Najlepsze seriale to takie, które zapadają człowiekowi w pamięci na ... zawsze. Ja mam takich kilka. Czasy szkolne, choć pełne obowiązków i nauki, miały to do siebie, że mimo wszystko... czasu i tak było sporo. Zwłaszcza kiedy człowiek usilnie upierał się przy tym, że zapamiętał wszystko z lekcji ;) Któż w wieku nastu lat kładł się spać o 22? Nawet jeśli lekcje i nauka trwały do 20, to przecież później pozostawało jeszcze wiele godzin do spożytkowania. Z racji, że mieszkałam pod miastem, gdzie komunikacja jeździła co półtorej godziny, w tygodniu raczej nie wychodziłam z domu, a jeśli wychodziłam ( na swoją słynną komaszycką wieś) to i tak musiałam dość wcześnie wrócić. Mama trzymała rękę na pulsie i zawsze, ale to zawsze punktualnie o godzinie, o której miałam być już w domu - dzwoniła. I wtedy okazywało się, że kilometr można przebiec naprawdę szybko. Ale nie odchodźmy zbyt daleko od tematu. Bo widzicie ja już tak mam, że niby wpis o serialach, ale trochę życia i historii wpleść trzeba - to chyba dobrze, co? Dobra, dobra, już przechodzę do sedna!
Miłość do seriali i do dobrych filmów pojawiła się wraz z miłością mojej siostry do takiego tam jednego... chłopaka. No dobra nie takiego tam, bo ten chłopak jest teraz jej mężem, ale to nieistotne. Maniak filmowy był z niego totalny, serialowy również. I tak zaraził tym o to i moją siostrę i mnie. Zawsze podrzucał fajne tytuły, a ja przepadałam z nimi na dobre. Ogromnie brakuje mi tych wieczorów, kiedy chodziłam do siostry do domu i wspólnie odpalaliśmy coś dobrego - tradycyjnie przy chipsach, piwku lub dobrym kebabie - kto się wtedy martwił o kalorie... nikt. A seriale... jedne się kończyły, kolejne zaczynały. Wszystkie, które obejrzałam od A do Z były warte tych nocnych maratonów, zarwanych nocy i wpatrywania się w monitor całymi godzinami. Serialowe szaleństwo urwało się wraz z urodzeniem Poli - ale wróciło, jakieś dwa miesiące temu. Co prawda nie były to już maratony, ale spokojnie znajdowałam czas na jeden odcinek dziennie. I tak oto jakiś czas temu, nareszcie udało mi się dokończyć House'a, którego "męczyłam" dobre kilka lat. Ale przed House'em było jeszcze ... wiele innych, równie dobrych seriali. Najpiękniejsze w ich oglądaniu jest to, że człowiek tak bardzo poznaje bohaterów, że można nawet powiedzieć o zżyciu się z nimi. I potem ten "uczuć" kiedy serial się kończy, a my nie wiemy co dalej zrobić ze swoim życiem. Zupełnie jak po skończeniu dobrej książki!
Pora zatem przejść do tego, co w tym wpisie najważniejsze - oto najlepsze seriale zagraniczne, które obejrzałam od A do Z - i uważam, że powinien je obejrzeć absooooolutnie każdy!
Ojjj jak ja się zżyłam z tymi bohaterkami. Ileż ja się przy tym serialu naśmiałam i napłakałam. Ileż to cytatów bohaterki, która była narratorem, użyłam na swoim starym facebook'u. Genialny serial, ukazujący życie czterech przyjaciółek, które mieszkają w miasteczku pełnym tajemnic. Raz na sezon, do rozwikłania jest jedna "duża" tajemnica, ale po drodze mniejszych jest całe mnóstwo. Równolegle z tym obraz prawdziwego życia, codziennych problemów. Ukazanie jak różni są ludzie, jak różne są rodziny i z jak różnymi sprawami się zmagają. Świetny balans pomiędzy sytuacjami dramatycznymi, a humorystycznymi. I przede wszystkim - świetny przekaz, które na koniec każdego odcinka funduje nam narratorka, którą jest nieżyjąca bohaterka. Chciałoby się rzecz, że daję 10 na 10, ale musiałabym taką notę dawać przy każdej pozycji - stwierdzam więc, iż jest to bezsensu. Aha! Warto też wspomnieć, że jest mega fajna gra "Gotowe na wszystko", którą oczywiście całą przeszłam - jak na fankę tego serialu przystało.
W okresie licealnym, ten serial był strzałem w dziesiątkę. Historia młodych ludzi, mieszkających w Beverly Hills. Intrygi, miłości, rozczarowania. Głównymi bohaterami w serialu jest rodzeństwo, które po przeprowadzce do Beverly Hills, musi przywyknąć do nowego miejsca i panujących obyczajów. Dla mnie bomba, choć wiadomo - z wiekiem preferencje się zmieniają, to co podobało mi się w liceum, bo było dla mnie historią moich rówieśników, być może niekoniecznie porwałoby mnie teraz, kiedy mam inne priorytety i inne postrzeganie świata. Ale sądzę, że fabuła, przy której nie można się nudzić jest zapewne dla każdego.
Tooo było dopiero coś! W liceum nie oglądały tego tylko moje koleżanki, ale i koledzy. Serial przyciągał nie tylko fabułą i genialnymi aktorami, ale też ukazaniem totalnie innego życia, innego środowiska - pełnego bogactwa i totalnie innych zachowań społeczeństwa. Tytuł plotkara, nie wziął się znikąd - w serialu narratorem jest osoba o nieznanej tożsamości, która anonimowo opisuje życie uczniów szkoły na Upper East Side. A życie tych uczniów jest dość... specyficzne i pełne skandali. No i ten Chuck Bass...
I znów szkoła, znów liceum, znów nastolatkowie - zdecydowanie adekwatne seriale do wieku, w którym je oglądałam. Aczkolwiek w tym serialu akcja dzieje się na tyle długo, że na naszych oczach bohaterowie dorastają i... zakładają rodziny. Bohaterami serialu jest dwóch przyrodnich braci - chociaż żyli w tym samym mieście, nigdy nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Rodziny braci znacznie się różnią sytuacją materialną, ale też podejściem do drugiego człowieka, co stwarza niepewną atmosferę, którą chce się śledzić.
To jeden z tych seriali, na którego oglądanie czekałyśmy z siostrą i jej mężem każdego tygodnia. Aaaa co to były za emocje! Gra aktorska głównego bohatera na najwyższym poziomie. Serial opowiada o mężczyźnie, który można powiedzieć, że prowadzi podwójne życie. Oficjalnie jest analitykiem śladów krwi - nieoficjalnie... seryjnym mordercą. Czemuż więc wszyscy i tak go lubią? A bo taki morderca jak on to wiecie - więcej dobrego, niż złego czyni :P Mega świetny serial, przy którym człowiek może się pośmiać, ale tak poza śmiesznymi momentami, raczej jedzie na bezdechu ;) Każdy odcinek trzyma w napięciu i UWAGA! Sprawia, że ciężko oglądać jeden dziennie. Już nie wspomnę o jednym na tydzień.
Tutaj już pozycja, przy której nic tylko się śmiać. Co prawda nigdy nie lubiłam seriali w stylu tych, które lecą na Comedy Central, ale w tym jest coś co sprawia, że znacznie różni się od reszty. Może pojedyncze odcinki, jeśli serial ogląda się wyrywkowo, nie będą aż tak śmieszne, bo najzwyczajniej w świecie sporo żartów i zwrotów ma jakieś odniesienie do odcinków poprzednich - warto więc oglądać to od 1 odcinka, zwłaszcza, że często serial pokazuje najpierw jakieś zdarzenie, a dopiero potem cofa się w historii i nam ją opowiada. Serial jest o paczce przyjaciół mieszkających w Nowym Jorku - pokazuje ich życie i całe mnóstwo śmiesznych zdarzeń, które im się przytrafiają. Jest też wątek miłości, który mimo zabawnego charakteru serialu, potrafi mocno wzruszyć. Ach! No i przede wszystkim, żeby poznać odpowiedź na pytanie zawarte w tytule, trzeba oczywiście przebrnąć przez CAAAAŁY serial. Tylko wtedy ten tytuł będzie miał sens!
Tutaj już serial, który raczej nie jest dla wszystkich. Na pewno nie dla tych, dla których seks jestem tematem tabu. Bohaterem jest boski David Duchovny w roli znanego pisarza zwącego się Hank Moody. Serial śmieszny, sprośny, ale też dramatyczny - dość dobitnie przedstawia nam skomplikowane relacje miłosne ( i nie tylko) oraz świat używek, przygodnego seksu i generalnie... jazdy bez trzymanki.
Tutaj znów coś do śmiechu - i to dużego śmiechu. Serial to opowieść o grupie nastolatków, przyjaźniących się ze sobą. Akcja rozgrywa się w latach 70, co nadaje fajny oldschoolowy klimat, który przyjemnie się ogląda. Świetna gra bohaterów, u których już sama mimika twarzy powala, a co dopiero ich dialogi między sobą. Nie wiem co tu więcej napisać... po prostu musicie to sprawdzić :)
Pozycja obejrzana już w gimnazjum. Obiecałam wtedy sobie, że jak tylko za kilka lat zapomnę o co tam chodziło - obejrzę wszystkie odcinki od nowa. I tak zrobiłam, chyba pod koniec liceum. Niestety jest to jeden z tych seriali, który skończył się za szybko, bo po 3 sezonach. Wierzcie lub nie, ale znów do cholery nie pamiętam, jak się to wszystko skończyło! Bohaterką jest Veronica Mars - młoda dziewczyna, która po skończeniu liceum, wybiera się na studia posiadająć... licencję detektywa. Firmę detektywistyczną prowadzi razem ze swoim tatą - otworzyli ją tuż po śmierci najlepszej przyjaciółki Veroniki - Lily. Świetna gra aktorska głównej bohaterki, ale też warty uwagi podkład muzyczny - kilka kawałków z serialu, miałam na swojej pierwszej mp3.
Świetna propozycja, przy której można się nieźle pośmiać. Serial opowiada historię złodziejaszka imieniem Earl, który po wygraniu dużej sumy w loterii, gubi kupon i uznaje, że dopadła go karma. Postanawia spisać wszystkie złe uczynki i naprawić wszystko co może oraz przeprosić i wynagrodzić wyrządzone krzywdy wszystkim ludziom. Jak się jednak okazuje, nie będzie to takie proste...
I taram tadam taraaaaam! Jest i on! Jeden z lepszy aktorów na całej kuli ziemskiej! Odegranie roli House'a jest totalnym sztosem! W życiu nie sądziłabym, że serial, w którym jest tak wiele zagadnień medycznych, może być tak cholernie ciekawy. No i, że w ogóle dziedzina medycyny, może być przedstawiona w tak niebanalny sposób. Co do tego serialu wspomnienia mam najświeższe, bo ostatni odcinek obejrzałam kilka dni temu. Im więcej prywatnego życia bohaterów z każdym sezonem - tym większe zainteresowanie oglądającego - przynajmniej tak było u mnie. Kazdy odcinek, to historia jednego pacjenta Dr House'a i jego załogi. Dr House jest diagnostą i wybiera tylko te przypadki, które są wg niego interesujące - to w jaki sposób dochodzi do prawdy zarówno oburza jak i imponuje. House to człowiek niezwykle charakterystyczny, z pozoru pewny siebie mężczyzna, wewnętrznie jest nieszczęśliwym wrakiem człowieka, w dodatku uzależniony od vicodinu. Dyszka tutaj to za mało!
No właśnie - co teraz? Na oku mam Breaking Bad, ale jeszcze do końca nie jestem przekonana, muszę obejrzeć chociaż dwa odcinki i zobaczyć czy mnie wciągnie. Powyższe seriale, które Wam pokazałam, były dla mnie IDEALNE - gdyby nie były, po prostu bym z nich zrezygnowała. Są też może z dwa seriale, których nigdy nie dokończyłam: Lost i The L World. Lost czyli zagubieni - obejrzałam wszystkie sezony prócz ostatniego. Tak z tym zwlekałam, że koniec końców zapomniałam o co tam chodziło i musiałabym przebrnąć przez wszystkie odcinki od nowa. The L World - serial pokazujący życie lesbijek rozpoczynałam z dwa razy, nigdy nie wiedziałam na czym skończyłam, a zawsze miałam jakiś serial, który był numerem jeden, więc ten zawsze szedł w odstawkę. Może pora go dokończyć?
A jakie są według Was najlepsze seriale, które każdy powinien obejrzeć? Macie swoje ulubione, które obejrzeliście od A do Z, lub takie, które właśnie oglądacie? Jeśli chodzi o mnie tematyka jest obojętna - jeśli serial w ciekawy sposób przedstawia historię, wciąga i toczy się w nim akcja - to nie ważne czy jest o medycynie, o seksie, czy o seryjnym mordercy - jest wtedy warty obejrzenia.
Czekam na Wasze propozycje i życzę Wam miłego oglądania! Jestem też ciekawa czy znaliście wszystkie pozycje z mojego dzisiejszego zestawienia, hmm?
Przenosząc się do Warszawy nie byłam pewna niczego. Ani tego czy uda mi się rozwinąć tutaj skrzydła, ani tego czy będę tutaj szczęśliwa. Bywało różnie. Raz lepiej, raz gorzej. Choć kocham to miejsce, to zdarzało mi się go nienawidzić. Może przez to, że doba jest tutaj zbyt krótka. Może przez to, że pięć dni w tygodniu jestem tutaj praktycznie sama z dzieckiem. Może przez to, że czasem jest po prostu ciężko. Ale... wszystko co dzieje się w naszym życiu, jest pewnego rodzaju lekcją. I tylko od nas zależy czy z tej lekcji cokolwiek wyniesiemy. Ja wyniosłam dużo. Czy życie w dużym mieście może nas czegoś nauczyć? Mnie nauczyło... na przykład...







No i jak widzicie - wszystko co dzieje się w naszym życiu jest dla nas lekcją. Mogę śmiało powiedzieć, że życie w dużym mieście pozwoliło rozwinąć mi skrzydła i zacząć doceniać więcej rzeczy w moim życiu - ale czy zostanę tutaj na zawsze? Tego nie wiem... skrzydła rozwinęłam... teraz mogę być już gdziekolwiek zechcę. Ale póki co... dobrze mi właśnie tutaj.




















Za tak cudowne, klimatyczne i pełne wiosennego klimatu zdjęcia dziękuję najbardziej utalentowanej Marii z Whale Photography. Idealnie trafia w mój gust, ma niesamowite wyczucie, tworzy niesamowite ujęcia... Na zdjęciach od niej zawsze wychodzę tak jak właśnie bym chciała - zawsze mi się wydaje, że pewnie wyszłam tragicznie, ale Maria Wydobywa z człowieka to co najlepsze. Podpowiada jak stanąć, gdzie spojrzeć...nie czeka, aż modelka sama się domyśli - zwłaszcza taka jak co to pisać umie, ale przed obiektywem to już nie bardzo... ;) Maria dziękuję za wszystko! A Wy koniecznie odwiedźcie jej profil i dajcie jej "lajka", bo zasługuje dziewczyna!
Wreszcie! Wreszcie żyję tak, że nie wiem czasem, która to już godzina na spacerze, a w weekendy o pracy nie pamiętam. Wreszcie żyję życiem, tym co mam je tu i teraz pod nosem. Obiadem, nie w pośpiechu robionym, a podczas rozmów i siedzenia na blacie...
Wreszcie żyję tak, że na podłodze z nią leżę i nie myślę o niczym wcale. Wreszcie bez tej gonitwy myśli, chaosu i wiecznego poczucia, że jak tak poleżę, to czegoś nie zrobię. Żyję z nim, z nią siedząc, gapiąc się w tv i wreszcie wspólnie zasypiając, a nie pięć godzin po nich. Pijąc sok w knajpie i jadąc metrem z rozładowanym telefonem, przybijając sobie z córką piątki. W dresie i bez makijażu, nie przejmując się tym wcale. Wreszcie w kółko nie liczę, nie analizuję, nie martwię się, a pozwalam życiu się toczyć. Wreszcie spełniona się czuję w 100 % robiąc co robię, a nie przytłoczona obowiązkami. Wreszcie rozumiem, że szczęśliwa mogę być gdziekolwiek, byle być z nimi. Wybieram rozwiązania, które szybciej pozwolą mi poczuć się jeszcze lepiej. Wreszcie zaczynam czuć, że łapię te "chwile ulotne jak ulotka", chłonę je. Nie pogrążam się w smutku, nie pragnę już wielu zer na koncie, a jedynie spokoju ducha, własnych czterech kątów, w których wieczorami siądę z książką i odpocznę. Wreszcie z uśmiechem na twarzy sprzątam, robię zakupy, oglądam seriale bez wyrzutów, że praca, że zlecenie, że coś... bo wreszcie umiem to wszystko tak ogarnąć, że jak pracuję to pracuję, jak trzeba to zarywam noc... żeby potem nie "jak trzeba", a jak chcę - wyjść i mieć to całe "muszę" w 4 literach...
Gdybyś zapytał mnie kilka miesięcy temu jaki mam cel w życiu, zapewne odpowiedziałabym Ci - spełniać się w tym co robię, w blogowaniu. Bo to daje mi kasę, szczęście i poczucie, że robię to co kocham. I było w tym sto procent racji. Doskonale wiedziałam, że jak monotematycznie będę się skupiać tylko na tym... to pozwoli mi to dojść do punktu, w którym jestem - do życia życiem. Tu i teraz. Nie osiądę na laurach, nie powiem stop, nie zacznę roboty odwalać na pół gwizdka. Nie będę Wam serwować marnych wpisów, byle były, nie oleję wszystkiego. Bo wszystko to co tutaj zbudowałam, pozwala mi teraz przystopować... Wszystko to co tu zbudowałam, pozwoliło mi zrozumieć, że praca to praca, ale życie to życie i te dwie rzeczy należy umieć oddzielić ( lub sprytnie ze sobą połączyć ;) ) Nie marzą mi się już zera na koncie, nie marzą mi się drogie sukienki i auta. Marzy mi się jedynie życie pełne miłości...w małym mieszkanku, być może w mieście rodzinnym - kto wie. Tam gdzie będzie możliwość, tam znajdę swój kąt. Byle własny, byle mój, mojej rodziny. I jeśli zapytasz mnie czy kocham życie - odpowiem Ci, że tak. Ale dopiero teraz z ręką na sercu wiem jak z niego korzystać i jak w nie "grać". To niesamowite jak na własnych oczach moich zmienia się moje postrzeganie - świata, ludzi, wartości. Że coś za czym biegłam do niedawna, dziś nie ma najmniejszego znaczenia. Coś co było zmartwieniem, dziś jest czymś nie wartym uwagi... coś o czym marzyłam, dziś już mam, albo mieć mogę, a wcale mieć tego już nie chcę.
Zrozumiałam wiele, zwłaszcza w momencie, w którym zaczęłam tracić zdrowie i czuć jak uchodzi ze mnie życie. Coś co zawsze stawiałam na ostatnich miejscach, bo przecież "nie choruję, jest luz", dziś jest na piedestale. Zdrowie fizyczne i psychiczne dziś stawiam na pierwszym miejscu, podobnie jak i relacje rodzinne. Te wspólne śniadania, spanie we troje i uśmiechy o poranku. Nawet to klęcie pod nosem, przy setnej pobudce w nocy i nawet ten płacz kiedy po raz kolejny on nie kończy pracy o 18, a dużo później, a ja znów czuję jak wszystko na mojej głowie, och jak nikt mnie nie rozumie i takie tam inne pierdoły co matce po głowie siedzą, kiedy nie ma się odezwać do nikogo poza dwulatką, która niewiele z jej nastrojów rozumie...
Bo nawet te smutki i rozczarowania to znak, że jesteśmy ludźmi i że żyjemy, odczuwamy emocje. I trzeba wpisać w scenariusz gry, zwanej życiem wszystkie niepowodzenia, złości i smuteczki.
I wiecie co poradziłabym dzisiaj wszystkim tym, którzy czują się jak ja kilka miesięcy temu? Zróbcie sobie bilans... uświadomcie sobie co sprawia Wam radość, co tak naprawdę Was niepokoi i uruchomcie cały łańcuch. Co musicie robić krok po kroku, by odczuć szczęście, a co powoduje, że czujecie się zagrożeni - i wyeliminujcie te przyczyny... Ja tak zrobiłam. Dlatego być może dzisiaj czuję, że nie trzeba mi już niczego...
Więc nie moi drodzy...nie osiadłam na laurach, nie zapomniałam o Was - ja po prostu zwolniłam, zrozumiałam i wybrałam to co ważniejsze. Rozgraniczyłam pewne sprawy i odzyskałam równowagę, której tak bardzo było mi brak. Stawiam na jakość, nie ilość. Nie kręcą mnie tabelki, nie zależy mi na tysiącach udostępnień głupich obrazków na fejsie. Skoro blog to praca i pasja to chcę temu poświęcać konkretne godziny, stawiając na wysokiej jakości treść, zdjęcia, wiedzę - nie zatracając przy tym życia i siebie. I to już nawet nie postanowienie...to już się dokonało. Samoistnie, bez postanowień, bez zarzekania się, że przystopuję. Po prostu życie pochłonęło mnie w najmniej oczekiwanym momencie. I czuję się z tym cholernie dobrze...






































PS: KOCHANI PILNE! Wypadłam z pierwszego miejsca... Wiecie, że lubię podejmować się wielu wyzwań. Tym, którego podjęłam się teraz to plebiscyt KIK – kobieta roku. Startuję ponieważ … no właśnie – dlaczego startuję? Bo jestem kobietą spełnioną, taką która robi coś co ma wartość – często motywuje innych do zmiany swojego życia na lepsze, rozbawia do łez, wzrusza. Nie uważam się za nikogo wyjątkowego, ale czasem robię „wyjątkowe” rzeczy.
Głosowanie jest internetowe. Żadnych smsów, kosztów. Jedyne co musicie zrobić to kliknąć „zagłosuj”, wpisać swój e-mail i potwierdzić głos, który przyjdzie na waszą skrzynkę. Sprawdźcie SPAM, bo to tam może wylądować wiadomość.
Będę Wam moi drodzy ogromnie wdzięczna. Wszystko co tutaj robię, robię dla Was, dla Was tworzę coraz wyższej jakości teksty, zdjęcia. To z Wami tworzę piękną społeczność i chciałabym byście poświęciły mi teraz kilka sekund… Mogę na Was liczyć?!
Dopiero teraz kiedy zwolniłam, wyluzowałam i pozwolić życiu się toczyć... dopiero kiedy przestałam wyjmować telefon przed zrobieniem posiłku i przed wyjściem z domu...dopiero kiedy zrozumiałam, że życia nie można odkładać na jutro... dopiero wtedy zaczęłam żyć... szczęśliwie.
Raz na jakiś czas strzelało mnie coś w główkę, niczym piorun z jasnego nieba... strzelało i mówiło "Zwolnij nareszcie kobieto, zacznij żyć, nie gap się w ten telefon!" - no i ja się tak zrywałam, że tak! Teraz zacznę żyć, tak na 100 procent. Niby żyłam, ale ciągle z jakimś wewnętrznym niepokojem. Ciągle z poczuciem, że muszę pracować więcej, bo nigdy nie będę mieć tego wymarzonego mieszkania. To jedno marzenie spędzało mi sen z powiek. Ilekroć odzyskiwałam spokój ducha, tak nagle wszystko zaczynało mi się psuć i rujnować mój portfel. Nagle znów czułam, że muszę biec, bo jeśli nie pobiegnę to marzenia znów odłożą się w czasie. I tak odpoczywałam, by zaraz potem znów ruszyć sprintem. A pod koniec roku już tak się zmęczyłam, że przystopowałam na stałe...
Bo wszyscy tak bardzo się spieszą i rzucają w pośpiechu te 3 klasyczne słowa: zaraz, później, nie teraz. Nie ma żadnego zaraz, nie ma później. Mówi się, że lepiej późno niż wcale, ale nie sprawdza się to raczej w przypadku dzieci, czasu czy uczuć. Pewnych rzeczy nie odkłada się na później, bo straci się je bezpowrotnie. Czasu z dziećmi nie odpracujemy, nie nadrobimy. Bo nie można nadrobić czegoś czego nie ma. Na ratowanie miłości też czasem jest już zbyt późno, choć ponoć jeśli jest prawdziwa, to zawsze się narodzi na nowo. Może i tak, ale czy ten fakt sprawia, że warto więc sobie ją olać na 20 lat, by znów ją wskrzeszać... stracone lata, na zawsze pozostaną straconymi. Zranione osoby, już zawsze będą zranione, a my... my już nigdy nie będziemy mieli tyle lat co 2,5, czy 10 lat temu. Wszystko co materialne, bo to dla tego tak biegniemy... wszystko to zostawimy kiedyś odchodząc na drugą stronę. To nie mieszkanie będzie za nami płakało, nie samochód i droga zastawa. To najważniejsze co zostawimy to wspomnienia w głowach naszych bliskich. Wypracowane relacje, uczucia i wartości, które wpoiliśmy. To to należy budować całe życie, bo choć nie wymaga to naszych pieniędzy, to wymaga wysiłku i cierpliwości.
I gdybym miała z tych najważniejszych rzeczy tu i teraz powiedzieć za co najbardziej jestem wdzięczna... powiedziałabym, że za nią. Nie ma w tym zbędnego lukru i tęczy. To czysty fakt. Bo to Ona pozwoliła mi postrzegać świat tak jak teraz. Widzieć więcej i dalej. Ze smutkiem patrzę na ludzi, którzy błądzą. Na ludzi, którym wartości materialne przysłaniają wszystko to co ważne. Na ludzi, którzy rujnują wszystko co mają wkoło. Swoje rodziny przyjaźnie, życie. Każdy z nas czasem błądzi, ale to ludzka rzecz. Grunt, by w labiryncie wątpliwości, nareszcie odnaleźć wyjście. Grunt to zrozumieć, po co tak naprawdę żyjemy i dla kogo. Grunt to zrozumieć, że dla pewnych rzeczy nie ma jutra. Jest tu i teraz. Wierz mi... jutro nigdy nie nadchodzi. Szkoda tylko, że to co powinno być priorytetem jest zazwyczaj odkładane na półkę z tymi 3 cholernymi napisami: zaraz, później, nie teraz. Równie dobrze moglibyśmy nazwać je NIGDY. A po co odkładać życie na jutro? Po co gonić za czymś co tylko napędza nas do szybszej gonitwy. Będziesz mieć dom, zapragniesz auta, będziesz mieć auto, zapragniesz wycieczki w ciepłe kraje. Prawdziwej radości z życia nic z tego Ci nie da. Szczęście możesz odnaleźć tu i teraz w sobie, w uśmiechach bliskich. Czasem wystarczy po prostu zrobić się offline pod każdym względem. Wyłączyć myśli, wyłączyć wszystko to co nas rozprasza i odnaleźć radość w tych wszystkich małych rzeczach, które są wkoło. Ludzie mają w zwyczaju mówić, że dorosłe życie zabija w nas radość z małych rzeczy. Z kałuży na chodniku, z zapachu choinki, z biedronki na trawie. To nie dorosłość to zabija, ani życie, a nasze ograniczenie w głowie. A wystarczy przyjrzeć się wszystkiemu bardziej niż zwykle, dotknąć, poczuć. Nadal mamy tą zdolność. Ale skoro w gonitwie życie potrafimy, rujnować wszystko co powinno być dla nas najważniejsze... to jakim cudem znajdziemy chwilę, by zachwycić się zwykłą małą biedronką...?





























Wyniki LEGO !!! Zwyciezców proszę o kontakt w przeciągu 3 dni - w przypadku braku odzewu losuję kolejne osoby :) a zestawy lecą do ... Magdaleny Zgóreckiej i Pauliny Modrzejewskiej ! :) gratulacje !
Chociaż siedzę tu dzisiaj przed kompem z dzieckiem na klacie, z 22 wiosnami na karku i z całkiem poukładaną w głowie całością, to doskonale pamiętam, że jeszcze tak niedawno w głowie jedyne co miałam to rozsypaną, popieprzoną układankę z wieloma, brakującymi elementami. Jeszcze nie tak dawno, siedziałam zamknięta w swoim pokoju z tą miną wiecznie, niezadowolonego człowieka, odburkując raz po raz mamie: "tak, umiem wszystko na jutro".
Raz po raz mama moja najdroższa, wołała mnie do swej twierdzy zwanej salonem, gdzie wieczorami można było obejrzeć te wszystkie zajebiste reportaże: o biednych ludziach, o chorych dzieciach, o niechcianych psach, o nieszczęśliwych wypadkach. Wołała mnie raz po raz, wciskając mi kit ( a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało) - że jak obejrzę cokolwiek z tego zajebiście, smutnego repertuaru, to może w końcu docenię to co mam. Gdybym wtedy mogła określić to co słyszałam z ust rodziców, prawie codziennie - nazwałabym to klasycznym pieprzeniem, które jedyne co ma na celu, to jeszcze większe podburzenie zbuntowanej nastolatki. Bo niby po co miałam tam siadać, na tej wiecznie trzeszczącej skórzanej sofie, gdzie człowiek nie mógł nawet wziąć spokojnie oddechu, bo zaraz skóra zaczynała wydawać odgłosy, które skutecznie zagłuszały ten zajebiście ciekawy seans. Po co miałam tam siedzieć i to oglądać. Człowiek i tak gówno mógł zrobić, a potem tydzień się pozbierać do kupy nie mógł. Ale w oczach innych, byłam taką bezduszną osóbką, co to gdzieś ma te chore dzieci, a problemy wielkiej wagi to dla niej brak sms'a od chłopaka. W sumie może było w tym coś prawdy, a może chciałam taką udawać. Przecież tak prościej. Mieć wszystko w dupie. Człowiek jednak jak dorośnie, to wtedy częściej myśli. Dorosłość to jednak pikuś w porównaniu z byciem matką. To tutaj zaczyna się wrażliwość, to tutaj zaczyna się troska...to tutaj zaczyna się...przewartościowanie.
Nie tęsknie do tej wiecznie obrażonej na cały świat nastolatki. Ale jedno jest pewne. Ta dziewczyna nie umarła. Wciąż to jednak jestem ja, z tymi samymi krzywymi zębami i sieczką w mózgu, która raz po raz próbuje się uaktywniać i rozpieprzać mi całe moje pozytywne podejście. Mam w głowie jakiś granat, który tylko czeka, żeby pieprznąć z całej siły i sprawić, że znów jestem tylko głupią małolatą, która chyba z nadmiaru czasu spędzanego w czterech ścianach, przestaje racjonalnie myśleć i wymyśla sobie błahe problemy. Czasem dopada mnie ten stan, niezadowolenia ze swojego życia, czasem czuję się znudzona tą rutyną, czasem smucę się, że nie mogę kupić sobie wagi kuchennej w pastelowym różu. Czasem smucę się, bo tu i ówdzie mi coś odstaje, tam wisi. Czasem smucę się, bo człowiek tak już ma, że w 4 ścianach, z dala od rodziny, myśli się dużo za dużo.
I zapomniałam o robieniu czegoś dla siebie. Zawsze kiedy córka moja najdroższa wieczorami robi się już senna, ja myślami jestem już przy pracy, sprzątaniu, prasowaniu. Zapominam o tej lampce wina, filmie... no właśnie. Wracając do tego, czym ten wpis zaczęłam. Nadal przełączam te reportaże o chorych dzieciach, bo jak już się "skuszę", to potem tydzień się trzęsę, myślę, płaczę. Ale odpalam na laptopie filmy - tak jak kiedyś. I raz po raz trafiam na takie, które sprowadzają mnie na ziemię o wiele skuteczniej niż te wszystkie telewizyjne reportaże. Oglądam i płaczę. Smucę się, ale jednocześnie relaksuję. Bo to tylko pieprzony film. Nie muszę martwić się chorobą bohatera, bo to tylko fikcyjna postać. Ale przekaz jest taki sam, jak gdybym oglądała uwagę w tv. Oglądam i się wczuwam i widzę te PROBLEMY, widzę chorobę głównej bohaterki i rozumiem, dopiero teraz rozumiem, co mama miała na myśli mówiąc: " Człowiek powinien częściej oglądać takie rzeczy, by doceniać to co ma". Bo wtedy masz w nosie tą pieprzoną kuchenną wagę, masz w nosie małe cycki i krzywe zęby. Spoglądasz tylko niespokojnie na pokój swojego dziecka i myślisz sobie " Boże ... jak dobrze, że jest cała i zdrowa". Idziesz, przytulasz, mając gdzieś, że zaraz możesz ją obudzić, a przecież usypiałaś ją na rękach dwie godziny. A potem dwie godziny oglądałaś film, po którym nastąpiło... przewartościowanie.
I możesz nie wierzyć, ale kolejny dzień nie zaczął się już smutkiem z powodu "braków". Zaczął się wdzięcznością za to czego nam nie brak. Za zdrowie, jej uśmiech, dach nad głową i ciepłe pieczywo w chlebaku. Szkoda, że do niektórych rzeczy trzeba dorosnąć, szkoda, że się niektórych rzeczy w wieku lat nastu nie rozumie. Lepiej późno jednak niż wcale - powiadają...
... a na przewartościowanie czasem może być za późno.

























i uprzedzając pytania co jest skąd ;)
przepięęęękna tuniczka mayoral od manolo & manola
narożnik - meblejana.pl - nadal sprawuje się IDEALNIE. Strzał w dziesiątkę!
kredki paluszkowe, kredki zwykłe, książeczka - tiger polska
poduszki, dywan - decovena
stolik- jysk
Moja mama, ani nawet ja sama, nie uwierzyłabym jeszcze rok temu w to, że "moje" mieszkanie może być perfekcyjne w każdym calu. Czyste, estetyczne, gustownie urządzone... a tu proszę. Coś mnie trafiło pewnego szarego dnia, niczym piorun. Że przecież w czystym i schludnym jakoś tak lepiej się myśli, lepiej się funkcjonuje. Lepiej się żyje po prostu...
Wstaję ostatnio codziennie rano. Sprzątam, przestawiam. Tu coś przestawię, tu coś dodam, tu coś zmienię. A no bo, zmiany są dobre i dla oczu i dla naszej psychiki. Mówi się, że szczęśliwe mamy mają brudne piekarniki, lepkie podłogi...cóż. Chyba jestem kiepską mamą. A może po prostu funkcjonuję nieco inaczej. Dziwna moda nastała. Czyta się na forach komentarze "Wolę spędzać czas z dzieckiem, niż przejmować się brudną podłogą". A ja wolę mieć czystą podłogę i czyścić ją śpiewając z dzieckiem i tańcząc. A wymówki? Są dla leni. I mówię z autopsji, bo takim leniem byłam jeszcze kilka miesięcy temu. Czystość czystością, ale jakoś tak nagle wyrobiło mi się poczucie estetyki. Najfajniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że zrozumiałam, że nie muszę mieć mieszkania jak z magazynu, żeby stworzyć w nim klimat dla mnie idealny. I tak tworzę go sobie każdego dnia. I cieszy mnie to jak za czasów gdy byłam dzieckiem i wszystko robiłam stopniowo. Uzbierałam na jedną rzecz - kupowałam. Długo potem zbierałam na kolejną - kupowałam. I wszystko tak bardziej jakoś cieszyło niż jakby ktoś mi rzucił gotówką i powiedział "kup co chcesz." No dobra. To też byłoby fajne, ale rozumiecie o co chodzi? Głupi stolik za 100 zł. A ja czekałam jakieś dwa miesiące, by sobie na niego pozwolić. Kiedy wreszcie go kupiłam, w aucie powiedziałam "Kolejne marzenie spełnione". A F. spojrzał na mnie jak na kosmitkę. No bo co ja za marzenia mam...i jeszcze ten stolik taki beznadziejny - wyjaśnię z góry: F. zachwyca się kiczowatymi rzeczami, na które ja reaguję "A fuuu!". On tak reaguje na moje wybory... A potem sam z nich korzysta i głupio mu przyznać, że jednak były słuszne. No dobrze...ale dosyć tej pisaniny. Przejdźmy do konkretów. Do historii jak stworzyłam swój kąt. Kąt perfekcyjnej pani domu...
Zazwyczaj wychodzę z założenia, że mniej znaczy więcej. Ciężko jednak do salonu wybrać jeden dodatek. Tutaj musi być "więcej" co nie oznacza wcale, że musi to źle wyglądać i rzucać się w oczy. Więcej w tym przypadku oznacza jedynie "przytulniej" i "cieplej" - a nie ukrywajmy, że o tej porze roku, temu ciepłu trzeba trochę pomóc.
Początkowo wiedziałam jedynie, że na pewno podstawą będzie ...stolik. Jest to absolutny must have, a jego brak dawał się we znaki bardzo często, kiedy wieczorami nie było na czym postawić przekąsek czy chociażby szklanki z napojem. Szukałam długo, a w głowie wciąż miałam jeden obrazek: biały blat i drewniane nogi. Ideał znalazłam, ale cena...okrutna. Od 700 zł wzwyż to istne szaleństwo. Ok - gdybym miała kupiłabym nawet za 10 tysięcy. Nie mam, więc szukałam alternatywy. I nagle JEST! Za cenę naprawdę niezłą. JYSK nie zawiódł. Cena 120 zł za właściwie identyczny stolik jak w innych sklepach, po szybkim namyśle zapisanie się do newslettera i otrzymanie 20 zł zniżki co daje nam stówkę :P A jeszcze fajniejszy jest fakt, że newsletter wcale się nie przydał, bo akurat w dzień, w który pojechaliśmy po stolik, okazało się, że jest przeceniony na ... 95 zł. No po prostu bomba. Wygląda idealnie, a wyobrażając go sobie w moim białym mieszkaniu, które kiedyś będę mieć - wygląda perfekcyjnie.
Stolik stolikiem, ale coś na nim powinno być. Jakiś czas temu miałam przyjemność trafić na świetną, profesjonalną firmę DREWNIANE DODATKI, które tworzy jak sama nazwa mówi... drewniane dodatki do domu. Firma dopiero się rozwija, ale ja już wróżę sukces. Od razu wpadłam na pomysł, by zrealizowali dla mnie... podkładki pod kubki. Takie z fajnymi napisami, które umilą nam dzień od razu po wstaniu z łóżka. Moja wizja została zrealizowana, a teraz i Wy możecie kupić takie podkładki właśnie w tym sklepie. Oprócz podkładek na kawę, zaopatrzyłam się również w dwa spersonalizowane serca, które mają zawsze przypominać nam o tym co jest najważniejsze. O tym, że dom jest tam gdzie my. Tam gdzie nasza trójka. Właśnie dlatego na jednym sercu widnieje napis "home", a na drugim są nasze inicjały. Jeśli chodzi o realizację zamówienia i jakość produktów - jest to zdecydowanie firma, którą z czystym sercem mogę Wam polecić. To właśnie takie drobiazgi jak te, które tworzą nadają naszym wnętrzom wyjątkowego ciepła. Moment odpakowania przesyłki był tutaj jednym z tych momentów, po którym bierze się telefon w dłoń, automatycznie robi zdjęcie i wysyła wszystkim koleżankom pisząc: " Zobacz jakie świetne". Nie muszę chyba mówić, że podkładka z moim logo wycisnęła z moich oczu łzy?
Kolejną kwestią był narożnik. Teoretycznie miał on swoje poduchy, ale jednak od zawsze byłam zakochana w tych kanapach z filmów, całych zawalonych różnego rodzaju poduchami. Z firmą DECOVENA miałam już do czynienia podczas organizowanego przeze mnie spotkania blogerskiego, gdzie po raz pierwszy mogłam na żywo zobaczyć ich produkty i już wtedy podbiły one moje serce. Wysoka jakość, świetne kolory, super wykonanie. Wydaje mi się, że kolory idealnie pasują do narożnika i świetnie się z nim komponują. Koniecznie zajrzyjcie na stronę, bo poza poduszkami znajdziecie tam wiele innych świetnych produktów jak pledy czy dywany. I ja taki dywan, wylosowałam na swoim spotkaniu blogerskim. Początkowo był on schowany w szafie. Dziś z ciekawości jednak go wyjęłam, by sprawdzić jak będzie się prezentował pod stolikiem - na okres tymczasowy - pasuje jak ulał!
Jeszcze jednym elementem, którego mi brakowało był jakiś dodatek na pustą ścianę za naszymi plecami. Zwróciłam na to uwagę już podczas ostatniej sesji. Tutaj do akcji wkroczyła bliska mi osoba. Przyjaciółka i blogerka, która oprócz tego, że robi świetne zdjęcia, to jeszcze tworzy zapierające dech w piersiach grafiki, które trafiają idealnie w mój gust. Z racji, że jest jesień, postanowiłam dobrać plakaty tematycznie i wybrałam te adekwatne do obecnej pory roku. Serdecznie zapraszam do działu GRAFIKA na blogu Marty - może i Wy znajdziecie coś dla siebie. Co do metody przywieszenia ich do ściany - wspominałam Wam już przy okazji kącika do spania dla Poli, że z racji, że jest to mieszkanie wynajmowane, nie chcę robić w ścianach żadnych dziur itp. I właśnie dlatego zainwestowałam w papierniczym sklepie w kolejną taśmę washi-tape. Koszt - 6,60 zł.
Zapewne zauważyliście też wiklinowy stolik w rogu kąciku. Jest to stolik, który jest w kąciku zabaw Poli, ale w ramach eksperymentu, wzięłam go do zdjęć obok narożnika i stwierdziłam, że chyba tam zostanie, a jeśli nie to na pewno w najbliższym czasie w coś podobnego zainwestuję, bo jednak nie chcę w tym miejscu pustej przestrzeni. Dobrą opcją byłoby w tym miejscu postawienie oprócz stolika jakiejś gustownej lampki, ale jednak wolałabym mieć pod ręką np. książkę, której nie będę stawiać na stoliku, gdzie jest miejsce na napoje czy przekąski. Wiklinowy stolik to oczywiście niezawodna ekipa Lilushop. Więcej nowości od nich zobaczycie w jednym z kolejnych wpisów.
Z pokoju Poli podkradłam też świecące kule od qule.pl. I tak to w salonie spędzamy teraz całe wieczory, a Pola razem z nami - więc zdecydowanie przydają się teraz bardziej tutaj niż przy jej łóżeczku. Lustro zyskało nowy look, a my fajny klimat podczas jesiennych wieczorów. Co do kul - z czasem mam nadzieję będą i w salonie i przy łóżeczku.
Co do narożnika od Meble Jana - mam go miesiąc i póki co sprawuje się idealnie. Nie śpimy na nim, a w dzień kiedy Pola wariuje staram się bunkrować go jakimś kocykiem. Mimo to ostatnio kiedy pakowałam się do wyjazdu, Pola wykorzystując moją nieuwagę, porozlewała sobie na odsłoniętej części ... mleko. Mocno potarłam ręcznikiem namoczonym zimną wodą - nie ma ani śladu.
Czego jeszcze brak? Zdecydowanie jakiegoś pięknego pledu, a z czasem innego dywanu, w jakiś delikatny, nie nachalny wzór. A póki co... to chyba wszystko! :)
Efekt? Kwestia gustu - dla mnie jest idealnie!
Pozostałe rzeczy widoczne na zdjęciach to:
czajnik, patera, koszyk druciany - smukke.pl
klamerki - home&you
lustro - ikea
wianek - dzieło wspaniałej i utalentowanej Ani
oh! zapomniałam o bluzce! ma na łokciach taki słodki zarys kotka - fanką tych zwierząt nie jestem, ale wygląda to całkiem fajnie ;) możecie ją zamówić o tu
Mogłabyś dzisiaj iść tym chodnikiem i narzekać, że zimno, że pada, że szaro i ponuro...mogłabyś zabijać wzrokiem każdą mijaną osobę i na płacz dziecka odpowiadać w myślach "przestańże w końcu jęczeć!". Mogłabyś się wkurzać, że wszystko idzie nie po Twojej myśli, bo deszcz zmazuje Ci tusz do rzęs, a samochód przejechał obok zbyt szybko i pochlapał Cię błotem... mogłabyś tak trwać w tym jesiennym, depresyjnym stanie i postrzegać wszystko tak jak rzeczywiście wygląda - szaro i niezachęcająco do niczego... mogłabyś znów wkurzać się, bo dzieci zamiast grzecznie iść ubrudziły nowe ubrania w błocie, a Ty się przecież spieszysz, sama już nie wiesz gdzie, ale żyjesz schematem, o 14 powinien być obiad, a jest 13:45 więc nie możesz przystopować... mogłabyś, mogłabyś... mogłabyś i zapewne możesz, a jeszcze bardziej pewne, że tak zrobisz, robi tak każda z nas, częściej lub rzadziej...
i ja mogłabym tak zrobić dnia wczorajszego, ale przecież mogłam też inaczej. Mogłam po prostu iść w ten deszcz, uśmiechając się do każdego jakby był moją bratnią duszą. Mogłam po prostu iść i poprawiać jej tą czapkę co 2 sekundy i śmiać się z tego, że nie chce założyć rękawiczek. Mogłam się zatrzymać, wytarzać z nią w liściach i wracać brudna i mieć gdzieś co inni myślą... mogłam mieć gdzieś, że te wszystkie rzeczy co właśnie zostały umorusane mieszanką błota, piasku i bóg wie czego jeszcze, były przed chwilą godzinę prasowane, tak żeby nie było widać żadnego zagniecenia... mogłam zmarznięta zbierać z nią liście, szukać pod nimi kasztanów i pakować do papierowej torby... mogłam śmiać się z tego, że próbując robić jej zdjęcie, ona siada na betonie, centralnie w kałuży koloru niezidentyfikowanego... mogłam oczywiście, że mogłam, a nawet tak zrobiłam...
bo można widzieć wszystko albo na szaro albo na różowo. i żadna sytuacja nie ma nigdy koloru, póki my sami jej nie pokolorujemy. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, jak to się czasem mawia... i może nie ma sensu wmawiać sobie, że wszystko jest piękne i zajebiste, bo każdy dobrze wie, że w życiu nie wszystko takie jest. Ale mogłabyś też zrozumieć, że sztuką tak naprawdę jest zdanie sobie sprawy, że wszystko jest neutralne, póki my nie nadamy temu znaczenia...
poniższy cytat dedykuję najwspanialszej na świecie siostrze. Przeczytaj go nawet milion razy... zrozum i wciel w życie. Kocham Cię.
"Jaka jest różnica pomiędzy MOCnym nastawieniem a pozytywnym nastawieniem? Różnica jest subtelna ale istotna. Ludzie, którzy są pozytywnie nastawieni udają, że świat jest usiany różami, kiedy w głębi duszy wiedzą, że nie jest… Nastawienie MOCy to zrozumienie, że wszystko jest neutralne, że nic nie ma znaczenia dopóki nie nadamy temu znaczenia. Że możemy stworzyć historię i nadać jej znaczenie. – T Harv Eker"
z serdecznymi podziękowaniami dla swojej córki, która jak nikt inny nauczyła mnie cierpliwości, pokory i pozwoliła mi na nowo poczuć się jak beztrosko jak dziecko. z serdecznymi podziękowaniami dla Ciebie kochana, bo to Ty uczysz mnie każdego dnia miłości i sprawiasz, że czuję się kochana. A człowiek kochany... może wszystko. Wszystko co tylko sobie ubzdura...
koszula: tutaj
Wszyscy mają kamienne twarze, wpatrzone w małe świecące ekrany, na których rozgrywa się ich życie. Messenger, snapchat, instagram. Filtry zakrywają ich codzienne problemy, kadry pozwalają na sprytne wychwytywanie pięknych rzeczy pośród syfu, a emotki pozwalają nam śmiać się bez naruszania mimiki twarzy. Jedziesz autobusem i widzisz tylko pochylone głowy... Prędzej zobaczysz uśmiech skierowany do telefonu niż do przypadkowego pasażera, który właśnie usiadł obok.
To jest życie...życie zamknięte w technologii. W restauracji prędzej zobaczysz parę, która ustawia sobie status "zakochany" na fejsie niż parę patrzącą sobie głęboko w oczy. W internecie poznasz matki idealne, piszące Ci o idealnym wychowaniu, a same siedzące przed kompem większość dnia i mówiące dziecku "zaraz, później, nie teraz". Do reszty pochłonął nas świat internetu i przyćmił co niektórym, co w życiu jest naprawdę ważne. Co drugi bloger, co druga gwiazda, ba! Co drugi człowiek - bo już nie trzeba być osoba publiczną, by pokazywać swoje życie na insta - co drugi człowiek uczynił ze swojego życia show, gdzie każdy najmniejszy element jest starannie dopracowany. Tak by zachwycał, inspirował i pogrążał szaraków w ich kompleksach.
Żyjemy w czasach gdzie szczerość, prawdziwość i co najważniejsze - autentyczność są towarem deficytowym. Wszystko jest pieprzonym kłamstwem, które inni łykają jak leci. Ludzie w dobie social mediów, przestali mieć problemy i przestali pisać o prawdziwym życiu, bo o wiele lepiej sprzedaje się życie idealne. Kolorowe ( oh wait! najlepiej białe!), pełne drogich gadżetów, dalekich podróży. Pieprzenie o pozytywnym myśleniu osób, które nie znają słowa: problem, bieda, choroba. Pieprzenie o zaradności przez nadzianych dzieciaków, którym starzy przesyłają miesięcznie na konta kilka tysięcy na drobne potrzeby. Co jeden to lepszy jak to się mówi. Każdy chce błyszczeć bogactwem, ciętymi ripostami, a mało kto już stawia na prawdziwe wartości. Autorytety dzisiejszych czasów: gwiazdy pokroju Kim K. znane z wielkiej dupy i seks taśmy. Gang Albanii znany z tego, że jest małym stadkiem bezmózgich idiotów. Ale to ich "kawałki" przecież mają przekaz dla dzisiejszej młodzieży, bo przecież zdanie "prawdziwa dama to twoja mama" - jest tak cholernie głębokie, że należy je odśpiewywać w szkołach na dzień matki.
Należałoby się zapytać "Świecie dokąd zmierzasz?" - tylko już się nawet odechciewa kiedy idziesz przez miasto i co chwilę o Twoje ramię ociera się ktoś zapatrzony w telefon. Odechciewa się komentować rzeczywistość, kiedy osoba z książką w autobusie przestaje być rzeczą normalną, a zdaje się być sceną z filmu science-fiction. Odechciewa mi się komentować rzeczywistość, bo nawet nie ma na to pieprzonego czasu. Wszyscy biegną, nie mając czasu na nic co ważne. Wszyscy biegną, bo albo chcą, albo muszą.
Jestem znudzona internetem i tym, że nawet gdy mnie w nim nie ma, to wszyscy inni o nim gadają i siedzą w niego wpatrzeni. Jestem zniesmaczona coraz większym ograniczeniem ludzi, jestem zniesmaczona zamienianiem naszego polskiego języka na jakieś pieprzone angielskie słówka, bo tak jest cool i trendy. Czuję się jak ułom, kiedy przewijam tablicę na fejsie i nie rozumiem połowy rzeczy, które ludzie piszą między sobą. Bo w dzisiejszych czasach nie można po polsku, nie można pełnymi zdaniami. Trzeba krótko, zwięźle i koniecznie skrótami in inglisz!
Jestem zniesmaczona tak bardzo, że mam ochotę popaść w skrajność, usunąć wszystko i wieść spokojne życie. Ale wszystko jest dla ludzi, dlatego po prostu wybieram życie. To prawdziwe i autentyczne, w którym tak jak zawsze piszę Wam bez ściemy jak jest i piszę Wam to wtedy gdy najzwyczajniej w świecie mam na to czas. Wybieram życie, bo mimo młodego wieku czuję jak czas ucieka. Widzę to po coraz starszych twarzach bliskich, widzę to po swoim aucie, który po raz kolejny rozklekotało się wczoraj na wyjeździe z autostrady. Widzę to po twarzy mojego ojca i coraz starszych kuzynach, których jeszcze wczoraj nosiłam na rękach. Życie jest tu i teraz. Dlatego krew mnie zalewa, kiedy czytam o tym jak ludzie tracą bliskich, olewają to co ważne - przez pieprzone cuda technologii. Srajfony, tablety, komputery i inne gówna, których nazw nawet nie znam , bo najzwyczajniej w świecie nie nadążam. Też kiedyś patrzyłam się w komputer jak w święty obrazek nie dostrzegając jak sypie się mój związek. Dzisiaj nadal ciężko odbudować to co się zburzyło, ale pracuję nad tym razem z F. jak tylko mogę.
Zdecydowanie tęsknie za czasami, kiedy ludzie jedli to co chcieli, a nie wybierali to co ładnie wygląda, żeby móc się tym pochwalić. Zdecydowanie tęsknię za czasami, w których za autorytet miało się osoby mające coś mądrego do powiedzenia, a nie matki-blogerki, które z dziecka zrobiły obiekt do przebierania w firmowe ciuszki.
Być może w swoich przemyśleniach jestem nieco za bardzo rozemocjonowana, ale o to własnie chodzi. O nie ważenie każdego słowa i nie przemyślanie każdego swojego kroku. Moim celem jest żyć, kochać i być szczęśliwym - nawet gdy jest ciężko. I nigdy, przenigdy moje życie nie stanie się jednym wielkim show, w którym wszystko jest starannie dopracowane, przemyślane i ułożone tak, by wszyscy inni się tym jarali.
Po prostu...wybieram życie. Autentyczne, prawdziwe i często tak kurewsko ciężkie jak dnia dzisiejszego.
Kilka dni temu wyjechałam do rodziców. W aucie cała rozpromieniona widziałam siebie na spotkaniach z koleżankami, na zakupach bez dziecka, w kinie i przy drinku. Następnego dnia po przyjeździe do rodzinnego miasta, razem z F. wybraliśmy się do kręgielni. To takie miejsce, gdzie w jednym pomieszczeniu możesz pyknąć sobie rundkę w kręgle, bilard czy inne cuda. W drugiej sali możesz sobie potańczyć, wypić drina i generalnie dobrze się bawić. Jak szybko się okazało możesz też dostać wpie**** za to, że a) stoisz b) oddychasz c) żyjesz. Będąc mamą niestety/stety zapomniało mi się, że ludzie pijani, a co gorzej naćpani są zdolni do różnych rzeczy. I mimo fajnej potańcówki, rozmów z koleżankami - takie akcje pokazały mi, że w pewnych miejscach lepiej nie bywać. No i że takie rzeczy nie spotkają Cię podczas oglądania "Na wspólnej" z rodziną. Trochę rozczarowana i trochę znudzona po wyjeździe F. do Warszawy napisałam mu: " Wiesz...ja to jednak wolę to nasze domowe ognisko. Lubię Ci robić te obiady, sprzątać i bawić się z dzieckiem, nawet jeśli brak mi już pomysłów i sił". I wtedy zaczęłam rozmyślać, że... cholera! Ja rzeczywiście to lubię. Poczułam w tym momencie coś czego nie czułam od długiego czasu. Ukłucie serca, niemożność wzięcia oddechu. Oczy zalały mi się łzami, a ja miałam ochotę pędzić z powrotem do F, przytulić go i zasnąć z rozpychającą się między nami Polką.
Niby walczy się o to równouprawnienie, niby powinno oczekiwać się od mężczyzn, że wszystkie obowiązki pół na pół. Ale nie po to dążyłam do wspólnego zamieszkania, nie po to snułam wizje o tym jak gotuję obiadki, jak jestem panią domu, by teraz się od tego migać i z tego powodu rozpaczać. Wręcz przeciwnie. Straszną radość sprawia mi czekanie na F. z ciepłym obiadem. Straszną radość sprawia mi dbanie o kuchnię, w której z Polą na blacie przy oknie codziennie jemy pyszne śniadania. Czyste mieszkanie sprawia, że o niebo lepiej mi się w nim siedzi i jestem wdzięczna Bogu i F. że mogę pozwolić sobie na ten komfort bycia z dzieckiem w domu. Nie czekam ze sprzątaniem i gotowaniem, aż F. wróci bo o wiele bardziej wolę po jego powrocie, zabawę we trójkę, wspólny spacer czy film, niż licytację, kto co ma zrobić. Ciężko byłoby mi zresztą wymagać od faceta, który pracuje od wczesnego ranka do późnej nocy, by o 21 łaskawie posprzątał mieszkanie, bo mi przecież doba nie starczyła. I nie muszę tego robić, bo ani F. ani nikt tego ode mnie nie wymaga. Ja chcę to robić, bo to kurcze pokochałam! Podział? Ty pracujesz, ja zajmuję się domem, w którym też pracuję ( podczas całego dnia i tak mam wystarczająco czasu, by usiąść. Spacery z dzieckiem? Toż to odpoczynek sam w sobie). Ty wracasz, spędzamy czas razem.
I tak popłynęłam w tych swoich rozmyślaniach i uroniłam łez kilka w tęsknocie za swoimi 4 ścianami i zrozumiałam, że do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. Wczoraj kiedy wyszłam z koleżanką na piwo, chyba po raz 1 sama zakończyłam spotkanie po godzinie z kawałkiem, ziewając i śmiejąc się, że starość nie radość. I byłam zadowolona, że wyszłam, bo każdy tego potrzebuje, ale zdecydowanie nie jest to potrzeba 1 rzędu i zdecydowanie kilka razy do roku mi starczy. O wiele bardziej byłabym za częstszymi wypadami tylko we dwoje. Ja i F. Bo naładowanie baterii bez dziecka jest totalnym odlotem nawet jeśli trwa kilka godzin. A, że "we dwoje" to wciąż znaczy rodzinnie. To przynajmniej nie czuję tej pustki, która zalewa mnie właśnie teraz.
I tak spacerując dziś po raz kolejny po Inowrocławiu, rozmarzyłam się o tym ile jeszcze przed nami. Wspólne wakacje, wspólne spacery i rozmowy przy ognisku. Zarówno tym domowym jak i tym w ogródku. Jak można się z tego nie cieszyć? I walić to, że chata wynajmowana, że nie starcza na wszystko, że dziecko ciągle rozwala zabawki, które chowam, a facet zapomina wziąć śmieci, które mu szykuję rano. Tego przecież chciałam. Równouprawnienie? Dla mnie wyglądała właśnie tak, że każdy robi to co robi, każdy robi to co lubi... u mnie na przykład F. uwielbia gotować i kiedy tylko ma czas to on urzęduje w kuchni... i nikt nie ma do nikogo pretensji o podział, bo podziałów właściwie nie ma... już na pewno nie w kwestii dziecka, bo to akurat "obowiązek" dwojga rodziców, dlatego tak nie cierpię, kiedy kobiety mówią, że mąż POMAGA im przy dziecku. POMAGA... jak niania jakaś, babcia, czy ciotka... a nie rodzic. Rodzic się zajmuje, a nie pomaga... A dbanie o dom pozostawiam w głównej mierze tylko i wyłącznie sobie... bo nikt nie stworzy takiej atmosfery w domu jak kobieta. Świeże kwiaty, magnesy z sentencjami, nowe łupy z sh, które nadają charakter mojej kuchni i pachnące babeczki z owocami z targu. I żeby nie było... robiąc to wszystko jednocześnie spełniam SWOJE marzenia, realizuję swoją pasję i nadal pamiętam o byciu kobietą. Ale nauczyłam się to wszystko godzić. Matka polka, kura domowa? Nie dla mnie takie określenia. Spełniona kobieta, matka, narzeczona? Tak. To zdecydowanie ja. A to dopiero początek tej całej przygody... przygody tworzenia rodziny, swoich 4 kątów i wymarzonego życia.
