Phi! Ja mam coś więcej niż wspomniane dolary i apartament. Mam satysfakcję, a przede wszystkim odczuwam wręcz dziiiiiką wdzięczność. Bo wiecie... każdy może pracować i każdy może sobie na różne rzeczy zapracować, żaden problem, wystarczą chęci. Ale wiecie z czego od dłuższego czasu zdaję sobie sprawę? Że nie każdy może urodzić się w wolnym kraju, nie każdemu zawsze dopisuje zdrowie i nie zawsze wszystko jest tak jakbyśmy tego chcieli. A ja jestem zdrowa... żyję w Polsce, w której jest jak jest, ale hello... jesteśmy wolni i mamy przed sobą ogrom możliwości, naprawdę! Nie startowałam z jakiegoś tragicznego punktu, nie musiałam żebrać o jedzenie, miałam zawsze dach na głową i nie musiałam się martwić czy dożyję następnego dnia. Miałam masę innych problemów, ale ogólnie życie układało mi się w miarę dobrze - i byłoby nie fair nie czuć wdzięczności, że los pozwolił mi na realizację swoich planów i marzeń. Że mogłam tego dokonać, bo miałam przed sobą wiele dróg i wystarczyły po prostu chęci.
Budzę się tutaj już kolejny dzień z rzędu i muszę Wam przyznać, że to co w życiu cieszy najbardziej to doświadczanie. Ja delektuję się właśnie kolejnym doświadczeniem i czuję się jakbym znów zaczynała jakiś nowy etap w życiu. Przez ostatnie dwa lata śniłam o pięknym mieszkaniu w stolicy, o białych ścianach i podłogach i... to wszystko dzieje się właśnie teraz !!! Niechże mnie ktoś uszczypnie, no! ;) Dzień po przeprowadzce, odprowadziłam Polę do przedszkola i weszłam do kościoła. Chyba nigdy w mojej modlitwie nie było aż takiej radości, szczerości i wdzięczności. Rozmawiałam z Bogiem jak z najlepszym przyjacielem, który mocno przyczynił się do tego spełnionego marzenia.
Znów odżyłam. Sama ściągam siebie z obłoków, z powrotem na ziemię, bo zapobiegawczo wolę uniknąć roztrzaskania kiedy będę spadać z hukiem - a wierzcie mi prędzej czy później spadnę, takie jest życie. Wzloty i upadki. Choć jestem optymistką i lubię chodzić z głową w chmurach to jednak dla własnego bezpieczeństwa, zostaję ze swoim poziomem ekscytacji na bezpiecznej wysokości. Ale mimo wszystko w jakiś sensie odżyłam znów na nowo. Przeprowadzka, a już tym bardziej wykończenie mieszkania dało mi trochę w kość, przez co musiałam w grudniu odpuścić sobie pracę, ale opłacało się. Uwinęliśmy się w mgnieniu oka. Co prawda wciąż jesteśmy bez mebli, drzwi, listew i kuchni, ale nie sprawia mi to żadnego problemu. Wszystko w swoim czasie. Pomału i bez pośpiechu. Jak widać można żyć bez lodówki. Przecież jest zima. Moją lodówką jest balkon ;)
Ogólnie, muszę przyznać, że moja ekscytacja udziela się chyba i wam :P W całej historii bloga, to właśnie ona wzbudza Wasze największe zainteresowanie ( zaraz po narodzinach Polki, wiadomo, jej to już nic nie przebije). Mam nadzieję, że mimo tego, że latam ciągle z odkurzaczem i miotłą, uda mi się na bieżąco informować Was o postępach w mojej mamalowej rezydencji :D
Póki co uchylę Wam rąbek tajemnicy i powiem, jak to wszystko ma mniej wyglądać. Ogólnie, już od dawna dawna dawna, wiedziałam, że bazą w moim mieszkaniu musi być biel. Mam tutaj na myśli kolor ścian i podłóg. No musi być biało i koniec i kropka. Kiedyś byłam przekonana, że moje mieszkanko ma być w stylu scandi, ale coraz częściej czułam, że podoba mi się to jedynie u kogoś. Najbardziej przemawia do mnie glam, ale też nie mam zamiaru urządzać mieszkania w 100 % w stylu glamour, bo czerpię ze wszystkich stylów po trochu, a z niego po prostu najbardziej. Będzie więc taki mały misz-masz, z przewagą glamu. Będzie jasno, ale z dodatkiem kolorów. Na przykład u Poli mam w planach dodać kolor na jedną ze ścian ( nie całą) i ogólnie pokój wypełnić plakatami, półkami i elementami nawiązującymi do lasu. Jest to po części życzenie Polki, która do pokoju za dodatkowy kolor wybrała sobie kolor GLIN. Konkretnie green czyli zieleń. Salonowi chciałam nadać życie poprzez rośliny, ale dbanie o nie będzie obowiązkiem F, więc jeśli po miesiącu ich nie będzie, to znaczy, że to on coś spartolił, nie ja!
Póki co jednak, wstrzymuję się z jakimiś dalekosiężnymi planami, bo wypadałoby najpierw mieć w ogóle meble, zobaczyć, jak to wszystko wygląda, żeby zacząć dobierać dodatki. Na razie jadą do mnie:
To wszystko co wyżej wymienione, wybrałam w salonie VOX. Drzwi i podłogi również. Drzwi z listwami będą montowane jakoś w lutym, więc dopiero wtedy będę mogła ruszyć z szykowaniem dla Was aranżacji na blog. Sporo pytań już po relacjach na InstaStories padło o podłogę. Przyznam, że to był jedyny element, który wybrałam do mieszkania dawno dawno temu i zdania nie zmieniłam ani razu. Patrząc na efekt finalny, to była dobra decyzja. Podłogę również zamówiłam w salonie VOX i jest to model Impressive White IM1859 - producent to Quick Step. To wodoodporne podłogi laminowane i są po prostu... przepiękne.
Aaaa, nie mogłam wymarzyć sobie lepszego efektu, nie ma takiej opcji! Co do tego jakże kontrowersyjnego koloru i wielu opinii, że sterylnie, że widać każdy brud - wychodzę z założenia, że sprzątać trzeba niezależnie od koloru powierzchni i nie mam z tym najmniejszego problemu :) Co do sterylności - o gustach się nie dyskutuje :P
Nasze mieszkanie obecnie jest baaardzo puściutkie, ale mimo to czuję tutaj nas. Sypialnia to na razie materac, walizki, stosy książek i jedna wielka przechowalnia tego co czeka na meble. O ile jedna strona sypialni wygląda na piękną i czyściutką, tak druga skrywa nasze mroczne tajemnice i jest jednym wielkim bajzlem, w którym tylko wskazuję domownikom, gdzie co się znajduje. Taki tam, szósty zmysł matki polki wszechogarniającej.
Salon to jedynie stolik kawowy, telewizor, xbox i koc, który służy nam jako kanapa. Tam gdzie kiedyś będzie kuchnia, zrobiłam sobie kuchnię kartonową i całkiem nieźle sobie w niej radzę. Na korytarzu jest słynne, mamalowe lustro i mamalowy wieszak a'la garderoba. W jego miejscu stanie piękna szafa podświetlana w środku. Stolik kawowy w salonie był moim małym, wielkim marzeniem odkąd zobaczyłam go na stoisku na targach wnętrzarskich Warsaw Home. Przywlokłam wtedy ze sobą do domu stos ulotek, ale na telefonie wybrałam jedynie numer z jednej z nich... były to właśnie stoliki Tavolini. Zdjęcia stolika ujrzycie w aranżacji salonu, mam nadzieję już niebawem.
W pokoju Polki są już wszystkie jej rzeczy, ale na razie ulokowane głównie na podłodze - u niej nawet taki układ wygląda uroczo i od biedy mogłoby tak zostać, a co tam :D Prawie skończona jest już łazienka - brak jeszcze lustra i szafki nad WC. Na lustro czekam, na stolarza muszę zarobić ( niestety nigdzie nie mogę znaleźć drzewka, na którym rosną pieniądze :( ) Całe wyposażenie łazienki pochodzi z BLU salony łazienek, ale dzisiaj wstawię Wam jedynie dwa zdjęcia, bo całość chciałabym pokazać szczegółowo w osobnym poście.
W kolejnych wpisach postaram się Wam podać konkrety na temat wyboru podłóg i drzwi, a później będziemy już lecieć z aranżacjami każdego pomieszczenia. Chciałam też przypomnieć Wam, że na bieżąco możecie być z nami na instagramie - to tam po kliknięciu w zdjęcie profilowe, macie dostęp do InstaStories - zdjęć i filmików z naszego życia, które znikają po 24 godzinach - choć teraz już niekoniecznie, bo wybrane relacje można zapisywać. Wszystkie zdjęcia z naszego domu, będą na instagramie pod hashtagiem #MamalowyDom z dodaną ikonką domku :) Na facebooku oczywiście również podrzucam Wam linki do wpisów, ale jestem na nim baaardzo rzadko - że tak powiem, nie przepadam za tym medium :P
Dobra, nie ciafroczę już tyle. Wrzucam Wam na koniec fotki z Polkowego pokoju i spadam pracować dalej. Zarabiać znaczy się. Na tego stolarza oczywiście.
PS: Jakbyście się zastanawiali, co Pola robi na zdjęciu powyżej - Pola wczoraj po raz pierwszy otworzyła walizkę ze swoimi pamiątkami z chrzcin, roczku, narodzin itp. - są tam nawet kartki i upominki od Was - naszych czytelników! Pola na zdjęciu przymierza śpiochy, które założono jej po porodzie - mają ucięte nogawki, bo Pola urodziła się taka długa, że nie mogła się w nie zmieścić :D :D :D
Pierwsze projekt łazienki, a właściwie projekty możecie zobaczyć o tutaj, we wpisie, w którym mogliście oddać głos na tą wg Was najlepszą. Ja wybrałam projekt nr 8. Miało być w nim kilka poprawek, jakaś szafka nad WC, lekko zmienione kolory... wyszło jak wyszło - totalnie inaczej niż pierwotne założenie! Mimo, że ósemka urzekła mnie totalnie, to ciągle czułam jakiś niedosyt. Jakby to nie było do końca to, co bym chciała. I nagle pewnej nocy, olśniło mnie! Przecież ja najlepiej czuję się w jasnych, wręcz sterylnych wnętrzach! Uwielbiam białą lub szarą bazę, którą mogę dowolnie uzupełniać kolorowymi dodatkami. Ale baza... musi być jasna! Tak jasna, jak to tylko możliwe. Kolejna sprawa - ja wcale nie chciałam aż tak wiele drewna. Przecież ja kocham glam wzbogacony jedynie elementami skandynawskimi. I tak oto, powróciłam do maksymalnie pierwotnego planu, żeby "drewno" było tylko na ścianie z drzwiami. Olałam temat blatu, bo to totalnie niepraktyczna sprawa w tak małej łazience. Jednak jakieś szuflady prócz szafki muszą być, toteż na takie coś się zdecydowałam.
Efekt finalny, który zobaczycie na zdjęciach, jest oczywiście tylko wizualizacją. Światło w łazience na pewno nie będzie aż tak jasne, a co za tym idzie cała łazienka nie będzie aż tak jasna jak na zdjęciach. Co prawda wciąż będzie jasna, ale tak jak Wam wiele razy mówiłam - to jest mój klimat, który po prostu kocham i czuję się w nim najlepiej! No dobra... zdradzę Wam, że prawie wszystkie płytki są już położone i wcale nie jest tak jasno jak myślałam, że będzie, jest w sam raz - niebawem się Wam pochwalę :P Tymczasem zobaczcie jak to wygląda na ostatecznej wizualizacji. Oczywiście liczę na to, że rzeczywistość będzie jeszcze lepsza.
Na podłodze znajdują się meeega duże, białe kafle. Widziałam je już położone na żywo i efekt jest nieziemski. Wygląda to naprawdę elegancko - tak jak lubię :P Ogólnie w tej sterylności jest trochę szaleństwa, bo w zaledwie 5 metrowej łazience, jest aż PIĘĆ rodzajów płytek! Idealnie rozwiązanie dla niezdecydowanych, ha! Na ścianach są cztery rodzaje płytek: szare kwadraty, białe prostokąty, cudowne białe kafle z wytłaczanymi liśćmi ( zabudowa LED) ooooraz cudowna, wymarzona drewnopodobna płytka na ścianie z drzwiami. Wielkie L O V E!
Muszę też podziękować z tego miejsca za wszystkie Wasze rady - poszłam jednak za praktycznością niż za wyglądem i wyrzuciłam blat, a wybrałam wielką umywalką i szafkę z dwoma szufladami. Zmieniłam też grzejnik, bo jednak te zwykłe drabinki, które znajdują się w łazienkach są po prostu marne. Teraz mam cudowny, prosty, minimalistyczny grzejnik w kolorze... no nie zgadniecie ;)
Zdecydowanie chciałabym umilić wygląd tej surowej łazienki, stylowym oświetleniem, koszem na pranie i czymś co postawię na zabudowie pralki. To są jednak już mega drobne szczegóły, które powoli będą się pojawiać wraz z upływem czasu na nowym mieszkaniu. I tak, najbardziej z całej łazienki jaram się swoją zabudową LED. Delikatne światełko wydobywające się zza wytłoczonych liści - kosmos!
Z tego miejsca ogrooomnie pragnę podziękować najlepszej i niezwykle cierpliwej projektantce Marcie Wierzchowskiej z Salonu Łazienek BLU w Słupsku. Marta, jesteś genialna a Twój projekt łazienki - obłęd! Niesamowita fantazja, cierpliwość do klienta i przede wszystkim służenie pomocą i radą alll the time. Nawet kiedy pisałam Marcie o mojej 13003893838 wizji łazienki i mogła już po prostu przyklepać i zrobić jak chce - to nawet wtedy potrafiła mi wskazać błędy, podpowiedzieć, że to nie będzie ze sobą grało itp. Naprawdę szacun, dziewczyno!
Podziękowania należą się również dla całej ekipy Salony Łazienek BLU za niesamowitą przygodę w projektowaniu, wybieraniu produktów. Naprawdę to niesamowite kiedy nie jesteś tylko klientem, ale jesteś indywidualnością, dla której wszyscy chcą stworzyć tą idealną, wymarzoną łazienkę. To naprawdę duży plus, kiedy wiesz, że ludziom na Tobie zależy. Nie tylko na sprzedaniu produktu, ale też na tym, byś dokonała naprawdę dobrych i przemyślanych wyborów i otrzymała projekt łazienki o jakiej marzysz.
To na razie tyle... do sylwestra moja łazienka będzie skończona. Później tylko dostawa lustra, stolarz, drobne dodatki... i wspólnie będziemy mogli zachwycać się efektem końcowym. Trzymajcie kciuki kochani i koniecznie napiszcie czy projekt łazienki, który teraz wybrałam również się Wam podoba!
Pamiętacie głosowanie na projekty? Ten, który wybrałam, zmodyfikowałam do tego stopnia, że jest do siebie w ogóle nie podobny. A już nawet tak hardkorowo zmodyfikowaną wersję, co chwilę zmieniałam, bo a to jednak inne płytki tu, a to inne tam. Koniec końców, po zaakceptowanej wizualizacji i tak zdecydowałam się zobaczyć wszystko co wybrałam - na żywo. A konkretnie w salonie łazienek BLU w Białymstoku. Przy projektach nie chciałam Wam za dużo pisać o miejscu, w którym tworzę swoją wymarzoną łazienkę, dlatego postanowiłam napisać o tym w osobnym wpisie, tuż po mojej wizycie w salonie.
Calutka łazienka została zaprojektowana przez projektantkę z salonu BLU w Słupsku - Martę Wierzchowską. To jej "wizja" była mi najbliższa, choć finalnie... i tak wyszło z tego coś zupełnie innego. Do projektów zostały użyte tylko i wyłącznie produkty, które można zakupić w salonach BLU. Wyjątek stanowić będzie zabudowa pralki i szafka nad WC - to jest już robota dla stolarza; i lustro oraz oświetlenie, którego w sumie wciąż bezskutecznie poszukuję i wciąż nie wiem na co się zdecydować.
Sieć Salonów Łazienek BLU, współpracuje z czołowymi polskimi producentami. W salonie w Białymstoku, w którym byłam, znajdowało się wszystko co potrzebne nam do stworzenia swojej wymarzonej łazienki. I właśnie wtedy zrozumiałam, że totalnie nie jestem na czasie. Z niczym. Kiedyś nie było aż takiego wyboru, teraz... teraz mam wrażenie, że tego wszystkiego jest aż za dużo! Jestem pod ogromnym wrażeniem - asortymentu, profesjonalizmu osób pracujących w salonie jak i ich chęci pomocy, bym dokonała jak najlepszego wyboru. Jeden z panów, który oprowadzał mnie po salonie, musiał się wykazać na prawdę dużą dawką cierpliwości i to wcale nie do Poli :P Ale ja musiałam, po prostu musiałam płytkę do płytki przyłożyć, żeby sobie jakoś to wszystko wyobrazić. A co szłam dalej i widziałam kolejne propozycje, tym większy mętlik miałam. Wiedziałam jednak, że pierwsza ( no powiedzmy, że pierwsza, po stu poprzednich) myśl jest najlepsza, więc zostałam przy produktach, które zaakceptowałam na ostatniej wizualizacji mojej łazienki.
Koniec końców, postawiłam na płytkę szarą, białą i drewnopodobną. W salonie pokazano mi kilka kombinacji, w różnych odcieniach padającego światła i mam nadzieję, że po skończeniu mojej łazienki, wszystko będzie wyglądało tak jak sobie wyobraziłam. Jestem ogromnie zadowolona z wyboru wanny - jest właściwie identyczna jak mam teraz, czyli prosta, bardzo wygodna i długa. Choć patrząc na wzrost domowników, nie wiem czy istnieje taka długość wanny, która byłaby dla nas odpowiednia. A tak serio - 170 cm jest idealne. Można się wygodnie położyć i zrelaksować. Nie wyobrażam sobie życia bez wanny, serio! Rewelacją jest to, że dzięki temu, że zdecydowałam się na parawan nawannowy, będę mieć również opcję prysznicu. To było moje marzenie!
To czym nie interesowałam się wcale to podwieszana miska. No wiecie, to nie jest jakiś najbardziej atrakcyjny element łazienki. Ale jak usłyszałam i na własne oczy zobaczyłam, że nowoczesne ubikacje nie mają teraz kołnierza, a co za tym idzie - czyszczenie jest dużo prostsze - to się już tym naprawdę zainteresowałam. Rewelacja! Najbardziej znienawidzona czynność, odejdzie w niepamięć. Woda wylatuje tylko z tylnej części, ale obmywa całość. Bajer.
Wiecie czego jeszcze nigdy nie lubiłam czyścić? Baterii! Wszystko zawsze na tym widać. Zacieki, kropki, brud. A ja... a ja będę miała baterie, na których przeważa biel, ha! Cieszyłam się jak dziecko, jak pokazano mi je w salonie na żywo. Zresztą pokazano mi praktycznie wszystko to co wybrałam i jeszcze więcej. Nigdy chyba nie byłam miejscu o tak dużym asortymencie łazienkowym, z tak pięknymi aranżacjami boxów łazienkowych. Po wyjściu z salonu i zaakceptowaniu zamówienia, moja projektantka zapewne odetchnęła z ulgą, że przestanę ją zamęczać coraz to inna wizją, która uroiła mi się w głowie.
Salon łazienek BLU posiada markę własną AZARIO. Są to produkty unikalne, których nie ma wszędzie i nie są produkowane masowo. To również duży plus dla osób, które chcą postawić na oryginalność swojego projektu. Azario w swojej gamie posiada płytki ścienne, podłogowe, gresy i nie tylko. Oferta wciąż jest rozszerzana w taki sposób, by sprostać wymaganiom klientów. Ja z kolekcji Azario, wybrałam płytki ścienne AZARIO ZANZIBAR - płytka ta została wyróżniona Perłą Ceramiki 2017 ; płytkę AZARIO CEMENTI BLANCO oraz płytkę podłogową - gres AZARIO SUPER WHITE. "White" chyba nikogo nie dziwi w moim przypadku, prawda? ;) Wanna o której Wam pisałam, to z kolei AZARIO MORENA, a miska WC bezkołnierzowa to AZARIO ARGUS. O wszystkich produktach będę szczegółowo pisać jeszcze w poście z realizacją łazienki, ale nie zaszkodzi zdradzić już nazw kilku produktów.
Nie wiem. Sama nie wiem, jak to wszystko będzie finalnie wyglądało, ale wiem jedno - pierwsze partia zamówienia przyjdzie już za kilka dni, a mój fachowiec zacznie działać. Na pewno wprowadzamy się przed nowym rokiem. Nie martwię się na zapas, że coś nie dojdzie, że coś nie będzie pasowało - choć straszą mnie tym wszyscy wkoło. Najgorsze było dla mnie podjęcie decyzji odnośnie samych produktów - teraz będzie już z górki. Wiecie - kwestia nastawienia. Byle pieniędzy na wszystko starczyło :P
Podsumowując. Cały projekt i całe wyposażenie to zasługa BLU salony łazienek. Jestem pewna, że jeśli stoi przed Wami zadanie urządzenia łazienki, to mogę Wam polecić to miejsce z ręką na sercu. Duży wybór, pomocni i profesjonalni pracownicy i przede wszystkim - projektanci z świetną wizją, którzy na pewno wstrzelą się w to, co siedzi Wam w głowach. W salonie jest kącik, w którym możecie się swobodnie rozsiąść, zastanowić nad projektami, wypić kawkę. Dzieci mogą w tym czasie pokolorować i zająć się sobą. Wszystko na plus!
Za jakiś czas pokażę Wam na blogu ostateczny projekt, który zaakceptowałam i od którego nie ma już odwrotu. Mam nadzieję, że nie będę żałować :) Widzimy się niebawem, w mojej nowej łazience! Na pewno pokażę Wam wszystko na zdjęciach i w relacji na żywo. Ależ to będzie emocjonujące - relacja na żywo z mamalowej łazienki. Szaleństwo! Bądźcie cierpliwi, to wszystko już lada moment. Trzymajcie się ciepło.
No bo wieeecie jak to jest. Wynajmowanie i takie cackanie się, żeby czasem czegoś na domówce doszczętnie nie zdemolować. Żeby czasem dziury w ścianie nie zrobić. I żeby czasem z chałupy nie wylecieć, jak się właścicielom zachce wrócić. To nie jest tak, że się na co dzień myśli o tym, że to mieszkanie nie jest nasze, bo się o tym nie myśli. Ale w głębi serducha się wie, że się ładuje mega duże pieniądze, a nie tworzy się z tego żadnego kapitału. Po prostu - płacisz komuś za to, żeby udostępnił Ci dach nad głową, a mógłbyś płacić tyle samo, albo nawet mniej i ładować już w swoje. I to wynajmowanie na start było super. Spędziliśmy tutaj przepiękne dwa lata naprawdę! Na zawsze będę mieć w pamięci to mieszkanie i zawsze już będę pamiętać co czułam, kiedy weszliśmy do niego pierwszy raz. Dla mnie Warszawa i zamieszkanie tutaj, było jak jakiś american dream, serio. To wyrwanie się ze schematów, ta różnorodność ludzi, te możliwości, ta przestrzeń. Odżyłam tutaj, zaczęłam żyć na nowo, zrozumiałam, że świat jest w moich rękach! Ja wiem, wiem, że możesz to czytać i myśleć: przesada! Ale ja tego potrzebowałam, nie tylko po to, żeby zarabiać tutaj dużą kasę, ale głównie po to, żeby poczuć, że żyję. Uwolnić się od przeszłości, w której trochę narozrabiałam i trochę się pogubiłam. Potrzebowałam nowego startu, nowej przestrzeni. Potrzebowałam zrozumieć, że mogę być wolnym i świadomym człowiekiem, jeśli tylko sobie wszystko poukładam. I poukładałam. Nie dziw się więc, że jestem teraz jaka jestem. Że prędzej porozmawiasz ze mną o wierze niż o imprezach. Że nie zacznę z Tobą narzekać, tylko będę wszędzie dopatrywać się jasnych stron. Jestem teraz właśnie taka i taka chcę być. I nigdy więcej nie chciałabym wrócić do świata, w którym jestem pogubiona, mam poprzestawiane priorytety, wiecznie się zamartwiam, wbijam innym szpilkę i widzę świat w czarnych barwach. Poukładałam sobie życie i samą siebie. Na nowo. Kawałek po kawałeczku. Stałam się silna i niezależna. A wystarczyło tylko powiedzieć spontanicznie: wyprowadzam się. Do Warszawy.
I stało się. Jazda bez trzymanki, praca na pełnych obrotach, wzloty i upadki, ale w końcu dopięliśmy swojego. Ekscytacja rośnie z dnia na dzień, a jednocześnie jakiś żal w sercu się pojawia, bo o ile mieszkanie i osiedle piękne, to jednak tu gdzie mieszkam obecnie... tu jest chyba nasze miejsce na ziemi. Ten las obok, te klimatyczne bloki, pomiędzy którymi wojażowaliśmy rowerami z F. w letnie wieczory... i tak sobie myślimy, że to dobrze, że przeprowadzamy się tylko jakieś 5 km dalej. Bo wciąż będziemy tutaj pewnie zaglądać każdego dnia, a ja wciąż odwożąc Polę do przedszkola, będę kupować wędlinę obok mojego obecnego bloku. Człowiek się przyzwyczaja. Do wszystkiego. Ale pierwsze razy są najpiękniejsze. Jako pierwszy raz, traktuję naszą przygodę właśnie w tym wynajmowanym mieszkaniu, przy ulicy wręcz filmowej, bo Alternatywy... więc cieszę się jak nienormalna, że już zaraz idę na swoje, a jednocześnie z małym smutkiem żegnam się pomału z tym co tak dobrze poznałam i co tak mocno pokochałam. Od początku mieliśmy szczęście jeśli chodzi o mieszkania i lokalizację. Na początku było Bemowo i cudowne białe mieszkanie - wiecie, że kocham sterylną biel? ;) Wszystko wkoło było piękne. I może nie zachłysnęłabym się tak stolicą, gdybym właśnie trafiła gorzej. Gdybym trafiła np. na Pragę czy na Białołękę. Niech się nikt, kto tam mieszka, teraz nie obraża. To po prostu nie są moje klimaty, a przynajmniej nie klimaty, w którym mogłabym mieszkać. Ubolewałam strasznie, kiedy właścicielka po dwóch miesiącach musiała wrócić do mieszkania na Bemowie, ale jak widać, wszystko dzieje się po coś. Po Bemowie trafiliśmy tutaj, a tutaj zrozumieliśmy, że Ursynów to nasze miejsce na ziemi. Nie zrozumie tego nikt, kto tym klimatem nie przesiąknie, kto nie pozna wszystkich zakamarków, architektury. Nie zrozumie tego ten, kto nie przejdzie się między wszystkimi starszymi blokami i nie zobaczy jak bardzo są one charakterystyczne. Dobrze, że będziemy mieszkać tak blisko tego miejsca... że Pola wciąż będzie chodziła do tego samego przedszkola. Dobrze, że w pewnym sensie, wciąż pozostajemy na Ursynowie. No i nareszcie, będę mieć pod nosem wielką galerię. Tego było mi trzeba! ;)
Odbijając od ursynowskich sentymentów. Odebrałam ostatnio te wymarzone klucze... przeszłam się po mieszkaniu, po osiedlu... i zrozumiałam, że dla osoby, która pracuje w domu - jest to miejsce idealne. Zobaczyłam plac zabaw pod samym balkonem. Wyobraziłam sobie Polę bawiącą się z dziećmi i nas, spijających herbatkę na balkonie. Zobaczyłam jeziorko. Wyobraziłam sobie moje wieczory przy nim, z słuchawkami na uszach i relaksującą mantrą. Zobaczyłam ławki, zasadzone rośliny. Wszystko, mimo, że jeszcze nie skończone - przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Bóg chyba czuwa nad tym, bym żyła w miejscach, które mimo, że są w mieście, to są odseparowane od hałasu i tłumu. Tak mieszkam obecnie i tak będę mieszkać już za moment. Od roku, mój mózg ciągle wytwarza obrazy tego, jak będzie wyglądać moje życie w nowym mieszkaniu. Jak będą wyglądać wspólne posiłki przy okrągłym stole. Jak będą wyglądać spotkania z przyjaciółmi w naszym bialutkim salonie. Jak będą wyglądać moje kąpiele w mojej odjazdowo sterylnej łazience. Jak będzie wyglądać moje malowanie się, przed wielkim, okrągłym lustrem. Jak będzie wyglądać życie... w tych naszych nowych, czterech kątach. Już niedługo być może klapniemy tyłkami na podłodze, bo zapewne nie będziemy jeszcze mieć mebli, otworzymy szampana i wypijemy za nasze kolejne, wspólne lata, spędzone już w NASZYM miejscu... Wiesz. Możesz mi mówić, że przesadzam, że z czego ja się tak cieszę, że mieszkanie nie jest moje, bo jeszcze przez jakiś czas banku, bla bla bla. Włożyliśmy w to mnóstwo wysiłku, pracy i pieniędzy. Zrezygnowaliśmy z wielu przyjemności i nawet nie wiesz ile razy się potknęliśmy i prawie dotknęliśmy dna. Dla mnie to sukces. Nie porównuję się z innymi. Nie obchodzi mnie, że w dzisiejszych czasach, większość jest na swoim. Patrzę tylko na siebie. Na to ile od siebie dałam. Ile osiągnęłam. I co dzięki temu zyskałam. To nie są tylko cztery ściany. To nasz dom. To nasze miejsce na ziemi. To nasz grunt pod nogami. To nasza praca. To nasz kapitał. To efekt.
I ja od początku czułam, że to nowe mieszkanie, będzie dla mnie na każdej płaszczyźnie, drzwiami do lepszego życia. I każdy kto mnie zna i wie, jakie mam podejście do pracy, mówił mi: Ty dopiero jak będziesz na swoim, to pokażesz na co Cię stać. Nie chcę wchodzić w szczegóły. Ale już czuję energię, która przypływa do mnie z każdym dniem, im bliżej jestem wejścia na swoje. Ja po prostu muszę być na swoim, by dać z siebie 100 %. Nie umiem tego wytłumaczyć. Po prostu muszę... i niebawem poczujecie na pewno tę samą energię i zrozumiecie, że miałam rację! Ale jeszcze trochę kochani. Jeszcze trochę...
Marzyłam o tym... choć tak naprawdę projektów nie miało być żadnych, a jedynie własne wizje w głowie, to jednak jeśli chodzi o łazienkę, miałam naprawdę spory dylemat i kompletnie nie wiedziałam od czego zacząć. Mała łazienka w bloku, która na dobrą sprawę nie ma nawet 6 metrów to wyzwanie. Obecnie mam łazienkę o takich właśnie wymiarach i szczerze mówiąc, dziękuję Bogu, że nie jest większa, bo ... wiecie... kto miałby to wszystko sprzątać ;) Ale na takiej powierzchni, trzeba już się trochę nagimnastykować, żeby wyszło ładnie, praktycznie i jeszcze po mojemu. No bo hello - to ja mam się czuć w tej łaźni dobrze. I reszta domowników oczywiście.
Jako człowiek, naprawdę nie mam wielkich wymagań, zwłaszcza jeśli chodzi o pomieszczenie takie jak łazienka. To co dla mnie jest ważne - musi być jasno. Naprawdę, nie chodzi mi tutaj o modę, a o własne samopoczucie. Nie cierpię ciemnych pomieszczeń. Czuję się w nich źle i nie czułabym się jak u siebie. Weźmy też pod uwagę metraż - 5 metrów z kawałkiem wręcz krzyczy o to, by nie robić z tego małej, ciemnej klitki. Jasne kolory sprawiają, że przestrzeń wydaje się większa, bardziej przestronna. I za to kocham właśnie biel.
Ale kurcze - nie tak miałam zacząć ten wpis! Bo przecież dzisiaj, bohaterem wpisu są tak naprawdę projektanci, którzy uważam, że odwalili kawał dobrej roboty. A wierzcie mi, że projekty zobaczyłam nie wiele wcześniej niż Wy, bo wczoraj wieczorem. I wciąż nie mogę wyjść z podziwu. A któż projektów się podjął i skąd w ogóle weźmiemy z F. całe wyposażenie łazienki? Bo na to pewnie czekacie, prawda? :) A no już Wam mówię. W końcu mam Was tutaj zainspirować.
Jeśli chodzi o łazienkę, to zgodnie z F. wybraliśmy salony BLU. To tam pojedziemy po całe wyposażenie i to właśnie projektanci z salonów BLU dostali za zadanie, wykonanie projektów mojej wymarzonej łazienki. O salonach BLU, napiszę Wam więcej i bardziej szczegółowo, tuż po wybraniu się po całe wyposażenie do jednego z salonów, bo przecież dzisiaj wszyscy czekacie na coś zupełnie innego, niż tego typu "opowieści". Przejdźmy zatem do kwestii projektów. Jak to się wszystko zaczęło.
Oczywiście wizja tego, jak to wszystko ma wyglądać, gdzieś tam od roku kiełkowała w mojej głowie. Przeglądałam internet, szukałam inspiracji, a te najlepsze zapisywałam na komputerze. Mała łazienka w bloku to zdecydowanie ciężka sprawa i internet w pewnym momencie zawodził. Miałam jednak jeden taki projekt, który niemalże idealnie wpasowywał się w potrzeby moje jak i F. Projekt bazował głównie na bieli i szarości, ze sprytnie wplecionym elementem drewna. Obydwoje byliśmy zakochani w tym projekcie i choć co chwilę znajdywałam nowe - ten był takim moim punktem zaczepienia, do którego ciągle wracałam. Projektanci musieli jednak wiedzieć, na czym mają bazować, w jakich kolorach czy fakturach wybierać - oraz znać moje ogólne wytyczne.
Szczerze mówiąc... przedstawić mogłam im jedynie ulubione, bazowe kolory, których jestem pewna... ale jeśli chodzi o całość - tak naprawdę pozwoliłam projektantom "poszaleć". Powiedziałam, że jeśli ktoś z nich ma swoje wizje i uważa, że mogą one iść w parze z moim gustem - to proszę kombinować. No i wczoraj zobaczyłam efekty tych kombinacji. To co zobaczycie poniżej, to projekty, w które nie ingerowałam. Nie widziałam ich w trakcie, nie były "modyfikowane". Dopiero teraz, kiedy zdecyduję się na jeden z tych projektów, dopracuję całość z projektantem i wniosę ewentualne zmiany i poprawki, tak by było już perfekcyjnie czyli tak jak JA chcę.
No dobra... to teraz najważniejsze. Projekty mojej łazienki. Pod każdym projektem znajdziecie opisy kolekcji, użytych produktów, a także ceny. Kwota, na której mieli bazować projektanci to ok. 9500 zł brutto. Pod każdym projektem, znajdziecie również moją opinię, spostrzeżenia, uwagi. Na samym końcu zaproszę Was do głosowania, w którym wskażecie mi najlepszy Waszym zdaniem projekt. Ale to, jaki projekt wybiorę ja, i jaki jest moim faworytem - o tym dowiecie się dopiero po zakończonym głosowaniu :) No to patrzcie!
cena brutto: 9 453,95 zł
cena brutto: 9 414,67 zł + ok 2 000 zł brutto meble na wymiar i blat
Nie wiem czemu, na samym początku nie zwróciłam uwagi na tą łazienkę, bo jest po prostu przepiękna. Jasna, spójna. Wszystko tutaj ze sobą gra. Pięknie wbudowana szafka nad WC i mega praktyczne rozwiązanie z przedłużeniem blatu nad pralką, gdzie ukryta jest sprytnie szczotka do ubikacji i inne tego typu rzeczy. Przy szufladach jest dużo miejsca, więc albo dodałabym tam blat, albo zostawiła to miejsce, żeby mieć tam fajny, duży kosz na pranie. Albo na dwa kosze. Może czas nauczyć domowników oddzielania brudów ciemnych od jasnych? Dla mnie będzie to duuuże ułatwienie. Kto pierze, ten wie. Wydaje mi się, że to najbardziej praktyczna propozycja ze wszystkich.












cena brutto : 9 428,43 zł + jakieś 1 300 zł na podwieszany sufit niebo (300 zł / 1m2)
+ ok 2 000 zł brutto meble na wymiar i blat
Podwieszany sufit to zdecydowanie nie moja bajka, ale mozaika na wannie wydaje się być całkiem atrakcyjna. Zdecydowanie wolę wersję tej łazienki taką jak na pierwszych zdjęciach - z normalnym sufitem. Również duży plus za ukryta pralkę i za miejsce na szczotkę itp. Bardzo podoba mi się wkomponowanie szafki nad ubikacją. Wanna - zdecydowanie musiałaby być większa. Motyw drewna nad wanną również nadaje ciekawego uroku.











cena brutto: 8 558,20 zł
cena brutto: 8 848,60 zł
cena brutto: 8 835,02 zł
Wobec tego projektu mam identyczne uwagi, jak do poprzedniego. Łazienka różni się właściwie kolorystyką. Ta, mam wrażenie, nadaje łazience charakter mocno luksusowy, ale jednak wciąż pozostaje on przytulny. Wszystko pięknie się tutaj zgrywa, a gdyby zagospodarować ścianę naprzeciwko lustra tak jak wspominałam wcześniej - wzbogacić o szafkę i jakiś słupek, ale tak by tworzyło to gładką powierzchnię - mogłoby to wyjść nie dosyć, że pięknie to jeszcze praktycznie.
I... to już koniec propozycji moi drodzy. Teraz ogłaszam najfajniejszą część!
Możecie oddać głos na najlepszy Waszym zdaniem projekt. Która mała łazienka jest wg Was najlepsza? Nie chodzi o to, że musi ona spełniać Wasze wymagania w 100%. Wyobraźcie sobie, że możecie wybrać łazienkę i później wnieść w niej delikatne modyfikacje. Który byłby to projekt? Będę wdzięczna nie tylko za głos, ale również za uzasadnienie. Wasze wskazanie, co można byłoby zmienić, jakie rozwiązanie zastosować - oraz wskazanie co już teraz wydaje Wam się super - będzie dla mnie baaardzo pomocne. Zapewne sami wiecie już, kto jest moim faworytem, ale pamiętajcie, że łazienkę wybieram razem z F. A jego wizje troszkę odbiegają od moich. Trzeba znaleźć jakiś kompromis. To będzie ciężki orzech do zgryzienia, ale wierzę, że nasza mała łazienka będzie w 100% taka jak sobie wymarzyliśmy. Uważam, że wszyscy projektanci dali czadu i naprawdę wybór jest okropnie trudny.
Głosowanie potrwa od teraz do końca dnia 4 października. Spośród wszystkich głosujących jedna z osób zgarnie ode mnie mały upominek. Projekt wybrany przez Was jak i przeze mnie ( już zmodyfikowany pod moje potrzeby) zostanie opublikowany w osobnym wpisie na blogu w drugiej połowie października. Liczę na Wasze rady i pomoc!
Wszystkie produkty, wyżej wymienione, asortyment oraz adresy salonów sieci BLU możecie zobaczyć na ich stronie o tutaj. Wybór jest naprawdę ogromny, a projektanci jak sami widzicie - uzdolnieni. Już niebawem pokażę Wam foto-relacje z jednego z salonów BLU, gdzie wspólnie z F. wybierzemy się po wyposażenie naszej wymarzonej łazienki. Wiecie co? Nie mogę się doczekać! Jeśli i przed Wami zostało postawione wyzwanie urządzenia łazienki i gorączkowo wpisujecie w wyszukiwarce frazy: mała łazienka w bloku - z nadzieją, że w końcu znajdziecie coś dla siebie - to mam nadzieję, że swoimi projektami choć odrobinę Wam pomogłam. Tymczasem czekam na Wasze głosy - zarówno tutaj jak i na fb i instagramie. Do dzieła!
Filmy o miłości uwalniają tkwiące gdzieś głęboko w nas, ukryte emocje. Pozwalają spojrzeć na partnera z innej perspektywy, a czasem pozwalają docenić to co mamy. Czasem filmy o miłości wzbudzają też smutek, bo miłości filmowe zazwyczaj są nieco przerysowane, a w przypadku osób samotnych pojawia się przeogromna chęć postrzelenia przez strzałę amora. Kiedyś w młodości, naoglądałam się zbyt dużo filmów romantycznych, takich w stylu wiecie... nic nie rób, a prawdziwa miłość przyjdzie, już nigdy nie zaznasz smutku, a motyle będą latać w Twoim brzuchu 24 na dobę, do końca Twojego życia. Trochę później życie pokazało mi, że zbyt długo żyłam w przekonaniu, że film=życie.
W życiu nie wszystko jest takie proste - no i nie ma soundtracków. Wyobraźcie sobie jak byłoby fajnie, gdyby różne sytuacje z naszego życia, automatycznie opatrywała muzyka. To jest właśnie magia filmu. Dzisiaj chciałabym Wam pokazać mój spis 11 wyciskaczy - romantyczne filmy o miłości, które pokazują w mniej lub bardziej dosadny sposób siłę miłości i różne scenariusze jej powstawania. Kolejność jest zupełnie przypadkowa, choć jeśli mam być szczera, pozycja pierwsza nie jest pierwszą z przypadku... ;)

Nie pamiętam, by którekolwiek inne filmy o miłości tak cholernie mną wstrząsnęły i wycisnęły ze mnie aż tyle łez. Przepiękna, fascynująca opowieść o dwójce młodych ludzi, którzy poznają się na spotkania grupy wsparcia. On - po utracie nogi w wyniku raka ( aktualnie w stanie remisji) , Ona - od 13 roku życia cierpi na nowotwór tarczycy. Nie ma w tym filmie typowych dla romantycznego klimatu warunków, które sprzyjają motylom w brzuchu. Prócz choroby łączy ich też wzbudzona w chłopaku przez nastolatkę chęć poznania autora ich ulubionej książki. Wybierają się razem na wyprawę do Amsterdamu, a tam ich miłość nabiera nowego wymiaru... Oglądając ten film nie płacze się na końcu filmu, czy w środku. Niestety, a może "stety", płacze się już od początku. Jak dla mnie 10/10. Totalnie inny wymiar miłości, bo miłości, która mierzy się z wizją śmierci. Przewartościowanie po obejrzeniu filmu gwarantowane.

Ten film określiłabym słowem KLASYK. Klasyk, do którego przekonałam nawet swojego F. - swoją drogą był on zafascynowany tym filmem w takim stopniu jak ja, a w kolejnych latach związku, obejrzeliśmy go niezliczoną ilość razy. Przepiękny motyw miłości, która przetrwa dosłownie wszystko. Przepiękny motyw wiary, którą charakteryzuje się bohater filmu, w podeszłym już wieku. Wiara w to, że jego miłość trwa nadal, nawet jeśli choroba nie pozwala o tym pamiętać jego wybrance. Wszystkie retrospekcje z młodości wzbudzają w człowieku pewnego rodzaju ekscytację, a z czasem irytację ( kiedy bohaterka filmu wyjeżdża). W przepiękny sposób ukazana siła miłości, dla której nie ma podziałów, nie ma modnie to dzisiaj określając: gorszego i lepszego sortu.

Nie pamiętam już czy najpierw przeczytałam książkę, czy obejrzałam film. Mimo dość prostej i przewidywalnej historii, film ma swój urok i niesie ze sobą pewne przesłanie. Dlaczego nazwałam historię dość prostą i przewidywalną? Bo to historia jak na filmy o miłości dość przewidywalna - gdzie skromna, grzeczna studentka poznaje silnego, przystojnego komandosa na przepustce. Spotkałam się z wieloma głosami, że okres, w którym młodzi się zakochują jest przedstawiony jako zbyt krótki i można to nazwać jedynie zauroczeniem - absolutnie się z tym nie zgadzam.
Jeśli na swojej drodze napotykamy TĄ osobę, to czujemy to czasem całym sobą już po kilku dniach spędzonych wspólnie. Ale do rzeczy. Najpierw widzimy na ekranie miłosne uniesienia, a później bolesne rozstanie, wojnę itp. Jest jednak w tym filmie wątek, który przyciąga, momentami nawet bardziej niż miłosna historyjka, mianowicie relacja ojciec-syn. Nie dam tutaj mocnej dyszki, wcale nie podejmę się oceny, ale oglądam za każdym razem kiedy leci w telewizji. Książkę przeczytałam jednym tchem - zawsze papier zwycięży ze szklanym ekranem - ZAWSZE :)

Im głośniej o jakimś filmie, im więcej nominacji do nagród przeróżnych i im więcej ludzie wkoło o danym filmie gadają - tym mniejszą mam ochotę go obejrzeć. Może dlatego powyższy film obejrzałam po tak długim czasie od jego premiery. Bałam się jakiegoś kiczu, nie wiem czemu. Mimo miłości wielkiej do książek o pozytywnym myśleniu, wiem jak wiele jest też takich, które nijak mają się do rzeczywistości i są napisane po prostu... tandetnie. Nie jest to typowy film romantyczny, na którym co chwilę będziecie się wzruszać i odpływać w krainę marzeń o cudownej miłości. Jeśli mam być szczera, to właśnie tutaj miłość pokazana jest w najbardziej realny sposób. Niesamowity powiew świeżości i coś zupełnie innego od tego co znamy pod etykietą filmów romantycznych.

Na ten film trafiłam przypadkiem, szukając czegoś romantycznego, acz trochę dramatycznego. Bo czy filmy o miłości muszą być zawsze super radosne? Chodziło po prostu o to, by się popłakać jak bóbr, oczyścić i iść spać. Nie dosyć, że film jest tego samego producenta co "Gwiazd naszych wina", to jeszcze jest oparty na powieści autora, którego twórczość ubóstwiam - Nicholasa Sparksa. Ten z kolei jak wiecie ( lub nie) jest autorem wspomnianych wcześniej pozycji: "I że Cię nie opuszczę" oraz "Pamiętnik". To na wstępie dało mi gwarancję, że film będzie po prostu dobry. Ale był więcej niż dobry. Najbardziej w filmie spodobał mi się fakt, że zostały przedstawione losy dwóch par, które z najmniej oczekiwanym momencie - zbiegają się.

To jeden z nielicznych filmów, na który wybraliśmy się razem z F. do kina. I jeden z tych, który spodobał nam się obojgu. Jest to też jeden z tych filmów, podczas których człowiek łapie się za głowę i mówi : "Jakie to musi być straszne". Zastanawialiście się kiedyś, co by było gdyby Wasz partner Was...zapomniał? No raczej nie, bo nie ma nic fajnego w takich wyobrażeniach. Ale wyobraź sobie, że nagle dla swojego partnera stajesz się obcą osobą... nie pamięta Cię, nie czuje chemii między Wami - nic. A Ty... ty podejmujesz walkę. Bardzo ciekawy film, choć pamiętam, że było mi mało, miałam jakiś niedosyt... :)

Na ten film trafiliśmy z F. kompletnym przypadkiem, a takie perełki okazują się zawsze najlepsze. Krótka recenzja i opis filmu, który mówił że dwoje bohaterów postanawia spotykać się co roku tego samego dnia , sprawił, że musiałam to od razu odpalić. Może dlatego, że lubię właśnie takie postanowienia, coś co jest świadectwem niesamowitego uczucia, pewne obietnice, które scalają na zawsze dwie osoby, pewne rzeczy, które są tylko ICH. Ja np. ze swoim przyjacielem obiecałam sobie kiedyś, że jeśli do 30 nikogo nie znajdziemy i będziemy sami - weźmiemy ślub. On był moim ideałem, ja jego - tylko jakoś tak zawsze jak brat z siostrą. No i być może trochę utożsamiłam się z obietnicą filmowych bohaterów, choć nieco inną... Dla mnie 10/10 - po prostu coś totalnie innego od klasycznych romansideł.

Jeśli filmy o miłości, kojarzą Wam się zawsze z podobnymi historiami, obejrzyjcie to. Znów coś innego, z dozą tajemniczości. Jest akcja, jest miłość. Nie ma w tym filmie nudy, ani cukierkowości. Spotkałam się z opiniami, że jest dość przewidywalny - pewne rzeczy zawsze będą przewidywalne, zwłaszcza jeśli oglądamy dużo filmów, jednak nie określiłabym tak tej pozycji, wręcz przeciwnie pewne motywy były zaskakujące - fajnie pod koniec filmu samemu otworzyć oczy ze zdumienia, że właśnie dowiedzieliśmy się czegoś, z czego nie zdawaliśmy sobie sprawy przez cały film ;)

Właśnie zdałam sobie sprawę, że na ten film również wpadliśmy wspólnie z F. Ale z Nas kino maniacy. Kto by pomyślał, że filmy o miłości spodobają się aż tak bardzo nawet mężczyźnie? Swoją drogą, to już trzeci film w tym zestawieniu, w którym gra moja ukochana Rachel McAdams. Teoretycznie to na czym polega film, powinno być mega fajną sprawą - bohater filmu dowiaduje się, że może podróżować w czasie, ale spokojnie - do SF temu filmowi bardzo daleko. Podróże w czasie to jedynie cofanie się do wydarzeń, które bohater już przeżył. Po co więc taki wątek? Tego dowiecie się już z filmu.

Pozwolę sobie jeszcze jeden film w tym zestawieniu nazwać klasykiem. I będzie to właśnie "List w butelce". Najwidoczniej jestem psychofanką Nicholasa Sparksa :) Dla mnie film ten był totalną odmianą - dziennikarka, która znajduje list w butelce i postanawia odnaleźć jego autora. Kompletnie nieprzewidywalny, piękny i wzruszający. Doskonałym uzupełnieniem jest fantastyczna, przepiękna muzyka - bo nie ukrywajmy - robi ona w filmie bardzo dużo. Film z 1999 - aczkolwiek wcale nie daje się odczuć, że zostało to nakręcone tyle lat temu. Film ten obok ckliwej, romantycznej i przewidywalnej pozycji filmowej nawet nie stał.
Piękny i wzruszający melodramat. Nie przepadałam za grą aktorską Efrona dopóki nie zobaczyłam właśnie tego filmu. Niesamowita historia o żołnierzu, który postanawia odnaleźć kobietę z fotografii, która jego zdaniem uratowała mu życie. Po jej odnalezieniu zatrudnia się w prowadzonym przez nią schronisku dla zwierząt, a już wkrótce między tą dwójką zaczyna rodzić się uczucie... Kobieta jest jednak w skomplikowanej sytuacji życiowej, przez co film trzyma nas cały czas w napięciu i wielokrotnie wzrusza. Naprawdę piękny... :) Film oczywiście!
To już koniec. Filmy o miłości i ich lista jest zapewne tysiąc razy dłuższa, a ja sama pewnie obejrzałam ich dużo, dużo więcej - ale za najlepsze zawsze będę uważać te, które utkwiły mi w pamięci, które mam ochotę oglądać więcej niż jeden raz, i które mam ochotę polecać innym. Dzisiaj polecam Wam - jestem ciekawa czy znalazło się w tej dziesiątce coś, czego jeszcze nie oglądaliście. I również z miłą chęcią zapoznam się z Waszymi propozycjami - może zafunduję sobie dzisiaj kolejny wyciskacz łez?
Jeśli jeszcze miałabym uprzedzić pytania: większość tych filmów, o ile nie wszystkie są dostępne online. Ja oglądam najczęściej tutaj.
I weź tu kobieto teraz nadal chodź nad rzekę, pierz ręcznie, a dziecko odziewaj tetrą. No nie da się. No trzeba sobie życie ułatwiać, nawet jeśli mamy zaoszczędzić dzięki nim 10 minut - to serio warto. Bo dziesięć minut w dzisiejszych czasach, to cholernie dużo.
Ogólnie jakąś gadżeciarą wielką nie jestem. Jeśli chodzi o postęp technologiczny, to też na czasie zbytnio nie jestem. Mam w domu kilka podstawowych przedmiotów, które już jak się przyjęło, są w prawie każdym domu czymś normalnym. Człowiek przyzwyczaił się do nich tak bardzo, że już nie wyobraża sobie bez nich życia. Ale raz na jakiś czas, jako ludzie, którzy próbują nowych rzeczy i starają się iść z duchem czasu - próbujemy nowości i... albo uznajemy coś za niewypał, albo... wręcz odwrotnie - wpisujemy kolejny przedmiot na listę rzeczy, które już mieć musimy.
A więc drogie kobiety. Oto moja lista sprzętów, które ułatwiają mi życie każdego dnia. Spróbujcie sobie wyobrazić tylko, że ich nie ma...
W swoich dwóch pierwszych mieszkaniach, które wynajmowałam, zmywarki nie było. I dałam radę. Wszystko myte ręcznie, a że po trzech dniach, kiedy wszystko wypadało już ze zlewu - kto by się przejmował. Ze sprzętami jest tak - przeżyjesz bez nich, póki ich nie zasmakujesz. Jak już będziesz je mieć chociaż przez chwilę - kaplica. Będziesz musiał mieć już zawsze. W obecnym mieszkaniu, które mam zmywarka jest i serio już nie wiem jak ja mogłam zmywać wszystko ręcznie! No a mogłam... musiałam, wyboru nie miałam. To zmywałam.
Ja wiem, że jest miotła, jest szufelka itp... ale no ja miotłą posługiwać się chyba nie umiem, wybaczcie, ale nie umiem! Lecę z nią przez salon, jestem już w sypialni, wracam do salonu i co? Tu coś leży, tu paproch, to okruch. No nie ogarnę wszystkiego kilkoma włosami i zawsze mi coś przemknie pod szufelką. A odkurzacz - raz, dwa, wciągnie wszystko. A jeszcze taki fajny mam, że wszystko wpada do takiego pojemnika przy rurce, a nie do worka i worka chyba od dwóch lat ani razu nie zmieniłam. Pewnie powinnam, ale ... nic w nic nie ma O.o
Kto ma typ włosa na głowie, jaki mam ja - zrozumie mnie doskonale. Kobiety posiadające włos, który faluje w moment po wyjściu z domu, zrozumieją, że trzeba choć trochę podprostować włosy przed wyjściem, no innej opcji nie ma. I choć moja prostownica zaczyna już rozpadać się na kawałki, to z sentymentu jakoś ciężko wyrzucić. Zakupiona na wagarach, z pieniędzy uciułanych z cotygodniowego kieszonkowego. Trzy stówy na licealne czasy i prostownica brauna - no serio ludzie, to było coś.
Niby to takie oczywiste. Ale ja na pierwszym wynajmowanym mieszkaniu jej nie miałam! Wyobrażacie sobie?! Ratował mnie tylko fakt, że teściowa mieszkała blok obok i mogłam na lajcie podskoczyć z torbą ciuchów, wrzucić do pralki - a kochana teściowa przynosiła mi wszystko wyprasowane. Ach. Stare, dobre czasy. Obecnie to ja mogę jedynie poprosić sąsiadkę o użyczenie mleka. Do kogokolwiek bliskiego mam jakieś 260 kilometrów. Z praniem byłoby ciężko.
No dobra już nieważne czy w telefonie czy nie. Ale ja z nawigacją to poruszam się nawet idąc na nogach ulicą. W Warszawie nie da się inaczej! A jeszcze jechać gdzieś autem - zapomnij! Na pamięć jeżdżę tylko do przedszkola. Każda trasa powyżej 5 kilometrów, czy każda nieznana ulica nawet kilometr dalej to już misja, która wymaga po prostu nawigacji. Koniec kropka. Zadziwia mnie mój tata, który od lat porusza się tylko za pomocą papierowych map - nieważne czy to Polska, Niemcy czy Czechy. Ja potrzebuję nawigacji żeby wybrać się do Arkadii. Do której mam prostą drogę...
No dobra, bez ściemy. Bez niego akurat żyję, ale co to za życie z telefonem wciąż na resztce baterii. Bo instastory, bo e-maile, bo ciągle titające powiadomienia... Ale jak tu kupić takiego powerbanka... Wciąż jakieś wydatki są ważniejsze, niż to małe gówienko, które kosztuje z jakąś stówę. Ludzie! Za stówę to ja mam żarcie na cały tydzień, dla całej familii ( oczywiście tylko pod warunkiem, że kupuję w auchanie, z kalkulatorem w ręce i gazetką promocyjną w drugiej).
Ja akurat posiadam urządzenie, które i miksuje i gotuje na parze i ogólnie ... ułatwia mi życie. Mam ochotę na koktajl - wrzucam wszystko co mam pod ręką i mam koktajl. Mam ochotę na omlet z płatków owsianych - wrzucam miksuję i mam. Mam ochotę na puree z groszku - wrzucam i mam. Wszystko w kilka sekund. Ułatwia życie? No pewnie, że ułatwia. I jeszcze służy osobom, które chcą się zdrowo odżywiać!
Moje świeże odkrycie. No dobra. Wiem, że to żadna nowość i wszystkie blogerki pokazywały ten sprzęt już lata świetlne temu, ale ja zawsze jestem ze wszystkim do tyłu. Miarka przebrała się przy ostatnim prasowaniu tradycyjnym żelazkiem, kiedy znów po prasowaniu t-shirtów F. miałam odciski na dłoniach. Całkiem możliwe, że ubrania prasowało mi się tak ciężko przez to, że wszystko czekało pogniecione na parapecie jakieś dwa tygodnie, ale no... mimo wszystko nie powinno być to tak ciężkie! Jeszcze jak Polka była mała, to owszem - uwielbiałam prasować te małe bodziaki, pajacyki... ale teraz. Teraz moja doba jest tak krótka, że naprawdę... przestałam prasować! Poli prasuję codziennie na bieżąco, to co ubiera do przedszkola, na mnie wszystko samo się rozprostowuje. Tylko te t-shirty i koszule F... no to muszę prasować, nie ma, że boli. A boli! Fizycznie i psychicznie. Żelazko to mój wróg number one. Ale koniec... koniec tego dramatu. Nadal pewnie nie będę prasować wszystkiego na bieżąco, ale jeśli już czasem muszę to niech to chociaż będzie przyjemne... a będzie. Bo w moim domu zawitał teraz nowy gość - i ja tego gościa bardzo, ale to bardzo lubię! Zwie się SteaMaster i sądzę, że będziemy z nim żyć długo i szczęśliwie.
Szczerze mówiąc, jak to ja - podeszłam do sprzętu sceptycznie. Ale spróbowałam. I powalił mnie fakt, że koszulę można wyprasować tak szybko i tak dokładnie - a co najlepsze - nie wkładając w to zbyt wiele wysiłku. Sprzęt nie zajmuje, aż tak wiele miejsce, zwłaszcza kiedy złożymy rurkę teleskopową. Obawiałam się jedynie, że po pewnym czasie boli ręka, że sprzęt jest ciężki i że trzeba wkładać spory wysiłek, ale były to tylko obawy spowodowane przez żelazkową traumę :D Naprawdę, z ręką na sercu polecam, a jednocześnie łączę się w bólu ze wszystkimi, którzy widząc żelazko dostają drgawek ;)
Konkretny model, który pokazuję Wam na zdjęciach to model EM 101. Wybrałam moim zdaniem najbardziej uniwersalny kolor, czyli srebrny. Sprzęt jest naprawdę solidny, łatwy do złożenia i łatwy w użytkowaniu. To na co producent zwraca uwagę to fakt, że należy używać wody destylowanej lub demineralizowanej - takową też zakupiłam. Wygniecione rzeczy takie jak koszule, prasuje się parą znacznie szybciej niż tradycyjnym żelazkiem, ale też znacznie łatwiej i lżej. To czego parą prasować nie możemy to tkaniny klejone, np. garnitury - pod wpływem gorącej pary, tkanina mogłaby się po prostu rozkleić.
Prasowacz parowy to przede wszystkim wygoda. Nie musimy rozstawiać żadnych desek, czekać na rozgrzanie żelazka. Prasowacz rozgrzewa się w ok. 40 sekund, a ubranie wieszamy na wieszaku i dopiero zaczynamy prasować je parą.
Zdecydowanie 5/5, choć ja już rozglądam się po stronie SteaMaster i jeśli mam być szczera, to wygląd najnowszego modelu, zdecydowanie będzie musiał zagościć w moim nowym mieszkaniu!
A jak jest u Was kochane kobiety? Bez jakich sprzętów, gadżetów, nie wyobrażacie sobie życia? Jestem ogromnie ciekawa!
Nieważne o kim śniłam, zawsze moje playlista, musiała wyciskać ze mnie łzy. Piosenki o miłości mogły lecieć w kółko, a ja ciągle marzyłam o tym jedynym, wizualizowałam sobie w głowie nasze spacery za rękę i przytulanie przy blasku kominka. Za rękę chodzić teraz ciężko, bo co chwilę trzeba gonić ten nasz rozczochrany owoc miłości, a i kominka się jeszcze nie dorobiłam. Ale mam tą swoją miłość i odkąd ją mam, piosenki o miłości, już mnie nie zasmucają, nie pogrążają w marzeniach, nie dołują.
Nadchodzi ten jeden dzień w roku... walentynki. O tym, że każde ważne święto powinno mieć swój dzień pisałam już rok temu. Za cholerę nie rozumiem tych wielkich przeciwników, krzyczących " kochać trzeba cały rok!" - okeeej, ale co to ma do rzeczy? Mamę też trzeba kochać cały rok, a jednak w ten jeden dzień doceniamy ją szczególnie, składamy życzenia itp. Tak samo z miłością.
W dzisiejszych czasach, kiedy jesteśmy zapracowani, zajęci obowiązkami, poddajemy się pewnej rutynie. Kocham tą rutynę, ale nie codziennie mam ochotę na szczególnie okazywanie miłości. Mówię codziennie, że kocham, ale nie codziennie rysuję serca na kartce... Ten jeden dzień jest nie po to, by się wielce obdarowywać, nagle robić z siebie zakochanych na zabój, a na drugi dzień pożreć - ten dzień jest po to, by przypomnieć sobie za co się pokochaliśmy, razem powspominać, pooglądać zdjęcia - tego nie robi się codziennie. Właśnie po to jest ten dzień i ja się cholernie z tego cieszę!
W tym roku nie chciałam już pisać typowego wpisu o miłości, nie mam nawet na to szczególnej weny i pomysłu. Pomyślałam więc, że skoro piosenki o miłości, były mi kiedyś tak bliskie i tak często przeze mnie słuchane... to może warto je tutaj umieścić, podzielić się nimi z Wami i przy okazji poznać również Waszych faworytów? Wiem, wiem to świetny pomysł! :D :P No to lecimy! Żeby odsłuchać piosenki, trzeba kliknąć w tytuł. Nie chciałam zaśmiecać wpisu masą filmików, zwłaszcza, że na końcu będą jeszcze zdjęcia.
Sentyment, ogromny sentyment. Zasłyszane w "Listy do M.", a kiedyś pewnego romantycznego wieczora, może nawet walentynkowego, przy blasku świec, odtańczone w starym pokoju mojego F... Jeśli kiedyś przyjdzie mi brać ślub, to zdecydowanie będzie to moja piosenka na pierwszy taniec.
Kto z Was nie oglądał filmu "Uwierz w ducha" ? Domyślam się, że niewiele jest takich osób, które nawet nie wiedzą o co chodzi. Z kolei Ci co go oglądali, na pewno wiedzą o jaką piosenkę chodzi. Wylałam przy niej morze łez... OCEAN łez, wręcz bym powiedziała... Jakże trzeba kochać, by móc umieć miłość wyrazić w takich słowach, przy takich dźwiękach...
Piękna, wpadająca w ucho, aczkolwiek smutna. Kojarzy się z odejściem, utratą bliskiej osoby, tęsknotą. Ale to właśnie miłość. Piękna, ale ... brutalna. Zakochując się, druga osoba staje się naszym uzupełnieniem. Bez niej czujemy się po prostu wybrakowani. I z takim uczuciem kojarzy mi się ta piosenka...
Kto tego nie zna?! Jest ktoś taki?! Polski klasyk. Ile ja się przy nim naśmiałam, napłakałam, natańczyłam. Rozbrzmiewał w moich głośnikach i słuchawkach non stop. Wciąż jest to dla mnie piosenka z idealną definicją miłości...
Jeśli ocean łez wylałam przy kawałku z "Uwierz w ducha" to przy tym wylałam chyba ze trzy oceany... ;) A nastolatce to bardzo często chciało się umierać... z miłości zwłaszcza. Chociaż właściwie ja to byłam dziwnym egzemplarzem i jakoś nie wiadomo czemu, sama sobie lubiłam komplikować życie.
I kolejny klasyk. Zaczynam zauważać, że najpiękniejsze piosenki o miłości to te "stare" kawałki. Ale co się dziwić. Jak ze wszystkim... w dzisiejszych czasach komercji, kiedy śpiewa się gówniane piosenki, które może i wpadają w ucho, ale kompletnie nie mają sensu, ciężko o prawdziwy, niekomercyjny tekst, który wyciska łzy. Takich jak na lekarstwo, a szkoda...
Dochodzi właśnie do mnie, że byłam chyba obcykana z wszystkimi polskimi piosenkami o miłości, które pogłębiały jeszcze bardziej moje doły w trakcie zawodów miłosnych. A miewałam je nawet kilka razy w miesiącu :D Choć jeśli mam być szczera - to tak mocno, szczerze i baaaardzo długo kochałam i tęskniłam trzy razy... Tak - wcale nie kocha się raz! ;) Myslovitz wkradł się do mojego serducha z wieloma swoimi kawałkami. Dzisiaj jego niektóre teksty, zdają się być dla mnie nierealne. Może dlatego, że mój F. pozbył się jakichkolwiek resztek romantyzmu i dziś takie wyznania pozostają jedynie w sferze marzeń. A szkoda...
Wiedziałam, że popłaczę się, w którymś momencie pisania tego wpisu, kiedy każdy kawałek, który tu wstawiam, z automatu włączam. No i padło na ten. Wcale się nie dziwię, że ten kawałek zdobył tyle nominacji i nagród. Wzrusza do łez, skłania do refleksji i jeszcze do tego niezwykle wpada w ucho. Do tego stopnia, że będziemy wszyscy pamiętać tą piosenkę już zawsze.
Klasyk z filmu Dirty Dancing, który zrobił furorę na całym świecie. Chyba o tyle fajna, bo nie ma smutnego wydźwięku, jest raczej bardziej ... radosna! Można przy niej się szczerze uśmiechnąć, można nawet potańczyć - może nie jak główni bohaterzy filmu, ale zawsze... :P
Kurcze! Piosenki o miłości mogłabym wymieniać i wymieniać. Co chwilę mi się coś przypomina, tych piosenek jest naprawdę bardzo dużo! Mam nadzieję, że podacie mi również swoich faworytów, ale jeszcze moment... :)
Skoro już przy muzyce jesteśmy, to chciałabym Wam pokazać kilka zdjęć Polki i kilka zdjęć... naszych nowych słuchawek. To już trzecia para słuchawek od SudioSweden, które rozgościły się w naszym domu i skradły nasze serca. Razem z F. mamy po jednej parze bezprzewodowych słuchawek Vasa Blå - ja mam różowe, a F. czarne. I choć słuchawki te są po prostu BOSKIE i nie wyobrażam już sobie słuchawek, które trzeba podłączać kabelkiem do telefonu, to F. i tak podkrada te nowe, twierdząc, że ... są po prostu najlepsze na świecie.
Mowa o nowych słuchawkach REGENT w kolorze białym. Ja dobrałam sobie do nich również wypasione wymienne nakładki. Wydają niesamowity dźwięk, są meeega wygodne i w dodatku są jeszcze PIĘEEKNE !!!
Na hasło MAMALLA15 macie 15 % zniżki na produkty Sudio Sweden ! :)
Piękne są prawda? No oczywiście, że tak! Jak widać podkrada Mi je nie tylko F... Pola była wniebowzięta kiedy zapytałam ją: mogę porobić Ci zdjęcia w słuchawkach? Ale ona ogólnie kocha zdjęcia i sama nawet prosi, żeby jej jakieś robić, a to telefonem a to aparatem. Blogerka jak się patrzy! Przejmie po matce interes na 100 % :P
Ale nie trzymam Was dłużej, bo wiem na co wszyscy czekacie. A na pewno Ci, którzy przedpremierowo na instastory dowiedzieli się o moim niecnym planie jakim jest...
Wygrywają aż trzy osoby! Mam dla Was jedną nagrodę główną i dwie nagrody pocieszenia :)
1 x zestaw bezprzewodowych słuchawek Vasa Blå ( 1 z 4 kolorów do wyboru) + ozdobne pudełko
Piękna, marmurkowa obudowa na telefon ( pasuje do modeli Samsung S6 S7 oraz iPhonów 6 i 7 )
Jakiej piosenki i dlaczego, najchętniej i najczęściej słuchałabyś w swoich nowych słuchawkach Vasa Blå?
Zostaw mi też swój adres e-mail oraz napisz czy obudowa pasowałaby na Twój telefon. Jeśli nie wspomnisz o obudowie, możesz pozbawić się szansy na jakąkolwiek nagrodę, w przypadku gdy ta główna powędruje do kogoś innego.
Będzie mi bardzo miło jeśli polubisz i skomentujesz ten post na FB. Możesz też go udostępnić - to pozwoli mi dotrzeć do większej ilości osób, a Tobie nie pozwoli zapomnieć, że bierzesz udział w konkursie :) Wasza aktywność zarówno na blogu jak i FB jest dla mnie najpiękniejszą formą docenienia i pewnego rodzaju uznania dla mojej pracy.
Bawimy się od dzisiaj tj. 12.02.2017 do końca dnia 19.02.2017.
Wyniki ogłoszę w przeciągu 5 dni od zakończenia konkursu, w tym poście. Poinformuję Was o tym na FB :)
Okropnie ciężko było wybrać trzy komentarze spośród ok. 60 - wszystkie były rewelacyjne! Dziękuję! :) Miło się to czytało. Miałam ogromny problem. Jak już wybrałam zwycięzcę słuchawek, to wszystko co już chciałam wybrać, miało dopisek o niepasującej obudowie, albo wcale nie miało dopisku... Wiecie, że jeśli chodzi o kryteria, to trzeba jedynie uzasadnić swoją odpowiedź - nie mam kryteriów, czy ma być to wiersz, czy zwyczajny sentyment do piosenki, czy historia miłosna. Wybieram komentarze, które najbardziej mnie wciągają, które zapamiętuję. Nie ma na to recepty, trzeba po prostu wbić się w mój "gust" :D Tym oto sposobem, postanowiłam nagrodzić następujące osoby...
Dziewczyny! Gratuluję Wam! Napiszcie do mnie wiadomości priv - obojętnie czy e-mailowo, czy przez FB czy przez IG :) Podajcie mi swoje adresy do wysyłki, razem z numerem tel. Dominika - wybierz kolor słuchawek! Matka Zołza i Paulina - podajcie modele telefonów :)
Pozostałym dziękuję za zabawę. Wiecie, że nie mogę nagrodzić każdego, a po to robię konkursy, by móc chociaż kilka osób... Bądźcie czujni, bo już niebawem kolejne świetne konkursy - postaram się organizować ich tyle, by każdy z Was chociaż raz coś wygrał od Mamalki! :) Mamalka uwielbia rozdawać prezenty i gdybym mogła robiłabym to NON STOP ! :) Dlatego głowa do góry i czekajcie na kolejną szansę! Wszystko dzieje się po coś... widocznie kiedy indziej wygracie coś lepszego :D :D :D Bajos!
Dlaczego kiedyś umiałam? Dlaczego kiedyś potrafiłam otworzyć się bardziej? Być może wynikało to z szalejących hormonów, może z potrzeby dzielenia się ze światem, tym co mnie cieszy? A przecież dzisiaj mam tysiąc razy lepsze i piękniejsze życie, a co za tym idzie - więcej powodów do pokazywania swojej radości. A jednak... robię to rzadko. Bo choć radość pięknie wygląda na zdjęciach, to kiedy człowiek naprawdę jest szczęśliwy, to rzadko w najpiękniejszych momentach, myśli o tym, by coś upamiętniać. Życie składa się z momentów, pięknych, ulotnych chwil, które uciekają jak szalone... nie chcę stracić żadnej z nich, nie chcę czuć, że coś przeoczyłam. Facebook, który kiedyś służył mi do wylewania długich historyjek, ciągłego pisania o tym w sercu - dziś świeci pustkami. Nie ubolewam. Nie mam na to chęci, ani czasu. Największy kawał mojego życia, chcę mieć tylko dla siebie. Wierzę, że musiałam do tego dojrzeć. Dziś bardzo łatwo potrafię rozpoznać wśród osób prowadzących jakieś media społecznościowe, osoby, które tego życia wcale nie mają... które życie udają, a nie przeżywają go wcale. Trzymam za nie kciuki, bo nie ma nic gorszego niż budowanie swojej wartości, poprzez innych, obcych nam ludzi, śmieszną "popularność". To nie są rzeczy, które dają długotrwałe szczęście. Szczęście dają nam prawdziwe emocje, prawdziwi ludzie, prawdziwe momenty. Te, których nie chce uchwycić się na telefonie, skrupulatnie od razu zapisać, puścić w świat ... śniadania do łóżka, kiedy naprawdę wyglądasz jakby przejechał po Tobie czołg, a nie kiedy jesteś już po porannym makijażu i kładziesz się z powrotem do łóżka. Spacery z dzieckiem, kiedy nie liczy się nic innego jak Twoja ręka oplatająca dłoń małego skrzata. Te wszystkie momenty, których nie ma tu i teraz od razu na zdjęciach, w pięknych długich dialogach spisanych tu i ówdzie - to momenty najpiękniejsze. To momenty, które przeżywa większość z nas, ale duża większość też ich nie docenia. Bo przecież mamy w głowie swoje idealne wizje idealnego życia.
Ludzie marzą o tym, by rozbijać się po restauracjach, jeść wykwintne obiady, a nie potrafią nawet zjeść posiłku przy jednym stole... zapominają jak fajnie jest wspólnie gotować w jednej kuchni. Ty kroisz, on gotuje, wspólnie jemy. Ludzie marzą o egzotycznych wycieczkach, kolacji pod wieżą Eiffla - a nie potrafią iść w weekend na wspólny spacer, trzymając się za ręce. Ludzie marzą o wielu rzeczach - i dobrze. Szkoda tylko, że zatraceni w marzeniach, przestają doceniać to co mają tu i teraz. Jeśli człowiek, nie jest szczęśliwy tu i teraz, mając zdrową rodzinę, pracę, dach nad głową - to wycieczka i apartament tego szczęścia mu nie da. Szczęście jest tu, w nas. Możemy je odnaleźć tu i teraz. W porannych wygłupach, wspólnym śniadaniu, smsie " Kocham Cię" do ukochanego, w przytuleniu przez dziecko, kiedy odbierasz je do przedszkola. Szczęście to fakt, że Twoje oczy mogą przeczytać ten tekst, że Twoi bliscy są obok Ciebie, że kładziesz się do ciepłego łóżka, że marzysz i marzenia spełniasz, ale tylko w sposób, który nie rani Ciebie i Twojej rodziny. Szczęście to wzajemna miłość, wsparcie, pocałunek, mleko grzane w garnku, stópki wystające spod kołdry i bajka na polsacie o 20, którą oglądacie całą rodziną. Widzisz? Szczęście jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy, że po nie sięgniesz, że je docenisz. Reszta przyjdzie sama, wiesz... ? Dlatego największy kawałek swojego życia, miej dla siebie. Ten kawałek, w którym nie ma miejsca na innych. Jest tylko celebrowanie TEJ JEDNEJ JEDYNEJ CHWILI - która już się nie powtórzy. My tych chwil w ostatnich miesiącach mieliśmy niezwykle dużo... Kilka dni temu dotarło do nas, że nasz folder ze zdjęciami z poprzedniego roku świeci pustkami. Czy ubolewam? Nie! To tylko piękny dowód na to, że wykorzystaliśmy poprzedni rok maksymalnie. Skupiając się tylko na sobie, na emocjach, na wrażeniach. Ale emocje, emocjami - przecież nie możemy zapomnieć jak wyglądaliśmy... Więc oto my. Młodzi, piękni i szczęśliwi. Cholernie szczęśliwi. I wam życzymy tego samego. Bo to piękne uczucie jest.
