Pod okiem Michel’a, robiliśmy wielkanocne potrawy (w moim przypadku było to Ciasto 3bit, łatwe i pyszne - na herbatnikach - przepis bez pieczenia!) używając do tego sprzętu Kenwood Chef XL. Potem Michel pokazywał nam jak zrobić przepyszną perliczkę z pesto z groszku. Do tej pory przemiło wspominam to spotkanie. Mimo tego, że gotowanie to dla mnie zawsze najbardziej stresujące wyzwanie w mojej pracy - jednocześnie gotować, relacjonować, ogarniać kuchnię, robić zdjęcia - nie jest łatwo. Może byłoby łatwo, gdyby nikogo nie obchodził efekt końcowy, ale przecież jak już gotować dla innych - to tak, żeby im smakowało, a nie żeby nadawało się jedynie na kompost :P
Całkiem niedawno, nadeszła pora na drugą część kampanii Kenwood. Polegała ona na zapoznaniu się z robotem Kenwood już we własnym domowym zaciszu. Dostałam sprzęcior na kilka tygodni, w których mogłam go na spokojnie przetestować i za jego pomocą spróbować robić różne potrawy. I byłam sceptyczna, chciałam coś ugotować raz, pokazać Wam to i tyle. Mój F. totalnie zakochał się w tym sprzęcie i okazało się, że gotowaliśmy z nim praktycznie codziennie i ciężko nam go teraz odesłać :D Przede wszystkim zauroczyła nas funkcja wyrabiania ciasta, które rękoma wyrobić ciężej. Ciasto nie lubi ciepła, a wyrabiając je w dłoniach nie sposób tego ciepła wytworzyć. Trzeba wyrabiać je sprawnie i szybko. I w życiu nie wyrobiliśmy ciasta lepiej, niż zrobił to właśnie robot. Tak nam się ta funkcja spodobała, że co najmniej cztery razy robiliśmy leniwe, dwa razy pizzę, raz tartę i raz ... tagliatelle z bazyliowym pesto. No dobra, ja byłam tylko pomocnikiem, to F. jest u nas od gotowania :D No ale co do pesto... to właśnie to danie, totalnie podbiło nasze serca. A totalnie się tego nie spodziewałam :)
Zastanawiałam się jakie danie - które zrobię z pomocą sprzętu - będzie najlepsze do pokazania Wam. Ostatecznie padło właśnie na pesto - bo robot idealnie nadaje się do wyrobienia ciasta, a funkcja blendera - do zrobienia pesto.
Składniki na pesto:
Składniki na makaron:
Zanim przystąpimy do robienia pesto, za pomocą robota i szatkownicy - ścieramy parmezan.
Do przyrządzenia pesto używamy blendera. Liście bazylii myjemy i odrywamy ogonki. Wrzucamy do blendera czosnek i papryczkę w całości oraz umyte liście bazylii. Blendujemy. Dorzucamy starty parmezan i dolewamy oliwę - my dolewaliśmy na oko, aż widzieliśmy, że konsystencja jest odpowiednia. Blendujemy. Przekładamy pesto do słoiczka



Następnie zabieramy się za makaron :) Potrzebny nam będzie hak do wyrabiania ciasta. Do misy przesypujemy przesianą wcześniej mąkę. Dodajemy jajka i szczyptę soli. Wyrabiamy ciasto, aż zrobi się z niego kula. Wkładamy do lodówki na ok. 30 minut. Po wyjęciu z lodówki, ciasto rozwałkowujemy, podsypujemy mąką ( musi być suche). Tniemy na długie paski o szerokości ok. 0,5 cm. Makaron gotujemy ok. 5-10 minut. Czas zależy tak naprawdę od tego jaka porcja, jaka płyta grzewcza - musicie sami sprawdzić, kiedy makaron będzie już idealny do jedzenia.


I teraz bardzo ważne - do gorącego makaronu, dodajemy sos - nie na odwrót. Szybko mieszamy i nakładamy na talerze. Na koniec opruszamy grubo mielonym pieprzem, parmezanem i orzeszkami pini. Jedliśmy to we trójkę - była u nas Kasia z HappyFactory, która podczas gotowania robiła zdjęcia do tego wpisu. Usiedliśmy wszyscy przy stole i... odpłynęliśmy :P


Pesto wyszło obłędnie !!! Myślę, że to zasługa tego, że wszystko zrobiliśmy jak należy. Użyliśmy najwyższej jakości składników, nie kupowaliśmy żadnych zamienników. Zainwestowaliśmy w dobrą oliwę. Orzeszki pini też robią robotę, z tańszymi orzechami mogłoby to już smakować inaczej. No i ciasto... wyrobione przez robota. To zupełnie inna bajka. Makaron był przepyszny. I to obłędnie przepyszny :) Od razu jak zjadłam, wiedziałam, że to był dobry wybór i że będę na maksa szczęśliwa jeśli podzielę się z Wami przepisem na to cudo.
Ok, przyznaję. Byłam sceptyczna. Ale to tylko dlatego, że gotowanie mnie stresuje :D Moje gotowanie to warzywa wrzucone na patelnie grillową i ugotowanie kaszy w garnuszku. Nie do końca kumałam, po co wydawać tyle kasy na sprzęt, skoro to wszystko co on robi - można zrobić samemu. No i dopiero kiedy sobie zaczęłam go testować, odczułam różnicę i przede wszystkim zobaczyłam, jak taki sprzęt ogarnia to, czego ja robić nienawidzę. Kroić, siekać, wyrabiać, miksować, ścierać.
Kenwood Chef XL jest sprzętem dość dużym i ciężkim. Osobiście nie miałabym go póki co, gdzie przechowywać - a szkoda. Czy to jednak wada? Raczej nie. Nikt nie oczekuje przecież, że coś co ma w sobie tyle funkcji i nazywa się robotem - będzie wielkości jabłka ;) To, że jest ciężki to tylko i wyłącznie zaleta. Sprzęt podczas używania, stoi stabilnie na blacie, nie rusza się i nie przesuwa po powierzchni. Moc sprzętu - ogromna bo aż 1200 W. Może właśnie dlatego, wyrabianie ciasta ręką a robotem, to dwie zupełnie inne bajki i inny efekt końcowy.

Zalet jest ogrom. Duża, pojemna misa. Osłony przeciw chlapaniu. Regulacja prędkości. Wysoka jakość sprzętu. Robot jest sprzętem multi zadaniowym. Ogarnie za nas wiele kuchennych czynności i w dodatku - zrobi to lepiej. Marka Kenwood zdecydowanie stawia na jakość i funkcjonalność i to widać po ich urządzeniach. Mam nadzieję, że to nie jest ostatni raz, kiedy mam przyjemność korzystać z ich sprzętów.
Kiedy pokazywałam Wam robota na stories, odpisywałyście, że również taki posiadacie i nie wyobrażacie sobie bez niego życia. I wiecie co ja stwierdzam? Że póki czegoś nie mamy, to twierdzimy, że jest nam to niepotrzebne :D A jak już czegoś spróbujemy, to ciężko potem wrócić do rzeczywistości, w której tego nie ma. Cóż - ja z bólem serca, muszę do niej wrócić i pożegnać się z robotem, ale... to była fajna przygoda i cieszę się, że dzięki niej, mogę Wam teraz podrzucić przepis na obłędne pesto! Mam nadzieję, że spróbujecie zrobić je w domu - z robotem, lub bez :) Uściski!
















Sama nie wiem co mnie tak bardzo motywuje. Chęć dobrego zaprezentowania się na plaży w sierpniu :D Czy może ten nastrój i energia, która mi towarzyszą, kiedy jestem aktywna? A może dużo, dużo więcej czynników... Przy moim hashimoto i niedoczynności, nie mogę sobie pozwolić na mega intensywne i szybkie treningi, ale aktywności do wyboru jest całe szczęście dużo, dużo więcej. Często pytacie mnie, jak przy hashimoto udaje mi się tak wyglądać. Ja uważam, że mogłabym wyglądać dużo, dużo lepiej, ale... pamiętam, że jak nie panowałam nad chorobą, to rzeczywiście było dużo gorzej. Dziś jednak wiem, że grunt to aktywność fizyczna, zdrowe jedzonko, umiar i... czysta głowa :)
Zapewne spora część z Was kojarzy ruch i aktywność jedynie z zarzynaniem się na macie. Przeraża Was to, więc w ogóle rezygnujecie z jakiegokolwiek ruchu. A żeby dobrze wyglądać, wcale nie potrzebujecie godzin spędzonych na siłowni. Wystarczy ruszać się JAKKOLWIEK i świadomie wybierać to, co wyląduje w naszym brzuchu :) Zobaczcie, jakie aktywności są dla mnie najlepsze o tej porze roku.
BIEGANIE - nie myślcie sobie, że jakieś super, ekstra szybkie. Takie wiecie... tempem, przy którym nie wypluwam płuc. Kiedyś nienawidziałam biegać, aż w zeszłym roku spróbowałam ponownie. Recepta na to, by polubić bieganie? Zacząć od 1 kilometra i biec maksymalnie wolno - ale biec. Później 1,5 km. Później dwa. Później 3 ale naprzemiennie - 1 km biegu, jeden marszu i 1 km biegu. Ludzie mówią, że bieganie nie jest dla nich, bo zrywają się za pierwszym razem i biegną 3 kilometry jak dziki, a potem... nie mogą złapać tchu :P Nic dziwnego, że im się nie podoba. W momencie, w którym wprawiłam się w bieganie, stało się ono dla mnie jedną z lepszych przyjemności. Godzinka, albo chociaż pół... idealnie jeśli świeci słoneczko, ale nie ma strasznego ukropu. Idealnie jeśli mam słuchawki na uszach. Biegam wkoło lotniska, nade mną samoloty, wkoło zieleń... po takim biegu zawsze czuję .... że żyję!
DŁUGIE SPACERY - mam tutaj na myśli min. 10 kim, choć preferuję jeszcze dłuższe dystanse :D 15, 20? Dawaj ze mną! Nie ma nic lepszego, niż długi spacer i dobry towarzysz, z którym ten dystans będzie się wydawał niczym spektakularnym. Dobre tempo, świadomy oddech, świeże powietrze. To jest to co kocham! Ale nie zniechęcaj się takim dystansem... 10 000 kroków to jest moje dzienne minimum, ale są dni, które spędzam przy kompie od rana do nocy i wtedy moja trasa to tylko komp-wc ; komp-kuchnia :D
SKALPEL - och, lubię bardzo! Cudownie zawsze rzeźbi mi ciało i dodaje ogrom energii. Nie jest bardzo intensywny, nie nadwyręża organizmu. Jet wymagający, ale jest wolny i bardzo dokładny. Idealny, żeby wysmuklić nogi, podnieść pośladki i ujędrnić całe ciało. Świetnie rzeźbi brzuch :)
ROWER - uuuuuwielbiam! I wcale nie muszą to być długodystansowe wycieczki rowerowe poza miasto - choć to super sprawa! Mogę nawet jechać rowerem do galerii, albo pojeździć sobie po mieście. Nieważne! Ważne, że w ogóle wsiadam na rower i to jest już dla mnie przyjemnością samą w sobie. W Warszawie jest ogrom parków, zieleni, spokojnych miejsc ukrytych na każdym kroku. Jechać tam, zejść z roweru, pooddychać. A potem znów ruszyć przed siebie. To jest recepta na dobre samopoczucie :)

BADMINTON - piękne wspomnienie letnich dni z mojego dzieciństwa. Słabo szło w siatkówkę, koszykówkę i inne sporty. Ale badmintona uwielbiałam i mało tego - czułam, że to ogarniam! :D Wyjeżdżamy niebawem nad morze i postanowiłam, że w tym roku na pewno powrócę do tej aktywności. Zestaw do gry już kupiony, a ja nie mogę się doczekać tego odbijania lotki na plaży. To będzie fajna zabawa <3
W sumie, mogłabym wymienić też rolki, pływanie i pewnie kilka innych aktywności, ale uznałam, że jeśli TOP to wymienię tylko te, które naprawdę dobrze mi się kojarzą i które jeśli ktoś by mi je zaproponował - to zrobiłabym to z uśmiechem na ustach. No dobra, skalpel budzi we mnie akurat mieszane uczucia. Kocham go i nienawidzę. Nigdy nie chce mi się zacząć, ale jak już skończę to jestem sobie za to wdzięczna!
W tym roku w promocję aktywności fizycznej zaangażowała się marka Milko. Pewnie już nie raz widzieliście na stories jak popijam jogurty od Milko, toteż kiedy zobaczyłam o co chodzi w ich projekcie - weszłam w to bez zastanowienia. Milko w swojej ofercie posiadają produkty fermentowane - kefiry, maślanki no i moje ulubione jogurty pitne. Opakowanie jest idealne, żeby wrzucić je do plecaka, czy do kosza rowerowego - ma 330 ml i zakrętkę. Smaki - pyszka! Mój faworyt to truskawka, ale wszystkie moim zdaniem są dobre :)
Milko to marka, która od lat angażuje się w zachęcanie Polaków do zdrowego trybu życia.W tym roku, od czerwca do sierpnia prowadzona jest kampania pod hasłem: RUSZAJ Z MILKO. W ramach akcji Milko edukuje Polaków w zakresie aktywnego stylu życia, a tym samym motywuje ich do podjęcia jakichkolwiek działań w tym kierunku.
Na stronie MILKO znajdziecie ogrom materiałów edukacyjnych i świetne artykuły, po których przeczytaniu od razu będziecie mieć ochotę wstać z kanapy i się ruszyć. Marka MILKO była też sponsorem największej imprezy kolarskiej na Mazurach - MILKO Mazury MTB.

Nic tak nie motywuje, jak... wygrana! Wiem po sobie, że kiedy wiem, że mogę za swoje starania zostać nagrodzona, motywacja jest od razu większa. W konkursie Milko codziennie do wygrania jest inteligentna opaska monitorująca Mi Band 3 ; co tydzień ( w lipcu) hulajnoga elektryczna; co tydzień ( w sierpniu) plecak kanken <3
O tym co należy zrobić i jak walczyć o nagrody dowiecie się ze strony Milko. Konkurs trwa do 1 września, także macie sporo czasu na udział, ale wiecie... lepiej nie czekać z udziałem do samego końca.
Ja biorę udział, ale dobrymi rzeczami należy się dzielić, dlatego do udziału zachęcam i Was! Dajcie koniecznie znać, jeśli uda Wam się zgarnąć jakąś fajną nagrodę. POWODZENIA <3



Postanowiłam, że w ramach wpisu, który mam zrobić dla marki, wybiorę TOP 3 produkty, które sprawdzają mi się najbardziej podczas tego letniego okresu ( choć dzisiaj to raczej wygląda na jesień, a nie na lato). Hitów mam nieco więcej, ale nie chciałabym Wam tutaj wszystkiego wychwalać pod niebiosa, bo nie o to tutaj chodzi.
Mam teraz taką zasadę, której się trzymam, że jakakolwiek współpraca dotycząca kosmetyków, musi być poprzedzona odpowiednim czasem testowania ich. Tym razem było to ok. 2 miesięcy - oczywiście w międzyczasie stosowałam też kosmetyki innych firm - moje ulubione maski na noc czy kosmetyki do demakijażu. Skupiłam się jednak na pielęgnacji dziennej i kosmetykach, które idealnie przydały się na czerwcowy, ciepły okres. Latem pielęgnacja jest bardzo istotna, bo to wtedy nasza skóra poddawana jest długiej ekspozycji na słońce. To z kolei prowadzi do przesuszeń, a często nawet pęknięć. Tym bardziej w takim czasie, trzeba włączyć do pielęgnacji takie produkty, które nawilżą naszą skórę, ukoją ją i odżywią. Warto, żeby były to produkty możliwie jak najbardziej naturalne. Dzięki takim produktom, nasza cera stanie się dużo bardziej promienna i gładka i nie będzie potrzeby obciążania jej ciężkim makijażem w ciepłe dni. Zgodzicie się chyba, że latem, najlepiej człowiek czuje się bez tony tapety, prawda? :P Ale ja tu pitu, pitu a miałam Wam powiedzieć, jakie produkty najbardziej wpadły mi w oko.
Ten produkt akurat miałam już wcześniej i stosuję go od bardzo dawna. Pokazywałam Wam go już kiedyś na stories - pewnie pamiętacie, taki flakon ze złotymi drobinkami w środku :) Produkt ma za zadanie odżywić i rozświetlić skórę. COCO GOLD zawiera w sobie 24 karatowe drobinki złota, które mają właściwości przeciwzapalne i regenerujące. Olej kokosowy natomiast odpowiada za wygładzenie i nawilżenie, a olej z migdałów, utrzymuje odpowiedni poziom nawilżenia skóry.


Olejek wmasowuję najczęściej w oczyszczoną twarz, z samego rana. Aplikuję pipetą kilka kropelek - jedną na czoło, po jednej na policzki, jedną na brodę - i wmasowuję kolistymi ruchami, kierując się od środka do zewnątrz ( żeby pobudzić limfę). Produktu nie spłukujemy, tylko zostawiamy do wchłonięcia. Na tak przygotowaną cerę, można nałożyć kolejne produkty pielęgnujące.
Olejek fajnie rozświetla buzię i sprawia, że jest taka aksamitna w dotyku. Można olejkiem posmarować twarz również na wieczór - i nie nakładać niczego więcej. Wtedy rano na pewno zobaczycie, że jest bardziej promienna. Ja akurat na noc mam swoje inne hity, więc ten olejek pozostawiam sobie na poranki.
Już Wam pokazywałam ten produkt w poprzednim wpisie z czerwcowymi perełkami. Ta maska naprawdę skradła moje serce. I nie mówię tu wcale o moim ukochanym ostatnio kolorze :P Ja ogólnie lubię maski, po których od razu się czuje efekt wygładzenia. Ta maska akurat jest idealna dla mnie, bo jest w dodatku matująca, więc warto sobie ją zrobić zwłaszcza przed jakimś ważnym wyjściem, na którym nie chcemy się po godzinie świecić. Nadmiar sebum jest wchłaniany dzięki temu, że kosmetyk zawiera w sobie różową glinkę ( stąd kolor) i kaolin. Dzięki nim są też wchłaniane zanieczyszczenia. Maska ma też za zadanie oczyszczać pory - czy to robi? Zdecydowanie nie wraca mi problem zaskórników, więc raczej spełnia to zadanie. Pory nadal mam rozszerzone, ale na to już raczej pomoże jedynie laser - żaden kosmetyk magicznie tego nie zrobi.

Maskę COCO WOW nakładam zawsze wtedy, kiedy mam jakieś wyjście i wiem, że muszę wyglądać świeżo i promiennie. I zależy mi, żeby wyglądać tak dłużej niż godzinę :D Po zmyciu takiej maski i osuszeniu skóry, fajnie na takiej buzi rozprowadza się makijaż - zobaczycie, uwierzycie :P
Najlepszy smaczek zostawiłam na sam koniec. Ten produkt był dla mnie totalną nowością i testowałam go chyba każdego dnia odkąd go dostałam, używając go jako bazy pod makijaż. Baza nie dosyć, że rozpromieni waszą buźkę i ją wygładzi, to jeszcze sprawi, że makijaż będzie się dłużej trzymał. Baza spełnia też rolę rozświetlacza. Możecie więc ją stosować na 3 sposoby: baza pod makijaż, rozświetlacz lub po prostu krem nawilżający. Ja stosuję jako bazę pod makijaż :)

Jeśli chodzi o skład - baza zawiera w sobie organiczny rayolis - to właśnie dzięki niemu możecie za pomocą bazy wyrównać koloryt swojej skóry. Ekstrakt z korzenia lukrecji łagodzi skórne podrażnienia. Ale i tak najfajniejszy jest olej kokosowy, które wiadomo - wygładza. A to zawsze w kosmetykach cenię najbardziej :D
Bazę COCO PRIME możecie używać przed nałożeniem makijażu, ale możecie też ją zmieszać z Waszym kremem nawilżającym i smarować oczyszczoną buźkę nawet jeśli nie nakładacie makijażu. Jeśli chcecie rozświetlić buzię, możecie tylko delikatnie wklepać w bazę w te miejsce, które są warte podkreślenia np. kości policzkowe. Ja akurat tak jak już pisałam, bazę wykorzystuję tylko jako bazę pod makijaż i w tym przypadku sprawdza się ona idealnie.
Powyższe kosmetyki wybrałam głównie dlatego, że służą mi one akurat w tym letnim okresie. Skóra się nie przesusza i jest chroniona przed słońcem. Wszystkie kosmetyki od Hello Body są naturalne, wegańskie. Nie zawierają żadnych parabenów, silikonów ani mikroplastików i co najważniejsze - nie są testowane na zwierzętach. To są kwestie, które również powinniśmy brać pod uwagę przy wyborze kosmetyków.
Trzy powyższe produkty można kupić razem z niższej cenie, kupując Zestaw Złotej Dziewczyny.
Na wszystkie zestawy od Hello Body, macie ode mnie zniżkę 30% na hasło MAMALLA30. Zniżkę na pojedyncze produkty, przygotuję dla Was za kilka dni :)
Wspominałam Wam, że kosmetyków dostałam dużo więcej i spodobało mi się wiele z nich. Ależ owszem ;) Jeśli mogę Wam coś podpowiedzieć, to warta zainteresowania jest też linia produktów z aloesem, np. złuszczający płyn do twarzy albo glow booster - ale o nim napiszę Wam niebawem na instagramie bo to perełka, o której warto napisać kilka słów osobno :)










Przymiarki sukni, kilka wyjazdów do rodzinnego miasta, kursowanie pociągami, imprezki urodzinowe - ale także wypady nad jezioro, grille ze znajomymi i oczywiście - dużo czasu na placu zabaw :D Pomiędzy tym wszystkim sporo pracy, dużo zleceń i dużo planów na przyszłość. Cieszę się, że ten miesiąc już za mną. Siedzę sobie właśnie przed kompem - jestem sama w domu, dziecko na wakacjach u babci. Korzystam i czuję się jak wtedy kiedy byłam w ciąży - miałam na głowie tylko studia i... pisanie bloga. I teraz też mogę tylko na tym blogu i na pracy się skupić. I dzisiaj, póki nie tęsknie - ten stan mi się nawet nawet podoba. Oby nie spodobał mi się za bardzo :P
W czerwcu zainwestowałam w kilka perełek, które mocno wryły się w mój styl życia i postanowiłam zebrać najważniejsze z nich i się z Wami nimi podzielić. Tak zupełnie na luzie, żeby być może zainspirować Was do jakiś małych zmian w Waszym życiu :)
Przymierzałam się do tego zakupu już od dawna. Co prawda już od kilku lat, na zakupy chodzę ze swoimi torbami materiałowymi, ale brakowało mi czegoś takiego typowo na warzywa, żeby wrzucić wszystko luzem i ekologicznie przenieść do domu. Trochę tego typu toreb jest już na polskim rynku - pierwotnie chciałam zamówić torbę od Torbacze, ale z tego co czytałam mają one mniejszy udźwig. W The Basic Market znalazłam taką torbę, która udźwignie nawet do 18 kg. Nawet dziecko byście w tym przenieśli :D :D :D Najpierw chciałam zdecydować się na róż, ale stwierdziłam, że naturalny kolor, będzie bardziej adekwatny do eko stylu życia.

Nowy smak shake'a od Natural Mojo - Fit Mango. Obawiałam się, że będzie za słodki, ale jest w sam raz i jest przepyszny. Idealny na lato, sycący a jednocześnie daje nam taką namiastkę uczucia, jak po zjedzeniu owoców :D Kiedyś do szejków używałam mleka krowiego - teraz używam mleka roślinnego, a konkretnie owsianego ewentualnie ryżowego. Smak owsianego jest dla mnie najbardziej neutralny. Sojowe odpada, bo soja nie jest wskazana przy mojej tarczycy, a migdałowe daje mi jakiś dziwny posmak :/ Na zdjęciu w tle, rozmazane jest mleko kokosowe - kupiłam bo jako jedyne zostało w biedrze. Dopiero po fakcie i po zrobieniu zdjęcia przeczytałam skład - i powiem tylko tyle: nie kupujcie go :P

Oczywiście jeśli chodzi o szejki, faworytami nadal pozostają dla mnie Fit Coco i Fit Vanilla - no jednak klasyk tutaj wygrywa bezapelacyjnie. Ale mango to miła odmiana, coś totalnie innego i z miłą chęcią postawię na jego picie w okresie wakacyjnych, kiedy jestem spragniona owocowych, letnich smaków!
Normalnie na wszystko macie zniżkę 25 %, ale dzisiaj przy okazji tego wpisu i nowego smaku, załatwiłam Wam giga rabacik na wszystko... 40% na hasło MAMALA40 - rabat obejmuje wszystko poza wyprzedażą :) Korzystajcie i dajcie znać co upolowaliście!
Mogłam sobie w czerwcu pić pyszne szejki, chodzić na zakupy z nową torbą - ale nic, totalnie nic nie przebije mojego najlepszego książkowego zakupu, który powinien być lekturą obowiązkową każdego człowieka na tej planecie !!! Mowa o Jak uratować świat? - Areta Szpura, w mega prosty i konkretny sposób, wyjaśnia jakie są zależności, przez które nasza planeta umiera - i jak my, szarzy ludzie, mieszkańcy tej planet możemy ją uratować. I wcale nie chodzi tutaj o diametralną zmianę życia, a o małe kroczki - dzięki którym będziemy wprowadzać coraz więcej zmian do naszego stylu życia. Ja wprowadziłam ich już wiele, ale dzięki Arecie mam jeszcze więcej pomysłów na to zrobić, ale to już temat na osobny post, który będzie chyba jednym z bardziej wartościowych wpisów na tym blogu - mam nadzieję.
Inwestycja w tą książkę, była najlepszym co zrobiłam w miesiącu czerwcu. Dla siebie, dla otoczenia, dla planety na której żyję. Moja świadomość poszybowała w górę, a ja jestem pełna energii i zapału, by najzwyczajniej w świecie uratować świat.


Było coś dla planety, było coś dla brzuszka, to teraz coś dla naszego stylu. Wiecie, że świat mody jest mi raczej obcy, a ja sama nie mam zbyt wypasionej i obszernej garderoby. Staram się ubierać w lumpeksach, ale nie zawsze dostanę tam wszystko czego chcę. Nigdy w życiu nie nosiłam kapeluszy, aż do czasu, kiedy kilka miesięcy temu wstąpiłam do H&M i spontanicznie kupiłam czarny kapelusz, w którym czuję się jak milion dolców. Po kilku miesiącach, znów wstąpiłam poszukać czegoś do plenerowej sesji i tak oto letni kapelusz, który miał być tylko sesyjnym rekwizytem, stał się moim ulubieńcem lata i dumnie noszę go na swojej wielkie głowie zarówno przy okazji spacerku na targowisko jak i na plaży. Jest cudowny!

Już od dłuższego czasu warzywa i owoce w marketach czy na targu, pakuję luzem. Nie biorę ich do siatek, bo to najzwyczajniej w świecie nie ma to sensu i przynosi jedynie szkody dla naszej planety. Przy okazji zamawiania torby na warzywa w The Basic Market, wpadły mi też w oko takie mniejsze woreczki - były w 3 różnych rozmiarach, więc na próbę wzięłam komplet trzech - po jednym z każdego rozmiaru. Woreczki są z organicznej siatki bawełnianej i mają ściągacze, dzięki czemu warzywa i owoce z nich nie wypadną. Są solidnie wykonane i można je prać. Ciekawym patentem jest uszycie takich woreczków ze starych firan - jeśli macie podstawowe umiejętności i maszynę, to zrobicie sobie takich mnóstwo za bezcen :) Ja nie mam ani umiejętności, ani firan, ani maszyny, zatem kupuję od tych, którzy się na tym znają i robią to ładnie :D



Moja nowość, w której się zakochałam od pierwszego różowego wejrzenia :D Maseczka oczyszcza pory, fajnie ściąga skóra i ją matuje. Skóra jest gładka, oczyszczona i taka świeżutka. Maseczka zawiera różową glinkę i kaolin, które wchłaniają zanieczyszczenia i nadmiar sebum. Z kolei ekstrakt z magnolii ma właściwości antybakteryjne. Maseczka będzie też dobra dla osób z podrażnioną skórą a zwłaszcza dla osób z rozszerzonymi porami.

To chyba najfajniejsze hity zeszłego miesiąca. Aż nie mogę się doczekać co przyniesie mi lipiec! Na pewno chcę być jeszcze bardziej eko - zainwestować w metalowe słomki, zacząć samemu robić specyfiki do sprzątania. Punktów na liście jest sporo, ale nie chcę się z tym zrywać. Wszystko w swoim czasie :) Znów zainwestowałam w świetne książki i testuję kolejne naturalne kosmetyki. Eksperymentuję z kuchnią roślinną i buszuję po lumpeksach. Może niebawem wpis z lumpeksowymi perełkami? Dajcie znać co o tym sądzicie! No i koniecznie napiszcie, która z moich czerwcowych perełek, zainteresowała Was najbardziej.
Ściskam!
Mam na swoim koncie jedną ciążę i z perspektywy czasu wiem, że ... mało wtedy wiedziałam o suplementacji witamin itp. o czym Wam już niejednokrotnie wcześniej pisałam. Kwas foliowy to była jednak podstawa, o której powiedział mi ginekolog i tego oto zalecenia, skrupulatnie się trzymałam. Świadomość człowieka rośnie jednak z wiekiem - dzisiaj moja wiedza w zakresie odżywiania, brania suplementów itp. jest znacznie większa niż w wieku 21 lat. Mamy też teraz większy dostęp do informacji, więcej naukowych źródeł i książek. To co nigdy nie jest dla mnie rzetelnym źródłem to na pewno fora dla matek - jeśli już korzystacie z takich "źródeł" to później i tak sprawdźcie trzy razy ich wiarygodność. Dla dobra Waszego i Waszych maluszków.
No dobra. Ale może nie wszyscy są jednak w temacie i może nie każdy wie, czym ten kwas foliowy jest i po co jest on nam w ogóle potrzebny. Często jest tak, że coś bierzemy, bo lekarz powiedział, ale tak naprawdę nie mamy zielonego pojęcia co to jest i po co to w ogóle jest. A dobrze wiedzieć jak najwięcej, jeśli sprawa tyczy się naszego zdrowia, prawda?
Kwas foliowy to jedna najbardziej potrzebnych witamin w naszym organizmie. Ale jak to z witaminami - nie zawsze mamy ich wystarczająco dużo. Kiedy jesteśmy w ciąży, zapotrzebowanie na wiele z nich wzrasta. I o ile lekkie niedobory wielu witamin, nie wyrządzą nam ani dziecku większych krzywd, tak niedobór kwasu foliowego jest jednak najgroźniejszy. Nie zawsze spotkacie się z kwasem foliowym pod taką właśnie nazwą - czasem występuję on pod nazwami takimi jak Witamina B9 albo witamina B 11.
Ale pewnie sobie myślicie - czemu niedobór jest taki groźny? Nie będę Wam tutaj robić kopiuj-wklej i zasypywać Was niezrozumiałymi sformułowaniami, dlatego wytłumaczę najprościej jak się da: foliany są niezbędne do tego, by organizm prawidłowo funkcjonował. Przyczyniają się do prawidłowego tworzenia komórek we krwi i wzrostu tkanki macierzystej. Dzięki nim, płód prawidłowo się rozwija i prawidłowo formuje się łożysko. Jeśli poziom kwasu foliowego będzie niski, może dojść do rozwoju wady cewy nerwowej u rozwijającego się płodu. Wady cewy nerwowej - by Wam to lepiej zobrazować - takie wady mogą występować pod postacią rozszczepu kręgosłupa, bezmózgowia, przepukliny mózgowej. Istnieje również wzrost ryzyka wad serca, ale też ryzyko wystąpienia poronień bądź zakrzepicy.
Dlatego w ciąży stawiamy przede wszystkim na suplementację kwasu foliowego, ale także na dostarczanie go sobie z pożywienia takiego jak: szpinak, zielony groszek, brokuły, kapusta, orzechy, cytrusy lub też jaja i sery. Warto tutaj wspomnieć też o tym, że warzywa warto podjadać sobie surowe. Podczas gotowania tracą one aż do 70% zawartości kwasu foliowego :(
Kwasu foliowego na rynku jest cała masa. Czy to się w ogóle czymś od siebie różni? Tak. Dlatego chciałabym Wam dzisiaj podpowiedzieć, na co zwrócić uwagę przy wyborze kwasu foliowego.
Każda z nas - może mieć mutację genu, przez co organizm nie będzie prawidłowo metabolizować kwasu foliowego. By temu zapobiec, najlepszą opcją jest wybranie aktywnej formy kwasu foliowego. Jak się okazuje sporo preparatów dostępnych na rynku, ma bardzo mało formy aktywnej ( 50 % aktywnej, 50% nieaktywnej) albo... mają formę nieaktywną! Jeśli już spotykamy się z odpowiednim preparatem z aktywną formą, to z kolei zabija nas... cena.
Do napisania tego artykułu zaprosiła mnie marka Naturell, która ma w swojej ofercie Naturell Folian, który zawiera L-metylofolian wapnia. Jest to 100 % aktywna forma kwasu foliowego, a opakowanie z 60 tabletkami wyniesie Was niecałe 20 zł. Dawka rekomendowana przez Polskie Towarzystwo Ginekologiczne to jedna tabletka, zatem opakowanie starczy Wam aż na dwa miesiące !!! To tylko kilka złotych wydanych w skali miesiąca. Nieźle, prawda?

Bardzo ważnym elementem podczas ciąży, jest też suplementacja kwasów omega-3. Wpływają one na prawidłowy rozwój serca, mózgu i wzroku dziecka. Odpowiednia zawartość DHA w organizmie, może wpłynąć na czas trwania ciąży, na masę płodu, ale także może obniżyć ryzyko wystąpienia depresji poporodowej.
Polskie Towarzystwo Ginekologiczne zaleca codzienną suplementacje kwasów omega-3 w ilości 600 mg2. Kobiety w ciąży, które np. spożywają mało ryb czy innych źródeł DHA, powinny przyjmować 500mg DHA dziennie już od pierwszego miesiąca ciąży. Kobiety w ciąży o wysokim ryzyku porodu przedwczesnego powinny przyjmować 1000mg DHA dziennie.
Naturell ma w swojej ofercie preparat Naturell Omega-3 1000. Dzięki wysokiej koncentracji i ilości kwasów omega-3 w tym preparacie, odpowiednią ilość kwasu DHA dostarczycie sobie spożywając 3 kapsułki dziennie. Naturell Omega-3 zawiera wysoką zawartość substancji aktywnej o bardzo wysokiej jakości. Olej zawarty w preparacie ma niski stopień utlenienia, dzięki czemu ma łagodny smak. Pochodzi on z małych zimnowodnych ryb, z najczystszych, certyfikowanych łowisk.
Tak jak i w przypadku kwasu foliowego - kwasów Omega-3 na rynku jest również całkiem sporo. Wiele z nich ma dużo niższą zawartość kwasów omega-3. Dodatkowo niektóre produkty dostępne na rynku są zakapsułkowane w zabarwione kapsułki, by ukryć ciemny kolor tłuszczów, który świadczy o słabej jakości surowca !!!
Kiedy robiłam wstępny re-search, który miał mi pomóc podjąć decyzję , czy chcę współpracować z marką Naturell, natknęłam się na informację, że ryby, z których produkowanych jest Naturell Omega-3 1000, są łowione w najczystszych wodach południowego Oceanu Spokojnego. Jest to strefa wolna od przemysłu. Wody są krystalicznie czyste - nie ma w nich żadnych zanieczyszczeń, odpadów i pestycydów. Połowy odbywają się w zgodzie z naturą i nie naruszają naturalnego ekosystemu.
Jak wiecie mocno stawiam na naturę, na ochronę naszej planety, na zdrowie. Właśnie dlatego re-search, który zrobiłam sprawił, że byłam pewna, że mogę stanąć za tym produktem i za tą marką całą sobą - mimo, że nie jestem teraz w ciąży i nie będę teraz tych produktów stosować. Marka Naturell jest na rynku już od 1934 roku. Produkcja odbywa się w Szwecji. To co dla mnie najważniejsze, to fakt, że produkty są naturalnego pochodzenia. Są bezpieczne dla kobiet w ciąży i karmiących.
Zatem kobietki - dbajmy o swoje zdrowie, dobrze się odżywiajmy i wybierajmy ŚWIADOMIE. Nie zawsze cena i śliczna grafika idą w parze z jakością. Bądźmy świadome i nie bójmy się pytać, szukać i dowiadywać. Nie ma nic cenniejszego niż zdrowie nasze i naszych maluszków. Tego właśnie zdrowia Wam wszystkim dzisiaj życzę :*
Wiadomo - są też takie dni, że wstaję o 7 i mam ochotę położyć się z powrotem i nawet wtedy nie mam ochoty na robienie czegokolwiek dla siebie, ale takie rzeczy też trzeba wpisać w scenariusz życia, które przecież nie jest kolorowe przez 365 dni w roku. No na pewno nie u mnie. Pomyślałam sobie ostatnio, że to czego nie pokazuję praktycznie wcale - to wieczory. Głównie dlatego, że mocno na jakość mojego snu wpływa światło niebieskie, więc staram się je ograniczać i telefon zostawiam w salonie już ok. godziny 20/21.
Mniej więcej od godziny 19, choć zależy to też od pory roku, zaczynamy już z Polą cały rytuał od kąpania po medytacje, od pielęgnacji po wspólne czytanie, wizualizowanie w łóżku - Pola też się w to wciągnęła :) Różnie to wychodzi - zawsze idziemy za głosem serca i robimy to na co mamy ochotę. Są pewnie niezmienne takie jak czytanie książek - to jest akurat punkt programu, którego ani ja ani Pola nie przepuścimy nigdy :)
Dzisiaj zapraszam Was do swojego świata i przedstawiam moje wieczorowe rytuały. To od nich w dużej mierze, zależy jakość mojego snu oraz moje samopoczucie dnia następnego.
Oczywiście zjedzona wspólnie z domownikami, bez włączonego tv w tle. To czas na bycie razem, na opowiedzenie o swoim dniu i dostarczenie organizmowi ostatniego posiłku tego dnia. Zazwyczaj staram się, żeby było to coś lekkiego - choć bywają dni, że jest to pizza albo sałatka cezar z bagietką :D Podkreślam Wam co chwila takie wyjątki, bo nie chcę z siebie robić nadczłowieka, która non stop postępuje dobrze i właściwie, zgodnie z tym co dobre dla zdrowia i ducha. Te wyjątki typu pizza to dla mojej psychy też mega ważna rzecz! ;)
O ile codziennie rano wypijam czystek, tak wieczorem wypijam magiczny zielony napój, o który tak często pytacie - niezmiennie od lat jest to Pure Body od Natural Mojo. To była chyba pierwsza rzecz ( razem z szejkiem waniliowym) jakie przetestowałam i byłam mega zadowolona jak po piciu tego cyka mi metabolizm. Do tej pory się nie rozczarowałam. Cały czas mam przyjemność współpracować z NM więc bez zmian możecie korzystać z 25 % zniżki na hasło MAMALA25. Enjoyyy :P


Czas po kolacji to u nas czas pielęgnacji - Pola bierze kąpiel, ja biorę kąpiel. Myjemy zęby, myjemy i rozczesujemy włosy. Pola smaruje buźkę swoimi kremikami, ja po całym demakijażu, nakładam na twarz swoje ulubione kosmetyki i balsamuję całe ciało. Obecnie używam do tego balsamu odżywczego od Resibo. Jest mega wydajny, pięknie pachnie i super nawilża i wygładza skórę. Czy jest to dla mnie przykry obowiązek? Nie. Lubię o siebie dbać i lubię kiedy wiem, że coś co robię, wpływa na moje zdrowie, psychikę bądź ciało. Jeśli do tego dochodzi również zaangażowanie Poli i robimy to wspólnie - to jestem podwójnie szczęśliwa, bo mam świadomość, że kształtuję u Poli dobre nawyki, które pewnie zostaną z nią na zawsze.

Na oczyszczonej twarzy, zawsze wieczorem ( zazwyczaj w łóżku) robię sobie masaż twarz za pomocą masażera z kwarcu różowego od Naturalnej Bogini. Kwarc różowy oznacza zdrowe relacje i miłość przede wszystkim do samego siebie. Systematyczne masowanie twarzy spłyca delikatnie zmarszczki, redukuje obrzęki, pobudza krążenie - ruchy wykonuje się od wewnętrznej do zewnętrznej strony, żeby pobudzić limfę. Przede wszystkim... taki masaż jest niesamowicie odprężający i jest świetną formą relaksu! Uwielbiam robić to wieczorem, bo wtedy podczas masażu, z twarzy schodzi mi całe napięcie. Fantastyczne uczucie.


Od pewnego czasu, rozkładam wieczorem matę ( tak samo jak i rano ) i wyciszam się poprzez medytację bądź krótką jogę. Czasem jest to po prostu siedzenie na poduszkach do medytacji i branie głębokich, świadomych oddechów. W zależności od tego na co mam nastrój i ochotę. Pola obserwuje i kiedy chce - dołącza. Nigdy jej do niczego nie namawiam. Pokazuję jej swoje życie i daję jej do zrozumienia, że może brać z tego to, co jej się podoba. Efekt jest taki, że coraz więcej rzeczy robi ze mną. Może dlatego, że nie czuje przymusu, a może dlatego, że widzi jak to na mnie wpływa? Jedno jest pewne - jeśli będziemy dziecku kazać coś robić, to nawet jeśli początkowo miało ono na to chęci - wraz z nakazaniem tego przez nas, straci je natychmiastowo. Nawet dorośli tak mają ;)

Poduszki do medytacji Zafu, które mamy, towarzyszą mi od chwili mojego Soul Campu, gdzie dostały je wszystkie uczestniczki. Można je zakupić na stronie YogaBazar. Są w turbo fajnych kolorach, są wygodne i solidnie wykonane. Świetnie sprawdzają się w jodze, do ćwiczenia pozycji siedzących, w których mega ważnym elementem jest .... wyprostowany kręgosłup. Ja mam akurat poduszki z bawełny, ale są też dostępne lniane.

Kiedy jesteśmy z Poldunką już w łóżku, zawsze, ale to zawsze ( z czego jestem cholernie dumna) dziękujemy ze najlepsze rzeczy jakie nam się przytrafiły danego dnia. Wczoraj np. Pola dziękowała za to, że była w przedszkolu, za to, że mama ( to ja to ja! ) się z nią bawiła, za to, że ułożyłyśmy budowlę z klocków lego. Później odmawiamy pacierz i zaczynamy czytanie bajek. Mamy taką zasadę, że czytamy jedną krótszą książkę z biblioteki + jakąś część długiej, którą czytamy każdego wieczora. Obecnie jest to Ania z Zielonego Wzgórza. Bywa tak, że Polcia zasypia podczas czytania książki - bywa tak, że sama przerywa, że już nie chce i wtedy SAMA proponuje mi, żebyśmy sobie coś powyobrażały czyt. poćwiczyły twórczą wizualizację. Czasem robimy to naprzemiennie, czasem chce mówić tylko ona, czasem prosi, żebym to ja coś opowiedziała. Głównie mówimy o sytuacjach takich jak pobyt w lesie, na plaży - coś co nas wyciszy i uspokoi.
Zawsze podczas tego, kładziemy już sobie na oczka nasze opaski z siemieniem lnianym od I Love Grain. Pola również podłapała to ode mnie - mało tego... F również! Musiałam mu jedną opaskę dokupić i podarować, żeby nie kradł mi mojej! :D I tym sposobem, całą naszą trójką, wszyscy zasypiamy z opaskami na oczach. Opaski są ZAJEBISTE. Przez odcięty dostęp do światła, zwiększa się wydzielanie melatoniny, więc rano czujemy się bardziej wypoczęci, zrelaksowani. Są w 100 % naturalne. Materiał na zewnątrz to 100% certyfikowana bawełna, a wkład wybieramy zależnie od upodobań - może to być tak jak u nas siemię lniane, a może to być kasza jaglana albo gorczyca. Opaskę można podgrzać i zrobić z niej termofor - taki kompres jest idealny np. na problemy z zatokami.


Opaska delikatnie leży na Waszych gałkach ocznych i już w tym właśnie momencie, będziecie odczuwać jak Wasze oczy odpoczywają i jak z okolic czoła schodzi całe napięcie i stres. REWELACJA, powiadam Wam !!! ;)
Jeśli nie zasnę podczas wizualizacji, a Pola padnie... to kontynuuję leżenie z zamkniętymi oczami i często powtarzam sobie jakąś krótką, nie wymagająca wysiłku afirmację, najlepiej taką 1 zdaniową. " Przyciągam do swojego życia wszystko czego pragnę... " - w zależności od nastroju.
I odpowiednio wcześnie wstać :) Jeśli przekroczę godzinę 22:30, nie jest ważne, czy będę spać 5, 8 czy 10 godzin - będę nie do życia. Ale jeśli kładę się wcześnie, to również nie po to, by spać do 10 - wtedy odpowiednio wcześnie wstaję czyli ok. 5:30 - 6:00. Spanie zbyt długo, potrafi dać efekt taki jak spanie zbyt krótko. Ile razy obudziliście się wcześnie i stwierdziliście, że w sumie to już moglibyście wstać, czujecie się dobrze, ale jednak skusiliście się na dalsze spanie... w efekcie wstawaliście później i czuliście się jak zdjęci z krzyża. Znacie to? Ja bardzo ;)
Zawsze staram się wygospodarować ok. 5 minut, żeby usiąść i podsumować swój dzień. Opowiadałam Wam już kiedyś na stories o swoim magicznym plannerze: Plan na Dobrostan. Odhaczam w nim każdego dnia swoje zdrowe nawyki, notuję ile spałam, co dobrego dla siebie zrobiłam. Zaznaczam też jaka jest faza księżyca i w jakim fazie cyklu miesiączkowego jestem - to pozwala mi zrozumieć moje nastroje danego dnia, zrozumieć dlaczego były chęci lub ich zabrakło. Plan na Dobrostan to nie są tylko kartki do zaznaczenia dobrych nawyków, ale to piękne wprowadzenie i wyjaśnienie, jak żyć zgodnie z cyklem miesiączkowym - wyjaśnienie, w jakiej fazie i czemu jesteśmy rozpromienione i pełne sił, a w innej trochę z nich opadamy. Każdy aspekt życia jest opisany i są podane cenne wskazówki, dotyczące snu, jedzenia, dbania o siebie. Czytanie tego to była wspaniała lektura - później zabrałam się już za codziennie odhaczanie moich nawyków :) Naprawdę dziewczyny, na rynku nie znalazłam nic podobnego i Naturalna Bogini ma ode mnie wielki szacun za stworzenie tego cuda! Swoją drogą z całego serca Wam ten portal polecam - ogrom wiedzy o zdrowym życiu, świetna baza miejsc związanych z jogą, ajurwedą itp. Dużo już się stamtąd dowiedziałam i wciąż zaglądam żeby sprawdzić czy jest tam coś nowego.


Masa moich koleżanek narzeka na permanentne nie wyspanie, zmęczenie już od pierwszej chwili kiedy otworzą oczy. Też tak kiedyś miałam, zwłaszcza przy swojej niedoczynności i hashimoto. Ale pewnego razu stwierdziłam, że muszę wybrać: oglądanie TV po nocach jako forma relaksu po ciężkim dniu - czy zadbanie o swoje zdrowie, o swój umysł. Nie robię sobie rzeczy, które na dłuższą metę wyrządzają mi krzywdę - tv po nocach, siedzenie z telefonem w łóżku. Oczywiście mówię to JA - mama jednego 5 letniego dziecka. Nie muszę już wstawać po nocach, nie muszę uwijać się do nocy z niemowlakiem itp, więc mówię to ze swojej perspektywy.
Zauważyłam, że ludzie na starcie odrzucają najbardziej proste rozwiązania - często mówią: na mnie to nie działa. A ile razy spróbowałaś? Raz, dwa? Trzeba eksperymentować, sprawdzać - i nie poddawać się po jednym, czy dwóch razach. Jeśli od lat zasypiacie z telefonem przy głowie i objadacie się na noc, to nie zregenerujecie się przez jeden wieczór z opaską na oczach. Wyszukujemy sobie na siłę choroby, próbujemy znaleźć przyczynę, która usprawiedliwi nasze złe samopoczucie - a przyczyną najczęściej jesteśmy my i nasze nawyki. Ale to już ciężko przyznać :)
Potraktujmy życie jak doświadczenie. Zobaczmy co jest dla nas dobre, co na nas dobrze wpływa. Eksperymentujmy. To co sprawdzi się u jednej osoby, u innej nie sprawdzi się wcale. Faktem jest jednak, że żeby pewne rzeczy podziałały, trzeba do nich podejść więcej niż raz. Jestem ciekawa jak Wy dbacie o jakość swojego snu i wieczorne wyciszenie :) Kto wie, może i Wy mnie czymś zainspirujecie?
Wpisałam sobie w google frazę: złoty zegarek i jakoś tak w grafikach najczęściej w oko wpadały mi zegarki Tommy Hilfiger. Lubię ubrania tej marki więc czemu nie miałabym się skusić również na zegarek? Nie lubię zamawiać drogich rzeczy z internetu, więc na stories podpytałam Was czy zamawialiście zegarki ze strony zegarek.net - wiele z Was mi odpisało, że owszem, że ekspresowa wysyłka nawet przy opcji graweru, że ogólnie polecacie i wszystko działa jak należy. Początkowo wybrałam sobie zegarek, na którym nie było żadnych cyfr, ale szybko stwierdziłam, że przy moim refleksie przy odczytywaniu godziny z zegarka, tarcza bez cyfr, będzie strzałem w kolano :D Wybrałam więc nieco bardziej rasową bransoletę i tarczę z cyframi - trochę droższy niż pierwotnie wybrany, ale teraz wiem, że to był dobry wybór.
Przy okazji zamówiłam też dwa inne zegarki - pierwotnie pomyślałam, że stworzę fajne propozycje na bloga - ostatnio staram się jak najwięcej rzeczy w moim życiu przekuwać na materiał na blog, żeby Was inspirować :) Ostatecznie jednak, pozostałe zegarki, które wybrałam tak mi się spodobały, że postanowiłam zrobić z nich prezenty na Dzień Mamy - dla dwóch wyjątkowych kobiet, które są mamami i są mi niezwykle bliskie <3
Wszystkie zegarki, które wybrałam są eleganckie, ale są zupełnie różne! Pomijając różne półki cenowe, każdy z nich nadaje się do osoby z innym charakterem - choć przyznam, że jeden z tych dwóch pozostałych, pasuje też i do mnie i tak bardzo zawrócił mi w głowie, że i sobie go w przyszłości zamówię. Albo nie dam go w prezencie haha :D Jestem ciekawa, który zegarek najbardziej przypadnie Wam do gustu - patrzcie!
Oto mój faworyt - zegarek Tommy Hilfiger, który dumnie noszę na ręce od jakiś dwóch tygodni. Oczywiście domyślam się, że nie każdemu taki styl odpowiada, dlatego Bogu dzięki, że wybór w zegarkach jest taaaaaki, że absolutnie każdy znajdzie coś dla siebie. Na tyle tarczy zrobiłam sobie grawer: Your time is now. Tak, żebym zawsze pamiętała, że mój czas zawsze jest tu i teraz. Że ten jeden, jedyny moment, który jest teraz liczy się zawsze najbardziej i jest najważniejszy. Bransoletę muszę dać do zmniejszenia, bo jednak jak się okazało, wcale nie mam tak grubej ręki jak myślałam i zegarek najzwyczajniej w świecie mi się przekręca wokół całego nadgarstka. Ale ogólnie - kocham go. Nigdy nie miałam piękniejszego zegarka na swojej ręce. Jest elegancki, ale też taki trochę z pazurem. Pasuje mi absolutnie do wszystkiego i noszę go z dumą codziennie :) Tani nie był - ale zapewne kolejny kupię sobie za jakieś 15 lat, więc w rozłożeniu na ten czas to są naprawdę grosze :D


Tutaj już półka cenowa poniżej 300 zł. Piękna skórzana bransoleta w kolorze złota i różu. Zegarek Pierre Ricaud to piękny klasyk w rozsądnej cenie, który również jest dość uniwersalny. Wg mnie pasuje i do sweterków i do eleganckich sukienek i do sportowych stylizacji. Kolor w rzeczywistości, to takie złote cętki spod których przebija delikatny róż. Zegarek sam w sobie jest niezwykle delikatny i wg mnie jest taki maksymalnie kobiecy.


No i tutaj zegarek Anne Klein, który jak zamawiałam to przemawiał do mnie najmniej, a kiedy zobaczyłam go w realu i na swojej ręce, to stwierdziłam, że ... że go kocham! :D Piękny, delikatny, kobiecy, taki subtelny - po prostu śliczny. Nawet Kasia, która robiła zdjęcia była nim oczarowana :) Niezwykle pięknie prezentuje się na ręce. Tutaj już przedział cenowy ok. 400 zł. Kurcze no. Prześliczny jest, prawda? :)


No i jak? Który z tych trzech zegarków, jest Waszym faworytem? Ja kocham oczywiście swojego złotego faworyta, ale zegarek Anne Klein, totalnie rozmiękcza moje serce. Wszystkie zegarki mają dwuletnią gwarancję. Odnośnie sklepu, w którym je zamawiałam czyli zegarek.net - potwierdziły się Wasze pozytywne opinie za co Wam dziękuję. Ekspresowa przesyłka, świetna kompetentna obsługa, wszystko porządnie i solidnie zapakowane.
Jestem ciekawa czy w ogóle nosicie zegarki na co dzień - ja mam tak, że jak już się do czegoś przyzwyczaję np. do pierścionka, to noszę non stop i zdejmuję tylko kiedy myję włosy i kiedy idę spać. I tak samo mam teraz z zegarkiem :D
Podrzucam Wam jeszcze kilka kadrów ze wszystkimi propozycjami - być może uda Wam się znaleźć coś dla siebie, a może dla Waszych bliskich? Nawet jeśli nie wśród tych 3 propozycji, to zapewniam Was, że na stronie jest tego tyle, że jeszcze będziecie mieć problem, żeby zdecydować się na jeden :D
Dobrego dnia kochani! Ja spadam po moją mamę, z którą wspólnie spędzimy we dwie kilka cudownych dni w mojej Warszawie. A póki co - pakuję dla niej prezenty na ten wyjątkowy dzień... Do usłyszenia!













Długo nie mogłam wstrzelić się w tematy koleżanek na temat kremów, kremiczków, ale... jak za małolata latało się trzy razy w tygodniu na solarium i wklepywało w siebie fluidy nie zmazując ich na noc - to teraz człowiek się nagle obudził, bo 26 lat pyknęło, a buzia ma trwałe zmiany, które są wynikiem błędów młodości. I zaczęło się dbanie. Żeby chociaż teraz zadbać i odżywiać tą cerę na co dzień. O ile pudry, fluidy czy tusze do rzęs są u mnie z niższej półki, tak już jakiekolwiek kremy, toniki, olejki czy serum - wybieram z nieco wyższej półki i staram się, żeby były to produkty w jak najwięcej % naturalne.
Moim ostatnim odkryciem ( pokazywałam Wam na stories już kilka tygodni temu) są kosmetyki marki Clochee. Długi czas były dla mnie nieosiągalne, ale zawsze bardzo mocno mnie kusiły i wyglądały dla mnie tak wiecie: prestiżowo. W kwietniu miałam urodziny i moje maleńkie, kosmetyczne marzenie się spełniło :) Dostałam serum, olejek i krem pod oczy. W sumie to nie wiem czemu, ale zawsze jak zaczynam coś testować to nie nastawiam się na to jakoś entuzjastycznie i mimo, że prezent mnie bardzo ucieszył, to nie sądziłam, że kosmetyki aż tak urwą mi tyłek, a już na pewno nie na tyle, żeby o nich pisać haha :D Ale to jest ludziska taki sztosik, że po prostuuu muszę, bo się uduszę :))
Ogólnie na 2 z tych 3 kosmetyków, dwa rozkochały mnie w sobie tak natychmiastowo, dzięki konsystencji, zapachowi i takiemu moim zdaniem natychmiastowemu działaniu. No bo z jednej strony jest tak, że kosmetyk trzeba trochę potestować, żeby zobaczyć jak rzeczywiście wpływa na skórę w wymiarze długofalowym. Ale kosmetyki stosowane na wieczór, dają zawsze jakiś obraz swojego działania, już w pierwszych dniach, kiedy widzimy jak nasza cera wygląda rano, a jak wygląda kiedy pielęgnację olewamy. Ja jednak nie chciałam Wam pisać o tych swoich jedynie pierwszych wrażeniach, więc używałam kosmetyków dzień w dzień przez calutki miesiąc, żeby zobaczyć, czy czasem mi się nie znudzi, czy może z czasem jednak stwierdzę, że wcale takie fajne nie są. Ale uprzedzam, że w przypadku tych cudeniek - miłość cały czas trwa. Wręcz mam ochotę na więcej.
Dacie wiarę, że myślałam, że okolice oczu starzeją się najpóźniej? Okazuje się, że jest wręcz odwrotnie... i niestety też to już widzę. Jeny. Kto by pomyślał, że w wieku 26 lat człowiek zacznie się marszczyć jak mops ?! To jest przecież nie do pomyślenia. Ale do rzeczy, bo ja jak zwykle odbijam od tematu. Krem pod oczy codziennie nakładam wokół oczu i delikatnie wklepuję. Krem nie jest przeciwzmarszczkowy, ale będzie wybawieniem dla osób, które borykają się tak jak ja w ostatnim czasie z cieniami pod oczami, z obrzękami. To też dziwne, bo nigdy nie miałam z tym problemu, a jakoś pół roku temu, mimo dobrej jakości snu itp. cienie zaczęły się pojawiać. Po używaniu od ok. miesiąca mogę powiedzieć, że na pewno ta okolica wokół oczu jest taka bardziej wygładzona i jędrna. Krem można stosować na noc i na dzień - ja każdego dnia stosuję go wieczorem i rzeczywiście, cienie się już praktycznie nie pojawiają. Efekt? Dla mnie jak najbardziej spoko. Przyznam, że ulżyło mi kiedy krem zrobił tutaj robotę i nie musiałam szukać już innego ratunku.


To jest prawdziwy SZTOS i biorę absolutną odpowiedzialność za te słowa :D Od lat używałam już przeróżnych specyfików do demakijażu, ale to jak działa ten... no chyba aż nie będę umiała tego trafnie opisać haha. Co wieczór skrapiam sobie olejkiem dwa waciki i zmywam nimi absolutnie wszystko - bez tarcia, mega delikatnie lub po prostu wmasowuję olejek dłońmi w twarz, a potem spłukuję wodą - ta druga opcja ostatnio bardziej do mnie przemawia, ale najczęściej wolę to zrobić na dwa razy : najpierw wacik, żeby usunąć cały makijaż, a potem już masaż dłońmi by oczyścić skórę do reszty. Już samo zmywanie tym olejkiem jest super kojące dla skóry. W skład olejku wchodzi olej sezamowy, który nawilża i regeneruje naskórek oraz olejek ze słodkich migdałów, który zapobiega odwodnieniu skóry i wpływa na poprawę jej ukrwienia. Olejek cudownie wygładza buźkę a co najważniejsze w ogóle jej nie drażni.
Pachnie obłędnie, jest cudownie mięciutki i... nie pożałujecie jeśli go wypróbujecie, naprawdę.



To już drugie serum w życiu, które totalnie podbiło moje serce. Stosuję go codziennie wieczorem zaraz po demakijażu i rano buzia jest rozświetlona i widocznie odżywiona, a do tego gładka. Serum nie tylko wygładza, ale też wyrównuje koloryt i redukuje zaczerwienienia. Dużym plusem jest to, że produkt jest wegański i ma hypoalergiczną formułę. Ja już po pierwszym razie stosowania miałam pozytywne odczucia i byłam oczarowana, a po miesiącu to już mogę powiedzieć, że jest to związek na amen :D Serum nadaje się do każdego typu cery. Jeśli zastanawiacie się jaki może być efekt, to buzia na pewno będzie bardziej elastyczna i wygładzona.




I to mnie bardzo pociesza. Gdyby nie to, że dostałam te kosmetyki w prezencie, pewnie prędko sama bym ich sobie nie kupiła. Teraz kiedy Clochee kupiło mnie już całkowicie, jestem już bardziej skłonna zainwestować w nowości, bo wiem, że na pewno mnie nie rozczarują, ale... też zrobię to z głową i pomysł taki podrzucę też i Wam.
Dzisiaj na Limango, z samego rana ruszyła kampania z kosmetykami Clochee, które można dorwać nawet z 35% zniżką. Kampania potrwa do 26 maja, także macie troszeczkę czasu do namysłu co ewentualnie chciałybyście sobie przetestować. Z trzech rzeczy, które ja mam, najbardziej polecałabym Wam własnie olejek i serum - myślę, że to już jest giga krok w pielęgnacji jeśli będziecie stosować te dwie rzeczy systematycznie i do tego będziecie dbać o swoją cerę również od wewnątrz - dobrze się odżywiając, pijąc odpowiednie duże ilości wody.
Ja tym razem jeśli chodzi o kosmetyki Clochee, mam ogromną chrapkę na peeling cukrowy o zapachu truskawki oraz matujący krem z SPF50. Tzn. chrapkę mam na dużo więcej, ale... będę rozsądna i chyba nawet wybiorę sobie tylko jedną rzecz, mimo że obniżki kuszą, oj kuszą.
Tak w ogóle to jestem ciekawa, czy kiedykolwiek słyszałyście o tych kosmetykach? Macie jakieś na swojej półce w łazience? Dużo dobrego pisałyście mi już na stories o maskach i peelingach. A może jeszcze coś innego jest Waszym faworytem? Koniecznie dajcie znać! Uściski :*

Pamiętacie słynne zdjęcie Kim Kardashian z zakrwawioną twarzą? Ja nie śledzę jej kariery, ale to zdjęcie i tak gdzieś wpadło mi w ręce przy okazji czytania o różnych zabiegach w internecie. Cóż - jak to zwykle w przypadku Kim, zdjęcie jest raczej bardziej takie na pokaz i na pewno nie oddaje tego jak Wampirzy Lifting naprawdę przebiega, bo z takim rozlewem krwi to tu raczej do czynienia nie ma :P
Zanim poszłam na zabieg jakim jest Wampirzy Lifting, słyszałam i czytałam, że to jest totalny HIT. Przede wszystkim dlatego, że osocze bogatopłytkowe jest substancją otrzymywaną z naszej krwi. Dzięki temu, że nasza krew jest bogata w czynniki wzrostu, to kiedy wstrzykujemy osocze w naszą skórę, stymulujemy komórki macierzyste do regeneracji. Tkanki odnawiają się i zaczyna produkować się nowy kolagen.
Na początku pobrano mi krew, którą następnie odwirowano i przygotowano osocze bogatopłytkowe. W trakcie czekania na osocze, posmarowano mi twarz preparatem znieczulającym. Po ok. 15 minutach doktor przyniosła 3 strzykawki z osoczem, którymi zaczęła nakłuwać twarz i wprowadzać osocze w odpowiednie warstwy skóry. Spodziewałam się dramatycznego bólu, ale to trwało dosłownie kilka minut, ból był znośny, a wręcz minimalny ( już bardziej bolesne jest wypełnianie kwasem) - ale ja mam wysoki próg bólu, więc nie sugerujcie się mną - podczas 7 cm rozwarcia uśmiechałam się dzielnie i nawet nie pisnęłam więc co to dla mnie jakieś tam kłucie :P

Na twarzy po zabiegu był jakiś minimalny, nie za widoczny obrzęk, lekkie zaczerwienienie, którego nie było już na drugi dzień. Zastanawiałam się czy zobaczę jakikolwiek efekt, dzień po było już na twarzy takie hmmm glow. Ale najbardziej chyba zdziwił mnie fakt, że ta twarz promieniała z dnia na dzień i rzeczywiście po tygodniu efekt był już dla mnie bardzo zauważalny - rozpromieniona cera, taka świeża i odżywiona. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zabiegi tego typu nie usuną mi przebarwień i nie zlikwidują zatkanych porów - żeby podziałać z tym tematem, muszę czekać do jesieni i zrobić sobie laser frakcyjny, żeby "zedrzeć" tą skórę i nabyć nową. I serio, nie mogę się tego wprost doczekać i mega żałuję, że w tym roku nie zdążyłam :(
Osocze na twarz i szyję to koszt 600 zł. Najlepiej zrobić 3 zabiegi w odstępie około miesiąca - ja wybieram się na dniach na drugi zabieg i już nie moooogę się doczekać!
Ogólne wrażenia - bardzo pozytywne. Mocno przekonuje mnie tutaj fakt, że główne skrzypce gra tu nasza własna krew, o której właściwościach nie muszę przecież tutaj pisać. Dodatkowym plusem jest oczywiście czas zabiegu i wg mnie jego cena. Patrząc na zabiegi w kwotach grubo ponad tysiąc, które trzeba powtarzać naprawdę wiele razy, wampirzy lifting jest wg mnie w dobrej cenie i 2/3 zabiegi wystarczą by uzyskać dobry, długotrwały efekt.
Jeśli zastanawiacie się, czy ten zabieg jest dla Was, wybierzcie się na konsultację do Klinika La Perla , a tam na pewno Wam dobrze w tym temacie doradzą :)
Ściskam!














