0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

Wszystko budzi się do życia - budzę się i ja. No mam tak od zawsze. Jak już czułam wiosnę nosem, to od razu chciało mi się zakochiwać, spijać drinki na plaży, czytać książki w parku i ogólnie żyć pełnią życia. Teraz może niekoniecznie pragnienia są te same, ale stan ekscytacji podobny.

Teraz celebrować nadchodzącą wiosną i ogólnie celebrować życie nauczyłam się w sposób bardzo prosty. Choć rok temu wydawało mi się, że przede mną jeszcze masa materialnych wielkich pragnień do zrealizowania, tak teraz widzę, że stały się one po prostu jakimś tam rozmytym obrazem, który nie jest mi potrzebny do pełni szczęścia. By naprawdę być szczęśliwym, trzeba jedynie odnaleźć siebie - nie ma czegoś takiego, że : będę szczęśliwa, jak już będę miała kasę. Będę szczęśliwa, jak już kupię auto, dom, wyjadę na wakacje. To wszystko daje tylko chwilową radość, nie daje trwałego szczęścia. To piękne dodatki, które przy spokoju ducha i życiu pełnią życia, mogą je uczynić jeszcze bardziej ekscytujące. Ale jeśli nie ma tego spokoju, jeśli w głowie nie wszystko jest poukładane - otoczka będzie tylko odskocznią.

Dlatego tak bardzo zwracam obecnie uwagę na to co jest tak blisko, co jest na wyciągnięcie ręki. Żyję z dnia na dzień, wiedząc, że jedyne co jest prawdziwe i ważne to tu i teraz. Nie ma już dla mnie przeszłości i przyszłości. Nie uzależniam już swoich nastrojów od sytuacji materialnej, choć wiadomo - ciężko być optymistą, kiedy nie starcza człowiekowi na podstawowe potrzeby. Ale jeśli tylko to co podstawowe jest zaspokojone - nie trzeba mi czegoś większego do szczęścia. Co nie oznacza, że w jakimś stopniu do tego nie dążę - bo dążę. Lubię się rozwijać, iść do góry, a co za tym idzie, zgarniać za to profity i żyć lepiej. I to w jakiś sposób uszczęśliwia również. Ale to tylko dodatek. Wiecie. Odkąd pamiętam, ale teraz dużo bardziej nauczyłam cieszyć się i i być wdzięczną za każdą nawet maleńką rzecz, która wywołuje uśmiech na mojej twarzy, lub po prostu sprawia, że czuję się dobrze. Roztaczanie wokół siebie aury takiej wdzięczności i sympatii, do chwil, momentów, ludzi, a nawet przedmiotów - sprawia, że świat zaczyna Ci sprzyjać. Otwierasz na niego swojego serce, a on otwiera się na Ciebie. I to jest piękne. Nauczyłam się kochać siebie najbardziej na świecie i traktować siebie najlepiej jak potrafię. Nie ma już ciuchów po domu, nie ma niedbałych posiłków, kiedy jestem sama. Dlaczego mam siebie traktować gorzej od innych, skoro sama dla siebie powinnam być najważniejsza?

Staram się celebrować każdą chwilę w moim życiu, choć wiadomo - nie zawsze jest to możliwe. Mam swoje fazy na pewne rzeczy. W jednym miesiącu wolę czytać książki, w drugim odpocząć przy serialu na netflixie. W jednym wolę się modlić w kościele, w innym w domowym zaciszu. Marzec rozpoczął się najpiękniej jak tylko mógł - uroczystością rodzinną, pięknymi prezentami, wspaniałą pogodą. Dziś chciałabym Wam przedstawić swoje maleńkie przyjemności, które w marcu są mi szczególnie bliskie, stały się moimi hitami i sprawiły, że się uśmiechnęłam. A uśmiech jest wart naprawdę wiele.

 

MANUFAKTURA CODZIENNOŚCI

 

 

Tę książkę dostałam od swojej siostry na nowe mieszkanie. Już przy słowie: codzienność, wiedziałam, że to coś dla mnie. Dlatego, że właśnie tę codzienność uważam za życie. Dopiero zaczęłam czytać, a już wiem, że przepadnę dzisiejszego wieczora i przez kilka następnych. Nie chcę poznać wszystkich kartek w moment, bo magia, której dostarczają mi słowa z nich płynące, powinna trwać dużo dłużej. Kilka kartek. Każdego dnia. By żyć lepiej, pięknieć, zatracać się w chwilach, w momentach. Joasiu z Manufaktury Splotów - twoja książka będzie jedną z tych, które przyczyniają się do tego, że jestem coraz bardziej szczęśliwym i wolnym człowiekiem. Manufaktura Codzienności to kolejna książka, która jest ważnym momentem w mojej podróży w głąb siebie...

 

DRZEWKO SZCZĘŚCIA

 

 

Jakiś czas temu szłam sobie wolny krokiem do kościoła. Najbardziej lubię chodzić do niego rano. Pola chodziła jeszcze do swojego starego przedszkola, więc jak zwykle przy kościele mijałam tłum ludzi, czekających na otwarcie sklepu ze starociami. Raz na dwa tygodnie, w poniedziałek jest dostawa towaru, a w kolejce już godzinę przed otwarciem czatują Ci, którzy zajmują się wyłapywaniem tego, co można upolować i sprzedać drożej. Ja spokojnie w tym czasie uczestniczyłam we Mszy Świętej, po jej zakończeniu poszłam jeszcze upolować coś do lumpeksu obok, a potem ryyyyn - do staroci. Niczego za bardzo nie dostrzegałam no i jeszcze ten tłum ludzi, który nie za bardzo mi sprzyja :P No i coś tak mi się w oko rzuciło - drzewko szczęścia. Nie mam czegoś takiego, ale... lubię takie rzeczy. Lubię coś, co się ze szczęściem kojarzy, niekoniecznie myśląc, że ma mi to szczęście przynieść, ale jednak skoro się kojarzy - to będzie na mnie dobrze wpływać. No i biorę do ręki, oglądam. Odkładam. Znów biorę, znów odkładam. Myślę: a po co mi to. Ale jakoś tak ruszyć z miejsca nie mogłam, więc myślę: może jednak powinnam wziąć. I już się wiele nie zastanawiałam, wzięłam, położyłam na wagę, wyszło 6 zł, rewelacja. F. stwierdził, że wygląda raczej jak drzewko nieszczęścia, ale co on tam wie. Jest trochę powykrzywiane, a ja tam wcale nawet nie kombinowałam, żeby mu te gałęzie tam wyginać w inną stronę. Takie dorwałam i niech takie będzie. Spoglądam na nie i jakoś tak sobie w głowę wbiłam, że ten symbol szczęścia piękną aurę w mojej sypialni rozsiewa.

 

BeauTea – Red Blossom

 

 

Zapach tej herbaty roznosi się po całym domu prawie każdego wieczora. Nawet mój F. stwierdził, że pięknie pachnie, choć zazwyczaj moje herbaty czy kosmetyki zawsze mu śmierdzą. Owocowa herbatka, w której znajdziemy wszystko co najlepsze dla skóry, włosów, paznokci: płatki róży, maliny, trawa cytrynowa, hibiskus, owoce dzikiej róży i nie tylko... Pięknie pachnie, jeszcze lepiej smakuje. Zdecydowanie najlepsza z herbat, jakie ma w swoim asortymencie moje ukochane Natural Mojo. Co bardzo ważne, herbaty Natural Mojo posiadają logo Fair Tea co oznacza wsparcie pracowników np. z Afryki czy Chin. Fair Tea to finansowanie projektów na rzecz szkół i opieki nad dziećmi. Nie dosyć, że spijam obłędną herbatę, to jeszcze czynię dobro. Piękna sprawa.

Od teraz do środy na hasło MAMALA30 macie 30% zniżki przy zakupach za min. 230 zł.

 

OLEOKREM BIOVAX GLAMOUR

 

 

Kiedy w zeszłym roku w lipcu, ścięłam włosy i odstawiłam w kąt prostownicę, obiecałam sobie, że kupię sobie jakieś rewelacyjne kosmetyki do włosów. W Rossku, dorwałam jednak za dużo niższą niż przewidywałam cenę złotą odżywkę i złoty szampon, firmy wtedy mi nie znanej. Kto ogląda InstaStory ten wie, że przypadkowy zakup, okazał się strzałem w dziesiątkę. Po długim czasie chciałam wypróbować inną odżywkę i wzięłam tą koloru białego. OMG - strzał w dziesiątkę po raz kolejny, a nawet i lepiej, bo zapach jest... awrrr obłędny. Nawet teściowa powiedziała, że czuć w całym domu. Odżywkę wmasowuję w umyte, wilgotne włosy i wystarczy jej dosłownie kropelka, przynajmniej na moją długość włosów. Może dlatego starcza na tak wiele miesięcy. Odżywka, którą kupiłam teraz zawiera olej babassu, które odpowiada za nawilżenie, wzmocnienie i zmiękczenie włosa. Zawiera też pył diamentowy, który nadaje włosom blask ; no i olej pequi, który przeciwdziała mierzwieniu się włosa, a także pomaga zachować jego dobrą kondycję. Damn, szkoda, że ten akapit to nie współpraca, tylko moja dobra wola, by Wam to polecić, bo to jest po prostu... DOBRE! Ba. Bardzo dobre. A stosunek jakości do ceny...ajjj nie będę mówić, że za tanie, bo jeszcze ceny podwyższą :P

 

ZŁOTY KRÓLICZEK

 

 

Jego w tym wpisie miało nie być, miał być miłym dodatkiem do zdjęć, ale czyż nie jest uroczy? A przynajmniej na tyle uroczy, bo o nim wspomnieć, poświęcić mu kilka zdań? Upolowałam go na akcji #VIPshopping w sklepie KIK. Jest miłym, wielkanocnym akcentem w mojej sypialni no i jest przesłodki, no. Nie wiem czy sklep KIK jest w Waszym mieście, ale jeśli szukacie wielkanocnych ozdób za niską cenę, to będzie to dobre miejsce. Ja zaopatrzyłam się w biało-złote świeczki, wielkiego białego zająca, drewnianą tackę w kształcie zająca i kilka innych rzeczy, które pokażę Wam już niebawem w iście wielkanocnym wpisie.

Ach, dużo więcej chciałam Wam pokazać, ale w sumie zostawię to sobie na inne wpisy. Swoją drogą, podoba mi się taka forma pokazywania Wam moich drobnych radości, które dają mi takie właśnie rzeczy. Przecież radość i celebrowanie codzienności, to własnie zapachy, smaki, litery, przedmioty, które cieszą oko. Czy tak właśnie nie jest? No i oczywiście jakże mogłabym zapomnieć - mamo, dziękuję Ci za tą piękną, marmurową tacę - robi robotę, zwłaszcza na zdjęciach! Psss- to też prezent na nowe mieszkanie. Fajnie mam, co?

A jakie są Wasze marcowe hity i drobne przyjemności? :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niech ktoś mocno mnie uszczypnie, bo jeszcze nie do końca dowierzam. Cztery lata? Serio? Może gdybym wiedziała, że to minie tak szybko, tak jakby minął zalewie jeden rok... może wycisnęłabym z tych pierwszych lat macierzyństwa nieco więcej. Może. Może tak, może nie. Chcę wierzyć w to, że wycisnęłam tyle ile byłam w stanie.

To zabawne, ale kiedyś wydawało mi się, że czteroletnie dzieci to takie małe bobaski z butlą mleka, smoczkiem w buzi. Dziś moja czterolatka stroi się do przedszkola, pije herbatkę ze szklanki, a raz na jakiś czas krzyknie na mnie i pobiegnie do pokoju. Etap trzaskania drzwiami minął, może dlatego, że przez dwa miesiące ich nie mieliśmy ;) Nie wiem sama jak to wszystko podsumować. Te cztery lata, te przeróżne okresy i etapy, przez które wspólnie przechodziłyśmy. Od momentów, kiedy nie mogła się ode mnie odlepić, po etapy, w których wszystko było na nie. Setki nieprzespanych nocy, trochę mamino córkowych kłótni, trochę wylanych maminych łez w wannie wieczorem. Pamiętam te wszystkie wieczory kiedy padałam na twarz ze zmęczenia i w dodatku nie sprzyjał mi cały wszechświat. Kilka razy zdarzyło mi się wyjść, trzasnąć drzwiami i zrobić kilka rundek wkoło bloku. Wybiegałam przeklinając w głowie swoje życie i pragnąc uciec na bezludną wyspę, a po pięciu minutach wracałam i dziękowałam Bogu za to, że mam to co mam. Te wszystkie złe momenty, powoli odchodzą w niepamięć, tak samo jak wspomnienie skurczy podczas porodu. Za to wyraźnie i dokładnie pamiętam wszystko to co dobre. A przez cztery lata trochę się tego nazbierało.

Macierzyństwo mnie ukształtowało. Sprawiło, że narodziłam się na nowo ( choć kilka razy miałam wrażenie, że zaraz zdechnę :P ). Bycie matką nauczyło mnie wrażliwości i sprawiło, że pomału zaczynam otwierać się na świat i ludzi. Kiedy byłam w DDTVN nazwałam Polę swoim motorkiem napędowym. Od początku dawała mi siłę i motywację, do tego, by się rozwijać, by się spełniać. Robiłam i robię to z myślą o sobie i o niej. Chcę jej pokazać, że w życiu nie ma rzeczy niemożliwych, że słowo "niemożliwe" powinno wykreślić się ze słownika. Chcę jej pokazać, ze świat jest pełen barw, pełen możliwości. Że niebo może być pełne gwiazd, a ziemia usłana kwiatami. Chcę, by wierzyła w siebie i w ludzi. By wszędzie dostrzegała dobro, wyciągała je z każdej najmniejszej rzeczy. Chcę by była po prostu szczęśliwa, o zdrowiu nie wspomnę - bez niego nie ma nic. Czy można chcieć czegoś więcej dla swojego dziecka? Może można, ale najważniejsze, by nasze dzieci były szczęśliwe i w siebie wierzyły. A my rodzice - byśmy nigdy nie pozwalali, by umarła ich dziecięca radość, by umarły ich marzenia, by umarła ich pewność siebie i wiara.

Od jakiegoś czasu stałam się mocno sentymentalna. Właściwie to do mnie wróciło, bo kiedyś byłam, przestałam, a teraz znów... na nowo. Wracam do zdjęć na komputerze, gorączkowo odkopuję starocia w czeluściach facebooka i zapisuję chronologicznie. Odkąd blogowanie stało się moją pracą, przestałam wyciągać aparat wtedy, kiedy spędzam czas z rodziną. Teraz nadrabiam zaległości. Chodzę po mieszkaniu z kamerą, łapię za aparat. Chcę upamiętnić jak najwięcej. Nie dla publiki, nie dla bloga, bo tutaj prywaty ląduje od dawna tyle to nic i mi z tym dobrze. Dla samej siebie. Dla moich bliskich. Dla Poli. Tak byśmy za kilka lat mogli odświeżyć pamięć, przypomnieć sobie, wrócić do tych chwil... w Święta Bożego Narodzenia, siedzieliśmy w domu rodzinnym moich rodziców i wszyscy śmialiśmy się i wzruszaliśmy oglądając kasety wideo. Pomyślałam sobie wtedy, że ja mało co filmowałam. I obiecałam sobie to nadrobić. W tym roku kamerę odpaliłam na urodzinach Poli tych w domu, aparat na urodzinach w knajpie. Pora jeszcze zainwestować w dysk twardy, porobić kopie no i nadrobić zaległości w albumach. Przechowuję bilety do kin, czasem nawet paragony, prace Polci z przedszkola. Sama mam swoje liściki ze szkoły i do tej pory ryczę kiedy to przeglądam. Chcę, żeby Pola też miała co wspominać kiedy dorośnie. Ale póki co to JA muszę o to zadbać.

Cztery lata. Przed nami jeszcze całe życie. Oby udało nam się przeżyć je jak najlepiej. Teraz wspólnie, kiedyś osobno. Ale zawsze będzie między nami to niewidzialne coś co łączy matki ze swoimi dziećmi. Oby udało się nam zawsze być tak blisko, nawet kiedy nie będziemy ze sobą mieszkać. Obyśmy zawsze były dla siebie najlepszymi przyjaciółkami, córeczko. Obyśmy zawsze się tak bezgranicznie kochały, nawet kiedy będę krzątać Ci się po domu i dawać Ci wskazówki, których nie chcesz. Ale o czym ja mówię. Teraz masz cztery lata. Jesteś obok i grzebiesz mi właśnie w smartfonie, bo powiedziałaś, że "dasz mi poplacować". Nie zepsujemy tego nigdy, prawda?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miał na imię Bartek. Piękny uśmiech, jasne włosy i ten łobuzerski błysk w oku, który sprawiał, że chciało się przez to oko być zauważonym. Lat miał dwanaście i sprawił, że po raz pierwszy moje poliki stały się tak mocno czerwone, jak jeszcze nigdy wcześniej. Nie pamiętam czy chodził do 6 a, czy b czy c. Ale "a" brzmi całkiem zgrabnie. Więc zostańmy przy tym.

Pierwsze zakochanie. Nawet jeśli głupie, młodzieńcze, naiwne - to jednak wyjątkowe. Bo wtedy, dla dzieci takich jak ja czy Ty, mocniejsze bicie serca na widok zbliżającego się właśnie JEGO, równa się z dzisiejszymi emocjami, jakie przynosi nam najlepszy seks. Wtedy wystarczyło ulotne spojrzenie, albo ewentualnie zapytanie " Mogę spisać od Ciebie zadanie domowe?". Do dziś pamiętam to jak Bartka poznałam i do dziś pamiętam jak mocno piekły mnie poliki i jak prawie zemdlałam z ekscytacji, kiedy jego kolega Rudy powiedział mi, że Bartek chce ze mną chodzić. I spytał czy ja też tego chcę. Ach jak nogi miękły, kiedy wchodziło się na boisko i on szedł nie do kolegów, a do Ciebie. Jak nogi miękły, kiedy na starą motorolę C200 przychodziły smsy albo chociaż sygnał. ON puścił mi sygnał. To było coś na miarę dzisiejszego usłyszenia "Kocham Cię" od połówki, która mówi Ci to raz na pół roku, a Ty wtedy czujesz, że wygrałaś na loterii, bo normalnie to Ty musisz mówić pierwsza, a on tylko odpowiada " Ja też... ". Wzięliśmy z Bartkiem ślub po jednym z dniu rekolekcji. Pod kościołem, pod krzyżem, przyjaciel Bartka zaplótł nam dłonie smyczą, którą od Bartka dostałam - w serca. Miałam ją w pudełku z pamiątkami przez kilka lat, później wyrzuciłam, bo w sumie to ważniejszy był i jest ten miś. Figurka obtoczona futerkiem i to nie byle jaka... Pierwszy prezent od pierwszego chłopaka. Od jakiegokolwiek chłopaka. Bartek był pierwszym, w którego się wtuliłam, a było to podczas balu kończącego podstawówkę. Czułam wtedy, że mam w swoich ramionach cały swój świat. W wieku dwunastu lat zapytanie: czy jesteśmy na to gotowi, ze wspólną decyzją: przemyślmy to - dotyczyło ... chodzenia za rękę. Nie pamiętał kto zerwał, choć chyba on i to chyba przez sms'a. Nie wiem czy rzucił mnie dla innej, czy po prostu mu się znudziłam, a może jakaś Kryśka z bloku obok miała więcej okazji do spotkań niż Alicja ze wsi pod miastem. Tak czy siak. Bolało. Bolało tak cholernie, że świat się skończył i nic już nie miało nigdy być takie samo. Ale przeżyłam.

Dziś Bartek jest ulotnym wspomnieniem. Nie pamiętam jakie nosił ciuchy i nie pamiętam jaki miał telefon, ale pamiętam emocje jakie dał mi, jako małej jeszcze dziewczynce i pamiętam, że pierwszy raz pozwolił mi poczuć się tak ważną i kochaną. Wtedy wszystko było takie proste. Liczyło się po prostu uczucie, a nie milion innych czynników, listy za i przeciw i konfrontacje serca z rozumem. Wtedy wystarczyło, że spośród tłumu na boisku, po prostu to z tym jednym chciało się spędzać przerwy i z tym jednym chciało się kupować czipsy w sklepiku. Wspominając dziś Bartka, nie chodzi mi wcale o Bartka a o czystą, niewinną relację. O uczucie, o coś nowego i mało skomplikowanego, kiedy myśli się o tym z perspektywy czasu. Bo wtedy to było COŚ. Wtedy to był cały świat, to były najważniejsze decyzje i najpoważniejsze zmiany w życiu dwunastolatki. Może i dziś to co przeraża, za dziesięć lat będzie ulotnym wspomnieniem. Może po tych, których dziś kochamy, za dziesięć lat pozostanie jedynie figurka, zdjęcie. To co po każdym pozostanie na pewno to emocje, które się z tym człowiekiem tworzyło. Nie będziemy pamiętać czy buty były z Louis Vuitton czy może chłop miał jedynie laczki kuboty. Nie będziemy pamiętać, czy jedliśmy policzki wołowe w restauracji czy kebsa na dworcu. Ale zawsze będziemy pamiętać uczucia, które nam towarzyszyły. Zawsze będziemy nosić w sercu wszystkie uśmiechy, godzinne rozmowy i wygłupy. Nieważne czy z facetem, przyjaciółką, siostrą czy mamą. Nieważna jest otoczka, ważne jest to czym emanujemy, co od siebie dajemy i co dostajemy. Ważne jest to, co w sercu. Cała otoczka to tylko dodatki. Podbijają wygodę i komfort, ale nie dają ciepła i nie rozpalają naszych serc.

Świat pełen jest Bartków z 6a. Lub 6 b. Pojawiają się w naszym życiu na krótsze lub dłuższe momenty. Dają nam emocje, pozwalają czegoś doświadczyć, coś zobaczyć, coś poczuć. Zwyczajni ludzie, których może i nie ma już w naszych życiach, ale nie można ich zwyczajnie zapomnieć i nie należy zapomnieć, bo dzięki nim jakaś chwila w życiu była piękna. A właśnie z takich chwil złożone jest życie. Pojedynczych, pięknych, zapierających dech w piersiach. I każda osoba, dzięki której choć chwilę czuliśmy się szczęśliwi jest warta zapamiętania.

Jak Bartek z 6a. Bartek od pierwszego misia. Pierwszego splecenia rąk. Pierwszego tańca przytulańca.

Jak Marta z 6d. Ta od liścików. Od pierwszej przyjaźni, która miała być na zawsze. Od pierwszych wagarów. Od pierwszych przekleństw.

Jak Kamil. Od pierwszego pocałunku.

Jak koleżanka ze szpitala w Bydgoszczy, której nie pamiętam imienia, ale pamiętam jak radość z tego, że jest obok i nasze całonocne wygłupy pozwoliły mi przetrwać czas bez rodziców, w szpitalu, w obcym mieście...

I jak masa innych osób. Dzięki którym choć raz się uśmiechnęłam, choć raz poczułam dobrze. Wszyscy oni mają miejsce w moim sercu, nawet jeśli nasze drogi rozeszły się nie tak jak trzeba.

Przypomnij dziś sobie wszystkich Bartków, Tomków, Józków. Wszystkie Krysie, Zosie i Kaśki. Wszystkich, którzy choć na moment pozwolili Ci poczuć, że jesteś metr nad ziemią. Wszystkich, którzy rozpalili ogień w Twoim sercu. Wszystkich, którzy okazali Ci szacunek, którzy wsparli dobrym słowem. Wszystkich, którzy Cię rozbawili. Wszystkich, którzy sprawili, że czułaś, że Twoje życie wtedy, w tamtej jednej, prostej chwili było piękne. To mogła być zwyczajna chwila, jeden krótki moment. Przypomnij to sobie wyraźnie. I zrozum, że właśnie po to żyjemy. Dla tych, krótkich niepozornych chwil. I właśnie do tego będziemy wracać na starość i za tym będziemy tęsknić. Za tym czego dzisiaj nawet nie dostrzegamy...

 

Może ciężko w to uwierzyć, ale mimo iż zawsze wszędzie było mnie pełno i zawsze było mnie słychać - nie przepadałam za ludźmi. Szybko się do niektórych z nich przywiązywałam i zawsze rodziło to we mnie pewną żądzę bycia z nimi w układzie: my kontra reszta świata.

To strasznie utrudniało mi życie. Bez sojusznika u boku, stawałam się kimś zupełnie innym. Cichym, źle nastawionym, zniechęconym. A może wtedy po prostu byłam sobą? W liceum miałam jedna przyjaciółkę na śmieć i życie, i kilka takich wciąż ważnych, ale z którymi różnie bywało. Byliśmy tak zżyci i tak bojowo nastawieni do świata. Całe życie byłam spragniona uwagi i miłości więc szybko uzależniałam się od ludzi którzy mi jedno z tych dwóch dawali. Najpierw dla przyjaciół olewałam rodzinę, później dla facetów olewałam przyjaciół, sądząc że to oni olewają mnie, a na końcu olewałam mężczyzn, bo okazywało się, że w tym rozpaczliwym poszukiwaniu uwagi nie odnajdowałam ukojenia. A może w tym wszystkim chodziło o to, że odkąd pamiętam moi najbliżsi zawsze w dziwny sposób wypowiadali się o kręgach przyjaciół, kręgach matek w przedszkolu czy szkołach... ogólnie o skupiskach ludzi tak, jak gdyby rozmaite kontakty międzyludzkie były czymś złym - uznając wiec rodzinę za autorytet i nie znając niczego innego myślałam, że tak należy myśleć i żyć. Nie wiem.

Kiedy poznałam mojego F. byłam zrozpaczona jak ogromną wartością są dla niego jego przyjaciele. Nie lubiłam większości z nich bo ... wszyscy wydawali mi się beznadziejni. Dziś wiem, że chodziło o coś innego - nie mogłam znieść faktu, że niektórzy ludzie w życiu mają więcej niż kilku sojuszników na krzyż - niektórzy maja całe stada dobrych dusz, bo cenią sobie wszystkich tych których spotykają na swojej drodze i z którymi znajdują wspólny język.  Dbają o każdą relację, która jest tego warta. Ja ... nie dbałam. Uważałam, że nie potrzebuję ludzi,  że wystarczy mi on, córka i przyjaciółka. A reszta mnie nie obchodzi. Wszystko zaczęło się zmieniać wraz z moją przemianą. Zaczęłam otwierać się na ludzi blogując, pomagając im, a także zauważając jak wielkie mam wsparcie w osobach, które nawet mnie nie znają. Ale wciąż na swój sposób byłam aspołeczna. Owszem, pomagałam staruszkom przejść przez ulicę, pomagałam niewidomym osobom dotrzeć do domu, robiłam zakupy potrzebującym - ale kontakty z ludźmi takie wiecie... trwałe - u mnie mocno kulały.

Kilka miesięcy temu zaczęłam jednak zauważać, że to nie ludzie są źli i nie oni popełniają błędy w relacjach ze mną - to ja na silę wyszukuję u nich wad, by się zbyt mocno nie zaprzyjaźnić. Myślałam, że może w tym wszystkim chodzi o strach ... nie. Kiedyś nagle mnie oświeciło i  zrozumiałam. Chodziło o to, że już na tyle obdarłam się ze swojej prywatności w sieci i każdego dnia gadałam wirtualnie z tyloma ludźmi których nie znam, mówiłam do nich, zwierzałam się, radziłam. .. że po takim byciu dla wszystkich tak naprawdę zamykałam się na prawdziwe emocje, które są poza internetem. Gadałam do telefonu, motywowałam tyle kobiet, byłam non stop na łączach, że potem w sklepie nie chciało mi się już nawet otworzyć gęby do ekspedientki. Od kilku miesięcy każdego dnia nachodziły mnie myśli o ile relacji mogłam bardziej zadbać, zawalczyć. Każdego dnia przypominałam sobie wszystkie osoby które od siebie odsunęłam albo których nawet do siebie nie dopuściłam.

Zawsze chciałam sojusznika na śmieć i życie, a kiedy to życie jakoś nas rozdzielało byłam zawiedziona i zrażona do ludzi. A potem znów zamiast tworzyć relacje, ale tak wiecie na chłodno, to ja znów wierzyłam w relacje do końce życia , oddawałam się im i znów po pewnym czasie rzucałam się w otchłań rozpaczy, bo coś zawiodło. Od jakiegoś czasu wiem, że nie mam już 15 lat i nie potrzebuje przyjaźni typu best friends forever. Nie potrzebuję deklaracji i rzucania się w ramiona. Potrzebuje normalnych ludzi, którym wzajemnie na siebie zależy, ale którzy maja również swoje życia i umieją znaleźć balans. Potrzebuję szacunku, szczerego telefonu z zapytaniem czy wszystko dobrze, od czasu do czasu. Potrzebuję ludzkiego wsparcia, normalnej zdrowej i dojrzałej relacji i to samo pragnę i potrzebuje dawać.

Kiedyś kiedy zarzucałem F.  coś złego na temat jego przyjaźni, odpowiadał mi : nie masz przyjaciół to tego nie rozumiesz. Bolało, ale tylko dlatego, że trafiało w sedno. Dziś to rozumiem. Dziś wiem, że nie ma na świecie nic cenniejszego niż ludzie wokół ciebie . Nie ma nic cenniejszego niż szczere relacje, w których nie ważne są słowa, a czyny. Kiedyś napisałam na facebooku, że chyba nie mam już przyjaciół i chyba mi z tym dobrze. Cieszę się, że ten okres debilizmu mi minął i że doszłam ze sobą do jako takiego porządku. Od ponad roku jestem już na cudownej drodze, w której rozwijam się duchowo i to niesamowite ile rzeczy przez ten czas pojęłam i zrozumiałam. W 2018 roku stawiam na rozwój. To już mówiłam. Ale przed wszystkim stawiam jednak na ludzi. Bo spodobało mi się życie pełne uśmiechów, rozmów i czasu z bliźnimi. A wiecie co do tego wszystkiego doprowadziło? Cenna rada płynąca z jednej z tych moich magicznych książek - by w każdym człowieku, którego napotykamy na swojej drodze widzieć Boga ... wtedy wszystko jest znacznie łatwiejsze i lepsze.

W tym roku stawiam na ludzi. Bo to oni są najważniejsi...

 

 

 

 

 

 

 

PS: A dbając o relację z Wami, przekazuję Wam kod zniżkowy do NA-KD - sklepu, z którego mam tą piękną sukienkę ze zdjęć... Zauroczyła Was już na pierwszych relacjach na InstaStories i wierzę, że teraz poruszyła Wasze serca jeszcze bardziej :) Kod zniżkowy 20% brzmi : Alicja20 i obejmuje cały asortyment. Sukienka jest najpiękniejszą jaką miałam w życiu, a jej wygląd zdecydowanie idzie w parze z jakością. Dajcie znać jak coś wybierzecie, jestem ciekawa co wpadnie Wam w oko. Ciuszków jest tam naprawdę mnóstwo i sama już mam oczopląs wybierając coś do kolejnej sesji :) Korzystajcie! Aha - najważniejsze! Tutaj link bezpośrednio do sukienki - klik!

Filmy o miłości... kto ich nie lubi? Raz na jakiś czas dopada mnie taki nastrój, który wręcz nakazuje mi zgasić wszystkie światła, zapalić świeczkę i odpalić film. Najlepiej o pięknej miłości, najlepiej wyciskający z oczu łzy. Dobre jest to dla naszej duszy ... Filmy o miłości pozwalają nam przenieść się w inny świat.

Filmy o miłości uwalniają tkwiące gdzieś głęboko w nas, ukryte emocje. Pozwalają spojrzeć na partnera z innej perspektywy, a czasem pozwalają docenić to co mamy. Czasem filmy o miłości wzbudzają też smutek, bo miłości filmowe zazwyczaj są nieco przerysowane, a w przypadku osób samotnych pojawia się przeogromna chęć postrzelenia przez strzałę amora. Kiedyś w młodości, naoglądałam się zbyt dużo filmów romantycznych, takich w stylu wiecie... nic nie rób, a prawdziwa miłość przyjdzie, już nigdy nie zaznasz smutku, a motyle będą latać w Twoim brzuchu 24 na dobę, do końca Twojego życia. Trochę później życie pokazało mi, że zbyt długo żyłam w przekonaniu, że film=życie.

W życiu nie wszystko jest takie proste - no i nie ma soundtracków. Wyobraźcie sobie jak byłoby fajnie, gdyby różne sytuacje z naszego życia, automatycznie opatrywała muzyka. To jest właśnie magia filmu. Dzisiaj chciałabym Wam pokazać mój spis 11 wyciskaczy - romantyczne filmy o miłości, które pokazują w mniej lub bardziej dosadny sposób siłę miłości i różne scenariusze jej powstawania. Kolejność jest zupełnie przypadkowa, choć jeśli mam być szczera, pozycja pierwsza nie jest pierwszą z przypadku... ;)

 

 Gwiazd naszych wina

 

1

 

Nie pamiętam, by którekolwiek inne filmy o miłości tak cholernie mną wstrząsnęły i wycisnęły ze mnie aż tyle łez. Przepiękna, fascynująca opowieść o dwójce młodych ludzi, którzy poznają się na spotkania grupy wsparcia. On - po utracie nogi w wyniku raka ( aktualnie w stanie remisji) , Ona - od 13 roku życia cierpi na nowotwór tarczycy. Nie ma w tym filmie typowych dla romantycznego klimatu warunków, które sprzyjają motylom w brzuchu. Prócz choroby łączy ich też wzbudzona w chłopaku przez nastolatkę chęć poznania autora ich ulubionej książki. Wybierają się razem na wyprawę do Amsterdamu, a tam ich miłość nabiera nowego wymiaru... Oglądając ten film nie płacze się na końcu filmu, czy w środku. Niestety, a może "stety", płacze się już od początku. Jak dla mnie 10/10. Totalnie inny wymiar miłości, bo miłości, która mierzy się z wizją śmierci. Przewartościowanie po obejrzeniu filmu gwarantowane.

 

 Pamiętnik

 

2

 

Ten film określiłabym słowem KLASYK. Klasyk, do którego przekonałam nawet swojego F. - swoją drogą był on zafascynowany tym filmem w takim stopniu jak ja, a w kolejnych latach związku, obejrzeliśmy go niezliczoną ilość razy. Przepiękny motyw miłości, która przetrwa dosłownie wszystko. Przepiękny motyw wiary, którą charakteryzuje się bohater filmu, w podeszłym już wieku. Wiara w to, że jego miłość trwa nadal, nawet jeśli choroba nie pozwala o tym pamiętać jego wybrance. Wszystkie retrospekcje z młodości wzbudzają w człowieku pewnego rodzaju ekscytację, a z czasem irytację ( kiedy bohaterka filmu wyjeżdża). W przepiękny sposób ukazana siła miłości, dla której nie ma podziałów, nie ma modnie to dzisiaj określając: gorszego i lepszego sortu.

 

Wciąż ją kocham

 

filmy o miłości

 

Nie pamiętam już czy najpierw przeczytałam książkę, czy obejrzałam film. Mimo dość prostej i przewidywalnej historii, film ma swój urok i niesie ze sobą pewne przesłanie. Dlaczego nazwałam historię dość prostą i przewidywalną? Bo to historia jak na filmy o miłości dość przewidywalna - gdzie skromna, grzeczna studentka poznaje silnego, przystojnego komandosa na przepustce. Spotkałam się z wieloma głosami, że okres, w którym młodzi się zakochują jest przedstawiony jako zbyt krótki i można to nazwać jedynie zauroczeniem - absolutnie się z tym nie zgadzam.

Jeśli na swojej drodze napotykamy TĄ osobę, to czujemy to czasem całym sobą już po kilku dniach spędzonych wspólnie. Ale do rzeczy. Najpierw widzimy na ekranie miłosne uniesienia, a później bolesne rozstanie, wojnę itp. Jest jednak w tym filmie wątek, który przyciąga, momentami nawet bardziej niż miłosna historyjka, mianowicie relacja ojciec-syn. Nie dam tutaj mocnej dyszki, wcale nie podejmę się oceny, ale oglądam za każdym razem kiedy leci w telewizji. Książkę przeczytałam jednym tchem - zawsze papier zwycięży ze szklanym ekranem - ZAWSZE :)

 

Poradnik pozytywnego myślenia

 

4

 

Im głośniej o jakimś filmie, im więcej nominacji do nagród przeróżnych i im więcej ludzie wkoło o danym filmie gadają - tym mniejszą mam ochotę go obejrzeć. Może dlatego powyższy film obejrzałam po tak długim czasie od jego premiery. Bałam się jakiegoś kiczu, nie wiem czemu. Mimo miłości wielkiej do książek o pozytywnym myśleniu, wiem jak wiele jest też takich, które nijak mają się do rzeczywistości i są napisane po prostu... tandetnie. Nie jest to typowy film romantyczny, na którym co chwilę będziecie się wzruszać i odpływać w krainę marzeń o cudownej miłości. Jeśli mam być szczera, to właśnie tutaj miłość pokazana jest w najbardziej realny sposób. Niesamowity powiew świeżości i coś zupełnie innego od tego co znamy pod etykietą filmów romantycznych.

 Najdłuższa podróż

 

5

 

Na ten film trafiłam przypadkiem, szukając czegoś romantycznego, acz trochę dramatycznego. Bo czy filmy o miłości muszą być zawsze super radosne? Chodziło po prostu o to, by się popłakać jak bóbr, oczyścić i iść spać. Nie dosyć, że film jest tego samego producenta co "Gwiazd naszych wina", to jeszcze jest oparty na powieści autora, którego twórczość ubóstwiam - Nicholasa Sparksa. Ten z kolei jak wiecie ( lub nie) jest autorem wspomnianych wcześniej pozycji: "I że Cię nie opuszczę" oraz "Pamiętnik". To na wstępie dało mi gwarancję, że film będzie po prostu dobry. Ale był więcej niż dobry. Najbardziej w filmie spodobał mi się fakt, że zostały przedstawione losy dwóch par, które z najmniej oczekiwanym momencie - zbiegają się.

 

 I że Cię nie opuszczę

 

6

 

To jeden z nielicznych filmów, na który wybraliśmy się razem z F. do kina. I jeden z tych, który spodobał nam się obojgu. Jest to też jeden z tych filmów, podczas których człowiek łapie się za głowę i mówi : "Jakie to musi być straszne". Zastanawialiście się kiedyś, co by było gdyby Wasz partner Was...zapomniał? No raczej nie, bo nie ma nic fajnego w takich wyobrażeniach. Ale wyobraź sobie, że nagle dla swojego partnera stajesz się obcą osobą... nie pamięta Cię, nie czuje chemii między Wami - nic. A Ty... ty podejmujesz walkę. Bardzo ciekawy film, choć pamiętam, że było mi mało, miałam jakiś niedosyt... :)

 

  Jeden dzień

 

7

 

Na ten film trafiliśmy z F. kompletnym przypadkiem, a takie perełki okazują się zawsze najlepsze. Krótka recenzja i opis filmu, który mówił że dwoje bohaterów postanawia spotykać się co roku tego samego dnia , sprawił, że musiałam to od razu odpalić. Może dlatego, że lubię właśnie takie postanowienia, coś co jest świadectwem niesamowitego uczucia, pewne obietnice, które scalają na zawsze dwie osoby, pewne rzeczy, które są tylko ICH. Ja np. ze swoim przyjacielem obiecałam sobie kiedyś, że jeśli do 30 nikogo nie znajdziemy i będziemy sami - weźmiemy ślub. On był moim ideałem, ja jego - tylko jakoś tak zawsze jak brat z siostrą. No i być może trochę utożsamiłam się z obietnicą filmowych bohaterów, choć nieco inną... Dla mnie 10/10 - po prostu coś totalnie innego od klasycznych romansideł.

 

 Bezpieczna przystań

 

8

 

Jeśli filmy o miłości, kojarzą Wam się zawsze z podobnymi historiami, obejrzyjcie to. Znów coś innego, z dozą tajemniczości. Jest akcja, jest miłość. Nie ma w tym filmie nudy, ani cukierkowości. Spotkałam się z opiniami, że jest dość przewidywalny - pewne rzeczy zawsze będą przewidywalne, zwłaszcza jeśli oglądamy dużo filmów, jednak nie określiłabym tak tej pozycji, wręcz przeciwnie pewne motywy były zaskakujące - fajnie pod koniec filmu samemu otworzyć oczy ze zdumienia, że właśnie dowiedzieliśmy się czegoś, z czego nie zdawaliśmy sobie sprawy przez cały film ;)

 

Czas na miłość

 

9

 

Właśnie zdałam sobie sprawę, że na ten film również wpadliśmy wspólnie z F. Ale z Nas kino maniacy. Kto by pomyślał, że filmy o miłości spodobają się aż tak bardzo nawet mężczyźnie? Swoją drogą, to już trzeci film w tym zestawieniu, w którym gra moja ukochana Rachel McAdams. Teoretycznie to na czym polega film, powinno być mega fajną sprawą - bohater filmu dowiaduje się, że może podróżować w czasie, ale spokojnie - do SF temu filmowi bardzo daleko. Podróże w czasie to jedynie cofanie się do wydarzeń, które bohater już przeżył. Po co więc taki wątek? Tego dowiecie się już z filmu.

 

 List w butelce

 

10

 

Pozwolę sobie jeszcze jeden film w tym zestawieniu nazwać klasykiem. I będzie to właśnie "List w butelce". Najwidoczniej jestem psychofanką Nicholasa Sparksa :) Dla mnie film ten był totalną odmianą - dziennikarka, która znajduje list w butelce i postanawia odnaleźć jego autora. Kompletnie nieprzewidywalny, piękny i wzruszający. Doskonałym uzupełnieniem jest fantastyczna, przepiękna muzyka - bo nie ukrywajmy - robi ona w filmie bardzo dużo. Film z 1999 - aczkolwiek wcale nie daje się odczuć, że zostało to nakręcone tyle lat temu. Film ten obok ckliwej, romantycznej i przewidywalnej pozycji filmowej nawet nie stał.

SZCZĘŚCIARZ

 

 

Piękny i wzruszający melodramat. Nie przepadałam za grą aktorską Efrona dopóki nie zobaczyłam właśnie tego filmu. Niesamowita historia o żołnierzu, który postanawia odnaleźć kobietę z fotografii, która jego zdaniem uratowała mu życie. Po jej odnalezieniu zatrudnia się w prowadzonym przez nią schronisku dla zwierząt, a już wkrótce między tą dwójką zaczyna rodzić się uczucie... Kobieta jest jednak w skomplikowanej sytuacji życiowej, przez co film trzyma nas cały czas w napięciu i wielokrotnie wzrusza. Naprawdę piękny... :) Film oczywiście!

To już koniec. Filmy o miłości i ich lista jest zapewne tysiąc razy dłuższa, a ja sama pewnie obejrzałam ich dużo, dużo więcej - ale za najlepsze zawsze będę uważać te, które utkwiły mi w pamięci, które mam ochotę oglądać więcej niż jeden raz, i które mam ochotę polecać innym. Dzisiaj polecam Wam - jestem ciekawa czy znalazło się w tej dziesiątce coś, czego jeszcze nie oglądaliście. I również z miłą chęcią zapoznam się z Waszymi propozycjami - może zafunduję sobie dzisiaj kolejny wyciskacz łez?

Jeśli jeszcze miałabym uprzedzić pytania: większość tych filmów, o ile nie wszystkie są dostępne online. Ja oglądam najczęściej tutaj.

Piosenki o miłości, towarzyszyły mi chyba najbardziej w okresie dojrzewania, kiedy to śniłam o rycerzu na białym koniu, który... a nie, sorry, nie śniłam o żadnych rycerzu, zawsze ciągnęło mnie do tych dresiarzy w kapturach, którzy lubią popalać. Dziwne.

Nieważne o kim śniłam, zawsze moje playlista, musiała wyciskać ze mnie łzy. Piosenki o miłości mogły lecieć w kółko, a ja ciągle marzyłam o tym jedynym, wizualizowałam sobie w głowie nasze spacery za rękę i przytulanie przy blasku kominka. Za rękę chodzić teraz ciężko, bo co chwilę trzeba gonić ten nasz rozczochrany owoc miłości, a i kominka się jeszcze nie dorobiłam. Ale mam tą swoją miłość i odkąd ją mam, piosenki o miłości, już mnie nie zasmucają, nie pogrążają w marzeniach, nie dołują.

Nadchodzi ten jeden dzień w roku... walentynki. O tym, że każde ważne święto powinno mieć swój dzień pisałam już rok temu. Za cholerę nie rozumiem tych wielkich przeciwników, krzyczących " kochać trzeba cały rok!" - okeeej, ale co to ma do rzeczy? Mamę też trzeba kochać cały rok, a jednak w ten jeden dzień doceniamy ją szczególnie, składamy życzenia itp. Tak samo z miłością.

W dzisiejszych czasach, kiedy jesteśmy zapracowani, zajęci obowiązkami, poddajemy się pewnej rutynie. Kocham tą rutynę, ale nie codziennie mam ochotę na szczególnie okazywanie miłości. Mówię codziennie, że kocham, ale nie codziennie rysuję serca na kartce... Ten jeden dzień jest nie po to, by się wielce obdarowywać, nagle robić z siebie zakochanych na zabój, a na drugi dzień pożreć - ten dzień jest po to, by przypomnieć sobie za co się pokochaliśmy, razem powspominać, pooglądać zdjęcia - tego nie robi się codziennie. Właśnie po to jest ten dzień i ja się cholernie z tego cieszę!

W tym roku nie chciałam już pisać typowego wpisu o miłości, nie mam nawet na to szczególnej weny i pomysłu. Pomyślałam więc, że skoro piosenki o miłości, były mi kiedyś tak bliskie i tak często przeze mnie słuchane... to może warto je tutaj umieścić, podzielić się nimi z Wami i przy okazji poznać również Waszych faworytów? Wiem, wiem to świetny pomysł! :D :P No to lecimy! Żeby odsłuchać piosenki, trzeba kliknąć w tytuł. Nie chciałam zaśmiecać wpisu masą filmików, zwłaszcza, że na końcu będą jeszcze zdjęcia.

 

"What The World Needs Now Is Love Sweet Love"

Sentyment, ogromny sentyment. Zasłyszane w "Listy do M.", a kiedyś pewnego romantycznego wieczora, może nawet walentynkowego, przy blasku świec, odtańczone w starym pokoju mojego F... Jeśli kiedyś przyjdzie mi brać ślub, to zdecydowanie będzie to moja piosenka na pierwszy taniec.

 

 

Righteous Brothers - "Unchained Melody"

Kto z Was nie oglądał filmu "Uwierz w ducha" ? Domyślam się, że niewiele jest takich osób, które nawet nie wiedzą o co chodzi. Z kolei Ci co go oglądali, na pewno wiedzą o jaką piosenkę chodzi. Wylałam przy niej morze łez... OCEAN łez, wręcz bym powiedziała... Jakże trzeba kochać, by móc umieć miłość wyrazić w takich słowach, przy takich dźwiękach...

 

Toni Braxton - Un-Break My Heart

Piękna, wpadająca w ucho, aczkolwiek smutna. Kojarzy się z odejściem, utratą bliskiej osoby, tęsknotą. Ale to właśnie miłość. Piękna, ale ... brutalna. Zakochując się, druga osoba staje się naszym uzupełnieniem. Bez niej czujemy się po prostu wybrakowani. I z takim uczuciem kojarzy mi się ta piosenka...

 

 

Happysad - Zanim pójdę

Kto tego nie zna?! Jest ktoś taki?! Polski klasyk. Ile ja się przy nim naśmiałam, napłakałam, natańczyłam. Rozbrzmiewał w moich głośnikach i słuchawkach non stop. Wciąż jest to dla mnie piosenka z idealną definicją miłości...

 

Myslovitz - Chciałbym umrzeć z miłości

Jeśli ocean łez wylałam przy kawałku z "Uwierz w ducha" to przy tym wylałam chyba ze trzy oceany... ;) A nastolatce to bardzo często chciało się umierać... z miłości zwłaszcza. Chociaż właściwie ja to byłam dziwnym egzemplarzem i jakoś nie wiadomo czemu, sama sobie lubiłam komplikować życie.

 

Roxette - Listen to your heart

I kolejny klasyk. Zaczynam zauważać, że najpiękniejsze piosenki o miłości to te "stare" kawałki. Ale co się dziwić. Jak ze wszystkim... w dzisiejszych czasach komercji, kiedy śpiewa się gówniane piosenki, które może i wpadają w ucho, ale kompletnie nie mają sensu, ciężko o prawdziwy, niekomercyjny tekst, który wyciska łzy. Takich jak na lekarstwo, a szkoda...

 

Myslovitz - Dla Ciebie

Dochodzi właśnie do mnie, że byłam chyba obcykana z wszystkimi polskimi piosenkami o miłości, które pogłębiały jeszcze bardziej moje doły w trakcie zawodów miłosnych. A miewałam je nawet kilka razy w miesiącu :D Choć jeśli mam być szczera - to tak mocno, szczerze i baaaardzo długo kochałam i tęskniłam trzy razy... Tak - wcale nie kocha się raz! ;) Myslovitz wkradł się do mojego serducha z wieloma swoimi kawałkami. Dzisiaj jego niektóre teksty, zdają się być dla mnie nierealne. Może dlatego, że mój F. pozbył się jakichkolwiek resztek romantyzmu i dziś takie wyznania pozostają jedynie w sferze marzeń. A szkoda...

 

Aerosmith - I don't want to miss a thing

Wiedziałam, że popłaczę się, w którymś momencie pisania tego wpisu, kiedy każdy kawałek, który tu wstawiam, z automatu włączam. No i padło na ten. Wcale się nie dziwię, że ten kawałek zdobył tyle nominacji i nagród. Wzrusza do łez, skłania do refleksji i jeszcze do tego niezwykle wpada w ucho. Do tego stopnia, że będziemy wszyscy pamiętać tą piosenkę już zawsze.

 

Time of my life 

Klasyk z filmu Dirty Dancing, który zrobił furorę na całym świecie. Chyba o tyle fajna, bo nie ma smutnego wydźwięku, jest raczej bardziej ... radosna! Można przy niej się szczerze uśmiechnąć, można nawet potańczyć - może nie jak główni bohaterzy filmu, ale zawsze... :P

 

Kurcze! Piosenki o miłości mogłabym wymieniać i wymieniać. Co chwilę mi się coś przypomina, tych piosenek jest naprawdę bardzo dużo! Mam nadzieję, że podacie mi również swoich faworytów, ale jeszcze moment... :)

Skoro już przy muzyce jesteśmy, to chciałabym Wam pokazać kilka zdjęć Polki i kilka zdjęć... naszych nowych słuchawek. To już trzecia para słuchawek od SudioSweden, które rozgościły się w naszym domu i skradły nasze serca. Razem z F. mamy po jednej parze bezprzewodowych słuchawek Vasa Blå - ja mam różowe, a F. czarne. I choć słuchawki te są po prostu BOSKIE i nie wyobrażam już sobie słuchawek, które trzeba podłączać kabelkiem do telefonu, to F. i tak podkrada te nowe, twierdząc, że ... są po prostu najlepsze na świecie.

Mowa o nowych słuchawkach REGENT w kolorze białym. Ja dobrałam sobie do nich również wypasione wymienne nakładki. Wydają niesamowity dźwięk, są meeega wygodne i w dodatku są jeszcze PIĘEEKNE !!!

Na hasło MAMALLA15 macie 15 % zniżki na produkty Sudio Sweden ! :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

piosenki o miłości

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Piękne są prawda? No oczywiście, że tak! Jak widać podkrada Mi je nie tylko F... Pola była wniebowzięta kiedy zapytałam ją: mogę porobić Ci zdjęcia w słuchawkach? Ale ona ogólnie kocha zdjęcia i sama nawet prosi, żeby jej jakieś robić, a to telefonem a to aparatem. Blogerka jak się patrzy! Przejmie po matce interes na 100 % :P

 

Ale nie trzymam Was dłużej, bo wiem na co wszyscy czekacie. A na pewno Ci, którzy przedpremierowo na instastory dowiedzieli się o moim niecnym planie jakim jest...

 

KONKURS !!!

 

Wygrywają aż trzy osoby! Mam dla Was jedną nagrodę główną i dwie nagrody pocieszenia :)

NAGRODA GŁÓWNA

 

 

 1 x zestaw bezprzewodowych słuchawek Vasa Blå ( 1 z 4 kolorów do wyboru) + ozdobne pudełko

 

2 x NAGRODA POCIESZENIA

 

 

Piękna, marmurkowa obudowa na telefon ( pasuje do modeli Samsung S6 S7 oraz iPhonów 6 i 7 )

 

PYTANIE KONKURSOWE

 

Jakiej piosenki i dlaczego,  najchętniej i najczęściej słuchałabyś w swoich nowych słuchawkach Vasa Blå?

Zostaw mi też swój adres e-mail oraz napisz czy obudowa pasowałaby na Twój telefon. Jeśli nie wspomnisz o obudowie, możesz pozbawić się szansy na jakąkolwiek nagrodę, w przypadku gdy ta główna powędruje do kogoś innego.

Będzie mi bardzo miło jeśli polubisz i skomentujesz ten post na FB. Możesz też go udostępnić - to pozwoli mi dotrzeć do większej ilości osób, a Tobie nie pozwoli zapomnieć, że bierzesz udział w konkursie :) Wasza aktywność zarówno na blogu jak i FB jest dla mnie najpiękniejszą formą docenienia i pewnego rodzaju uznania dla mojej pracy.

Bawimy się od dzisiaj tj. 12.02.2017 do końca dnia 19.02.2017.

Wyniki ogłoszę w przeciągu 5 dni od zakończenia konkursu, w tym poście. Poinformuję Was o tym na FB :)

POWODZENIA !!!

 

KONKURS ZAKOŃCZONY !!!

Okropnie ciężko było wybrać trzy komentarze spośród ok. 60 - wszystkie były rewelacyjne! Dziękuję! :) Miło się to czytało. Miałam ogromny problem. Jak już wybrałam zwycięzcę słuchawek, to wszystko co już chciałam wybrać, miało dopisek o niepasującej obudowie, albo wcale nie miało dopisku... Wiecie, że jeśli chodzi o kryteria, to trzeba jedynie uzasadnić swoją odpowiedź - nie mam kryteriów, czy ma być to wiersz, czy zwyczajny sentyment do piosenki, czy historia miłosna. Wybieram komentarze, które najbardziej mnie wciągają, które zapamiętuję. Nie ma na to recepty, trzeba po prostu wbić się w mój "gust" :D Tym oto sposobem, postanowiłam nagrodzić następujące osoby...

  1. Słuchawki dla... Dominiki, która podała piosenkę Mesajah - Lepsza Połowa - Dominika miałam banana na twarzy czytając jak piosenka może ściśle wiązać się z Waszą miłosną drogą! <3 Coś pięknego!
  2. Obudowa naamber łan! Leci do... matki zołzy ! Posikałabym się z radości, gdyby spotkała mnie podobna sytuacja!
  3. Obudowa naaaaamber tuuuuu - leci do... Pauliny Łuczak! Twój komentarz czytany przeze mnie na głos, był miodem dla mych uszu i dla mego serca. Wspaniałe pióro, wspaniałe uzasadnianie! Pisz więcej komentarzy, bo to po prostu genialnie się czyta!

Dziewczyny! Gratuluję Wam! Napiszcie do mnie wiadomości priv - obojętnie czy e-mailowo, czy przez FB czy przez IG :) Podajcie mi swoje adresy do wysyłki, razem z numerem tel. Dominika - wybierz kolor słuchawek! Matka Zołza i Paulina - podajcie modele telefonów :)

Pozostałym dziękuję za zabawę. Wiecie, że nie mogę nagrodzić każdego, a po to robię konkursy, by móc chociaż kilka osób... Bądźcie czujni, bo już niebawem kolejne świetne konkursy - postaram się organizować ich tyle, by każdy z Was chociaż raz coś wygrał od Mamalki! :) Mamalka uwielbia rozdawać prezenty i gdybym mogła robiłabym to NON STOP ! :) Dlatego głowa do góry i czekajcie na kolejną szansę! Wszystko dzieje się po coś... widocznie kiedy indziej wygracie coś lepszego :D :D :D Bajos!

Nie piszę jak kiedyś, nie piszę już tak prawie wcale. Otwarcie o sobie i o życiu, jak gdybym nie bała podzielić się niczym. Już tak nie umiem... Prywatność, do której kiedyś zapraszałam, dziś jest dla mnie zbyt cenna, by szastać nią na wszystkie strony świata...

Dlaczego kiedyś umiałam? Dlaczego kiedyś potrafiłam otworzyć się bardziej? Być może wynikało to z szalejących hormonów, może z potrzeby dzielenia się ze światem, tym co mnie cieszy? A przecież dzisiaj mam tysiąc razy lepsze i piękniejsze życie, a co za tym idzie - więcej powodów do pokazywania swojej radości. A jednak... robię to rzadko. Bo choć radość pięknie wygląda na zdjęciach, to kiedy człowiek naprawdę jest szczęśliwy, to rzadko w najpiękniejszych momentach, myśli o tym, by coś upamiętniać. Życie składa się z momentów, pięknych, ulotnych chwil, które uciekają jak szalone... nie chcę stracić żadnej z nich, nie chcę czuć, że coś przeoczyłam. Facebook, który kiedyś służył mi do wylewania długich historyjek, ciągłego pisania o tym w sercu - dziś świeci pustkami. Nie ubolewam. Nie mam na to chęci, ani czasu. Największy kawał mojego życia, chcę mieć tylko dla siebie. Wierzę, że musiałam do tego dojrzeć. Dziś bardzo łatwo potrafię rozpoznać wśród osób prowadzących jakieś media społecznościowe, osoby, które tego życia wcale nie mają... które życie udają, a nie przeżywają go wcale. Trzymam za nie kciuki, bo nie ma nic gorszego niż budowanie swojej wartości, poprzez innych, obcych nam ludzi, śmieszną "popularność". To nie są rzeczy, które dają długotrwałe szczęście. Szczęście dają nam prawdziwe emocje, prawdziwi ludzie, prawdziwe momenty. Te, których nie chce uchwycić się na telefonie, skrupulatnie od razu zapisać, puścić w świat ... śniadania do łóżka, kiedy naprawdę wyglądasz jakby przejechał po Tobie czołg, a nie kiedy jesteś już po porannym makijażu i kładziesz się z powrotem do łóżka. Spacery z dzieckiem, kiedy nie liczy się nic innego jak Twoja ręka oplatająca dłoń małego skrzata. Te wszystkie momenty, których nie ma tu i teraz od razu na zdjęciach, w pięknych długich dialogach spisanych tu i ówdzie - to momenty najpiękniejsze. To momenty, które przeżywa większość z nas, ale duża większość też ich nie docenia. Bo przecież mamy w głowie swoje idealne wizje idealnego życia.

Ludzie marzą o tym, by rozbijać się po restauracjach, jeść wykwintne obiady, a nie potrafią nawet zjeść posiłku przy jednym stole... zapominają jak fajnie jest wspólnie gotować w jednej kuchni. Ty kroisz, on gotuje, wspólnie jemy. Ludzie marzą o egzotycznych wycieczkach, kolacji pod wieżą Eiffla - a nie potrafią iść w weekend na wspólny spacer, trzymając się za ręce. Ludzie marzą o wielu rzeczach - i dobrze. Szkoda tylko, że zatraceni w marzeniach, przestają doceniać to co mają tu i teraz. Jeśli człowiek, nie jest szczęśliwy tu i teraz, mając zdrową rodzinę, pracę, dach nad głową - to wycieczka i apartament tego szczęścia mu nie da. Szczęście jest tu, w nas. Możemy je odnaleźć tu i teraz. W porannych wygłupach, wspólnym śniadaniu, smsie " Kocham Cię" do ukochanego, w przytuleniu przez dziecko, kiedy odbierasz je do przedszkola. Szczęście to fakt, że Twoje oczy mogą przeczytać ten tekst, że Twoi bliscy są obok Ciebie, że kładziesz się do ciepłego łóżka, że marzysz i marzenia spełniasz, ale tylko w sposób, który nie rani Ciebie i Twojej rodziny. Szczęście to wzajemna miłość, wsparcie, pocałunek, mleko grzane w garnku, stópki wystające spod kołdry i bajka na polsacie o 20, którą oglądacie całą rodziną. Widzisz? Szczęście jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy, że po nie sięgniesz, że je docenisz. Reszta przyjdzie sama, wiesz... ? Dlatego największy kawałek swojego życia, miej dla siebie. Ten kawałek, w którym nie ma miejsca na innych. Jest tylko celebrowanie TEJ JEDNEJ JEDYNEJ CHWILI - która już się nie powtórzy. My tych chwil w ostatnich miesiącach mieliśmy niezwykle dużo... Kilka dni temu dotarło do nas, że nasz folder ze zdjęciami z poprzedniego roku świeci pustkami. Czy ubolewam? Nie! To tylko piękny dowód na to, że wykorzystaliśmy poprzedni rok maksymalnie. Skupiając się tylko na sobie, na emocjach, na wrażeniach. Ale emocje, emocjami - przecież nie możemy zapomnieć jak wyglądaliśmy... Więc oto my. Młodzi, piękni i szczęśliwi. Cholernie szczęśliwi. I wam życzymy tego samego. Bo to piękne uczucie jest.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To znów się stało. Nie ma w tym żadnego przypadku. Znów zmieniłam swoje życie. I znów stałam się szczęśliwsza. JESZCZE BARDZIEJ! Ta książka musiała trafić w moje ręce. Musiała, żeby znów pomóc mi przewartościować życie i wdrożyć w nie kolejne zmiany. Ta książka stała się moją biblią, którą zarażam teraz każdego z kim mam przyjemność rozmawiać czy pisać... dzisiaj opowiem o niej Wam.

To nie będzie zwykła recenzja, to nie będzie krótki opis książeczki. Już po kilku stronach tej literatury, wiedziałam, że wpis na jej temat będzie wpisem tak naprawdę o mnie i o moim życiu. Że będzie to jeden z ważniejszych wpisów, które pozwolą czytelnikom spojrzeć na swoje życie nieco inaczej...

Agnieszka Maciąg to osoba, o której nie wiedziałam zbyt wiele. Wiedziałam o czym pisze na swoim blogu, ale nie znałam jej historii, nie znałam drogi jaką przeszła. A żeby zrozumieć czyjś styl życia, a przede wszystkim czyjeś podejście do życia - trzeba lepiej poznać samego człowieka. Kiedy jakiś czas temu jedno z wydawnictw wysłało mi tą książkę, pierwsze co pomyślałam : jezu! Ile stron! Przeczytałam to co zawsze znajduje się na tyle okładki - to coś dla mnie - pomyślałam. Droga do lepszego życia, podróż w poszukiwaniu siebie, wyzbycie się palącej pustki w sercu i zastąpienie jej spokojem i szczęściem - tak. Tego zdecydowanie wtedy potrzebowałam... Nie wiedziałam jednak wtedy, że będzie to początek mojej nowej drogi, mojego nowego życia. Myślałam, że życiową rewolucję mam już za sobą, ale jak się okazało, czeka mnie jeszcze wiele pracy.

Kto uważnie czyta mój blog, wie doskonale, że jestem niepoprawną optymistką i na nic nie poświęcam tyle czasu, ile poświęcam na ... polepszanie jakości swojego życia. Pozytywne myślenie, optymizm, nie przejmowanie się i wychodzenie z uśmiechem z najgorszych sytuacji, to coś czego człowiek uczy się latami. Stanie się przy tym lepszym człowiekiem - to jeszcze więcej nauki. Kiedyś non stop pisałam Wam o książce, która wyciągnęła mnie z depresji. Tym razem - książka, która wpadła mi w ręce, nie musiała mnie wyciągać z depresji. Ta książka sięgnęła o wiele dalej. W głąb mojej duszy. Ale do rzeczy...

Agnieszka Maciąg... piękna, sławna, zjawiskowa osoba. To jedna z tych osób, które kojarzymy z telewizji, wiemy jaką robią karierę, ale ... rzadko wiemy coś więcej. Często zazdrościmy światowej sławy, pieniędzy, rozwoju - ale nie zastanawiamy się nad jednym. Czy to wszystko daje temu człowiekowi szczęście? Otóż... nie zawsze daje. Pierwszy rozdział w książce, jest o życiu Agnieszki. O tym jak ogromna pustka i paląca dziura w sercu, towarzyszyły jej przez długie lata. O tym, jak te wszystkie rzeczy, których my tak często zazdrościmy, tej dziury nie wypełniały. Pierwszy rozdział pokazuje nam drugą stronę tego pozornie pięknego i cudownego świata, pełnego pieniędzy, luksusowych samochodów, restauracji, bogatych mężczyzn... Ta druga strona to zepsucie, pustka i... pozory. Pierwszy rozdział jest opisem życia Agnieszki, w którym mimo sukcesów, fajnej rodziny - wciąż jest obecne uczucie, że ... czegoś jednak brak. Uczucie wewnętrznego bólu, który co by się nie działo - wciąż jest obecny i wciąż narasta. Ile tak można żyć, ile można błądzić? Bardzo długo. Książka pokazuje nam moment, w którym na takie życie, autorka nie ma już sił. I wtedy jej życie... się zmienia. Autorka rozpoczyna najważniejszą podróż swego życia. Podróż w głąb siebie. I tak nazywa się rozdział pierwszy - MOJE PODRÓŻE... Kiedy docierałam do jego końca, chciałam więcej! Miałam nadzieję, że kolejne rozdziały, będą już konkretnymi wskazówkami, jak osiągnąć ten błogi stan szczęścia. Po pierwszej części, zrozumiałam, że szczęścia nie możemy szukać na zewnątrz. Najpierw musimy odnaleźć je w sobie. Tak bardzo chciałam więcej szczegółów, które pozwolą mi zrozumieć, jak to szczęście odszukać. Nie zawiodłam się...

Rozdział drugi nosi tytuł: MOJE MAPY. Sporo wiedzy z kolejnych kartek, miałam już wdrożonej w życie... wizualizacje, mapy marzeń. Ale dowiedziałam się znacznie więcej. I to nie było tak, że zaczęłam stosować się do wiedzy zawartej w tej książce automatycznie, na siłę. Zdania, które przyswajałam - metody, o których czytałam - to wszystko jakoś tak naturalnie stawało się z każdym dniem sposobem mojego życia. Nie postępowałam w stu procentach tak jak autorka opisuje swoje czyny w tej książce, ale nagle zaczęłam odczuwać potrzebę robienia rzeczy opisanych w książce, których wcześniej nie robiłam i nie czułam, że powinnam je robić. Na przykład... zaczęłam się modlić. Do tej pory chodziłam do kościoła tylko gdy czułam, że chcę, że mam taką potrzebę. Nie uczestniczyłam jednak w Mszy Świętej, lubiłam po prostu od czasu do czasu, porozmawiać z Bogiem sam na sam, w pustym kościele, bez publiki. Jednak codzienna modlitwa była dla mnie czymś o czym nie tyle co zapominałam, ale nie miałam takiej potrzeby, by ją odmawiać. Po przeczytaniu książki Agnieszki, zaczęłam wieczorami czuć, jakby czegoś mi brakowało. Jakby w pięknej układance brakowało mi jednego elementu. Okazało się, że brakowało mi... Boga. Moje modlitwy i rozmówki z nim, dają mi teraz dużo sił, a przede wszystkim oczyszczają mój umysł i sprawiają, że moja dusza jest spokojna jak nigdy przedtem... ale wydarzyły się jeszcze inne rzeczy.

Jakiś czas temu, pokazywałam Wam na blogu swoje łupy z TK Maxx. Był tam zeszyt. Piękny, duży, z wyjątkowym napisem... Kupiłam go, bo czułam wtedy, że muszę go mieć. Wiedziałam, że będę notować w nim rzeczy wyjątkowe. Jednak nie miałam pomysłu na to, jakie to miałyby być rzeczy. Owszem mogłam sobie wymyślać, ale to... wszystko to byłoby na siłę. Czułam, że musi on poczekać w szafie na coś naprawdę ... dobrego. Podczas czytania książki i dotarcia do punktu, w którym Agnieszka proponuje pisanie scenariusza swojego życia... poczułam, że to jest to. Że ten zeszyt i hasło na nim, są idealne. Przecież dążenie do szczęścia i tworzenie dobrego scenariusza swojego życia, to rzecz najbardziej wyjątkowa, jaką mogłam sobie wymarzyć prawda? W zeszycie powstał więc piękny scenariusz mojego życia, opis moich relacji z dzieckiem, partnerem, opis mojej pracy. Powstała strona z kopertą na oszczędności i wyznaczonym celem... i powstanie tam jeszcze wiele pięknych rzeczy...

Dzięki książce nauczyłam się oczyszczać atmosferę w swoim mieszkaniu, nauczyłam też oczyszczać siebie samą ze złej energii, którą naładowali mnie inni ludzie. Niestety, ale najbliższa rodzina, którą odwiedzam, bardzo często "zmusza" mnie do słuchania czarnych scenariuszy, do słuchania narzekania. Kocham swoich najbliższych, ale są pewne schematy, w których są oni zamknięci i jest w nich coś takiego co sprawia, że w większości tematów się po prostu nie rozumiemy - ja jestem pełna dobrej energii, przepełniona optymizmem i wierzę... a właściwie wiem, że można wszystko. Oni nazywają siebie realistami... Tylko zgadnijcie komu... im czy mi... spełniają się wszystkie te nawet najbardziej nieosiągalne cele i marzenia. No więc właśnie... dość długo nosiłam w sobie żal do nich. Przepełniał mnie smutek, bo bardzo wyraźnie niektórzy bliscy dawali mi zawsze odczuć, że jestem oderwana od ziemi... próbowali na siłę wmawiać mi, że nie wszystko może być takie piękne, dobre i kolorowe. Ze wszystkich jednak tych rzeczy najbardziej bolał mnie ten dziwny wzrok, kiedy na negatywne sytuacje reagowałam: no i co z tego? Trzeba żyć dalej. Jakby ich martwienie się, często na zapas, było poprawne, ale mój optymizm już nie. Po przeczytaniu książki, pozbyłam się tego żalu, a przy ostatniej wizycie, kiedy to dziesiątki razy usłyszałam coś negatywnego - po prostu brałam głęboki wdech, w duszy obracałam sytuację w pozytywną i zachowywałam spokój. Pewnych zachowań ludzkich nie zmienimy, biadolenia i narzekania nie przestaniemy słyszeć. Musimy się nauczyć tego, by nie miało ono jednak jakiegokolwiek wpływu na nas. Jeśli o moich bliskich chodzi... pragnę głęboko wierzyć w to, że jednak dadzą się oni zarazić tą wiarą w dobry świat, dobrych ludzi i dobre sytuacje. Właściwie, mam głęboką nadzieję, że zmiany, które zachodzą w moim życiu, mi samej pozwolą takie dobre rzeczy do siebie przyciągać...

Ostatni rozdział książki, nosi tytuł: MOJE ODKRYCIA. Jest dość krótki, ale sprawił, że na wiele rzeczy w swoim życiu spojrzałam inaczej. Na swój związek, na mój dom, kuchnię, czy nawet na seks... I tutaj chciałabym się podzielić z Wami fragmentem książki, w której Agnieszka pisze na temat seksu. Te kilka zdań sprawiło, że przestałam uważać, że coś ze mną nie tak... wręcz przeciwnie. Zaczęłam uważać, że coś jest nie tak z tymi, którzy nad pewnymi rzeczami tak bardzo ubolewają, bo mają zakorzenione, że ... wszystko musi być tak jak dawniej...

"Nietrudno jednak zauważyć, że nasza cywilizacja z seksu uczyniła coś bardzo... karykaturalnego i smutnego. Wiele par zastanawia się, czy w ich życiu seks występuję wystarczająco często. Naukowcy z różnych dziedzin obliczają, jak często tę fizyczną czynność powinien wykonywać "zdrowy" człowiek. (...) sporo osób nie bierze pod uwagę, że "zapotrzebowanie na seks" nie zawsze może być takie samo. Prowadzi to niestety do wielu dramatów z związkach, zwłaszcza gdy na świat przychodzą dzieci. Rodzice są zwyczajnie zmęczeni i nie mają na zbliżenie fizyczne ani siły, ani ochoty. Po prostu. Mnóstwo par robi z tego jednak gigantyczny problem. "Kiedyś kochaliśmy się codziennie, teraz najwyżej raz w miesiącu!" I co z tego? Czy tu jest jakaś norma do wyrobienia? A przecież wraz z pojawieniem się dzieci pojawiają się inne wspaniałe uczucia! To właśnie te chwile są najbardziej ulotne, bo dzieci dorastają. Te niezwykłe momenty zaraz przeminą! Czasem mam ochotę krzyczeć: ludzie, ocknijcie się, chwytajcie te chwile, przeżywajcie je, cieszcie się nimi! Przestańcie się skupiać na tym, czego teraz nie ma. Jest coś innego. Doceńcie to! Napełnijcie się tym po brzegi. Zanurzcie się w tym. Przestańcie zastanawiać się nad seksem, który był, a którego nie ma. Wróci w odpowiednim czasie. I jeśli nauczycie się razem cieszyć tym, co jest, przeżywać te przecudowne nowe emocje, to na tym fundamencie wyrośnie nowa wartość i zupełnie nowa jakość seksu. Taka, której smaku nawet sobie nie wyobrażaliście!"

Agnieszka ma niesamowitą zdolność... coś takiego co sprawia, że człowiek nagle rzeczy skomplikowane zaczyna postrzegać zupełnie odwrotnie. Nagle wszystko staje się lepsze, prostsze i łatwiejsze. Człowiek z każdą kartką czuje, jak zaczyna rozumieć otaczający nas świat, ludzi, a przede wszystkim... siebie. Wszystko staje się jaśniejsze, bardziej zrozumiałe. Minęło niewiele czasu od przeczytania książki "Pełnia życia", a ja już widzę kolosalne zmiany w swoim życiu i jeszcze piękniejsze do niego podejście... Już wkrótce na moim facebooku, będziecie mogły wygrać książki Agnieszki Maciąg.

Kobiety moje kochane... pozytywne podejście do życia, zrozumienie swoich potrzeb, podróż w głąb siebie - to nie są infantylne hasła. Te rzeczy odmieniają CAŁE życie. Doświadczyłam tego kilka lat temu na własnej skórze i doświadczam obecnie każdego dnia. To ciągła praca nad samym sobą, ale w pewnym momencie będziecie to postrzegać nie jako pracę, a styl życia. Jeśli chcecie być szczęśliwe - to po prostu róbcie wszystko, by takie być. A jeśli są rzeczy takie jak ta książka, które są na wyciągnięcie naszej ręki - to dlaczego ich nie spróbować? Ja Agnieszce z całego serca dziękuję. Zaczynam dzięki niej po raz kolejny - nowe lepsze życie. Tym razem mam łatwiej. Wskakuję w to "nowe" ze starego, ale już wtedy bardzo dobrego. Wierzę jednak, że może być jeszcze lepiej. I będzie.

Książkę możecie kupić tutaj :   Oprawa twarda ; Oprawa broszurowa

dsc_2896

 

dsc_2897

 

dsc_2898

 

dsc_2903

 

 dsc_2937

 

dsc_2943

 

  dsc_2952

 

dsc_2956

 

dsc_2973

 

dsc_2976

 

dsc_2982

 

dsc_3006

 

dsc_3007

 

dsc_3015

Któż z nas nie lubi obejrzeć sobie dobrego, polskiego filmu? Od kilku lat w czołówce tych najlepszych, niezmiennie pojawiają się te same pozycje. Takie, które są długowieczne. Takie ponadczasowe, a najprościej mówiąc - klasyki! Kino polskie miało swój kryzys, ale obecnie wraca chyba na dobre tory. Całe szczęście!

 

Od zawsze polskie filmy budzą moją ciekawość dużo bardziej niż zagraniczne, bo można w nich zobaczyć naszych rodaków, z których jedni grają gorzej, inni lepiej... fajnie jest obserwować rozwój polskiego kina, ale też rozwój aktorów, różnorodne role, wschodzące talenty. Mimo wielu słabych komedii w ostatnich latach, zawsze daję szansę nowym pozycjom w kinach, zawsze kibicuję i mam nadzieję, że tym razem to będzie coś. Ciężko jednak pobić polskie filmy, stare klasyki, takie jak "Chłopaki nie płaczą", czy "Poranek Kojota". To był zupełnie inny styl, mniejsza komercja, wybitni aktorzy, mega ciekawa fabuła i przede wszystkim - dobry żart, jeśli chodzi o komedie. Jednak skłamałabym, gdybym powiedziała, że obecnie dobre filmy nie powstają - bo powstają! Nadeszły czasy, kiedy ludzie jak nigdy wcześniej stawiają na swój rozwój, karierę i własny biznes zamiast etatu za biurkiem - a to daje nam Polakom, niesamowitych reżyserów, scenarzystów, pisarzy i coraz więcej aktorskich talentów.

 

Polskie filmy, powstają ciągle, jest ich naprawdę wiele, więc logiczne jest, że nie obejrzałam ich wszystkich. Taka lista zawsze będzie subiektywna, ale o to chodzi - chcę podzielić się z Wami tym co mi najbardziej utkwiło w pamięci, tym co mi najbardziej się spodobało. Ciężko było wybrać kilka pozycji, dlatego stwierdziłam, że podzielę ten wpis na kilka części.

 

NAJLEPSZE POLSKIE FILMY - część 1.

Zaczniemy od klasyków, których myślę, że nikomu nie trzeba przedstawiać, ale kto wie. Może trafi na ten wpis młode pokolenie, które za klasyki się dopiero weźmie... ;)

CHŁOPAKI NIE PŁACZĄ

 

chlopaki

 

No klasyk, po prostu KLASYK. Na prawdę jest tutaj ktoś komu w ogóle trzeba ten film opisywać? Genialna obsada, świetne teksty, które wielu z nas, zna na pamięć do dziś. Mądrości laski, pech skrzypka Kuby, świetna gra aktorska Cezarego Pazury, czy sweterek Gruchy. Ten film pozostanie w pamięci Polaków już na zawsze. Mnóstwo śmiechu za każdym razem. To się po prostu nie nudzi!

PORANEK KOJOTA

 

chlopaki

Nie wiem czemu, ale odkąd pamiętam motywy z tego filmu, ciągle mylą mi się z motywami z "Chłopaki nie płaczą" - i bardzo często wydaje mi się, że to co zdarzyło się w pierwszym, zdarzyło się tak naprawdę w drugim. Być może to przez podobny styl, być może przez powtarzających się aktorów. Styl ten sam, bo i reżyserem tutaj również był Olaf Lubaszenko. Poranek Kojota podobał mi się chyba jeszcze bardziej niż "Chłopaki nie płaczą".

 

TATO

 

tato

 

Jeszcze do niedawna ten film był dla mnie tylko rozmytym wspomnieniem w starym telewizorze i nie za bardzo pamiętałam o co w nim chodziło. Kilka miesięcy temu, trafiłam na ten film na jednym z kanałów w telewizji i... wstrząsnął mną po raz kolejny, tym razem w sposób inny, bo jednak oglądała go tym razem kobieta, matka, a nie dziecko. Genialna gra aktorska Lindy i Doroty Segdy. Nie potrafię oglądać takich filmów na chłodno, odkąd jestem mamą, dlatego raczej tej pozycji już świadomie nie obejrzę po raz kolejny. Ale RAZ w życiu ten film trzeba zobaczyć.

 

PIANISTA

pianista_004

 

Chociaż dla mnie to obowiązkowa pozycja, jeśli chodzi o kino polskie, a w tym przypadku nawet międzynarodowe - to jeden raz był wystarczający. Jestem zbyt wrażliwa, by świadomie zapodawać sobie takie emocje. Za każdym razem kiedy ten film leci w telewizji - przełączam. Niesamowita historia polskiego pianisty Władysława Szpilmana, który podczas II Wojny Światowej stara się przeżyć w okupowanej Warszawie. Adrien Brody zagrał tą rolę wg mnie IDEALNIE, choć to nie oddaje nawet w małym stopniu jego talentu.

 

NIE LUBIĘ PONIEDZIAŁKU

 

pon

 

Razem z F. obejrzeliśmy to już chyba setki razy ! Za każdym razem śmieszy nas tak samo. Świetny obraz Polski w latach 70. Jeśli mam być szczera, film jak dla mnie pokazuje życie tak naprawdę o wiele szczęśliwsze, bez tego pędu, który mamy teraz, wyścigu pełnego zazdrości i zawiści. Chciałoby się pożyć w tamtych czasach, przy starej meblościance i charakterystycznej szklance z herbatą.

 

SŁUŻBY SPECJALNE

 

1640661_1513434561

 

Genialny dramat mojego ulubionego reżysera Patryka Vegi. W Polsce zostają zlikwidowane Wojskowe Służby Informacyjne, a do życia zostaje powołana nowa organizacja wywiadowcza. Ten film obejrzałam w kinie razem z F. i jeśli mam być szczera - najzwyczajniej w świecie mną wstrząsnął i cholernie przeraził. Cisza, która była na sali kinowej przy końcowych napisach mówiła sama za siebie. Dlaczego film przeraża? Może dlatego, że wiele z tego co widzimy na ekranie, dzieje się tuż obok nas, dzieje się naprawdę. Wizja tego, że ludzie w realnym świecie potrafią być tak bezwzględni i okrutni w obliczu władzy, może naprawdę zszokować. W filmie pojawiają się postacie i nawiązania do prawdziwych zdarzeń, a aktorzy którzy te postacie odgrywają mają za zadanie przypominać znane osobowości z Polski takie jak A. Macierewicz ( aż strach pisać) , który likwiduje WSI, B. Blida, która popełnia samobójstwo, czy A. Lepper, którego samobójstwo w filmie zostaje upozorowane.

 

ILE WAŻY KOŃ TROJAŃSKI?

 

kon

 

Genialny film, na który trafiłam kiedyś przypadkiem w telewizji, a teraz oglądam za każdym razem gdy jest na którymś kanale. Główna bohaterka w noc sylwestrową, stwierdza przed lustrem, że żałuje, że nie poznała swojego obecnego mężczyzny kilka lat wcześniej. Kiedy się budzi zdaje sobie sprawę, że ... cofnęła się w czasie :) Genialne zderzenie mentalności głównej bohaterki z mentalnością i życiem schematami, którymi żyli ludzie w latach 80.

 

SALA SAMOBÓJCÓW

 

polskie filmy

 

Długo zwlekałam z obejrzeniem tego filmu, tak jak zawsze zwlekam z tym o czym wszyscy trąbią. Gdyby nie przypadkowe trafienie na ten film w TV, pewnie sama z siebie bym go nie obejrzała - i nie wiedziałabym co tracę. To jeden z tych filmów, który zapisał się w mojej pamięci wyjątkowo wyraźnie, zwłaszcza, że mój czas spędzony w liceum nie był usłany różami, a pod wieloma względami był najgorszym czasem w moim życiu, choć wbrew pozorom, niektórzy mogliby stwierdzić, że najszczęśliwszym. Film opowiada o zagubionym nastolatku, który miota się w swojej samotności i bezsilności. W sieci poznaje dziewczynę, która wprowadza go do tytułowej Sali Samobójców. Film jest genialny w swej brutalności, wczułam się w niego zarówno jako nastolatka, która jeszcze 4 lata temu siedziała w ławie szkolnej i jako matka. Film jest przestrogą dla rodziców, ostrzeżeniem, że zmarnowane lata na zawsze pozostaną zmarnowanymi, a miłości i zaufania nie zbudujemy w kilka dni. Film jest strzałem w dziesiątkę, by ukazać ogrom problemów z jakimi na co dzień zmierza się nastolatek, a które bagatelizowane są przed dorosłych. Alienacja, która dotyka głównego bohatera, dotyka większości młodych ludzi i jak widać, niestety nie wszyscy umieją z niej wyjść. GENIALNY film, zasłużona dyszka.

 

PITBULL. NOWE PORZĄDKI

 

polskie filmy

 

Na film namówił mnie mój F. Po pół godziny powiedziałam, że idę spać. Nie dawałam rady. Sceny były dla mnie za mocne, zbyt brutalne, na dodatek ścieżka dźwiękowa nadawała temu wszystkiemu mega niespokojny klimat. Całe szczęście zostałam, po kilku scenach było już nieco spokojniej, a właściwie nie aż tak intensywnie jak w pewnym momencie. A że Patryk Vega to mój ulubiony reżyser i polskie filmy nabrał dzięki niemu nowego znaczenia - musiałam ten film obejrzeć, nie było wyjścia. Spodziewałam się jazdy bez trzymanki, ale chyba nie do tego stopnia. Odkąd urodziłam Polę jakoś dużo ciężej patrzeć mi na ludzką krzywdę. Duży plus za postacie i dialogi, które rozluźniały atmosferę i wywoływały uśmiech na twarzy, mam tutaj na myśl Maję Ostaszewską i Tomka Oświecińskiego. Najbardziej przerażający, zresztą podobnie jak w Służbach Specjalnych jest fakt, że takie rzeczy dzieją się naprawdę.

 

LISTY DO M.

 

4tya

 

Na koniec coś luźnego i przyjemnego. Kocham święta, a jeszcze bardziej świąteczny klimat jaki panuje wtedy zwłaszcza w większych miastach. Mnóstwo ozdób, piękne, świąteczne piosenki w głośnikach, prószący śnieg. Na ten film wybrałam się razem z F. do kina i było to wtedy dopełnienie całego zimowego nastroju i humoru jaki w nas wtedy był.  Miałam trochę obaw, bo jeśli chodzi o polskie filmy, to nieufnie podchodzę do polskich komedii w ostatnich latach - nie oszukujmy się, większość z nich była po prostu klapą. Tutaj miłe zaskoczenie. Kilka różnych historii miłosnych, świąteczny czas, piękna muzyka i świetna fabuła. Trochę wzruszeń, trochę śmiechu - równowaga zachowana. Choć sceny w filmie nie są od A do Z radosne, to cały klimat nadany przez muzykę i otoczenie sprawia, że człowiek wprawia się w niesamowity nastrój. Miło wspominam wyjście do kina na ten film i wracam do niego za każdym razem kiedy mam okazję. Chociażby dla mojego ukochanego Maćka Stuhra i Agnieszki Dygant. Spotkałam się z opiniami, że film jest mdły i nic nie wnosi do naszego życia - wiecie... nie wszystkie filmy muszą mieć nie wiadomo jakie przesłanie, nie każdy film musi być na skalę pianisty, poruszać wątki ważne dla Polski itp. Komedia romantyczna ma za zadanie rozśmieszyć, trochę wzruszyć i człowieka odprężyć, nie zmuszając go do myślenia i analizowania. Jak ktoś ma potrzebę ciągłej analizy to niech sobie poogląda filmy psychologiczne... Dla każdego coś dobrego, jak to mówią.

 

Ciąg dalszy nastąpi...

 

To by było na tyle jeśli chodzi o najlepsze polskie filmy ! Lista już dużo dłuższa, dlatego niebawem na pewno pojawią się kolejne części tego wpisu. Niektóre tytuły, które plasują się w listach najlepszych polskich filmów, omijam celowo. Mowa tutaj głównie o dramatach, którym wiem, że po prostu nie udźwignę, bo już sam ich opis jest dla mnie zbyt przerażający. Niestety, od czasów porodu muszę dawkować sobie emocje, zwłaszcza te, które udzielają mi się po filmach, w których jest wątek dziecka, które jest chore, któremu dzieje się krzywda. Matki powinny mnie zrozumieć ;)

A jakie polskie filmy Wam najbardziej przypadły do gustu? Skłaniacie się raczej ku starym klasykom czy dajecie szansę nowościom? Czekam na Wasze komentarze i propozycje ciekawych tytułów. Z miłą chęcią obejrzę coś dobrego!

@alicjawegnerpl

Zajrzyj na mój Instagram i sprawdź, jak żyję, manifestuję oraz działam.
cartcrossmenuchevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram