0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

Ajjj, machnąć ręką tylko teraz można na własną głupotę i ciążowe plany. Westchnąć tylko i ramionami wzruszyć. Taką matką miałam być genialną. Śpiewać cierpliwie kołysanki godzinami, nie narzekać, nie kląć pod nosem. Taka miałam być stanowcza, nie ulegać, tłumaczyć godzinami... coś mi kurcze nie wyszło.

I niby to normalne, bo jesteśmy tylko ludźmi, matkami zdolnymi do poświęceń, ale czasem bateria nam pada, motorek w tyłku przestaje furczeć... niby to normalne, że zaklniemy pod nosem, że spojrzymy się na dziecko krzywo, głos podniesiemy kiedy dostaniemy z klocka... a i tak kiedy ty fukniesz, kiedy się tak krzywo spojrzysz, choć słusznie - to i tak kiedy dziecko na twój sprzeciw wybuchnie płaczem, to Twoje serce się ściśnie, a w głowie wielkimi literami uaktywnią się... wyrzuty. I nic nie da tłumaczenie sobie, że musiałaś tak postąpić, że ten jej płacz to wymuszony. No nie da to nic, bo słuchasz tego płaczu, choć bez łez i myślisz sobie " I po coś ty głupia jej to zabrałaś?". Słuchamy tych opowieści matek, co to wszytko potrafią dziecku wytłumaczyć spokojną rozmową i myślimy sobie "Jejku, to może ze mną coś nie tak?". Kiedyś była w sieci taka jedna... Krzyczała, wykłócała się, inne matki linczowała za wszystko. Wpajała innym, że jej dziecko nie słyszy słów: " Nie wolno!", bo ona tłumaczy mu godzinami... Linczowała za wszystko: za spanie osobno, za kolczyki, za mm. A potem widziała ją jedna z drugą już nie w sieci, a w realu i wyszło szydło z worka. Że te co najgłośniej szczekają, to tak naprawdę o wychowaniu gówno wiedzą. W sieci taką mądra, dziecku tłumaczy, a w realu jej córka popychała inne dzieci, biła, strzelała do nich - a matka nic! No bo przecież już w realu tłumaczyć nie trzeba, a tego, że nie wolno mówić "Nie wolno!" trzeba się twardo trzymać. Ale my tak czasem słuchamy tych matek i wierzymy naiwnie, że to coś z nami nie tak, że czasem rady nie dajemy, że cierpliwość nam się kończy. I rozmyślamy jakby mało nam obowiązków było, co powinnyśmy zmienić, jak powinnyśmy panować nad nerwami. I obieramy czasem taktykę tłumienia swoich emocji w sobie, wybuchając po miesiącu i mając ochotę wyjść i nie wrócić. I tak myślę sobie, że chyba pora się opamiętać i zrozumieć, że nigdy nie będzie w stu procentach tak jak założyłam. Już zawsze będą zdarzać się momenty, że skończy się moja cierpliwość, już zawsze zdarzą się momenty, że przy setnej pobudce w nocy, przeklnę cicho pod nosem. I pewnie już zawsze, gdy sił nie będę miała się z nią bawić szóstą godzinę z rzędu, a ona smutno na mnie spojrzy, będę mieć wyrzuty. Tylko tak sobie myślę, że przecież cholera mam do nich prawo. I co z tego, że czasem fuknę, czasem egoistycznie usiądę, czasem się skrzywię - jak kocham tą diablicę ponad całe życie moje. Ona złości się na mnie, ja na nią - choć chyba rzadziej... Ona czasem płacze, ja zaciskam zęby, szepcząc "Uspokoisz się czy nie...". Ona biegnie do taty, pokazując na mnie palce, ja biegnę do F. pokazując na nią... ( no nie tak dosłownie, wiecie o co chodzi). A koniec końców, i tak ona dla mnie całym światem, i ja dla niej całym... ale my matki tak mamy. Nieważne jak bardzo kochać będziemy, jak bardzo będziemy się starać - zawsze będziemy mieć poczucie, że jednak coś w tym wychowaniu mogłybyśmy zrobić lepiej...

 

DSC_0722

 

DSC_0723

 

DSC_0726

 

DSC_0730

 

DSC_0732

 

DSC_0734

 

DSC_0735

 

DSC_0740

 

DSC_0741

 

DSC_0743

 

DSC_0746

 

kamizelka ( Boziu kocham taki futrzaste kamizelki <3) - tutaj

 

PS: Tak wiem, Pola jest bardzo zadowolona na tych zdjęciach. BARDZO.

Pamiętacie swoje maluszki, które spały słodko na Waszej klatce piersiowej, pijąc co chwilę mleczko, lekko skrzecząc...? Pamiętacie jak mieściły się Wam w Waszych dłoniach, tuliły godzinami i nie protestowały na Wasze niekończące się pocałunki? Tsaa...

Każdy pamięta. I chyba każdy czasem tak ciut, ciut tęskni. Zwłaszcza w momencie kiedy Twoje dziecko właśnie trzasnęło drzwiami od swojego pokoju, powiedziało, że nie chce mu się Ciebie słuchać, albo nie daj Boże właśnie wyprowadziło się z domu ( O Jezusie, na myśl o tym ostatnim, przeszły mnie ciaaaaryyyy !).  Polka co prawda w lutym skończy dopiero 2 lata, ale ja już czasami tak myślę sobie... "A może, by tak drugie?". A potem Bóg przesyła mi milion sygnałów w postaci przypalonego mleka, nieprzespanej nocy, czy choroby Poli ...i wtedy na myśl o drugim myślę po cichu "Chyba sobie żartujesz". No ale zdarzają się jednak momenty, kiedy moje oczy patrzą na F. niczym kot ze schreka... i są to doprawdy dziwne momenty...

 

1) Reklamy z noworodkami - no kto by się nie rozczulił? A jeszcze na tych reklamach to takie spokojne te dzieci, albo śpią, albo jedzą...a jak jedzą to tak czysto jest, bez chaosu, bez wyrywania się, dławienia... No marzenie! Człowiek przy 2 letnim dziecku, tak naiwnie łyka ten obraz, jakby już zapomniał o tych pogryzionych piersiach, krwi i darciu się dziecka - bo się nie najada!

2) UWAGA! GONDOLA! - idę sobie do sklepu...spokojna, zamyślona... i widzę. NIEBEZPIECZEŃSTWO. Zbliżają się oni! RODZICE - świeżo upieczeni, uśmiechnięci i dumnie pchają przed sobą gondolę. I tak z automatu jakoś zwalniam, dyskretnie zaglądam...kiedy mnie mijają, na pięcie się odwracam i widzę...te słodkie, różowe policzki. Te malutkie rączki i bezzębny, delikatny uśmiech. I tak stoję, zapominając już gdzie miałam iść...bo fajnie byłoby tak popchać znów gondolkę, z bezzębnym, skrzeczącym skrzatem...

3) Kobieta w ciąży - to już jest niebezpieczeństwo stopnia najwyższego. Widzę ten brzuch i przypominam sobie... te kopniaki, te badania usg, po których zawsze wychodziłam taka rozemocjonowana... Sprowadzeniem na ziemię, jest przypomnienie sobie 4 pierwszych miesięcy, podczas których nie robiłam nic innego jak biegałam do ubikacji...potem wystarczy dodać utratę przytomności na końcówce, odwodnienie i... może jednak się wstrzymam z tą ciąża, co?

4) Inne dzieci - po prostu serce rośnie, kiedy widzę jak Pola zachowuje się, gdy jest ze mną sam na sam, a jak zachowuje się gdy jest z dziećmi. Od razu myślę sobie wtedy - ale fajnie byłoby mieć w domu takie dwa, słodkie bączki, które mnie podwójnie przytulają, całują, opiekują się sobie wzajemnie, śpią obok siebie...piękny widok...a, że dwa razy więcej obowiązków...kto by się tam przejmował... ;)

5) Filmik z mojego porodu - mówiłam już, że mogłabym rodzić codziennie? To był najpiękniejszy dzień w moim życiu i kiedy przypomnę sobie swoją motywację, z którą rodziłam, skurcze, które przybliżały mnie do celu i nareszcie widok małego ciałka, do którego mówię "cześć" - mam ochotę biec do szpitala i rodzić! :D I tak oglądam zawsze ten swój filmik z porodu i tęsknię za tym oczekiwaniem...a potem przypominam sobie, że wciąż nie wiem co to parte, że drugi poród może być zupełnie inny, hardkorowy jak z opowieści innych kobiet - i dostaję dreszczy.

 

Jak same widzicie są na świecie sygnały, bodźce, które uruchamiają w nas ponownie chęć bycia w ciąży. Ja jednak póki co, nie daję się tym emocjom. Chciałoby się drugie dziecko, ale jakoś tak widzę ciągle jakieś, ale... No i co najśmieszniejsze - mimo, że te ALE istnieją to ja i tak co miesiąc, kiedy przyjdą TE DNI odczuwam jakiś dziwny smutek... No cóż. Zdaję się w tej kwestii na los. Jeśli dziecko ma być - to będzie. Ja tam jakoś specjalnie nie robię niczego co by mogło mi w tym przeszkodzić. Ale jakoś też SPECJALNIE się nie staram :P No to ciekawe...kiedy ten Wojtuś pojawi się na świecie. Wciąż się zastanawiam jaka różnica wieku najlepsza- i powiem Wam, że za cholerę nie wiem! :P

 

DSC_0629

 

DSC_0632

 

DSC_0634

 

DSC_0637

 

DSC_0638

 

DSC_0641

 

DSC_0645

 

DSC_0648

 

DSC_0649

 

DSC_0653

 

DSC_0658

 

DSC_0666

 

DSC_0668

 

DSC_0689

 

DSC_0691

 

DSC_0699

 

DSC_0703

 

DSC_0704

 

DSC_0711

 

DSC_0715

 

Ten cudowny, dresowy komplecik przywędrował do mnie prosto ze strony tulaszek.pl. Miałam przyjemność poznać tych wspaniałych ludzi, którzy miesiąc temu zdecydowali się na prowadzenie tego sklepu i powiem Wam szczerze - idą jak burza :) Asortyment powiększa się z dnia na dzień, a jeśli chodzi o nasz wybór - komplet dresowy od BPM - jestem zachwycona. Pola większość rzeczy ma "w spadku" po dwóch starszych kuzynkach, a ja jestem z kolei mistrzynią łowów w SH. Postanowiłam jednak sprawdzić ten nasz polski hand-made i jestem OCZAROWANA! :) Niby dzieci nie zwracają uwagi na ubiór, ale ja od kilku dni śmieję się, że ten dres jest chyba zaczarowany, bo odkąd do nas przywędrował Pola chce go nosić non stop -  to chyba przez te uszy - a może dlatego, że jest taki miły w dotyku? Na zdjęciach możecie również zobaczyć poduszkę turkusową gwiazdkę - ją również możecie nabyć w sklepie tulaszek.

 

 

Poród to takie jedno wielkie BUM. Wywraca nasze życie do góry nogami. Nieważne jak bardzo będziemy przygotowane, uświadomione - i tak macierzyństwo będzie jednym wielkim zaskoczeniem. No i generalnie każdy dobrze wie, co się zmienia odkąd w życiu pojawia się dziecko... Ale zmieniają się też rzeczy, o których byśmy nawet nie pomyślały...

Nikogo już chyba nie zdziwi oświadczenie: dziecko zmieniło całe moje życie! Każda z nas napisałaby tutaj całe mnóstwo podpunktów jak: nie śpię, zaczęłam pić kawę, uprawiam seks "na czuja",  budzę się ze stopą dziecka w buzi.. Potem oczywiście przeszłybyśmy wszystkie do tych pozytywów typu: całe mnóstwo miłości, jest dla kogo żyć, ktoś widzi w Tobie cały swój świat, ktoś budzi Cię buziakiem... No ale to jest takie OCZYWISTE! Zmieniają się jednak też takie rzeczy, o których nigdy w życiu bym nie pomyślała... DZIWNE wręcz. No sami zobaczcie!

1. Horrory - o panie! Jak ja kochałam je oglądać. Mogłabym oglądać je każdego wieczoru. Horrory, dramaty... to było to! A teraz? A w życiu! Boję się wszystkiego jak tchórz, jak ktoś strzela to ja zasłaniam oczy, a nie daj Boże jakieś dziecko jeszcze będzie płakało, to od razu pędzę do Poli i choćby spała to ją wyściskam... Co się tu do cholery dzieje? Jakiś nowy poziom wrażliwości? A niech na filmie jakiś potwór z szafy wyjdzie, to sprawdzać 10 razy będę czy drzwi zamknięte. A i stopy spod kołdry nie będą mogły wystawać!

2. Choroby lokomocyjna - miałam w dzieciństwie, potem ustało. Po porodzie wróciło jak BUMERANG. Nawet kilku kilometrów spokojnie bez tabsa przejechać nie mogę. A nawet jak łyknę tabletkę, to i tak po powrocie czuję w żołądku jedną wielką rewolucję. Istna męczarnia, pora sprzedać auto.

3. Strach - przed wszystkim. Przed wojną, przed wypadkiem kiedy jadę autem, przed dziwnymi ludźmi, których mijam na ulicy. Przed bombą atomową, przed śmiercią. Nagle człowiek zaczyna myśleć, że takie rzeczy SERIO się dzieją, i ciul tam z nami, ale nasze dzieci. O właśnie. To z troski chyba...

4. Nocne oglądanie seriali - taaaak, oczywiście! To była dla mnie jedna z najprzyjemniejszych rzeczy! A teraz?! Jak już znajduję czas to oko mi się zamyka po 10 minutach, albo siedzę dziwnie niespokojna, że chyba jednak powinnam sprzątać, albo jeszcze popracować, a nie tam jakieś seriale... to taka strata czasu. No nic. I tak bujam się z dr.housem  i bujam od kilku lat i chyba nigdy go nie skończę... a gdzie cała reszta?!

5. CIĄGLE COŚ - to takie coś co dopada ludzi, kiedy wkraczają w dorosłość, a już najbardziej kiedy rodzą dzieci. Wiesz...odkładasz stówkę, a jutro dziecko potrzebuje leków za 200. Odkładasz 500, a jutro psuje się auto i wydajesz tysiąc. No i generalnie już walić kasę, ale... myślisz, że będziesz mieć luźniejszy dzień, a dziecko stwierdzi, że chce na tobie cały czas wisieć. Położysz się wcześniej spać, to okaże się, że dziecko właśnie wstało. No i tak kurka CIĄGLE COŚ!

No i już pominę te inne dziwactwa, które uległy zmianie. Np. cycki wyparowały w jakiś dziwny sposób i już nigdy nie wróciły na swoje miejsce. Pośladki jakby opadły, ale to można tłumaczyć grawitacją. To, że przy bezdzietnych koleżankach czuję się nagle jak 40, a przy czterdziestkach jak ich córka. Ach! Bez znaczenia!

Najfajniejsze jednak jest to, że z tych wszystkich dziwactw można się śmiać ze swoimi przyjaciółkami w nieskończoność. Ale te przyjaciółki też muszą mieć dzieci. Bo inaczej to tak mało śmiesznie jakoś... ;)

Dzisiaj obudził mnie kop prosto w facjatę. Nie plaskacz z dłoni, nie od damskiego boksera, nie od jakiegoś włamywacza. Kop z nogi od własnego dziecka. Przerabiałam już budzenie się z jej pupą na twarzy, z palcem w nosie, albo i z całą jej osobą na mnie. Ale tak "soczystego" kopa w fejs, to nie dostałam nigdy.

No i budzę się i już mam ochotę przekląć, wymordować pół świata. Bo nos mi pulsuje jak oszalały, a to tylko siła stopy w rozmiarze 23. No ale otwieram w końcu oczy - patrzę, a tu śmieje się ze mnie ONA. Potwór w ludzkiej skórze... i ma takie słodkie oczka, a ja do niej mówię "Kochaniutka Ty moja". A ona jak rozpędu nie wzięła i z główki mi nie przywaliła w moją głowę. I amok. Córka się śmieje, nic jej nie boli, totalny luz, tyle śmiechu. Przecież to takie fajne wygłupy robić "tryk" bez wyczucia... I tak zaczął się nasz dzień. Dzień, w którym zadałam sobie jedno, zasadnicze pytanie " Gdzie jest moja grzeczna córeczka?!".

Kilka miesięcy temu dostawałam komentarze "Oj przytulaj, bo niedługo to będzie Ci uciekać". Ale Ala zawsze wie lepiej. ZAWSZE. I pod nosem sobie odpowiadała "To, że Tobie ucieka teraz, to nie znaczy, że mi będzie". AHA. No. Na pewno. I mimo, że jakoś tam sobie z Polą ze sobą dobrze żyjemy, umiemy się bawić i w miarę dogadywać. To ja jej czasem TAK CHOLERNIE NIE ROZUMIEM. I zazwyczaj w tych momentach jestem na skraju. Albo mam już dość/albo wybucham śmiechem choć nie powinnam. Dobra, przyznaje się. Są jeszcze dwa inne wyjścia. Albo biorę na ręce i przytulam jakby stała jej się jakaś krzywda, albo ... USTĘPUJĘ i daję jej się pobawić tym pieprzonym masłem!

Tak, tak...masłem. Nigdy nie wiesz przecież jakie twoje dziecko będzie mieć marzenia, pragnienia i kaprysy. Ach - jakie kaprysy! Przecież to tylko wyrażanie swoich potrzeb. Tak denerwujące i tak słodkie zarazem... No ale dobra. Masło to pikuś. Bo sytuacji podobnych dziennie jest ostatnio od groma, a jak są dwie na dzień, to wieczorem jestem tak dumna, że w łazience odprawiam taniec radości pochodzenia niewiadomego. Ale zapewne od jakiś tubylców.

No ale... pewnie myślicie sobie. Co to są za sytuacje? A no fajne takie. Np.

 

1) Chce jeść masło palcem, ale nie chce pobrudzić palca - wsadza palec w masło, bierze do buzi, na palcu zostaje plamka. AFERA.

2) Chce wbić jeden klocek w drugi klocek, ale kiedy go wbija stwierdza, że nie było to idealne rozwiązanie - AFERA.

3) Chce iść do łóżka "Aaa" czyt. spać, ale kiedy się w nim kładzie, stwierdza, że chyba jednak nie chce - AFERA.

4) Chce założyć rajstopy, ale kiedy jej je zakładam i widzi na stopach myszki - AFERA.

5) Każe zdjąć sobie rajstopy z myszką, ale kiedy jej zdejmuję, rzuca się na ziemię, bo jednak chce myszki na stopach - AFERA.

6) Chce pić mleko, ale kiedy jej je podgrzeję, to stwierdza, że chce to z lodówki ( to samo ) podgrzane jeszcze raz. Mówię, że już jej podgrzałam i ma wypić TO. AFERA.

7) Mówi, że chce się kąpać, ale kiedy nalewam jej wody do kąpania i rozbieram stwierdzam, że nie chce. Bo nie. AFERA.

8) Chce iść spać, ale jej ramionko delikatnie styka się  z ramieniem F. - AFERA.

9) Ludzik DUPLO nie chodzi sam - AFERA.

10) Drewniana krowa nie ryczy - AFERA.

11) Nie pozwalam jej uderzyć siebie - ŚMIECH.

 

I ja się pytam - gdzie ta moja słodka Polka się podziała? Gdzie to moje dziecię, co nie uciekało przed buziakami, nie kładło się w markecie na podłodze. I NIE! Wcale nie z powodu buntu. Po prostu...nogi bolą.

I w sumie mnie to czasem tak cholernie śmieszy. Bo to żaden płacz prawdziwy, a istna furia udawana, krzyk bez łez i spoglądanie spod byka, co by reakcję matki sprawdzić. A matka w sobie tłumi albo wszechogarniającą kurwicę, bo AFERA dzisiaj setna, albo śmiech, bo to w sumie śmieszne, a nawet słodkie jest, no ale zasada jest żelazna - na furiozy śmiechem reagować nie można. A przynajmniej nie można dać po sobie tego poznać, bo by potwór mały na dobre już sobie mnie podporządkował.

No i mówią te matki znawczynie, że dzieci zachowują się tak jak je wychowujemy, że jak matka, by się starała, to by furii nie było - a ja tym matkom mówię - a dajcie Wy mi święty spokój z tymi ruskimi teoriami. Dziecko to dziecko. Wykrzyczeć się musi. Nawet jeśli chodzi tutaj o sprawę wielkiej wagi - jak myszki na rajstopach.

.

.

.

A tak w ogóle...czy to nie jest przypadkiem słynny bunt dwulatka? Plotki głoszą, że trwa on aż do...osiemnastki... i z roku na rok wcale nie jest łatwiej. W przeciwnym razie nie słyszałoby się ciągle od "wróżek" -  "Teraz to jest pikuś! Zobaczysz za rok!" ;)

 

PS: A teraz przebrnijcie przez zdjęcia, przypatrzcie się uważnie i jeszcze poszukajcie tekstu na samym dole, a co!

DSC_0237

 

DSC_0239

 

DSC_0240

 

DSC_0241

 

DSC_0244

 

DSC_0245

 

DSC_0247

 

DSC_0248

 

DSC_0249

 

DSC_0250

 

DSC_0251

 

DSC_0253

 

DSC_0254

 

DSC_0255

 

DSC_0258

 

DSC_0259

 

DSC_0260

 

DSC_0261

 

DSC_0263

 

DSC_0264

 

DSC_0265

 

DSC_0266

 

 

DSC_0268

 

DSC_0270

 

DSC_0271

 

DSC_0273

 

DSC_0278

 

DSC_0279

 

DSC_0280

 

DSC_0281

 

DSC_0282

 

DSC_0283

 

DSC_0286

 

DSC_0287

 

DSC_0288

 

DSC_0290

 

DSC_0291

 

DSC_0292

 

DSC_0293

 

DSC_0295

 

DSC_0297

 

DSC_0300

 

DSC_0301

 

DSC_0302

 

DSC_0303

 

DSC_0307

 

DSC_0311

 

DSC_0312

 

DSC_0313

 

DSC_0317

 

DSC_0318

 

DSC_0319

 

DSC_0320

 

Te wszystkie cudowności, które widzicie na zdjęciach to właśnie to co zapowiadałam na facebooku. Nowa kolekcja Lilu shop - jest to jedna z tych firm, które mogę polecać z ręką na sercu. Każdy kto skusił się na ich produkty potwierdzi, że tutaj NIESAMOWITA jakość broni się sama. To już kolejne produkty od Lilu w naszym domu i kolejne trafione. Czemu? A no bo myślałam, że mebelki dziecku radości nie sprawią. Ale już takie kolorowe, funkcjonalne i w wersji mini - OWSZEM! Totalnym wypasem jest dla mnie siedzisko z funkcją kufra na zabawki. W internecie jeśli mam być szczera nie prezentowało się aż tak super, ale w realu to jest mistrzostwo. Śliczne i funkcjonalne. Zamawiając te mebelki, miałam głównie w głowie założenie, by po salonie nie walały mi się zabawki. No i wyszło. Klocki LEGO są chowane do kuferka ( słooodki co?) , a maskotki i pierdołki do siedziska. No, a ten serwis do kawy stoi sobie ładnie na stoliczku i nie rzuca się w oczy. Pola chce tam robić wszystko. Jeść, rysować, odpoczywać :D A odkąd klocki lego są w kufrze to... jakoś tak bardziej nagle jej się podobają, bo wstaje z rykiem rano i prowadzi mnie za palec prosto niego. Obserwatorzy instagrama już się o tym przekonali! Lilu - czy wy te zabawki czymś nasączacie? :D Poza mebelkami - to co widać. Świetna przytulanka i MEGA, piękny, słodki i mięciutki kocyk w najpiękniejszy wzór EVER. Łapacze <3 Zresztą...co ja Wam będę tutaj pisać. Sami widzicie... ;)

Zapewne znasz ten moment doskonale. On zbliżający usta do Twoich...Wasze przyspieszone bicia serc...cisza.On gładzi Twoje włosy, rozpala Cię do czerwoności, a Ty zaczynasz pomału czuć się jak bohaterka romantycznej sceny filmowej...przygryzasz wargę, ściskasz jego ramiona, chwytasz za jego bluzkę i nagle do akcji wkracza ...

...twoje dziecko ...spragnione...picia, jedzenia, zabawy i Was obojga. Absolutnie wyspane, radosne i gotowe do kolejnych dłuuugich godzin zabawy...

Słooodko co? W ogóle mam wrażenie, że życie seksualne jakoś tak diametralnie zmienia się po narodzinach dziecka. Ciul w te obwisłe cycki po KP, bliznę po CC i rozstęp tu i ówdzie. Po ciemku nie widać! ( chyba?! ). Ale weź tu bądź boginią seksu, kiedy równolegle do tego robisz akurat pranie, gotujesz ziemniaki i dopiero co ogarnęłaś swoje drące się od 3 godzin, ząbkujące dziecko.

No bo wiecie...taka sytuacja. Godzina 20:00. Uśpiłaś wreszcie dziecko, które miało mega zły dzień. W przepoconej bluzce po całym dniu i skołtunionych dresach, ogarniasz łaźnię, która po kąpieli dziecka wygląda jak dom po tsunami. Marzysz już o umyciu tłustych włosów i zmyciu resztek nędznego makijażu, ale słyszysz pikającą pralkę, zmywarkę i zaczynasz czuć smród z piekarnika ( kur*a, zapomniałam wyjąć tego kurczaka !!! ). I wtedy do akcji wkracza Twój rycerz. Spragniony Ciebie całej, chcący Cię pożreć tu i teraz. No i oddałabyś mu się na tym kuchennym blacie, od razu, ale trochę strach unieść rękę, trochę strach, bo nie zdążyłaś ogolić nóg i generalnie trochę strach...bo czujesz się jak but pielgrzyma. Przepocony, zmęczony i generalnie taki jakiś...sflaczały. Więc mówisz "zaraz kochanie, idę wziąć kąpiel", w wannie zasypiasz, wracasz, on śpi. Budzisz go, zaczynacie i nagle słyszycie dobiegające z łóżeczka "mamoooooo, piiić. mamoooo jeść!". Lecisz więc rozgrzana, podekscytowana, robisz mleko, kanapki, frytki co tam dziecię sobie zażyczy, dajesz butlę z mlekiem. Usypia. Ufff. Let's do this baby! A twój baby śpi. Mrrr. I to chrapanie. I nagle okazuje się, że zrobienie szamy, ponoszenie chwilę na rękach i kołysanka wcale nie trwała 5 minut jak Ci się wydawało, a godzinę.

Ale to tam wiecie... Najlepszy w życiu matki polki jest seks NA CZUJA. Oddajesz się miłosnemu uniesieniu, co chwilę zatrzymując akcję i mówiąc "Ci, ci, ci!!! Słyszałeś?" , "Co słyszałem?" ... " No dziecko!" ...cisza. Ok, jedziemy dalej! Ci, ci, ci! A nie dobra, zdawało mi się. Jeszcze lepsze są jednak historie moich koleżanek... miłosne uniesienie, on tulący ją namiętnie i dziecko pojawiające się nagle obok jak zjawa "Mamo, daj mi pić."

Można by było rzec "A w dupę z takim seksem" - ale brzmi tak jakby trochę niebezpiecznie. A losu lepiej nie kusić.

.

.

.

No a tak całkiem serio, to przecież matki polki seksu nie uprawiają. Już na pewno nie wtedy kiedy w domu są dzieci, a fuj! No i o seksie też nie rozmawiamy, pamiętajcie! On powinien przestać dla nas istnieć. Bo przecież dzieci nasze wzięły się ... z kosmosu. Ewentualnie niektóre z nas znalazły je w kapuście, jeszcze innym bocian podrzucił je do ogródka. Są jeszcze przypadki niepokalanego poczęcia. Ale NIGDY przenigdy jest to wynik seksu. A fu!

Witam . Mam na imię Alicja, mam 22 lata i mam problem. Nie umiem powstrzymać się od zachowań, które niszczą moje dziecko! Nie widzę tego, ale widzą to inni. Nie chciałam wierzyć, że inne matki znają moje dziecko lepiej ode mnie, ale tak jest. Mam duży problem. Jestem zła i okrutna ... co robić...

Znam smak czekolady, parówek i... danonków. Wiem. Jesteś przerażona, że moje zwierzenia już na początku są tak drastyczne... To nie wszystko. Lubię ryzykować. Lubię czasem wystawić Polę na dwór bez czapeczki...stoję wtedy za rogiem i szyderczo się śmieję ze swojego psikusa. Czasem sięgam też po broń. Telefon - wymierzam nim prosto w moją córkę i naciskam... "You tube" ... po czym szybko uciekam do kuchni i jem tak żeby nie widziała. Chciałabym na tym skończyć, ale tak naprawdę to wszystko to dopiero początek... Czasem kiedy moja córka kroczy ze mną środkiem marketu, pokazuje mi na "Lubisia"... wszyscy się zatrzymują i patrzą co zrobię. Czas się zatrzymuje. Nie wiem. Nie mogę jej pozwolić, nie mogę jej tak skrzywdzić. Ale ona zaczyna krzyczeć. Co teraz? Zaraz się spoci. Spocenie jest chyba gorsze od czekolady... Dobrze, weź - mówię. Wszyscy wciskają czerwone guziki. "Czytałaś skład?!" ; "Jak możesz?!" ; "Dlaczego jej to robisz?" ; " Właśnie zafundowałaś jej nadwagę!"... Uciekam szybko z marketu, a Pola biegnie ze mną. Ma na sobie buty po córce siostry... Czuję na sobie wzrok przechodniów... Wiem, właśnie funduję jej grzybicę + na bank jakieś skrzywienie stopy...ale nie umiem się oprzeć! Jeszcze nigdy nie miałam do czynienia z grzybicą, tak bardzo chciałabym zobaczyć jak to jest!

Wiem, wiem, zapewne nie możesz już tego wszystkiego czytać, dzwonisz po MOPS, ale czekaj... sądzę, że będą potrzebowali wsparcie... dlaczego? Dlatego, że ja jeszcze nie ujawniłam najgorszych faktów o sobie...

czasem...

nie pozwalam dziecku....

zasnąć...

o godzinie...

18...

i męczę ją zabawami, żeby przetrzymać ją jeszcze godzinę... Wiesz to taka drastyczna scena. Ona krzyczy, że chce spać, a ja przyklejam ją przecież na bank do ściany jakąś taśmą i mówię " Żadnego spania!!!". Prawda? Przecież inaczej dziecka nie da się przetrzymać !!!

Jest jeszcze coś... kupuję czasem dziecku drogie zabawki...i...pozwalam się nimi bawić !!! Wiem, to świadczy tylko o tym, że NIGDY przenigdy nie pobawię się z dzieckiem w berka, ale chęć posiadania jest czasem silniejsza ode mnie. Sąsiadki szepczą, że to wynagrodzenie braku miłości... Zapewne mają rację. Nie kochasz... kup dziecku zabawkę. Ale drogą....jak kupisz tanią, to kochasz najmocniej na świecie... a ja nie potrafię!!! ;(

Wiem, że już nie możesz znieść tego wszystkiego, masz już dość i oczy zalewają Ci się łzami, bo moje dziecko jest tak traktowane, a nie inaczej...

Ale na koniec chciałabym też dodać...że czasem z Polą chodzę na basen. I wtedy delikatnie zza majtek wystaje mi blizna po cesarskim cięciu... i wtedy dowiaduję się...że wcale nie jestem wyrodna i Poli nic nie grozi...bo...

.

.

.

ja nie jestem matką! I nigdy nie urodziłam. Ufff! Jak dobrze! Jak dobrze nie być matką...

bo tylko matki mają takie popieprzone problemy! ;)

Duszę w sobie emocje. Gryzę się w język, tłumię wszystko w sobie, by po jakimś czasie czuć, że to wszystko co się w środku skumulowało, wybuchnie zaraz 1000 razy mocniej, niż gdyby wybuchało raz na jakiś czas. Ale chcę chłonąć to co pozytywne, chcę otaczać się pozytywnymi ludźmi i sytuacjami, więc odpuszczam, wymazuję z pamięci pojedyncze, niesmaczne sytuacje...tylko po to, by po jakimś czasie wyrzucić je wszystkie i poczuć jak ten cały syf ze mnie uchodzi. 

Czasem przypominam sobie swoje życie, kiedy usunęłam facebooka, nie czytałam gazet i nie oglądałam wiadomości. Och jaka ja byłam szczęśliwa. Och jaka ja byłam spokojna, a me myśli niezmącone były wszechogarniającą nienawiścią i idiotyzmem. Ale przecież social media to uzależnienie i choćbym nie wiadomo jak długo dawała radę bez przewijania walla, to w końcu mnie dopadnie. W wannie, w łóżku przed snem, czy w mega długiej kolejce w markecie. I ku*** zawsze, ale to zawsze mi ciśnienie coś podniesie. Chowam wtedy szybko telefon i mówię sobie "Ależ przestań, policz do 10, na idiotów nie ma rady,1 ,2 ,3..." i przechodzi. A potem znów coś widzę i znów i katuję się tym jak masochistka. Bo ja już sama nie wiem czy idiotów lepiej ignorować czy tępić. Więc w sumie przez większość czasu ignoruję... no to dziś sobie ulżę. Bo mi się przelało.

Zapewne już to zauważyliście, że na tym blogu nie podziałów. Nie ma i nie będzie. Czemu? Z prostej przyczyny! Nie obchodzi mnie jaką matką jesteś i w jaki sposób wychowujesz swoje dziecko. Nie obchodzi mnie czy karmisz kp czy mm, czy śpisz z dzieckiem czy osobno, czy ubierasz czapkę we wrześniu czy pozwalasz dziecku chodzić z odsłoniętymi uszami. Póki nie robisz dziecku realnej krzywdy tj.przemoc - nie mam prawa Cię oceniać i ingerować w Twoje metody wychowawcze. Nie pouczam matek kupujących słodkości swoim dzieciom i nie opisuję ich na facebooku. Nie tworzę prześmiewczych wpisów o matkach przegrzewających dzieci i o dzieciach w grubych rajtach na spacerze, gdy świeci słońce, bo doskonale wiem jak mylne potrafimy wysnuć wnioski na gówno wartej podstawie. Oceniamy widząc kogoś kilka sekund czy minut i nie znając całego kontekstu. Kiedyś wyszłam z Polą na spacer, ubrana w futrzane kamizelki i grubsze rajtki, bo pizgało akurat na dworze niemiłosiernie. Kiedy wracałyśmy momentalnie zrobiło się ciepło, wiatr ustał. Dochodziłam już do domu, więc nie zdejmowałam żadnej warstwy, ale pomyślałam wtedy sobie " No gdyby teraz mnie ktoś zobaczył, to by pomyślał, że na łeb mi ewidentnie padło." Poza tym drodzy państwo...dziecko moje od urodzenia najzwyczajniej w świecie lubi ... ciepło. Nie przegrzewam zatem, ale gdy lekko wieje zaopatruję Polę jak i siebie w apaszkę czy dłuższy rękaw. No ale przecież matki wszechwiedzące, blogerki głównie napiszą Ci jaka jesteś stupid i śmieszna, bo przecież hartowanie w modzie i dla każdego. A spróbuj się nie stosować to zaraz wymyśli jedna z drugą śmieszną historyjkę o Tobie, a rzesza fanów przyklaśnie i nawyzywa mamuśkę od głupich, bo czapka w takie ciepło? A, że nastolatki wełniane czapki noszą latem nad morze, to już jakoś nikogo nie dziwi...

Kolejna sprawa - matki na placu zabaw - no tu już trzeba się totalnie pilnować. Bo powstają nawet ponoć zasady jak matki powinny się na nich zachowywać. Broń Boże nie patrz w telefon - przecież to oznaka, że jesteś;

a) nieodpowiedzialna; b) nie kochasz swojego dziecka ; c) masz w dupie swoje dziecko. To nic, że gdy Twoje dziecko słodko bawi się w piaskownicy, ty przewijasz wall na fp i zerkasz jak maniaczka na to czy dziecko wciąż tam jest co 5 sekund. To nic, że po tygodniowym maratonie ząbkowania to Twój jedyny czas spokoju i odpoczynku. Za rogiem siedzi przecież matka, a nie daj Boże blogerka! Która jedyne co widzi to nie nadającą się na kobietę matkę, która jedyne co przyszła porobić na placu to popatrzeć się w ten głupi telefon! Przy odrobinie szczęścia może jeszcze opisze, że przyszłaś na obcasie. Och te współczesne GUPIE mamuśki. Tylko strojenie się w głowie. Przecież nie dziecko. Noł łej.

I tak czytam czasem te wojny, wojenki, aferki. "Nie urodziłaś, wyjęto Ci dziecko". " Nie dasz dziecku wszystkiego co najlepsze nie karmiąc piersią. To najlepszy sposób na nawiązanie więzi". Nie powinnaś robić tak, srak i owak. No może i nie powinnam, ale kur** chcę. Chcę ubierać dziecku apaszkę we wrześniu, chcę spać w jednym łóżku i chcę nosić pół dnia nawet jeśli nie powinnam. Chcę na placu zabaw lampić się w telefon, bo mam takie święte prawo i chciałabym też wiedzieć, że te matki wkoło nie patrzą się na mnie z nienawiścią czy politowaniem.

Marzę sobie czasem po cichu o takim świecie, gdzie matka na drugą matkę, której dziecko robi furię w markecie nie patrzyła jak na najgorszą, a wsparła dobrym słowem, uśmiechem czy rzuciła "Znam to! :) ". Marzę o braku prześmiewczych wspisów, w których szykanuje się inne matki nie mając do tego najmniejszych podstaw. Marzę o takiej życzliwości, która w dzisiejszych czasach jest na wagę złota, a jeśli już występuję to jest jak dar od Boga. Całe szczęście wychodząc z social mediów, wylogowując się do życia mam przyjemność właśnie takie kobiety spotykać. Uśmiechnięte, nie skażone jadem i nienawiścią. I zastanawiam się do diabła, kogo Wy macie w dzisiejszych czasach za autorytety? Bo widząc pod tymi prześmiewczymi wpisami komentarze " Jesteś świetna! Rób to dalej" to robi mi się ... przykro. Komu my kibicujemy? Ludziom szerzącym nienawiść, ludziom, którzy zamiast wspierać kopią pod sobą dołki? Wstyd się czasem przyznać, że jest się mamą, wiedząc jak w oczach niektórych one wyglądają.

I może nie warto było się spuszczać nad tym temat, rozpisywać...ale może ktoś następnym razem ugryzie się w język i skomentuje inną matkę tylko w swojej głowie, zanim napisze na jej temat cały esej zgarniając poklask innych matek wszechwiedzących - zatruwających ten tak naprawdę piękny świat. Bo świat jest piękny...tylko ludzie to...

 

Jeszcze kilka miesięcy temu zdarzało mi się bywać sfrustrowaną gospodynią domową, która z łaską podaje narzeczonemu obiad i ma pretensje do całego świata, że wszystko na jej głowie! Na "Kocham Cię" odpowiadałam "Teraz Ci się na czułości zbiera?" i dziwiłam się, że facet tak jakoś coraz bardziej unikać mnie zaczął.  Sprzątanie, gotowanie? Ja nie chcę, ja mam dość! Aż tu nagle... pokochałam bycie panią domu. Pokochałam bycie kapłanką domowego ogniska. Nie z przymusu. Tak po prostu.

Kilka dni temu wyjechałam do rodziców. W aucie cała rozpromieniona widziałam siebie na spotkaniach z koleżankami, na zakupach bez dziecka, w kinie i przy drinku. Następnego dnia po przyjeździe do rodzinnego miasta, razem z F. wybraliśmy się do kręgielni. To takie miejsce, gdzie w jednym pomieszczeniu możesz pyknąć sobie rundkę w kręgle, bilard czy inne cuda. W drugiej sali możesz sobie potańczyć, wypić drina i generalnie dobrze się bawić. Jak szybko się okazało możesz też dostać wpie**** za to, że a) stoisz b) oddychasz c) żyjesz. Będąc mamą niestety/stety zapomniało mi się, że ludzie pijani, a co gorzej naćpani są zdolni do różnych rzeczy. I mimo fajnej potańcówki, rozmów z koleżankami - takie akcje pokazały mi, że w pewnych miejscach lepiej nie bywać. No i że takie rzeczy nie spotkają Cię podczas oglądania "Na wspólnej" z rodziną. Trochę rozczarowana i trochę znudzona po wyjeździe F. do Warszawy napisałam mu: " Wiesz...ja to jednak wolę to nasze domowe ognisko. Lubię Ci robić te obiady, sprzątać i bawić się z dzieckiem, nawet jeśli brak mi już pomysłów i sił". I wtedy zaczęłam rozmyślać, że... cholera! Ja rzeczywiście to lubię. Poczułam w tym momencie coś czego nie czułam od długiego czasu. Ukłucie serca, niemożność wzięcia oddechu. Oczy zalały mi się łzami, a ja miałam ochotę pędzić z powrotem do F, przytulić go i zasnąć z rozpychającą się między nami Polką.

Niby walczy się o to równouprawnienie, niby powinno oczekiwać się od mężczyzn, że wszystkie obowiązki pół na pół. Ale nie po to dążyłam do wspólnego zamieszkania, nie po to snułam wizje o tym jak gotuję obiadki, jak jestem panią domu, by teraz się od tego migać i z tego powodu rozpaczać. Wręcz przeciwnie. Straszną radość sprawia mi czekanie na F. z ciepłym obiadem. Straszną radość sprawia mi dbanie o kuchnię, w której z Polą na blacie przy oknie codziennie jemy pyszne śniadania. Czyste mieszkanie sprawia, że o niebo lepiej mi się w nim siedzi i jestem wdzięczna Bogu i F. że mogę pozwolić sobie na ten komfort bycia z dzieckiem w domu. Nie czekam ze sprzątaniem i gotowaniem, aż F. wróci bo o wiele bardziej wolę po jego powrocie, zabawę we trójkę, wspólny spacer czy film, niż licytację, kto co ma zrobić. Ciężko byłoby mi zresztą wymagać od faceta, który pracuje od wczesnego ranka do późnej nocy, by o 21 łaskawie posprzątał mieszkanie, bo mi przecież doba nie starczyła. I nie muszę tego robić, bo ani F. ani nikt tego ode mnie nie wymaga. Ja chcę to robić, bo to kurcze pokochałam! Podział? Ty pracujesz, ja zajmuję się domem, w którym też pracuję ( podczas całego dnia i tak mam wystarczająco czasu, by usiąść. Spacery z dzieckiem? Toż to odpoczynek sam w sobie). Ty wracasz, spędzamy czas razem.

I tak popłynęłam w tych swoich rozmyślaniach i uroniłam łez kilka w tęsknocie za swoimi 4 ścianami i zrozumiałam, że do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. Wczoraj kiedy wyszłam z koleżanką na piwo, chyba po raz 1 sama zakończyłam spotkanie po godzinie z kawałkiem, ziewając i śmiejąc się, że starość nie radość. I byłam zadowolona, że wyszłam, bo każdy tego potrzebuje, ale zdecydowanie nie jest to potrzeba 1 rzędu i zdecydowanie kilka razy do roku mi starczy. O wiele bardziej byłabym za częstszymi wypadami tylko we dwoje. Ja i F. Bo naładowanie baterii bez dziecka jest totalnym odlotem nawet jeśli trwa kilka godzin. A, że "we dwoje" to wciąż znaczy rodzinnie. To przynajmniej nie czuję tej pustki, która zalewa mnie właśnie teraz.

I tak spacerując dziś po raz kolejny po Inowrocławiu, rozmarzyłam się o tym ile jeszcze przed nami. Wspólne wakacje, wspólne spacery i rozmowy przy ognisku. Zarówno tym domowym jak i tym w ogródku. Jak można się z tego nie cieszyć? I walić to, że chata wynajmowana, że nie starcza na wszystko, że dziecko ciągle rozwala zabawki, które chowam, a facet zapomina wziąć śmieci, które mu szykuję rano. Tego przecież chciałam. Równouprawnienie? Dla mnie wyglądała właśnie tak, że każdy robi to co robi, każdy robi to co lubi... u mnie na przykład F. uwielbia gotować i kiedy tylko ma czas to on urzęduje w kuchni... i nikt nie ma do nikogo pretensji o podział, bo podziałów właściwie nie ma...  już na pewno nie w kwestii dziecka, bo to akurat "obowiązek" dwojga rodziców, dlatego tak nie cierpię, kiedy kobiety mówią, że mąż POMAGA im przy dziecku. POMAGA... jak niania jakaś, babcia, czy ciotka... a nie rodzic. Rodzic się zajmuje, a nie pomaga... A dbanie o dom pozostawiam w głównej mierze tylko i wyłącznie sobie... bo nikt nie stworzy takiej atmosfery w domu jak kobieta. Świeże kwiaty, magnesy z sentencjami, nowe łupy z sh, które nadają charakter mojej kuchni i pachnące babeczki z owocami z targu. I żeby nie było... robiąc to wszystko jednocześnie spełniam SWOJE marzenia, realizuję swoją pasję i nadal pamiętam o byciu kobietą. Ale nauczyłam się to wszystko godzić. Matka polka, kura domowa? Nie dla mnie takie określenia. Spełniona kobieta, matka, narzeczona? Tak. To zdecydowanie ja. A to dopiero początek tej całej przygody... przygody tworzenia rodziny, swoich 4 kątów i wymarzonego życia.

 

DSC_2285-2

 

DSC_2286-2

 

DSC_2287-2

 

DSC_2288-2

 

DSC_2289-2

 

DSC_2290-2

 

DSC_2291-2

 

DSC_2294-2

 

DSC_2295-2

 

DSC_2296-2

 

DSC_2297-2

 

DSC_2302-2

 

DSC_2303-2

 

DSC_2304-2

Bycie full time mamą 24 h bez żadnej pomocy potrafi ostro dać w kość. Doskonale pamiętam czas, gdy miałam swoją teściową dwa bloki dalej i podczas mojej choroby brała Polkę na kilka godzin, albo po prostu brała ją gdy chciałam wyskoczyć na pocztę, do sklepu. Wiedziałam, że wyprowadzka do nowego miasta, gdzie nie będę miała kompletnie nikogo, będzie dla mnie wyzwaniem. Jednak jak się okazało - mimo, że jest cholernie ciężko - jest jeszcze lepiej.

Jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy któraś z koleżanek pisała mi, że jest z dzieckiem bez żadnej pomocy rodziny, odpowiadałam "Boże podziwiam! Ja to bym zwariowała". W sumie to miałam rację. W cholerę idzie zwariować jak się nawet człowiek załatwić w spokoju nie może i w cholerę idzie zwariować jak Ci nikt do dziecka przyjść nie może, żebyś z facetem mogła iść sobie na głupi spacer we dwójkę na 10 minut. Ale kto powiedział, że nie można zwariować pozytywnie? Oczywiście, że można. A jak to było u mnie?

  1. Euforia - nowe miejsce, stolica, nowi ludzie, nikt mnie nie zna, chcę tańczyć, śpiewać, ahhh! - no bo jak tu się nie cieszyć, że się w końcu znalazło w miejscu, o którym się marzyło. Ludzie biegnący 24 h, a mimo to uśmiechający się do ciebie. Ty bez makijażu wylatująca po bułki, bo przecież "I don't ku*wa care! Nikt mnie nie zna!" - do czasu aż podchodzi do Ciebie nieznajoma pani i mówi "Jejku czytam Twój blog!"

     2. Znudzenie - halo? Dlaczego jestem tutaj sama? Dlaczego nikt jej na chwilę nie weźmie? Boże, dlaczego znów               jem zimny obiad? Halooo, ja chcę do kina! Do pubu, na kolację!

     3. Nauka organizacji - czyli akceptacja tego, że nie mam nikogo do pomocy i nie mogę nad tym stanem rzeczy              ubolewać przecież. Uczenie się siebie z Polą od nowa, walczenie z momentami słabości i dbanie o jak najlepszą              organizację dnia czyt. pakuję do torby pampersy, żarcie i picie i wybywam z chałupy, żeby nie sprzątać ;) ( joke -         chociaż nie powiem - bywało i tak :D )

A tak całkiem poważnie. Kiedy miałam pomoc pod ręką, mówiłam: " Ja nie dałabym rady bez rodziny, bo są sytuacje, że dziecko muszę po prostu podrzucić nawet na pół godzinki" - i do tej pory doceniam, że nie musiałam z dzieckiem pocić się w kolejkach do lekarza gdy chorowałam, nie musiałam targać na usg piersi, do ginekologa i na pocztę. Kiedy jednak człowiek zostaje skazany sam na siebie, okazuje się, że bywanie z dzieckiem WSZĘDZIE jest normą, bo przecież inaczej nie można. Ciekawą sytuacją było dla mnie ostatnio ukruszenie zęba. To niesamowite jak bardzo wątpimy czasem w nasze dzieci. Zrozpaczona umówiłam się na wizytę ok.18 do dentysty w bloku naprzeciwko. F. dzwoni, że będzie po 20 - norma. I teraz czarny scenariusz przed oczami - ja kładąca się u dentysty na cudownym, wygodnym fotelu i Pola skacząca po mnie, bojąca się usiąść na 10 minut sama obok. Aż w końcu dentystka wypraszająca mnie z sali, bo nie może przecież nic zdziałać. No i siedziałam w tej poczekalni zestresowana, a Pola bawiła się w kąciku. I nagle drzwi się otwierają: " Proszę wchodzić" - posadziłam więc Polę na krzesełku obok biurka, dałam książeczkę, kilak zabawek i usiadłam, a Pani zaczęła naprawiać moją jedynkę. 5,10,15 minut dziecko cisza. Wstaję z fotela, Pola spokojna. What the fuck - myślę sobie? Aż musiałam familię obdzwonić, że z dzieciem moim, szatanem małym poszłam naprawić ząb do dentysty. I, że dziecko moje nogi się kurczowo nie trzymało jak zawsze. Może to te opary stomatologiczne...

W każdym bądź razie - nagle okazuje się, że jesteś w stanie z dzieckiem robić wszystko. Jechać godzinę metrem na spotkanie, nawet jeśli w połowie musisz wyjść, bo dziecko zaczyna drzeć się z niewiadomych przyczyn. Nagle okazuje się, że w 30 stopniowy upał potrafisz sama biec z chorym dzieckiem do przychodni, a potem zrobić zakupy na cały tydzień i biec z nimi i z wózkiem do domu. Nagle się kurka okazuje, że dostajesz +100 do zaradności, bo umiesz robić jeszcze więcej rzeczy nogą, uchem, a nawet małym palcem od stopy.

Ale co jest w tym wszystkim najprzyjemniejsze? Teściowa stająca w drzwiach z walizkami i zabierająca dziecko codziennie przez tydzień na kilkugodzinne spacery. Myślicie, że cieszyło mnie to tak samo, gdy pomoc była tuż obok?

A tak całkiem, całkiem serio...największym wyzwaniem jest chyba...samotność. Bo ciul z tą pomocą. I tak jakoś mega tej pomocy nie wykorzystywałam. Ale było do kogo pójść, odezwać się, pośmiać, a nawet po prostu wypić herbatę. I tęskno mi jak cholera i nawet nie wiedziałam, że będzie mi aż tak bardzo. Ale wiecie co? Nie wrócę. Tutaj inaczej się oddycha, inaczej się funkcjonuje. Wierzę, że kiedy w końcu Pola podrośnie, to poznam tutaj fajnych ludzi, z którymi będę mogła sobie wyjść do kina, teatru czy na drinka. Zawsze sobie powtarzam: " Dziewczyno! Masz dopiero 22 lata! Wszystko przed Tobą". A teraz? Teraz to chłonę to miasto jak gąbka z najlepszą towarzyszką, jaką mogłam sobie wymarzyć. I ta towarzyszka nie pozwala mi się nudzić i rozmyślać. Stworzyłyśmy w tej stolicy swój mały świat. Mamy swoje spacerowe miejscówki, swoje ulubione zabawy i póki co jesteśmy tylko dla siebie. Ja dla niej, ona dla mnie. Cholernie to piękne i cudowne zarazem. Pokochałam jedzenie z nią śniadań na blacie i czekanie na F. z ciepłym obiadem. Pokochałam bycie Panią domu wiecie? Jak nigdy polubiłam gotować i sprzątać. I właśnie to stało się dlatego, że wiem, że nikt nie zrobi tego za mnie. Nikt mi w niczym nie pomoże. Więc muszę być samodzielna. I nie dam sobie wmówić, że cały ten pierdolnik, który jest na naszej głowie, musi sprawić, że stanę się sfrustrowaną matką polką. Ja to cholera lubię! Ja tu zostaję!

 

DSC_2310

 

DSC_2312

 

DSC_2315

 

DSC_2318

 

DSC_2322

 

DSC_2323

 

DSC_2326

 

DSC_2331

 

DSC_2333

 

bluzka - tutaj

@alicjawegnerpl

Zajrzyj na mój Instagram i sprawdź, jak żyję, manifestuję oraz działam.
cartcrossmenuchevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram