No... może biuro to za dużo powiedziane - bo to taki kącik biurowy w mojej sypialni. Póki co jest to jedynie biurko i półki nad nim. Ale z czasem dojdzie regał i inne potrzebne rzeczy i z kąciku zrobi się... kąt! :D
Jak zapewne wiele z Was wie, w zdecydowanej większości mojego czasu prowadzę swoją firmę zdalnie. Cenię sobie ciszę i spokój w zaciszu własnego domu, ale zdecydowanie muszę mieć ku temu odpowiednie warunki. Przez długi czas pracowałam przy stole w kuchni - ale trochę jednak miałam już tego otoczenia dość. Bo ja chcę się czuć w mojej pracy dobrze. I skoro prowadzę własną firmę, to chcę mieć swoje mini centrum dowodzenia, które jest specjalnie do tego przeznaczone.
Wiele razy mówiłam Wam już, że urządzam mieszkanie pomału - wolę poczekać nawet rok na coś wymarzonego, niż kupować byle co, żeby było i potem patrzeć na to latami. Zazwyczaj wiązało się to z tym, że chciałam mieć rzeczy wysokiej jakości, a co za tym idzie - drogie. Jednak to co najważniejsze i co tej wysokiej jakości wymagało - jest już w mieszkaniu zrobione. Te drobne rzeczy, które mi zostały do zrobienia, postanowiłam nadal robić z głową, ale niekoniecznie iść w drogie i super porządne. Postanowiłam trochę więcej szperać, szukać okazji, przeglądać gazetki z tanich sklepów - bo często za grosze można kupić coś, co w ekskluzywnych sklepach sprzedają po kilkaset złotych. Ok, pewnie to nie będzie ta sama jakość, ale umówmy się - jeśli coś pięknie wygląda to w tym momencie jakość schodzi na drugi plan.
Owszem, takie rzeczy jak podłogi, zasłony itp. - tutaj jakość była dla mnie punktem obowiązkowym. Ale jeśli widzę piękny wazonik za 30 zł w gazetce netto, to już mnie mało obchodzi z czego to jest zrobione. Wygląda pięknie, nie rozpada się, jest solidne. Czego chcieć więcej?
Moje biuro powstało właśnie w taki sposób. Rzeczy, które w nim się znalazły to rzeczy z średniej półki cenowej, ale też rzeczy ze sklepów takich jak: biedronka, netto czy pepco. I wierzcie mi - to są prawdziwe perełki!
Pewnie zastanawia Was kwestia biurka - przecież miałam ogromne, funkcjonalne, drewniane biurko. Porządne i wysokiej jakości. Po co zmieniać coś, co jest dobre? A no np. dlatego, że mnie wielkość tego biurka przerażała. Było naprawdę ogromne, ciężkie, masywne i ... praktycznie całe białe. A w mojej sypialni białe są całe ściany i podłoga... było jednak ciężko rozstać się z tym biurkiem, bo nigdy w życiu nie widziałam tak porządnego i tak funkcjonalnego mebla. Ogrom skrytek, wielkie szuflady, mega duży blat, schowki na dokumenty.
Mi jednak marzyło się coś małego, prostego. Marzył mi się mebel, który wniesie w to pomieszczenie trochę ciepła i sprawi, że wnętrze będzie bardziej przytulne. I totalnie nie obchodziła mnie jakość - miało być nie za drogo i ładnie. I tak też się stało. Znalazłam idealne, cudowne biurko. Nie za duże, z fajnym designem i przede wszystkim - rozsądną ceną.
Blat biurka to laminowana płyta meblowa w kolorze dąb sonoma. Po prawej stronie biurka znajduje się mała szufladka, a po lewej dwie półki - jedna z przodu, jedna z tyłu. Po środku pod blatem, jest trochę miejsca zatem trzymam tam najważniejsze teczki i notatniki, które muszę mieć pod ręką. Wbrew pozorom - naprawdę dużo się tam pomieściło.


Biurko jest na fajnych antypoślizgowych stopkach, dzięki czemu można je na luzie przesuwać bez obaw o porysowanie podłogi. Co ciekawe - na mebel dostajemy aż 10 lat gwarancji.
Przeszperałam milion stron szukając idealnego biurka i albo były za szerokie, albo zbyt masywne albo białe. Chciałam zachować odstęp, który pozwoli mi z lewej strony postawić w rogu jakiś duży kwiat, a z prawej mieć swobodne dojście do łóżka i okna. Zależało mi też na tym, żeby kolor mebla wprowadził do pomieszczenia trochę ciepła i zgrał się pięknie z białą bazą.


Biurko zamówiłam na stronie edinos.pl . W kategorii fotele i biurka znajdziecie spory wybór mebli w różnych kategoriach cenowych. Obecnie moje biurko Vires jest w promocji. Ale przejrzyjcie sobie całą stronę, bo za rozsądne pieniądze można kupić naprawdę ładne meble i akcesoria do domu.
Udało mi się też załatwić bony rabatowe dla Was - na hasło edinos50 otrzymacie kod rabatowy o wartości 50 zł na Wasze zakupy - ale UWAGA! Bon ważny jest dla 20 pierwszych osób! Także... kto pierwszy, ten lepszy! :)
Jeśli chodzi o dodatki w moim biurze, to tutaj absolutnie wszystko jest z innej parafii :D Lampkę miałam jeszcze na starym biurku - jest ona ze sklepu selsey. Ładna, ale raczej będę polować na coś bardziej minimalistycznego i w złocie.
Szkatułka na biżuterię to łup biedronkowy za jakieś 20 zł. Ładnie się prezentuje. Nie ma w środku żadnych przegródek, ale w sumie kupiłam ją bardziej dla ozdoby, bo moją jedyną biżuterią jest pierścionek i zegarek. No i łańcuszek, ale go jeszcze ani razu nie zdjęłam :D
Złoty wazonik kupiła mi moja mama, która pewnego dnia odebrała ode mnie telefon, w którym błagałam ją, żeby pojechała do netto i sprawdziła czy są tam rzeczy, które wypatrzyłam w gazetce: wazonik, lampka i kwietnik. Serio, gazetka netto miała kilka tygodni temu taką ofertę, że szczęka mi opadła! Niestety jedyne co moja mama znalazła w sklepie to właśnie ten wazonik. Ale opłacało się! Kosztował 30 zł. Dużo droższa była trawa pampasowa, która jest w tymże wazoniku, no ale... cieszy oko jak nie wiem!



No a nad biurkiem... moja wymarzona ścianka. Niby nic takiego, ale serio... marzyłam o czymś takim! Dwie półki i piękne plakaty - zamawiałam je w desenio. Do plakatu z kwiatami wzięłam sobie złotą ramkę, a do rysów kobiety - drewnianą. Zależy mi na tym, żeby w sypialni było złoto, ale żeby drewno to wszystko ocieplało i nadawało wnętrzu takiego naturalnego, ciepłego klimatu.
Drzewko szczęścia na półce, obrazek dziewczynki z psem i mały kremowy kubek na biurku to łupy ze sklepu ze starociami. Kosztowały zapewne kilka złociszy. Z tego wszystkiego najdroższa była chyba właśnie trawa pampasowa, którą kupiłam pierwszy raz w życiu i akurat trafiłam na czas kiedy stała się niezwykle modna, więc jej ceny są najwyższe w historii. Instagram ma jednak tę moc i wyznacza trendy wnętrzarskie w dużym stopniu.


Obok biurka jest pufa z pepco upolowana za 59 zł - cieszy moje oko każdego dnia! To prawdziwa perełka. Pufy tego typu chodzą w internecie po kilka stówek.

Róż jakoś tak całkowicie przypadkiem stał się już nieodłącznym elementem mojego mieszkania. Nie jest nachalny, przejawia się w delikatnych, subtelnych dodatkach. Czymś nowym jest tutaj jednak złoto - w mieszkaniu przeważa raczej srebro, ale tutaj miałam własnie ochotę zrobić coś inaczej. Wyszło bardzo przytulnie i tak... po mojemu. No bo to w końcu ja tu będę pracować i musi być po mojemu ;)
Jestem bardzo dumna z tego kącika! W życiu na co dzień, cieszę się z najmniejszych drobiazgów, a urządzanie mieszkanie, które idzie mi baardzo powoli, sprawia, że każdy etap, który mogę uznać za zakończony napawa mnie ogromną dumą, satysfakcją, radością i... wdzięcznością!
Jestem niemalże w 70% pewna, że nie będę mieszkać w tym mieszkaniu za najbliższych 10 lat, może nawet wcześniej - ale już na zawsze będzie tutaj włożone moje serce. W każdy najmniejszy kąt <3
Jestem ciekawa, jak podoba Wam się efekt finalny? Jest coś, co szczególnie przypadło Wam do gustu? Dajcie znać!
Ja tymczasem ściskam Was bardzo mocno i życzę wszystkiego dobrego :*
A.



















Jestem fanką książek o emocjach, wartościach, uczuciach. Pola zawsze bardzo dużo z nich wyciąga i często chce do nich wracać. Obecnie książek na rynku jest cała masa. Za każdym razem kiedy jesteśmy w księgarni, nie mogę się nadziwić jak wielki mamy teraz wybór i zakres tematyczny książek dla dzieci. To jest coś wspaniałego! Pola jest prawdziwym książkoholikiem i przyznam, że baaardzo mnie to cieszy.
Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić kolejnymi 10 propozycjami pięknych książek, które miałyśmy przyjemność przeczytać w ostatnich miesiącach - i czytamy je wszystkie w kółko. Nie mam problemu z tym, żeby ciągle do nich wracać. Czytanie to dla mnie jedna z najlepszych form relaksu, rozwoju i wspólnego czasu z dzieckiem.
Gotowi? To zaczynamy!
Książka uczucia - przepiękne ilustracje i wspaniała treść. Chłopiec opisuje uczucia, które czuje w różnych sytuacjach swojego życia. Każda emocja jest przez niego opisana w piękny i prosty sposób. Dzięki takiej poezji, dziecko zaczyna oswajać się z każdą emocją i zaczyna rozumieć, że każdy z nas ma w sobie cały przekrój emocji, z którymi musi się mierzyć.


Właśnie biorąc do ręki książkę Uczuciometr, Pola powiedziała do mnie: teraz będziesz pisać o tej? Ona jest bardzo ładna :) Tak. Książka ta nie dość, że jest ładna to jest jeszcze niezwykle mądra, ważna i potrzebna. Zwłaszcza jeśli mamy w domu małego wrażliwca, do którego trzeba mieć delikatne podejście i niezwykle mądre zrozumienie dla jego emocji. W tej książce również opisane jest każde uczucie, ale tym razem nie w postaci wierszyka, a za pomocą kilku sposobów. Każde uczucie ma swoją opowieść, a następnie pokazaną sytuację i zachowanie, w którym dane uczucie występuje. Następnie jest analiza, podczas której w łatwy sposób interpretowana jest dana sytuacja, co pozwala dziecku zrozumieć dlaczego bohatera ogarnęło takie, a nie inne uczucie i dlaczego tak się zachował.
Baaardzo podoba mi się, że do każdego uczucia przypisane są reakcje i zmiany fizyczne. Dziecko dowiaduje się jak jego ciało reaguje na dane emocje, przykładowo - kiedy czujemy strach, mamy przyspieszone bicie serca, oddech, możemy się pocić itp.
Są też poziomy intensywności, dzięki którym dziecko dowiaduje się jak zmierzyć intensywność swojego uczucia - czy jest ono odczuwane mocno i intensywnie czy może nieznacznie. Na końcu książki znajduje się uczuciometr, za pomocą którego dziecko może wskazać intensywność przeżywanego właśnie uczucia. Miałam kilka razy z Polą taką sytuację, że otwierała w złości książkę i pokazywała mi, że jest zła na przykład na 2, albo że bez książki mówiła sama z siebie: jest smutna! Na trzy !!! ;)
W książce są też opisane sposoby na emocje. Czyli jeśli dziecko odkrywa za pomocą wskaźnika, że jego wstyd jest bardzo duży, to z książki może się dowiedzieć jak może ten wstyd pokonać, np. poprzez unikanie myślenia o sytuacjach, które wywołują wstyd.
Umiejętność rozpoznania swoich emocji, a następnie regulowania ich jest niezwykle ważna i zostanie z dziećmi już na całe życie. Warto oswajać je z całym przekrojem emocji już od najmłodszych lat.



Książka pt."Nie chcę mieć kręconych włosów", nie ma w sobie zbyt wiele tekstu, ale nie od dziś wiadomo, że liczy się jakość, nie ilość. W tym przypadku jakość jest na najwyższym poziomie. Ta krótka, wspaniale ilustrowana opowieść pokazuje dzieciom jak często ludzie chcą mieć to, czego mieć nie mogą. Przez co tracą radość z tego, co już posiadają. Bohaterka tej książki baaardzo nie lubi swoich kręconych włosów. Wolałaby mieć proste i błyszczące, aż do czasu kiedy spotyka dziewczynkę właśnie z takimi prostymi włosami. Ta dziewczynka z kolei... bardzo chciałaby mieć włosy... kręcone!
Domyślacie się co będzie dalej, prawda? :) A tak w ogóle ta książka to urodzinowy prezent od kolegi Poli z przedszkola - dziękujemy!


Tą książkę również pola dostała tą książkę od swojego kolegi na 6 urodziny. Słyszałam o niej dużo dobrego już jakiś czas przed urodzinami. Wielka księga wartości to wspaniała i niezwykle wartościowa książka. Zawiera szesnaście opowiadań, a każde z nich uczy nas innej wartości, np. tolerancji czy empatii. Książka pokazuje dzieciom różne sytuacje z życia, uczy je rozwiązywać i stawiać im czoła. Dzieci dowiadują się jakie znaczenie w naszym codziennym życiu, mają wartości które wyznajemy.
Książka to piękny nauczyciel życia i zrozumienia. Warto mieć ją w swojej biblioteczce i często do niej wracać!


Proszę mnie przytulić, to fajna i przyjemna historyjka o dwóch niedźwiadkach - tacie i jego synku. W humorystyczny, ale też wzruszający sposób, książka pokazuje dzieciom, jak za pomocą drobnych gestów, można odmienić czyjś humor, dzień, a może nawet życie? No... więcej nie zdradzam. Sami przeczytajcie!


No... możecie się tylko domyśleć co się zadziało w moim sercu i głowie kiedy zobaczyłam tę oto książkę na półce w empiku i przeczytałam zdanie pod tytułem: jak zacząć z dzieckiem rozmowę o zdrowej głowie? Tak w dużym skrócie, to myślałam, że moje ciało eksploduje zaraz z ekscytacji. To jest TAAAAAKIE DOBRE i taaaaakie potrzebne!
Książka pt."Co się dzieje w mojej głowie?" tłumaczy dzieciom czym jest umysł i jak należy o niego dbać, by był jak najzdrowszy. Mamy tutaj wskazówki co może nam pomóc, gdy w życiu spotykają nas przykrości, jak możemy wtedy reagować. Co możemy zrobić, kiedy dręczą nas myśli np. znaleźć kogoś z kim o tym pogadamy albo zająć swój umysł jakąś uspokajająca myślą. W książce jest nawet strona o ... medytacji! To wszystko jest opisane w taki mega prosty, przyjazny i zrozumiały sposób.
Na końcu są wskazówki dla rodziców i opiekunów. Bardzo cenne i przydatne, jeśli chcemy pomóc dzieciom ustanowić fudamenty, na których będzie ono budować swoje zdrowie psychiczne i emocjonalne. Będę nudna jeśli dodam, że powinna to być lektura obowiązkowa? ;)



Piękna ilustrowana historyjka o miłości mamy do jej synka. Miłość, zaczyna się od pytania bohatera do swojej mamy, czy ta będzie go kochać przez całe życie? Odpowiedzi znajdujemy na każdej stronie... wzruszam się za każdym razem!


Książki z Wydawnictwo Tekturka nigdy mnie jeszcze nie zawiodły. Gruffalo to genialna opowieść o odwadze, dzięki której możemy stawić czoła najgroźniejszym sytuacjom w naszym życiu. Bohaterem jest Mała Mysz, która w genialny sposób pokazuje jak w stresowych sytuacjach, może pomóc nam spryt, odwaga i ... wyobraźnia!
Książka ta jest światowym bestsellerem. Sprzedała się w ilości ponad 13 milionów egzemplarzy! Niesamowite :)


Również jest to jeden z prezentów urodzinowych Polci - i to od jej najlepszego przyjaciela z przedszkola! Tak, dobrze się domyślacie. Pola ma bardzo duuuużo kolegów i wspaniale się z nimi dogaduje! :) Muszę przyznać, że jestem totalnie zaskoczona (pozytywnie) doborem tematyki książek. Cieszy mnie, że jest wśród nas tylu świadomych i dojrzałych rodziców :)
Gdzie mieszka szczęście, to piękna opowieść o tym, jak łatwo stracić z oczu to co najcenniejsze i przestać cieszyć się tym co mamy. Piękna lekcja, dzięki której dziecko uczy się tego, że szczęście to umiejętność cieszenia się z tego co już mamy. To umiejętność doceniania tego. Myślę, że każdy z nas powinien się tego stale uczyć.



Papierowe samoloty, to wzruszająca opowieść o przyjaźni, przeciwnościach oraz próbach na jakie ta przyjaźń jest nierzadko wystawiana. Autor wspaniale pokazał, jak prawdziwa przyjaźń jest w stanie sobie z tymi przeciwnościami poradzić i przetrwać - na zawsze. Książka będzie idealnym prezentem dla Waszych pociech, ale też dla ich przyjaciół od nich samych.


Na dzisiaj to tyle. Jestem ciekawa, która z książek najbardziej przypadła Wam do gustu? Ja, znając je wszystkie, nie umiałabym wybrać jednej najpiękniejszej. Wszystkie są absolutnie cudowne i warte kupienia. No ale... gdybym już musiała ... :D To pewnie wybrałabym Uczuciometr, bo jest to wg mnie najbardziej przydatna książka, pomagająca dzieciom rozumieć i regulować swoje emocje. To jest cholernie ważne i przydatne i zaprocentuje u dzieciaczków na ich całe życie.
Może któreś z powyższych książek już macie, a może ... macie do zaproponowania coś innego? Z chęcią zapoznam się z Waszymi poleceniami.
Z całego serca zapraszam Was też na poprzednie dwie części tej serii wpisów:
Ogromnie się cieszę, że mogłam podzielić się z Wami moimi faworytami. Chcecie więcej takich wpisów? Dajcie znać!
Dobrego dnia i... dobrej energii na czas kwarantanny. Razem przez to przejdziemy. Ściskam, A.











Najgorsze momenty w moim całym życiu, dziś postrzegam jako największe błogosławieństwa. To właśnie w tych najtrudniejszych chwilach szukałam sposobów by przetrwać, dać radę. A te sposoby okazały się być receptą na osiągnięcie życiowej równowagi i harmonii. Okazało się, że te wszystkie rzeczy sprawdzają się nie tylko wtedy gdy jest źle. One są uniwersalne. To piękne nawyki, które są ze mną i wtedy gdy jest dobrze i wtedy gdy jest źle. Ale nigdy bym ich nie spróbowała, gdyby nie te sytuacje, w których nie wiedziałam już czego się chwytać, by przetrwać kolejny dzień, kolejną noc.
Dzisiejsza sytuacja na świecie sprawia, że wielu z nas czuje lęk, niepokój. Jesteśmy niepewni jutra. Boimy się o nasze zdrowie, o zdrowie naszych bliskich. Wiele z Was mi pisze, że Wasi bliscy pracują za granicą. Albo, że pracują w szpitalach, kopalniach, aptekach. Nie mogą wziąć wolnego. Każdego dnia dzielnie pracują i są narażeni na styczność z wirusem. Boimy się o nasze biznesy, o pieniądze. Wielu właścicieli małych przedsiębiorstw już wie, że to ich koniec. Gospodarka podupada. Ludzie umierają. W coraz większej ilości krajów nie można wychodzić z domu w nieuzasadnionych przypadkach. Pandemia. Tego jeszcze nikt z nas nie przeżył. Boimy się. I to naturalne. Zwłaszcza, że nie wiemy, kiedy to się skończy.
Jest to niewątpliwie sytuacja, której z jednej strony nie możemy zmienić - to się dzieje. To na co mamy wpływ to ... zbiorowa odpowiedzialność, dzięki której być może uda nam się utrzymać krzywą zachorowań na możliwie najniższym poziomie, żeby nie wyglądało to jak we Włoszech. Możemy to zrobić siedząc w miarę możliwości w domach, by wirus się nie rozprzestrzeniał. Wielu z nas nie ma takiej możliwości, wiem o tym. Na co jeszcze mamy wpływ? Na nas samych i nasze podejście.
Tylko jak nie panikować i nie dać się lawinie negatywnych myśli? Trzeba o siebie możliwie jak najlepiej zadbać. I pamiętać, że to o czym napiszę poniżej, to nie jest tylko nawyk na złą chwilę. To nawyk warty wprowadzenia do codzienności przez 365 dni w roku!
MEDYTACJA
Medytuję regularnie już od wieeeelu miesięcy. Ostatnio moje medytacje przybrały już formę medytacji bez timera, prowadzenia - medytuję po kilkanaście minut przy cichej muzyce i kończę kiedy chcę. Co mi to daje? Niesamowity spokój, większą łatwość w rozwiązywaniu problemów. Ten czas spędzany w ciszy, sam na sam ze własnym oddechem jest najlepszą formą relaksu na świecie. Uspokaja myśli, oddech, porządkuje chaos w naszej głowie. Medytacja po prostu nas uspokaja. Praktykowana regularnie sprawia, że człowiek potrafi zachować spokój i racjonalne myślenie nawet w obliczu zagrożenia.
Na początku praktyka jest trudna. Wielu z nas kojarzy ją ze stanem, w którym nie myśli się o niczym. A wierzcie mi, że do takiego stanu dochodzi się latami. Umysł błądzi i to naturalne. W medytacji najważniejsze jest spokojnie oddychać i jeśli zobaczymy jakąś myśl - dostrzec ją, spróbować jej nie oceniać i pozwolić odejść. Jeśli zobaczysz na przykład, że zaczęłaś myśleć o liście zakupów na jutro, powiedz sobie: to jest myśl - i wróć do świadomego oddechu. I tak za każdym razem... nie walcz na siłę z myślami. Szczegółowo o tym jak medytować napisałam we wpisie z wyzwaniem 30 dni medytacji. Nie rozmyślaj za dużo JAK to robić. Po prostu usiądź lub połóż się... wyprostuj swoje ciało i... oddychaj. Na początku niech to będą nawet 3 minutki. Nie wkurzaj się, ze stale o tym myślisz. Ja sama mam czasem takie medytacje, że myśli przychodzą jedna po drugiej. Nieważne. Uczę się je obserwować, nie oceniać, pozwalać im odejść. Nawet jak medytacja jest trudna i ciężko się skupić to i tak odczuwam jej pozytywne skutki, bo... samo zatrzymanie się i posiedzenie w spokoju już jest niesamowitym antystresorem!
Odpal sobie na YT medytację prowadzoną Gosi Mostowskiej, albo po prostu wpisz sobie w YT: meditation music i włącz jakiś podkład muzyczny. Zamknij oczy i... oddychaj. Obecnie uwielbiam słuchać twórczości norweskiego kompozytora, zwłaszcza utwory "Flying" - idealny do medytacji przed snem. Przeżywam przy nim najlepsze, kilkunastominutowe praktyki!
CODZIENNA PRAKTYKA WDZIĘCZNOŚCI
O rytuale dziękowania za dobre rzeczy i wdzięczności, piszę Wam od dawna nieustannie. Przyznam jednak, że w ostatnim czasie miałam z tym problem. Po prostu o tym zapominałam. Moja terapeutka dała mi jednak zadanie domowe: codziennie wieczorem wymieniać 10 rzeczy, za jakie jestem wdzięczna, za jakie chcę podziękować. I mają to być konkrety. Odkąd zaczęłam to systematycznie robić, zasypiam z poczuciem, że mam naprawdę wiele. W każdym, nawet ciężkim dniu jestem w stanie znaleźć pozytywy. Są dni, kiedy dzieje się wiele i mogę wymieniać rzeczy bez końca. Są dni, kiedy trudno mi znaleźć nawet 10 tych rzeczy. Ostatecznie jednak okazuje się, że zawsze są jakieś powody do wdzięczności. A praktykowanie się w dostrzeganiu ich sprawia, że z czasem powodów do wdzięczności jest coraz więcej! Jeśli 10 rzeczy sprawia Ci trudność, zacznij od dziękowania za 3 rzeczy każdego wieczoru, a potem stopniowo dodawaj ich coraz więcej. Zobaczysz, jak to zmieni Twoją energię i nastawienie do życia!
SPISYWANIE SWOICH UCZUĆ, EMOCJI, PRZEMYŚLEŃ
Niezwykle terapeutyczną siłę ma spisywanie na kartce wszystkiego tego, co siedzi nam w głowie. Tak jak czujemy. Może być nam ciężko zacząć, ale kiedy zaczniesz już pisać, wierz mi... wypłynie z Ciebie wszystko to, co siedziało w Tobie głęboko i szukało ujścia. Jeśli nie wiesz jak zacząć, napisz na kartce pytanie: jak się dzisiaj czujesz? I po prostu na to odpowiedz. Często przelanie swoich myśli na papier działa nawet lepiej niż wygadanie się przyjaciółce. Wyrzućcie z siebie emocje, napiszcie wszystko co czujecie, co Was nurtuje, co Was cieszy. Nie chodzi tylko o negatywne emocje. Chodzi o WSZYSTKIE emocje. Wyrzuć je z siebie.
OGRANICZANIE BĄDŹ CAŁKOWITE ODRZUCANIE RZECZY, KTÓRE NAS OSŁABIAJĄ
Większość ludzi, sama sobie szkodzi swoimi nawykami i wyborami. Musimy ustalić co zabiera nam energię, a co nam jej dodaje. A następnie ograniczyć jedno, a zwiększyć drugie. W miarę możliwości oczywiście. Spójrz na swój rozkład dnia, swoje czynności, nawyki. Co pozbawia Cię energii? Mnie pozbawia jej oglądanie wiadomości, bezmyślne przeglądanie instagrama, bezczynność, chodzenie późno spać, ciężkie i tłuste jedzenie, rozpamiętywanie przeszłości, lęk o przyszłość. To wszystko nasila się właśnie w kryzysowych momentach. Oczywistym jest teraz, że śledzimy wiadomości i chcemy być na bieżąco z sytuacją na świecie. Nie musimy jednak mieć włączonych wiadomości 24 na dobę i dodatkowo czytać o tym wszystkim non stop w telefonie. Jeśli chodzi o pandemię wirusa, to jedyne na co staram się wchodzić kilka razy dziennie, to taka relacja na onecie, w której jest godzina i jest kilka zdań odnośnie obecnej sytuacji, rządowych ustaleń o których powinniśmy wiedzieć, ograniczeniach, zarażeniach itp. Wystarcza mi to. Oczywiście czytałam trochę naukowych artykułów, w SM również non stop napotykam się na newsy odnośnie wirusa... ale kiedy czuję, że zaczyna mnie to osłabiać - wyłączam to wszystko i skupiam się na czymś innym.
Łatwo nam się teraz zapomnieć, jeść byle co, bo jest pod ręką, nie ruszać się i utknąć przed telewizorem - ale to właśnie w takich momentach musimy o siebie wyjątkowo zadbać i nie pozwolić, żeby złe nawyki wysysały z nas całą energię!
Najwięcej energii pozbawia nas... martwienie się! Dlatego zamień to co Ci szkodzi, na coś co Cię wzmacnia. Zamiast siedzenia i rozmyślania, poczytaj fajną książkę, zrób porządki albo po prostu - weź się za pracę lub pobaw się z dzieckiem. Nie masz wpływu na to co się dzieje, ale masz wpływ na swoje nastawienie i swoje działania.
ŚPIEWANIE MANTR
Przyznam, że dawno ich nie praktykowałam, a pamiętam, że w jednym z najtrudniejszym dla mnie etapie życia, były moją odskocznią i pozwoliły mi utrzymać się na powierzchni. Śpiew ma ogromną moc. Ciężko mi to wyjaśnić, ale kiedy regularnie śpiewałam mantry, miałam wrażenie, że tworzę wokół siebie jakąś niewidzialną tarczę, dzięki której nie dociera do mnie negatywna energia i nie ucieka ode mnie ta dobra. Miałam wokół siebie jakąś tajemniczą aurę, która uzdrawiała się z każdym wydobytym dźwiękiem. Faktem naukowym jest już to, że wszystko na tym świecie jest energią. Tak samo mantra. Jej dźwięk to energia o specyficznych wibracjach, zmieniających energię w nas samych. Przypominając sobie teraz swoją przygodę z mantrami, sama zmotywowałam się do powrotu do ich śpiewania! Moją ulubioną była mantra RA MA DA SA, o której dowiedziałam się z książki Agnieszki Maciąg. To mantra uzdrawiająca i otwierająca nasze serce. Pamiętam, że kiedy śpiewałam ją pierwszy raz, cała drżałam i wylałam morze łez... a potem wypełnił mnie błogi spokój i poczucie, że... jeszcze będzie pięknie.
CZYTANIE KSIĄŻEK
Zainwestuj w jakąś książkę, z której bije dobro, ciepło, piękna energia! Przekaz z tych książek zostanie z Tobą na zawsze, wyciągniesz z nich to co dobre dla Ciebie w danej chwili. Swoją przygodę z rozwojem osobistym zaczynałam od książki: Sekret. Będę zawsze mieć do tej książki ogromny sentyment, bo to ona dała mi bodziec do zmiany i pokazała, że kluczem do pięknego życia jest zmiana sposobu myślenia. Ale przełomem była dla mnie książka Agnieszki Maciąg - Pełnia Życia. Wtedy coś się we mnie przełamało i wyruszyłam w prawdziwą podróż w głąb siebie. Poczułam chęć jeszcze większych zmian. O książkach, które miały na mnie duży wpływ pisałam tutaj i tutaj.
To co czytamy, czego słuchamy ma na nas ogromny wpływ. Już kilka stron pozytywnej książki wprawia w nas w inne wibracje. Spróbuj!

PORANNE I WIECZORNE WYCISZENIE
Niby takie oczywiste, prawda? Założę się jednak, że zdecydowana większość z Was, spędza wieczór przed telewizorem, a na dokładkę wpatruje się już w łóżku w telefon. Wiecie czemu to nie jest dobre? Światło niebieskie emitowane przez nowoczesne urządzenia, zaburza wydzielanie melatoniny - hormonu, która odpowiada za zasypianie i regenerujący sen. Wpatrywanie się wieczorami w telefon czy inne urządzenia zaburza nasz cały rytm dobowy i biologiczny, nie wspominam tutaj już o wzroku. Kiedyś sama spędzałam wieczory przed tv, a potem jeszcze patrzyłam się do ostatniej minuty w telefon. Dzisiaj nie wyobrażam sobie takiego funkcjonowania.
Telefon i inne urządzenia odkładam na min. godzinę przed snem. Wyciszam się w łóżku, przy przygaszonym świetle. Najpierw czytam, potem medytuję, potem kładę na kilkanaście minut opaskę z siemieniem lnianym na oczy i wizualizuję. Staram się chodzić spać max. o 23.
Poranek tak samo - staram się wstawać na tyle wcześnie, by mieć jeszcze chwilę dla siebie sam na sam. Piję szklankę wody, a potem medytuję 15 minut. Wiosną i latem te poranki zaczynam już o 5/5:30 i biegam, afirmuję itp. Ale w okresie zimowym potrzebuję nieco więcej snu i czasu na regenerację.
Najgorsze co mogę sobie zrobić, to zaburzyć dobowy rytm przez zbyt późne pójście spać, objedzenie się na sam wieczór, siedzenie do późna przed TV. Rano czuję się jakbym była skacowana, a co za tym idzie mam mniej energii i jestem bardziej rozdrażniona. Czasem świadomie decyduję się na wieczór z netflixem, ale baaardzo rzadko, bo wiem, że będę tego żałować. Mam hashimoto i u mnie sen to podstawa. Niewystarczająca ilość snu od razu sieje spustoszenie w moim organizmie.
POZYTYWNE MYŚLENIE!
Po prostu! I ono przychodzi tak samo z siebie, kiedy stosuję się do wyżej wymienionych nawyków. Boimy się codziennie o tyle rzeczy. Ale tak naprawdę to nie te rzeczy wywołują w nas negatywne emocje, ale nasz strach! Nie chcę ciągle się bać. Nie chcę żyć w strachu, snuć wiecznie czarnych scenariuszy. Chcę żyć pełnią życia i mieć w sobie wiarę, że będzie dobrze! Wierzę, że każda trudna sytuacja to lekcja - i zawsze z każdej staram się wyciągnąć jak najwięcej wniosków.
Możesz sobie myśleć - łatwo Ci mówić. Nie, wcale nie łatwo. Pracuję nad sobą już ponad 6 lat. Doskonale pamiętam co to znaczy ciągle płakać, ciągle się bać, mieć ataki paniki, stany lękowe. Przeszłam zdecydowanie za dużo, bym mogła się zgodzić z tym, że "łatwo mi mówić". Praca nad sobą to najcięższa ze wszystkich prac w życiu. Wymaga ogromnej siły, determinacji, konsekwencji. Ale wiecie co? Dzięki tej pracy, można zmienić całe swoje życie na lepsze. Ja nie wyobrażam sobie żyć już inaczej. Moment, w którym postanowiłam przestać obarczać świat i ludzi winą za swoje niepowodzenia był najlepszym momentem w moim życiu. Kiedy weźmiesz odpowiedzialność za to jak się czujesz i jak żyjesz - otworzą się przed Tobą drzwi do najpiękniejszej podróży w Twoim życiu. Podróży w głąb siebie. Uwierz mi... warto!
Życzę Wam kochani dużo zdrowia, spokoju, cierpliwości i wiary w tym trudnym dla nas wszystkim czasie. Wierzę, że ta sytuacja będzie dla nas wszystkich najważniejszą lekcją w naszym życiu. I że wyjdziemy z niej jeszcze silniejsi. Nawet jeśli będziemy musieli odbić się od dna.
Ściskam Was ciepło i wysyłam ogrom dobrej energii. Jeszcze będzie pięknie <3
Samodzielność. Umiejętność podejmowania decyzji. Dokonywanie wyborów. To coś, co kształtowane od najmłodszych lat, pozwala żyć bardziej świadomie i mądrze w późniejszym życiu.
Ilu jednak rodziców pozwala dziecku na błędy? Ilu z nas pozwala dziecku być sobą, nie narzucając swoich schematów? Wiem, że wciąż nie wielu. Obserwuję te zjawiska notorycznie. Zaczyna się niewinnie. Rodzic mówi dziecku, że na pewno jest głodne. Że na pewno teraz musi coś zjeść. Idźmy dalej. Wybór ubrań dla dziecka, bez jakiegokolwiek pytania: czy Tobie się to w ogóle podoba? Narzucanie swoich wyborów i decyzji jako jedynych słusznych. Brak dawania dziecku przestrzeni do tego, by się w ogóle zastanowiło: co lubię? Czego nie lubię? Czy czuję się z tym dobrze? Czy czuję się źle?
Przyjęcia urodzinowe - MUSISZ zaprosić wszystkich. Jak to nie lubisz Pawełka? Albo wszyscy, albo nikt. Podoba Ci się ta bluza z myszką miki? Przestań, wszyscy takie noszą. Zobacz tą! O, ta jest piękna. Weźmiemy tą.
Na każdym kroku, rodzice podważają wybory dziecka. Czemu to robią? Zapewne myślą, że dla dobra dziecka. Niestety efekt jest taki, że dzieci wychowywane w taki sposób, bardzo często wyrastają na osoby, które mają problem z podejmowaniem decyzji i mają problem w ogóle z określeniem tego: jak się czuję? Czego chcę? Czego nie chcę?
Nie za bardzo lubię tworzyć posty z radami, które narzucają, jak ktoś powinien postępować. Dlatego też takich nie robię. Pozwólcie więc, że opowiem Wam o kilku sytuacjach z ostatnich miesięcy, w których pozwoliłam dziecku na totalną swobodę w swoich wyborach - pokazując jednak, jaki wybór z czym się wiąże. Nie chodzi przecież o to, żeby nagle pozwolić 6 latce zdecydować się na coś, co jej mocno zaszkodzi. Ale chodzi o sytuacje i wybory adekwatne do wieku. I o przestrzeń na przekonanie się na własnej skórze, że wybór którego się dokonało - był zły. I nie można mieć o to do nikogo pretensji.
Z Polą postępuję w taki sposób, że jeśli się upiera przy swojej racji i przy tym, że jej wybór będzie lepszy - to pozwalam jej na to, nawet jeśli wiem, że jest to wybór na prawdę kiepski. Zawsze kończy się tym, że finalnie słyszę: wiesz co, miałaś rację. Mogłam tego nie robić/mogłam tego nie jeść/mogłam ... Nigdy przy takiej sytuacji nie mówię: a nie mówiłam? Trzeba słuchać mamusi! Raczej zaczynam wtedy pogawędkę o tym, że każdemu z nas zdarza się podejmować błędne decyzje i najważniejsze to umieć wyciągnąć z nich wnioski i w przyszłości zdecydować lepiej. Sądzicie, że 6 letnie dziecko nie skuma takiej pogadanki? To się zdziwicie.
WYBÓR UBRAŃ
Umówmy się - jeśli pozwolimy dziecku ubrać się od stóp do głów według ich własnej wizji, może się okazać, że nasze dziecko bardziej niż do przedszkola, uszykowało się na podbój księżyca. I to jest ok. Pola będąc młodszą miała fazy, że zimą chciała wyjść z domu w krótkich spodenkach - kilka razy powiedziałam jej, że w takim razie ma iść na balkon, postać chwilę i zobaczyć czy to dobry pomysł. Zazwyczaj sama się poddawała i wybierała coś bardziej adekwatnego do pogody. Są dni, kiedy ja przygotowuję jej ubiór w całości, są takie kiedy mówię: Pola wybierz co chcesz ubrać. Czasem coś do siebie totalnie nie pasuje, ale powstrzymuję się od komentarzy - mówię wtedy: wow, skąd pomysł na takie połączenie ubrań? Zazwyczaj okazuje się, że jej się to po prostu bardzo podoba! Dlaczego mam to podważać? Zdarza mi się zasugerować: i tu są kropki i tutaj - może bardziej pasowałaby do tych getrów jasna bluzka, jak myślisz? I to pytanie, jak myślisz jest tutaj kluczowe. Bo dałam jej do myślenia, że estetycznie coś będzie wyglądało lepiej, ale może się okazać, że mimo tego, że Pola to wie to i tak ma ochotę zaszaleć i ubrać się właśnie cała w kropki i ja wtedy muszę to zaakceptować.
Pamiętam, że momentem w którym zrozumiałam, że Pola mimo, że jest jeszcze mała - to ma swój styl i swoje upodobania. Byłyśmy w sklepie i przymierzałyśmy kapcie. Oczywiście jak zawsze problem z rozmiarem. Ale w końcu przymierzyła jedne i były idealne! Ale Pola miała jakąś taką minę pod tytułem: hmmm. Spytałam: o co chodzi Polciu? Nie podobają Ci się? A Pola odpowiedziała: nie no, są ładne, ale takie ... takie... (sama nie wiedziała jak opisać swoje uczucia) - no nie pasują do mnie - odpowiedziała. I ja wtedy się autentycznie wzruszyłam i nakierowałam ją: ok, po prostu nie czujesz się w nich za dobrze tak? To nie do końca Twój styl? A Polcia przytaknęła, że dokładnie o to jej chodzi: tak, to nie mój styl. A mogłabym przecież powiedzieć: nie wymyślaj, nie będziemy szukać butów w nieskończoność, to są tylko kapcie. I dziecko chodziłoby codziennie przez kilka godzin w kapciach, w których się zwyczajnie nie czuje. To tak jakby kazać nosić osobie, które nie nosi kolorów, różowo-fioletowe stylizacje...
WYBÓR JEDZENIA
Pominę etap, który ostatnio przechodziliśmy. Miał on tytuł: nie wiem. A mnie wtedy wewnętrznie strzelało, bo to nie wiem było na zasadzie: sama nie wiem czego chcę, więc będę płakać z głodu, bo chcę coś zjeść, ale nie wiem co i na pewno nic z tego co proponujesz. Więc co Ci zrobić? Co kupić? Nie wiem... ale ok. Naprawdę - pomińmy to. Bo czuję jak podwyższa mi się ciśnienie :D
Na co dzień staramy się jeść zdrowo i rozsądnie. Pola wie z czym wiąże się kupowanie np. produktów z olejem palmowym, lub z czym wiąże się zjedzenie zbyt dużej ilości cukru. Ale mimo wszystko - świadomie i tak podejmujemy czasem właśnie takie decyzje. Lubimy też odwiedzać restauracje, chodzić czasem do Mc Donald's. I to jest wtedy bardzo ciekawa sytuacja, bo dziecko ma wybór, ma menu - i zapewne zamiast czegoś ciepłego, wybierze lody z bitą śmietaną. No i co wtedy? Przyznam, że kilka razy powiedziałam: dobrze, skoro uważasz, że lody są dobrym pomysłem, to Ci je zamówię. Ale pamiętaj, że nie jadłaś ciepłego obiadu/kolacji i może się to skończyć bólem brzucha i złym samopoczuciem. I wiecie co potem słyszałam: mogłam nie jeść tych lodów... I następnym razem wybierała np. ciepłą zupę, a dopiero potem deser.
Przykładem z ostatnich dni, była nasza wizyta w Maku. Standardowy wybór Poli: happy meal. A w zestawach dla dzieci, jest teraz wybór: nie trzeba brać frytek, można brać marchewki. Nie trzeba brać musu - można wybrać cząstki winogron i jabłek. Miałam totalny luz z tym, że być może Pola w ogóle nie wybierze owoców i warzyw. Jemy ich na co dzień niezliczone ilości. Tradycyjnie więc wybrała wodę (nie pijemy soków) i kurczaczki. No i później wielkie zaskoczenie: żadnych frytek, żadnego musu - zamiast tego Healthy Snack - marchewki, jabłka i winogrono. Jedząc je, rozpływała się tak, jakby jadła nie wiem co :D Mamo, jakie te marchewki są pyszne! Mamo, jakie słodziutkie winogrono! Potwierdzam, było słodziutkie. Co gdyby Pola chciała wybrać frytki? Pewnie bym na to pozwoliła, czemu nie? Wszystko jest dla ludzi. Ale dzięki temu, że kilka razy Pola już zauważyła sama na własnej skórze, jak się czujemy kiedy jemy dużo owoców, a jak się czujemy kiedy jemy na przykład dużo słodyczy - rozsądnie wybiera to, co służy jej bardziej. Gdybym jednak na każdym kroku wybierała za nią - nie doświadczyłaby tego.


PRZYJĘCIE URODZINOWE
Kiedy byliśmy na etapie organizacji przyjęcia urodzinowego dla Polci, padło pytanie: kogo chcesz zaprosić? No i dostałam listę... właściwie wszystkich dzieci z grupy. I wtedy nastąpiła rozmowa. Że rozumiem, że nie chce żeby komuś było przykro, ale formuła przyjęcia i miejsce raczej nie pozwala na aż tak dużą ilość - i wiąże się to również z dużo większym nakładem finansowym. Wytłumaczyłam Poli, że to ważny dla niej dzień - i nie musi zapraszać ludzi, których nie lubi, z którymi nie spędza czasu - tylko dlatego, że są jej w grupie. To ważny dla niej dzień - niech spędzi go z tymi, których lubi, których szanuje - z wzajemnością. Niech spędzi go z dziećmi, przy których czuje się dobrze. Lista została okrojona do 16 gości. Ale pewnego dnia Pola przyszła do mnie i powiedziała, że nie chce jednak zaprosić dwóch dziewczynek. I poprosiła, żebym wykreśliła je z listy. Zapytałam: dlaczego? Pola odpowiedziała: bardzo się boję, że sprawią mi przykrość w dzień moich urodzin. I totalnie to zrozumiałam, wręcz odetchnęłam, bo mowa była o dziewczynkach, które notorycznie sprawiają Poli przykrość, nazywają ją wredną, umawiają się przeciwko niej, wykluczają ją z zabawy. Moment, w którym 6 latka potrafi powiedzieć: nie chcę tego w swoim życiu, przez to czuję się źle - był dla mnie momentem, w którym zobaczyłam w swojej córce mądrą i niesamowicie świadomą swoich potrzeb i uczuć dziewczynkę.
Takich sytuacji mogłabym przytoczyć całe mnóstwo. Podstawą w budowaniu dziecku samodzielności i uczenia podejmowania decyzji, jest szacunek, umiejętna rozmowa i nie zaprzeczanie uczuciom dziecka. Pozwólmy się czasem dziecku sparzyć - nie mówię tutaj o tym, że powiemy: ok, włóż głowę do wrzątku i zobacz co się stanie ;) Pewnych rzeczy musimy kategorycznie odmówić, jeśli jest wiadome, że skończy się to poważnym uszczerbkiem na zdrowiu lub psychice. Ale mowa tutaj o czymś ekstremalnym. Większość rzeczy, które przydarzają się na co dzień są bezpieczne - ale to my musimy przestać uważać, że jesteśmy dorosłymi, którzy muszą podejmować decyzje za dziecko, bo ono młode, głupie, nie wie co dla niego dobre. Przypomnijmy sobie, jak na nas działało, kiedy rodzice za każdym razem próbowali nam wmawiać, że lepiej wiedzą co czujemy, co lubimy - niż my sami.
Pozwólmy dzieciom na samodzielność, która oznacza również nie wyręczanie ich we wszystkich czynnościach. Niech od najmłodszych lat próbuje się samo ubierać, myć, przyrządzać posiłki. Dzieci zazwyczaj garną się do takich rzeczy, ale to my gasimy w nim ten zapał, naszą niecierpliwością, bo długo, bo niezdarnie. Pozwól dziecku umyć naczynia - niech się leje woda, niech się nawet coś zbije. Ale niech zobaczy, że może i że błąd przy tych próbach nie skończy się skarceniem i sfochowaną miną rodzica.











W moim mieszkaniu wszystko idzie do przodu bardzo powoli, ale jednocześnie dzięki temu - większość rzeczy jest po prostu przemyślana. Raczej panuje u mnie duuuży minimalizm. Zbyt duża ilość rzeczy mnie przytłacza, nie umiem funkcjonować w zagraconej przestrzeni. Dlatego wciąż bardzo mnie uwiera brak regału i większej szafy w przedpokoju. 60 metrów i 3 pokoje - życie na takim metrażu nauczyło mnie minimalizmu, organizacji i regularnego porządkowania przestrzeni. Nie zbieram i nie zagracam - bo nie mam gdzie! :D
Sypialnia bardzo długo była po prostu białym pomieszczeniem, w którym nikomu nie chciało się przebywać. Białe ściany, biała podłoga, jasna pościel, jasne stoliki a na nich bajzel. Wiecie co jest najlepsze? Że nie musiałam robić jakiejś wielkiej, kosztownej metamorfozy. Ostatecznie nie pomalowałam nawet ścian, bo na razie nie mam na to czasu ani możliwości. Sypialnia stała się przytulna za pomocą dosłownie kilku dodatków, które można policzyć na palcach dwóch rąk.
LNIANA POŚCIEL
Odkąd w moim domu pojawiły się lniane zasłony - szczerze zakochałam się w tym materiale! Len wykazuje właściwości antyalergiczne i jest przyjazny dla naszego ciała. Uwielbiam to, że szybko się gniecie, jest taki "nieperfekcyjny" co uwielbiam! Lubię rzeczy niebanalne, wyjątkowe, inne. Bardzo zależało mi na tym, żeby moja sypialnia była przytulna, żeby sprzyjała mojemu odpoczynkowi, żeby kojarzyła mi się z naturą, ekologią. Produkty stworzone z naturalnego lnu są ekologiczne i biodegradowalne. W porównaniu do innych pościeli, czas dla pościeli z lnu działa na jego korzyść. Z każdym praniem len jest coraz bardziej miękki i co najlepsze - co raz lepiej wygląda.



Nigdy w życiu pod żadną pościelą nie spało mi się tak dobrze jak pod tą. Len ma to do siebie, że dzięki termoregulacji podczas zimy pozwala nam utrzymać właściwą temperaturę ciała, a podczas lata absorbuje wilgoć i zapewnia przyjemne uczucie chłodu. Jest cudowny w dotyku, pachnie delikatnie taką... naturą. Nie wyobrażam sobie spać już pod czymś innym! Za każdym razem jak zasypiam u Poli w jej pościeli, jest mi niekomfortowo, pocę się i marznę naprzemiennie. Już niebawem jej również kupię pościel właśnie z lnu.
Tak samo jak i w przypadku zasłon, wybrałam niezawodną markę so linen! Poszewki na poduszki są właśnie w tym samym brudnym różu co moje zasłony. Jeśli chodzi o poszewkę na kołdrę i mniejsze poduszki to wybrałam naturalny, beżowy odcień. Poduszki są z falbanką, ale zakończenie poszewki na kołdrę wybrałam z naturalnymi, drewnianymi guzikami, które nadaję właśnie takiego naturalnego, swojskiego klimatu.


Podpisuję się pod tymi produktami i pod tą marką całym swoim sercem. Jestem zachwycona i rozkochana w tych produktach. To one zrobiły w tej sypialni właściwie całą robotę.
ŁAPACZ SNÓW
Prezent od mojej siostry na nowe mieszkanie. Zrobiła go sama, samiusieńka. To był najpiękniejszy prezent jaki dostałam w związku z nowym mieszkaniem. Zrobiony totalnie od serca, z myślą o mnie i moim gniazdku. Długo nie miał swojego miejsca, a ja nie lubię czegoś wieszać byle jak, byle było, zwłaszcza jeśli mam do danej rzeczy ogromny sentyment. Trochę ten łapacz wędrował - był najpierw nad łóżkiem, które stało na równoległej ścianie. Potem był nad biurkiem. Ostatecznie po przemeblowaniu zawisł właśnie w tym miejscu i uważam, że to właśnie to miejsce jest mu przeznaczone. Patrycja otworzyła niedawno swoją pracownię kreatywną Craftroom i produkty tego typu, możecie już od niej spokojnie zamawiać. Wierzcie mi - to będzie idealny prezent dla samej siebie, lub dla kogoś bliskiemu Waszemu sercu.


RAMKA Z NASZYM PORTRETEM
Ten piękny rysunek wykonała dla mnie jedna z moich wspaniałych czytelniczek, którą znajdziecie na instagramie pod nickiem @mamykredki. Powstał on na bazie oryginalnego zdjęcia, które było opublikowane na moim instagramie. Dziękuję Ci kochana raz jeszcze za ten piękny prezent! I tak jak w przypadku łapacza - rysunek dłuuuugo leżał schowany głęboko w szufladzie i czekał na swój czas. I również jak w przypadku łapacza, po przemeblowaniu wiedziałam że to będzie właśnie idealne miejsce. Ramkę kupiłam w auchan za jakieś 9 zł.

DODATKI NA STOLIKACH NOCNYCH
Na stolikach nocnych są między innymi moje dwie draceny, kupione rok temu w biedronce po... 5 zł :D Są oczywiście nasze niezastąpione poduszeczki na oczy, które zawsze sobie kładę na jakieś 10 minut przed snem. Niesamowite odprężenie dla oczu i napiętej po całym dniu twarzy! Jest oczywiście mój ukochany masażer od Naturalnej Bogini, którym masuję sobie twarz pobudzając krążenie i relaksując buźkę.


Na stolikU jest też taca marmurowa - to z kolei prezent na nowe mieszkanie od mojej mamy. Są wazoniki ze sklepu KIK, które kosztowały również mniej niż 10 zł za sztukę. No i obowiązkowo... nie mogłoby tutaj zabraknąć... książek! One są akurat w moim domu wszędzie. Na stoliku mam jednak zawsze Pismo Święte, wspaniałą lekturę "Biegnąca z wilkami", którą będę czytać jeszcze długo. Jest trudna, jest mądra, jest długa. Autorka pisała ją ponad 20 lat! I obecnie moja księga mocy, czyli Kobieta Niezależna. Ta książka daje mi niesamowity power i motywuje do działania. Ach, zapomniałabym! To co widzicie w wazonikach, zerwałam prawie 2 lata temu (!!!) podczas biegania. I to tak stoi i stoi... nie sypie się i cudownie wygląda.

No i ostatnia rzecz to... puf. Jakieś dwa miesiące temu zerknęłam do gazetki pepco a tam... puf! Piękny, blado różowy, welurowy... puf! W necie takie chodzą po 200/300 zł. Poleciałam od razu na drugi dzień na samo otwarcie do pepco, patrzę... są! No i przytaszczyłam nowy nabytek do domu, a wydałam na niego... 59 zł! To był deal życia, serio! Cieszyłam się jak nienormalna przez kilka dni i dalej zacieszam jak spoglądam na to cudo. Na nim oczywiście leżą ... książki :D

PARAPET
Nie chciałam w ogóle pokazywać Wam tej ściany, ale chciałabym wspomnieć o czymś istotnym. Ubolewałam, że to teraz nie czas na kupowanie droższych zasłon, więc kupiłam najtańsze firanki i karnisze w Ikea. Kiedy jednak mieliśmy je już montować, coś mi powiedziało: nie rób tego. Jakoś nie chciałam jednak zabierać sobie tej całej ściany firaną. Zdjęłam z parapetu wszystkie książki, kupiłam kilka zwykłych ramek w tanich sieciówkach - i poustawiałam je na parapecie. Może jeszcze w tym roku, uda mi się kupić drewniane bądź bambusowe żaluzje. Z kolei na ścianie, która mi zostanie być może będzie wisiała jakaś roślinka, a może fajne wieszaczki i moje torebki? Się zobaczy :)


Jak widzicie, nie ma w tej sypialni zbyt wiele. Być może jeszcze dojdzie coś na ścianę. Może kiedyś dojdzie również jakaś lampka na stolik nocny. Na pewno w przyszłości zainwestują w listwy sufitowe z pięknym rzeźbieniem i... lampę! Bo póki co z sufitu zwisa mi żarówka. Moja wymarzona, złoto-różowa lampa kosztuje ponad 800 zł, więc odkładam ten wydatek na lepsze czasy.
Może dojdzie jakiś dywanik przy łóżku. Może fancy kapcie :D Do zagospodarowania mam też całą białą ścianę równoległą! Może powstanie tam piękna galeria zdjęć albo półki z książkami? To się okaże. Póki co mam w sypialni piękny, skromny kącik do odpoczynku i piękny kącik biurowy - ale go pokażę Wam za jakiś czas.
Jeśli chodzi o łóżko i stoliki nocne - one są ze sklepu VOX. I są to meble naprawdę zajebiście funkcjonalne. W łóżku mam ogrom, dosłownie ogrom wszystkiego, co bez łóżka hm... nie wiem gdzie by się to podziało! Mam tam koce, albumy, pudełka od sprzętów, pamiątki. Pojemność tego łóżka naprawdę nie zna granic :D Stoliki nocne też mają fajne bajery, bo poza dwoma szufladami, mają listwę funkcyjną, a w niej miejsce na wazonik, ramkę do zdjęć, miejsce do ładowania telefonu. Podnosząc listwę do góry, można wsadzić do środka listwę elektryczną żeby mieć schowane jakieś źródło prądu. Przyborniki kompletuje się wedle własnego uznania - ja wybrałam wazonik, ramkę i miejsce do ładowania telefonu, ale obecnie tego nie używam.
I na koniec chciałabym wspomnieć o ostatniej rzeczy, która służy mi od dwóch lat i jest to absolutny must have każdej osoby, która ceni sobie zdrowie, wygodę i ekologię. Mowa o... materacu. Jest to materac ekologiczny Plantpur, model natural. Wierzcie mi... dopiero kiedy człowiek przerzuci się ze spania na zwykłym materacu, na materac tego typu - dostrzeże kolosalną różnicę. To jest jak przesiadka z malucha do Ferrari. Materac jak widzie jest naprawdę gruby, wysoki. Składa się z dwóch warstw. Pierwsza, górna to termoelastyczna pianka Visco, która zawiera do 50% olejów roślinnych. Dolna warstwa to pianka poliuretanowa z dodatkiem oleju kokosowego. Pierwsza warstwa charakteryzuje się odpornością na odkształcenia i zapewnia prawidłowe ułożenie ciała podczas snu. Poprawia też krążenie krwi. Druga warstwa zapewnia wygodę i komfort.
Materac mam od dwóch lat i bardzo łatwo utrzymuje mi się go w czystości. Wystarczy odpiąć przyszyty zamkiem materac nawierzchniowy i wrzucić go do pralki. Z materacem nie dzieje się kompletnie nic. Nie ma na nim żadnych wgnieceń, nie zmienia się struktura. Wszystko w dalszym ciągu jest w stanie idealnym. Niedawno sprzedawałam identyczny materacyk Poli, tylko że w mniejszym rozmiarze.


Ufff... to chyba na tyle. Bo tak co chwilę coś wpada mi do głowy, że warto o tym wspomnieć. Ale raczej nie ma już o czym wspominać. Wszystko Wam opisałam :) Jestem ciekawa jak Wam się podoba obecny stan sypialni? Dla zobrazowania zmian, wrzucam Wam małe porównanie:
PRZED:

PO:

To miejsce jest totalnie moje. Zależało mi na naturze, na ekologii. Na prostocie i cieple. To wnętrze takie własnie jest. Uwielbiam je! Kocham całym swoim sercem. Tak naprawdę do pełni szczęścia brakuje właśnie tych żaluzji, lampy i jakiegoś dywanika. Ale... wszystko w swoim czasie. Cieszę się, że udało mi się osiągnąć taki efekt za pomocą dosłownie kilku zmian.
Ściskam i całuję, A.
Mam tu raczej na myśli wersję bardziej lajtową, którą zazwyczaj wybieram czyli burger z piersią z kurczaka, a do tego masa warzyw! Mięso jem już od dawna baaardzo rzadko. Miałam nawet pomysł wyeliminowania go dużo bardziej drastycznie (chociaż i tak jem je max. 1 raz w tygodniu, czasem wcale) ale nie byłoby to zbyt korzystne posunięcie dla mojej chorej tarczycy. Podobno, bo każdy mówi coś innego. Zatem obstaję przy swoim zdroworozsądkowym podejściu: wszystkiego po trochu... na pewno nie zaszkodzi ;)
Wariacja z kolejnym burgerem wpadła mi do głowy przy okazji kontynuacji kampanii promującej produkty oznaczone logo Pewni Dobrego w marketach Auchan. Po raz pierwszy wspomniałam Wam o tym pisząc artykuł o niemarnowaniu żywności ---> 5 sposobów na to, jak nie marnować żywności.
Produkty oznaczone takim logo, to głównie produkty z polskich, lokalnych gospodarstw. Kupowanie ich wspiera naszą polską, lokalną gospodarkę. My z kolei, mamy pewność co do jakości kupowanej żywności. W przypadku kurczaka - mamy pewność, że jest bez antybiotyków. W przypadku jajek - że pochodzą one od kur z wolnego wybiegu, które są dobrze żywione i traktowane. W jajkach zerówkach, które kupiłam robiąc zakupy potrzebne do mojego burgera, znalazłam nawet liścik z namiarami na lokalne gospodarstwo, z którego te jajka pochodzą. To jest naprawdę świetne!



Ale do rzeczy! Bo dzisiaj to burger jest tutaj na pierwszym planie. Zrobienie go nie zajmie Wam wiele czasu, naprawdę. Podczas gdy w piekarniku będą robiły się frytki z batatów, wy na spokojnie zgrillujecie sobie kurczaka, podsmążycie pieczarki i przygotujecie resztę składników. Gotowi? To do dzieła!
BURGER Z WARZYWAMI + FRYTKI Z BATATÓW
SKŁADNIKI
Burger:
Sos:
Frytki:
Dodatki:


Przygotowanie:
Na początku zajmiemy się batatami. Ja na 1 porcją wykorzystałam pół dużego batata. Pokroiłam go na grubsze słupki. Fajnym patentem jest włożenie ich do woreczka foliowego i zamrożenie. Dzięki temu po upieczeniu będą bardziej chrupiące. Pokrojone bataty marynuję w oliwie z oliwek wymieszanej z solą, pieprzem, papryką słodką i czerwoną. Możemy od razu przełożyć je na papier do pieczenia, a dla lepszego smaku możemy je potrzymać w marynacie ok. 30 minut w lodówce. Bataty wkładamy do rozgrzanego do 200 stopni piekarnika na ok. 20-30 minut.

W czasie kiedy będą nam się piec frytki, my zajmiemy się burgerem. Dwie, trzy pieczarki przesmażamy na oliwie z oliwek na patelni. Na patelnię grillową wrzucamy pierś z kurczaka. W między czasie robimy sos - ok. 3 łyżeczki jogurtu naturalnego mieszamy z solą i pieprzem. Przeciskamy przez praskę jeden ząbek czosnku - mieszamy.
Na sam koniec, do piekarnika wkładamy przeciętą na pół bułkę, a na patelni rozpuszczamy kawałek masła i rozbijamy jajko. Bułka ma być w piekarniku tylko chwilę, tak żeby lekko się podpiekła. Obie połówki pieczywa smarujemy sosem czosnkowym i nakładamy: sałatę, mięso, kiełki, pieczarki - w takiej kolejności jak chcecie. Ja na koniec położyłam jajko sadzone i zamknęłam burger drugą połową bułki.


Do tego frytki z batatów, wyciśnięty sok z pomarańczy i pomidorki z kiełkami... pomimo, że jadłam zimne (wiadomo) to dawno nie zrobiłam sobie samodzielnie takiej uczty dla podniebienia! I mówię to ja: osoba, która nienawidzi jajek sadzonych. Robiłam takie jajko po raz pierwszy, a już nigdy przenigdy nie jadłam takiego burgera. Uwielbiam jednak rozpływające się żółtko i jednak dobrze, że zaufałam swojej intuicji i spróbowałam bo to było istne niebo.
W burgerach najlepsze jest to, że możecie je robić jak tylko chcecie, tworzyć dowolne kombinacje! A i tak wyjdzie pysznie. Już kiedyś robiłam podejście do burgerów i zrobiłam je nawet w dwóch odsłonach ---> Domowy fit burger na dwa sposoby.
Jestem ciekawa jakie burgery i z czym, wy najbardziej lubicie. I przede wszystkim - czy robicie je sami? Pamiętajcie, że jeśli dla mnie jest coś banalne, to dla Was też będzie. W kuchni jedyne co robię to sprzątam, a jak już gotuję, to to musi być coś łatwego, z czym poradziłoby sobie nawet dziecko. I burgery takie właśnie są.
Smacznego!





Zauważam teraz taką manierę u mam w wieku 20-23 (nie wszystkich oczywiście), ale zawsze stopuję się przed ocenianiem, bo... to po prostu taki wiek :P Z czasem to mija! Dlaczego jednak o tym piszę - a no dlatego, że będąc tą 21 latką, absolutnie i pod żadnym pozorem nie dałabym się namówić na żadną książkę dotyczącą tego, jak wychowywać dzieci. Kojarzyłam takie książki ze zbiorem czarno-białych rad a ja niekoniecznie chciałam iść za jakimiś złotymi radami. Ufałam intuicji. I to się wtedy sprawdzało. Ale kiedy dziecko rośnie, zaczynają się małe schodki. Bo nagle już nie trzeba tylko karmić, przewijać, tulić się i bawić. Trzeba często coś tłumaczyć, wyjaśniać, rozmawiać. I choć pragnę wierzyć, że każdy rodzic chce dla dziecka jak najlepiej, to niestety nie zawsze wie, co to "najlepiej" oznacza. Nieświadomie popełniamy ogrom błędów, które później skutkują problemami w życiu naszych dorosłych już dzieci. Wystarczy spojrzeć na ludzi w naszym wieku. Bujamy się z różnymi problemami i tkwimy w wielu schematach, które uprzykrzają nam życie. A gdzie tkwi przyczyna? A no najczęściej w dzieciństwie. I mogłaś mieć to dzieciństwo szczęśliwe i dobre jak cholera. A i tak, mogło dziać się coś niepozornego, co teraz ma na Ciebie negatywny wpływ. Może słyszałaś ciągle teksty typu: co ludzie powiedzą - i teraz w dorosłym życiu nie potrafisz żyć tak jak Ty chcesz, bo stale myślisz o tym jak odbiorą to inni. To tylko taki jeden z wieeelu przykładów, ale bardzo powszechny wnioskując chociażby po Waszych historiach, które opisujecie mi w wiadomościach.
Ale wracając do tematu książek - dziś traktuję je jako wielką inspirację i pomocne narzędzie w byciu dobrym rodzicem. Oczywiście wybieram je ostrożnie. Jeśli w jakiejś książce zobaczyłabym wskazówkę typu: daj karę, pozwól dziecku się wypłakać - to wyrzuciłabym ją do kosza, bo nawet nie chciałabym, żeby trafiła w inne ręce. Mam swoich ulubionych autorów, którzy są dla mnie wzorem i wiele od nich czerpię. I to ich pozycje najczęściej wybieram.
Nie jestem też w tym temacie jakąś maniaczką. Raczej stawiam na jakość, nie ilość. Wbrew pozorom, nie przeczytałam książek tego typu nie wiadomo ile. Ale te, które przeczytałam - miały ogromny wpływ na moją relację z Polę i na moje podejście do jej osoby i do jej wychowywania. I to są książki, do których często wracam. Bo... pamięć bywa zawodna a do starych nawyków bardzo łatwo wrócić. Oczywiście od razu mówię - wszyscy jesteśmy ludźmi. Możemy się starać nie wiadomo jak bardzo, ale i tak popełnimy po drodze jakiś błąd. Nie chodzi też oto, by książki były dla nas 100% wzorem jak traktować nasze dzieci. Każde dziecko jest inne. Ale ja wybieram raczej treści dość uniwersalne. Treści, dzięki którym nauczyłam się umiejętnie rozmawiać ze swoim dzieckiem, umiejętnie wyznaczać granice, umiejętnie pomóc mu przechodzić przez ciężkie chwile. I choć na początku te zmiany są dość nienaturalne, ciężkie do zastosowania w nieprzewidzianych sytuacjach - to wierzcie mi. Praktykowanie tego, staje się później normalką. Dla mnie nie ma już innej drogi rozmowy niż ta, w której akceptuję emocje dziecka, nie szydzę z nich, nie bagatelizuję. Dla mnie to normalka, że kiedy dziecko jest wściekłe i krzyczy, to ja na to pozwalam, a nie mówię: weź przestań krzyczeć. Pozwalam, a często sama mówię, np: jesteś zła? Pola mówi, że tak. A ja na to: to weź kartkę i narysuj jak bardzo! Bo ja jakbym była zła, to narysowałabym ... - i wierzcie mi, ja się już do tego nie zmuszam. Dla mnie to normalna reakcja, której się nauczyłam i która odmieniła mnie i moje dziecko.
No ale wy czekacie na te książki mądrych ludzi, a nie tam mamalowe gadanie :P No to proszę. Oto książki, które naprawdę odmieniają jakość rodzicielstwa!
Elaine Aron
Wierzcie mi, nie przesadzę jeśli powiem, że ta książka odmieniła mnie, moje dziecko i naszą relację. Ale przede wszystkim pomogła mi bardziej zrozumieć Polę i jej pomóc. A Pola zyskała na tym najwięcej. Pola nie była nigdy zdiagnozowana jako wysoko wrażliwe dziecko, ale pani psycholog, która była na obserwacji w przedszkolu, podesłała mi kilka materiałów o takich dzieciach i zapytała, czy są tam elementy, z którymi bardzo utożsamiam moje dziecko. Zaczęłam więc czytać, szperać i... kupiłam tą książkę. Totalnie odmieniła mój sposób komunikacji z Polą. To co uważałam w głębi duszy za słabości Poli - zaczęłam postrzegać jako dar. Książka świetnie obrazuje różne oblicza wrażliwości, opowiada o różnych dzieciach, o podejściu do nich - a ono musi być naprawdę cholernie wyważone i ostrożne. Przynajmniej na początku tak to wygląda. Później staje się to normą. Sposób komunikacja, wzmacnianie. Przy wrażliwcach czasem trzeba się nagimnastykować, żeby coś wytłumaczyć, żeby wesprzeć, ale również żeby wytyczyć granice - i zrobić to umiejętnie, nie sprawiając, że dziecko zaraz zrobi 10 kroków w tył.

JAK MÓWIĆ, ŻEBY DZIECI NAS SŁUCHAŁY, JAK SŁUCHAĆ ŻEBY DZIECI DO NAS MÓWIŁY
Adele Faber, Elaine Mazlish
Bardzo fajna pozycja, która nauczyła mnie komunikacji z moim dzieckiem. Komunikacji opartej na szacunku, zrozumieniu potrzeb i emocji dziecka. Wiele przykładów z życia rodziców takich jak my. Wiele przykładowych dialogów, prawdziwych sytuacji. Książka daje do myślenia i choć na początku zastosowanie się do "wytycznych" może być ciężkie, to kiedy jednak będziecie próbować i zauważycie efekt - uwierzcie mi, nie będziecie już wracać do starych nawyków. Dla mnie taką przełomową sytuacją, kiedy stwierdziłam: o matko, to działa! - była sytuacja, kiedy Pola była mega wściekła z powodu jak dla mnie błahostki. Przystanęłam jednak, wzięłam głęboki oddech i powiedziałam: rozumiem, że jesteś zła, bo... - Pola na to: tak, jestem wściekła! Następnie zasugerowałam jej, żeby wzięła kartkę papieru i pokazała mi jak bardzo. Zaczęła na niej rysować, gnieść ją, na koniec ją podarła. Ja zrobiłam mniej więcej to samo, wymachując jeszcze teatralnie rękoma, że ja też bywam taka wściekła. Na koniec po prostu razem zaczęłyśmy się śmiać i spokojnie opuściłyśmy dom. To było dla mnie mega fascynujące przeżycie, które pokazało mi, że nie ma nic lepszego niż pokazanie dziecku, że się je rozumie i pokazanie mu, jak może dać ujście swoim emocjom i sobie z nimi poradzić.

JAK MÓWIĆ, ŻEBY MALUCHY NAS SŁUCHAŁY
Joanna Faber, Julie King
Tutaj książka, której strategie oparte są na wyżej wspomnianej. Jest ona jednak kierowana do rodziców dzieci w wieku 2-7 lat. I ta literatura również uczy dobrego dialogu między rodzicem a dzieckiem. Pokazuje jak się komunikować, jak rozwiązywać trudne sytuacje. Książka zmienia nasze podejście do rozmów i dzieci. Sprawia, że nagle zaczynamy mówić to samo co wcześniej, ale innymi słowami bardziej trafnymi słowami. I tak drobna wydawałoby się zmiana, zmienia całą naszą komunikację z dzieckiem i całą naszą relację z nim. Naprawdę - to jest niesamowite i jeśli naprawdę przyłożycie się do tego, żeby wyciągnąć z tej książki jak najwięcej, to zrozumiecie co miałam na myśli. Tak samo jak w powyższej pozycji. To co czyni tą książkę autentyczną, to realne historie rodziców, którzy mieli z komunikacją problem i opowiadają o tym, jak się to zmieniło po wprowadzeniu kilku zmian. To do mnie przemawia. Nie suche fakty, ale liczne przykłady i historie rodziców takich jak ja. Szczegółowo opisane sytuacje, dialogi. To sprawia, że książka po prostu daje nam na tacy przykład tego, w jaki sposób możemy rozmawiać z dzieckiem w danych sytuacjach. Dla mnie to jest kosmos, że słowa, które wypowiadamy mają tak wielką moc. Źle dobrane, potrafią burzyć, ale przemyślane - potrafią budować wspaniałą relację i dialog.

Agnieszka Stein
To Wasza rekomendacja. Kiedyś zapytałam Was o książki w temacie wychowania, które polecacie. Ta książka była wspominana przez Was zdecydowanie najczęściej. Jestem dopiero w trakcie jej czytania, ale już wiem, że to powinna być lektura obowiązkowa KAŻDEGO RODZICA! Wszystkie te kwestie, które są dla wielu rodziców tematem tabu, są w tej książce opisane naprawdę prosto i zrozumiale. Książka otwiera oczy na wiele kwestii związanych z seksualnością naszych dzieci i wspieraniem ich w tym temacie.
Moim zdaniem mimo, że idziemy jako społeczeństwo do przodu i mamy coraz większą świadomość - wciąż wychowujemy dzieci w poczuciu wstydu, uznając temat ich ciał i seksualności za coś czego należy się wstydzić. To bardzo szkodliwe. Ludzie krzyczą: nie chcemy edukacji seksualnej naszych dzieci przez innych ludzi! - nie wiem, może wydaje im się, że dzieci na lekcjach będą ściągać majtki i się masturbować? Celem edukacji seksualnej jest PRZEDE WSZYSTKIM wskazanie granic, szacunek, umiejętność mówienia NIE i wyraźnego dostrzegania przemocy. Oglądam teraz serial SEX EDUCATION i przyznam, że refleksji mam przy każdym odcinku milion. Bo niesamowicie zobrazowane jest to, jak BRAK WIEDZY szkodzi i jak młodzi ludzie tej wiedzy pragną! Ale z większością dzieciaków nie ma kto pogadać na tematy seksu, naszego ciała itp. Wiele bym dała, żeby ktoś kiedy byłam nastolatką, wyjaśnił mi podstawowe rzeczy, rozwiał wątpliwości. To nieludzkie błądzić jak dziecko we mgle w tak poważnych kwestiach i potem wkraczać w dorosłość nadal nie znając odpowiedzi albo szukając ich w beznadziejnych miejscach. WIEDZA to jest klucz do sukcesu, na każdej życiowej płaszczyźnie.
Tymczasem wciąż spotykam się z matkami, które mówią dzieciom: nie dotykaj się tam! Nie ładnie! - od małego wpajają dzieciom, że dotykanie się, że miejsca intymne to coś złego, wstydliwego. Nie wspomnę o 30 letnich kobietach, które na słowo: cipka, wagina czy penis dostają wypieków na twarzy i nerwowo chichoczą. Mogłabym wymieniać bez końca.
W każdym razie - jestem dopiero w trakcie czytania, ale już mogę Wam polecić tę książkę z ręką na sercu. Jestem naprawdę szczęśliwa, że mamy na rynku taką literaturę i że możemy z niej czerpać, a co za tym idzie - być lepszymi rodzicami, którzy mają szansę popełnić mniej błędów wychowawczych niż poprzednie pokolenia.

JAK WSPIERAĆ ROZWÓJ PRZEDSZKOLAKA?
Monika Sobkowiak
Kilka miesięcy temu pomyślałam sobie, że super byłoby mieć książkę, w której będę konkretnie opisane dane grupy wiekowe, zabawy, umiejętności. No i jakiś czas później w ręce wpadła mi książka z wydawnictwa Samo Sedno, która zaspokoiła moją potrzebę :)
Autorka książki w każdym rozdziale opisuje ogólnie np. rozwój społeczno-emocjonalny dziecka albo rozwój mowy - a potem opisuje co potrafi w tym temacie typowy 3,4,5 lub 6 latek. Do tego w każdym rozdziale są propozycje świetnych zabaw i ćwiczeń dla danej kategorii wiekowej w danej sferze np. czytanie i pisanie, stymulacja rozwoju mowy dziecka.
Dla mnie ta książka jest wspaniała przede wszystkim dlatego, że mogłam sobie sprawdzić co w danym wieku dziecko POWINNO już potrafić, na co jest jeszcze czas i jak w danych sferach mogę je na dany moment wspierać. Książka zawiera dużo cennych wskazówek i nadaje się zarówno dla nauczycieli jak i każdej innej osoby, która pracuje z dziećmi w wieku przedszkolnym, oraz dla nas - rodziców. Np. u nas obszarem nad którym należy pracować i go wzmacniać jest pamięć i koncentracja. Dlatego rozdział o tym był dla mnie szczególny ważny, bo mogłam sobie zaznaczyć zabawy, które mogą wprowadzić w domu i w ogóle zauważyć, że nad czymś trzeba popracować.
Mam tylko jedno dziecko i brak jakiegoś większego porównania. Wiadomo, każde dziecko jest inne, ale nie mając porównania, można łatwo przeoczyć, że dziecko coś już powinno potrafić, albo że ma z czymś problem i jest daleko w tyle. Matce zawsze jest to zauważyć trudniej. Dlatego np. mamy potem 5 letnie dzieci, które mówią tak, że nikt ich nie rozumie - a mama nie widzi w tym problemu, bo mama je rozumie i jeszcze najgorzej jeśli nie widuje na co dzień innych dzieci i myśli, że to norma - w konsekwencji dziecko nie jest nawet pod opieką logopedy.
Naprawdę, polecam Wam z całego serca! Zwłaszcza, że książka jest napisana totalnie zrozumiałym dla każdego językiem. Miałam ogromną frajdę podczas jej czytania :)

Dzisiaj to na tyle. Wiem, że mogę stwarzać czasem pozory, że skoro tyle czytam, to książek o dzieciach przeczytałam pewnie setki. Ale jak widać wolę raz na jakiś czas solidną lekturę, nawet taką na kilkaset stron, ale przeczytaną z uważnością i dokładnością. Książka o wrażliwości i seksualności jest cała w podkreśleniach i wykrzyknikach narysowanych ołówkiem. Zaznaczam nim najważniejsze dla mnie fragmenty. I tak musiałam się solidnie przełamać, żeby wgl porysować czymś książkę. Są osoby, które kreślą fragmenty różnymi mazakami - ja nie potrafię :D Ale do ołówka się przełamałam i dzięki temu wracam często do tych wyszczególnionych przeze mnie fragmentów.
Czy będę czytać następne książki w tym temacie? Na pewno. Kilka czeka już nawet w kolejce. Póki co, chcę uważnie przebrać przez Nowe Wychowanie Seksualne i wyciągnąć z tej książki możliwie najwięcej dobrego.
Jeśli macie jakieś polecenia w temacie rozwoju dzieci - napiszcie mi proszę swoje propozycje w komentarzach. Przydadzą się nam wszystkim.
Ściskam, A.
Jak w dzisiejszym świecie zatrzymać się, wziąć oddech? Jak przestać zamartwiać się o przyszłość, rozpamiętywać przeszłość? Jak przestać, skoro życie niejako to od nas wymusza? W ostatnim czasie wiele mówi się o idei #slowlife. Wielu z nas kojarzy to z wolnym niespiesznym życiem, leniwymi porankami, spokojną drogą do pracy... sielanką z dziećmi, wielogodzinną zabawą niezmąconą obowiązkami. A tu wcale nie chodzi o taką idealną wizję i tryb SLOW na każdym etapie naszej codzienności. No bo nie oszukujmy się - to nie jest możliwe! Chyba, że dorobiłeś się milionów i jesteś na emeryturze. Wtedy możesz żyć naprawdę slow. Ale większość z nas to ludzie, którzy codziennie pracują, wychowują dzieci, pną się po szczeblach kariery, stale rozwijają, mają na głowie multum rachunków i spraw do ogarnięcia.
I właśnie dlatego, że przyszło nam żyć w czasach chaosu i pośpiechu - musimy uruchomić w sobie takie przyciski jak: STOP oraz ZWOLNIJ a także... ZAUWAŻ. Bo slow life to nie jest ta idealna wizja niespiesznego życia. Slow life to uważność. To umiejętność dopasowania się do zewnętrznych warunków i nie jechania na autopilocie. To umiejętność zauważenia siebie i swoich myśli, kiedy wszystko wkoło zdaje się być w przyspieszeniu. To poprowadzenie swojego życia tak, by ten pośpiech nie przygniótł nas swoim ciężarem, ale byśmy my sami nadawali mu tempo.
Większość z nas żyje z dnia na dzień, skupiając się nadmiernie na przyszłości, na tym co będzie. Wielu z nas jedną nogą tkwi też w przeszłości - żal, rozgoryczenie, poczucie niesprawiedliwości. Nie zagojone rany, które ciągle krwawią, bo stale je rozdrapujemy. I tak umyka nam dzień za dniem. Wczoraj już dawno minęło, jutro nigdy nie nadchodzi. Człowiek, który żyje w taki sposób, nie żyje wcale. On jest zawieszony pomiędzy dwoma światami - i co najgorsze: żaden z tych światów nie istnieje. Nie ma już żadnego WCZORAJ, ani nie ma żadnego JUTRO. Jest tylko dzisiaj. TU i TERAZ, na którym wciąż mało z nas umie się skupić. TERAZ? Czym jest dla Ciebie ta właśnie chwila? Niczym. Większość z nas tak zachłannie dąży do lepszej przyszłości i lepszych czasów, że zapomina żyć naprawdę. W efekcie, nie zacznie żyć nigdy. Bo jeśli nie umiesz żyć tu i teraz, to nie będziesz tego umiał nawet kiedy zrealizujesz swoje cele, po które tak biegniesz. Bo jak już je zrealizujesz, to chwilowa euforia minie. Wymyślisz sobie pięć kolejnych celów, a radość z życia znów odłożysz na później. Ludzie uzależniają swój sens życia od tego, w jakim kierunku biegną.
Czy to znaczy, że nie masz do niczego dążyć?
Że nie masz stawiać sobie celów, nie masz o niczym marzyć? W żadnym wypadku! Cele, marzenia, rozwój - to jest coś co sprawia, że osiągamy sukcesy, że stale mamy otwarty umysł, nie jesteśmy zamknięci na nowe. Tylko ta droga do celu, nie może przysłaniać nam chwili obecnej. Można iść po swoje, ale znacznie lepiej będzie się po to szło, jeśli będziemy umieli zatracić się w chwili obecnej. Która z dróg wydaje Ci się lepsza? Ta, w której idzie do celu idzie się zaślepionym tymże celem i nie zauważa się żadnych pięknych widoków po drodze? Nic się nie dzieje? I nagle okazuje się, że dla celu straciłaś 5 lub 10 lat swojego życia? Czy może lepsza jest ta droga, w której idziesz do celu, ale zauważasz wszystko co mijasz. Delektujesz się tym, doceniasz. Umiesz przystanąć, zrobić sobie przerwę. A po drodze przydarza Ci się mnóstwo wspaniałych rzeczy. Oczywiście, że ta druga. Bo w tej drugiej nic nie tracisz. W tej pierwszej... tracisz życie.
Zatem jak umieć się zatrzymać i doceniać chwilę obecną?
Trzeba nad sobą pracować. Trzeba zacząć od małych kroków. Na przykład od tego, że nie wyjedziemy z parkingu na autopilocie, tylko usiądziemy z tyłkiem na siedzeniu i pomyślimy sobie: jak zajebiście mieć auto... jak zajebiście móc dojechać nim bezpiecznie do pracy. Kiedyś o tym aucie marzyłeś, prawda? A teraz jeżdżenie nim jest dla Ciebie tak proste i automatyczne jak oddychanie. Włącz piosenkę, zacznij śpiewać. Na czerwonym świetle uśmiechnij się do ludzi w autach obok. TERAZ - tylko teraz żyjesz, tylko w tej chwili. Dlaczego masz ją zmarnować na automatyczny tryb, w którym niczego nie zauważasz, niczego nie doświadczasz?
Idź do pracy, zrób coś inaczej niż zwykle. Przypatrz się czemuś, na co nie zwracałeś uwagi. Porozmawiaj z kimś, zapytaj o jego dzień, samopoczucie. Na lunchu delektuj się każdym kęsem, nie rób tego automatycznie. Wybierz inną drogę do domu. Zrób inną niż dotychczas kolację. Przestań siedzieć myślami ciągle w pracy. JARAJ się tym, że tu i teraz żyjesz. Pocałuj ukochaną, włącz muzykę na full i zacznij tańczyć z dzieckiem. I ciesz się tym. Ciesz się jak idiota. Ciesz się tak, jakbyś przez 10 lat chorował i właśnie się dowiedział, że doznałeś magicznego uzdrowienia. Człowieku! Masz się czym cieszyć, naprawdę. Żyjesz, chodzisz, oddychasz, widzisz. Przeszłość? Ona już odeszła, nie wróci! Przyszłość? Nadejdzie! I będzie dobra taka jaka będzie. Jeśli tylko będziesz umiał dobrze żyć właśnie w tym momencie, w którym teraz żyjesz - Twoja przyszłość zawsze będzie dobra. Nie będzie bezproblemowa, ale będzie dobra taka jaka będzie, bo będzie Twoja!
Rób sobie przerwy w życiu. 10 minut sam na sam. Tylko Ty i Twój oddech. Zamknij oczy, skup się na tym jak oddychasz. Wdech, wydech. Zauważaj swoje myśli, przypatruj się im i pozwól im odejść. Po 10 minutach będziesz zaskoczony jak całe napięcie i niespokojne myśli, po prostu odeszły.
Doceniaj chwilę obecną. Zauważaj co właśnie robisz, co mówisz, o czym myślisz. Zacznij się przyglądać sobie i światu. Wierz mi - dostrzeżesz rzeczy, których nie widziałeś nigdy. Mimo, że mijałeś je codziennie.
Dostrzegaj ludzi. Pomagaj im, mów do nich, bądź dobry. Nie bądź głuchy na czyjeś wołanie o pomoc. Umiej wyciągnąć rękę. Miej otwarte serce.
Codziennie dziękuj. Za to, co się dzisiaj dobrego wydarzyło. Za uśmiech nieznajomej, za zielone światło, za dobrą wiadomość, za pyszny obiad.
Dbaj o siebie. Chore i zaniedbane ciało, to chory i zaniedbany umysł - i na odwrót. Dbaj o swój sen, o zdrowe pożywienie, o balans. Dbaj o swoje myśli. Twoje myśli kreują Twoje życie. Jeśli są pełne chaosu, niepokoju i złości - całe Twoje życie takie będzie. Ruszaj się, spędzaj czas na świeżym powietrzu. Zamiast gapić się w telewizor godzinami, poćwicz, poskacz, potańcz! Odłóż telefon na 2 godziny przed snem i nie łap go od razu, kiedy obudzisz się rano.
Ufaj. Ufaj temu, że Twoja przyszłość jest jasna i dobra.
Nakręcaj się pozytywami. Czytaj pozytywne książki, otaczaj się ludźmi z dobrą energią. Nie obgaduj, nie krytykuj, nie oceniaj. Nie karm się złymi wiadomościami, nie czytaj dyskusji w internecie. Nie obserwuj kont, które Cię irytują.
Ogranicz bodźce z zewnątrz. Wyłącz powiadomienia na telefonie. Ja nie mam ich żadnych! Przestań obsesyjnie wchodzić na media społecznościowe. Zamiast trzecich wiadomości, posłuchaj mądrego podcastu albo fajnej piosenki.
Pracuj nad sobą. Codziennie i wytrwale. Rozprawiaj się ze swoimi problemami, a jeśli nie umiesz poradzić sobie sama - idź na psychoterapię. To najlepsze co człowiek może zrobić dla swojego rozwoju.
Bądź świadomy. Tego co robisz, co mówisz, jakie wybory podejmujesz. Bądź świadoma tego o czym myślisz, jak się czujesz. Słuchaj siebie, swojego ciała. Dostrzegaj znaki, które daje Ci świat.
Przestań usprawiedliwiać się brakiem kasy. Najważniejsze rzeczy w życiu są za darmo. Nie potrzebujesz pieniędzy do tego, żeby wyjść na spacer, pograć z dziećmi w piłkę czy zostawić ukochanemu liścik z napisem: Kocham Cię.
PRZYGLĄDAJ SIĘ ŻYCIU. Po prostu.
Temu co się dzieje wokół Ciebie. Pobudź wszystkie swoje zmysły. Poczuj zapachy (tylko nie w autobusie latem), dotykaj, słuchaj, smakuj. Życie ma smak tylko wtedy, jeśli potrafisz rozkoszować się chwilą obecną.
SHIT HAPPENS
I na koniec muszę, po prostu muszę to dodać, bo uważam że w tym całym mówieniu o tworzeniu dobrego życia o życiu tu i teraz, zbyt mało mówi się o tym, że ... shit happens. Szambo będzie co jakiś czas wybijać, nie ważne jak pięknie i uważnie będziesz żyć. I to jest jak najbardziej OK! Emocje takie jak smutek, złość - to wszystko będzie Was dotykać tak czy siak. Ale Wasze życie nabierze zupełnie innej jakości, jeśli nauczycie się te emocje rozumieć i je totalnie akceptować. Że jak jest mi teraz źle i chujowo, to to jest ok i mam prawo tak się czuć. A jeśli jakiś problem i emocje z nim związane przychodzą do nas zbyt często, to znaczy, że coś w życiu musimy przepracować. I jeśli nie umiemy sami, to z kimś! I to też jest OK!
W swoim krótkim życiu topiłam się już w niejednym szambie i z doświadczenia wiem, że można z siebie zmyć cały jego zapach i nauczyć się żyć inaczej. Szamba wybierałam sobie regularnie większe i mniejsze i mam wrażenie, że na własne życzenie się w nich podtapiałam. Dziś wiem, że można inaczej. Po wielu latach pracy nad sobą, analizowania swoich problemów, wdrażania w codzienność krok po kroku nowych nawyków - wstawanie rano jest dla mnie teraz najlepszą porą dnia, bo wstaje i jak idiotka, nie mogę przestać się cieszyć, że oto nadchodzi nowy dzień i ciekawe co mnie dzisiaj dobrego czeka. Żyję tu i teraz. Nie zawsze, ale w przeważającej ilości dni. Dostrzegam to co we mnie i wokół mnie. Autopilota zostawiam sobie na kryzysowe sytuacje, kiedy jedyne o czym myślę, to żeby przetrwać.
I wiecie co? Kiedy poczujecie na własnej skórze jakość uważnego życia... nie będziecie chcieli już żyć inaczej. Ale pamiętajcie o jednym - jeśli przez kilkadziesiąt lat jechaliście na autopilocie, to nie zmienicie tego ot tak, na pstryknięcie palcem. Będzie to wymagało Waszej konsekwentnej i wytrwałej pracy nad samym sobą. Momentami będzie ciężko. Ale obiecuję - będzie warto.
Dobrego życia.
A.
Dla mnie priorytet, bo tylko wtedy kiedy sama siebie otoczę miłością i troską - będę mogła otoczyć tym też innych ludzi. Bycie matką polką cierpiętnicą, kobietą myślącą o wszystkich tylko nie o sobie, to nie jest żaden powód do dumy - to coś, z czym powinniśmy walczyć i ten mit stanowczo obalać.
Oczywiście jestem mamą i wiem, że mając dzieci, czasem nasze potrzeby schodzą na dalszy plan. Nie kupię sobie, kupię dziecku. Nie zrobię czegoś tam dla siebie, ale zrobię coś z dzieckiem. I to jest ok, o ile nie zaczyna być przykrą, codzienną normą, w której stopniowo zapominamy o sobie, własnej tożsamości i o tym co jest dobre DLA NAS SAMYCH.
W tym roku moje postanowienia przyjęły formę mnóstwa małych celów i zadań na już, na bliższy czas. Mam też dwa większe, które bardziej niż celami do osiągnięcia są procesami, przez które chcę przejść, ale o tym powiem Wam w odpowiednim momencie!
Na początku stycznia otworzyłam jeden ze swoich notesów, a w nim wypisałam swoje ogólne postanowienia w kategoriach: ciało, ekologia, macierzyństwo, rozwój/pasje, finanse, biznes, życie towarzyskie, codzienna rutyna, podróże, dom.
W każdej kategorii znajdują się dość ogólne hasła, choć zdarzają się też i jakieś drobne cele do odhaczenia. Bardziej skupiłam się na długofalowych, codziennych działaniach, dzięki którym będę czuć się spełniona, spokojna, zadbana.
Do tego, na początku każdego miesiąca zapisuję sobie cele/zadania na ten właśnie miesiąc, żeby wiedzieć na czym się skupić. Sporo z tych rzeczy to rzeczy, które ciągle były odkładane: na później. Nie chcę już czekać z niczym na później. Bo po co?
Dziś chciałabym się z Wami podzielić tymi postanowieniami w zakresie SELF CARE. Jest to bardziej moja rutyna, niż coś co muszę w sobie szczególnie wypracować. Ale są to rzeczy, o których na blogu jeszcze nie wspominałam, zatem... do dzieła!
REGULARNE BADANIA - no bo jak tu "system" zawiedzie, to już cała reszta podpunktów będzie ch*** warta :P Choruję na hashimoto i niedoczynność tarczycy, więc co jakiś czas obowiązkowo podstawowa morfologia + tarczyca + sprawdzenie poziomu witamin.
UPORZĄDKOWANA PRZESTRZEŃ - będę tutaj trwać wytrwale przy swojej teorii, że porządek wokół nas, to również porządek w naszej głowie. Sama jestem z natury bałaganiarą, ale w ostatnich latach doznałam metamorfozy i z racji, że większość czasu pracuję w domu - muszę mieć w nim czysto. W moim przypadku zahaczało to jednak już o pedantyzm, więc znalazłam złoty środek. Nie drażnią mnie już aż tak pojedyncze rzeczy nie na swoim miejscu, ale ogólnie przestrzeń musi być czysta, no po prostu.
PICIE YERBY - zaczęłam ją pić dopiero w święta u mojej siostry i choć dopiero w temacie raczkuję, to już zauważam jak pięknie wpływa ona na jasność naszego umysłu i na naszą energię oraz koncentrację. Więcej jednak napiszę dopiero jak już będę mieć w tym dłuższy staż.


PROWADZENIE KALENDARZA 2020 - tego od Naturalnej Bogini, który pomaga nam żyć w zgodzie z naturą, naturalnym cyklem, wchodami i zachodami słońca, pełniami księżyca. Opowiadałam Wam już o nim na stories oraz we wpisie ze świątecznymi prezentami. Codziennie sprawdzam w kalendarzu jaką mamy fazę księżyca, notuję też na jakim etapie cyklu menstruacyjnego właśnie jestem. To pozwala mi lepiej rozumieć swoje emocje, potrzeby, ale też lepiej dopasować czynności, które sobie na dany dzień zaplanowałam. Wkręciłam się w ten temat niesamowicie i muszę Wam powiedzieć, że życie zgodnie z naturalnym rytmem jest dla kobiety niesamowitym, duchowym przebudzeniem.


PORANNA I WIECZORNA PIELĘGNACJA - nie będę Wam ściemniać. Nie zawsze to wygląda jak #homespa, czasem to po prostu wklepanie kremu w twarz i rozpoczęcie kolejnego dnia pełnego obowiązków. Ale mam taką regułę, że jeśli nie rano, to wieczorem - i na odwrót. Otóż każdego dnia, muszę i chcę poświęcać swojemu ciału i twarzy więcej niż 5 minut. Dokładnie je wymasować, oczyścić, nasmarować.
Pokazywałam Wam niedawno francuskie kosmetyki Corine De Farm, które testowałam w grudniu. Obecnie to one zajmują większość miejsca w mojej szafce, odkąd zdecydowałam się na to, że zostawiam w niej tylko kilka sprawdzonych i zaufanych perełek od 3/4 najbardziej lubianych przeze mnie marek kosmetycznych. Produkty Bio Organic Skin Care można obecnie dostać w sieci sklepów Rossmann. Jest też świetna seria Baby Bio.
Pielęgnację wieczorną dzielę na 3 etapy (poranna ma dwa, bez demakijażu):





To taka podstawowa pielęgnacja. Raz w tygodniu staram się pamiętać też o peelingu i jakiejś masce. Na co dzień raczej się nie maluję. Odkąd byłam na laserze frakcyjnym, większą uwagę przywiązuję do stanu mojej cery, która obecnie jest dla mnie w naprawdę dobrej kondycji.
MEDYTACJA - jak już zapewne wiecie, ta czynność stała się moją codziennością. Medytuję rano i wieczorem, dzień w dzień. Dzięki temu mam otwarty umysł, jestem spokojna i naprawdę ciężko mnie czymś rozdrażnić. Jestem pozytywnie nastawiona do świata i do ludzi i to jak wszystko postrzegam jest dla mnie niesamowitym darem. Jeśli wciąż nie wiecie z czym to się je, zapraszam do lektury mojego wpisu: Jak zacząć medytować? - znajdziecie w nim również wyzwanie, do którego możecie dołączyć w każdej chwili. Obiecuję - to odmieni Wasze życie!
Ja zamierzam w tym roku jeszcze bardziej wejść w temat medytacji i myślę, że sami się nie spodziewacie co takiego planuję!
POSIŁKI WG AJURWEDY - moje życie toczy się pod wieloma względami tak, jak zaleca Ajurweda czyli najstarszy na świecie system medyczny, powstały w Indiach. To dzięki ajurwedzie, zmieniłam znacznie swój styl życia i odkryłam w sobie nowe pokłady zdrowia i energia. Raczej wyznaję zasadę: wszystko jest dla ludzi - ale jednak nie mogę tak do końca odżywiać się jak w pełni zdrowy człowiek i nie mogę też sobie pewnych kwestii olewać, bo mój organizm zaczyna wtedy szaleć. Ajurweda to nie są sztywne zalecenia i zasady - ajurweda bardziej skupia się na tym by zrozumieć powiązania pomiędzy umysłem, ciałem, duszą, zmysłami. W dużej mierze skupia się na zrównoważonym, otwartym umyśle.
W tym roku, chciałabym jednak bardziej wejść w świat Ajurwedy i w świat ajuwerdyjskich posiłków - i chcę zobaczyć jak to na mnie działa, jak działa na moje Hashimoto. Jestem bardzo ciekawa tej przygody i czuję, że idę w dobrym kierunku <3
W temacie #selfcare mogłabym wymieniać i wymieniać. Bo to także temat ekologii, życia w zgodzie z naturą, bycia jak najbliżej niej. To także dobre relacje z ludźmi, miłość do samej siebie, higiena ciała i umysłu. To otwarte spojrzenie na świat i ludzi. To zdrowe żywienie, ruch, świeże powietrze. W tym roku kontynuuję swoją przygodę z bieganiem i szczerze mówiąc... jestem ciekawa gdzie dobiegnę :P Bieganie zmieniło znacznie moje życie i ukształtowało moją osobowość. I choć wciąż mam krótki staż w tej dyscyplinie, to jestem już jej oddana całym sercem.
SELF CARE. To nie tylko maseczki i przeciwdziałanie cellulitowi. To równowaga ciała, duszy i umysłu. To dbanie o siebie, na każdej możliwej płaszczyźnie. Dajmy sobie zatem miłość, czułość, troskę i opiekę. SAMI. W przeciwnym razie, nie będziemy w stanie 100% i bezwarunkowo dawać dobrej energii innym.
Jakie zatem będzie Twoje postanowienie w tej dziedzinie? Co w tym roku chcesz sobie dać? O co zadbać? Wierzę, że wkrótce znajdziesz prawidłową odpowiedź.
Wszystkiego dobrego!









