Codzienność matek bywa wyczerpująca. Każdego dnia pranie brudów, mycie sterty naczyń, prasowanie gór ubrań, gotowanie - a wszystko to z małym brzdącem przyczepionym do Twojej nogi. Często płaczącym i jęczącym. Tak bez powodu nawet.
Jestem typem osoby, która zamiast sobie utrudniać, lubi sobie życie ułatwiać. Wbrew pozorom większość osób robi zupełnie na odwrót. Doprawdy nie wiem dlaczego. Zapewne zapytacie zaraz : jak to zrobić ? Możecie doznać szoku, ale podejrzewam, że robi to zdecydowana większość. By powstał ten wpis , musiałam solidnie wziąć pod lupę siebie i swoje zachowania. To doprawdy niesamowite jak bardzo idę na łatwiznę z wiekszością rzeczy. Naprawdę nie rozumiem czemu mimo to, tak często odczuwam zmęczenie. No ale dobra. My tu pitu pitu, pierdu pierdu, a ciekawscy już przebierają nożkami na te breaking newsy od mamali. Zatem bierzcie i... czytajcie z tego wszyscy. Oto 10 rzeczy, którymi ułatwiam sobie codzienność.
1) Tyle prania już się uzbierało? Niemożliwe. Na pewno w szafie jest jeszcze wiele świeżych ubrań. Zrobię jutro. No dobra pojutrze. Ewentualnie za 3 dni.
2) Tych body wcale nie trzeba prasować prawda ?
3) Tego chyba też nie. A te spodnie rozprostują się jak je na siebie założę. Na bank !
4) Kochanie wracasz dzisiaj późno prawda? Pewnie zjesz już kolację, to nie będę robić obiadu, co nie ?
5) Oh...znowu niepościelone łóżko. Nikt nie będzie wchodził dzisiaj do sypialni aż do wieczora prawda? W takim razie zostawię jak jest i zamknę drzwi...
6) Pola znowu pobrudziłaś szybę ... w sumie za dużo chyba tego słońca wpada do domu...zasłonimy rolety, co?
7) No znowu okruchy! < zamiata stopą okruch pod kanapę > - jakie okruchy?
8) Po co mi profesjonalnie obrobione zdjęcia na blog...dodam tylko mgiełkę i je zmniejszę. Kto tam zauważy różnicę ( ups! ) ;)
9) F. ile razy Ci mówiłam, żebyś uważał przy gotowaniu i nie brudził płyty, teraz muszę szorować. Wrrrróć. Na pewno będę dzisiaj jeszcze coś smażyć. Po co czyścić dwa razy!
10) Wcale nie ma tu dzisiaj nic do posprzątania...Pola! Wychodzimy!
Oczywiście weźcie sobie na to dużą poprawkę i potraktujcie to z przymrużeniem oka. Czasem mam dni, że dosłownie ze wszystkim idę na łatwiznę, a czasem mam dzień, że płytę szoruję kilka razy dziennie, oraz robię kilka serii prania. Zdecydowanie jednak wolę zasadę, by każdego dnia tylko z większa ogarnąć, a raz w tygodniu generalnie posprzątać. Kiedy jednak nawał roboty mnie przeraża - biorę co najpotrzebniejsze czyt. wózek, jedzenie i inne pierdoły. O! I Polę oczywiście - i wychodzę. Wciąż uczę się tego, że owszem fajnie jest siedzieć w czystym mieszkaniu, ale jeśli ma to odbywać się kosztem naszej energii i samopoczucia - to mam to głęboko w 4 literach. A okruchom pod kanapą mieszka się całkiem dobrze ;)
czapka, worek, figurki - szafiarka.net ; spodenki - Little Gold King
Godzina 8 w poniedziałkowy dzień. Budzę się w wynajmowanych czterech ścianach. Teoretycznie nie mam swojego domu, praktycznie mam dach nad głową i nikt mnie stąd nie wyrzuca. Wstaję pomału i pokonując tor przeszkód zabieram się za to co należy zrobić z samego rana... Mówi się, że śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu dnia, a dla mnie to coś więcej. To chwila spokoju i refleksji przed tym całym sajgonem, który zacznie się zaraz po nim. Nieważne, o której muszę wstać, zawsze wstanę na tyle wcześnie, by śniadanie nie było tylko chwyceniem sznytki chleba w dłoń... To nic, że po wstaniu, moim oczom ukazują się porozrzucane rzeczy, kilka kartonów i aparat przygotowany do tego, by porobić zdjęcia tego co mam zamiar sprzedać... wyprowadzka rządzi się swoimi prawami. To kolejna próba znalezienia swego miejsca na ziemi. Po raz kolejny przygotowanie się do kolejnego wynajmowanego mieszkania... I zaraz po tym cudownym śniadaniu zjedzonym w spokoju zabieram się za kolejne pakowanie i przygotowanie psychiczne do kolejnej zmiany mieszkania. Oj jak mi współczują Ci ludzie co swoje domy już dawno mają... oj jaka ja biedna, że mieszkam ciągle u kogoś i muszę czuć się codziennie tak nieswojo... Nieswojo? Nieswojo to mogłabym się czuć gdybym mieszkała tutaj razem z tymi właścicielami mieszkania... mając swoją rodzinę jakoś mało mnie obchodzi póki co czy cztery ściany są moje czy czyjeś. Mało mnie póki co obchodzi, że za te pieniądze mogłabym sobie spłacać kredyt, a tymczasem tylko wzbogacam kolejną osobę... I jak mi współczują te osoby z wielkimi ogrodami, że ja na tych 44 metrach będę musiała znów żyć. Przecież teraz powinno się żyć tylko i wyłącznie w stumetrowych domach eko z wielkim ogrodem, a 44 metry w bloku jeszcze nie swoje to istna katorga musi być. A ja owszem gdybym mogła to bym taki dom sobie kupiła, ale czy w wynajmowanym mieszkaniu czy w domku z ogrodem - budzić się będę przy tych samych osobach, tak samo szczęśliwa lub nieszczęśliwa. Ludzie często myślą będąc w sytuacji takiej jak moja, że do szczęścia brak im tylko większej ilości pieniędzy. Tłumaczą sobie , że są nieszczęśliwi, bo nie stać ich na własne mieszkanie, bo jeżdżą sypiącym się fiatem. Myślą, że pieniądze są lekiem na całe zło. A mi się wydaje, że jak ktoś jest tak bardzo nieszczęśliwy to choć się przeprowadzi do willi z basenem to i tak taki będzie. Bo jeśli szczęścia nie daje Ci dziecko uśmiechające się do Ciebie z rana czy mąż całujący Cię rano w polik...jeśli szczęścia nie daje Ci wspólne śniadanie, czy spacer pośród kwitnących drzew... to czy dadzą Ci je banknoty w portfelu? Nadal będziesz tym kim jesteś i nadal będziesz w otoczeniu tych samych osób... Dążę do tego, by mieć więcej niż mam. To nie jest tak, że patrzę na bogatych ludzi i myślę " Wcale nie chciałabym mieć takiego życia". Bzdura. Oczywiście, że bym chciała. Ale chęć bogactwa nie przesłania mi prawdziwych wartości. Pogoń za pieniądzem nie sprawia, że wspólne śniadanie z córką na 40 metrów przestaje mnie cieszyć. To, że chcę mieć więcej nie sprawia, że na spacerze z dzieckiem płaczę, bo chciałabym po drodze wejść do firmowego sklepu kupić spodnie za 3 stówy, a nie mogę. Wiem, że na wszystko przychodzi czas i na wszystko trzeba odpowiednio zapracować. Kiedyś chciałam mieć wszystko tu i teraz. Od razu. Rodzinę, pieniądze, własny dom i mercedesa. Dziś wiem, że na wszystko trzeba sobie zasłużyć i przede wszystkim najpierw docenić to co się ma. I może nie mam tego pieprzonego, własnego mieszkania, ale gdzie bym się nie znalazła to będę przecież z nimi... A dom jest przecież tam gdzie rodzina, prawda? Wspólne śniadania wszędzie będą wyglądać tak samo... poranki też będą zawsze takie same. Jedynie co się może zmienić to sceneria. Inne ściany, inna podłoga, inne miasto. Ale życie jest tylko życiem. I jakość dachu nad głową wcale nie ma na nie jakiegoś większego wpływu. Dom jest tam gdzie my... dlatego już zawszę będę go mieć. Gdziekolwiek się nie znajdę...
słoiki - smukke.pl
klamerki - home & you
Dziwny to był dzień...niby piękny, bo słoneczny...ale uciążliwy bo za ciepło się ubrałam. I Pola iść sama nie chciała, a wózek w bagażniku został. I tak niosłam ją na tym wygiętym biodrze w długich jeansach, koszuli z długim rękawem, czarnych butach - i wyglądałam komicznie pośród tych ludzi, którzy już poczuli się niczym w sierpniu nad morzem i ruszyli na miasto w krótkich spodenkach i skąpych bluzkach.
Na szybie lumpeksu wielki napis "Nowy towar"- myślę sobie, że byłoby dobrze wejść i poszukać jakiś perełek ...może jakaś zabawka, bo przecież setki pierdół w pokoju Poli to za mało...a może jakiś ciuch dla mnie. Na pewno znajdę bluzkę, której jeszcze nie mam. Z lekko innym wzorem i innym fasonem od tych dziesiątek bluzek z mojej szafy. Szukać na spokojnie jednak się nie da...Pola piszczy, tupie, a ludzie patrzą się na nią z politowaniem jakbym właśnie wyrządzała jej najgorszą krzywdę świata. Biorę ją na ręce, ale się wyrywa, więc szukam dalej... Wygrzebuję drewnianą świnkę, fajne trzy ludziki i konika. Po drodze chwytam za jakąś ładną bluzkę dla siebie, torebeczkę dla Poli i warzę... Dzisiaj drogo, bo 70 zł za kilogram... w portfelu mam 50 zł, płacę 40. Wychodzę z małą reklamówką rzeczy w sumie niepotrzebnych... W tym momencie mam już i tak więcej niż 50 % ludzi na świecie... Ale ja jeszcze o tym nie wiem. Idę tak przed siebie, w sumie w stronę auta i gdy już mam odbijać w ten wąski przesmyk prowadzący na parking coś mnie zatrzymuje... Widzę staruszeczkę, która ma kilka bukietów małych kwiatków...bukietów dosłownie z pięć. Siwa, w mocno podeszłym wieku... stoję w bezruchu i sama nie wiem. Ludzie przechodzą tak obojętnie, a ja stoję i stoję. I myślę...przecież kwiaty wcale mi niepotrzebne...w domu syf więc i tak uroku nie dodadzą. Podchodzę ... pomarszczone dłonie trzymają trzy różne bukieciki... na ziemi leżą jeszcze dwa. Poproszę wszystkie mówię...Uradowana pani życzy sobie 12 zł, a ja zamieram po raz kolejny...mam tylko dziesięć...szukam, przeliczam...nie starczy mi ... "Przepraszam, ale poproszę tylko te dwa" - 5 zł...daję jednak dziesięć i mówię "reszty nie trzeba". Widzę wzruszenie, ale też zakłopotanie...starsza pani mówi, że tak nie można, że w takim razie ten bukiecik trzeci podzieli na pół...Uśmiecham się delikatnie, łzy nachodzą mi do oczu i odpowiadam cicho " Dobrze, dziękuję bardzo...". Starsza pani zaczyna mi tłumaczyć... że te kwiatki wody dużo nie potrzebują, że jutro końcówki mam podciąć, że w ten sposób one pić będą... Biorę bukieciki, dziękuję i życzę miłego dnia...uśmiecham się serdecznie, a starsza pani życzy mi wszystkiego dobrego... Wcale nie chciałam tych kwiatów...chciałam po prostu sprawić jej radość...że ktoś się zainteresował, że ktoś dał jej 10 zł, że ktoś się do niej odezwał... Nie chciałam tej pieprzonej reszty, ale widać uczciwość starszej pani wygrała... nie może tak przecież być wg niej, że biorę bukieciki za 5 zł, a zostawiam 10...muszę z trzeciego dostać tyle kwiatków, żeby wyszło za 10 zł... liczyła te kwiatki z trzeciego bukietu tak dokładnie, żebym czasem nie przepłaciła...miałam dostać tyle ile powinnam za te całe 10 zł... i kiedy tak odchodziłam z tymi kwiatami poczułam wzruszenie... poczułam jak moja wrażliwość uruchamia się jak nigdy dotąd...czy ona tam stoi bo musi? Bo nie ma na chleb? A może lubi...może lubi sprzedawać kilka bukiecików, które robi rano... Ale cholera...chciałabym, żeby siedziała w domu wśród tych kwiatów i spokojnie piła herbatę... sama nie wiem o co mi chodzi, a myśli w głowie zdają się mnie przerastać... Nie chciałam tych kwiatów, ale kiedy lekko zawiał wiatr to poczułam ich magiczny zapach. Ciągnął się on za mną i czuję go wciąż...spoglądam na kwiaty na parapecie, przypominam sobie uśmiech starszej pani i czuję radość, która mówi mi, że za te 10 zł otrzymałam więcej niż tylko kwiaty...dostałam z powrotem swoją wrażliwość, której celowo wyzbyłam się jakiś czas temu... może wrażliwość jest głupia...może czasem jesteśmy wrażliwi aż za bardzo. Ale ja czuję, że świadczy ona o tym, że jednak wciąż jesteśmy ludźmi... I czasem warto dać więcej od siebie niż się powinno...bo nawet jeśli nie chcemy reszty ...to i tak dostajemy więcej niż powinniśmy...
Kto z nas tego nie robi. Kto z nas nie zna tego uczucia, kiedy trawa wydaje się być bardziej zielona tam gdzie nas nie ma. Ci za granicą to mają dobrze, bo wypłaty większe, życie tańsze. A Ci w tych stanach jacy szczęśliwi! Wszyscy wyluzowani, iphony tanie, każdego stać na nike. A Ci w Australii.. o jezu! Jakie oni mają widoki. Ile miejsc pięknych... Tylko tu gdzie ja jestem wszystko takie...nijakie.
A bo się przejadło... Bo popadamy w rutynę, bo się przyzwyczajamy. Przestaniemy doceniać piękne rzeczy wkoło, bo widzimy je tak często, że nie sposób zachwycać się za każdym razem. Mijamy automatycznie te stawy, pomniki, drzewa, kompletnie dziwiąc się, że przyjezdni przystają i robią zdjęcia. Chłoniemy naiwnie te piękne obrazki innych miast w telewizji, słuchamy opowieści innych jak to wszędzie pięknie i cudownie zapominając, że tylko kilka kroków dzieli nas czasem od zupełnie innej rzeczywistości.
Dawno nie spacerowałam dalej niż wkoło bloku... Pogoda nie pozwalała ostatnio na dystanse, które zaprowadziłaby mnie do pięknych solanek. Zapomniałam jak tam pięknie. Zapomniałam, że to jacy mieszkają tu ludzie jest nieistotne w momencie kiedy rzeczywistość tworzę tylko ja, ona i kaczki w stawie. Zapomniałam jak to jest siedzieć i chłonąć piękno tego świata zapominając o zmartwieniach. Po prostu zapomniałam, że wystarczy opuścić 4 ściany, złapać promienie słońca i po prostu... żyć. I nie musiałam uciekać wcale gdzieś daleko, żeby poczuć znów to życie. Wystarczył pół godzinny spacer, by poczuć się jak na drugim krańcu świata. Znów chwyciłam za aparat co przywołało wspomnienia sprzed kilku lat kiedy to rodzice kupili mi pierwszą w życiu lustrzankę, a ja biegałam po dworze i fotografowałam wszystko... od gołębi taty latających nad domem, po wyrastające wiosną kwiaty w ogrodzie. Czasem zapominamy o swoich pasjach, czasem na siłę utrudniamy sobie życie nie przełamując rutyny dnia codziennego. Miotamy się między bezsilnością, a szukaniem sensu w swoim życiu, nie zdając sobie sprawy, że w moment możemy powrócić do tego co lubimy i odwiedzić miejsca, w których dawno nie byliśmy.
Być może siedzisz teraz przed komputerem, wyglądasz przez okno i rzygasz już brzydko mówiąc widokiem za nim, bo widzisz to od lat. Ale może jak się postarasz to przypomnisz sobie, że kiedyś to miejsce czymś Cię zauroczyło. Że kiedyś patrzyło się na nie inaczej, lepiej. Czemu by tak nie spojrzeć na nie znów? Spróbuj... Tak jak ja dzisiaj. Jeszcze wczoraj byłabym w stanie powiedzieć, że po prostu męczy mnie to życie, ta rutyna i codzienność. Dziś śmiem twierdzić, że owszem życie może nas męczyć, ale tylko na nasze własne życzenie. Czasem wystarczy po prostu pójść w inne miejsce, spojrzeć mniej krytycznie na otoczenie i zrozumieć, że do szczęścia wcale wiele nie potrzeba... Mi trzeba było kilku promyków słońca, jej uśmiechu i śpiewu ptaków. I stwierdzam, że te kilka godzin na łonie natury było najlepszą z możliwych terapii na jakie mogłam się wybrać...za darmo.
Jedna z gorszych rzeczy, która może spotkać człowieka to z optymisty przeobrażenie się w pesymistę. Zamienienie wszystkich kolorów tęczy na czerń i biel i sprawienie, że wszystko to, co dotąd cieszyło teraz staje się wyzwaniem. A może to prostu taki ciężki okres, który zdaje się być życiową porażką dla kogoś kto do tej pory radził sobie z tyloma problemami, a teraz nie potrafi sobie poradzić z codziennym życiem?
Tak... Przecież cholernie ciężką rzeczą jest przyznanie się do tego, że...w końcu baterie wysiadły. Jak to?! Mi? A no tak...Tobie. Człowiek przyzwyczaja się do tego, że jest chwilowo niezniszczalny, że może wszystko, a tu nagle codzienność zdaje się być jakaś cięższa niż zwykle. Przesilenie wiosenne? Chciałabym to tak tłumaczyć. Ostatnio wiecznie narzekam. Sama się na tym łapie i zaczynam się czuć jak stara zrzęda, której nic nie pasuje. Jest też i dobra strona tego wszystkiego... wykorzystuję każdą chwilę, w której mogę po prostu delektować się ciszą i promieniami słońca. Wykorzystuję każdą minutę, w której mogę patrzeć w jeden punkt i myśleć o wszystkim i o niczym. Jakoś tak najzwyczajniej w świecie nauczyłam się delektować życiem pomiędzy tym całym narzekaniem, a zrzędzeniem. Mam wrażenie, że stoję na jakimś rozstaju dróg, idę raz w jedną raz w drugą. Miotam się pomiędzy szczęściem, a własną bezsilnością, której nie znam podłoża.
Słabo czuję się w roli kogoś kto do tej pory motywował innych do życia, kazał wszystkim wyciskać je jak cytrynę. Zastanawiam się czy nie ponoszę odpowiedzialności za ludzkie życia? Co jeśli ktoś dzięki mnie ujrzał słońce, a teraz widzi, że jego "nauczyciel" sam tego słońca nie potrafi dostrzec? Jednak czy warto udawać, że dalej jest się tak bardzo szczęśliwym skoro prawda jest lekko inna? Przecież to widać, słychać i czuć, że energię zjada mi jakiś tasiemiec. Nie mam się za kogoś kto powinien unieść się dumą i powiedzieć " Ja im pokażę, że mi źle?" a pieprzę to. Emanowanie na siłę szczęściem wcale nie jest dobre, ani dla jednej ani dla drugiej strony. Oszukiwanie innych jest słabe, ale jeszcze gorsze jest chyba oszukiwanie samego siebie. Więc otwarcie przyznaję dziś przed samą sobą " Cholera. Jest mi ciężko. W życiu, w macierzyństwie, w całej mojej pieprzonej egzystencji".
Ale to nie tak, że siedzę w kącie i płaczę... Złe myśli meczą do tego stopnia, że taniec Poli przy reklamie czy słońce za oknem stają się nagle...najlepszym prezentem od życia. Rozumiecie? Wyobraźcie sobie taką sytuację kiedy leżę od 10 minut patrząc w sufit i zastanawiam się nad sensem swojego życia...nie dochodzę do najlepszych wniosków, a tu nagle wparowuje ona. W czapce ubranej jakoś tak krzywo, szaliku i zaczyna strzelać do mnie miny nie z tej ziemi. I wtedy myślę sobie " Boże... nikt nie rozśmiesza mnie tak jak ona." I w tym momencie myślę tylko o tym jak bardzo TERAZ jestem szczęśliwa. To nic, że za 10,15 minut znów zrobi mi się smutno. Jeśli przerywnikiem ma być jej piękny uśmiech, przy którym znikają w moment wszystkie negatywy - to niech i tak będzie. Swoją drogą to magiczne, prawda? Inni mogą wypruwać z siebie flaki, by pomóc nam uporać się z psychicznym bólem. Tymczasem ktoś mierzący mniej niż metr, zabiera go nieumyślnie ot tak po prostu. I dla tych chwil chcę żyć. A energia kiedyś wróci.. jakoś specjalnie nie będę jej szukać. Bo jak widać wszystko w życiu czegoś nas uczy. Wszystko dzieje się po coś. I to całe nieszczęście na dobrą sprawę... uczy nas szczęścia, nieprawdaż?
Ah. Dziś odpuszczam. Bo ciągle gdzieś biegnę, ciągle się spieszę... Dziś odpuszczam. Siedzę i nic nie robię. Podziwiam jej uśmiech i głaszczę jej włosy i w głowie nie mam myśli, że gonią mnie terminy... niech gonią, ja i tak swoje zrobię, a tego uśmiechu już więcej nie zobaczę. Zobaczę tysiące innych, ale tego konkretnego, jednego już nie. Usypiam ją do snu, wyjątkowo spokojnie i jakoś tak nie spoglądam na zegarek czy na pewno dam radę wszystko ogarnąć. Nie zanoszę jej do swojego łóżka, ale kładę obok siebie, bo dziś nie będę ćwiczyć...nie będę też sprzątać i odpisywać na e-maile. Właściwie to nic dzisiaj nie zrobię i świat się raczej nie zawali. A może nawet pójdę spać zaraz razem z nią, a może dalej będę wpatrywać się w krople spływające po oknie i patrzeć, która szybciej dotrze na sam dół - tak jak robiła moja mama będąc dzieckiem... Lubię biec, ale czasem muszę zatrzymać... rozejrzeć wokoło, złapać oddech, pozbierać myśli, utrwalić w głowię te najpiękniejsze chwile, które bywają tak ulotne. Zatrzymać się, by odpocząć, a czasem uświadomić sobie, że po prostu nie muszę wciąż biec, muszę robić przystanki.
Niby tak biegniemy w słusznym celu, ale czasem po drodze zapominamy po co. Czasem biegniemy tak szybko, że nie zauważamy innych. Przemykamy obok nich jak ślepcy, głusi na ich cierpienia. Przemykamy obok bliskich, nie zauważając ich potrzeb. Biegniemy tak i biegniemy, nagle zdając sobie sprawę, że biegniemy po coś zupełnie innego niż sobie założyliśmy, że biegniemy po coś co wcale nie daje nam szczęścia. Niektórzy sprawy sobie nie zdają i biegną tak przez całe życie, całkiem bezsensownie. Inni raz po raz się zatrzymują stawiając znak zapytania na pustej drodze. Po co tam biegnę? Dla kogo? W jakim celu? Czy muszę tam biec...? Czasem okazuje się, że stajemy na rozstaju i albo wbiegniemy w ślepą uliczkę, albo wybierzemy słusznie. Nie można ciągle biec w jednym kierunku. Gdzieś po drodze mijamy życie, rodzinę, wartości. Jeśli będziesz biec zbyt szybko będziesz je tylko omijał, nikt nie pobiegnie za Tobą, a na końcu drogi możesz uświadomić sobie, że jesteś sam jak palec. Czasem nie ma już czasu, by pokonać drogę powrotną, wszystko naprawić. Biegniemy przed siebie. Nie ma powrotów. Nasz bieg ma nieodwracalne skutki...pozytywne czy negatywne...sam zdecyduj.
Dlatego ja się zatrzymuję...robię to często, bo niby czemu mam tego nie robić... Czemu mam omijać te cudowne uśmiechy, te niewinne miny i te słówka wypowiadane szeptem. Czemu ma omijać mnie cokolwiek, przecież nie biegnę z obowiązku, a biegnę bo lubię, mogę zatrzymywać się w każdej chwili. Odkładać laptop mimo goniącego terminu jeśli ona chce się przytulić i odrzucać ważny telefon jeśli właśnie ją usypiam. Mogę zatrzymać się w środku mycia sterty naczyń, żeby pogonić się z nią w po pokoju i zrobić jej zdjęcie, by utrwalić ten moment na zawsze.
Dlatego dzisiaj nigdzie nie biegnę...
drewniany piesek - tutaj
za koronę serdecznie dziękuję Mama Trójki
Pierwotnie ten wpis miał za zadanie pokazać Wam ulubione książki Poli oraz moje. Przeglądając jednak zdjęcia naszło mnie na refleksje, które postanowiłam przelać tutaj. Może to dobrze, bo już dawno znudziły mi się wpisy, które nie są od serca, a są jedynie poleceniem czegoś od kropek czy myślników.
Książki - moja miłość od wczesnych lat. Ich zapach w bibliotece, stare zażółcone strony, podarte okładki w najstarszych egzemplarzach. Od 1 klasy podstawówki przesiadywałam tam po lekcjach i nikt nie mógł się nadziwić ile książek non stop wypożyczam. Dostawałam nawet dyplomy za największą ich przeczytanych ilość . Bodajże w 4 klasie podstawówki po raz pierwszy wypożyczyłam "Godzinę pąsowej róży" - zaufałam mamie, która mi ją poleciła i pochłonęłam ją w moment. Książka ta pokazała mi do jakiego stopnia jesteśmy w stanie rozwinąć swoją wyobraźnię i jak drukowane literki potrafią przenieść nas w zupełnie inny świat. Wracałam po nią między regały jeszcze wiele razy. Za każdym razem czułam to samo podekscytowanie i ten sam inny świat. W swojej głowie byłam bohaterką tej książki. Każde czytane zdanie odczuwałam jako swoją rzeczywistość. Za każdym razem tak samo pięknie, za każdym razem tak samo intensywnie. Dopiero kilka miesięcy temu postanowiłam ją zakupić i mieć przy sobie do końca życia. Celowo na allegro poszukałam starego wydania, podartego i zażółconego. Identycznego jak ten, który trzymałam w rękach w dzieciństwie.
Śmiem twierdzić, że czytanie książek już na etapie przedszkolnym miało na mnie wpływ i niesamowicie ukształtowało moją wyobraźnię, płynność wypowiedzi oraz wpłynęło na mój rozwój. Niesamowicie drażni mnie kiedy ktoś podczas czytania na głos przerywa, zacina, wydłuża wyrazy, bo ma problem z płynnym odczytaniem. Ostatnio doszłam do wniosku, że denerwują mnie ludzie, którzy nie czytają kompletnie nic. Uważam, że rezygnacja z czytania i zasłanianie się argumentem, że do szczęścia mi to nie potrzebne świadczy jedynie o tym, że człowiek jest ograniczony. Nie chodzi tutaj o masowe czytanie kilkunastu książek rocznie, ale jakiejkolwiek. Odkąd prowadzę intensywny tryb życia czytam mało, ale...czytam.
Bardzo przykra jest wizja narodu, w którym nikt nie czyta książek. Sądzę jednak, że taka wizja jest niemożliwa. Nawet jeśli jest coraz więcej ludzi, którzy w domu nie mają ani jednej książki, to śmiem twierdzić, że pozostali nadrabiają statystyki. Wystarczy spojrzeć na księgarnie, które wcale nie świecą pustkami, wręcz przeciwnie. Jeśli ktoś mówi mi, że coraz mniej osób czyta mam wrażenie, że ocenia podług siebie. Skoro on nie czyta, nie chodzi do bibliotek i księgarni to nie zauważa innych, którzy to robią przez co kształtuje fałszywą opinię.
Może nie mam czasu na namiętne czytanie książek i nie przeczytam 52 pozycji w rok, ale przeczytam trzy dobre, do których już zawsze będę wracać. Może nie mam czasu, żeby przeczytać jedną pozycję w 3 godziny jak to bywało kiedyś, ale nawet jeśli będę ją męczyć 3 tygodnie - to warto.
Jeśli macie w otoczeniu osobę, która książek nie lubi - spróbujcie kupić jej egzemplarz, który porusza tematykę, która się interesują. Tak jak ja kupiłam mojemu F. książkę masy, a on opowiadał mi później co ciekawego tam wyczytał. Może nie jest to książka, która nauczy nas czegoś nowego, ale jeśli ktoś kto nienawidzi czytać podejmie się wyzwania, bo go to interesuje - to warto. I nie jest w tym momencie ważna tematyka.
Póki co cieszę się niezmiernie, że Pola przejawia miłość do książek już od jakiegoś czasu. Może nie lubi jak jej czytam, ale często przyłapuję ją jak ogląda swoje książeczki nawet kilkanaście minut z niesamowitym zainteresowaniem. Wierzę, że książki,z którymi ma styczność praktycznie od pierwszych dni wpłyną pozytywnie na jej rozwój i bardzo dobrze rozwiną jej wyobraźnię.
Na koniec tego wpisu chciałam wymienić Wam moje ulubione pozycje ostatnio przeczytane, oraz ulubione książki Poli, które ogląda codziennie. Jeśli macie coś godnego polecenia - śmiało!
Moje książki:
1) Maria Kruger - " Godzina pąsowej róży"
2) Nicholas Sparks - " I wciąż ją kocham"
3) Nicolas Fargues - " Byłam za Tobą"
4) Mari Jungstedt - " Podwójna cisza"
5) Emily Giffin - " Dziecioodporna"
Książki Poli:
1) Otwórz okienko - kolory
2) FP - Kim jesteś?
3) Książeczki kontrastowe
4) Zwierzęta
5) Obrazki dla maluchów - owoce
pufa - pufy.pl
reksio - kreatywna igiełka
kocyk w pingwinki - FIUBZDZIU
Podałabym Wam milion zalet mieszkania na wsi i tyle samo zalet mieszkania w mieście. I tu i tu żyje mi się całkiem dobrze. I jak zwykle trawa zielona jest bardziej tam gdzie nas nie ma. Może i wydaje mi się, że tęsknię trochę za tymi polami porzeczek otaczającymi mój rodzinny dom, tymi sarenkami co czasem przebiegały z tyłu naszego domu i gołębiami taty latającymi nad ogrodem. Może tęsknię za krzakami malin i marchewką z ogródka, ale mimo wszystko nie wiem...nie wiem czy mogłabym tam wrócić.
Urodziłam się w mieście i mieszkałam w nim 7 lat. Nie pamiętam zbytnio tego okresu z powodu jakiejś nieuzasadnionej amnezji. Po 7 latach wyprowadziłam się na wieś. Nie taką gdzie jest jeden dom, wokół same pola, a do najbliższego sklepu 5 kilometrów, ale jednak wieś. Jako uczennica podstawówki dość często ubolewałam nad faktem, że nie mogę wyjść sobie swobodnie na dwór z koleżanką tylko ktoś z rodziców musi się fatygować, żeby zawieźć mnie do miasta, a potem jeszcze po mnie przyjechać. W gimnazjum było już trochę lżej, bo poznałam ludzi mieszkających w tej mojej cudownej wsi i już nikogo o pomoc prosić nie musiałam. A nawet jeśli chciałam zostać dłużej w mieście to miałam już tyle lat, że spokojnie mogłam poradzić sobie za sprawą autobusów. Im starsza jednak byłam tym bardziej męczył mnie brak spontanicznych wyjść na piwo z kimś kto mieszkał na jednym z osiedli Inowrocławia. Chodzenie na imprezy wiązało się z wydaniem kilkudziesięciu złotych na nocny powrót taksówką, a dojazd do szkoły pksem w zimę z tym, że czasem zdarzało mu się nie dojechać. Ciągnęło mnie do miasta z powodów bardzo zwyczajnych. Można było wyskoczyć rano po świeże bułki do osiedlowego sklepiku lub pożyczyć kończącą się sól od sąsiada za ścianą. Jeśli byłby przystojny to już w ogóle żyć nie umierać.
Ale wieś dawała mi klimat i spokój, którego miasto nigdy by mi nie dało. To właśnie na wsi odpoczywałam psychicznie, kiedy byłam zbyt zmęczona tym zgiełkiem w mieście, tymi wszystkimi ludźmi, którzy bardziej dbali o swoje airmaxy niż o rzeczy znacznie ważniejsze. To na wsi mogłam swobodnie wyjść na ogródek, krzyczeć, biegać w stroju kąpielowym, zrywać świeże maliny z krzaka i kąpać się w dmuchanym basenie. Nie widział i nie słyszał mnie nikt.
I tak bardzo kochając wieś i domki, przeprowadziłam się do miasta i mieszkam w 4 piętrowym bloku. I mam wokół siebie te wszystkie markety, sklepiki ze świeżymi bułkami. I mam ładny staw z drugiej strony bloku. I irytujących sąsiadów, którzy zawsze punkt o 18 zaczynają skakać i wydawać odgłosy małp. Serio. Z zegarkiem w ręku moglibyście usiąść u mnie w mieszkaniu i gdy wskazówki pokazałyby godzinę 18 usłyszelibyście łomot i odgłos jaki wydają właśnie takie zwierzęta jak...małpy. I czasem tak bardzo tęsknię za tym wiejskim klimatem. Chociaż coraz częściej zaczynam się zastanawiać czy może nie jest to tęsknota za rodziną, za swoim dawnym pokojem, którą tylko zagłuszam tym, że brak mi jedynie ogrodu. Kocham wieś, ale chyba znaczniej lepiej funkcjonuje mi się w mieście. Nie ze względu na ludzi. Ze względu na to, że z każdą pierdołą nie muszę wsiadać do auta i jechać kilka kilometrów. Spacerkiem mogę codziennie chodzić na pocztę i wysyłać paczki, a rano mogę spokojnie ubrać się w dres i skoczyć do marketu pod nosem po to ciepłe pieczywo i listki bazylii do obiadu.
I tak mieszkam sobie w tych miejskich oparach z tym swoim wiejskim sentymentem. Marzę czasem, by na działce rodziców tuż za nimi wybudować swój dom. Ale może magia jest największa, gdy się tam nie jest, a tylko bywa?
PS: zdjęcia sprzed jakiś 5 lat.
To był jeden z tych gorszych dni. Byłam cholernie zmęczona, Pola jak zwykle nie chciała spać w dzień, ja coś tam mamrotałam co chwilę pod nosem, zdenerwowana, że jak zwykle jestem z tym wszystkim sama. Moja mama rzadko mnie odwiedza, ale tego dnia coś tam chciała mi akurat przynieść...Na wstępie spytała czemu mam taką dziwną minę. Właściwie pyta mnie o to co przez całe życie. Tak już wyglądam. Powiedziałam jej wtedy " Ach mamo, mam już dość. Każdy dzień wygląda tak samo. Wstaję, on idzie do pracy, ja sprzątam, uczę się, zajmuję Polą, robię obiad. A to całe sprzątanie to taka syzyfowa praca. Ledwo coś ogarnę, a już od nowa nabrudzone. Ledwo poukładam te książeczki,a ona leci i je rozwala. Codziennie to samo, nic się nie dzieje. Obowiązki mnie przytłaczają. Nie mam czasu dla siebie. Czy tak wygląda dorosłe życie?" ... " Mniej więcej" - odpowiedziała. Przysiadłam zrezygnowana obok wtartego przed momentem w kanapę chrupka, westchnęłam i powiedziałam: " To ja tak nie chcę..."
Dziś każdego dnia po kolejnej nieprzespanej nocy biję się rano z myślami. Coś pomiędzy "Pier...nie wstaję" , a "Wstań! To będzie piękny dzień!". Na kartce z postanowienia noworocznymi wyraźnie mam zaznaczone, by w tym roku tych kryzysowych momentów było jak najmniej. By chociaż nie wiadomo jak ciężko było - wstanę z uśmiechem i zrobię to wszystko co muszę, chcę i na co mam ochotę. Przyjemnie po ciężkim dniu usiąść w końcu wieczorem i nie pluć sobie w brodę, że mogliśmy zrobić więcej. Mniej przyjemnie jest za pół godziny usłyszeć płacz dziecka, które jednak nie chce spać, ale to już swoją drogą. Wtedy na prawdę nawet optymiście ciężko jest lecieć do dziecka z bananem na twarzy.
Ale...pokochałam tą codzienność. Pokochałam tą rutynę. To wstawanie o tej samej porze, jej krótką drzemkę o identycznej godzinie i wszystkie czynności, które wykonujemy każdego dnia. Byłam smarkulą, która chyba miała za dobrze i wymyślała sobie dodatkowe problemy. Przecież mam cudownego narzeczonego, wspaniałą córkę, dach nad głową i stabilność finansową. A co najważniejsze - wszyscy jesteśmy zdrowi. Czy nie to jest najważniejsze? Kiedyś ktoś napisał mi na blogu coś co niesamowicie mnie zabolało. Właściwie wtedy to było nieadekwatne do całej sytuacji, ale ktoś napisał mi, bym zaczęła bardziej skupiać się na tym by być, a nie na tym by mieć. Ot takie słowa znalazły się na mojej czystej kartce. I wiecie co? Stosując się do tych słów funkcjonuje mi się o wiele łatwiej.
A więc czy tak wygląda dorosłe życie? Rutyna, obowiązki, odpowiedzialność? Tak. Tak to właśnie wygląda. Ale i rutynę można czasem przełamać i zrobić coś delikatnie inaczej niż wczoraj i już poczuć zmianę! A obowiązki...jak już się siły nie ma można pierdyknąć w kąt te wszystkie zabawki, zostawić ten zlew z niepomytymi garnkami i mieć wszystko gdzieś i usiąść. Nie robić nie ponad siebie. Nic co może wpłynąć negatywnie na nasze myślenie i samopoczucie. Odpowiedzialność ? To ta jedna z najlepszych i najgorszych rzeczy. Jako matka cieszę się, że jestem odpowiedzialna za małego człowieka. I jako matka. Boję się, że ta odpowiedzialność może mnie czasem przerosnąć. Grunt to cieszyć się więcej niż bać.
I naprawdę...lubię to dorosłe życie. Mimo, że gdzieś tam w duchu często tęsknię za tą beztroską i zabawami na podwórku...to lubię swoje 4 kąty, o które sama muszę dbać. Kocham swoje dziecko, którym muszę zajmować się dzień i noc. I kocham to, że o swoim życiu nareszcie decyduję...sama. Nawet jeśli łatwiej było kiedy decyzje podejmowali za nas rodzice...to kształtowanie swojego życia bez niczyich podpowiedzi i nakazów jest przecież...piękniejsze ...
Może takie życie jest pełne niespodzianek, niespodziewanych problemów. Może dorosłe życie to odpowiedzialność na naszych barkach i stos codziennych obowiązków na głowie...ale czy takieżycie musi nas przytłaczać? Zapewne zrobi to jeszcze nie raz. Wykopie Ci dołek i do niego wrzuci. Mnie, Ciebie, każdego z nas. Ale oby te dołki nie były mega głębokie. Niech będą takie, by dość szybko można było się z nich wydostać.
babycook - Beaba Polska
krzesełko do karmienia - Scandinavian Baby
śliniak - BEDO
skarpeta z napisem Pola - prezencik od Skrzydlata Chatka A.J
laleczka z napisem Pola - gift od Lady Mamy
centrum aktywności - pikinini.pl
kosz na zabawki - utulanka.pl
świecące kule - Cottonove Love
mata - skiphop od edukatorek.pl
