wszystko wymaga czasu, poświęcenia i pracy. Wszystko wymaga zaangażowania. Nauczyłam się kochać. Kochać do utraty tchu. Kochać tak, że mogłabym oddać życie. Oddać wszystko co mam. Dla Niej. Nauczyłam się uczuć. Uczę się ich każdego dnia.
Najbardziej jednak nauczyłam się tego, że życie jest zbyt krótkie, by marnować je na kłótnie, zmartwienia, zazdrość i zawiść. Zaczęłam cieszyć się z tych małych rzeczy, których inni nawet nie zauważają. Przestałam się martwić. Tym, że rozwalił mi się drogi telefon. Tym, że ktoś przytarł mi auto. Przestałam się martwić, bo nie ma czym. Telefon? Kiedyś kupię sobie nowy. W sumie nie muszę. Kupię sobie jakiś za 50 zł, byle dzwonił. Przetarte auto? Spoko. Nikt nie zginął, auto dalej jeździ. Mama znów zrobiła mi awanturę, bo zrobiłam coś nie po jej myśli - wpuszczam i wypuszczam. To są nic nie warte słowa, które nie wpływają na jakość mego życia. I nie pozwolę swojej głowie, by spowodowały, że zacznę się martwić i smucić. Jednak były rzeczy, które zwalczyć było mi o wiele ciężej. Była to nadwrażliwość na ludzkie (nie moje) cierpienie. Zamartwianie się ludźmi, którzy nie mają wpływu na nasze życie. Zamartwianie się bezdomnym, którego mijałam od sklepem czy katowanym dzieckiem o którym była mowa w telewizji. Wrażliwość jest dobra ale o wiele łatwiej jest funkcjonować kiedy jest zdrowa, a właściwie zminimalizowana jak najbardziej tylko może. Na świecie dzieje się codziennie tysiące tragedii, na które nie mamy wpływu. Owszem, możemy pomagać, możemy wspierać, ale nasze życie nie ulegnie dzięki temu zmianie. Zmianie ulegnie to, że przestaniesz łechtać swoje ego jak dobrym człowiekiem jesteś. Nie pomożesz Ty, to pomoże ktoś inny. Świata nie zbawisz, za to świat może zabić Ciebie jeśli zbyt bardzo będziesz brał wszystko do siebie i będziesz próbował robić z siebie Matkę Teresę. Nie neguję pomagania, ale jest ono dobre wtedy kiedy nie przekłada się na nasze życie i nie robi sieczki z naszych mózgów. Jestem osobą, której strasznie ciężko jest coś wypośrodkować. Nie umiem oddać się ludziom i pomocy im bez wylania morza łez i bez umartwiania się. Dlatego w tej sytuacji wybieram czysty egoizm, kierując się własnym szczęściem.
By być z dala od ludzkich problemów, pomagam w sposób taki, by problemu nie dotknąć i nie zobaczyć. Pakuję co miesiąc wszystko czego nie używam i mówię odpowiedniej osobie "Zawieź to tej potrzebującej rodzinie". I natychmiast wyrzucam z siebie myśli jej dotyczące. Gdybym się im poddała, to pewnie jeździłabym do tych ludzi codziennie patrząc na nich i płacząc i pomagając im kosztem siebie.Nie chcę się martwić. Nie chcę poświęcić życia na rzecz kłótni, dołów i gonitwy. Chcę żyć spokojnie i nie myśleć o tym co będzie.
Życie tak biegnie i biegnie. Biegnie zdecydowanie za szybko. Wskazówki zegara zataczają kolejne koła, ludzie się rodzą i odchodzą. Słońce wschodzi i zachodzi. W domach kłótnie, bójki, płacze. Ciągle się boimy, ciągle za czymś gonimy. Za pieniądzem, za miłością, za karierą.
A ja? Ja przestałam. Żyję z dnia na dzień. Nie myślę o jutrze. Nie obchodzi mnie czy jutro wybuchnie wojna, czy spadnie na nas meteoryt. Chciałbyś ostatni dzień wolności zmarnować na rozpacz? Pozdrawiam. Raczej nie wymyślisz nic sensownego, a stracisz jedynie cenne godziny, które mógłbyś zapełnić uśmiechem dla bliskich, pocałunkiem dla ukochanej czy mocnym uściskiem swoich dzieci. Nie myśl o jutrze. Pomyśl o tym co masz teraz i tu. Co możesz teraz i tu zrobić. Tak wiem, mamy dzieci, pracę itp musimy myśleć nieco przyszłościowo, ale czy musimy martwić się na zapas? Czy wyprzedzanie faktów da nam cokolwiek? Wyłącz te kolejne wiadomości, które mówią Ci jak w jakimś kraju giną kolejne osoby. Nie możesz z tym nic na tę chwilę zrobić. NIC. Ale możesz zrobić o wiele więcej z ludźmi, których masz obok siebie. Możesz wybrać miłość. Dlatego jeśli masz dach nad głową, masz co jeść, jesteś zdrowy i masz zdrowe dzieci, zdrową rodzinę...to po prostu...przestań się martwić...i pamiętaj, że są ludzie, którzy nie mają nic. I często martwią się mniej od Ciebie.
Nie będzie tortu z nazwą bloga i zdjęć ze mną skaczącą pod samo niebo z pęczkiem balonów w ręce. Właściwie miało nie być nawet tego wpisu. Ale wczorajsze wydarzenia pokazały mi jak wiele przez ten rok osiągnęłam i jak ze zwykłych zapisków 20 letniej dziewczyny stworzyłam rozwijający się biznes, który na co dzień jest moją pasją.
11 września 2013 roku - publikuję pierwszy wpis. Nie wiem nic o blogowaniu, nie wiem co to parenting, nie wiem, że blog może zarabiać i mieć grono odbiorców większe niż stu czytelników. Nie zdaję sobie sprawy, że mam potencjał i skrzydła, które wkrótce tak mocno rozwinę. Piszę o uczuciach do nienarodzonego jeszcze dziecka, piszę o tym jak podejmowałam decyzję o zajściu w ciążę. Styl pisania nieco humorystyczny i ironiczny. Nie obieram żadnego kierunku i kategorii, w której piszę. Częstotliwość postów tragiczna, bo jeden/dwa na tydzień.
Nachodzi 23 luty. Na świat przychodzi Pola. Pomału mój blog zaczyna sam iść w kierunku obcego mi wcześniej parentingu. Piszę o uczuciach, prezentuję gadżety i ubrania dla dzieci. Mam na siebie pomysł i go realizuję. Czytelników przybywa w tempie ekspresowym. Zaczynają przerażać mnie negatywne komentarze, prawie codziennie je przeżywam i nie rozumiem komu tak bardzo wadzę. Ze spokojnego bloga robi się blog przepełniony aferami, których sensu właściwie nie rozumiem. Coraz częściej mam ochotę usunąć wszystko i żyć spokojnie bez ingerencji innych. Ale nie poddaję się. Wiem, że to co robię ma sens. Dociera do mnie prośba jednej z czytelniczek "Skup się na twoich pozytywnych odbiorcach" . Biorę to do serca.
Nagle zaczynają pojawiać się płatne współprace. Zaskoczona, że takie coś w ogóle istnieje zaczynam z pasji czerpać korzyści. Zaczynam sama na siebie zarabiać, a Pola kilka razy w tygodniu dostaje niesamowite prezenty, których sama pewnie nigdy bym nie kupiła, bo zawsze byłyby jakieś ważniejsze wydatki. Codziennie dostaję dziesiątki e-maili i wiadomości na FP od czytelniczek. Podziękowania za motywację, podziękowania za to, że pokazałam, że macierzyństwo w wieku lat 21 nie jest jakimś dziwacznym zjawiskiem.
Pojawiam się na spotkaniach mam blogujących i poznaję blogosferę z tej przyjaznej strony. Cudowne matki i blogerki. Wymieniamy się spostrzeżeniami, uwagami, plotkujemy i zacieśniamy więzi. To jest moje miejsce. To jest mój sposób na życie. Blog.
To ja. Alicja zwana Mamalą. Mam 21 lat i mam na siebie pomysł. Stworzyłam stronę, które ma swoje stałe grono odbiorców, zarabiam na siebie i nie jestem zależna od nikogo. Jestem najszczęśliwszą osobą pod słońcem bo mam pracę, która jest jednocześnie moją pasją. Mam perspektywy i potencjał. Wkrótce podbijam miasto Warszawę i tam zostaję na stałe i rozwijam skrzydła jeszcze bardziej. Dla Ciebie to mało? Okej. Dla mnie życie dopiero się zaczyna. I czuję, że mogę wszystko...i to osiągnę. Czemu? Bo w siebie wierzę. I są ludzie, którzy wierzą we mnie.
Ten sukces zawdzięczam również, a właściwie w większości WAM. Bez Was nie byłoby Mamali. Wciąż mnie czytacie i podnosicie gdy upadam. Mam dla kogo pisać, mam kogo inspirować. Gdybym nie miała odbiorców jaki byłby sens tego bloga? Pisać dla siebie? Gdybym taki miała cel pisałabym pamiętnik zamykany na kłódkę, ale tak nie jest i nie będzie.
Jestem najwspanialszą wersją siebie. A kopia choćby była nie wiadomo jak idealna - zawsze pozostanie kopią. Wczoraj Marysia z bloga oczekujac.pl napisała mi we wiadomości " Dobra jakość obroni się sama" - miała rację. Bo grunt to mieć na siebie pomysł. Realizować go i doskonalić. I mimo, że wszystkich nie zadowolę nigdy, mimo, że znajdą się ludzie, którym kompletnie nie podoba się to co robię, bo przecież nie musi - to jest nie ważne. Ważne jest to, że ja sama jestem zadowolona z tego co robię. Stawiam sobie cele i je realizuję. Krok po kroku. Metodą prób i błędów. Wciąż się uczę. Często za błędy ponoszę wysoką cenę, ale chyba na tym to wszystko polega.
Rok całkowicie innego życia. Mój rok małych i większych sukcesów. Dla mnie życie zaczyna się w tym momencie. Mogę wszystko i wiem, że temu podołam. Razem z Wami.
Dziękuję.
Jesteśmy nieszczęśliwi, sfrustrowani. Nasze życie przepełnione jest żalem i płaczem, a my akceptujemy to, że jest tak, a nie inaczej. Ograniczamy swoje szczęście do minimum, myślimy najpierw o dzieciach, mężu, rodzinie gubiąc z dna na dzień coraz większą cząstkę siebie. Nasza tożsamość rozpada się na kawałki, tylko dlatego, że swoje własne potrzeby odepchnęliśmy na bok. Brutalnie pobiliśmy i odstawiliśmy w najbardziej zakurzony i nieużyteczny kąt. Powód jest prosty: nie używamy własnych mózgów. Żyjemy wg chorych schematów i przekonań, że "tak musi być". Nie myślimy samodzielnie. Żyjemy wg wcześniej ustalonych zasad, podczas gdy zasady w swoim życiu powinniśmy ustalać my sami, nikt inny.
"Mamo, ale dlaczego muszę z nim być, przecież jestem nieszczęśliwa, on mnie nie szanuje..." - "Bo macie dziecko! Nie możesz go po prostu zostawić" - słyszę to w otoczeniu ciągle. Dorosłe kobiety mające swój mózg męczą się z idiotami, bo tak musi być. Bo mają dziecko. Podobny schemat jak kiedyś, kiedy facet robił sobie z kobiety worek treningowy, a ona siedziała jak mysz pod miotłą i MUSIAŁA to zaakceptować. Bo musi z nim być, bo go zdenerwowała, bo ... bo tak musi zostać!
"Jestem z nim 10 lat, mamy wspólne mieszkanie, dwójkę dzieci, nie mogę tego tak po prostu skończyć" - to nic, że co noc płaczesz w poduszkę i nie myślisz o niczym innym niż podcięciu sobie żył. To nic, że się już nie kochacie, że on wykańcza Cię psychicznie. Macie ze sobą tyle wspólnego. Nie możesz tego zostawić. Gówno prawda. Możesz. Ograniczenia typu wspólny dom, dzieci stawia Ci tylko twoja głowa. Stawia Ci je dlatego, że jesteś zbyt dużym tchórzem, by to skończyć. Boisz się tego, że po tej decyzji Twoje życie już nigdy nie będzie takie samo. Racja. Nie będzie. Ale czy sądzisz, że po pozbyciu się ze swojego życia kogoś kto Cię niszczy będzie gorsze? Nie sądzę. Owszem będzie ciężko, będzie wręcz nie do zniesienia. Ale kiedy przez to przejdziesz, kiedy przestaniesz żyć tęsknotą i sentymentami zaczniesz nowe życie. Życie, w którym nie potykasz się o nieudaczników i debili, którzy codziennie podcinają Ci skrzydła. Zaczniesz po prostu żyć.
Całe życie patrzymy na innych. Myślimy co o nas powiedzą, co pomyślą. Tak bardzo się skupiamy na ludziach, że znamy ich lepiej od samego siebie. Rodzice nie mogą zaakceptować tego, że własnie rzuciłaś faceta, że właśnie rzuciłeś żonę. Pytasz "Dlaczego? Czy jako rodzice nie pragniecie mojego szczęścia? Czemu każecie robić mi coś co mnie pogrąży?" - "Bo tak nie można!" Oni nie podadzą Ci żadnego dobrego argumentu, bo go nie mają. Wiesz czego się tak naprawdę boją? Tego co powiedzą inni. Rodzina, sąsiedzi, koledzy z pracy. Bo co powiedzą na to, że za jakiś czas na rodzinnym grillu pojawisz się z innym facetem, który nie jest ojcem Twojego dziecka. Co powiedzą koleżanki z pracy na to, że zostawiłeś kobietę, która urodziła Ci dzieci i próbujesz z kimś innym. Tak, oni będą mieli zapewne dużo do powiedzenia. Ale nie przeżyją za Ciebie życia i nie będą ponosić konsekwencji Twoich wyborów. Ktoś Ci radzi "Zostań z Nim!" - powiedz "Ok! Ale konsekwencje weź na siebie, jak będzie chciał mnie uderzyć powiem, żeby zrobił to Tobie. Jak będzie chciał mnie poniżyć powiem, żeby do Ciebie przyszedł i to zrobił. Każesz mi żyć wg swoich zasad to zacznij też za mnie cierpieć."
Ktoś kiedyś ustalił pewne zasady. Zasady wg których żyjemy i których się trzymamy. Jak idioci, którym zabrano mózg. Jak idioci nie zdolni do samodzielnego myślenia. Rodzimy się i wraz z tą chwilą żyjemy wg odgórnie narzuconego schematu. Narzuca nam się wiarę, narzuca nam się sposób odżywiania. Jesteśmy przecież dziećmi, które żyją w sposób, jaki pokazali nam rodzice. Nie widzimy tego, że drzwi jest mnóstwo i wszystkie są otwarte. Akceptujemy tylko te jedne przez które weszliśmy i które znamy. Boimy się tego co nieznane, co obce. Boimy się zmian i myślenia innego od wszystkich. Zaraz, zaraz. Ale czy to my się boimy czy nasza głowa? Czy to nie ona nas ogranicza i na każdy odważny pomysł nie zapala czerwonej lampki, która mówi nam stop? Tak. To właśnie ona. Ale głowa to tylko głowa, a myśli to tylko myśli, którym nie należy się poddawać.
Jako przykład podałam tu głównie związki, bo to właśnie w takich sytuacjach rodzina rości sobie największe prawo do wtrącania się. Ale sytuacji jest o wiele więcej. Wychowywanie dziecka wg przestarzałych metod i zasad, podważanie autorytetu nas matek przez własne mamy, teściowe. Kierowanie się przez nie tylko i wyłącznie schematem "Bo jak tak wychowywałam, więc ty też tak musisz"
Ten wpis po części opisuje również mnie taką jaka byłam jeszcze do niedawna. Też byłam tchórzem i wiele razy odpuszczałam. Zastanawiałam się co powiedzą inni, zastanawiałam się czy swoim wyborem kogoś nie zranię. Teraz jest inaczej. Może głównie dlatego, że wyeliminowałam ze swojego życia ludzi, którzy mówią mi jak mam żyć i co mam robić. Może dlatego, że otoczyłam się kimś kto zmienił całkowicie moje postrzeganie ludzi i świata. I może dlatego, że ten ktoś pokazał mi, że jestem osobą, która może jeszcze wielu światu pokazać. A świat może wiele pokazać mi. Może nie mogę tu mówić o eliminacji całkowitej, bo mowa tu głównie o rodzinie, która zawsze będzie w moim życiu, ale nie do takiego stopnia jak teraz. Fakt, że nie będę mieszkać z nimi pod jednym dachem da mi swobodę i komfort. Przestałam naiwnie wierzyć w to co mówią i piszą mi inni ludzie. Czy to w realnym życiu czy tutaj w wirtualnym. Kiedyś twierdziłam, że słowa mają potężną siłę.Dziś wiem, że to tylko nic nie znaczące literki, które nie mają wpływu na nasze życie. Mają wpływ dopiero wtedy kiedy nasza głowa zacznie je analizować i brać głęboko do serca. Dziś wiem, że życia nikt za mnie nie przeżyje, a że mam je tylko jedno...to nie zmarnuję go na niewłaściwe wybory. Ktoś mi kiedyś napisał , że droga do sukcesu to droga samotna. Coś w tym jest. Ale na szczęście, mam obok siebie kogoś dzięki komu nigdy samotna nie będę. I jakichkolwiek drzwi nie wybiorę... ona przejdzie przez nie ze mną.
Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to co teraz robię wychodzi mi wyśmienicie. Mało tego moje poczucie własnej wartości jest już na tyle wypracowane, że kiedy widzę jakiekolwiek próby kopiowania mnie, naśladownictwa - ignoruję to. Bo oryginał zawsze będzie jedyny i najlepszy. I jakiekolwiek próby powielania go - zawsze, ale to zawsze wychodzą gorzej niż marnie.
Jakaś tam stara mądrość głosi, by wziąć się za jedną rzecz i w nią włożyć sto procent. Owszem, jest w tym trochę prawdy. Ale co jeśli nasze horyzonty i ciekawość wykraczają o wiele dalej? Co jeśli ta jedna rzecz to za mało? Prowadząc bloga i poruszając na nim tematy związane z moim macierzyństwem wiedziałam jedno - na tym nie poprzestanę. Całe szczęście kolejne rzeczy, które biorę sobie na głowę z blogiem można sprytnie połączyć. Więc w sumie , tak. Mogę powiedzieć, że jest coś w co wkładam 100 procent i robię to najlepiej jak umiem - blogowanie.
Jak już wiecie wzięłam się jakiś czas temu za treningi, a konkretnie cross fit. I to on jest całym sprawcą dobrego samopoczucia, wypełniającego mnie szczęścia. A efekty, które widzę w lustrze - napędzają motorek jeszcze bardziej i sprawiają, że chcę więcej. I tak oto doszło do momentu, kiedy ruszyłam dziś tyłek, wzięłam w rękę kartę bankową i przeszłam się do sklepu po jedną, jedyną rzecz. Książkę. Zmień swoje życie z Ewą Chodowską. Takie słowa krzyczą do mnie z jej okładki. Długo się przed tym wzbraniałam. Głównie ze względu na to, że nie ciągnie mnie do rzeczy, które są przez wszystkich wychwalane, okrzykiwane i każdy je ma. Miałam tak zawsze. Czy chodziło o ciuchy, czy o muzykę, czy o książki. Teraz już wiecie czemu do tej pory nie przeczytałam 50 twarzy Greya. Przebrzydł mi zanim zaczęłam go czytać. Myślę też, że zwlekanie to było spowodowane również tym, że nie byłam gotowa. Dziś wiem, że jestem. Tak jak jestem gotowa na wiele innych wyzwań, które wzięłam sobie na głowę. Czy dam radę? Dam. Dlatego, że wszystko za co się biorę - po prostu mi wychodzi.
Mogę to zrobić, chcę tego dokonać i wiem, że potrafię. Każdy z nas potrafi. Jedyne co musimy zrobić to przełamać blokadę, która w nas siedzi. Zdeptać ją i wyrzucić do kosza. Czasem jedyne co nas ogranicza, to my sami. Nie pieniądze, nie ludzie, nie możliwości. Mamy zakorzenione w głowach, że pewnych rzeczy się nie da, że nie umiemy. A ja Wam mówię, że jeśli się chce - to wszystko jest możliwe.
I jeszcze kiedyś wejdziecie na tego bloga i powiecie - o cholera. Wszystko co chciała - osiągnęła. I ja również chciałabym, byście wtedy powiedzieli mi, że zrobiliście to samo. Spełniliście marzenia, osiągnęliście swoje cele, pokonaliście swoje słabości.
Czy jesteś na to gotowa/y już teraz? Wierzę, że tak! ;)
