0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

Jeszcze mieszkając z rodzicami, wydawało mi się, że różnica po wyprowadzce będzie jedynie taka, że nikt nie będzie mi się w nic wtrącał, a do WC będzie za mną podążała moja mała kopia (lub taty, jak kto woli). Jak bardzo się myliłam, pokazały mi ostatnie dni praktycznie tylko we dwójkę od rana do nocy. Ostatnia noc w domu rodzinnym wypełniła moją głowę tysiącem mieszanych uczuć. Była to niezrozumiała plątanina myśli. Coś pomiędzy strachem przed tym, czy na pewno damy radę finansowo,  a przed tym oficjalnym ucięciem między mną a moją mamą pępowiny, która mimo, że dość silna nigdy się nie wydawała - istniała.

Kiedy nadszedł dzień mojego nowego życia, po prostu spakowałam walizki, odpaliłam auto i opuściłam swoją maleńką wieś z uśmiechem na twarzy. Dystans? 7 kilometrów. Zmiana? Diametralna. Początkowe uczucie obijało się gdzieś o ekscytację. Jak super jest WSZYSTKO robić samemu przy małym szkrabie u nogi ! Dziś jest to już piękną codziennością wypełnioną samodzielnością i uczuciem odpowiedzialności. Poczucie, że jest się panią domu , a nie matką dziecka w domu rodziców.

Pisząc w tytule wpisu "Coś czego nie zabierze mi nikt", nie chodzi mi o mieszkanie, faceta, pieniądze czy auto. Chodzi o coś więcej. Chodzi o więź z dzieckiem, której nie zaznałam wcześniej w takim stopniu jak teraz. Więź, którą wypracowałam sobie przez bycie z Nią praktycznie non stop, ale i nie o to chodzi w głównej mierze. Więź tak silna zrodziła się z mojego spokoju wewnętrznego, który poczuła i ona. Więź zrodziła się z przytulania kiedy się budzi, bo branie na ręce o 5 rano przestało być obowiązkiem, a przyjemnością.

Może gdzieś w środku miałam przeczucie i zaczynałam wierzyć w to, co tak zawzięcie wmawiali mi hejterzy. Że nie dam rady, bo gówno wiem o życiu i odpowiedzialności. Dziś chcę się im zaśmiać w twarz i powiedzieć "Sorry, byliście w błędzie". Nie jest sztuką siedzieć z dzieckiem od rana do nocy,  sprzątać, gotować i robić sto innych rzeczy. To robi KAŻDA MATKA. To nie jest mistrzowski wyczyn, za który chcę zbierać oklaski. Wiecie co jest prawdziwą sztuką? Zasnąć z uśmiechem na twarzy mimo tego, że nie zrobiłyśmy wszystkiego co sobie zaplanowałyśmy. Sztuką jest podziękować Bogu za ten dzień mimo, że ledwo stoimy już na nogach. Sztuką jest tworzenie więzi z dzieckiem, mimo zmęczenia, mimo stu innych obowiązków, które czekają na nas tuż obok. Sztuką jest dostrzeżenie najmniejszych uśmiechów dziecka podczas mycia naczyń. Cudownych matek nie czyni z Nas udźwignięcie dziecka w wózku i toreb pełnych zakupów, by dotrzeć na wysoki parter, bo garaż podziemny jak na złość nie chce się otworzyć i do windy trzeba dotrzeć kilkoma sporymi schodami. Cudowne matki czyni nas zrobienie tego bez pretensji do całego świata jak to nam źle i ciężko.

Nie jest sztuką, to co robi co druga osoba na tym świecie - narzekać. To jest tak monotonne i denne, że w nadmiarze razi mnie gorzej niż lukier, którego za dużo. Decydujemy się na dzieci, na macierzyństwo, które jest piękne. Kupujemy domy, o które musimy dbać, mamy wspaniałych mężów, którym gotujemy obiady. Czemu traktujemy to jak pieprzony obowiązek, który uprzykrza nam życie? Czy nie jest fajnie gotować dla kogoś kogo się kocha? Czy nie jest fajnie być tak zmęczonym, że nie zdąży się spojrzeć na zegarek zanim pójdzie się spać? Przecież to zmęczenie wynika z tylu świetnych rzeczy, które robicie! Bycie matką i panią domu nie jest mało ambitne, nie jest denne i nie jest tragiczne, jeśli w każdej najmniejszej czynności nie widzicie obowiązku, który staje Wam na drodze do szczęścia.

Żeby nie było. Wiem - obowiązki czasem przytłaczają. Chce nam się ryczeć w poduszkę, pragniemy chwili odpoczynku od dziecka, mamy dość. To naturalne. Ale to uczucie mija prawda? Nie możemy w nim trwać non stop, bo stopniowo będzie nas wyniszczać. Kawałek po kawałku. Jedna zła myśl, przyciąga tysiąc kolejnych, aż nagle nie wiadomo jak, czemu jesteśmy w dole, z którego ciężko nam się wydostać.

Ale...pomyślcie. Że to te obowiązki tworzą Wam coś czego nikt Wam nie zabierze. Uśmiech męża, który je przygotowany przez Was obiad. Uśmiech dziecka, które zasypia w czystej piżamie. Uśmiech dziecka, które tak bardzo cieszy się, że pograłeś z nim godzinę w coś, czego zdrowo nie cierpisz. Twój uśmiech, który masz na twarzy zasypiając w czystym mieszkaniu, które takie jest właśnie dzięki Tobie. I ta więź...na którą składa się tysiąc różnych czynników, na które w tej codzienności przestaliście zwracać uwagę. Tej więzi nie zabierze Wam nikt. Ale wymaga ona czasu, poświęcenia i poczucia obowiązku, które chociaż czasem męczy...nie może stać się Waszym wrogiem.

 

DSC_0277

DSC_0278(1)

DSC_0278

DSC_0279

DSC_0281

DSC_0282

DSC_0283

DSC_0285

DSC_0286

DSC_0287

DSC_0288

DSC_0293

DSC_0294

DSC_0296

DSC_0297

DSC_0299

DSC_0300

DSC_0301

DSC_0302

DSC_0303

DSC_0306

DSC_0309

DSC_0310

DSC_0311

DSC_0314

DSC_0315

DSC_0316

DSC_0317

DSC_0318

DSC_0319

DSC_0320

DSC_0322

DSC_0323

DSC_0324

DSC_0325

DSC_0326

DSC_0327

DSC_0328

DSC_0330



DSC_0334

DSC_0336

DSC_0342

DSC_0344

DSC_0347

DSC_0348

DSC_0349

DSC_0350

DSC_0351

DSC_0352

DSC_0353

DSC_0357

DSC_0359

DSC_0360

"Nie mogę ćwiczyć nawet 10 minut dziennie, bo mam dziecko" ; " Nie mogę być ZADBANA"  - nie mogę, nie mogę, nie mogę. Bo przecież mam dziecko. Kiedy słyszę takie argumenty, nóż otwiera mi się w kieszeni. Dlaczego? Dlatego, że z tego wiecznego "nie mogę" wychodzi na to, że dziecko nie jest niczym innym jak przeszkodzą. Przeszkodą do spełniania marzeń, do realizacji celów, do edukacji, do dbania o siebie. Powiedz mi droga mamo, która twierdzi, że czegoś nie może. Ile czasu dziennie spędzasz na przewijaniu facebooka i śledzeniu życia znajomych, komentowania blogów, czytania wpisów itp? Jeśli jest to min.10 minut dziennie, a wierzę, że u większości z Was o wiele więcej to zapewniam Cię, że przez 10 minut, możesz 5 minut ćwiczyć, a przez drugie 5 minut możesz uczesać włosy i przypudrować nos jeśli masz taką potrzebę. Bo jeśli nie masz i Ci tak dobrze, to nie do Ciebie te słowa. Słowa są do tych, które NARZEKAJĄ i nic z tym nie robią. Wierzę, że twoje dziecko czasem sypia. A na pewno robi to w nocy. To wtedy możesz się wykąpać, ogolić nogi i doprowadzić do ładu. Ale Ty dobrze o tym wiesz...tylko Ci się nie chce. A dziecko jest Twoją wymówką na wszystko.

Wiele z Was mieszka tylko z mężem i nie ma w swoim otoczeniu, w swoim mieście najbliższej rodziny. Wiele z Was po prostu nie może sobie pozwolić na bieganie rano bez dziecka czy wyjście na siłownię. Proste i zrozumiałe. Niedługo sama będę w tym położeniu, wyprowadzając się od rodziców. Ale...ale ja nie muszę rezygnować z opieki nad dzieckiem, po to by o siebie dbać, po to by się uczyć, po to by żyć. Owszem, teraz mając taką opcję korzystam. Ale kiedy nie mam, ćwiczę w domu (wtedy kiedy mi się chce), studia? No problem. W razie sytuacji,w  których na wykładach być nie mogę, mam zapewniony indywidualny tok studiów. Prezentacje i wszelkie materiały lądują na mojej skrzynce, a ja mogę uczyć się kiedy dziecko śpi lub grzecznie obok się bawi.

Co do spraw na, które nie każdy może sobie pozwolić, bo nie ma takiej opcji - jeśli mam opcję pomocy to z niej korzystam. Nie unoszę się dumą, że jestem tak bardzo zaradna i nie muszę robić nic innego poza wychowywaniem dziecka. Owszem nie muszę, ale chcę i jeśli będę chciała wyjechać na kilka dni z F. to zostawię Polę u jednej z babć i wyjadę. Jeśli zostawić bym nie mogła, spoko pojedziemy we trójkę! Drink z koleżanką wieczorem? Jeśli F. będzie akurat miał wolne to spoko, Pola oprócz mnie ma również kochającego tatę, który spokojnie sobie poradzi z jej uśpieniem i czuwaniem. Jeśli nie będzie miał wolnego okej! Wycziluję przy dobrej herbacie i filmie!

W czym przeszkadza mi macierzyństwo? A więc moi drodzy...w niczym. Mój wiek to najlepszy czas na wyszalenie się, na realizację itp? Zgadzam się! Dlatego szaleję, realizuję się, studiuję i prowadzę bloga, który jest moją pasją. Wiecie co robiłam bez dziecka? Kompletnie nic. Praca i imprezy. Zero pasji, zero samorealizacji. Dziecko? To moja motywacja i siła napędowa zamknięta w małym ciałku. To moja miłość, która mówi mi "Możesz wszystko". Nie wierzysz? Nie musisz. Jeśli twierdzisz, że się nie da to przestań narzekać. Dziecko nie jest naszym wrogiem, które pragnie naszej otyłości, pryszczy, braku pracy czy dyplomu w ręce. To my sami odbieramy sobie możliwości, wmawiamy naszej głowie, że się nie da. Da się. I nie musisz od razu szukać opiekunki dla dziecka, żeby zrobić dla siebie cokolwiek. Masz 4 ściany, w których możesz na prawdę wiele. Musisz to tylko dostrzec.

 

 

A gdyby miało nie być jutra... spakowałabym w plecak bańki mydlane,  dwa wianki na głowę i przykleiłabym uśmiechy do naszych twarzy.  Wzięłabym Cię w ramiona i kroczyłabym w stronę słońca.  Mijałabym błyszczące zboże i odganiała od Ciebie chmary owadów.     Wyjęłabym z plecaka wianki i położyła je na czubkach naszych głów.  Wiatr plątałby moje włosy, które tak śmiesznie łaskotałyby Cię po policzkach.

I tak kroczyłabym przed siebie z Tobą w ramionach nie pozostawiając za sobą nic , prócz śladu bosych stóp i stróżki łez, które kapią z radości. A ty...

ty tak słodko mrużyłabyś oczy przez rażące Cię słońce i tak mocno wtulałabyś się w moje ciało,   które tak bardzo koi Cię swoim zapachem. I nie istniałoby dla Nas nic poza nami samymi.  Nasze serca biłyby tylko dla siebie nawzajem co rusz bijąc mocniej.

Czas zdawałby się spowalniać, a ja w końcu usiadłabym i położyła Cię na swoim ciele.I tak trwałybyśmy w tej nicości. Serca przepełnione by były miłością, a ja wyjęłabym z plecaka bańki mydlane.Wzięłabym haust powietrza i zapełniła nimi całą otaczającą nas przestrzeń. Krzyknęłabym "Chwilo bądź wieczna" ... I gdybym mogła zabrałabym Cię na koniec tęczy,   spełniła najskrytsze marzenia i przytuliła tak mocno jakby jutro miało nie być.   Ale tęczy by nie było, a tylko błękitne niebo nad nami.  A to... to byłoby wszystko czego oprócz siebie samych byśmy potrzebowały... Bo czego trzeba więcej prócz tej miłości co rozwala serce? Czego trzeba nam więcej prócz tych oczu, które wykrzywiają się jak gdyby chciały wybuchnąć szczęściem...

Czego więcej nam trzeba prócz splecenia swoich dłoni tak mocno, jakbyśmy miały połamać sobie wszystkie małe kostki... Czego trzeba więcej prócz łez szczęścia spływających po policzkach... jeszcze nie wiesz?  Nie trzeba niczego... Bo wszystko inne jest mało ważne.    Wszystko inne jest nieistotne. Jesteśmy tylko my i wszechświat i to piękne, że już nigdy nie będę samotna.  Już zawsze będę Cię mieć.  A utrata Ciebie byłaby końcem mojego istnienia.

 

Bo istnieję dzięki Tobie córko.Kocham Cię najmocniej jak tylko się da.I kochać będę aż po życia kres...

 

To uczucie zna każda mama. Każda, która kocha swoje dziecko. Wpatrujesz się w swoją pociechę i zawieszasz się na chwilę w przestrzeni. Czas zatrzymuje się i nie dochodzą do Ciebie żadne głosy z zewnątrz. Wszystko jest stłumione, a ty patrzysz w jeden punkt. Na swój skarb.

Śledzisz każdy jej ruch i zastanawiasz się kiedy Ona tak bardzo się zmieniła. Kiedy nauczyła się śmiać? Kiedy nauczyła się siedzieć?
Wpatrujesz się tak i łzy napływają Ci do oczu. Nim się obejrzysz zacznie chodzić, mówić, śpiewać, tańczyć. Czas ucieka przez palce. Tak bardzo nie chcę niczego przegapić. Niczego co z Nią związane. Czasem mam wyrzuty, że nie chce mi się do niej wstać, że mam dość jej płaczu, kiedy ma złe dni. Chciałabym mieć więcej cierpliwości, chciałabym, żeby po prostu czasem bardziej mi się chciało. Bo to jest ten moment kiedy Ona potrzebuje mnie najbardziej. Właśnie mnie. Czasem spoglądam na Nią i nie wierzę... nie wierzę, że jestem mamą. Ja?! Jeszcze niedawno wstawałam rano i jechałam zaspana do szkoły. Siedziałam w szkolnej ławce i rozwiązywałam te wszystkie dziwne zadania na matematyce. Dziś wstaję rano, biorę ją na ręce, przytulam, karmię. Kiedy zasypia robię obiad, prasuję jej miniaturowe ubranka, z których tak szybko wyrasta. Jedne odkładam do skrzyni, w której jest wszystko to co za małe, kolejne wyjmuje z szuflady, w której jeszcze niedawno znajdowało się wszystko co za duże, a dziś pasuje na Nią idealnie.

Za sześć dni Pola skończy 5 miesięcy. Kiedy tylko mogę robię jej zdjęcia i utrwalam wszystkie te momenty, które nie chcę by wyleciały mi z głowy. Z doświadczenia wiem, że pamięć bywa ulotna. Wiem też, że wielu rzeczy, które na razie są zachowane w mojej pamięci nie uwieczniłam w żaden sposób. Nie zrobiłam zdjęcia, nie nakręciłam pierwszego śmiechu kamerką. Dziś kiedy tylko mogę mam pod ręką coś dzięki czemu upamiętnię tyle chwil ile tylko będę mogła. To co widzicie Wy, to zaledwie ułamek mojej galerii. Głównie ze względu na to, że rzadko publikuję tutaj zdjęcia innych bliskich, a to oni tworzą klimat naszych wypadów, naszego wspólnie spędzanego czasu. Pola stała się istotką, która jest oczkiem w głowie każdego członka rodziny. Zakochał się w niej każdy kto ją ujrzał i każda babcia, prababcia, ciocia ma ją w swojej ramce. To dla mnie ważne. By pielęgnować wspomnienia, by nie zdawać się tylko na to co jest w naszych głowach.

Co do zdjęć w wydaniu papierowym to odkąd pamiętam miałam problem z uzupełnianiem albumów. Dziś znów jestem dwa lata do tyłu. Muszę zaopatrzyć się chociaż w przenośny dysk , bo w razie utraty danych na komputerze utraciłabym chyba część swojego życia. Całe szczęście mam tą stronę, ten blog, który będzie pamiątką na zawsze. Nie zniknie, nie ulegnie zniszczeniu. Będzie pamiątką dla mnie, dla Poli, dla naszej rodziny. Spisem wspomnień, zdjęć, przemyśleń. Potrzebowałam czasu, by dojrzeć do prowadzenia tej strony. Potrzebowałam czasu, by zrozumieć co tak na prawdę chciałabym by na tej stronie się znalazło. Dziś wiem, że ma to być miejsce, w którym człowiek czytając o moim życiu, o moim spojrzeniu na macierzyństwo przekłada to na swoje własne życie. Kiedy czytając o miłości do Poli, zerka na swoją pociechę i zdaje sobie sprawę jak niewyobrażalnie wielka jest jego miłość. Chcę inspirować, wzruszać, a przy okazji tworzyć dla Poli najwspanialszy prezent jaki będzie mogła dostać. Pamiątkę, która pokaże jej jak bardzo ją kocham, jak bardzo zmieniała się z dnia na dzień. I chociaż tak bardzo daleka jestem od zatracenia się w macierzyństwie to w tym, by zrobić dla niej wszystko co najlepsze mogę zatracić się jak najbardziej.

Kiedy po porodzie wróciłam do domu dopadały mnie stany, w których uciekałam do wanny, by chociaż chwilę nie mieć na sobie Poli wiszącej na cycku. Płakałam i tak bardzo wątpiłam w to czy podołam.

Bywały takie dni, kiedy czekałam tylko na chwilę kiedy F. wróci z pracy, kiedy wykąpię małą i się położę. Z dnia na dzień zaczęłam radzić sobie coraz lepiej. Odnajdywać się w tej nowej roli. Kiedy minęły dwa tygodnie nauczyłam się jak ją usypiać. Przytulenie do piersi, kołysanie, włączony szum morza - kilka minut i dziecka nie było. Była zbyt mała, by się z nią bawić i śmiać. Kiedy skończyła dwa miesiące zaczęła przesypiać całe noce. Od 20 do 6 ani jednej pobudki, o 6 pobudka na karmienie i sen do 9/10. Byłam w niebie. O 20 leżałam już na łóżku oglądając ulubione filmy, seriale i opowiadając sobie z F. jak minął nam dzień. Bajka szybko się skończyła i zaczęły się nocne pobudki. Raz, dwa, trzy a nawet cztery razy. A to popije sobie mleczka, a to wypadnie jej smoczek, a to ją coś przebudzi. Rano po takiej nocy wstaje się ciężko, ale sprawdza się to co mówiła mi każda matka jak byłam w ciąży. Będziesz zmęczona totalnie, a ona się do Ciebie uśmiechnie... i Ci minie. I rzeczywiście. Bezzębny uśmiech sprawia, że nie pamiętam już tych pobudek. Nie pamiętam tego z jaką złością kroczyłam do jej pokoju. Patrzę na ten uśmiech małej istoty i śmieję się razem z Nią.

Wracając do tematu. W niepamięć odeszły już te wieczory, kiedy czekałam na jej sen. W niepamięć odeszły też te, które były po prostu koszmarem. Im bardziej zmęczona tym większy płacz, wyginanie się i generalnie pokazanie mi, że nie ma ochoty na zabawę, sen i jedzenie. Chce po prostu płakać. Bo jest zbyt zmęczona, by zasnąć i zbyt zmęczona by nie spać. Pożegnałam już te początki kiedy jeśli nie spała, to albo jadła albo płakała, albo... albo po prostu patrzyła się na wszystko i poznawała. Dziś po wieczornej kąpieli, cieszę się czasem spędzanym z Nią. Zazwyczaj leżymy na łóżku we troje i nachodzą nas refleksje. Wpatrujemy się w jej buzię, bawimy się z Nią. A ona taka wesoła, z mokrymi włoskami pokazuje nam jak bardzo się cieszy. Kocha czułości. Kocha gdy się ją mocno przytula. Nie wyrywa się jak kiedyś. Tulimy ją, całujemy w szyjkę, robimy samoloty. Te wieczory są magiczne. Kiedy dopadł mnie chwilowy baby blues tęskniłam za beztroskimi wieczorami kiedy wsiadałam w samochód z przyjaciółmi, jeździłam spontaniczne nad morze, siedziałam na klifie i nie musiałam wracać. Dziś wiem, że tej chwili kiedy leżymy z Nią zmęczeni po całym dniu nie zamieniłabym na nic w świecie. Tej chwili kiedy jestem już tak zmęczona, a ona gaworzy i śmieje się w głos. Tej chwili kiedy patrzy się na mnie i wiem... po prostu wiem, że patrzy na mnie i na Niego z miłością. Uczucie nie z tej ziemi. Człowiek przestaje myśleć o spaniu. Delektuje się chwilą. Bo póki na jej twarzy widnieje uśmiech, a oczy nie zalewają się łzami... mogę nie spać wcale. Wystarczy mi widok jej szczęścia. Szczęścia, dla którego zrobię wszystko.

Lipiec. Piękny miesiąc, który zawsze cieszył wszystkich uczniów w takim stopniu, że sami nie wiedzieliśmy co zrobić z taką ilością wolnego czasu. Dziś będąc matką, jedyne co jest dla mnie w lipcu inne to pogoda.

Dalej mam możliwość wyjazdów, ale nie ma tu raczej mowy o odpoczynku. Pamiętam jak trzy lata temu leżałam z F. na plaży w Sopocie patrząc na małe dzieciaki i rozmyślałam z nim na głos, jak fajnie będzie przyjechać kiedyś tu z naszą pociechą. Czas minął szybko. Dziś nasze szczęście jest już na świecie i postanowiło znacznie utrudniać nam podróże od jakiegoś czasu, protestując w foteliku samochodowym na prawdę głośno, że nie ma zamiaru w nim siedzieć, a już tym bardziej spać. Ale mimo wszystko planujemy... wyjazd do Warszawy, nad morze, do Wrocławia. Wyjazdy gdzie tylko się da. Wyjazdy we troje. Takie rodzinne. Takie o jakich zawsze marzyłam.
Póki co, by nie dusić się w czterech ścianach w tak piękną pogodę, spędzamy całe dnie w ogrodzie. Delektujemy się sobą i cieszymy piękną pogodą. Co jakiś czas chowamy się do chłodnego pomieszczenia, by chwilę odetchnąć. To wszystko jest takie piękne. Sprawia, że codzienność nie rozczarowuje, a wręcz przeciwnie. Uszczęśliwia Nas. Czuję, że to miejsce, ten dom rodzinny, z którego chcę czasem uciekać coraz bardziej staje się moim miejscem na ziemi, w którym czuję tak dobrze jak u babci. Dziś rozłożyłam z siostrą basen i czekamy aż nasza mama przywiezie nam mniejsze dla naszych pociech. Cholera. Skoro tak bardzo cieszy mnie ten fakt, to jak bardzo muszą cieszyć się nasze dzieci. Kocham robić im prezenty. Kocham je uszczęśliwiać, dawać im to czego ja nie miałam. Tak bardzo chciałabym, by miały w życiu wszystko czego zapragną. Potrafię wyprzedać pół swojej szafy, by uzbierać jej na wymarzone łóżeczko. Potrafię powiedzieć sobie : "Dobra nie będę teraz kupować sobie kosmetyków, przecież jest lato. Kupię coś Poli". Nie jestem osobą, która kupuje tony rzeczy dla dziecka kompletnie mu nie potrzebnych. Ale jeśli chodzi o to co się przyda - nie oszczędzam na tym. I mimo, że to miłość matki do dziecka jest najważniejsza - to i tak chcę, by Ona miała wszystko co najlepsze. Nawet jeśli miałabym sobie czegoś odmówić.
Lipiec jest też miesiącem, w którym pogoda zaskakuje. Przynajmniej w tym roku. Jeszcze kilka dni temu pogoda była na prawdę marna, a w niektórych rejonach Polski było wręcz zimno. Dziś siedzę pod parasolką kryjąc się przed tymi silnymi promieniami słońca. W końcu wyjęłam z szafy zakupiony w Gdyni kombinezon, który urzekł mnie tym co kocham najbardziej. Delikatnym, pięknym wzorem. Oprócz cudownego wzoru i wysokiej jakości, o której każdy kto kupuje w KappAhl wie, jestem zadowolona jeszcze z jednej rzeczy. Ostatnio Pola mając fazę na branie wszystkiego do buzi, zaczęła to robić również z bluzkami. Łapie za ich koniec, odsłania brzuch, który często też przez przypadek sobie zadrapie i bierze bluzkę do buzi. Kombinezon okazał się idealnym rozwiązaniem i przynajmniej jest ciągle na swoim miejscu, a nie jak bluzki - pod szyją. Gorzej już z butami, bo Pola opanowała do perfekcji umiejętność ich ściągania. Ale mimo wszystko... to zestawienie wygląda dla mnie pięknie. A rzeczy, które się na nie składają zdecydowanie są moimi faworytami. Ach, chciałoby się mieć w swojej szafie takie same cudowności w rozmiarze L ... ;)
Co obecnie w szafach Waszych dzieci jest Waszym faworytem?

Kocham swoje dziecko nad życie. Nad życie, które mogłabym za Nią oddać. Czasem mam jednak po prostu dość. Dość wszystkiego. Mam ochotę zamknąć się w małym pomieszczeniu i zacząć krzyczeć, albo po prostu skryć się gdzieś i porządnie wypłakać. To uczucie pojawiło się znów. Ostatniego wieczoru. Zmęczona kolejnym dniem, w którym Pola ucięła sobie aż dwie 20 minutowe drzemki, a przez pozostały czas kazała się nosić, bo kiedy siadałam lub odkładałam ją do wózka kończyło się to tak przeraźliwym krzykiem jakbym co najmniej zrobiła jej krzywdę. W dzień mi to nie przeszkadzało. Nosiłam ją, tańczyłam, śmiałam się, wygłupiałam. Z godziny na godzinę czułam się coraz bardziej zmęczona i niecierpliwie zerkałam na zegarek. O 19 wybiorę się na upragniony trening. Nie wybrałam się. Spóźnienie partnera, szybkie obliczenie, że już się nie opłaca, bo trzeba Polkę wykąpać, nakarmić, a przecież jutro seminarium, egzaminy. Spoko...zostaję. Przecież są sprawy ważne i ważniejsze, a moje potrzeby trzeba czasem po prostu odłożyć na bok. Godzina 19:30. Zasnęła. Dawno już nie chodziła spać o tej porze. Szybkie przejrzenie notatek, wsunięcie płatków. Godzina 21. Idę spać. F. Ogląda mecz. Proszę go by ściszył. Robi to, ale to nic nie daje. Mimo zmęczenia nie mogę zasnąć, a tak bardzo chciałabym wykorzystać tą wczesną godzinę i wyspać się na te cholerne studia. Każdy dźwięk z telewizora doprowadza mnie do szału. Mam wrażenie, że nikt nie liczy się z moimi potrzebami. Każdy patrzy tylko na siebie. Myślę tylko o tym, że budzik nastawiony jest na 6, a mnie czeka zapewne maraton nocny z Polą. Czuję się tak przybita. Przybita życiem. Obowiązkami. Wszystkim. Mam ochotę uciec. Sama, gdzieś daleko. Łzy cisną mi się do oczu. Myślę o tym jak bardzo nie chce mi się jutro wstawać, jak bardzo nie chce mi się nic robić. Każdy ruch F. doprowadza mnie do szału. Denerwuje mnie nawet dźwięk jego oddechu. Tak bardzo żałuję, że wyniosłam kanapę z pokoju Poli. Nie mam ochoty tutaj być. Pragnę ciszy i samotności. Pragnę odrobiny wolności i oddechu. Pragnę chwili, w której nic nie muszę. W głowie tylko słyszę szyderczy śmiech "Jesteś matką idiotko. Już zawsze będziesz "musieć". " Co się dzieje do cholery? Przecież nie sprawiało mi to nigdy problemu. O co tu chodzi?
Podejmuję kolejną próbę snu. Powieki stają się coraz cięższe i nagle...płacz. Nie wstaję. Ku*wa czemu teraz. F. wstaje i idzie do Poli. Płacz nie ustaje. Jak zwykle myślę sobie, że najlepiej z Polą obchodzić umiem się ja. Wstaję z łóżka i idę do Niej. F.przekłada ją na drugi bok.  "Co ty jej robisz, nie widzisz, że płacze, trzeba ją wziąć na ręce..." .Odsuwam go od łóżeczka, znów pokazując mu, że czego nie zrobi - ja zrobię to lepiej. Biorę Polę w ramiona i przytulam. Płacz ustępuje natychmiastowo. I nagle... dochodzi do mnie.
Przed chwilą chciałam uciec. Chciałam ich wszystkich zostawić. Wiem, to nie było tak na poważnie, ale miałam ochotę to zrobić! Jak ja w ogóle mogłam? No jak się pytam. Przytulam ją coraz mocniej, łzy zaczynają lecieć mi ciurkiem. Zaczynam zanosić się coraz bardziej i gładzę ją po głowie. Śpi i tak słodko mruczy. "Boże, przepraszam Cię. Nigdy bym Cię nie zostawiła". Czuję się co najmniej jakbym miała już spakowane walizki i kupiony jeden bilet w jedną stronę. Stoję tak z Nią jeszcze dłuższą chwilę i nie umiem jej odłożyć. Po chwili to robię idę do swojego pokoju i rozkładam drugie łóżko. Chcę być dziś z Nią. Przenoszę ją z łóżeczka i kładę obok siebie. Jej oddech i obecność tak bardzo mnie uspokaja. Nie przeszkadza mi już dźwięk telewizora. Powoli zaczynam odpływać. Trzymam ją za rękę i mimo tego cholernego zmęczenia myślę sobie, że fajnie jest coś "musieć". Jeszcze fajniej jest chcieć. A to, że czasem opuszczają nas siły jest tylko sprawdzianem .Sprawdzianem naszych możliwości, naszych uczuć i cierpliwości. Przybliżam do niej twarz i szeptem mówię do jej ucha "Kocham Cię". Po policzku spływa mi jeszcze kilka łez. Nie chcę już nigdy wątpić. Ale tak będzie. I wiem, że tak będzie nie raz. Jesteśmy tylko ludźmi. Wątpimy, słabniemy, upadamy. Ale zawsze wstajemy. Tym bardziej jeżeli mamy dla kogo...

Codzienność potrafi przytłoczyć. Jeszcze bardziej potrafi dobić nas rutyna. Codziennie te same czynności, te same cztery ściany. Bardzo łatwo popaść w monotonię dlatego tak bardzo staram się, by każdy dzień był tak bardzo różny od poprzedniego.

By był sam w sobie wyjątkowy. Jeździmy na wycieczki, wychodzimy na spontaniczne spacery, wymyślamy nowe zabawy. Ostatnio przez choróbsko opuściła mnie moja energia i siły. Wczoraj czując się już "ciut" lepiej, ale jeszcze nie na tyle, by plan dnia był nie wiadomo jak urozmaicony - zrobiłam to co lubię w takich momentach najbardziej. Wzięłam kocyk, aparat i położyłam się z Nią na trawie. Ktoś mógłby pomyśleć: "Że jej się to nie nudzi? Co jest fajnego w leżeniu na kocu?" . A dla mnie to jedna z piękniejszych chwil. Przepełniona pięknem i spokojem. Po brzegi zapełniona miłością. Szczęście odnajduję wtedy w jej uśmiechu i w uciekającej przez trawę mrówce. W śpiewie ptaków skrytych w ogrodzie i w promieniach słońca próbujących przedostać się do naszej kryjówki. Szczęście jest wtedy wszędzie. Dźwięki z zewnątrz, przejeżdżające samochody, szczekający pies zdaje się być tłumione przez moje uszy. Łapię w kadr jej uśmiechy, jej ruchy, jej miny.

Zawsze kiedy przypatruję jej się z taką uwagą do oczu napływają mi łzy. Cholera, chyba nigdy tak często nie płakałam ze szczęścia. Czy kiedykolwiek takie szczęście mnie w ogóle spotkało? Nie... Jestem pewna, że nie. Jest to szczęście jedyne w swoim rodzaju. Moje, własne, osobiste. Kładę się obok Niej. Czuję jej oddech na swoim policzku. Czujesz to? To życie. To mój mały cud, który żyje dzięki mnie. To mój mały cud, który pielęgnuję tak starannie i uważnie jak ogrodnik swoje rośliny. Spoglądam w jej oczy. Widzisz to? Śmieją się do mnie. Wpatrują jak w święty obrazek. Cały mój świat... cały... streszcza się w jednej osobie. Mały skrzat, który wtula się we mnie budząc w nocy. Mały skrzat, który rano budzi się bez skarpet, bo nauczył się je ściągać.

Mały skrzat, który śmieje się w głos, rozbawiając wszystkich wokół. Mały, wielki człowiek. Wyjątkowy ktoś - moja mała córka. Która chociaż nie wiele jeszcze rozumie, to utrzymuje mnie przy życiu w ostatnich dniach, które mnie rozczarowują. Dobry nastrój jest doszczętnie rujnowany co chwilę kiedy wydaje mi się, że wraca. Siły odeszły gdzieś daleko, a ja sama popadłam w dziwny nastrój. Ratuje mnie tylko ona. Chciałabym się wyspać, ale czuję się potrzebna kiedy budzi się w nocy, by się do mnie przytulić. Tak samo jak mnie to wkurza, to z taką samą siłą rozczula kiedy jest już w moich ramionach. Co się ze mną dzieje? Czy ten brak sił i motywacji wynika z choróbska? Czy jest coś więcej? Nie wydaje mi się i mam nadzieję, że nie. Chcę znów tryskać energią, chcę skakać z radości jak 8 latka, która właśnie dostała lizaka. Chcę robić wszystko, a momentami nic i chcę, by uśmiech nie schodził mi z twarzy. Ale czasem musi popadać, by wyszło słońce. Po prostu musi...

Dokładnie 4 miesiące temu przyszła na świat. Najważniejsza istota w moim życiu. Zaskrzeczała odważnie i ucichła w moich ramionach. Dziś leży obok, śmieje się na głos i fika nóżkami tak mocno, jak gdyby chciała już wstać i iść przed siebie.

Pamiętam jak bardzo zniecierpliwiona byłam kiedy w pierwszych dniach nie robiła nic innego poza snem, płaczem i jedzeniem. Pamiętam jak bardzo pragnęłam, by po prostu coś zaczęło się dziać. I zaczęło. W tempie błyskawicznym zaczęła zmieniać się jej buzia, jej ciało, jej miny, wydawane dźwięki. Nagle zaczęła przewracać się na brzuszek, łapać przedmioty, śmiać się w głos, ziewać w prześmieszny sposób, trzeć sobie oczka gdy jest śpiąca. Tak proste czynności tak bardzo chwytają za serce. W łóżeczku zastaję ją zawsze w odwrotnej pozycji niż jest kładziona, a gondola zaczęła robić się mała i zbyt bardzo ograniczała widoki, zatem zmieniliśmy ją na spacerówkę. (spokojnie, spacerówka wcale nie oznacza, że dziecko musi siedzieć w pionie). Spacery stały się niczym wycieczki krajoznawcze, a płacz z powodu zmęczenia ciągłym podnoszeniem się na łokciach, by zobaczyć coś poza moją facjatą ustąpił. Jej twarz zdaje mi się być czasem taka dorosła, tak świadoma tego co dzieje się wokół. Wiem, że już niedługo będę tęskniła za tymi małymi rączkami, stópkami itp. Tak jak już teraz tęsknie za tym 'noworodkowym skrzeczeniem' i machaniem łapkami na oślep. Dlatego tak bardzo staram się upamiętniać to co jest tu i teraz, cieszyć się tym. Celebrować każdy moment, każdą chwilę.

Pisałam Wam ostatnio o zmianach jakie zaszły w mojej córce. A jak ja zmieniłam się przez te cztery miesiące? Chyba, a raczej na pewno stałam się bardziej cierpliwa i wrażliwa. Cięty język przestał już być tak cięty, a charakter złagodniał. Zaczęłam bardziej doceniać każdą minutę i przestałam marnotrawić czas. Niedziele stały się ulubionym dniem tygodnia, a przespanie pod rząd czterech godzin bez przerwy zaczęło być tak rzadkie, że kiedy się zdarzy... traktuję to jak miłą niespodziankę, za którą warto podziękować. Może nie temu na górze, ale Poli :P

Czego jej życzę na kolejny miesiąc? Chyba mniej płaczu, a więcej radości. Wspaniałego rozwoju i zdrowia. Spokojnych nocy i nieprzeszkadzania w dziennych drzemkach (tych spokojnych nocy to w sumie bardziej sobie :P ). Wszystkiego co najlepsze... bo zasługujesz. I zawsze będziesz zasługiwała. A to co jestem w stanie Ci dać, zawsze ode mnie dostaniesz. Miłość, szacunek, pomoc + to co materialne. Choćbym miała dawać Ci co najlepsze kosztem siebie - zrobię to.

Kocham Cię córko. Wszystkiego najlepszego.

@alicjawegnerpl

Zajrzyj na mój Instagram i sprawdź, jak żyję, manifestuję oraz działam.
cartcrossmenuchevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram