Przepis na naleśniki powstał u mnie z potrzeby zrobienia czegoś prostego i zdrowego. Wspominałam już kiedyś, że jeśli chodzi o umiejętności kulinarne, to nie jest u mnie najlepiej? No pewnie tak. Jednak życie bez żadnej rodziny w pobliżu, sprawiło, że nie ma już co liczyć na obiad u teściowej, czy podrzucony placek z rana pod same drzwi. Odkąd mieszkamy w Warszawie, jestem mistrzem jajecznicy, pysznych kanapek ( chociaż to od dawna), omletów czy schabowych z ziemniakami. Na słowo naleśniki reagowałam : "A gdzie tam ja i naleśniki!" - ciągle gdzieś tylko czytałam, że to nie jest wcale takie banalne, że pierwszy nigdy nie wychodzi - no tak, to mi zapewne nie wyjdzie pierwszy, drugi, trzeci, a przy czwartym puszczę chatę z dymem. Jednak kiedy omlety, kanapeczki i jajecznice zbrzydły mojemu dziecku - musiałam tego dokonać. BANAŁ. A nawet banan. Bo, żeby to same naleśniki były...ale one z dodatkami nawet! Pora chyba wybrać się do master chefa, bo moje umiejętności zaczynają mnie zaskakiwać. Pora podzielić się nimi ze światem. ( PS: Jeśli trafiłeś tutaj z googli - nie, ten tekst nie jest na serio i nie łap się za głowę, myśląc : " Ona tak na poważnie?" ;) ).
No. Ale jak na kulinarną kalekę, to te naleśniki to naprawdę mistrzostwo. Tfu. Mistrzostwem jest to, że moje dziecko pochłania je wszystkie! A może i Twoje pochłonie? Łap ten banalny przepis!
Z poniższych proporcji zrobiłam bodajże 3 naleśniki, z których wycięłam 9 małych kółek. Pola wcina ok.4/5. Reszta dla mnie! ;)
Mleko łączymy z wodą i dodajemy jajko. Wszystko mieszamy, po czym dodajemy mąkę. Znóóów mieszamy - ja robię to trzepaczką, miksera się nie dorobiłam - wychodzi dobrze.
Banał, co? Na naleśniki kładziecie już to, co Wasze dzieciaczki lubią najbardziej. U nas na środkowym naleśniku znalazła się konfitura z czarnych jagód, a na reszcie - jogurt naturalny ( BEZ MLEKA W PROSZKU!), i naprzemiennie banan i płatki gorzkiej czekolady. Można zetrzeć, można czasem dostać takie drobne kawałeczki w jogurtach fantazji. Nieeeebo w gębie! <3 I jak zdrowo!
Pamiętam ten czas doskonale... Ja płacząca w nocy z bezsilności, ona krzycząca z zamkniętymi oczami. 2 godziny snu każdej nocy, a po 2 tygodniach takiego maratonu skrajne wyczerpanie. I wtedy właśnie postanowiłam coś zmienić, a nie czekać aż ten etap przejdzie sam.
Zazwyczaj uważam, że każdy etap musi mieć swoje miejsce i musi mieć określony czas trwania. Jednak w tym przypadku wyczerpanie moje i Poli tak dawało się we znaki, że zaczęłam kombinować i rozmyślać jak to załagodzić. Dokładnie przyjrzałam się temu jak wygląda nasz dzień, jak wygląda czas przed spaniem i stwierdziłam, że być może przed wieczornym zasypianiem, wokół Poli jest zbyt dużo chaosu. Jakiś czas później poszłam z Pola na szczepienie i przy okazji powiedziałam o naszych koszmarnych nocach. Usłyszałam radę, która była chyba 1 radą, którą wzięłam sobie do serca i wcieliłam w życie. I był to początek zmian, które miały doprowadzić do tego, by znów nasz sen był spokojny i niezakłócony. Ale o tym zaraz.
Jak konkretnie wyglądały nasze noce? Pola budziła się z przeraźliwym krzykiem, wyrywała mi się z rąk, ale kiedy ją odkładałam, rzucała się, zanosiła i wykonywała tak gwałtowne ruchy, że trzeba było ją solidnie asekurować, by sobie czegoś nie zrobiła. Bywały noce kiedy wcale nie można było jej uspokoić, a po pół godziny płaczu Pola zaczynała z wysiłku wymiotować. Mleko było naszym uspokajaczem, ale nie działało od razu, a dopiero po jakiś 40 minutach płaczu, kiedy Pola rzeczywiście sama stwierdzała, że jest głodna. Spokój był na jakieś 30 min, a potem maraton - co 10 minut pobudka, darcie się, uspokojenie w ramionach, ale po próbie odłożenia nawet obok siebie - znów krzyk. Tak, rozumiem - potrzebowała mnie czuć najbliżej jak się da. Ale po tygodniu nie miałam już sił chodzić z nią na rękach do samego rana. Pamiętam, że pewnego dnia, kazała nosić się cały czas, a ja po 5 godzinach ( dodatkowo byłam chora) padłam na łóżko, bo myślałam, że pęknie mi kręgosłup. W momencie, w którym Pola mimo, że była na mnie, ale w pozycji leżącej, zaczął się histeryczny płacz, ale ja nie wstałam. Zaczęłam płakać z bólu i przez łzy powiedziałam: " Trudno dziecko, musisz popłakać, ja muszę poleżeć przez kilka minut". I płakała tak minutę, czy dwie choć trwało to całą wieczność, a ja leżałam płacząc coraz mocniej, bo wyprostowanie kręgosłupa po tylu godzinach było cholernie bolesne. Po tych kilku minutach wstałam jednak i... od nowa. Jakiś czas później poleciałam do 3city na see blogers, a co druga osoba pytała mnie tam czy na pewno dobrze się czuję. Dopadło mnie tam tak skrajne wykończenie, że ledwo to pamiętam. Po powrocie nadal nie było lepiej, a ja na myśl przeprowadzki i dołożenia Poli jeszcze zmiany miejsca po raz kolejny, dostawałam mdłości. Tak bardzo zestresowana, że będzie jeszcze gorzej postanowiłam zmienić WSZYSTKO. Od wieczornych rytuałów, po wygląd kąciku do spania. Oto kilka zmian, które wprowadziłam w życie:
1) Brak TV i jakichkolwiek obrazów, dźwięków z innych sprzętów - ktoś sobie pomyśli "Jeju to chyba normalne" - tylko, że jeśli F. wraca ok.20 to wtedy mamy swój czas na wiadomości, ulubiony serial. Tymczasem w ciężkim okresie dla dziecka, trzeba się jednak bez tego obyć. Dlatego wprowadziliśmy takie, a nie inne zmiany. Na ok. 2 godziny przed snem wyłączamy TV, wyciszamy i chowamy telefony.
2) RYTUAŁY: wyciszamy się i staramy się trzymać następującego rytuału:
- kąpiel Poli - to czas Poli i F. Półgodzinna zabawa w wannie rozluźnia, ale też zapewnia "fajne" zmęczenie przed snem.
- po kąpieli - UWAGA !!! - czesanie. Tak. Dobrze widzicie. F. czesząc Polę potrafi ją nawet uśpić. Magiczny grzebień działa niejednokrotnie jak hipnoza. Pola baaardzo się przy tym relaksuje.
- leżenie całą trójką na łóżku i opowiadanie bajek - po czesaniu zazwyczaj kładziemy się całą trójką na łóżku, opowiadamy bajki, śpiewamy kołysanki, przytulamy się i coraz bardziej wyciszamy.
- kiedy już wyłapujemy moment, w którym Pola zaczyna trzeć oczka - przenosimy ją do jej łóżeczka, robimy jej mleko i ... załączamy szum z misia WHISBEAR. Po co? Nie od dziś wiadomo, że szum to bardzo znajomy dla dziecka dźwięk, który przypomina szum wód płodowych, którzy towarzyszył przecież dziecku przez 9 miesięcy! Czy taki gadżet się u nas sprawdza? Tak. Ale nie oczekujmy też cudów, że uśpi nam dziecko w każdej chwili. I taki gadżet trzeba umiejętnie wykorzystać. Wielokrotnie Pola podczas picia mleka rozpraszała się, rozglądała we wszystkie strony. Szum znakomicie ją wycisza i sprawia, że nic innego nie zwraca jej uwagi. Dodatkowo miś nie ma krzykliwych kolorów i sam w sobie jest szarym, neutralnym uspokajaczem, a dodatkowo pełni też funkcję normalnego misia, którym Pola się opiekuje, jeździ z nim w wózku i udaje, że go karmi. Co ciekawe na stronie whisbear możemy przeczytać jak się do takich gadżetów odnoszą psycholodzy : "Dźwięk, który ma wywołać u płaczącego dziecka odruch uspokajania, musi być donośnym, szorstkim świstem, tak samo głośnym jak płacz maluszka (...) Kiedy twój maluszek się uspokoi, obniż wysokość wydawanego (...) dźwięku do poziomu głośności prysznica, aby utrzymać u dziecka odruch uspokajania. Pamiętaj, że aby niemowlę łatwo zasnęło, a potem długo smacznie spało, biały szum jest konieczny. Szuszanie może towarzyszyć dziecku całą dobę. Posługuj się nim w przypadku nagłych ataków płaczu dziecka i gdy chcesz ułożyć je do spania (na drzemkę i w nocy).” - coś w tym jest, bo jeśli cofnę się pamięcią do czasy kiedy Polcia miała kilka miesięcy, to podczas usypiania i kołysania, włączałam szum z jej bujaczka. Szum + kołysanie to był idealny sposób na w miarę szybkie uśpienie Polki.
„Niemowlętom najlepiej służy dudniący biały szum, ponieważ jest najbliższy dźwiękowi towarzyszącemu im w łonie matki. Prawidłowy rodzaj białego szumu (puszczanego w trakcie wszystkich drzemek i w nocy) jest kluczem do poprawy jakości snu od dnia narodzin do dnia pierwszych urodzin...i jeszcze dłużej!"
3) Zmiana wyglądu miejsca do spania - o tym stworzę osobny wpis, ale pozwolę sobie tutaj liznąć tematu. Skoro kącik do spania jest miejscem, w którym dziecko ma chętnie spać, to musi jakoś swoim wyglądem to dziecko zachęcić, prawda? Postanowiłam zatem ( bez szaleństw) zrobić małą metamorfozę i za pomocą kilku dodatków sprawić, że miejsce to będzie ciepłe i przytulne - takie, w którym człowiek po prostu chce zasypiać. Kilka światełek, przyjemny motyw na kocyku, ulubiona maskotka...
4) Drzemka dzienna - w tamtym ciężkim dla nas okresie Pola nie chciała spać w dzień. Dowiedziałam się jednak, że jeśli występują u nas lęki nocne, powinniśmy wydłużyć dziecku czas snu. Było ciężko, ale podobnie jak i wieczorem zaczęłam wyłapywać moment mazania się w dzień i wtedy nosiłam nawet godzinę, żeby Pola najpierw się wyciszyła, a potem zasnęła chociaż na pół godzinki.
Chciałabym jednocześnie podkreślić, że rytuały, których się trzymamy nie są czymś co robimy nienaturalnie i sztucznie. Nie jest to jakiś sztywny schemat. Jeśli Pola nie chce leżeć, tylko chce biegać po domu, to jej na to pozwalamy. Po prostu dbamy o to, by ostatnie godziny przed snem były spędzone w ciszy, bez żadnych dźwięków z tv czy telefonów i przy stłumionym świetle. Jesteśmy tylko my, 4 ściany, mleko, lampki i misie. A czy czytamy książki, czy leżymy, czy chodzimy za rączkę i śpiewamy - to już zależy od tego na co ma ochotę Pola.
Koszmar, przez który przeliśmy to były zapewne lęki nocne. Kto to przeszedł ten wie jak cholernie jest to ciężkie i dla rodzica i dziecka. Doskonale pamiętam swój strach i niemoc, kiedy Pola wiła się na wszystkie strony, a ja nie wiedziałam co jej jest i czy coś ją przypadkiem nie boli. Wiem jednak, że wszystko jest do przejścia. Trzeba jednak zaopatrzyć się w całe mnóstwo cierpliwości i sił... Na każde dziecko jest jakiś sposób, jednak czasem rodzic musi naprawdę sporo się nakombinować, by zrozumieć jaki. Ciężko jest znaleźć sposób podczas takiego ataku nocnego, dlatego trzeba pomyśleć jak temu ZAPOBIEGAĆ. W naszym przypadku kilka małych zmian okazało się DUŻYMI. Drzemka, rytuały, szum, wyciszenie. Z góry jednak podkreślam, że to co sprawdza się u nas, nie musi sprawdzać się gdzie indziej... Wierzę jednak, że być może dla kogoś ten wpis okaże się pomocny. Dla mnie rada pani doktor w tamtym okresie była.
Szybka przekąska będzie dzisiaj gratką szczególnie dla osób, które lubią słodkie. Czy jest na sali ktoś kto nie lubi owoców? A jest na sali ktoś kto nie lubi malin, borówek? Na pewno ktoś taki się znajdzie, ale podejrzewam, że będzie to jakiś wyjątek. Aaa czy jest tutaj ktoś to tak jak nie jestem mistrzem w kuchni, albo ktoś kto dba o swój czas i lubi szybkie, sprawdzone przepisy? W takim razie śmiem stwierdzić, że szybkie i proste przepisy będą tutaj naprawdę mile widziane! Jeśli chodzi o mnie to nawet gdybym umiejętności posiadała - nie znalazłabym czasu, by je wykorzystać. Blog, dużo spotkań, opieka nad dzieckiem, sprzątanie, nauka - cenię sobie zatem pomysły na dania, które da się zrealizować w kilka minut. Resztą niech zajmie się piekarnik, babycook czy inne cuda techniki. Śmiało można wtedy w kuchni powiedzieć "Ja tu tylko sprzątam... " ;) . No dobra ale czy szybko znaczy smacznie? Od zawsze zaznaczam, że tak! Podobnie było z propozycjami śniadaniowymi. Wielokrotnie słyszałam, że ludzie nie jadają śniadań przed wyjściem do pracy, bo nie mają na nie czasu. A ja pokazałam, że się da! Wsypanie granoli i jogurtu do miski to jakieś pół minuty. A można przecież wrzucić to do lunchboxa i zjeść po drodze! ;)
Poniżej przedstawiam Wam coś co bez problemu zrobicie na szybko, gdy pojawią się niespodziewani goście, a wy będziecie chciały podać coś co smakuje i przy okazji ładnie wygląda. Poniżej recepta na to, by nasza szybka przekąska, była nie tylko szybka, ale i smaczna!
* garść malin
* garść borówek
* 3 łyżki mąki
* 1/4 kostki masła
* 2 łyżki zmielonego migdału ( lub po prostu w drobnych kawałkach)
Masło, mąkę i migdał szybkimi ruchami łączymy ze sobą i lepimy kulkę. Wkładamy ją do zamrażalnika na ok. pół godziny. W międzyczasie do 4 ceramicznych foremek wsypujemy owoce. W moim przypadku były to maliny i borówki, ale możecie też dołożyć poziomek czy jeżyn. Jeśli bardzo lubicie słodkie, możecie posypać owoce cukrem - dla mnie owoce słodkie same w sobie, tego dodatku nie potrzebują. Po pół godziny, wyjmujemy ciasto i ścieramy je na tarce nad owocami. Rozgrzewamy piekarnik do 220 stopni i wsadzamy do niego foremki na ok.15 minut. Wyjmujemy i ... gotowe! Leciutko ciepłe będą idealne z kulką zimnych lodów i bitą śmietaną. Mniam!
Z racji, że jak już wspominałam jestem kulinarną kaleką, w momencie, w którym widziałam jak owoce puszczają soki w piekarniku czułam się jak masterchef. Najfajniejsze jednak chyba w tym wszystkim było to, że wszystko zostało pochłonięte w moment przez F. i Polę...a nie zawsze mina F. wskazuje, że coś jest naprawdę dobre. A skoro prosi o dokładkę, to można powiedzieć, że to już mój malutki krok naprzód ;)
Szybko i smacznie! Da się ? Da! Nawet nie mając minimalnego pojęcia na temat kucharzenia, można wyczarować coś tak pysznego!
foremki - DUKA
Jakieś 2 lata temu miałam swój sklep, w którym pracowałam całymi dniami. Zamawiałam sobie tam codziennie jakieś chińskie kubki, kebaby, latałam do kiosku po słodycze. Tyłam i tyłam i nawet tego nie zauważałam... Jakoś na przełomie maj/czerwiec weszłam na wagę i kiedy zobaczyłam liczbę 74 prawie zemdlałam. Jak mogłam tego nie widzieć? Jak mogłam nie widzieć tych o wiele większych ud, cellulitu i buzi okrąglejszej niż zwykle. 74! Gdzie normalnie ważyłam zawsze 68! Kiedy zeszłam wtedy z wagi czułam się jakbym dostała w policzek.
Kilka dni wcześniej siostra zrobiła mi sesję. Czułam się tak sexy w krótkich spodenkach i krótkiej bluzce. Do czasu kiedy wysłała mi zdjęcia na pocztę. Ja chyba serio byłam ślepa, albo moje lustro w sklepie wyszczuplało. I to znacznie. Wiedziałam, że niebawem będę chciała zacząć z F. starania o dziecko więc spięłam się w sobie i przez 2 tygodnie zrzuciłam 6 kg. Nie, nie głodziłam się. Po prostu waga na początku przy ćwiczeniach i diecie spada bardzo szybko. No dobra, jadłam trochę za mało, ale opłacało się zważając na fakt, że wagę 74 kg miałam dopiero w jakimś 7 miesiącu ciąży.
W ciąży przytyłam 14 kg. Po porodzie od razu waga spadła o 12. 70 kg było na liczniku i było, a czasem próbowało nawet skakać delikatnie w górę. Zaczęłam chodzić na cross, jeść w miarę zdrowo i siódemka zniknęła. Wakacje mi sprzyjały, kilkugodzinne spacery, mniej jedzenia niż zwykle. Schody zaczęły się kiedy słońce zniknęło, a praca F. nie pozwalała mi dłużej na treningi. Przestałam ćwiczyć, a waga wciąż skakała między 68 a 70. Jakoś na początku stycznia poczułam ten moment i powiedziałam sobie...teraz albo nigdy. Zaczęłam ćwiczyć skalpel i zagłębiać się w tematy zdrowego żywienia. W lutym troszkę odpuściłam - sesja i nie dające żyć migreny pochłaniały moją energię, a wieczorami jedyne o czym marzyłam to ciepłe łóżko. Nadal jednak starałam się trzymać zdrowej diety, raz na jakiś czas pozwalając sobie na grzeszki. Troszkę odpuściłam wtedy to fit życie, ale równocześnie zmieniałam coraz to więcej nawyków żywieniowych co pozwalało mi utrzymywać wagę 65,5 kg i płaski brzuch.
W ostatnich dniach stwierdziłam jednak, że pora wrócić do systematycznych ćwiczeń i jeszcze bardziej zagłębić się w temat zdrowego żywienia. Po pierwszych siedmiu dniach, w którym raz w sobotę tylko zgrzeszyłam ( spotkanie blogerek) i ćwiczyłam 4 razy w tygodniu ( po co się przemęczać ;) ) weszłam z zakwasami na wagę - 63,7. Nigdy tyle nie ważyłam. No może w trzeciej klasie gimnazjum kiedy zachorowałam i schudłam dwa rozmiary, ważyłam 62 kg i to tylko dlatego, że przez tydzień nic nie jadłam, bo budziłam się tylko na siku, a przez dwa kolejne wmuszano mi zupki - początki przygód z tarczycą.
63,7 kg. Nie dzięki głodówkom i nie dzięki godzinom spędzonym na siłce. Głównie dzięki temu co jem i o jakich porach. 4/5 posiłków dziennie co 3 godziny. Wszystkie dobrane na podstawie książki Ewki "Przepis na sukces".
Wygląd zewnętrzny nie jest najważniejszy, wiem o tym. Ale zadowolenie z własnego ciała, lepsze samopoczucie i ZDROWIE daje mi satysfakcję i zadowolenie z siebie, które pozwala mi spełniać się na innych płaszczyznach.
Możesz mówić, że się nie da, że nie masz czasu. Jeśli akceptujesz to co widzisz w lustrze - ok. Ale jeśli patrzysz na innych i czujesz złość, bo wyglądają lepiej - to wstań i zrób wszystko by nie czuć złości, a ...radość. Jeśli mówisz sobie " Wcale bym nie chciała wyglądać tak jak ona" i odczuwasz przy tym agresję tzn. że sama siebie okłamujesz. Takie zdania zazwyczaj wypowiadają osoby, które CHCIAŁYBY wyglądać tak jak ta czy tamta, ale próbują sobie wmówić, że tak nie jest. Ktoś kto jest pewny siebie i akceptuje swoje odbicie w lustrze nie mówi takich rzeczy, bo nie musi tego nikomu udowadniać.
Ja też mogłam przy 74 kg powiedzieć, że nie chcę być szczupła. Albo, że mi się nie chce. Ale raczej dziś nie byłabym dumna ze swojego odbicia, a jedyne co bym czuła to żal i smutek, że mogłam coś z tym zrobić, ale zamiast tego jadłam kolejnego kebaba popijając colą.
2 lata temu byłam 10 kg grubsza. Dużo czy mało. Sama sobie odpowiedz. Dla mnie jest to teraz niepojęte i wiem jedno - nigdy nie doprowadzę się już do takiego stanu. Bo najgorsze jest to, że opamiętujemy się czasem po zbyt długim czasie...ale...z drugiej strony...nigdy nie jest za późno na zmiany. Właściwie to nie ważne kiedy się opamiętasz. Ważne, że w ogóle podejmiesz walkę z samą sobą. A takie walki są najcięższe...ale za to przynoszą najlepsze efekty.
Sztukę zakupów za zero złotych opanowałam do perfekcji w momencie, kiedy wylądowałam na "własnym" mieszkaniu i nagle zaczęłam liczyć tylko na siebie. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że świnka-skarbonka patrzy i obserwuje i jest głodna każdego grosza, który zostanie nam po opłaceniu rachunków. Świnka to rzecz niezastąpiona. Połyka oszczędności na nowe mieszkanie w taki sposób, że nikt ich stamtąd nie wyciągnie. Dla kontroli pod "nóżką" trzyma karteczkę gdzie z F. zapisujemy ilości jej karmień. Nie pozwalamy jej głodować, o nie! Choćbyśmy sami mieli jeść chleb ze smalcem - świnia musi najeść się do syta.
A żeby do świni mieć co wrzucać...trzeba żyć oszczędnie i wydawać tylko tyle ile się musi. Czyt. rachunki za mieszkanie, opłaty za prąd, wodę, tv, internet... No i życie. Picie, jedzenie i papier toaletowy. Dla mnie żyć żeby przeżyć to za mało. Muszę od czasu do czasu kupić sobie nowy ciuch i zabawkę dla Poli. Ale nie mogę. Bo nie mam za co. A właściwie mam, ale odkładanie kupna mieszkania na rzecz zachcianek mamusi byłoby skrajnym idiotyzmem. Dlatego właśnie doprowadziłam do tego, by zachcianki nie przekraczały kilku złotych. A najlepiej gdyby były za zero.
Jak to zrobić ? No cóż...
1) Wyprzedaż szafy - sprzedajesz co masz - kupujesz następne. I tak w kółko...
2) Blog - jeśli jesteś w stanie zostać blogerką, która swoim piórem czy zdjęciami porwie serca tysięcy czytelników, wiedz, że listonosz będzie pukał do ciebie dwa razy dziennie. Pomijam współprace umówione, na których nie dosyć, że zyskujesz nową rzecz - to jeszcze Ci za to płacą.
3) Wymiany - poszperaj w internecie, a znajdziesz sporo stron, gdzie dziewczyny wymieniają się między sobą ubraniami. Masz niepotrzebną kurtkę, a potrzebujesz torebkę? Spokojnie. Na pewno ktoś ma na odwrót.
Wszystko kręci się mniej więcej wokół tych trzech opcji. No dobra. Ale jak to zrobić, żeby jechać na systemie wyprzedażowym w kółko? Jeśli na wietrzeniu szafy zarobisz dwie stówki i kupisz sobie za te dwie stówki jedną nową rzecz, to wkrótce wyprzedaży możesz nie mieć z czego robić. Ale jeśli za dwie stówki kupisz więcej... to już brzmi nieco lepiej. Ale tutaj musisz uruchomić instynkt łowcy. Łowcy okazji! Mniej więcej taki jak ja dzisiaj, kiedy wyruszyłam do wielkiego SH z odzieżą ( i nie tylko) na wagę. Nie tylko, bo są tam też zabawki. Zazwyczaj pierdyliard maskotek z roztoczami gratis. Ale jeśli przypatrzysz się dobrze, znajdziesz klocki, tabliczki drewniane i wiele, wiele innych. Musisz po prostu wiedzieć gdzie szukać, no i musi Ci się chcieć. Zapewniam Cię jednak, że jeśli znajdziesz tak jak ja kilka klocków, które widziałaś kiedyś w necie za całkiem pokaźną sumkę, to zachce Ci się od razu szukać czy przypadkiem nie jest ich tam więcej. Klocki to chociaż były dziś w jednym miejscu. Ale tabliczka ze zwierzątkami. Tak szukałam między zakurzonymi maskotkami, tak je przewalałam z kąta w kąt, aż znalazłam wszystkie pasujące elementy. A jaka ja dumna wyszłam z tego sklepu, o panie!
Instynkt łowcy możecie wykorzystać nie tylko w SH, ale i w komisach z antykami, meblami, a nawet na pchlich targach! W moim mieście taki targ otwarto jakieś 2 tygodnie temu, a ja już wiem, że jak tam zawitam pierwszy raz to na pewno znajdę drewnianą kołyskę dla lalki... No dobra może aż tak po całości od razu nie polecę, ale na takim targu idzie naprawdę zaszaleć... Zwłaszcza jak sprzedawca się nie zna.
Mam swoją kopertę, w której są moje obrotowe pieniądze. Sprzedaję, wkładam tam kasę i podbieram jak mam ochotę coś sobie kupić. Nie wspominając już o tym, że jeśli akurat mam dziś przelać pieniądze za czynsz... to zazwyczaj dwa dni naprzód sprzedaję kilka rzeczy i czynsz się płaci...sam ;) I żeby nie było. Nawet zanim zaczęłam prowadzić blog to radziłam sobie w podobny sposób, żeby nie wołać na zachcianki od rodziców ( swoją drogą nigdy tego nie robiłam i sprawiało mi to kłopot jeśli już na prawdę potrzebowałam w liceum kupić sobie ten nowy puder... ) - miałam stronkę na fp, na której sprzedawałam rzeczy upolowane w SH. Były to rzeczy w stanie idealnym, tak zwane perełki. Wszystko wyprane, wyprasowane. Zaczęło braknąć mi niestety na to czasu kiedy urodziłam, więc stronkę usunęłam.
Zawsze powtarzam, że wszystko zależy od naszej zaradności i chęci. Mogłabym powiedzieć, że nie mam czasu, bo mam dziecko, ale jeśli marzy mi się iphone to tak długo będę z wózkiem biegać na pocztę z paczkami aż na niego zarobię. Wczoraj jedna z czytelniczek, którą swoją drogą bardzo lubię napisała, że sprawiałam zawsze wrażenie osoby niesamowicie bogatej. Drogie zabawki, drogie rzeczy. Bo owszem można dobrze wyglądać, można mieć "drogie" dodatki, ale wcale nie trzeba wydawać na nich tysięcy. I o wiele większą satysfakcja jest wtedy kiedy pokazujesz koleżance mega wypasioną kurtkę i mówisz " kupiłam ją za 20 zł" niż wtedy kiedy wydasz na nią 300 zł. Bo wydawać pieniądze i kupować drogo, każdy by potrafił jeśli zaopatrzyłoby się mu portfel. Ale kupić to samo lub jeszcze lepsze...za 10 razy mniej - to już sztuka i kwestia zaradności. I doskonale wiem, że potrafi to i robi co druga z Was, dlatego z góry uprzedzam, że nie czuję się w tej kwestii jak odkrywca Ameryki, ale wierzę też w to, a wręcz jestem pewna, że niektórym osobom trzeba nawet tak błahe kwestie przedstawić jasno i wyraźnie, żeby im po prostu pomóc.
Nigdy nic nie spadnie Wam z nieba - poza deszczem lub piorunem, który może Was strzelić - ale nie znaczy też to, że osiągnięcie tego o czym się marzy musi być marzeniem ściętej głowy.
klocki , tabliczka - SH
czapka - Dwa motki słońca
Jeszcze kilka lat temu kompletnie nie zwracałam uwagi na to co jem. Baton o poranku i sterta kanapek na sam wieczór. Jeśli już przychodził mi do głowy pomysł jakiejkolwiek diety to i tak raczej nie byłam świadoma do końca, że to co jem wcale takie zdrowe nie jest.
Tak było jeszcze do niedawna. Zamieniłam biały chleb na ciemny, podobnie z makaronem i ryżem. Zamiast owocowych jogurtów zaczęłam jeść naturalne i dałabym sobie rękę uciąć, że tak bardzo zdrowo się odżywiam. Jakiś czas później okazało się, ze ciemne chleby są często tylko pokolorowaną pszenicą, a makarony razowe są razowe tylko z nazwy. Świadomość tego jak my, zwyczajni ludzie jesteśmy robieni w balona popchnęła mnie do tego, by swoją wiedzę na temat żywienia zgłębić jeszcze bardziej. Zaczęłam czytać książki, etykiety i z osoby o podejściu " Wszystko w granicach rozsądku , nie dajmy się zwariować" stałam się osobą świadomie wybierająca to co będzie jadła jej rodzina. Kurczak ? Tylko z zaufanego źródła ze wsi. Bez hormonów. Jogurty? Tylko te bez mleka w proszku. Makarony i chleby? Tylko te bez mąki pszennej. Nie mam parcia, żeby nawracać teraz wszystkich ludzi wkoło do zmiany swoich nawyków żywieniowych. Do takiej decyzji trzeba dojrzeć, trzeba czuć, że chce się coś zmienić. Doskonale pamiętam jak denerwowali mnie ludzie, którzy na każdym kroku mówili mi o złych składnikach, które są w tym co jem - miałam to wtedy totalnie gdzieś dlatego totalnie irytowały mnie wieczne uwagi. Dziś każdego dnia rozmawiam z mamą godzinami przez telefon, co chwilę wykrzykując " No ale słuchaj oglądałaś ten reportaż o rybach?!" i dyskutując co powinnyśmy jeść, a czego nie. Fajną sprawą jest to, że w końcu znalazłam z mamą wspólne zainteresowanie, którym możemy się dzielić.
Myślę, że nie przyłożyłabym też do tego tak bardzo uwagi gdybym nie była mamą. Co prawda mam dopiero 21 lat i cieszę się, że i tak dość szybko zaczęłam świadomie wybierać jedzenie. Ale jeśli chodzi o Polę - fajnie, że odżywia się zdrowo praktycznie od samego początku. Co prawda wciąż twierdzę tutaj, że wszystko jest dla ludzi, jednak jeśli mam wybór i mogę podawać jej zdrowe jedzenie, to nie widzę żadnego argumentu, który by mnie przekonał, że lepiej jest kupić danonka niż jogurt naturalny, który podam jej z kawałkami banana czy innych owoców. Wciąż jednak daleko mi do fanatyczki. To, że ja mam takie podejście nie znaczy, że będę je narzucać innym mamom. Totalnie nie obchodzi mnie jakie jedzenie inni dają swoim dzieciom i nigdy nie będę w to ingerować. A jeśli przez pisanie na blogu takich wpisów, ktoś postanowi sam z siebie coś zmienić - mogę się jedynie cieszyć. Nigdy jednak nie odwali mi na tyle, by robić komuś wyrzuty z powodu parówki czy danonka - a nie ukrywajmy w dobie popularnego blw ( które popieram ) , matek fanatyczek wcale nie brak. Mimo zmiany jedzenia na zdrowsze, wciąż nie rozumiem publicznych uwag w kierunku rodziców, które podważają ich wiedzę. W tym całym zdrowym żywieniu warto pamiętać, że nie każdy musi postępować tak jak my i nikt nie zasługuje na lincz z powodu głupiej czekoladki. Ktoś mógłby pomyśleć, że to dziwne - jestem za zdrowym odżywianiem, a nie drażni mnie czyjeś dziecko , które obok wcina czekoladę czy jogurt z samą chemią. Nie - nie drażni mnie. To, że moje dziecko wcina naturalny nie znaczy, że nagle zacznę pouczać rodziców, by też zaczęli im takie dawać. Podobnie jest u mnie w innych kwestiach. Nie unoszę głosu na swoje dziecko - i jeśli ktoś w moim towarzystwie krzyczy na swoje - nie czuję się zobowiązana do jakiejkolwiek reakcji - wręcz nie mam prawa reagować. Co innego w przypadku kiedy ktoś, by dziecko uderzył - wtedy MUSIMY reagować, ale to już zupełnie inny temat. Nie zamierzam też reagować płaczem jeśli mojej teściowej czy mamie pod moją nieobecność zdarzy się dać Poli do jedzenia danio czy kinder-kanapkę.
Zaczęłam wybierać świadomie. Stało się to częścią mojego życia i jednym z moich głównym zainteresowań. Chcę zaszczepić w Poli instynktowne wybieranie tego co zdrowsze i być spokojną o jej zdrowie - które nie oszukujmy się coraz częściej szwankuje przez chemię, która jest nawet z pozornie nieszkodliwych produktach. Myślę jednak, że największym wyzwaniem będzie dla mnie F. który tak kocha pompowany, sztuczny, biały chlebek...
drewniana kuchenka - TUTAJ
Jadłospis na cały dzień pomoże Wam osiągnąć sukces o jakim marzycie. Sekret pięknej figury tkwi głównie w zdrowym odżywianiu. Wiele dziewczyn w młodym wieku uważa, że do zdrowego ciała przybliży je głodówka - tymczasem głodówka sprawi jedynie, że schudniemy na moment, po czym najprawdopodobniej znów przytyjemy. Takie "zabiegi" niszczą kondycję naszego ciała. Nawet jeśli schudniesz przez głodówkę to Twoje ciało będzie jedynie chude - nie piękne. Istnieje duża różnica między rozmiarem 36, a rozmiarem...36. Mogłabym Wam pokazać dwie kobiety w takim rozmiarze i różniłyby się diametralnie głównie przez to co jedzą. Chude nie znaczy piękne. Zdrowe znaczy piękne. Czy jest to rozmiar 36 czy 40.
Ostatnio ćwiczę naprawdę sporadycznie. Mam na głowie wiele rzeczy, przez które w dzień nie starcza mi czasu, a wieczorem przyznam się szczerze - nie chce mi się. Nie rozpaczam jednak ani nie ubolewam. Wszystko zawsze staram się dostosowywać do swoich możliwości. Nie przemęczam się jeśli ma tu skutkować frustracją i przemęczeniem. Jednak mimo to moje ciało wygląda coraz lepiej, a waga można powiedzieć spada już w coraz słabszym tempie ( więcej chudnąć już nie chce) - miało być 65 kg i tyle jest.
Nie jestem wielką fanką gotowania i nie mam też czasu na wymyślne potrawy. Nie lubię ciągłych żywieniowych zmian dlatego zazwyczaj mój dzienny jadłospis wygląda każdego dnia tak samo z lekkimi modyfikacjami ( w zależności od tego co zostało w lodówce ). Ciężko jest mi się stosować do 5 posiłków dziennych - czasu starcza mi zaledwie na 4 . Sytość po obiedzie i tak trwa tak długo, że zazwyczaj pomijam 4 posiłek i jem jedynie kolację. Poniżej mój najczęściej stosowany jadłospis na cały dzień. Przepisy z książki Ewy Chodakowskiej pt."Przepis na sukces" lekko zmodyfikowane bądź z innymi składnikami. Podaję Wam "swoje" wersje.
- 2 jajka
- 4 rzodkiewki
- 1/3 średniego ogórka
- 2 łyżki jogurtu naturalnego
- 1 łyżeczka łuskanego słonecznika
- 1 łyżeczka oliwy z oliwek
- świeżo zmielony pieprz, sól morska ( do smaku )
- 2 kromki chleba pełnoziarnistego
W przepisie Ewki występuje również 1/3 czerwonej papryki, której nie lubię, a zamiast łuskanego słonecznika - kiełki. Można dodać również szczypiorek.
Jajka gotujecie na twardo, obieracie ze skorupki i kroicie w drobną kosteczką. Tak samo kroicie ogórka i rzodkiewki. Mieszacie delikatnie i doprawiacie do smaku solą i pieprzem. Łączycie z jogurtem naturalnym i nakładacie na kromki pieczywa.
Pomysły na inne śniadania możecie znaleźć w moim wpisie ze śniadaniowymi inspiracjami TUTAJ
- 1 mały banan
- 1 kiwi
- 1 małe jabłko
- 1 łyżka jogurtu naturalnego
- płaska łyżeczka sezamu
- płaska łyżeczka łuskanego słonecznika
- kilka kropel soku z limonki
W przepisie Ewki występują również mandarynki.
Owoce kroimy i mieszamy ze sobą. Skrapiam sokiem z limonki i łączymy z jogurtem naturalnym. Na koniec posypujemy sezamem i słonecznikiem.
- 1 szklanka makaronu orkiszowego świderki ( 100 % mąki orkiszowej, czytajcie etykiety ! )
- 1/2 średniego fileta z kurczaka - ok 80 g ( jeśli macie możliwość to nie takiego z marketu, a ze sprawdzonej hodowli gdzie nie pakują w kurczaki hormonów )
- 100 g świeżych liści szpinaku
- 2 suszone pomidory
- połowa czerwonej cebuli
- 1 ząbek czosnku
- jogurt naturalny ( 100 g )
- 3 łyżeczki oliwy z oliwek
- do smaku sól morska, świeżo zmielony czarny pieprz
Na rozgrzanej oliwie zeszklić pokrojoną w kostkę cebulę i czosnek. Dodać pokrojonego kurczaka, a po chwili liście szpinaku i pokrojone w paseczki suszone pomidory. Doprawić solą i pieprzem. W międzyczasie gotować makaron. Kiedy będzie al dente wrzucić go na patelnię . Dodać jogurt naturalny i wymieszać z całą resztą.
- 1 jogurt naturalny ( 100 ml )
- 1 banan
- można dodać własne konfitury np. jagody
Wszystko ze sobą zmiksować.
- sałata lodowa
- ser feta ( 100 g )
- 1 pomidor
- 1/2 ogórka zielonego
- 1/4 cebuli czerwonej
- 1 łyżka łuskanego słonecznika
- 1 łyżka oliwy z oliwek
Warzywa umyć i pokroić. Wymieszać ze sobą i polać oliwą oraz dodać kostki fety. Sałatkę posypać słonecznikiem i przyprawić pieprzem do smaku. Wg przepisu Ewki sałatkę powinniśmy spożywać z kromką pieczywa pełnoziarnistego ( mi osobiście ciężko jest ją wcisnąć, wolę samą sałatkę) .
Jedzenie kolacji maksymalnie o godzinie 18:00 to mit. Chyba, że ktoś kładzie się spać o godzinie 20:00. Ostatni posiłek powinniśmy jeść na dwie, trzy godziny przed snem. Jeśli ktoś tak jak ja chodzi spać o godzinie ok.23 to gdyby jadł ostatni posiłek o godzinie 18:00 - kładłby się spać głodny co byłoby krzywdą dla organizmu.
Pomysłów na pyszne, zdrowe i szybkie jadłospisy jest całe mnóstwo. Wystarczy trochę poczytać lub zainwestować w jedną dobrą książkę, która nas zainspiruje. Pamiętacie jednak, że makaron razowy często tylko jest razowy z nazwy tak samo jak i chleb. Ale o tym w osobnym wpisie.
Jak na matkę z roczniakiem pod pachą - żyję intensywnie. Nauka, praca w domu, ćwiczenia, codziennie obowiązki. A wszystko to z małym szkrabem przy nodze. Zapewne właśnie w taki sposób żyje większość matek, zatem doskonale zrozumiecie, że intensywny tryb życia często mimo uczucia spełnienia i satysfakcji prowadzi również do frustracji i przemęczenia. Zwłaszcza wtedy kiedy coś nie pójdzie po naszej myśli. W tej całej bieganinie warto pamiętać, że nie musimy tak biec od poniedziałku do piątku i warto raz na jakiś czas nawet poza weekendem zaplanować sobie jeden wolny dzień, w którym nie robi się kompletnie nic, a jedynie delektuje się macierzyństwem, a w przypadku bezdzietnych - po prostu sobą.
Dzień regeneracji przede wszystkim rozgrywa się w naszej głowie. Nie odpoczniemy jeśli wciąż będziemy myśleć o tym, że może to jednak błąd, że dzisiaj nic nie zrobimy. Nie odpoczniemy jeśli nasze oczy ciągle będą szukać po pokoju rzeczy do zrobienia. Dlatego ja planując taki dzień po prostu...opuszczam swoje mieszkanie. Zazwyczaj wybywam albo na długi spacer, albo jadę do mojej rodziny na wieś. Tak zrobiłam właśnie wczoraj. Spakowałam wszystko wczesnym rankiem wyruszyłam na spacer, a potem wsiadłam w auto i pojechałam do rodzinnego domu. Tam znów spacer, później pogaduchy, śmiech i ... odpoczynek. Psychiczny i fizyczny. Ale uczę się odpoczynku również we własnym domu. A jest to ciężka sztuka, kiedy Twoim narzędziem pracy jest laptop i wiesz, że podczas Twojej nieobecności nagromadzają Ci się wieeeelkie zaległości.
Użyteczną rzeczą w planowaniu wolnego dnia jest uczynienie poprzedzającego go niesamowicie aktywnym. Wysprzątanie mieszkania na błysk, intensywny trening, przygotowanie obiadu na jutro. Zrobienie wszystkiego, by nazajutrz nie czuć ogromnej potrzeby robienia czegokolwiek, a jedynie delektowania się wolnymi godzinami. Skupienie na samym dziecku to odpoczynek sam w sobie - codziennie wychowywanie połączone z domowym biznesem wysysa energię z człowieka. Często jesteśmy sfrustrowane, bo akurat kiedy mamy najwięcej pracy - dziecko chce być non stop na rękach. A czasem podczas zabawy z dzieckiem, czujemy gula w gardle, że właśnie gonią nas terminy. Tutaj w grę wchodzi dobra organizacja czasu, ale o tym napiszę w osobnym wpisie.
Sposobów jest wiele. Ty sama musisz wiedzieć co pozwala Ci odetchnąć i się zatrzymać. Pomyśl przy czym zawsze odpoczywałaś i co robiłaś kiedy urządzałaś sobie dzień lenia. Pomyśl co Cię relaksuje, co uwalnia Twoją głowę od niepotrzebnych myśli. Jeśli brak Ci dziennych drzemek - urządź sobie taką. Mając dziecko to może być ciężkie, ale jeśli jeszcze jest w wieku, w którym w dzień ucina sobie drzemkę - wykorzystaj to.
Pamiętaj jednak, że w dniu o którym mowa - masz odpocząć, a nie pogrążyć się w smutku i rutynie. Jeśli wiesz, że kilkugodzinne leżenie na kanapie nie służy Twojej psychice - nie rób tego w imię odpoczynku. Najpierw odpoczywasz psychicznie - dopiero potem fizycznie.
kardigan - TUTAJ
kardigan - TUTAJ
Kompleksy. Coś co zabija nas od środka. Coś co wykańcza psychicznie. Porównywanie się z innymi kobietami, które codziennie mijamy w pracy, na zakupach, w szkole działa skrajnie wyniszczająco. Wiem, bo sama katowałam się patrzeniem na inne i wyszukiwaniem w ich wyglądzie zalet, których ja nie posiadam. Z czasem niemal każda kobieta obojętnie czy to w tv, w gazecie czy na ulicy wydaje nam się być lepsza od nas. Dobijamy się tym, próbujemy coś ze sobą zrobić, ale w co byśmy się nie ubrały, jak pięknie byśmy się nie pomalowały - czujemy się marnie. Wychodzimy z domu pewne siebie, po czym wystarczy jedna kobieta idąca z naprzeciwka, by prosta pewna postawa zamieniła się w lekko przygarbioną, niepewną i pełną strachu...
Nie tęsknię za tym stanem. Stanem, w którym wątpiłam w samą siebie i czułam się więźniem we własnym ciele. Stanem, w którym nie mogłam patrzeć w lustro, a każda kobieta zdawała się być dla mnie zagrożeniem. Wiem, że tamten okres mojego życia wyniszczył wtedy moją psychikę totalnie. I to w sumie dziwne, że tak się działo w momencie kiedy mój partner doceniał mnie w sposób w jaki teraz tego nie robi. To właściwie teraz powinnam czuć się źle, bo rzadko słyszę, że jestem piękna, a moje ciało zgrabne. To wtedy powinnam była czuć się piękną kobietą, bo zapewniał mnie o tym dniami i nocami. Ale tak nie jest. Dlaczego? Powód jest prosty. Cały świat może mówić nam, że jesteśmy piękne, cudowne i seksowne, ale jeśli my same w to nie wierzymy to słowa innych nic nam nie dają. Jeśli jednak zaczynamy wierzyć i z chęcią spoglądamy w lustro obojętnie czy to rano czy wieczorem - to nie będziemy potrzebować niczyich zapewnień. Jeśli będą - fajnie. Ale jeśli nie - nie zrobi nam to różnicy. Jeśli kochasz siebie taką jaka jesteś i akceptujesz odbicie w lustro - to nigdy nie uwierzysz w słowa ludzi, którzy twierdzą , że jest inaczej. Że jesteś brzydka, gruba, a Twoje pośladki zwisają Ci do samej ziemi.
Czy umiesz zaakceptować swoje wady? Krzywy nos, małe cycki, łydki nieproporcjonalne do ud, dwie brody, jedno oko mniejsze od drugiego? Ja przyznam się szczerze, że nauczyłam żyć się z defektami, ale gdybym tylko miała możliwość pozbyłabym się ich bez zastanowienia i nigdy w życiu za nimi nie płakała. Powiększyłabym swoje piersi, zrobiłabym sobie ładniejszy nos i podkreśliła troszkę bardziej kości policzkowe. Nie uwierzę też, że kochacie swój cellulit, a rozstępy traktujecie jak świętość, która przypomina Wam o pięknym stanie błogosławionym.
Nie znam osoby, która kocha takie rzeczy, ale doskonale znam osoby, które mimo tego, że nie lubią swoich małych cycków czy cellulitu na dupce - kochają siebie. Jak to możliwe? Po prostu na co dzień skupiają się bardziej na tym co w sobie lubią. Skupiają się na swoich atutach. Na pełnych ustach, gęstych włosach czy hipnotyzujących oczach.
A ja? Ja skupiam się na tym, że z dnia na dzień mam coraz więcej mięśni. Skupiam się na swoich dużych, krągłych pośladkach. Lubię swoja usta, swój płaski brzuch. Podoba mi się moje ciało, ale wiem, że może być lepsze. Dlatego trenuję, zdrowo jem i dbam o siebie. Nie walczę już o poczucie własnej wartości i samoakceptację. Chcę się czuć jeszcze seksowniej niż czuję się teraz. Podobam się sobie i wcale nie zależy mi, by podobać się całemu światu. Idę pewnie przed siebie i już nie patrzę. Nie patrzę czy kobieta z naprzeciwka ma większe cycki, piękniejsze włosy czy cholernie piękny nos. Nie obchodzi mnie to. Obchodzi mnie jedynie fakt, że idę taka pewna siebie, seksowna i nie rozmyślam o tym, że być może za mną idzie ktoś komu nie podobają się moje pośladki, a obok ktoś patrzy się na moje nie do końca wyrzeźbione jeszcze uda. Niech myślą co chcą.
Pamiętaj. To sobie masz się podobać. A jeśli czegoś nie akceptujesz - zrób wszystko, żeby to zmienić. Narzekaniem i biadoleniem nic nie zdziałasz. Ale jeśli chce Ci się wymiotować na widok swoich grubych nóg to wiedz, że nie musisz jeść zaraz kolejnego kebaba, ale możesz przyrządzić zdrowy i smaczny obiad. Nie podoba Ci się to, że nie masz zarysowanych mięśni? Zawsze możesz poćwiczyć. Wyjścia są dwa. Albo zaakceptujesz swoje wady i nauczyć się z nimi żyć - albo zaczniesz robić coś, by się ich pozbyć. Wybór należy do Ciebie. Zrób wszystko, by spojrzeć w lustro i powiedzieć " Jestem zajebista!". Bo jesteś, na pewno. Tylko jeszcze o tym nie wiesz. Jeszcze tego nie odkryłaś...
