0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

Tytuł wpisu pewnie niektórych przeraża. Jak można tego żałować? Zwłaszcza wtedy jeśli decyzja o dziecku była świadoma. No jak? A no można... Okropne doświadczenie, do którego większość z nas się nie przyznaje, bo niemal natychmiastowo zostałby dokonany na nas publiczny lincz. A ja się przyznam. Miałam to uczucie całkiem niedawno. Dokładnie wtedy kiedy przestałam wstawiać zdjęcia Poli i pisałam Wam, że motywacja mnie opuściła... Mam nadzieję, że był to pierwszy i ostatni raz.

Wyobraźcie sobie sytuację kiedy zaczynają spływać na Was niesamowite propozycje rozwoju, wyjazdów, świetnej pracy - wszystko o czym do niedawna marzyłyście zaczyna "spadać" Wam z nieba. A Wy siedzicie w domu z małym dzieckiem i nagle zaczyna Wam ono przeszkadzać. Nie daj Boże dołóżcie do tego rozstanie z facetem i brak opieki dla dziecka, która byłaby niesamowicie pomocna w rozpoczęciu jakiegoś nowego życia z kimś innym. Powodów może być mnóstwo. Czasem może być to po prostu... zmęczenie. Mija pół roku, mija rok. I nagle macierzyństwo z przyjemnej rzeczy staje się obowiązkiem, który zaczyna nas męczyć. Zdarza się również tak, że zaraz po porodzie dopada nas coś w stylu baby-blues. Rzeczywistość nas zaskakuje - jeśli planujemy dziecko nastawiamy się na same najpiękniejsze aspekty macierzyństwa tymczasem rzeczywistość weryfikuje nasze wyobrażenia... Najczęstszym jednak przypadkiem jest żałowanie w momencie gdy nie sprawdzamy się w roli matek. Gdy chcemy karmić, a nie możemy, gdy chcemy zająć się dzieckiem, a ktoś inny musi nam pomóc. To całkiem normalne, ale niestety same sobie stawiamy za duże wymagania. Chcemy być najlepsze, samodzielne...i kiedy coś nie idzie po naszej myśli - zaczynamy żałować, że w ogóle zostałyśmy matkami - bo przecież się nie nadajemy.

Piękny słoneczny dzień. Pola budzi mnie delikatnym muśnięciem po policzku. Myślę sobie "Cholera. Co tak wcześnie". Pokazuje, że chce jeść. Z wkurwieniem wymalowanym na twarzy wstaję robię jej kanapkę z serem i daję do ręki. Przez cały dzień jakakolwiek zabawa z nią ani przez chwilę mnie nie cieszy. Wręcz przeciwnie. Spacer, karmienie jej, wszystko co z nią związane męczy mnie okrutnie. W głowie wciąż mam wizję siebie nie mającej dziecka. W głowie wciąż mam obraz siebie, która może w każdej chwili wyjechać i znaleźć pracę marzeń. Zaczynam skupiać się na samych negatywach więc dziecko zaczynam postrzegać jako jedną wielką przeszkodę. We wszystkim.  Przestaję trenować, przestaję się zdrowo odżywiać, przestaję robić cokolwiek. Mam ochotę tylko leżeć i zasłaniać się kolejnymi wymówkami "nie mam jak". Z osoby zorganizowanej, poukładanej i radzącej sobie ze wszystkim - staję się sfrustrowaną kurą domową. Chociaż nie. Ja staję się sfrustrowanym leniem, który całymi dniami marzy o rozwoju kariery i o kupie hajsu, ale zamiast o to walczyć leży i płaczę w poduszkę, bo dziecko mu w tym nie pozwala. Rzygam swoim obrazem z tamtego okresu. Nie chcę więcej tego czuć, nie chcę więcej tego przeżywać. Nie mówiłam o tym nikomu. Dusiłam w sobie. Po jakimś czasie powiedziałam siostrze. Stwierdziła, że to normalne. Po jakimś czasie pojawia się również komentarz czytelniczki, która jakby między wierszami wyczytała co się dzieje. Mówi, że po roku wiele par, wiele mam ma kryzys. Bo mija rok i nic się nie zmienia.

Dziś stwierdzam, że i te gorzkie chwile czegoś mnie nauczyły. Stało się to o czym zawsze Wam trąbiłam. Jedna zła myśl sprowadza na nas kolejne. Po jakimś czasie budzimy się w dole negatywnych emocji, z których nie możemy się wydostać. Śmiem stwierdzić, że wtedy byłam już na skraju depresji. Waliło mi się wszystko co tylko mogło. Było kiepsko finansowo, walił mi się związek, straciłam przyjaciół. Byłam tylko ja i Pola i "stracone" szanse. Brak organizacji i lenistwo potęgowało we mnie negatywne emocje. Wstałam jednak pewnego dnia i powiedziałam "dosyć tego!". Pragnęłam tego dziecka i tak jak wielokrotnie pisałam - nie ogranicza mnie ono w niczym. Jedyne co nas ogranicza to my sami - my i nasza ograniczona wyobraźnia. Nie ma rzeczy niemożliwych, a już na pewno dziecko nie jest jedną z "rzeczy", która mogłaby stanąć nam na drodze do ich realizacji.

Życie jednak kopie nas czasem po dupce zbyt mocno. Problemy finansowe, problemy w związku, problemy z samym sobą przysłaniają nam czasem radość z bycia matką, radość z macierzyństwa. Zaczynamy błądzić w zakamarkach swego umysłu i widzieć macierzyństwo tylko i wyłącznie w czarnych barwach. Siedzimy cicho i dusimy to w sobie, czasem gdy już chcemy wykrzyczeć to całemu światu to podpytujemy cicho innych czy tak mają i zazwyczaj co słyszymy " Ja? Nigdy!" - i wpadamy w jeszcze większy dół, bo czujemy się jak najgorsze w świecie matki, które czują coś czego nikt inny nigdy rzekomo nie poczuł...

Jestem za tym, by mówić o takich rzeczach otwarcie. Rozmowa to najlepsza terapia, najlepsze oczyszczenie. Ciężko jednak przyznać się do takich myśli w dobie mam idealnych, nigdy nie zmęczonych, zawsze uśmiechniętych...

Postanowiłam więc podpytać wśród blogerek - nie było łatwo. Większość zgodnie stwierdziła, że nigdy nie żałowała. Czemu więc w internecie pod ksywą "anonim" takich kobiet są tysiące? Szukałam więc uparcie, aż znalazłam.

 

1) MamaLoliPoli  była jedną z tych zawstydzonych, ale mimo wszystko postanowiła się przyznać. U niej co prawda żal nie pojawił się po długim okresie macierzyństwa, a krótko po porodzie.

"Razem ze swoim jeszcze wtedy partnerem, oczekiwaliśmy na córkę jak na zbawienie. Każde zdjęcie z USG mamy oprawione w ramce, z czego stworzyliśmy piękną galerię na jednej ze ścian mieszkania. Każdy jej ruch w moim brzuchu powodował motyle szczęścia, a bicie jej serce, które słyszeliśmy na badaniu, powodowało szybsze bicie serca w Naszym ciele. (...) 22 stycznia poprzez cesarskie cięcie przyszła na świat nasza Pola. Mój poród nie należał do łatwych, jednak po dwóch dobach po porodzie czułam się już naprawdę dobrze. W szpitalu czułam się nieźle. Karmienie butelką, przewijanie, spanie, odpoczynek. Partner był cały czas przy mnie. Opiekował się małą, pomagał mi. Po powrocie do domu wszystko się zmieniło.  Zamykałam się w łazience i płakałam. Szlochałam tak bardzo, że w pewnym momencie zabrakło mi po prostu łez. Gdy tylko przekroczyłam próg Naszego mieszkania, coś we mnie wstąpiło. Tu nasuwa się określenie słynnego baby blues, jednak to nie było to samo. Ja czułam, że to nie to samo. Jak matka, która pragnie, kocha od samego początku swoje dziecko, może żałować, że nią została? Czułam do siebie wstręt, jednak nie potrafiłam zrozumieć dlaczego nie mam wyrzutów sumienia gdy w myślach rzucałam hasło: ,,Po co mi to było?!’’. Czułam, że coś się ze mną dzieje, że nie potrafię opanować swoich emocji. Nie rozumiałam, że dziecko potrzebuję jedynie Naszej miłości, wsparcia.  Każdy jej płacz wieczorem, nocą powodował u mnie wybuch złości, płaczu i kilkuminutowego zamknięcia w łazience. Wychodziłam również na balkon, tak żeby z wszystkiego się otrząsnąć. Gdy tylko zamykałam oczy, widziałam krzyczące dziecko, które jak się okazuje nigdy nie miało prawa płakać! Potrafiłam przesiedzieć na kanapie kilkanaście minut wpatrzona w jednej punkt. Było mi wtedy tak dobrze, po mimo tego, że ona płakała. Mój stan trwał 2 tygodnie. Najdłuższe dwa tygodnie mojego życia. Wewnętrznego piekła, którego sama się bałam.  Pamiętam ten dzień, gdy ojciec Poli musiał wrócić do pracy. Zostałam z Nią sama. Dopiero wtedy zrozumiałam, że moje macierzyństwo dopiero do mnie zapukało. Otworzyło moje serce i przegoniło ten cały wstręt do samej siebie, żal do całego świata i tą straszną bezradność, z którą walczyłam tak długo. Dwa tygodnie, walki która wygrałam dzięki mojemu mężowi, oraz aktualnie 2,5 letniej Poli, która lada moment zostanie starszą siostrą ."

2) U szalonookiej było trochę inaczej - i jest to bardziej powszechne. Ona nie widziała w dziecku przeszkody. Przerastała ją niemoc - dlatego żałowała, że w ogóle została mamą .

" Oczywiście że miałam taki moment w życiu. Każda matka ma. A jeżeli twierdzi że nie, zwyczajnie wstyd jej się do tego przyznać. Pierwszy taki moment pojawił się kiedy młody miał zaledwie 3 tygodnie. Zachorowałam. Przez dwa tygodnie miałam gorączkę czterdziestodniową. Nie byłam w stanie zajmować się dzieckiem, nie miałam siły karmić. Koniec końców trafiłam do szpitala. straciłam pokarm. Zewsząd słyszałam gromy, że mam walczyć o mleko- bo to takie ważne dla dziecka. A ja nie miałam siły. Wtedy pierwszy raz pomyślałam o tym, ze nie nadaje się na matkę. Że nie powinnam mieć dziecka. To nie był raz. tych razów w tamtym okresie było wiele. Zamiast wsparcia dookoła słyszałam tylko podkopywanie mojego poczucia wartości. Udało mi się z tego wyjść. Później podobną sytuację miałam kiedy poddałam się plastyce brzucha. Na tydzień byłam wyłączona z opieki nad młodym, a później przez jakiś czas mocno ograniczona. Miałam wyrzuty sumienia, że egoistycznie zajęłam się sobą. Wtedy znowu pomyślałam że nie nadaje się na matkę. Po miesiącu wróciłam do pełnej sprawności i zmieniło się całe moje życie. Nigdy więcej nie pożałowałam że zostałam matka. Jasne nie jestem terminatorem. Czasem mam ochotę wystrzelić się w kosmos i odpocząć, ale wystarczy jeden dzień separacji z młodym i zaczynam tęsknić. Każda z nas ma chwile słabości, ale stereotypy matek polek nie pozwalają nam się do tego przyznawać. Bo każda chciałaby być matką idealną"

3) Paulina z potwory wózkowe tkwiła w takim stanie ponad pół roku...była to depresja. Dziś widok jej z córką sprawia, że na twarzy pojawia się uśmiech a serce mięknie. Miłość bije od nich na kilometr.

"Nie wiem co było gorsze - myśl, że jestem złym i pozbawionym uczuć człowiekiem, czy fakt że siedzę po uszy w gównie (dosłownie i w przenośni). Wszystko mnie irytowało, każdy płacz, jęk, z czasem nawet uśmiech, powodowały u mnie złość. Nie potrafiłam sobie poradzić z emocjami i żeby się rozładować sprawiałam sobie fizyczny ból, psychicznego miałam pod dostatkiem. Krzyczałam, płakałam. Często płakałyśmy razem, ja i moja córka. Ja przez to, że jej nigdy w życiu nie chciałam, a ona... nie wiem. Zostawałyśmy same, razem i płakała. Pewnie czuła, że jej nie chcę. Wszystko było nie tak. Żałowałam, że nie podjęłam innej decyzji, że nie postanowiłam postawić egoistycznie na siebie. Że muszę to znosić, poświęcać się i skończyć w szarym mieszkaniu bez marzeń. Trwało to ponad pół roku, zdiagnozowałam depresję. Tak sie czasami zdarza, że nie do końca mamy kontrolę nad tym jak odbieramy rzeczywistość. Dzisiaj idziemy ramie w ramie przez życie, z uśmiechem, z przepełnionym bagażem pozytywnych doświadczeń. Dzisiaj nie żałuję, że jestem mamą, bo paradoskalnie dzięki córcę mogę więcej. Mogę wszystko."

 

Widzicie to? Wszędzie to samo zakończenie. Dziecko, które odbierało radość dziś jest siłą napędową. Tak jak mówiłam w DDTVN - to taki motorek, który napędza nas jeszcze bardziej. To taka siła, która motywuje i sprawia, że mamy ochotę przenosić góry. To dzieci sprawiają, że chcemy być lepsze, chcemy się rozwijać. Ich uśmiech motywuje jak nic innego na świecie. I to co jest tak piękne... czasem się urywa. Czasem zaczyna działać w drugą stronę. Pochłania nas nasza głowa i nasze myśli. Czy istnieje recepta na skrócenie cierpienia i zobaczenie w dziecku na nowo siły, motywacji i szczęścia? Tak. Mów o tym. Walcz z tym. Najgorsze co możesz zrobić to się temu poddać i coraz bardziej oddalać się od dziecka. A przecież macierzyństwo...to jedna z piękniejszych przygód jaką my matki możemy odbyć...całkowicie za darmo. Zysk? Miłość, której siły nie da się zmierzyć? Straty? Jeśli zrobisz wszystko jak należy - jedyne co stracisz to wiele godzin snu.

Walcz, rozmawiaj, szukaj pomocy u tych, którzy to przeszli. Nie miej wyrzutów - tak się zdarza. Nikt nie chce tego czuć, nikt nie robi tego specjalnie... tak się po prostu zdarza...

Wiem. Dziwnie brzmi. Dziecko - nie pozwala. Dziecko nie pozwala?! Rozwydrzone jakieś chyba i myśli sobie, że wszystko może. A matka bezsilna to sobie pozwala wejść na głowę. Eee tam. Pierdoły takie. Przecież to całkiem normalne, że dziecko wywraca nam świat do góry nogami, jest naszym szefem i czasem (hehe widzicie to? CZASEM) - czasem czy tego chcemy czy nie - musimy się mu podporządkować. Przynajmniej gdy jest takie małe jak Pola.

Wczoraj F. bezczelnie śmiał się wspominając jak to mówiłam kilka miesięcy temu o tym, jak cudownie to będzie gdy dziecko zacznie chodzić. " Ach wyobrażasz sobie. Sama sobie pójdzie do pokoju i zajmie się chwilę sobą, a ja w spokoju będę mogła się pouczyć bez noszenia na rękach" - co ja sobie myślałam? Sama sobie pójdzie? Sama się sobą zajmie? Jaki człowiek przy pierwszym dziecku jest nieświadomy...piękne to i okrutne zarazem. O ile na głowę sobie wejść nie daję i twardo pokazuję Poli, że to ja tu jestem od mówienia co wolno, a co nie - tak plan dnia często, gęsto muszę dostosowywać do jej zachcianek, a wszystkie obowiązki poza tymi dotyczącymi dziecka często są wykonywane w warunkach hardkorowych. Wiecie o czym mówię prawda? Laptop na wysokości kiedy skaczące dziecko próbuje Ci go przełamać, a ty musisz wysłać ważny e-mail. Uciekanie do WC żeby choć raz w tym tygodniu zrobić siku bez wścibskiego zaglądania dziecka, które chce wiedzieć co tam się dzieje. A kiedy już uda Ci się uciec to sikasz widząc małe, niemowlęce oko w dziurkach od drzwi...

Dzieci chcą być takie jak my. To normalne. Naśladują, są ciekawe jak to jest robić to co my w tej danej chwili. I dlatego wszystko co robię muszę robić albo razem z Polą, albo...nie robić tego wcale. Na co nie pozwala mi dziecko ?

1) Tablet, laptop, telefon - nie ma mamo takiej opcji! Przestań się ciągle w to gapić! Albo nie...lepiej daj to mi. Co masz ciekawego? Gry poki ? Dawaj! To przecież o niebo lepsze niż te Twoje durne blogi i notatki na studia... Przynajmniej poudaję sobie w gierce, że umiem gotować ( nie to co Ty) . Oh... chcesz mnie oszukać zepsutym telefonem? Mamo daj spokój, nie wygłupiaj się. Nie jestem już dzieckiem...

2) Kosmetyki - oh. Chcesz się w spokoju pomalować? Poczekaj rozwalę Ci wszystkie pudry i wysmaruję wc Twoją nową pomadką, a potem możesz ewentualnie szybko coś tam zmalować.

3) Książki - jest 21 i chcesz poczytać tak? Musisz dzisiaj? Dobrze przeczytaj 3 wyrazy, a teraz oddaj. Muszę sprawdzić czy warto. Ok znudziłam się. Przeczytaj dwa kolejne wyrazy. Już, już, już! Co za dużo to nie zdrowo! Daj, przejrzę jeszcze raz.

4) Nauka - mamo wcale nie musisz się uczyć. Oddaj mi te notatki! Nie chcesz po dobroci? Czekaj zacznę wydzierać Ci je siłą - delikatnie podszczypując, gryząc i ciągnąc za włosy.

5) Gorące napoje - w tej chwili pozwól mi się pobawić tym wrzątkiem, który pijesz! Oddaj mi ten gorący kubek! Nie oszukuj mnie i nie wciskaj mi tego bez herbaty!

6) Jedzenie - chyba oszalałaś, że chcesz przy mnie cokolwiek zjeść! nie obchodzi mnie, że mam to samo na talerzu. Oddaj mi swoją cześć. Najlepiej daj cały talerz. I swoje sztućce. Ok. A teraz spokojnie, po cichu...odejdź od stołu...

 

Na razie zabrania mi tego wszystkiego czynami. Strach się bać co to będzie, gdy zacznie mówić...

 

torebka - tutaj

t-shirt - tutaj

spodenki - tutaj

DSC_2860

 

DSC_2863

 

DSC_2866

 

 

DSC_2867

 

 

DSC_2872

 

 

DSC_2873

 

 

DSC_2876

 

 

DSC_2878

 

 

DSC_2883

 

 

DSC_2885

 

 

DSC_2888

 

 

DSC_2895

 

 

DSC_2900

 

 

DSC_2906

 

DSC_2907

 

 

DSC_2908

 

 

DSC_2910

 

 

DSC_2912

 

 

DSC_2914

 

 

DSC_2915

 

 

DSC_2919

 

DSC_2921

 

 

 

 

DSC_2925

 

DSC_2926

 

 

 

DSC_2928

 

DSC_2931

 

DSC_2933

 

DSC_2935

 

DSC_2936

 

 

DSC_2939

 

DSC_2941

 

 

DSC_2943

 

 

DSC_2945

O ile z krytyką swojej osoby się już pogodziłam i spływa to po mnie totalnie, tak chyba nigdy nie pogodzę się z jadem kierowanym w stronę ludzi, którzy coś osiągają; ludzi, którzy są piękni, którzy są utalentowani czy po prostu w stronę...ludzi - jakichkolwiek. Nie zniosę i koniec. Nie godzę się na to. Ponoć walka z hejterami jest walką z wiatrakami, ale jak można do cholery na to przyzwalać? Jak można siedzieć bezczynnie i nie reagować na to, że z dnia na dzień coraz więcej ludzi jest gnębionych czy to w sieci czy w realnym świecie? Ja takiego świata dla swojej córki nie chcę...

Odkąd założyłam blog spotkałam się już z wieloma przykrymi sytuacjami. Początkowo reagowałam płaczem, potem złością. Na końcu wybrałam najgorszą opcję z możliwych: wdawanie się w dyskusję z komentującym idiotą. Dowiedziałam się wielu rzeczy. Że moje dziecko jest obleśnym bękartem, że powinnam podciąć sobie żyły i zdechnąć. Drastyczne? Wtedy takie było. Dziś jestem odporna na tyle, że czytam i usuwam i nie odczuwam żadnych emocji. Czasem czuję się wręcz rozbawiona. Wiem jednak, że każdego dnia tysiące ludzi, niekoniecznie prowadzących blogi czy jakieś publiczne życie są gnębieni czy to w sieci czy smsowo. O ile problem nas nie dotyka - to udajemy, że go nie ma. Osobom publicznym pieprzymy farmazony " No musisz liczyć się z krytyką" - dając tym samym przyzwolenie idiotom, którzy roszczą sobie prawo do "krytykowania" wszystkich i wszystkiego. Przecież mamy pieprzoną wolność słowa. Więc napiszmy koleżance z klasy, że wygląda jak bezdomna, a koledze, że ma obleśną twarz. Przecież mamy prawo!

Wczoraj na pewnym FP wstawiono zdjęcie dziewczynki - młodej aktorki z polskiego serialu. Z komentarzy dowiedziałam się między innymi, że dziecko jest brzydkie jak noc, ma oczy wyłupiaste jak ropucha i zarabia na rodziców, którzy się byczą. Najsmutniejsze było to, że pisały to matki...

Blogerzy na co dzień stykają się z setkami komentarzy " Nie odbierz tego jako hejt, ale uważam, że wyglądasz strasznie grubo w tej sukience". Hejt czy nie? Teoretycznie nie. Tylko po co to pisać? Co nam to daje? Czy na prawdę musimy pisać ludziom takie rzeczy? Czy w realu pozwalamy sobie na tyle samo? Czy podchodzimy do obcych osób i mówimy: "Wiesz strasznie niekorzystnie wygląda w tych spodniach Twój tyłek"; " Wiesz nie obraź się, ale te kozaczki były modne 10 lat temu". Najbardziej przesrane mają jednak chyba osoby, która odnoszą sukcesy, są utalentowane i takie, którym generalnie w życiu wychodzi. Działają one na nerwy pewnej grupie osób - nieudacznikom życiowym. Ich misją jest zniszczenie poczucia wartości, tak by ktoś taplał się w takim gównie jak oni. Niejednokrotnie się im to udaje. Ludzie często rezygnują z pisania blogów czy publicznego życia, bo najzwyczajniej w świecie ich psychika tego nie wytrzymuje... Nie jest przecież łatwo słuchać wiecznej krytyki i dopieprzania się o każdy najmniejszy szczegół. Swoją drogą to śmieszne. Ludzie chcą, by gwiazdy były normalne, takie jak one, ale kiedy takie są, to zaraz wytyka się im błąd - miała źle pomalowany paznokieć, albo krzywe zęby. Z tymi zębami to w ogóle zabawna rzecz. Kiedy jakaś gwiazda ma je krzywe i żółte - krytykujemy. Kiedy ma krystalicznie białe i proste - wkurzamy się, że sodówa strzeliła do głowy i teraz wszystko sobie celebryci w wyglądzie poprawiają... Tak źle , tak niedobrze. Krytyka zaczyna przybierać jakieś monstrualne rozmiary. Jest dosłownie wszędzie. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że nie muszę słuchać nawet konstruktywnej krytyki jeśli tylko nie mają na to ochoty. Jeśli nie podoba nam się, że ktoś w zdaniu użył za dużo wykrzykników mamy prawo to usunąć - nasze podwórko. Czy w realu też słuchamy wszystkiego, nawet tego co nas w jakimś stopniu dotyka, lub co nam się nie podoba? Nie. Dlaczego więcej pozwalamy sobie "słuchać" tego w internecie?

Nie chodzi tutaj już nawet o typowe hejterstwo, ale czepianie się wszystkich i wszystkiego. Wieczne wpieprzanie się w życie innych, komentowanie czyjegoś stylu życia, jakbyśmy nie mogli wszyscy żyć po swojemu... Przewijam fanpage rzekomo profesjonalnych blogerów i co widzę na co drugim? "Dzisiaj widziałam w sklepie kobietę, która dziecku kupiła czekoladę, a mogła przecież jakiś owoc." No i co? Co z tego? Co nas obchodzą inni? Czemu komentujemy, wypisujemy bzdury, podniecamy się pierdołami zamiast skupić się na pożytecznych rzeczach? Czepialstwo i hejterstwo to chyba drugie imię polaków niestety...

A ja takiego świata dla swojej córki nie chcę. Nie chcę by musiała w przyszłości słuchać od "życzliwych", że jest brzydka i głupia. Nie chcę, by ktoś rujnował jej poczucie własnej wartości przez swoje pieprzone zachcianki. Kocham ludzi, ale nieudaczników życiowych nienawidzę. Dlaczego jest ich coraz więcej? Dlaczego tak wielu ludzi za życiowy cel obiera stukanie na klawiaturze hejtów? Ja już sobie z tym radzę...ale nie mam wpływu na to czy ktoś nie będzie rujnował mi życia mojego dziecka. Patrzę na nią i jest taka słodka, niewinna. Patrzę i mam ochotę uchronić ją przed całym złem, które jest na tym świecie. Chciałabym móc ją chronić całe życie, wiedzieć wszystko, być zawsze na czas. Dlaczego muszę w tych czasach martwić się o takie rzeczy? Dlaczego w takich czasach należy walczyć o to, by człowieka człowieka szanował? Dlaczego w imię tego co powinno być normalne, trzeba wypruwać sobie flaki? I dlaczego ta cała walka z idiotami nigdy się nie kończy... Ponoć najlepszą walką z hejtarami jest ignorowanie ich. Ja uważam, że to zamiatanie problemu pod dywan... O problemach trzeba pisać, trzeba rozmawiać, trzeba z nimi walczyć. I ja wierzę, że jest jakiś sposób. I nawet jeśli po przeczytaniu tego tekstu choć jedna osoba poczuła, że powinna się czasem przymknąć i nie pisać więcej bzdur to warto wiecie... Dla siebie już nie muszę walczyć o lepszy świat, ale dla swojego dziecka będę walczyć tyle ile będzie trzeba...

 

 

DSC_0244

 

 

DSC_0245

 

 

DSC_0246

 

 

DSC_0248

 

 

DSC_0250

 

 

DSC_0251

 

 

DSC_0253

 

 

DSC_0254

 

 

DSC_0255

 

 

DSC_0256

 

 

DSC_0257

 

 

DSC_0263

 

 

DSC_0267

 

 

DSC_0268

 

 

DSC_0269

 

 

DSC_0274

 

 

DSC_0276

 

 

DSC_0281

 

 

DSC_0282

 

 

DSC_0283

 

 

DSC_0284

 

 

DSC_0286

 

 

DSC_0288

 

 

DSC_0289

 

 

DSC_0292

 

 

DSC_0295

 

 

DSC_0296

 

 

DSC_0297

 

 

DSC_0298

 

 

DSC_0299

 

DSC_0300

 

DSC_0301

 

DSC_0303

 

DSC_0310

 

DSC_0312

 

DSC_0319

 

DSC_0321

 

DSC_0323

 

DSC_0327

 

DSC_0328

 

 

Kiedyś tylko takimi wpisami żył ten blog. Kto śledzi od początku, na pewno odczuł, że Poli jest teraz tutaj bardzo, bardzo mało. Nie jesteście już nie bieżąco z jej rozwojem, a ja nie odczuwam potrzeby, by ciągle o tym pisać. Dostając jednak masę wiadomości z zapytaniami czy Pola robi już to i tamto, co je, jak się zachowuje stwierdziłam, że dzisiejszy dzień, w którym kończy 14 miesięcy będzie idealny, by poczynić wpis z małym podsumowaniem. 

 

WYGLĄD:  Jeszcze nie tak dawno wszyscy z niecierpliwością oczekiwaliśmy, aż to ziółko postanowi pokazać się światu. Było to zaledwie 14 miesięcy temu, a ja już nie pamiętam jak to jest spać z małym zawiniątkiem na klacie. Obecnie ten mały szkrab waży całe 10 kilogramów i sama nie wiem ile mierzy, ale jest mega długa ( za rodzicami ). Włosy ostatnio zaczęły rosnąć dość szybko + zyskały na objętości. Z tyłu głowy zazwyczaj tworzy się mini afro, a Pola zyskała pseudonim : pirzolek.

 

MOWA: Słowniczek mowy jest coraz bardziej bogaty. Mama, tata, baba, dzidzia, myny lub mniam co oznacza jedzenie lub picie i totalny hit : DA, które jest wymawiane w momencie, gdy dziecko chce by coś mu dać, lub coś od niego wziąć. DA wymawiane jest chyba setki razy dziennie i jest to jedyna rzecz, która doprowadza mnie do dzikiego szału, który nauczyłam się tłumić w sobie. Słynne da, jest czasem jak efekt zaciętej płyty. Da,da,da,da,da - pokazując palcem na : ścianę, okno, niebo, kubek z gorącą herbatą, śmieci itp. Absolutny hit, który zna każdy kto ze mną przebywa lub rozmawia ze mną przez telefon.

 

SEN: Jakiś miesiąc temu Pola znów zaczęła sypiać w dzień. Jest to czas ok 2 godzin, ale nie jest to regułą. Nadal zdarzają się dni kiedy jest to 20, lub 40 minut. Wieczorami chodzi spać około 20, a wstaje ok 7. W nocy budzi się około północy, by zagrzać miejsce w naszym łóżku. Mimo tego, że śpi z nami i nas czuje, przebudza się czasem na przytulenie, wodę, lub ok 4 na mleko.

 

JEDZENIE: MM - jakieś 2 razy na dzień. Rano i przed snem. Do picia tylko i wyłącznie woda. Przykładowy jadłospis na cały dzień:

ok. 5:00 - 210 ml MM

ok.8:00 - jajecznica, kromka chleba

ok. 12:00 - jogurt naturalny z owocami

ok. 16:00 - łosoś gotowany na parze z puree z groszku i ryżem.

ok: 19:00 - 210 ml MM

 

Pomiędzy posiłkami Pola podjada owoce i inne przekąski.

 

CHARAKTER I ZACHOWANIE: obecnie jesteśmy w jakimś mega krytycznym punkcie. Furie, bunty, płacz, kopanie, bicie i gryzienie. Często wieczorami jestem totalnie wyczerpana godzinami tłumaczeń dlaczego czegoś nie wolno robić, lub czegoś nie wolno wziąć. Czasem jestem już kłębkiem nerwów, a potem przychodzi sobie taki mały człowiek, który zjadł przed chwilą pomidorka, otwiera szafkę i do kosza na śmieci wyrzuca skórkę od pomidora, bo doskonale wie, że nie może jej zjeść.  Zaczynam pomału wydawać polecenia jak np. Polciu przynieś mi pampersa - przynosi. Co mnie zaskakuje to fakt, że każdą drobną rzecz, którą znajdzie : grosik, kamyczek, cokolwiek - przynosi od razu do mnie.

 

ZABAWA: nadal numerem 1 są dla Poli książeczki. Uwielbia je oglądać i zawsze rano kiedy ogarniam się w WC, ona przegląda każdą po kolei i mruczy coś pod nosem. Odkąd skończyła roczek jest też małą fanką klocków duplo. Uwielbia zamykać ludziki w okienkach. Razem ze zwierzętami - powinnam się martwić? ;)

 

SPRAWNOŚĆ: Pola zaczęła dość szybko chodzić, bo w wieku 9 miesięcy. Była jednak ostrożna i mimo wszystko, wolała więcej raczkować. Raczkowanie porzuciła jednak wraz z nadejściem nowego roku czyli mając 10 miesięcy. Wtedy zaczęło się bieganie po całym mieszkaniu. Jeśli chodzie o takie sprawy jak wchodzenie i schodzenie z łóżka, wchodzenie na krzesła, kanapy itp to nie mamy z tym raczej problemu. W wieku 10 miesięcy ten mały czort tak sprawnie poruszał się po wysokościach, że mogłam bez obaw wyjść do WC nie martwiąc się, że spadnie. Ze schodzeniem nie było problemów. Od maleńkiego kiedy Pola próbowała spadać z kanapy na głowę, przekręcałam ją i pokazywałam, że schodzi się tyłem na nóżki. Robiłam to odruchowo, ale najwidoczniej zaprocentowało, bo pewnego dnia po prostu sama tak zeszła i tak schodzi do teraz. Łóżeczko niemowlęce przekształciliśmy na tapczanik. Ma on jednak boki, dzięki którym Pola nie wypadnie, ale ma też normalne wejście przez co może wchodzić i schodzić kiedy chce.

 

Właściwie to czas, który teraz przeżywamy jest chyba dla mnie najcięższym, a jednocześnie najpiękniejszym. Bo mimo, że ciągłe miączenie i płacz wykańcza to wkroczyłyśmy w etap, w którym możemy siedzieć całe dnie na placu zabaw, możemy się gonić po trawie, skakać wieczorami po łóżku, wydurniać w wannie i robić mnóstwo innych rzeczy. A im będzie starsza tym będzie ich coraz więcej... I tak mija mi życie z 14 miesięczniakiem u boku. Mimo wielu wylanych łez, warto przechodzić przez ten trud macierzyństwa chociażby dla takiego przytulenia przez nią jak przed chwilą...

 

DSC_0225

 

 

DSC_0227

 

 

DSC_0229

 

 

DSC_0230

 

 

DSC_0231

 

 

DSC_0233

 

 

DSC_0234

 

 

DSC_0235

 

 

DSC_0236

 

 

DSC_0237

 

 

DSC_0239

 

 

DSC_0241

 

 

DSC_0242

 

 

DSC_0243

 

 

DSC_0245

 

 

DSC_0248

 

 

DSC_0250

 

 

DSC_0252

 

 

DSC_0254

 

 

DSC_0256

 

 

DSC_0260

 

 

DSC_0262

 

 

DSC_0264

 

 

DSC_0265

 

 

DSC_0266

 

 

DSC_0268

 

 

DSC_0270

 

 

DSC_0271

 

 

DSC_0273

 

 

DSC_0275

 

 

DSC_0277

 

 

DSC_0283

 

 

DSC_0287

 

 

DSC_0289

 

 

DSC_0292

 

 

DSC_0293

 

 

DSC_0295

 

 

DSC_0296

 

 

DSC_0299

 

DSC_0300

 

 

 

 

DSC_0304

 

DSC_0305

 

 

DSC_0307

 

 

DSC_0310

 

 

DSC_0312

 

 

 

 

DSC_0313

 

 

 

DSC_0315

 

 

DSC_0317

 

 

DSC_0320

 

 

DSC_0321

 

 

DSC_0323

 

 

DSC_0324

 

 

DSC_0327

 

 

DSC_0330

 

 

DSC_0332

 

 

DSC_0334

 

 

DSC_0335

 

 

DSC_0338

 

 

DSC_0341

 

 

DSC_0342

 

 

DSC_0343

Jest godzina 20, a moje dziecko własnie zasnęło. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że ostatnio zasypia ok 23...i tak śpi sobie do 4, po czym domaga się pójścia do nas do łóżka i tak z nami śpi jeszcze do godziny 7... Przed tą 4 budzi się jeszcze raz czasem dwa, by napić się kilku kropel wody albo po prostu, by ponownie dać jej smoczek...i tak od godziny 7 do 23 spędzamy czas na zabawie, spacerach, jedzeniu. Robimy wszystko wspólnie, bo każda próba otworzenia laptopa, każda próba posadzenia tyłka na kanapie na 5 minut kończy się jej wrzaskiem. Wiem, że mnie potrzebuje dlatego już jakiś czas temu zrezygnowałam z wszystkiego co lubię, a właściwie zostałam do tego zmuszona. Zrezygnowałam z pisania wpisów w dzień, gdy mój umysł jest trzeźwy, z ćwiczeń w domu, bo ostatnio nawet to się nie udaje i z długiej kąpieli podczas jej drzemki ( o ile w ogóle jest), bo przecież trzeba się wtedy uczyć, sprzątać i obiad rodzinie ugotować. I daje mi to radość, bo kocham kiedy w końcu po dwudniowym pokazywaniu jej foki ona potrafi mi ja przynieść, gdy ją o to poproszę i kocham widzieć efekty tych wszystkich naszych codziennych zabaw. I kocham to tak bardzo, ale dopada mnie nagle bezsilność i bezradność, popadam w rutynę i nie robię nic dla siebie...

Znam nie jedną co by na moim miejscu ubolewała wielce jaki to los ma ciężki, bo ani chwili dla siebie i całą dobę musi na tej nieszczęsnej podłodze siedzieć otoczona zabawkami. Wcale się nie dziwię, bo i święty co sił i cierpliwości ma całe mnóstwo, by w końcu pękł, a i nawet ja wczoraj pękłam kiedy po zarwanej nocce spowodowanej bolesnym ząbkowaniem, chciałam się już położyć, a ona wciąż nie , nie i nie. I tak płakałam patrząc w okno i mówiąc sobie, że zaraz nie dam rady, że ja to się nie dziwię tym kobietom co wychodzą i nie wracają. I krzyczało we mnie wszystko, że on po pracy, zmęczony to mi teraz nie pomoże i znów wszystko na mojej głowie. I odliczałam już w głowie, że tylko tyle i tyle godzin snu zostało, a jeszcze kilka stron pracy trzeba napisać, na bloga coś wyskrobać i tą podłogę poklejoną od ciastek umyć po raz piąty. I tak zapłakana zasnęłam ... na 5 minut. Obudził mnie wrzask i ona wijąca się z bólu. Ząbkowanie wyjątkowo dawało nam w kość. Zasnęła na mnie i tylko tak chciała spać. Usiadłam zmęczona z 9 kilowym stworkiem na mojej klatce piersiowej.

Moje szczęście - pomyślałam. Moje szczęście, które każdym uśmiechem sprawia, że chce mi się latać. Moje dziecko moim smutkiem, który sprawia, że stoję w oknie i płaczę. Moje dziecko moim nauczycielem... nauczycielem cierpliwości, która pozwala przetrwać ten maraton nieprzespanych nocek, intensywnych dni i ząbkowanie. Moja tęcza, która wychodzi po każdym deszczu i mój strach, który się pojawia gdy jej głowa staje się ciepła, a małe oczka zachodzą łzami. Moje wszystko...moje wszystko, które daje mi radość i czasem brutalnie ją odbiera, ale wciąż...wciąż kocha i pozwala kochać się coraz mocniej.

Moja cała miłość w tak drobnym ciałku, do którego biegam co noc i całuję, maściami te dziąsła smaruję i wodę do picia daję... i w dzień po sto razy każdą zabawką się z tym małym ciałkiem bawię i udaję te wszystkie zwierzęta świata, a ona bije mi brawo. I chciałabym móc tu być częściej, pisać dla Was tak jak zawsze, ale jakoś czasu brak na wszystko, ale może to i lepiej...

i piszę ten wpis tak przerywając co chwilę, bo pisk z pokoju obok co 20 minut słychać. Chwyta mnie za palec, nie chce puścić, bo musi czuć. Więc jest już teraz przy mnie i już mnie nie obchodzi czy to spanie ze mną wyjdzie mi na dobre czy złe. Skoro to mojego ciała potrzebuje obok budząc się ze strachem w nocy...to je ma. I to, że ktoś mnie tak mocno potrzebuje, wynagradza ten brak czasu na cokolwiek. Mimo, że znów padam na twarz, ona śpi obok F. a ja po tym wpisie idę szykować wszystkie rzeczy na jutrzejsze odwiedziny mojej kochanej siostry... naczynia jeszcze pomyję, ogarnę trochę w domu, bo jutro z rana na chybcika wszyscy szykować się będą...i jeszcze wczoraj biadoliłam z trzem osobom jak to się nie wyrabiam, jak mi sił brak, a dziś zobaczyłam rozbrajający uśmiech mojego szczęścia z kolejnym zębem na horyzoncie i zrozumiałam, że mam wszystko...Nawet jeśli czasem odbiera mi to wszystkie moje siły.

 

DSC_7363

 

DSC_7366

 

DSC_7372

 

DSC_7376

 

DSC_7380

 

DSC_7384

 

DSC_7385

 

DSC_7388

 

DSC_7393

 

DSC_7395

 

DSC_7402

 

DSC_7405

 

DSC_7407

 

DSC_7408

 

DSC_7413

 

DSC_7415

 

DSC_7416

 

DSC_7417

 

DSC_7418

 

DSC_7419

 

DSC_7423

 

DSC_7424

 

DSC_7427

 

DSC_7432

 

 

9 miesięcy za nami. 9 miesięcy radości przeplatanej płaczem, nerwami, czasem bezsilnością. 9 miesięcy potężnej miłości. Chyba jedynej miłości na świecie tak silnej, że codziennie wydaje nam się, że mocniej kochać już nie można, a tymczasem budzimy się i jednak...kochamy jeszcze bardziej. Niesamowite jak wiele zmian zaobserwować może matka przez 9 miesięcy życia dziecka. Niesamowite, że zmiany te nie zachodzą tylko w naszych pociechach, ale i w nas - kobietach. Z dnia na dzień coraz bardziej dojrzewamy, jesteśmy co raz lepszymi matkami, radzimy sobie coraz lepiej... a ja...ja przestałam się też spieszyć. Przestałam na siłę być perfekcyjną panią domu, bo jedyne w czym chcę być perfekcyjną na daną chwilę to w byciu mamą. Bo kiedy jak nie teraz? Teraz kiedy  Ona potrzebuje mnie najbardziej...

Teraz kiedy znów muszę nosić ją przez większość dnia, tulić jakby miała znów tydzień, całować w czółko, bo ona nie chce się ostatnio bawić ani wygłupiać. Jest maleńką dzidzią co chce tylko moich ramion. I te dobre rady, że nie mam jej nosić, bo sobie nie poradzę, bo się przyzwyczai...i co? Niech się przyzwyczaja. Skoro tej bliskości potrzebuje to ją dostaje. A ja chcę ją dawać. I co z tego, że sterta prania aż krzyczy do mnie z łazienki, a zlew jest pełen naczyń. Czas pędzi tak szybko, dzieci rosną w mgnieniu oka, dziś niemowlęta, jutro młodzież wlatująca do domu na sekundę coś przegryźć. A teraz...teraz jest ten czas kiedy miejsce mojego dziecka jest w moich ramionach. Obowiązków całe mnóstwo, ale co z tego? Te naczynia w końcu umyję, pranie zrobię, ale w danej chwili to dziecko...to właśnie moje dziecko chce spać na mnie drugą godzinę z rzędu, a ja cała obolała stukam delikatnie lewą ręką w klawisze, by jej nie obudzić. I po co mam ją odkładać do łóżeczka jeśli wiem, że śpi w nim tylko w nocy, a teraz potrzebuje wyspać się na mnie. I po co mam w dzień kazać jej czekać aż się wypłacze, bo ja mam kolejny talerzyk do umycia, skoro mogę walnąć ten brudny talerz z powrotem i tulić ją tak mocno jak zawsze... bo jeszcze niedawno miała miesiąc, dwa, a dziś ma już 9...i za moment będzie miała rok, dwa, trzy i będzie mnie potrzebować coraz mniej. I choć będę chciała to jej nie ponoszę. I już nigdy nie będzie tak mała i tak bezbronna jak teraz. I nigdy tego czasu , który mam teraz nie będę tyle miała. I ten czas nigdy nie będzie taki sam jak ten tu i teraz.

I zauważyłam, że tak bardzo łagodnieję...że w byciu mamą dostrzegam ostatnio coś więcej niż zwykle. I lubiłam od tego noszenia wymigiwać się 10 minutowym wyjściem po chleb do Piotra i Pawła, a dziś robię mojemu F. listę zakupów , bo tak chcę nosić, chcę tulić, chcę non stop śpiewać sto zmyślonych zwrotek żabki małej. I lubiłam dać czasem Polę swojej teściowej na spacer, żeby móc bez wiszenia przy nodze zrobić coś w domu, a dziś odpowiadam tylko " Dajemy sobie radę, jest dobrze, później sama z nią wyjdę". I tak cholernie ją kocham  i kocham ten czas spędzany z nią. I chłonę każdą godzinę, minutę i sekundę. Bo każda jest wyjątkowa i jedyna...i żadna nie powtórzy się już nigdy więcej...będą jedynie nowe...kolejne po 9 miesiącach bycia razem.

 

DSC_0841

 

 

DSC_0843-2

 

 

 

 

 

 

DSC_0846

 

DSC_0847

 

DSC_0850

 

DSC_0864 c

 

DSC_0871

 

DSC_0872

 

DSC_0874

 

DSC_0875

 

 

 

DSC_0876

 

DSC_0878



Odkąd zaszłam w ciąże, najczęstszym zdaniem, które słyszałam było "A zobaczysz jak...". Nie wiem co w tym zdaniu jest takiego, ale najczęściej wypowiadają je osoby, którym strasznie źle z faktem, że dzieje się w ich życiu coś co niekoniecznie idzie po ich myśli i za wszelką cenę próbują udowodnić innym, że ...będzie jeszcze gorzej. Ale wait. Gorzej od czego. Czy ja mówię, że mi źle? Nie. Więc czemu tak mówią? Bo jeśli stwierdzasz fakt "Moje dziecko wariuje od rana do nocy" to równa się to dla tych osób ze zdaniem "Mam dość, moje dziecko wariuje, nie mogę tego wytrzymać."  Cóż. Muszę Was zmartwić. Moje pokłady cierpliwości są niezbadane, a furie dziecka rzadko kiedy robią na mnie większe wrażenie. Do rzeczy. Zdania przepowiadające kobiet wszechwiedzących zaczęły się chyba od mdłości. Nigdy nie narzekałam. Po prostu gdy ktoś pytał stwierdzałam fakty : "No wymiotuję już 4 miesiąc po każdym posiłku" - "Pff, to jest nic, ja wymiotowałam całą ciążę, to był hardcore..".

Potem zaczęła się jazda właśnie z naszym ukochanym "A zobaczysz jak...".

1) Kopnięcie dziecka. Reakcja moja: "Jejku! Poczułam ruchy maleństwa!" - reakcja społeczeństwa : " Zobaczysz jak zacznie Cię kopać po żebrach, ja ryczałam z bólu, współczuję" - dzięki, ale nie było czego. Bolało, ale wierz mi, że są boleśniejsze rzeczy na świecie.

2) " Nie przesypiam nocy od miesiąca. Dusi mnie w klatce i rozrywa mi uda" - " Zobaczysz jak Ci dziecko będzie się budziło co pół godziny, to dopiero będzie horror" - serio? Dziecko budzi się w nocy? Nie wiedziałam...

3) "Karmię piersią, ale póki co to nie jest fajne uczucie. Bardzo boli..." - " Zobaczysz jak Cię ugryzie zębami przy karmieniu, dopiero będziesz wyć z bólu" - nie skomentuję, karmiłam 4 miesiące, zęby wyszły w ósmym, przykro mi, nie zobaczyłam.

4) " Cały dzień nosiłam dziś Pole, nie mogłam odebrać tel..." - "ojjj zobaczysz jak Ci zacznie chodzić, wtedy to dopiero nic nie zrobisz, ja nie mogę nawet do wc pójść spokojnie, masakra jakaś...."

5) " Polcia wspięła się na schody! Jestem taka dumna!" - "Zobaczysz jak zacznie wchodzić Ci na stoły, teraz to masz jeszcze sielankę..."

6) "Polcia ma katar, biedna tak się męczy..." - " Zobaczysz jak zacznie ząbkować, ja nie dawałam rady psychicznie" - biedna. To musiało utkwić Ci w pamięci na zawsze?

"A zobaczysz jak skończy 2 latka" ; "A zobaczysz jak skończy 4 " ; "A zobaczysz jak pójdzie do przedszkola" oj nie nie, "zobaczycie podstawówka to jest dopiero koszmar!" i wyścig "Nie, nie, nie najgorzej to będzie jak..."

Przykre to takie...licytacja kiedy to najgorzej kiedy najlżej ... narzekanie i straszenie, bo przecież gdzie tam uroki macierzyństwa! Z dnia na dzień jest przecież coraz gorzej i tak już będzie moje lejdis...po co się cieszyć, po co brać humory dzieci na klatę. Każdy wiek, KAŻDY ma swoje plusy i minusy. W każdym wieku jest u dzieci coś z czym idzie nam lżej, a czym idzie nam ciężej. Nigdy nie jest lepiej albo gorzej. Odchodzi jeden problem przychodzi drugi, kończy się jeden pozytyw również przychodzi kolejny.

Ciągle słyszę "A zobaczysz jak..." - no i widzę. Ale gorzej nie jest. Co z tego, że Pola chodzi mi przy nodze all the time, płacze, jęczy i marudzi? Co z tego skoro jest coraz fajniej! Mogę coraz lepiej się z nią porozumieć, mogę się z nią bawić w coraz to więcej rzeczy, mogę coraz więcej. Macierzyństwo jest piękne, więc po cholerę robić z niego tragedię wiecznie narzekając i wmawiając sobie i innym, że będzie jeszcze gorzej.

Oczywiście nie pisze tu o zwyczajnych zdaniach, gdzie autor mówi to pół żartem pół serio. Piszę tutaj o pełnych powagi stwierdzeniach i ubolewaniach. Narzekaniach jaka to rola matki jest ciężka i okrutna. No jest ciężka. Ktoś mówił, że będzie łatwo? Ale zastanówcie się czy nic Wam tego trudu nie wynagradza? Sądzę, że wiele rzeczy. Uśmiech dziecka, pierwsze słowa, pierwsze kroki. W moim życiu nastał czas, o którym napisałam Wam dziś na fp. Wieczne marudzenie, furie. Terrorysta w małym wydaniu. I powinnam Wam zrobić zdjęcie moje i F. podczas jej napadów złości, albo kiedy robi się sztywna i czerwona, bo właśnie zabrało się jej telefon, który sprytnie nam podkradła - uśmiechy na twarzy, bo cóż możemy zrobić? Wściekać się, bo dziecku coś się nie spodobało? Wyżywać się na sobie, bo dziecko już piątą godzinę łazi za nami krok w krok i żadne z nas nie może nic zrobić? I co to komu da? Czy dziecko to Twój wróg i powód do narzekań?

Mówisz, że będzie jeszcze gorzej...ale dlaczego? Ja Ci powiem. Bo Tobie jest tak cholernie źle, że musisz podbudować się tym, że i innym będzie tak jak Tobie...smutne to. Smutne, przykre i polskie. Bo narzekać to każdy potrafi...ale pomyślcie, że niektórzy na te bunty i skoki rozwojowe bardzo chcieliby często ponarzekać...a często po prostu nie mogą.

Na napisanie tego wpisu naszło mnie podczas...zamiatania po raz setny podłogi pełnej okruchów od chleba i chrupek z Polą na lewym biodrze. Złapałam się na tym, że mimo iż robię to nie wiem który dziś raz, robię to z uśmiechem na twarzy. Gdzieś tam w głowie przejawiał mi się obraz mojej mamy, która często wzdychała widząc okruch tu i tam, a każdy obowiązek zdawał się ją przytłaczać.

Pomyślałam " Cholera...fajnie jest coś musieć". Ja - jeszcze do niedawna leniwa do granic możliwości, która ze łzami w oczach zabierała się za sprzątanie pokoju raz na ruski rok, dziś latam ze zmiotką z uśmiechem od ucha do ucha. Fajnie jest musieć kiedy ma się dla kogo. Bo kiedy ma się dla kogo...to się chce. A jak już się chce...to się nie czuje, że się musi. Prawda?

Godzina 17:40. Wciąż z Polą na biodrze, robię jej mleko. Uśmiecham się do siebie jak taki głupek. Patrząc w puszkę z mlekiem jak na filmie czy w książce, myślami jestem zupełnie gdzie indziej. Robię mleko, a myślę "Cholera jak dobrze jest mieć dla kogo robić to mleko." Od jednej myśli przechodzę do refleksji nad tym, że tak cholernie cieszę się z tego, że mam dziecko. Teraz. Że zdecydowałam się na nie w idealnym dla mnie momencie. " Jak dobrze jest musieć robić jej teraz mleko. Nie za chwilę, nie za godzinę. MUSZĘ zrobić je teraz". Łapię się na swoich dziwnych myślach, czym prędzej odkładam Polę do łóżeczka, całuję na dobranoc i zaczynam spisywać. To co dziś we mnie siedzi. To, że jeszcze do nie dawna miałam tok rozumowania zupełnie odwrotny...że dobrze jest nie musieć nic. I czasem tak jest dobrze. Ba. Jest wspaniale. Usiąść i nie musieć nic zrobić. Nie musieć wstać do dziecka, nie musieć robić obiadu, sprzątać itp. Ale jeśli się ma dla kogo? Czy prawdziwą tragedią nie jest kiedy nie musimy nic...dla nikogo? Kiedy nie musimy się starać, nie musimy zabiegać? Czy nie jest fajniej musieć zarobić na upragnioną rzecz niż nie musieć robić nic, bo wiemy, że i tak spadnie nam z nieba, od rodziców, dziadków, bogatego męża? Czy nie fajnie jest musieć chodzić do pracy, starać się, by zdobyć awans, niż nie musieć, bo możemy załatwić to sobie po znajomościach, albo z ładną buzią możemy to zrobić nawet przez łóżko? Czy nie fajnie jest musieć się uczyć, zdobywać dobre stopnie niż nie musieć robić nic, bo piątka wpadnie i tak, przecież mam takie dobre ściągi.

Fajnie jest coś musieć, ale tylko wtedy gdy się tego chce. Mus jest dobry, ale tylko wtedy gdy nie ciągnie nas w dół powodując stanów niemalże depresyjnych. Nikt nie lubi być zmuszany przez kogoś. Właściwie ktoś mógłby mi teraz napisać...ja nic nie muszę. Ewentualnie mogę. I jest w tym odrobina racji. Ale czy gdybyśmy tylko mogli...to czy zrobilibyśmy tyle ile robimy gdy mówimy sobie, że to musimy? Może u kogoś działa to odwrotnie. U mnie siłą napędową jest kiedy chcę i mogę przeobraża się w muszę. Bo kiedy muszę to to zrobię. Czy jest to głupie posprzątanie, czy osiągnięcie życiowego sukcesu. A gdybym tak nic nie musiała...to cóż by na tym świecie mnie jeszcze cieszyło?

Jaka matka, taka córka...może coś w tym jest. Zapewne u jednych się sprawdza, a u innych wręcz odwrotnie. Kiedy te słowa rozbrzmiewały mi ostatnio w mojej głowie w momencie gdy się jej tak pilnie przypatrywałam, zaczęłam się zastanawiać...jaka Ona będzie? Czy będzie wstydliwym aniołkiem, czy może osobą zadziorną lub broniącą twardo swojego zdania? A może będzie organizowała manifestacje mające na celu sprzeciwianie się niszczeniu przyrody, a może wręcz odwrotnie z łatwością będzie jej przychodziło zaśmiecanie przyrody i posiadanie w 4 literach ekologii. Może będzie taka jak ja...może będzie latami budowała swoją pewność siebie, raz po raz wątpiąc...może będzie bała się wyrażać swoje zdanie przez długi, długi czas, by nagle po pewnym czasie zrobić wielkie BUM i pokazać, że jest ona indywidualnością. Może tak jak ja będzie blogerką i zbuduje sobie swój mały biznes, który będzie jej pasją i pracą. A może pójdzie w całkiem innym kierunku, a świat wirtualny nie będzie jej przyciągał do siebie w ogóle.

Może będzie piątkową uczennicą z wzorowym zachowaniem, a może będzie z ledwością jechać na trójach, a zachowanie będzie co najwyżej poprawne. Może będzie duszą towarzystwa, a może szarą myszką, która siedzi całe dnie z nosem w książkach... Może rodzina będzie dla niej zawsze wartością najwyższą, a może będzie wolała uciec od Nas jak najdalej i wcale nie będzie zależało Jej na jakimś częstym kontakcie...Może będzie zawsze sobą, a może przez zaniżone poczucie własne wartości, będzie próbowała wiecznie udawać kogoś kim nie jest...Może, może, może...

Jako rodzic chciałabym dla Niej jak najlepiej. Chciałabym wychować ją na porządnego człowieka, który wie co jest w życiu ważne, a co mniej. Ale...ale wszystkiego nie da się zaplanować zwłaszcza losu czy osobowości dziecka. Nie wiem czy w przyszłości moje własne dziecko nie znajdzie się w poprawczaku, lub czy nie będę musiała odbierać jej pijanej z komisariatu. Może niektóre matki zapatrzone w swoje pociechy myślą teraz "Boże, o czym ona pisze? Przecież moje dziecko na pewno tak nigdy nie zrobi"...a ja Ci powiem, że może zrobi, może nie. Może nie to, ale co innego. Na pewno rozczaruje Cię nie raz.  Nie chcę nastawiać się na dziecko ideał, z którego zawsze będę dumna. Może popełniać błędów tyle ile chce, ponosić za nie konsekwencje, by później płakać mi w rękaw...ale w tym wszystkim ma wiedzieć, że ma mnie, ma tatę, ma rodzinę, która co by się nie działo. Wesprze Ją. Na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie, w biedzie i w dostatku. Jedyne czego pragnę to, by nigdy nie zwątpiła w to, że może wszystko. By nigdy nie pomyślała, że nie ma w Nas oparcia. A reszta...? Reszta przyjdzie sama...

Póki co przed nami puste do zapisania kartki. Wypełni je tylko ona. Do jakiegoś momentu może i mam wpływ na to jak ją wychowam, jakie wartości wpoję. Może na tych pustych, białych kartkach mogę dodać coś od siebie. Ale później ich zapisanie należy tylko do Niej. I mogę jedynie z całego serca kibicować Jej...by zapisała je jak najlepiej.

 

zdjęcia: Wegner-Keiling Photography

koszulki: koszulove.com

DSC_6923

 

 

DSC_6927

 

DSC_6931

 

 

DSC_6935

 

 

DSC_6938

 

 

DSC_6940

 

 

DSC_6946

 

 

DSC_6950

 

 

DSC_6955

 

 

DSC_6966

 

 

DSC_6970

 

 

DSC_6979

 

 

DSC_6981

 

 

DSC_6991

 

@alicjawegnerpl

Zajrzyj na mój Instagram i sprawdź, jak żyję, manifestuję oraz działam.
cartcrossmenuchevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram