Dobre filmy na wieczór to główny powód, dzięki któremu nie jesteśmy przeciwnikami telewizji, wręcz przeciwnie. Uważam, że każdy swój rozum ma i potrafi rozsądnie wybierać kanały telewizyjne. Nie oglądamy od rana do nocy TVN24 czy innych ogłupiających stacji, które niby mają nas informować, a jednak robią wodę z mózgu, sprytnie sugerując nam w jaki sposób mamy myśleć i postrzegać świat.
Lubię po całym dniu usiąść wygodnie na kanapie i lubię obejrzeć dobry film, który nawet jeśli trzyma w napięciu - to odrywa od szarej rzeczywistości. Nagrywam to co najfajniejsze, by móc oglądać to kiedy tylko zechcę Mam listę ulubionych filmów, które mogłabym oglądać w kółko.
Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić 10 filmów idealnych na piątkowy wieczór - takich, które są warte obejrzenia, mają fajną fabułę, nie nudzą i nie sprawiają, że drapiemy się po głowie, myśląc : czemu ja to właściwie oglądam?! Dobre filmy na wieczór są ... dobre na wszystko. Podczas ich oglądania nie myślimy o problemach, nie analizujemy, zapominamy o ciężkim dniu, który jest już właściwie za nami.
Co prawda gusta filmowe są tak różne, że logiczne iż nie dogodzi się każdemu. Nie raz już spotkałam się z sytuacją, kiedy film absolutnie dla mnie mistrzowski, był dla kogoś totalnym kiczem. W większości jednak wynika to z niezrozumienia przekazu - łatwo więc krytykować coś, z czego nic nie wynieśliśmy, bo nie zajrzeliśmy "głębiej". Jeśli chodzi o rodzaj filmów, to i tutaj stawiam na absolutny misz-masz. Czasem lubię dobry, psychologiczny scenariusz, który zmusza do myślenia... a czasem mam ochotę po prostu się pośmiać, bez zbędnego domyślania się o co chodzi, bez napięcia, na totalnym luzie.
Jestem ciekawa czy widzieliście wszystkie filmy z poniższej listy... dobrze dobrane filmy na wieczór, będą nadawać się nie tylko na piątkowe lenistwo, ale na... każdy wieczór! ;) Sprawdźmy!

Mój number one. Jest nagrany na dekoderze od jakiś dwóch lat, a oglądany przeze mnie już jakieś ... kilkadziesiąt razy ;) Dialogi, mimika aktorów, mega śmieszne scenki - rzadko śmieję się w głos, ale na tym filmie śmiechem wybucham ZAWSZE co kilka minut. Nie znudzi mi się chyba nigdy... film opowiada o ... rodzince! :) Wszystko byłoby fajnie, tylko, że... rodzina nie jest prawdziwą rodziną, a udaje ją tylko po to, by przemycić z Meksyku "trochę" trawki... ile konkretnie i jak to się skończy - no cóż, tego dowiecie się już z filmu. Jest na prawdę GENIALNY!

Tutaj z kolei pozycja dająca mocno do myślenia. Po filmie następuje tak zwane przewartościowanie swojego życia. Łzy gwarantowane. To co oprócz docenienia własnego życia możemy wynieść z tego filmu, to przede wszystkim nie trzymanie się schematów oraz wyzbycie się z siebie wiecznego oceniania innych po wyglądzie. Bo nie zawsze koleś z jointem, który czasem bierze udział w bójkach, musi być od razu złym człowiekiem... Jeśli jesteście w nastroju na takie kino, to z pewnością nie pożałujecie.

Jeśli filmy na wieczór kojarzą Wam się z filmami o spokojnej acz wciągającej fabule to ta pozycja będzie idealna. To jeden z tych filmów, na który trafiłam przypadkiem w TV i od pierwszych sekund wiedziałam, że z takimi ujęciami i z takim aktorem jak Tom Hanks, film musi być naprawdę dobry. Obejrzałam wciągnięta do samego końca... raz, drugi i trzeci! Film opowiada o turyście, który lecąc do Ameryki dowiaduje się, że w jego ojczyźnie doszło do zamachu stanu, a to oznacza, że... turysta zostaje "uwięziony" na lotnisku. I to tam zaczyna rozgrywać się jego życia, a nawet... romans. Niezwykle wciągający film !

Byłam na premierze tego filmu w kinie, ale obejrzałam go ponownie jakiś czas temu na komputerze. Gdyby ktoś rzucił mi hasłami: mafia, gangsterka, a wszystko to dziejące się w latach 50 w Londynie - zrezygnowałabym. Bo nie lubię filmów wzorowanych na tamte lata, opowiadających o gangsterce. Ale ten film jest inny. W specyficzny sposób pokazuje życie na krawędzi... Pokazuje świat i bogactwo o jakim marzy wielu z nas, a jednocześnie pokazuje jakie niesie to ze sobą konsekwencje. Koniec dość wstrząsający, tutaj człowiek również może zdać sobie sprawę z tego, że czasem lepiej mieć mniej, niż pakować się w niebezpieczne sfery. Chciałam też dodać, że rzadko kiedy zachwycam się jakimś facetem, ale tutaj Tom Hardy po prostu mnie zauroczył... ten normalny ;) Bo Tom odgrywa w tym filmie rolę oby dwóch bliźniaków. Film oparty na faktach, opowiada historię braci Kray, którzy w latach 50 terroryzowali Londyn.

Na ten film trafiłam przypadkiem, kiedy odwiedziłam dom rodzinny. Obejrzałam go wtedy zaledwie kilka minut, w dodatku od połowy. Tato coś mi o nim wtedy opowiadał, bo oglądał go dzień wcześniej - choć zazwyczaj jego filmowy gust nie był dla mnie imponujący, tak tym razem w jego opowieści było coś intrygującego. Kilka miesięcy później kiedy zastanawiałam się jakie wybrać filmy na wieczór, w telewizji rzucił mi się w oczy właśnie ten właśnie tytuł... GENIALNY, WCIĄGAJĄCY, WZRUSZAJĄCY, ŚMIESZNY. Jeśli lubicie filmy z rodzajów komediodramatu - powinien Wam się spodobać. Akcja rozgrywa się w latach 60, XX wieku. Film pokazuje w dobitny sposób los czarnoskórych służących. Ich losem interesuje się młoda dziennikarka, która postanawia spisać ich historie. Film nakręcony w naprawdę fajny sposób. Będziecie mogli na nim się zarówno popłakać jak i pośmiać. Jeśli zdecydujecie się go obejrzeć, zrozumiecie, że scena z filmu na powyższym obrazku nie została przeze mnie wybrana przypadkowo ;)

Już zanim obejrzałam ten film, wiedziałam, że będzie on absolutnym mistrzostwem. Po pierwsze - kocham grę aktorską Leo. Po drugie - kocham tego rodzaju filmy. Genialne ujęcia, świetnie przedstawiona historia. Śmieszy, wciąga, może nawet imponuje. Z czasem zaczyna przerażać i pokazywać nam drugą stronę życia przepełnionego kasą, seksem i ... używkami. Co w filmie imponuje? Przede wszystkim upór Leo, spryt i to, że idzie po swoje. Przeraża natomiast obrót spraw, klasycznie uderzająca do głowy sodówka. Takie filmy zawsze wzbudzają całą gamę emocji. Film krótko mówiąc pokazuje życie brokera. Jego kariera i rozwój nabiera tak szybkiego tempa i rozgłosu, że jego osobą zaczynają interesować się odpowiednie służby. Ciężko jednak wygrać ze sprytem i charyzmą postaci, w którą wcielił się Leo...

Ten film kojarzy mi się z moją młodością. Kiedy jeszcze pierwsza cyfra mojego wieku nie była dwójką. A cycki były na swoim miejscu i nie działała na nie grawitacja. Oczywiście cóż mnie mogło przyciągnąć do tego filmu jak nie... muzyka? Muzyka, która umilała mi wszystkie lepsze i gorsze chwile w moim zakręconym życiu nastolatki. Film w fantastyczny sposób pokazuje nocne życie Berlina. W rolę główną wciela się sam autor ukochanej przeze mnie muzyki Paul Kalkbrenner. Film opisuje życie odgrywanej przez niego postaci oraz jego dziewczyny. Razem biorą udział w tournee, a co za tym idzie ich tryb życia jest, że tak powiem... dość intensywny. Oczywiście pojawiają się narkotyki, pojawia się uzależnienie, a główna postać ląduje w szpitalu psychiatrycznym... mega muzyka, mega fabuła, mega emocje... Filmy na wieczór powinny mieć właśnie taki klimat jak ten ...

Film ten ma już ponad 10 lat. Byłam na nim w kinie mając lat 13. Określony jako komedia, a mimo to sprawił, że wszyscy ludzie w kinie wyli. Przepiękny, Niezwykle dający do myślenia. Zwraca uwagę na to co jest w życiu ważne, czego nie dostrzegamy w tym całym pędzie, bo pieniądze, bo kariera. Jest tutaj wpleciony wątek fantastyczny, w którym główny bohater dostaje pilot, którym może sterować całym swoim życiem. A mimo to, wyjątkowo wątek ten pasuje do fabuły. Bez niego ten film nie miałby wręcz racji bytu. Czemu? Sprawdźcie sami...

Taki duet aktorów to muuuuusi być coś naprawdę dobrego. Robet De Niro i Al Pacino wcielają się w rolę policjantów, którzy prowadzą dochodzenie w sprawie morderstw. Morderstwa jednak o dziwo dokonywane są na ... kryminalistach, którzy dotąd byli nieuchwytni i bezkarni. Trzymający w napięciu, sprawiający, że w głowie pojawiają się setki pytań bez odpowiedzi, zaskakujący koniec. Jeśli lubicie kryminały to ten film jest zdecydowanie dla Was.

Tutaj znów film z Robertem De Niro, ale tym razem w duecie z ... Jeffrey Dean Morgan - jeśli nie kojarzycie po nazwisku, wstukajcie w google, myślę, że powinniście kojarzyć. W tym filmie odegrał BARDZO DOBRĄ rolę. Wcielił się on w rolę zdesperowanego ojca śmiertelnie chorej córeczki. Musi dla niej, w krótkim czasie uzbierać ogromne pieniądze na leczenie. Jego szefem, właściciel kasyna odmawia mu pożyczki, a on postanawia obrabować kasyno, w którym pracuje. Podczas kradzieży, złodzieje uprowadzają miejski autobus, a w nim zaczyna się toczyć walka o życie. I to nie tylko tych, którzy są w autobusie... Film mocno trzyma w napięciu, sprawia, że człowiek nie może oderwać wzroku od telewizora. 10/10 !!!
Ja zazwyczaj filmy i seriale, które chcę obejrzeć natychmiastowo oglądam na zalukaj. Jeśli ten wpis przypadnie Wam do gustu, niebawem zestawię kolejne ciekawe filmy na wieczór w jedną całość.
Polecam Wam również mój inny wpis tego typu: Filmy o miłości - 11 świetnych propozycji, które musisz poznać!
Dzisiaj mnie to bawi. Salon stał się najprzyjemniejszym kątem w naszym mieszkaniu. Choć zostało jeszcze kilka szlifów i rzeczy do zrobienia, to uważam, że prace nad nim można uznać za zakończone. Reszta, która będzie dochodzić, będzie tylko przyjemnym dodatkiem. Efekt, który osiągnęłam, może dla niektórych nie będzie niczym nadzwyczajnym, ale dla mnie jest... magiczny. Stworzyłam miejsce totalnie moje. W 100%. Szczerze? Nie widziałam w internetach czegoś podobnego. Urządzałam ten kąt półtora roku... przez pierwsze 3 miesiące nie mieliśmy nawet narożnika. Przez pół roku - kuchni. Przez jeszcze więcej czasu - oświetlenia. Krok po kroku. Mebel po meblu. Dodatek po dodatku. Wizja w głowie kiełkowała. Każda rzecz przemyślana w 100%. Nie kupowałam niczego "na chwilę", byle było. Rok czasu nie mieliśmy zasłon, ani nawet taniutkich firanek, bo chciałam lniane zasłony z prawdziwego zdarzenia. Wszystko w tym salonie to dobra jakość, cudowny design i mnóstwo wyrzeczeń. No ale wy i tak się pewnie zastanawiacie...
Zaczęło się chyba od plakatów od BlueBird-Design. Zastanawiałam się, jaki kolor mógłby z nich bić i wybrałam spontaniczne róż. Później cudowne poduszki od Pillovely. Pomyślałam, że fajnie by było, gdyby to był kolejny element w salonie, gdzie ten róż tak nieśmiało by się przebijał. Z dywanem postąpiłam podobnie. Cudowny design dywanu od Carpets&More z którego przebijają odcienie niebieskiego i różu właśnie. I wtedy już wiedziałam, że to właśnie ten róż może być tym kolorem, który rozświetli mój biało-szary salon. Nie wiedziałam jednak jak daleko się posunę. Podczas ciułania na zasłony, w międzyczasie, na stoliku wylądowało jeszcze różowe jabłko i bukiet sztucznych kwiatów - również z akcentem różu. No i po roku, zaczęłam szukać tych wymarzonych zasłon... najpierw kolorowych - ale to byłby strzał w kolano. Nie mogłam postawić na żadne wzory, bo gryzłyby się z geometryczną tapetą. Musiały być zatem gładkie. Ale jakie? Szare? To by mnie zabiło. Jakie więc było inne wyjście? No jedynie... róż. I pomyślałam - raz kozie śmierć. I trzasnęłam lniane zasłony w brudnym różu od so linen! . Efekt? Nieziemski...

Więcej o zasłonach i karniszu elektrycznym od Ardeko, pisałam w osobnym wpisie: Karnisz elektryczny i różowe lniane zasłony w naszym salonie.
No ale po podjęciu decyzji o zasłonach, dwa miesiące później podjęłam zdecydowanie NAJLEPSZĄ decyzję ever, bo ...
I z nimi też się wiąże ciekawa historia, bo najpierw zamówiłam białe. I żałowałam tej decyzji już po dwóch dniach, a jak się potem okazało... wcale ich nie zamówiłam :D Więc złożyłam ponowne zamówienie, ale zanim je złożyłam pomyślałam, że białe to strzał w kolano, więc może szare? Ale kurcze... wszystkie 6 krzeseł w szarości? Będzie mega smutno! No i znów pomyślałam... to różowe! Ale wszystkie krzesła różowe? No tego to nawet ja nie zniosę. Więc sprytnie wymyśliłam... 4 szare, 2 różowe. Tak tylko, żeby delikatnie dodać tego różu, ale żeby nie przesadzić. Czekałam na realizację i czekałam... krzesła przyszły, a ja... poryczałam się ze szczęścia :D

Wcześniejsze krzesła były spoko. Obrotowe, ładne... ale te rozwaliły skalę maksymalnie. Obłędnie piękne, niesamowicie wygodne. Piękna, delikatnie połyskująca tkanina, wspaniała w dotyku. Kocham te krzesła całym swoim sercem, a dobór kolorystyczny to strzał w dziesiątkę!
Odkąd krzesła przewijają się gdzieś na Stories, dostałam o nie milion zapytań, a więc odpowiadam: krzesła zamówiłam ze sklepu slf24. Model krzeseł to Mia. Te szare to tkanina Paros 2, a te różowe to tkanina Kronos 29.

Design krzeseł wygrał dla mnie głównie dzięki elementom pikowania i tego, że są takim dodatkiem luksusu, którego mi przy moim stole brakowało. Te krzesła to właściwie takie połączenie luksusu ( lekko połyskująca tkanina + pikowania) i przytulności - nogi są z drewna bukowego i mają taki ciepły odcień. Odkąd wymieniłam krzesła na nowe, stwierdziłam, że salon z aneksem znacznie lepiej się prezentuje i że te krzesła dopełniły całości. Siedzi się na nich tak, że jak już człowiek usiądzie to... nie chce mu się wstawać. Każdy mój gość, sam z siebie komentuje pozytywnie ten element mieszkania. Zarówno wygląd krzeseł jak i ich wygodę.
Jeśli skusicie się na zakupy na slf24 i zrobicie zamówienie powyżej 600 zł, to wpisując kod MAMALA, dostaniecie do zamówienia torbę materiałową. Tak spójnie z tym, o czym Wam ciągle trąbię, czyli o braniu ze sobą na zakupy swoich toreb i nie braniu ze sklepów foliówek :P
Z nowości, które pojawiły się u mnie w salonie jest też cudo, którego dzielnie szukałam gruuubo ponad rok. Szafka RTV. Wierzcie mi - znam już wszystkie modele, które można dostać w Polsce online i stacjonarnie. Mogłabym Wam zrobić przegląd tysięcy szafek RTV i nie poleciłabym żadnej... oprócz mojej :D Jeśli człowiek szuka czegoś ponad rok i w końcu znajduje tą jedną, jedyną, wymarzoną to wiedz, że będzie ją kochał aż do śmierci :D
Właściwie to byłam już praktycznie w 98% procentach zdecydowana na podobny model z Ikei. Bardzo podobny. Ale jakoś coś mi nie do końca pasowało i chodziło chyba o tą jakość jednak... no i znalazłam. Prawie, że identyczną, ale z litego drewna sosnowego. Szafkę znalazłam w sklepie Woodica. Model to Parma 55. Ja mam ten szerszy model, czyli 176 cm. Szafka jest prosta, a jednocześnie zachwycająco piękna. Ma cudowne frezy na frontach, fajne czarne uchwyty i ozdobny cokół. Fronty wykonane są z drewna bezsęcznego. Wieńce i boki - z selekcjonowanego drewna sęcznego. Cztery głębokie szuflady i dwie półki, pozwalają na fajne zagospodarowanie miejsca w szafce.


Mebel wygląda w salonie obłędnie. Prosty, ale elegancki. Cudownie wypełnił przestrzeń na ścianie z tapetą. W sklepie Woodica jest ogrom takich wspaniałych mebli - nie tylko w bieli, ale też kolorze naturalnego drewna. Ja już planuję upolować tam kolejne perełki, tym razem do sypialni: stoliki nocne i regał na książki! A w przyszłości może również nową szafę do przedpokoju... Marzenia!
A jak sprawdzają się pozostałe rzeczy, które pokazywałam Wam już we wcześniejszych wpisach? Zdecydowanie stół i narożnik od VOX, to perełki, których nie mam zamiaru zmieniać ( póki co :P ) - narożnik swoim wyglądem i wygodą rekompensuje brak funkcji spania. Po zdjęciu bocznych poduszek jest na nim tyle miejsca, że przekimałam już tu kilka gości i samą siebie. Dla jednej osoby do spania jest w sam raz. Co najważniejsze - nie brudzi się. No kurczę, serio! Mamy go ponad rok i nie ma ani jednej plamki, wytarcia nic. Jak coś nam kiedyś na niego spadło, to zmyliśmy to zimną wodą i po sprawie. Ale ogólnie wychodzę z założenia, że od jedzenia jest stół w kuchni, a nie narożnik. Ale różnie to czasem bywa :P Narożnik to model Repos.
Druga perełka to dębowy stół. Jeszcze bardziej zyskał w moich oczach, odkąd rozłożyłam go do średnio rozmiaru. Pięknie wyglądał w najmniejszym rozmiarze i w okrągłym kształcie, ale teraz bardziej wypełnił salon i z nowymi krzesłami komponuje się obłędnie! Solidny, wysokiej jakości. Ciężko będzie go jakkolwiek zniszczyć. Stół to kolekcja Simple.
Hitem pozostaje również stolik kawowy od Tavolini. To element, który zagościł w naszym mieszkaniu jako pierwszy. Dostawa była jeszcze przed naszą przeprowadzką. Było na czym trzymać pizzę i na czym jeść, zanim dorobiliśmy się stołu w kuchni i ... kuchni :D Jest piękny, minimalistyczny i co najważniejsze - nie rysuje się. No nie ma opcji, żeby go zarysować. Nie zostają na nim żadne ślady po gorących napojach ( choć Pani Domu Alicja vel Mamala, zawsze przypomina o podkładkach :D ) i ogólnie ... żadne inne ślady :)
Ten salon to mój własny, osobisty raj. Nadal za narożnikiem i w kącie kuchni są niedoklejone listwy. Nadal nie ma listw przysufitowych. Ale to już drobne elementy, które widzę tylko ja. Co dalej? Teraz już zdecydowanie idę w rośliny - chcę dodać temu salonu życia i zielonego koloru. Między narożnikiem a kuchnią, mam kawałek wolnej ściany. Tam chcę zawiesić drewniane półki, a na nich poustawiać zioła w doniczkach, książki kucharskie, designerskie dodatki kuchenne typu waga, koszyczek na pieczywo. Chcę zawiesić obok suszki, czosnek, papryczki. Ten salon już jest totalnie inny od wszystkich, które miałam okazję widzieć. Wzbogacony o rośliny, wiklinę i drewniane półki - będzie czymś, czego nie widział żoooden Pinterest :) ŻODEN! :P Ale to jeszcze trochę... Póki co, zapraszam do zakładki WNĘTRZA, gdzie czekają na Was wszystkie wpisy dotyczące naszego gniazdka. Macie tam wszystkie zdjęcia produktów, mebli - linki, sklepy, opisy. Miłej lektury!













Gdybym mogła Wam opisać Twórczą Wizualizację jednym zdaniem, określiłabym to jako zdolność widzenia umysłem. Wizualizacja to nic innego jak wyobrażanie sobie pewnych rzeczy. Jest to technika relaksacyjna, w której po odpowiednim rozluźnieniu ciała, zaczynamy wizualizować sobie bezpieczne i kojące miejsce. Np. możemy wyobrażać sobie, że leżymy na plaży i słyszymy szum morza. W miarę możliwości staramy się wchodzić w wizualizację możliwie jak największą ilością zmysłów - możemy próbować poczuć piasek pod ciałem, słońce muskające nasze ciało. Możemy słyszeć fale, śpiew ptaków. Taka wizualizacja to prawdziwa uczta dla naszego ciała i ducha. To cudowna relaksacja, w którą w miarę ćwiczenia możemy wchodzić coraz intensywniej.
Ale wizualizacja może nam służyć także do wyobrażania sobie celu, który chcemy osiągnąć. Jest to wtedy zarówno relaks jak i budowanie w swoim umyśle obrazów, które na prawdę chcemy urzeczywistnić. Wtedy ta technika staje się też biletem do naszym marzeń. Bo przecież jakby nie patrzeć, wszystko zaczyna się do myśli - i to one kreują w pewnym stopniu nasze życie.
No i pewnie sobie teraz myślicie - no dobra. Skoro, wystarczy odpowiednio myśleć - to czemu nie mam tego, o czym w kółko myślę i czego pragnę? Pomijając czynniki zewnętrzne, dzieje się tak dlatego, że często nasze myśli i pragnienia są ze sobą sprzeczne. Czyli np. myślimy o bogactwie, ale jednocześnie jest w nas strach związany z biedą, z niezapłaconymi rachunkami, z nagłymi wydatkami. Chcemy być zdrowi, ale ciągle myślimy o lekach jakie bierzemy, o lekarzach, których musimy odwiedzić, bo przecież na pewno coś nam jest. Taak, chcę być zdrowa i tryskać energią, ale w tym brzuchu tak coś boli. No i jeszcze wujek google podpowiada, że to oczywiście rak. Co by nam nie było - google ma zawsze jedną diagnozę.
Przez nasz umysł dziennie, przelatuje 50/60 tysięcy myśli. I ja bym bardzo chciała zobaczyć proporcję, ile z tych myśli jest negatywnych, ile pozytywnych. Na pewno cała masa jest zupełnie neutralna. Wiecie… jedziecie autobusem, patrzycie w okno i myślicie sobie: ciekawe, o której wypiekają świeże bułki w mojej piekarni…?
Często jest tak, że osoby narzekają cały dzień, o wszystkim wypowiadają się negatywnie - ale kiedy zapytamy je wieczorem, dlaczego tak ciągle narzekają, to one będą w szoku, bo jak się okazuje wiele z nas robi to nieświadomie i nie mamy nawet pojęcia jak destrukcyjny ma to na nas wpływ. Dużo razy w przeszłości, bo teraz już tego nie robię, mówiłam narzekaczom: oj przestań ciągle na wszystko narzekać. I te osoby od razu się broniły: nie no co ty, ja tylko stwierdzam jak jest. Ok, stwierdzały jak jest, ale robiły to nagminnie i to zbyt bardzo było nacechowane negatywnie. Bo ja mogę stwierdzić, że nie podoba mi się taka i taka partia, ale nie muszę od razu kogoś wyzywać i sprowadzać wszystkiego do tego, że marny jest ten nasz los i że się człowiek w takim kraju nigdy nie dorobi.
Pozytywne myślenie jest ważne, ale twórcza wizualizacja to coś więcej niż pozytywne myślenie. To proces, który pozwala nam podjąć jakąś decyzję, a następnie sprawić aby się urzeczywistniła. I to pozytywne myślenie, to tak naprawdę jeden z kroków do osiągnięcia tego stanu.
Arystoteles nauczył, że obrazy to zasadnicza część naszych myśli i że bez nich nie da się prawidłowo rozumować. Uważał, że motywacja nadchodzi kiedy ktoś albo coś widział, albo to sobie wyobrażał poprzez tworzenie lub pamiętanie danego obraz w myślach. Musicie pamiętać o tym, że kiedy tworzy się myśl - tworzy się energia. Dlatego musimy w tym doborze naszych myśli, być trochę ostrożni.
Marzenia pozwalają nam myśleć o tym czego najbardziej pragnie się w życiu. Z pomocą twórczej wizualizacji używamy wyobraźni do tworzenia wyraźnego obrazu tego, czego pragniemy. I potem, kiedy już mamy ten obraz, musimy karmić tą myśl energią i emocjami, aż zamieni się w rzeczywistość. I chciałabym podkreślić iż ważne jest, by myśleć o konkretach.
Jeśli marzymy o domu - musimy widzieć go w każdym najmniejszym szczególe. Ile ma pokoi, czy jest na obrzeżach miasta, czy pośrodku wsi. Jak wygląda, jakie panują w nim emocje. Jeśli chcemy więcej zarabiać - musimy ustalić sobie tą wymarzoną kwotę, wiedzieć ile wpływać będzie nam na konto, ile będziemy wydawać, na co. Oczywiście nie aż tak szczegółowo, ale muszą to być konkrety. Jeśli marzymy o drugiej połówce - jakie ma mieć cechy, co chcemy z nią robić ( prócz tych oczywistych rzeczy, oczywiście).
W wieku 21 lat, bardzo intensywnie wyobrażałam sobie siebie w telewizji. O ile teraz, wręcz od tego stronię i odmawiam pewnych propozycji, tak kiedyś było to dla mnie marzeniem i jednocześnie abstrakcją. Ja, szara myszka z małej mieściny, 21 lat i mi się wywiad w telewizji zamarzył. I jakoś tak samo z siebie wychodziło, że ciągle mi ten obraz siebie w DDTVN stawał przed oczami. Wiedziałam jak się czuję, wyobrażałam sobie to studio, kanapę na której zawsze siedzą goście. Mam wrażenie, że pragnęłam tego całą sobą. I pewnego dnia, na moją skrzynkę e-mailową przyszła propozycja wywiadu w DDTVN. Kiedy odczytywałam tego e-maila, było mi słabo i miałam wrażenie, że nogi zaczynają się uginać pode mną na samą myśl wywiadu, o którym przecież tak marzyłam. Nie miałam wtedy pojęcia, że na to wyobrażanie sobie tego czego pragnę, jest jakaś specjalna nazwa. Nie wyobrażałam sobie tego, by to osiągnąć. Robiłam to dlatego, że kiedy zamykałam oczy i widziałam ten obraz, odrywałam się od szarej rzeczywistości w której żyłam. Wyobraźnia ma wielką moc...
By przybliżyć Wam czym jest wizualizacja, pokażę Wam 4 reguły jakie w niej panują:
Czyli teraz w praktyce. Najpierw widzimy nasz cel - dla przykładu, otwarcie restauracji. Mamy cel, widzimy go. Potem dodajemy obrazy mentalne - wyobrażamy sobie naszą restaurację, widzimy wszystkie stoły, czujemy zapachy, witamy ludzi, słyszymy muzykę. Praktyka będzie tutaj polegała na tym, że ilekroć będziemy widzieć jakąś restaurację, będziemy wracać myślami do naszego celu. Szukanie informacji, oglądanie programów gdzie pokazują restauracje z całego świata. Musimy wprowadzić do życia jak najwięcej elementów związanych z naszym celem. I oczywiście, musicie wpisać w scenariusz życia porażki i niepowodzenia. I musimy też pamiętać, że wiele z ograniczeń, na które się napotkamy, może wynikać z tego, że my sami je nieświadomie manifestujemy. Bo, negatywne wyobrażenia mają tak potężną moc, że mogą spowodować stres, napięcie, nawet choroby. A te pozytywne… mogą zmienić nasze życie.
Pamiętajmy, że niewiele z marzeń spełnia się na co dzień. Wiecie, chcemy czegoś, czegoś innego w sumie też. Noo, tego jednak nie. Ale jak tak w sumie pomyślę, to jednak tak. Tamto też jest spoko. Takie sprzeczne informacje tworzą zamieszanie w naszym umyśle i nic wtedy z tego nie wynika. Zawsze rezultat jaki osiągamy jest wynikiem naszych myśli. Czyli, najpierw mamy pomysł na danie - potem gotujemy. Najpierw w głowie pojawia się myśl o namalowaniu obrazu - potem malujemy obraz.
Czasem ludziom wydaje się, że myślą pozytywnie, zobaczcie:
No i teoretycznie spoko, nie? Przecież osoba nie choruje, nie jest biedna, nie nienawidzi. Ale zobaczcie - te wyrażenia i tak są nacechowane negatywnie. Bo skupiamy się w nich jednak na tych negatywnych emocjach, mimo, że przekaz mówi, że jesteśmy zdrowi, bogaci i kochamy świat i ludzi. Ale trzeba zacząć uczyć się mówić to samo, innymi słowami.
Ten sam przekaz, a jednak bardziej pozytywny. Musimy nauczyć się myśleć w innych kategoriach. Jeśli jesteśmy chorzy, myślmy o naszej chorobie w kategorii dochodzenia do zdrowia, postępów. Zamiast o biedzie, myślmy o bogactwie. Zamiast o nienawiści, myślmy o miłości. Jeśli mamy długi - myślmy w kategorii zarobienia, by je spłacić, a nie tego ile musimy spłacić i jak bardzo jesteśmy w czarnej dupie. Nie chodzi o to, by wmawiać sobie, że żyjemy w innej rzeczywistości - chodzi o to, by myśleć o tym, co możemy zrobić, by znaleźć się w lepszej i myśleć o tym, jak będziemy się czuć, gdy już się w niej znajdziemy.
W wizualizacji ważne są takie 2 kroki:
Same chęci tutaj nie wystarczą. Musimy czegoś pragnąć każdą komórką naszego ciała. Ludzie posiadający silne pragnienia potrafią osiągnąć rzeczy z pozoru niemożliwe. Ludzie o słabych chęciach mają tendencję do poddawania się i rezygnowania i rzadko wykorzystują swój potencjał. Mówi się, że jeśli posiadasz pasję, możesz osiągnąć wszystko. Może brzmi trochę coachingowo, ale pomijając pewne predyspozycje i ograniczenia, na które nie mamy wpływu - jest w tym dużo prawdy.
Trzeba odpowiedzieć sobie na te pytania. Pomyślcie sobie, co sprawiłoby Wam radość. Jak chcielibyście, żeby wyglądało Wasze życie, zdrowie. Co chcielibyście posiadać, czym się zajmować. Jak chcielibyście się czuć? Ja wiem, że to jest trudne, bo często sami nie wiemy czego tak naprawdę chcemy. W książkach na temat twórczej wizualizacji znajdziecie opisy testu ciała, za pomocą którego możecie sprawdzić jak Wasze ciało reaguje na Wasze pragnienia i zobaczyć, czy jest to naprawdę to czego chcecie.
Tym wpisem, chciałam wprowadzić Was w świat wizualizacji dlatego, że jest to też technika, która jest pewnym etapem na drodze do naszej harmonii. Żeby wizualizacja poskutkowała, trzeba poszukać w sobie wewnętrzny spokoju i opanowanie. Czas spędzany codziennie w zupełnej ciszy to pożyteczne i dobroczynne ćwiczenie. Odnajdujecie wtedy taką jasność swojego umysłu, opanowanie, radość, spokój - to wszystko bardzo wpływa na nasze życie.
a to właśnie od nich często uzależniamy swój nastrój. Miałam taki czas w swoim życiu, kiedy byłam szczęśliwa, bo z każdej strony atakowały mnie te bodźce - byłam zajęta, pochłonięta ogromem projektów, wyzwań. Ale kiedy nic się szczególnie nie działo, okazywało się, że samo “bycie” sprawia, że ja już taka szczęśliwa nie jestem. Kiedy skoncentrujemy się na swoim wnętrzu zamiast polegać na bodźcach zewnętrznych, zaczniemy zmieniać swoje życie od środka i zapewnimy sobie uczucie satysfakcji i spełnienia.
Musimy szukać balansu wewnętrznego. Zamiast wypełniać swoje życie nieustannym działaniem, stańmy twarzą w twarz ze swoją wrażliwą postacią. BYĆ i ROBIĆ z naciskiem na być. Bo to nie znaczy, że my mamy przestać działać. Musimy działać. Ale nacisk trzeba jednak kłaść na to by BYĆ.
Dawajmy sobie ten czas na regularny relaks, medytację, odprężenie. Celebrujmy codzienność. Cieszmy się spacerami, spotkaniami z bliskimi, dobrą książką. To wszystko odnawia naszą duszę i łączy nas z uniwersalnym umysłem.
Jeśli czujecie, że chcielibyście spróbować wizualizacji - bo nie jest ona u Was instynktowna, albo po prostu chcecie robić to lepiej - sięgnijcie po książkę "Twórcza wizualizacja", z której dowiecie się krok po kroku jak wygląda ta technika i jak należy ją wykonywać. Ja chciałam Wam dzisiaj jedynie przybliżyć temat tej techniki, ale reszta zależy już od Was... Powodzenia!
Tak robię praktycznie ze wszystkim i samej sobie za to dziękuję. Na pewno wiedziałam, że marzę o długich, lnianych zasłonach - nie wiedziałam tylko jaki to ma być kolor. Po roku mieszkania tutaj stwierdziłam, że biel i szarość była dobrym pomysłem na bazę, ale jeśli jeszcze zasłony zrobię w takim kolorze, to chyba tutaj umrę. W sumie od początku w salonie przemycałam różowe akcenty, więc pewnego dnia mnie naszło i sobie wymyśliłam... różowe zasłony.
A konkretnie lniane zasłony w kolorze brudnego różu. Marzyły mi się takie przydługawe, lejące się na podłodze. Od długiego już czasu obserwowałam na instagramie markę so linen! która jest małą, polską firmą tworzącą produkty z lnu. Pościel, zasłony, obrusy, prześcieradła. Moje zasłony musiały być szyte na wymiar - mam bardzo wysokie mieszkanie ( prawie 3 m ) a okno balkonowe jest praktycznie na całej szerokości. Potrzebowałam więc dwie ogromniaste zasłony. Wybrałam kolor Dusty Pink. Koszt jaki mnie wyszedł to ok. 1100 zł. Kiedyś bym się popukała w głowę - dziś wiem, że lepiej poczekać, odłożyć i zainwestować w jakość, nić kupić tanie badziewie i patrzeć potem na nie do końca życia. Mówię to ja - kobieta, która przeżyła pół roku bez kuchni, a początkowo zamiast drzwi w łazience miała przyczepione stare, zielone prześcieradło ;)
Zasłony zostały uszyte na taśmie marszczonej - mogłam oczywiście zrobić ozdobną taśmę na górze szerszą, ale bałam się, że zostanie utrudnione ich automatyczne rozsuwanie - poza tym, niebawem będę montować listwy przysufitowe, więc góra i tak nie będzie widoczna.



Jeśli chodzi o wieszanie tychże zasłon na karniszu elektrycznym - to ja tutaj Wam nie pomogę. Poległam na tym zadaniu totalnie i o dziwo za to zadanie w moim domu wziął się osobnik męski. Ja w tym czasie spijałam winko i obserwowałam. Ni cholera nie rozumiem jak to marszczyć, żeby było równo i jak powiesić, żeby to się równomiernie rozjeżdżało. Prawie się przy próbach tego popłakałam więc może dobrze, że zostałam zwolniona z obowiązku robienia tego :D Przeraża mnie jedynie myśl, że zasłony to trzeba jednak raz na jakiś czas zdjąć... i wyprać. I wyprasować. Ale narazie nie chcę o tym myśleć :P
Początkowo kompletnie nie zastanawiałam się nad tym, na czym zasłony będą miały być powieszone. Wiedziałam na pewno, że w przyszłości, chciałabym skryć ich górę za listwami przysufitowymi. Zawsze podobał mi się w hotelach efekt, jakby zasłony wypadały prosto z sufitu. Ostatecznie chciałam już nie kombinować i zawiesić je na karniszach, ale koniec końców ubzdurałam sobie, że fajnie byłoby żeby zasłony się tak piękne hotelowo rozsuwały na boki - przy pomocy pilota of kors. Trochę poczytałam, trochę poszukałam i stwierdziłam, że skoro salon to centrum domu - to niech będzie albo grubo albo wcale. I zdecydowałam się na karnisz elektryczny :)
Ostatecznie zdecydowałam się na firmę Ardeko z Warszawy, która zajmuje się aranżacją wnętrz, w tym aranżacją okien. To właśnie u nich zamówiłam karnisz elektryczny oraz szynę do firan wraz z montażem.
Jeśli chodzi o karnisze elektryczne - początkowo chciałam zdecydować się na taki bezprzewodowy, ale nie dosyć, że są one droższe, to jeszcze przeanalizowałam sobie fakt ładowania akumulatorów. Praktycznie po obu stronach mieszkania mam gniazdka skryte za zasłonami, więc stwierdziłam, że skoro jest gniazdko to po co kombinować z ładowaniem akumulatora? Ok, jeśli wysiądzie prąd, to rzeczywiście mogę mieć problem, bo zasłon na karniszu elektrycznym ręcznie nie przesuniemy, ale bez przesady - ile razy na nowych osiedlach wysiada bez zapowiedzi prąd? ;)
Ale właśnie po to jest taki wybór i różne rodzaje karniszy, byście mogli wybrać taki, który będzie dla Was odpowiedni. Więcej o karniszach elektrycznych, o technologii i ich rodzajach poczytacie na stronie Ardeko w zakładce karnisze elektryczne.
Karnisz elektryczny, który wybrałam działa w taki sposób, że za zasłoną jest ukryty silnik, od którego do samego dołu idzie kabel, podłączony do gniazdka. Karnisz obsługuje się pilotem. Można go sobie przyczepić na specjalnej nakładce do ściany - zdejmować i wkładać go z powrotem. Ja wolę mieć go cały czas na stole w kuchni, bo to tam automatycznie wchodzę wyłączyć budzik i zazwyczaj chwytam pilot i rozsuwam lekko zasłony - co by nie doznać szoku :D


Efekt? Zdecydowanie jest wart tych pieniędzy. Piękne, różowe, lniane zasłony delikatnie rozsuwające się na boki i zsuwające równomiernie do środka. Przez pierwsze dni non stop bawiłam się pilotem i robiłam filmiki z nastrojową muzyką. Co prawda widok po rozsunięciu zasłon to nie plaża i ocean, ale... zawsze coś :P
Zresztą zobaczcie jaki GIF stworzyła mi Kasia z Happy Factory przy okazji robienia zdjęć do tego wpisu - czad co ?! :D Jaram się i oglądam w kółko jak głupia haha :D

Bliżej okna, jest też zamontowana zwykła szyna na firanę - tylko, że nie ma na niej jeszcze firany, bo mi nie po drodze do Ikei :D Jeśli chodzi o firankę, to tutaj już zależy mi tylko i wyłącznie na czymś białym i delikatnym, więc w tym przypadku firana za 15 ziko z Ikei będzie jak znalazł. Nie zrozumcie mnie źle - lubię zainwestować w jakość, ale są rzeczy, na które zwracam mniejszą uwagę i za które nie lubię przepłacać - biała firana to dla mnie biała firana, nieważne z czego by była. Jeśli coś jest ładne i tanie i pięknie się prezentuje - to jestem przeszczęśliwa. Jeśli coś jest tylko tanie - to nie przekonuje mnie to jednak do zakupu.



I jak Wam się podoba? Dla mnie efekt jest boski! Na realizację zamówienia z Ardeko czekałam niecałe dwa tygodnie po podaniu wymiarów, a montaż trwał... bo ja wiem, z godzinkę? Ten sam karnisz elektryczny razem z szyną na firanę, chciałabym zamontować na pewno w sypialni i mam nadzieję, że niedługo ten cel zrealizuję. Po firanki do salonu wybiorę się wkrótce do Ikei i wtedy pokażę Wam już aranżację caaaałego salonu z aneksem! :)
Powiem Wam, że ogromną satysfakcję sprawia człowiekowi takie urządzanie mieszkanka krok po kroku i ciułanie każdego grosza na kolejny element układanki. Nie będę ściemniać - czasem dopada mnie frustracja jak widzę na instagramach ludzi, którzy wprowadzają się do zrobionego i urządzonego mieszkania, podczas gdy ja mieszkam tu już ponad rok i wciąż nie mam doklejonych listew przy kuchni a z sufitu zwisają żarówki :D Ale... pewnych rzeczy nie przeskoczę. Cieszę się, że mimo wszystko jest mi dane to wszystko realizować. Wczoraj pomyślałam sobie, że mój salon, jeśli dalej tak pójdzie, znajdzie się kiedyś w jakim wnętrzarskim magazynie. I wiecie co? Czuję, że tak będzie. Ja się dopiero rozkręcam! :)
I byłoby pięknie, naprawdę pięknie, gdyby radości z tej pory roku, nie odbierała mi najsilniejsza w moim życiu alergia, która nie daje mi żyć i wyjątkowo w tym roku wchodzi mi również na oczy. Ale przecież życie to nie je bajka - nie oczekuję więc, że wszystko zawsze będzie perfect. Uważam, że w życiu nie trzeba mieć nie wiadomo ile kasy, żeby żyć dobrze i szczęśliwie. Oczywiście, byłoby fajnie mieć nieograniczone możliwości, ale kiedy się takich nie ma - trzeba nauczyć się cieszyć tym, co się ma i nauczyć się to doceniać.
Już od pół roku praktykuję comiesięczne planowanie. Pozwala mi to czuć sens i wchodzić w każdy miesiąc z dobrą energią. Nie jest to żadne MUST DO, które trzeba jak najszybciej odhaczyć, a luźne plany i pomysły na to, by po prostu dobrze przeżyć dany miesiąc, zrobić to co od dawna odwlekamy, zadbać o swoje ciało, umysł. W maju tych pomysłów mogłabym wypisać i ze sto, ale wybrałam sobie takie najważniejsze punkty, które chciałabym zrealizować i Wy również możecie!
Zainspirowała mnie do tego książki Agnieszki Maciąg: Twój dobry rok. Oczywiście o syropie już wcześniej wiedziała od mamy - co roku moja mama robi takowy syrop i wciska mi słoiki za każdym razem kiedy do niej przyjeżdżam mówiąc: dziecko, to jest dla Twojego zdrowia! I ja ją oczywiście rozumiem. To jest naprawdę prawdziwy rarytas idealny na przeziębienia i wzmocnienie układu odpornościowego. Czuję, że doszłam już do punktu w życiu, w którym sama mogę sobie taki syrop zrobić - tzn. zawsze mogłam, ale teraz chcę, o! :D
Jak tylko nauczymy jeździć Polę na dwóch kółkach, ruszamy na wycieczkę rodzinną. Ale dla mnie nie ma przeszkód, by wyruszyć na nią samotnie. Lubię spędzać czas z samą sobą i myślę, że zrobię sobie taki trip w pojedynkę - z pysznymi kanapkami, owocami i wodą w plecaku. Z kocykiem i dobrą książką, rozłożę się na mały przystanek gdzieś w plenerze... <3
Ooo tak! Chciałabym odebrać Polę z przedszkola, a potem usiąść przy stole i pokroić placek, który sama zrobiłam. Tak, żeby w domu unosił się jego zapach i żebym miała tą dziką satysfakcję, że na coś się jednak tej rodzinie przydaję! :D
I to nie byle jak. Ostatnio próbuję z powrotem przerzucić się na 3 posiłki dziennie + 1 shake - mam wrażenie, że przy 5 posiłkach ciągle chodzę nienażarta. Taki system długo był u mnie ok, ale ostatnio się nie sprawdza, dlatego muszę coś zmienić. Postanowiłam, że będę wcześnie rano jeść śniadanie, a na 2 śniadanie ok. 12 pić shake np. Fit Coco. Później już tylko obiad i bardzo lekka kolacja, do której będę pić herbatę detoksykującą Green Cleanse.
Tym razem na produkty Natural Mojo mam dla Was wyższą niż zwykle zniżkę bo aż 40% na hasło MAMALA40 ! Korzystajcie ! <3 Kod działa na wszystko poza produktami z zakładki wyprzedaż. Możecie korzystać ze zniżki do piątku :)


Jeśli chodzi o aktywność, to cele mam takie:
Raz na dwa tygodnie, chciałabym też chodzić na masaż całego ciała, ale... to już są koszta, więc póki co, zacznę od jednego miesięcznie :D Zależy mi na tym, bo wiem jak moje ciało tego potrzebuje i jak się czuję, kiedy z takiego masażu wychodzę. To prawdziwa uczta nie tylko dla ciała, ale i dla naszego umysłu.
Najlepiej razem z Polą. Marzy mi się biegać z nią po łące w sukienkach, zbierać kwiaty i zrobić cudowne bukiety. Miejsc do czegoś takiego, jest całe mnóstwo, a ja wierzę, że znajdziemy takie "nasze"...
Od pewnego czasu rzadko wrzucam na stories info o zbiórkach, dlatego że... prawie wszyscy to pomijają i to nie ma najmniejszego sensu. Zawsze staram się pomagać jak tylko mogę. Postanowiłam więc, że będę angażować się co jakiś czas bardziej w jedną konkretną zbiórkę, niż wrzucać linki do miliona jedna po drugiej. Mam nadzieję, że takim sposobem zdziałamy więcej!
Ostatnio mam jeszcze większego fizia na punkcia robienia zdrowej szamki niż dotychczas. A co za tym idzie - burdel w szafkach jest taki, jakbym mieszkała tu już z 10 lat. Mam plan, żeby to wszystko poukładać w taki sposób - żeby było dobrze dla mojej organizacji w kuchni i żeby było funkcjonalnie. Mam też taką przerwę między kuchnią a narożnikiem w salonie i myślę, żeby zrobić tam półki na ścianie i tam mieć na widoku wagę kuchenną, książki kucharskie, słoiki z płatkami itp. Aaa - już wiem, że to będzie wyglądać obłędnie! <3

Bardzo zależy mi na tym, żeby Pola miała w sobie wrażliwość artystyczną. Żeby chodziła do teatru, żeby podziwiała obrazy. Będę to wszystko testować, sprawdzać co jej się podoba a co nie - póki co podsunęłam jej pomysł obejrzenia obrazów i jest bardzo na tak. Zobaczymy jak to wyjdzie w praktyce. W Warszawie codziennie jest wiele darmowych wernisaży, a dostęp do sztuki jest tutaj na wyciągnięcie ręki - aż grzech z tego nie korzystać. Pamiętajcie - czym skorupka za młodu nasiąknie... nie chodzi o to, żeby z dziecka robić dorosłego, który będzie chciał tylko się uczyć i obcować ze sztuką. Chodzi o to, by dawać dziecku możliwości smakowania świata, a nie tylko podsuwać bezmyślnie telefon pod nos.

Póki co, mam jedynie silikonowe tulipany :P Ponoć do roślin trzeba dojrzeć - jak w sumie do wszystkiego. Ja czuję, że dojrzewam do wielu rzeczy ostatnio i to czego mi bardzo brakuje - to roślin. Marzy mi się jakaś fajna palma, która sprawi, że mój salon jeszcze bardziej ożyje. Biała podłoga i ściany zostały już rozświetlone brudnym różem - zasłony, krzesła, dodatki. Pora na wprowadzenie zielenie! To mieszkanie jeszcze kiedyś znajdzie się w jakimś magazynie - wiem to! :P
Po prostu! Chcę budzić się każdego poranka, afirmować, ćwiczyć jogę. Chcę jeść zdrowe śniadanie ze swoją rodziną, chcę biegać, ćwiczyć, kreatywnie pracować, spotykać się z przyjaciółmi, śmiać się, tańczyć, inspirować, motywować. Chcę dbać o mieszkanie, dalej je urządzać! Chcę się rozwijać, piec pyszne ciasta, spacerować po lesie, zarabiać pieniądze, wyjeżdżać, jeździć na rowerze, bawić się z dzieckiem. Chcę korzystać z życia niezależnie od tego w jakiej będę sytuacji. Na razie całkiem dobrze mi to wychodzi... A skończyłam dopiero 26 lat! To będzie wspaniały rok. Wiem to. I tego życzę również i Wam! <3
Wertowałam ostatnio stare wpisy na blogu i patrzyłam na to, jak rosła. A wraz z jej dorastaniem, dojrzewała we mnie zdolność kochania, zdolność rozumienia. Z każdym dniem, ta mała istotka uczyła mnie miłości, cierpliwości, bezinteresowności. Miłość moja miała różne etapy - przeplatane zmęczeniem, wykończeniem, bezradnością, radością, ekscytacją, szczęściem, czasem smutkiem. Ale z każdym dniem i tak była coraz silniejsza. Wybaczcie, że się tutaj tak rozckliwiam, ale siła matczynej małości, rozwala mnie na łopatki. Nie wyobrażałam sobie chyba nawet, że to uczucie tak maksymalnie wypełni moje serce. Serce, w którym zanim ona przyszła na świat, była jakaś pustka, brakujący element.
Szczerze i z całego serca kocham uśmiech tej małej buntowniczki. Kocham te jej pyskówki, coraz bardziej dorosłe teksty. Kocham kiedy się przytula, daje mi buziaczki. Ale najbardziej chyba rozczula mnie to co udało mi się stworzyć - więź, za którą warto byłoby oddać wszystko co się ma, byle ją mieć. Wiecie. Ja całe życie byłam spragniona miłości. Takiej szczerej, bezinteresownej. No i trzaśnijcie mnie w łeb, ale nie sądziłam, że zaznam tego właśnie przy niej. I tak szczerze, z całego serducha, nawet jak mnie doprowadza do obłędu, to myślę sobie, że cholera jasna - no jest moim całym światem, bez dwóch zdań. W takiej miłości, odda się komuś ostatni kawałek chleba, samemu przymierając z głodu. Wyrwie się nawet swoje serce. Widziałam kiedyś taki obrazek, w którym mama w podeszłym już wieku, stoi z dziurą w miejscu serca, a jej serce jest na talerzach dzieci siedzących przy stole. Piękne ukazanie matczynej miłości. Darem jest tego doświadczać a najgorszym okrucieństwem jest to tracić. Kiedy w zeszłym roku, pożegnałam swojego młodszego ode mnie kuzyna, którego zawsze pamiętałam jako małego Dawidka z kręconymi włosami, zrozumiałam, że dni każdego z nas są policzone i nie wiadomo ile ich jest. Nie chcę snuć czarnych wizji, ale mam świadomość kruchości życia, dlatego choć to trudne, staram się każdy dzień kończyć w zgodzie, z uśmiechem na twarzy, wtulona i zapatrzona w jej oczka.
Mówi się - że każda matka tak ma, każda matka tak czuje. A ja wiem, że tak nie jest. Są matki, które nie są zdolne, by kochać własne dzieci. Są matki, które nie okazują uczuć, nie otaczają czułością i należytą opieką. I to są fakty... i nigdy nie wiadomo dlaczego, jakie są przyczyny. Może i mogło paść na mnie. Ale nie padło. I cieszę się, naprawdę się cieszę, że jestem zdolna do kochania własnego dziecka i że mam w sobie energię i chęci, by dać jej dobre życie - bo niczego w świecie bardziej nie pragnę jak tego, by była zdrowym, szczęśliwym i dobrym człowiekiem. I by zawsze wiedziała o tym, że jest wyjątkowa i by znała swoją wartość. By znała ją na tyle, by żaden słaby, zakompleksiony człowiek, nie był w stanie jej tego zniszczyć i zabrać.
Polciu, wszystkiego najlepszego. Obyś miała dobre życie!

A już wracając wspomnieniami do dnia 23 lutego... Impreza urodzinowa - jak wiecie, ozdoby i cała otoczka nie jest żadnym wyznacznikiem dobrej zabawy ani też miłości rodzica. Równie dobrze bawiliśmy się z tortem za 14 zł z auchan, 3 balonami i z lalkami na kanapie, w wynajmowanym mieszkaniu. Ale w tym roku ... w tym roku chciałam Pole mocno zaskoczyć no i... udało mi się. Pola jest największą fanką LOL na świecie ( każda fanka LOL jest największą, no przecież :P ), toteż chciałam ją zaskoczyć ozdobami w tym właśnie stylu.
Jestem kaleką jeśli chodzi o dekoracje itp. toteż całym tym szaleństwem zajęła się moja kochana Monika z partymika.pl , która przygotowała dla Poli full dekoracji - od laleczek LOL na patykach, po talerzyki, kubeczki, foremki na babeczki, napisy i... wielgachną, balonową girlandę! Wszystko w kolorach charakterystycznych dla laleczek LOL i z nadrukami owych laleczek. Powiadam Wam - obłęd !!!

Pola w sobotni poranek, poszła do salonu, gdzie miały być jedynie talerzyki, więc wyobraźcie sobie jej reakcję, kiedy zobaczyła cały salon w kolorowych dekoracjach :D I powiem Wam... że niby to tylko ozdoby, a Pola miała taką radochę, że stwierdziłam, że ... warto było.
Torcik, babeczki i cake popsy, już drugi rok z rzędu przygotowała dla nas niezastąpiona Urszi - i naprawdę, wierzcie mi na słowo, że lepszych wypieków to ja w życiu nie jadłam. Polecam z ręką na sercu.

Wiecie co jest w tym wszystkim najfajniejsze? Że mimo motywu LOL, nie było kiczowato. Ani dekoracje, ani tort, nie zalatywał kiczem jaki łatwo osiągnąć przy motywach bajkowych czy z zabawek. A tutaj jakoś tak... wszystko idealnie się ze sobą komponowało, było ze smakiem no i... pasowało mi do wnętrza bez dwóch zdań :P
Urodziny spędzaliśmy w kameralnym gronie razem z naszą kochaną Kasią z Happy Factory, która udokumentowała dla nas ten dzień. Kasiu - po raz kolejny dziękuję z całego serca. To najpiękniejsza pamiątka jaką mogliśmy sobie wymarzyć.
Po imprezie w domu, zabraliśmy Pole na kosmiczną salę zabaw, bo której dorośli mogą biegać razem z dzieckiem. Później kierunek galeria, co by stracić pieniądze od babci i dziadka - na lalkę oczywiście :D A finisz był w restauracji, gdzie Pola obowiązkowo chciała zjeść swoje ulubione danie- lasagne no i... deser lodowy :D Mieliśmy jeszcze zrobić seans bajkowy w domu, ale Pola z tych wrażeń padła w ubraniach zaraz po wejściu do domu. Ach... do tej pory wspomina ten dzień i mówi, że było cudownie. I to jest miód na moje serce...
A teraz zapraszam do obejrzenia reszty kadrów i raz jeszcze dziękuję za wszystkie życzenia na instagramie i nie tylko! <3













































Pomału wyrastamy z małego łóżeczka - Pola potrafi nawet mnie zepchnąć na malutki boczek w wielkim łóżku, więc zdecydowanie potrzebuje czegoś większego :P Niebawem przyjdzie też biurko, ale brakuje nam do niego krzesła. Myślę też o zagospodarowaniu ścian - naklejki, półki, ach no i lampa! Przecież potrzebujemy też lampy. Ileż można żyć ze zwisającą z sufitu żarówką! :D A tak całkiem serio - już nawet nie zwracam na to uwagi :D
Wybrałyśmy się wczoraj z Polą do meeega ogromnego Salonu Agata - jak ktoś jest tak niezdecydowany jak ja, to nie polecam :D W sklepie jest ogrom wszystkiego. Dosłownie OGROM. I nie ma bata - każdy znajdzie coś dla siebie, tylko, że no... trzeba trochę połazić. Ja jestem naprawdę wdzięczna za to, że mieszkanie mam praktycznie całe umeblowane i nie muszę już przez to całe urządzanie od nowa przechodzić. Choć jeśli mój tajemniczy plan wypali... to pewnie będę musiała :P
Prosiłyście mnie o relację i fotki, żebyście i Wy mogły zobaczyć wszystko bardziej realistycznie niż na zdjęciach produktowych. Relacja będzie jeszcze chwilkę dostępna na InstaStories, ale i tak wrzucę Wam tutaj kilka kadrów, żebyście miały takie małe rozeznanie w temacie.
My wybrałyśmy się stricte po łóżko, ale właściwie skupiłyśmy się na wszystkim poza łóżkiem haha :P Pokój Poli nie jest za duży i szczerze mówiąc wstawienie tam porządnego łóżka mnie nieco przeraża. Więc może najpierw to krzesełko. Jest o tyle dobrze, że upatrzyłyśmy nie tylko krzesełko ( fajnie, że Pola potestowała i będę mieć pewność, że będzie dla niej wygodne), ale też półki na ściany i mega fajne milusie heksagony.
No więc najpierw pokażę Wam kilka rzeczy, które wpadły mi w oku i mam na nie chrapkę :P I nawet się pofatygowałam, żeby odszukać linki, gdyby komuś z Was też coś się spodobało. Ja co prawda nie będę chyba zamawiać wszystkiego od razu, bo ekspresowo zależy mi na krzesełku, ale też chcę mieć już te linki pod ręką.
Szczerze mówiąc nie spojrzałam na cenę w sklepie i teraz się mocno zdziwiłam. Grosze jak dla mnie. A uważam, że nie ma sensu na taką prostą półkę wydawać kilkuset złotych. Półka Trio jest biała albo w kolorze drewna, a że bieli mamy już wystarczająco, to chyba bym poszła w to drewno.

Tego akurat na stronie nie znalazłam, ale to jest mega opcja na zagospodarowanie ściany - zwłaszcza przy łóżku, gdzie dzieci non stop opierają się plecami i ją brudzą. Tutaj nie dosyć, że wygląda to efektownie, to jeszcze jest bardzo milutkie w dotyku.


Bardzo fajna opcja. Myślałam o czymś w czym Pola mogłaby mieć albo pluszaki albo po prostu te rzeczy, które nie mieszczą nam sie już na regale. A może to dobra opcja na poduszki i kocyki? O. To chyba byłoby lepszym pomysłem. Skrzynia jest fajna i myślałam, że można by z niej zrobić nawet siedzisko i mieć taki mebel 2 w 1.


Pola wybrała sobie fotel biurowy Omaha 2. Mówi, że jest najwygodniejsze, więc zdaje się na nią. Wpasowuje się w wystrój naszego mieszkania i w design, który lubię również ja. Odetchnęłam, że nie wybrała jakiegoś z motywem z bajki czy coś w ten deseń :D Choć gdyby wybrała, to oczywiście nie miałabym nic do gadania. To ona będzie z tego korzystała :)




To nasi faworyci. Jeśli chodzi o łóżko, to chyba zaczekam aż w pokoju będzie już biurko i krzesełko i zobaczę ile zostało nam miejsca i jak to wszystko możemy zagospodarować. Półkę chciałabym powiesić nad biurkiem, a heksagony położyć na ścianie z łóżkiem. Jeśli chodzi o krzesełka to mi mocno spodobało się jeszcze Ministyle White, ale Pola obejrzała je ze wszystkich stron, usiadła i stwierdziła, że nie. Widocznie coś jej nie podpasowało.



Trochę mi się rozjaśniło to wszystko, co chciałabym stworzyć w pokoju Poli, ale wiem już, że zakup każdej najmniejszej rzeczy, muszę konsultować z gwiazdą, która w tym pokoju będzie żyć :P Pola ma już jakiś swój styl i o ile są rzeczy, na które reaguje: noo może być! Tak są też rzeczy, na które kategorycznie mówi: NIE, nie chcę tego.
Mam nadzieję, że uda nam się stworzyć razem fajny i przytulny pokój, w którym będzie nam się miło spędzało czas. Z niecierpliwością wyczekuję biurka i krzesełka, bo w końcu będziemy mogły tworzyć prace w jej pokoju, a nie znosić wszystko do salonu na stół. W końcu Polcia będzie miała pole do popisu ze swoimi pracami plastycznymi. No ale... zapomniałam kurka wodna o lampce na biurko! Wiedziałam, że o czymś zapomnę :D Nic straconego. Przejadę się raz jeszcze.
Przede mną jeszcze urządzanie sypialni. I tutaj muszę przyznać, że jestem zaskoczona ilością wszystkiego w salonie salonie Agata i tak dobrą jakością wszystkich mebli i dodatków. Przepiękne łóżka, w różnych stylach - cudowne stoliki nocne, piękne lampki. Świetne szafy, które mogą w sypialni robić nam za mini-garderobę. Jeśli ktoś jest na etapie urządzania sypialni, to w salonie na pewno wybierze odpowiedni dla siebei materac, łóżko i inne potrzebne meble. Wczoraj widziałam jak ludzie testowali, siadali, a nawet tak jak Pola - kładli się. Trochę czasu trzeba w takim sklepie spędzić, ale myślę, że lepiej mieć taki wybór, niż nie mieć go wcale, lub wybierać między trzema modelami łóżka, z których żadne to do końca nie jest to.
Na koniec podrzucam Wam resztę inspiracji jakie można zobaczyć w salonach Agata. Być może coś wpadnie Wam w oko :) Uściski!






















Z zamiarem położenia sztukaterii nosiłam się od samego początku. Rozważałam, żeby położyć ją samodzielnie, ale ostatecznie dobrze, że tego nie zrobiłam, bo po pierwsze - mam do takich rzeczy dwie lewe ręce, po drugie - wolę zawsze poszukać profesjonalistów i mieć pewność, że wszystko będzie zrobione jak należy. Choć z tymi profesjonalistami to też tak na dwa razy zawsze - ale akurat panowie od sztukaterii spisali się najlepiej ze wszystkich osób, które robiły coś w mieszkaniu i do nich nie mogę się przyczepić.
Przeszukałam cały internet, żeby znaleźć sklep z listwami sztukateryjnymi, w którym zajmują się również montażem. Znalazłam, pojechałam i wybrałam. Listwy sztukateryjne mają 2 metry długości, a ich ceny wahają się od 20 zł do nawet 300 zł za metr. Wszystko zależy od naszych wymagań, ale powiem Wam szczerze, że dla pięknego efektu wystarczy cienka listwa za ok 30/40 zł za metr. Listwy za około 200 zł to już takie z dekorami, wyżłobieniami - owszem taka listwa jest śliczna, ale w małym mieszkaniu byłby to chyba przerost formy nad treścią. Pewnie gadałabym inaczej, gdybym miała więcej kasy :D
Ułożenie sztukaterii zaplanowałam sobie tak, że przez całą długość na wysokości ok 1,40 idzie jedna długa listwa, a pod nią są ułożone prostokąty. Wszystko miało być zrobione z cienkiej listwy, ale w sklepie ostatecznie wybrałam na długość grubszą i szeroką na ok. 10 cm a listwę, a do prostokątów cienką. Sztukateria została położona w salonie i w przedpokoju ( poza miejscem gdzie stała szafa). W pozostałej części salonu, czyli na przeciwko ściany ze sztukaterią, nie kładłam niczego ze względu na to, że nie wiedziałam, w którym miejscu skończy się kuchnia. Kuchnia stoi już od kilku miesięcy, więc śmiało będę mogła niedługo dołożyć listwy i tam. Całości dopełnią także listwy przysufitowe, bo trochę tak pod tym sufitem łyso, zwłaszcza, że nie mam na ścianie żadnych kinkietów itp.



Listew zamówiłam chyba na 22 metry długości. Nie pamiętam już dokładnie ile zapłaciłam za całość, za listwy wyszło ok. 700 zł, a za montaż coś koło 500zł. Efekt jest niesamowity, ale nie byłby tak niesamowity, gdyby nie... tapeta.
Ogólnie nad wszystkim w mieszkaniu myślę zawsze dość długo i ciułam na daną rzecz tak długo, aż będzie idealnie po mojemu. Pierwotnie w salonie miał być beton, ale później już mi się nieco opatrzył. Stwierdziłam, że stworzę totalnie unikaną i "moją" ścianę. Obserwuję na instagramie Karolinę z House Loves . Kiedyś zobaczyłam, że Karolina we współpracy z On Wall, wypuściła swoją kolekcję tapet LINES. Od pierwszego wejrzenia zakochałam się w tapecie Indian Diamond w kolorze szaro-białym. I o to mi właśnie wchodziło. Zawsze wiem, że najlepsze wybory to takie, kiedy od razu wiemy, że TO JEST TO. Cała kolekcja LINES to wysokiej jakości tapety, z różnego rodzaju konfiguracjami linii - jak mówi sama nazwa. Idealnie nadają się do wnętrz takich jak moje - minimalistycznych, glamour z domieszką scandi. Na ścianę potrzebowałam 6 pasków tapety, szerokich na 100 cm. Miałam z tym tapetowaniem trochę rewelacji. Już w wakacje na połowie ściany była tapeta, a druga połowa ściany była... zniszczona. Nie pytajcie - błąd któregoś z majstrów na wcześniejszym etapie sprawił, że trzeba było zdrapywać całą farbę i od nowa szpachlować i gruntować ścianę. Dopiero teraz udało nam się to wszystko naprawić, a mili panowie od tapety, przyjechali do mnie po raz trzeci i tym razem, udało się wszystko dokończyć.

Wracając do tematu naszej tapety, to z ręką na sercu powiem Wam, że z taką jakością nie spotkałam się jeszcze nigdy. Początkowo miałam zamawiać rolki po 50 zł, bo wiecie... po co drożej. A tak naprawdę wystarczyło dotknąć taką tapetę za 5 dych i od razu wybiłam to sobie z głowy. Moja mama nauczyła mnie tego, że lepiej poczekać i mieć coś na lata, niż zaoszczędzić i kupić gówno. Wiem, ciągle Wam to powtarzam, ale dzięki temu już naprawdę sporo z Was napisało mi, że również zaczęło tak robić i że nie wyobrażają już sobie inaczej. Wiadomo, trochę to czasem uciążliwe, bo później żyje człowiek rok bez zasłon i z żarówkami zwisającymi z sufitu - jak ja :P Ale w końcu się doczekam i będę dużo bardziej zadowolona niż gdybym kupiła tandetę, byle mieć. I tak jest z tapetą - jej jakość i wyjątkowość widać już na pierwszy rzut oka. Wiedziałam, że Karolina nie pozwoli sobie na półśrodki, więc zaufałam jej produktowi totalnie. Tapety zamówiłam ze strony On Wall i przyszły do mnie w tempie ekspresowym. Na ich stronie, prócz kolekcji Lines, znajdzie kilka innych fajnych i interesujących kolekcji i wzorów. Co do jakości to macie moje słowo - nie pożałujecie :)





Na razie prezentuję Wam jedynie gołą ścianę - już lada moment dotrze do mnie szafka RTV, która będzie właśnie na tej ścianie, ale bliżej okna - wraz z wieloma srebrnymi dodatkami itp. W przyszłości myślę też o konsoli lub witrynie również na tej ścianie, ale bliżej przedpokoju.
Póki co... czekam na szafkę, karnisze i zasłony - wszystko ma zostać zrealizowane w lutym, także zrobię Wam wtedy wpis z calutką aranżacją salonu. Myślę, że będziecie trochę zaskoczeni ilością koloru, jaka się w nim pojawi. Jednego, który zresztą już się w salonie trochę przejawia. Trochę to szalony pomysł, ale skoro ma być po mojemu... to będzie :P
Dajcie znać, jak Wam się podoba moje połączeni sztukaterii i tapety. Zdecydowalibyście się na coś takiego, czy może to totalnie nie Wasz styl? Nawet jeśli nie - to musicie przyznać, że do mnie to pasuje idealnie! :P
Do zobaczenia!
O Mapie Marzeń słyszałam już wiele, wiele razy. Ostatecznie do jej zrobienia popchnęła mnie książki Agnieszki Maciąg: Twój Dobry Rok. W książce Agnieszka opisuje każdy miesiąc i podpowiada nam, co warto w nim zrobić, na co zwrócić uwagę. Styczeń to miesiąc planowania, siania dobrej energii - a do tego idealna jest właśnie Mapa Marzeń.
Kiedy kilka lat temu, myślałam o zrobieniu czegoś takiego, miałam w głowie wizję z plakatem, na którym jest super auto, fajne ciuchy i inne wypasione rzeczy. Teraz w ogóle o tym nie myślałam. Uwielbiam skupiać się na pozytywnych hasłach, o czym świadczy też fakt czytania przeze mnie afirmacji. Uwielbiam karmić swój umysł dobrymi myślami. Myślami o cieple, miłości, rodzinie, zdrowiu. I tak też postanowiłam zapełnić moją Mapę Marzeń.
Ale zaraz, zaraz... pewnie spytacie po co w ogóle to robić. Sama Mapa w sobie nie rzuci Wam pod nogi wszystkiego co na niej się znajdzie - to oczywiste. Nie ma w tym żadnej magii. Ja, jestem wzrokowcem. Mocno działa na mnie to, na co ciągle spoglądam. Mapa ma mnie motywować, inspirować, przypominać mi o tym co ważne. W chwilach zwątpienia nie ma nic lepszego niż przypadkowe zerknięcie na hasło, które nas motywuje i podnosi na duchu. Teraz powiem Wam, co wykorzystałam do zrobienia swojej mapy :)



Możecie oczywiście zaopatrzyć się jak najbardziej w farbki, kredki, pisaki - tutaj jest naprawdę duże pole do popisu. Ja jestem antytalenciem jeśli chodzi o prace kreatywne. Strasznie brzydko piszę, nie umiem rysować, malować - no dramat :D Dlatego postawiłam na naklejki i gotowe literki do przyklejenia. Jeśli chodzi o kwestię zdjęcia to ważne jest, by było to zdjęcie, które dobrze nam się kojarzy i na którym naprawdę byliśmy szczęśliwi, a nie tylko uśmiechnięci. Ja wybrałam zdjęcie, które zrobił mi Kacper kiedy był u mnie na wakacjach. Spacerowaliśmy wtedy po Bulwarach, gadaliśmy, śmialiśmy się. Była piękna pogoda, a my mieliśmy cudne nastroje. Zdjęcia, które mi wtedy zrobił, do tej pory wywołują uśmiech na mojej twarzy. A jeszcze to hasło, które znalazło się na jednym z nich... od razu wiedziałam, że to musi być to zdjęcie!

Fajnie jest tworzyć Mapę Marzeń przy muzyce, która nas pozytywnie nastraja, ale też nie wytrąca z rytmu i pozwala się skupić. Zapalmy świece, włączmy muzykę, zaparzmy sobie ulubioną herbatę, a następnie oddajmy się ... tworzeniu! Połóżcie przed sobą płótno, rozłóżcie wkoło wszystkie czasopisma, naklejki itp. A następnie potraktujcie płótno, na którym tworzycie jak swój wymarzony ogród. To co w nim zasiejecie - zbierzecie. W centralnej części Mapy naklejcie swoje zdjęcie. Następnie przeglądajcie czasopisma, wycinajcie hasła, które sprawiają, że czujecie się dobrze. Wycinajcie hasła i obrazki, które odzwierciedlają to, co chcecie czuć, co chcecie osiągnąć, co jest dla was ważne. Przyklejajcie, wycinajcie, twórzcie.


Podczas robienia Mapy Marzeń, była u mnie Kasia, która robi mi od pewnego czasu zdjęcia ( np. te świąteczne). Chciałam jednak, żeby to nie było udawane, więc zaparzyłam nam herbatki, poczęstowałam pączkami i zabrałam się do tworzenia. Czytałam Kasi hasła jakie wycinałam, mówiłam dlaczego akurat to... było swojsko i na luzie. Kasia trochę pomogła mi nawet w poszukiwaniu kilku obrazków. Muszę przyznać, że trochę to wszystko trwało. Celowo nie zrobiłam Mapy na 100% będąc z Kasią, bo chciałam jeszcze w ciszy i spokoju, totalnie samotnie, przeczesać czasopisma od A do Z i znaleźć "brakujące ogniwa". Przy Kasi spędziłam na robieniu mapy chyba z półtorej godziny, a potem sama poświęciłam na to jeszcze drugie tyle. Chciałam, żeby hasła i obrazki nie były przypadkowe, przyklejane na siłę. Szukałam tego, co od razu wpadnie mi w oko i będzie totalnie moje. Udało się. Co prawda na zdjęciach końcowych, które zobaczycie efekt nie jest finalny, ale lećcie na InstaStories - tam pokazuję Wam całość, czyli to co widzicie + kilka dodatkowych kwiatków i haseł.

Po robieniu Mapy, dokończyłyśmy z Kasią herbatkę, usiadłyśmy zjeść w spokoju pączka, a ja zrobiłam sobie swój napój mocy czyli shake Fit Coco od Natural Mojo. Potrzebowałam kilka zdjęć, bo zbliżały się urodziny NM, a Kasia zrobiła mi najpiękniejsze zdjęcia jakie mam z ich produktami odkąd z nimi jestem czyli... już ponad 2 lata!
Na produkty Natural Mojo macie moją specjalną zniżkę 25% na cały asortyment. Kod to MAMALA25 <3



Moja Mapa Marzeń to głównie hasła i obrazki dotyczące zdrowego stylu życia, dbania o siebie, wartości rodzinnych, ale głównie spokoju ducha. Znaleźć można też na niej hasła takie jak LUKSUS, bo lubię luksus i dążę do tego, żeby móc go częściej smakować i się nim otaczać. Dążę do tego nie zatracając swoich wartości, będąc uczciwym i dobrym człowiekiem.
Jej robienie to była mega przyjemność - chyba nie spodziewałam się, że aż taka, serioo! Czułam się jakby to wszystko co przyklejam na płótnie, już się działo. Może dlatego, że wierzę w moc przyciągania i rzeczy mega na mnie działają. Wiadomo, że takie coś nie jest dla każdego - jedni mogą to obśmiać, inni powiedzieć: i po co mi to? I mają rację! Mapa Działań jest dobrą rzeczą tylko wtedy, kiedy widzimy sens w jej robieniu.
Gotowe dzieło, możemy oprawić sobie w ramę i postawić w miejscu, w którym często będziemy na nie zerkać. U mnie póki co, Mapa Marzeń stoi na biurku i lubię zerkać na nią z łóżka tuż przed snem, albo podczas pracy ( choć ostatnio częściej pracuję przy stole w kuchni :D).
Na koniec, chciałam jeszcze ogłosić do kogo polecą upominki za aktywność pod zdjęciami na Instagramie! :)
Gratulacje dziewczyny! Czekam na Wasze adresy na priv wraz z numerem telefonu :*
A tak na koniec, zostawiam Wam jeszcze garść zdjęć w ramach inspiracji i mam nadzieję, że i Wy spróbujecie takiej metody przyciągania do siebie tego, co dobre :) Ściskam Was ciepło!


















