Zapewne znasz ten moment doskonale. On zbliżający usta do Twoich...Wasze przyspieszone bicia serc...cisza.On gładzi Twoje włosy, rozpala Cię do czerwoności, a Ty zaczynasz pomału czuć się jak bohaterka romantycznej sceny filmowej...przygryzasz wargę, ściskasz jego ramiona, chwytasz za jego bluzkę i nagle do akcji wkracza ...
...twoje dziecko ...spragnione...picia, jedzenia, zabawy i Was obojga. Absolutnie wyspane, radosne i gotowe do kolejnych dłuuugich godzin zabawy...
Słooodko co? W ogóle mam wrażenie, że życie seksualne jakoś tak diametralnie zmienia się po narodzinach dziecka. Ciul w te obwisłe cycki po KP, bliznę po CC i rozstęp tu i ówdzie. Po ciemku nie widać! ( chyba?! ). Ale weź tu bądź boginią seksu, kiedy równolegle do tego robisz akurat pranie, gotujesz ziemniaki i dopiero co ogarnęłaś swoje drące się od 3 godzin, ząbkujące dziecko.
No bo wiecie...taka sytuacja. Godzina 20:00. Uśpiłaś wreszcie dziecko, które miało mega zły dzień. W przepoconej bluzce po całym dniu i skołtunionych dresach, ogarniasz łaźnię, która po kąpieli dziecka wygląda jak dom po tsunami. Marzysz już o umyciu tłustych włosów i zmyciu resztek nędznego makijażu, ale słyszysz pikającą pralkę, zmywarkę i zaczynasz czuć smród z piekarnika ( kur*a, zapomniałam wyjąć tego kurczaka !!! ). I wtedy do akcji wkracza Twój rycerz. Spragniony Ciebie całej, chcący Cię pożreć tu i teraz. No i oddałabyś mu się na tym kuchennym blacie, od razu, ale trochę strach unieść rękę, trochę strach, bo nie zdążyłaś ogolić nóg i generalnie trochę strach...bo czujesz się jak but pielgrzyma. Przepocony, zmęczony i generalnie taki jakiś...sflaczały. Więc mówisz "zaraz kochanie, idę wziąć kąpiel", w wannie zasypiasz, wracasz, on śpi. Budzisz go, zaczynacie i nagle słyszycie dobiegające z łóżeczka "mamoooooo, piiić. mamoooo jeść!". Lecisz więc rozgrzana, podekscytowana, robisz mleko, kanapki, frytki co tam dziecię sobie zażyczy, dajesz butlę z mlekiem. Usypia. Ufff. Let's do this baby! A twój baby śpi. Mrrr. I to chrapanie. I nagle okazuje się, że zrobienie szamy, ponoszenie chwilę na rękach i kołysanka wcale nie trwała 5 minut jak Ci się wydawało, a godzinę.
Ale to tam wiecie... Najlepszy w życiu matki polki jest seks NA CZUJA. Oddajesz się miłosnemu uniesieniu, co chwilę zatrzymując akcję i mówiąc "Ci, ci, ci!!! Słyszałeś?" , "Co słyszałem?" ... " No dziecko!" ...cisza. Ok, jedziemy dalej! Ci, ci, ci! A nie dobra, zdawało mi się. Jeszcze lepsze są jednak historie moich koleżanek... miłosne uniesienie, on tulący ją namiętnie i dziecko pojawiające się nagle obok jak zjawa "Mamo, daj mi pić."
Można by było rzec "A w dupę z takim seksem" - ale brzmi tak jakby trochę niebezpiecznie. A losu lepiej nie kusić.
.
.
.
No a tak całkiem serio, to przecież matki polki seksu nie uprawiają. Już na pewno nie wtedy kiedy w domu są dzieci, a fuj! No i o seksie też nie rozmawiamy, pamiętajcie! On powinien przestać dla nas istnieć. Bo przecież dzieci nasze wzięły się ... z kosmosu. Ewentualnie niektóre z nas znalazły je w kapuście, jeszcze innym bocian podrzucił je do ogródka. Są jeszcze przypadki niepokalanego poczęcia. Ale NIGDY przenigdy jest to wynik seksu. A fu!
Witam . Mam na imię Alicja, mam 22 lata i mam problem. Nie umiem powstrzymać się od zachowań, które niszczą moje dziecko! Nie widzę tego, ale widzą to inni. Nie chciałam wierzyć, że inne matki znają moje dziecko lepiej ode mnie, ale tak jest. Mam duży problem. Jestem zła i okrutna ... co robić...
Znam smak czekolady, parówek i... danonków. Wiem. Jesteś przerażona, że moje zwierzenia już na początku są tak drastyczne... To nie wszystko. Lubię ryzykować. Lubię czasem wystawić Polę na dwór bez czapeczki...stoję wtedy za rogiem i szyderczo się śmieję ze swojego psikusa. Czasem sięgam też po broń. Telefon - wymierzam nim prosto w moją córkę i naciskam... "You tube" ... po czym szybko uciekam do kuchni i jem tak żeby nie widziała. Chciałabym na tym skończyć, ale tak naprawdę to wszystko to dopiero początek... Czasem kiedy moja córka kroczy ze mną środkiem marketu, pokazuje mi na "Lubisia"... wszyscy się zatrzymują i patrzą co zrobię. Czas się zatrzymuje. Nie wiem. Nie mogę jej pozwolić, nie mogę jej tak skrzywdzić. Ale ona zaczyna krzyczeć. Co teraz? Zaraz się spoci. Spocenie jest chyba gorsze od czekolady... Dobrze, weź - mówię. Wszyscy wciskają czerwone guziki. "Czytałaś skład?!" ; "Jak możesz?!" ; "Dlaczego jej to robisz?" ; " Właśnie zafundowałaś jej nadwagę!"... Uciekam szybko z marketu, a Pola biegnie ze mną. Ma na sobie buty po córce siostry... Czuję na sobie wzrok przechodniów... Wiem, właśnie funduję jej grzybicę + na bank jakieś skrzywienie stopy...ale nie umiem się oprzeć! Jeszcze nigdy nie miałam do czynienia z grzybicą, tak bardzo chciałabym zobaczyć jak to jest!
Wiem, wiem, zapewne nie możesz już tego wszystkiego czytać, dzwonisz po MOPS, ale czekaj... sądzę, że będą potrzebowali wsparcie... dlaczego? Dlatego, że ja jeszcze nie ujawniłam najgorszych faktów o sobie...
czasem...
nie pozwalam dziecku....
zasnąć...
o godzinie...
18...
i męczę ją zabawami, żeby przetrzymać ją jeszcze godzinę... Wiesz to taka drastyczna scena. Ona krzyczy, że chce spać, a ja przyklejam ją przecież na bank do ściany jakąś taśmą i mówię " Żadnego spania!!!". Prawda? Przecież inaczej dziecka nie da się przetrzymać !!!
Jest jeszcze coś... kupuję czasem dziecku drogie zabawki...i...pozwalam się nimi bawić !!! Wiem, to świadczy tylko o tym, że NIGDY przenigdy nie pobawię się z dzieckiem w berka, ale chęć posiadania jest czasem silniejsza ode mnie. Sąsiadki szepczą, że to wynagrodzenie braku miłości... Zapewne mają rację. Nie kochasz... kup dziecku zabawkę. Ale drogą....jak kupisz tanią, to kochasz najmocniej na świecie... a ja nie potrafię!!! ;(
Wiem, że już nie możesz znieść tego wszystkiego, masz już dość i oczy zalewają Ci się łzami, bo moje dziecko jest tak traktowane, a nie inaczej...
Ale na koniec chciałabym też dodać...że czasem z Polą chodzę na basen. I wtedy delikatnie zza majtek wystaje mi blizna po cesarskim cięciu... i wtedy dowiaduję się...że wcale nie jestem wyrodna i Poli nic nie grozi...bo...
.
.
.
ja nie jestem matką! I nigdy nie urodziłam. Ufff! Jak dobrze! Jak dobrze nie być matką...
bo tylko matki mają takie popieprzone problemy! ;)
Książki dla dziecka to idealny pomysł na wspólne spędzenie czasu. Od rana siedzę sobie z dwójką wspaniałych dziewczynek, które w jednej chwili się kochają, w drugiej krzyczą, bo jedna drugiej coś zabiera. I tak samo przy tych zdjęciach... Milla chce czytać Emila, to Pola też chce czytać Emila. Milla odkłada Emila, bo chce czytać maciupka - Pola też chce czytać maciupka. No a razem czytać nie będą przecież. I tak oto zabawa z czytaniem kończy się fochem Poli, przytupnięciem , rzuceniem książką i jednoznacznym stwierdzeniem płynącym z jej oczu "Mam gdzieś te Twoje zdjęcia i te książki". Ale dla mnie to nie przeszkoda. Zdjęcia zrobiłam, książki przeczytałam, reakcję dziewczyn zbadałam. A tak w gratisie złapałam się na tym, że książki dla małych dzieci potrafią wciągnąć nawet dorosłego... Przedstawiam Wam 5 świetnych książek, które pokochały moje dziewczyny. Kto wie - może i Waszym dzieciom przypadną do gustu.
Książki dla dziecka o myszce Maisy są pisane w j.angielskim. Są to krótkie historie zilustrowane odpowiednimi, prostymi obrazkami. Idealne dla dzieci takich jak Milla - w wieku 3+, które już rozumieją pojedyncze wyrazy po angielsku. Z kolei proste obrazki idealne są już do opowiedzenia historii za pomocą ilustracji mniejszym dzieciom - takim jak Pola.
Przepiękna książka, która nie jest pisana tradycyjnym drukiem, a drukiem przypominającym pismo. Cudowne rymy, dzięki którym książka zdaje się czytać niesamowicie lekko i rytmicznie. Przepiękne grafiki wyglądające jak rysunki prosto spod mistrzowskiego ołówka. Książka opowiada o Maciupku - samotnym i nieśmiałym. Świat i ludzie zdają się go przerażać. Boi się kontaktu z nimi, dlatego obserwuje otaczającą go rzeczywistość z bezpiecznej odległości. Pewnego dnia postanawia uciec i właśnie podczas swojej podróży trafia na zatokę doliny muminków. To tam zmierzy się ze swoim strachem i przezwycięży swoje lęki. "Kto pocieszy Maciupka" to powieść idealna zarówno dla małych dzieci, jak i starszaków. Opowiada o trudnościach w wyrażaniu siebie, o uczuciach i miłości. Jeśli kiedykolwiek poszukiwaliście przyjaciela, swojej bratniej duszy i macie w związku z tym wiele wspomnień - ta książka na pewno podbije Wasze serca.
Przy tej książce Milla śmiała się na cały głos i lustrowała wzrokiem wszystkie obrazki. Śmieszna historia o krowie i wronie i ich "przygodzie" z wiosennymi porządkami. Wbrew pozorom książka oprócz humoru, ma też fajny przekaz. Np. tutaj możemy dowiedzieć się, że przechwalanie się i brak umiaru wcale nie są takie dobre jak by mogło się wydawać. Autor książki ma swój indywidualny styl - zarówno w treści jak i w ilustracjach. Idealna dla pociech, które lubią się pośmiać - zarówno z tego co czytają jak i z tego co widzą.
I tutaj zapewne wzdycha właśnie większość dorosłych. Astrid Lindgren to mistrzyni pióra - w połączeniu z ilustracjami Bjorna Berga, który zilustrował wszystkie książki o Emilu, można by powiedzieć, że jest to duet doskonały. Wydaje mi się, że Emil jest ponadczasowy. O ile reksio czy bolek i lolek nie podbijają już tak bardzo młodzieńczych serc jak naszych - tak Emil wciąż zachwyca i wciąż sprawia, że dzieci chcą go z każdą stroną więcej i więcej. I to właśnie ta pozycja zaraz po Milupku była pozycją, której dziewczyny łącznie z 8 letnim Kacprem słuchały s otwartymi buziami. Cała książka to zbiór krótkich opowiadań. Wszystkie z nich zaczynają się piosenką, co daje nam pole do popisu w wymyślaniu melodii i rozbawienia dzieci, by zaraz potem znów wyciszyć je fascynującą opowieścią o psotach Emila. Przedział wiekowy? Tutaj chyba nie powinno być ograniczeń!
Wszystkie te książki dla dziecka są strzałem w dziesiątkę i będą z nami już na zawsze. O ile Pola niewiele jeszcze z nich rozumie, tak patrząc na 3 letnią Millę, utwierdziłam się w przekonaniu, że już niedługo zacznie. Myślę, że w macierzyństwie jedną z fajniejszych rzeczy, jest właśnie to, że możemy poczuć się tak beztrosko jak kilkanaście lat temu. Czytanie książek nie jest tylko obowiązkiem do odbębnienia, a czystą przyjemnością, z której radość czerpie nie tylko dziecko, ale też dorosły.
Powyższe książki, oraz wiele wiele więcej możecie znaleźć na PIKININI .
Duszę w sobie emocje. Gryzę się w język, tłumię wszystko w sobie, by po jakimś czasie czuć, że to wszystko co się w środku skumulowało, wybuchnie zaraz 1000 razy mocniej, niż gdyby wybuchało raz na jakiś czas. Ale chcę chłonąć to co pozytywne, chcę otaczać się pozytywnymi ludźmi i sytuacjami, więc odpuszczam, wymazuję z pamięci pojedyncze, niesmaczne sytuacje...tylko po to, by po jakimś czasie wyrzucić je wszystkie i poczuć jak ten cały syf ze mnie uchodzi.
Czasem przypominam sobie swoje życie, kiedy usunęłam facebooka, nie czytałam gazet i nie oglądałam wiadomości. Och jaka ja byłam szczęśliwa. Och jaka ja byłam spokojna, a me myśli niezmącone były wszechogarniającą nienawiścią i idiotyzmem. Ale przecież social media to uzależnienie i choćbym nie wiadomo jak długo dawała radę bez przewijania walla, to w końcu mnie dopadnie. W wannie, w łóżku przed snem, czy w mega długiej kolejce w markecie. I ku*** zawsze, ale to zawsze mi ciśnienie coś podniesie. Chowam wtedy szybko telefon i mówię sobie "Ależ przestań, policz do 10, na idiotów nie ma rady,1 ,2 ,3..." i przechodzi. A potem znów coś widzę i znów i katuję się tym jak masochistka. Bo ja już sama nie wiem czy idiotów lepiej ignorować czy tępić. Więc w sumie przez większość czasu ignoruję... no to dziś sobie ulżę. Bo mi się przelało.
Zapewne już to zauważyliście, że na tym blogu nie podziałów. Nie ma i nie będzie. Czemu? Z prostej przyczyny! Nie obchodzi mnie jaką matką jesteś i w jaki sposób wychowujesz swoje dziecko. Nie obchodzi mnie czy karmisz kp czy mm, czy śpisz z dzieckiem czy osobno, czy ubierasz czapkę we wrześniu czy pozwalasz dziecku chodzić z odsłoniętymi uszami. Póki nie robisz dziecku realnej krzywdy tj.przemoc - nie mam prawa Cię oceniać i ingerować w Twoje metody wychowawcze. Nie pouczam matek kupujących słodkości swoim dzieciom i nie opisuję ich na facebooku. Nie tworzę prześmiewczych wpisów o matkach przegrzewających dzieci i o dzieciach w grubych rajtach na spacerze, gdy świeci słońce, bo doskonale wiem jak mylne potrafimy wysnuć wnioski na gówno wartej podstawie. Oceniamy widząc kogoś kilka sekund czy minut i nie znając całego kontekstu. Kiedyś wyszłam z Polą na spacer, ubrana w futrzane kamizelki i grubsze rajtki, bo pizgało akurat na dworze niemiłosiernie. Kiedy wracałyśmy momentalnie zrobiło się ciepło, wiatr ustał. Dochodziłam już do domu, więc nie zdejmowałam żadnej warstwy, ale pomyślałam wtedy sobie " No gdyby teraz mnie ktoś zobaczył, to by pomyślał, że na łeb mi ewidentnie padło." Poza tym drodzy państwo...dziecko moje od urodzenia najzwyczajniej w świecie lubi ... ciepło. Nie przegrzewam zatem, ale gdy lekko wieje zaopatruję Polę jak i siebie w apaszkę czy dłuższy rękaw. No ale przecież matki wszechwiedzące, blogerki głównie napiszą Ci jaka jesteś stupid i śmieszna, bo przecież hartowanie w modzie i dla każdego. A spróbuj się nie stosować to zaraz wymyśli jedna z drugą śmieszną historyjkę o Tobie, a rzesza fanów przyklaśnie i nawyzywa mamuśkę od głupich, bo czapka w takie ciepło? A, że nastolatki wełniane czapki noszą latem nad morze, to już jakoś nikogo nie dziwi...
Kolejna sprawa - matki na placu zabaw - no tu już trzeba się totalnie pilnować. Bo powstają nawet ponoć zasady jak matki powinny się na nich zachowywać. Broń Boże nie patrz w telefon - przecież to oznaka, że jesteś;
a) nieodpowiedzialna; b) nie kochasz swojego dziecka ; c) masz w dupie swoje dziecko. To nic, że gdy Twoje dziecko słodko bawi się w piaskownicy, ty przewijasz wall na fp i zerkasz jak maniaczka na to czy dziecko wciąż tam jest co 5 sekund. To nic, że po tygodniowym maratonie ząbkowania to Twój jedyny czas spokoju i odpoczynku. Za rogiem siedzi przecież matka, a nie daj Boże blogerka! Która jedyne co widzi to nie nadającą się na kobietę matkę, która jedyne co przyszła porobić na placu to popatrzeć się w ten głupi telefon! Przy odrobinie szczęścia może jeszcze opisze, że przyszłaś na obcasie. Och te współczesne GUPIE mamuśki. Tylko strojenie się w głowie. Przecież nie dziecko. Noł łej.
I tak czytam czasem te wojny, wojenki, aferki. "Nie urodziłaś, wyjęto Ci dziecko". " Nie dasz dziecku wszystkiego co najlepsze nie karmiąc piersią. To najlepszy sposób na nawiązanie więzi". Nie powinnaś robić tak, srak i owak. No może i nie powinnam, ale kur** chcę. Chcę ubierać dziecku apaszkę we wrześniu, chcę spać w jednym łóżku i chcę nosić pół dnia nawet jeśli nie powinnam. Chcę na placu zabaw lampić się w telefon, bo mam takie święte prawo i chciałabym też wiedzieć, że te matki wkoło nie patrzą się na mnie z nienawiścią czy politowaniem.
Marzę sobie czasem po cichu o takim świecie, gdzie matka na drugą matkę, której dziecko robi furię w markecie nie patrzyła jak na najgorszą, a wsparła dobrym słowem, uśmiechem czy rzuciła "Znam to! :) ". Marzę o braku prześmiewczych wspisów, w których szykanuje się inne matki nie mając do tego najmniejszych podstaw. Marzę o takiej życzliwości, która w dzisiejszych czasach jest na wagę złota, a jeśli już występuję to jest jak dar od Boga. Całe szczęście wychodząc z social mediów, wylogowując się do życia mam przyjemność właśnie takie kobiety spotykać. Uśmiechnięte, nie skażone jadem i nienawiścią. I zastanawiam się do diabła, kogo Wy macie w dzisiejszych czasach za autorytety? Bo widząc pod tymi prześmiewczymi wpisami komentarze " Jesteś świetna! Rób to dalej" to robi mi się ... przykro. Komu my kibicujemy? Ludziom szerzącym nienawiść, ludziom, którzy zamiast wspierać kopią pod sobą dołki? Wstyd się czasem przyznać, że jest się mamą, wiedząc jak w oczach niektórych one wyglądają.
I może nie warto było się spuszczać nad tym temat, rozpisywać...ale może ktoś następnym razem ugryzie się w język i skomentuje inną matkę tylko w swojej głowie, zanim napisze na jej temat cały esej zgarniając poklask innych matek wszechwiedzących - zatruwających ten tak naprawdę piękny świat. Bo świat jest piękny...tylko ludzie to...
Kilka dni temu wyjechałam do rodziców. W aucie cała rozpromieniona widziałam siebie na spotkaniach z koleżankami, na zakupach bez dziecka, w kinie i przy drinku. Następnego dnia po przyjeździe do rodzinnego miasta, razem z F. wybraliśmy się do kręgielni. To takie miejsce, gdzie w jednym pomieszczeniu możesz pyknąć sobie rundkę w kręgle, bilard czy inne cuda. W drugiej sali możesz sobie potańczyć, wypić drina i generalnie dobrze się bawić. Jak szybko się okazało możesz też dostać wpie**** za to, że a) stoisz b) oddychasz c) żyjesz. Będąc mamą niestety/stety zapomniało mi się, że ludzie pijani, a co gorzej naćpani są zdolni do różnych rzeczy. I mimo fajnej potańcówki, rozmów z koleżankami - takie akcje pokazały mi, że w pewnych miejscach lepiej nie bywać. No i że takie rzeczy nie spotkają Cię podczas oglądania "Na wspólnej" z rodziną. Trochę rozczarowana i trochę znudzona po wyjeździe F. do Warszawy napisałam mu: " Wiesz...ja to jednak wolę to nasze domowe ognisko. Lubię Ci robić te obiady, sprzątać i bawić się z dzieckiem, nawet jeśli brak mi już pomysłów i sił". I wtedy zaczęłam rozmyślać, że... cholera! Ja rzeczywiście to lubię. Poczułam w tym momencie coś czego nie czułam od długiego czasu. Ukłucie serca, niemożność wzięcia oddechu. Oczy zalały mi się łzami, a ja miałam ochotę pędzić z powrotem do F, przytulić go i zasnąć z rozpychającą się między nami Polką.
Niby walczy się o to równouprawnienie, niby powinno oczekiwać się od mężczyzn, że wszystkie obowiązki pół na pół. Ale nie po to dążyłam do wspólnego zamieszkania, nie po to snułam wizje o tym jak gotuję obiadki, jak jestem panią domu, by teraz się od tego migać i z tego powodu rozpaczać. Wręcz przeciwnie. Straszną radość sprawia mi czekanie na F. z ciepłym obiadem. Straszną radość sprawia mi dbanie o kuchnię, w której z Polą na blacie przy oknie codziennie jemy pyszne śniadania. Czyste mieszkanie sprawia, że o niebo lepiej mi się w nim siedzi i jestem wdzięczna Bogu i F. że mogę pozwolić sobie na ten komfort bycia z dzieckiem w domu. Nie czekam ze sprzątaniem i gotowaniem, aż F. wróci bo o wiele bardziej wolę po jego powrocie, zabawę we trójkę, wspólny spacer czy film, niż licytację, kto co ma zrobić. Ciężko byłoby mi zresztą wymagać od faceta, który pracuje od wczesnego ranka do późnej nocy, by o 21 łaskawie posprzątał mieszkanie, bo mi przecież doba nie starczyła. I nie muszę tego robić, bo ani F. ani nikt tego ode mnie nie wymaga. Ja chcę to robić, bo to kurcze pokochałam! Podział? Ty pracujesz, ja zajmuję się domem, w którym też pracuję ( podczas całego dnia i tak mam wystarczająco czasu, by usiąść. Spacery z dzieckiem? Toż to odpoczynek sam w sobie). Ty wracasz, spędzamy czas razem.
I tak popłynęłam w tych swoich rozmyślaniach i uroniłam łez kilka w tęsknocie za swoimi 4 ścianami i zrozumiałam, że do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. Wczoraj kiedy wyszłam z koleżanką na piwo, chyba po raz 1 sama zakończyłam spotkanie po godzinie z kawałkiem, ziewając i śmiejąc się, że starość nie radość. I byłam zadowolona, że wyszłam, bo każdy tego potrzebuje, ale zdecydowanie nie jest to potrzeba 1 rzędu i zdecydowanie kilka razy do roku mi starczy. O wiele bardziej byłabym za częstszymi wypadami tylko we dwoje. Ja i F. Bo naładowanie baterii bez dziecka jest totalnym odlotem nawet jeśli trwa kilka godzin. A, że "we dwoje" to wciąż znaczy rodzinnie. To przynajmniej nie czuję tej pustki, która zalewa mnie właśnie teraz.
I tak spacerując dziś po raz kolejny po Inowrocławiu, rozmarzyłam się o tym ile jeszcze przed nami. Wspólne wakacje, wspólne spacery i rozmowy przy ognisku. Zarówno tym domowym jak i tym w ogródku. Jak można się z tego nie cieszyć? I walić to, że chata wynajmowana, że nie starcza na wszystko, że dziecko ciągle rozwala zabawki, które chowam, a facet zapomina wziąć śmieci, które mu szykuję rano. Tego przecież chciałam. Równouprawnienie? Dla mnie wyglądała właśnie tak, że każdy robi to co robi, każdy robi to co lubi... u mnie na przykład F. uwielbia gotować i kiedy tylko ma czas to on urzęduje w kuchni... i nikt nie ma do nikogo pretensji o podział, bo podziałów właściwie nie ma... już na pewno nie w kwestii dziecka, bo to akurat "obowiązek" dwojga rodziców, dlatego tak nie cierpię, kiedy kobiety mówią, że mąż POMAGA im przy dziecku. POMAGA... jak niania jakaś, babcia, czy ciotka... a nie rodzic. Rodzic się zajmuje, a nie pomaga... A dbanie o dom pozostawiam w głównej mierze tylko i wyłącznie sobie... bo nikt nie stworzy takiej atmosfery w domu jak kobieta. Świeże kwiaty, magnesy z sentencjami, nowe łupy z sh, które nadają charakter mojej kuchni i pachnące babeczki z owocami z targu. I żeby nie było... robiąc to wszystko jednocześnie spełniam SWOJE marzenia, realizuję swoją pasję i nadal pamiętam o byciu kobietą. Ale nauczyłam się to wszystko godzić. Matka polka, kura domowa? Nie dla mnie takie określenia. Spełniona kobieta, matka, narzeczona? Tak. To zdecydowanie ja. A to dopiero początek tej całej przygody... przygody tworzenia rodziny, swoich 4 kątów i wymarzonego życia.
Bycie full time mamą 24 h bez żadnej pomocy potrafi ostro dać w kość. Doskonale pamiętam czas, gdy miałam swoją teściową dwa bloki dalej i podczas mojej choroby brała Polkę na kilka godzin, albo po prostu brała ją gdy chciałam wyskoczyć na pocztę, do sklepu. Wiedziałam, że wyprowadzka do nowego miasta, gdzie nie będę miała kompletnie nikogo, będzie dla mnie wyzwaniem. Jednak jak się okazało - mimo, że jest cholernie ciężko - jest jeszcze lepiej.
Jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy któraś z koleżanek pisała mi, że jest z dzieckiem bez żadnej pomocy rodziny, odpowiadałam "Boże podziwiam! Ja to bym zwariowała". W sumie to miałam rację. W cholerę idzie zwariować jak się nawet człowiek załatwić w spokoju nie może i w cholerę idzie zwariować jak Ci nikt do dziecka przyjść nie może, żebyś z facetem mogła iść sobie na głupi spacer we dwójkę na 10 minut. Ale kto powiedział, że nie można zwariować pozytywnie? Oczywiście, że można. A jak to było u mnie?
2. Znudzenie - halo? Dlaczego jestem tutaj sama? Dlaczego nikt jej na chwilę nie weźmie? Boże, dlaczego znów jem zimny obiad? Halooo, ja chcę do kina! Do pubu, na kolację!
3. Nauka organizacji - czyli akceptacja tego, że nie mam nikogo do pomocy i nie mogę nad tym stanem rzeczy ubolewać przecież. Uczenie się siebie z Polą od nowa, walczenie z momentami słabości i dbanie o jak najlepszą organizację dnia czyt. pakuję do torby pampersy, żarcie i picie i wybywam z chałupy, żeby nie sprzątać ;) ( joke - chociaż nie powiem - bywało i tak :D )
A tak całkiem poważnie. Kiedy miałam pomoc pod ręką, mówiłam: " Ja nie dałabym rady bez rodziny, bo są sytuacje, że dziecko muszę po prostu podrzucić nawet na pół godzinki" - i do tej pory doceniam, że nie musiałam z dzieckiem pocić się w kolejkach do lekarza gdy chorowałam, nie musiałam targać na usg piersi, do ginekologa i na pocztę. Kiedy jednak człowiek zostaje skazany sam na siebie, okazuje się, że bywanie z dzieckiem WSZĘDZIE jest normą, bo przecież inaczej nie można. Ciekawą sytuacją było dla mnie ostatnio ukruszenie zęba. To niesamowite jak bardzo wątpimy czasem w nasze dzieci. Zrozpaczona umówiłam się na wizytę ok.18 do dentysty w bloku naprzeciwko. F. dzwoni, że będzie po 20 - norma. I teraz czarny scenariusz przed oczami - ja kładąca się u dentysty na cudownym, wygodnym fotelu i Pola skacząca po mnie, bojąca się usiąść na 10 minut sama obok. Aż w końcu dentystka wypraszająca mnie z sali, bo nie może przecież nic zdziałać. No i siedziałam w tej poczekalni zestresowana, a Pola bawiła się w kąciku. I nagle drzwi się otwierają: " Proszę wchodzić" - posadziłam więc Polę na krzesełku obok biurka, dałam książeczkę, kilak zabawek i usiadłam, a Pani zaczęła naprawiać moją jedynkę. 5,10,15 minut dziecko cisza. Wstaję z fotela, Pola spokojna. What the fuck - myślę sobie? Aż musiałam familię obdzwonić, że z dzieciem moim, szatanem małym poszłam naprawić ząb do dentysty. I, że dziecko moje nogi się kurczowo nie trzymało jak zawsze. Może to te opary stomatologiczne...
W każdym bądź razie - nagle okazuje się, że jesteś w stanie z dzieckiem robić wszystko. Jechać godzinę metrem na spotkanie, nawet jeśli w połowie musisz wyjść, bo dziecko zaczyna drzeć się z niewiadomych przyczyn. Nagle okazuje się, że w 30 stopniowy upał potrafisz sama biec z chorym dzieckiem do przychodni, a potem zrobić zakupy na cały tydzień i biec z nimi i z wózkiem do domu. Nagle się kurka okazuje, że dostajesz +100 do zaradności, bo umiesz robić jeszcze więcej rzeczy nogą, uchem, a nawet małym palcem od stopy.
Ale co jest w tym wszystkim najprzyjemniejsze? Teściowa stająca w drzwiach z walizkami i zabierająca dziecko codziennie przez tydzień na kilkugodzinne spacery. Myślicie, że cieszyło mnie to tak samo, gdy pomoc była tuż obok?
A tak całkiem, całkiem serio...największym wyzwaniem jest chyba...samotność. Bo ciul z tą pomocą. I tak jakoś mega tej pomocy nie wykorzystywałam. Ale było do kogo pójść, odezwać się, pośmiać, a nawet po prostu wypić herbatę. I tęskno mi jak cholera i nawet nie wiedziałam, że będzie mi aż tak bardzo. Ale wiecie co? Nie wrócę. Tutaj inaczej się oddycha, inaczej się funkcjonuje. Wierzę, że kiedy w końcu Pola podrośnie, to poznam tutaj fajnych ludzi, z którymi będę mogła sobie wyjść do kina, teatru czy na drinka. Zawsze sobie powtarzam: " Dziewczyno! Masz dopiero 22 lata! Wszystko przed Tobą". A teraz? Teraz to chłonę to miasto jak gąbka z najlepszą towarzyszką, jaką mogłam sobie wymarzyć. I ta towarzyszka nie pozwala mi się nudzić i rozmyślać. Stworzyłyśmy w tej stolicy swój mały świat. Mamy swoje spacerowe miejscówki, swoje ulubione zabawy i póki co jesteśmy tylko dla siebie. Ja dla niej, ona dla mnie. Cholernie to piękne i cudowne zarazem. Pokochałam jedzenie z nią śniadań na blacie i czekanie na F. z ciepłym obiadem. Pokochałam bycie Panią domu wiecie? Jak nigdy polubiłam gotować i sprzątać. I właśnie to stało się dlatego, że wiem, że nikt nie zrobi tego za mnie. Nikt mi w niczym nie pomoże. Więc muszę być samodzielna. I nie dam sobie wmówić, że cały ten pierdolnik, który jest na naszej głowie, musi sprawić, że stanę się sfrustrowaną matką polką. Ja to cholera lubię! Ja tu zostaję!
bluzka - tutaj
Tak to już czasem bywa, że to na co codziennie patrzymy zaczyna nam się najzwyczajniej w świecie nudzić. Tak też było z kącikiem Poli - kącikiem do spania. Postanowiłam zatem szybko i prosto to zmienić. Tu coś dodać, tu zabrać - i gotowe!
Kiedy kilka tygodni temu po raz kolejny się przeprowadziliśmy, a Pola zaczęła lepiej sypiać - stwierdziłam, że miejsce, w którym zasypia powinno być...milsze. Tymczasem było takie gołe. Na ścianach nic, no bo sama nawet nie wiem czy mogę na wynajmowanym wbijać w ściany jakieś gwoździe. No i właściwie nie skupiałam się szczerze mówiąc na tej części mieszkania, bo i tak całe życie toczy się praktycznie 24 h ... w salonie ! Ale skoro wieczory i czas zasypiania to czas takiego wyciszenia się, przystopowania to czemu by nie umilić tego przyjemnym dla oka otoczeniem?
Jeszcze jakiś czas temu kącik wyglądał tak: łóżko, pościel i... tyle. Żadnych dodatków. Szaro, buro i ponuro. Wokół tylko puste, jasne ściany. Poli kącik znajduje się w naszej sypialni, ale mimo to miałam do zagospodarowania całą ścianę. Wiedziałam, że zmieszczę tam łóżeczko, stolik, zabawki, a i ściany jeszcze jakoś zagospodaruję. Tylko jak to zrobić, żeby wyprowadzając się stąd kiedyś nie pozostawić na nich żadnego śladu? Zacznijmy jednak od początku.
Łóżeczko z racji, że : a) drogie ; b) piękne - nie zmieni się przez najbliższe lata. Ale jego "wnętrze" - jak najbardziej.
1) Pościel. Mam dwa zestawy. Jeden kolorowy, jeden szarawy. Póki jednak zimy jeszcze nie ma, Pola i tak rozkopuje się z kołderki lub woli przykryć się kocem. Znalazłam jednak fajną alternatywę, którą polecam kaaażdemu! Zarówno mamom maluszków jak i średniaków, a nawet starszaków. Wszystkim. Lniany komplet od Fabulo - przyjemna w dotyki poduszka i kocyk. Z jednej strony - mięciutka bawełna. Z drugiej - moja miłość - len. Co ciekawe, komplety od fabulo wyróżniają się motywami...z bajek! Poznajecie nasz motyw? To pchła szachrajka. Dodatkowo możecie zaopatrzyć się też w przytulanki sensoryczne czy przywieszki do smoczka. Zajrzyjcie koniecznie na stronę i sprawdźcie inne, równie cudowne motywy.
2) Oświetlenie - mimo, że jesteśmy zaopatrzone w lampkę beaby, to jednak daje ona tylko malutkie światło w jednym miejscu. Z racji, że wierna jestem cottonowym kulom od qule.pl, pomyślałam, że przywieszone u boku łóżeczka, będą nadawały cudowny klimat, sprzyjający wieczornemu wyciszaniu się. Nie myliłam się. Wybrałam pastelowe kolory, które nie są krzykliwe i intensywne.
3) Ściany - tutaj od początku miałam jedną wizję. Pompony i plakaty. Pompony co prawda już miałam, ale brakowało mi właśnie jakiś fajnych grafik. Pamiętacie przewijające się co jakiś czas na blogu - słoneczko w ramie? Z racji, że jestem z tego wyboru zadowolona niesamowicie, postanowiłam po raz kolejny postawić na Humpty Dumpty Room Decoration. Wybrałam 3 ( moim zdaniem) najfajniejsze plakaty. Pozostawała jedynie kwestia powieszenia ich. Słyszeliście o taśmach ozdobnych washi tape? Nie pozostawiają żadnych śladów na ścianie, a przy okazji pięknie wyglądają. Z góry mówię - nie kupujcie ich na stronach www czy allegro. Jest 2,3 a nawet 4 razy drożej niż w stacjonarnych sklepach. Wątpiłam właściwie, że dostanę je w sklepach papierniczych, ale znalazłam. 6 zł za sztukę. Co prawda trafiłam na ostatnie dwa wzory, ale myślę, że się sprawdziły. Do tego kupiłam najzwyklejszy sznurek za 2 zł i małe opakowanie mini klamerek za bodajże 3 zł. Mogę w sikrecie powiedzieć, że jeśli jesteście z Warszawy i z okolic Ursynowa to zaoszczędzę Wam poszukiwań - sklep Gumka i myszka na ul.Dereniowej 2c.
Cała reszta w pokoju to już rzeczy, które widzieliście niejednokrotnie. Teraz pozostaje mi tylko kwestia jakiegoś małego uroczego dywanu, które postawię przed łóżeczkiem. Pokoik nie jest jakimś szczytem marzeń, ale ma swój klimat, który widać zwłaszcza wtedy, gdy jest już ciemno. Przy ograniczonych funduszach i w wynajmowanym mieszkaniu, nie miałam zbyt dużego pola do popisu, ale jak widać...da się. Grunt to mieć pomysł i łapać inspiracje skąd się da. Na końcu wpisu pod zdjęciami znajdziecie linki bezpośrednio do rzeczy, które widzicie na zdjęciu, a nie tylko do sklepu.
Cotton Ball Lights - klik
komplet pchła szachrajka - klik
pozostałe rzeczy:
wiklinowy wózek i etażerka - Lilu Shop
drewniana girlanda przy łóżeczku - fayne
Pamiętam ten czas doskonale... Ja płacząca w nocy z bezsilności, ona krzycząca z zamkniętymi oczami. 2 godziny snu każdej nocy, a po 2 tygodniach takiego maratonu skrajne wyczerpanie. I wtedy właśnie postanowiłam coś zmienić, a nie czekać aż ten etap przejdzie sam.
Zazwyczaj uważam, że każdy etap musi mieć swoje miejsce i musi mieć określony czas trwania. Jednak w tym przypadku wyczerpanie moje i Poli tak dawało się we znaki, że zaczęłam kombinować i rozmyślać jak to załagodzić. Dokładnie przyjrzałam się temu jak wygląda nasz dzień, jak wygląda czas przed spaniem i stwierdziłam, że być może przed wieczornym zasypianiem, wokół Poli jest zbyt dużo chaosu. Jakiś czas później poszłam z Pola na szczepienie i przy okazji powiedziałam o naszych koszmarnych nocach. Usłyszałam radę, która była chyba 1 radą, którą wzięłam sobie do serca i wcieliłam w życie. I był to początek zmian, które miały doprowadzić do tego, by znów nasz sen był spokojny i niezakłócony. Ale o tym zaraz.
Jak konkretnie wyglądały nasze noce? Pola budziła się z przeraźliwym krzykiem, wyrywała mi się z rąk, ale kiedy ją odkładałam, rzucała się, zanosiła i wykonywała tak gwałtowne ruchy, że trzeba było ją solidnie asekurować, by sobie czegoś nie zrobiła. Bywały noce kiedy wcale nie można było jej uspokoić, a po pół godziny płaczu Pola zaczynała z wysiłku wymiotować. Mleko było naszym uspokajaczem, ale nie działało od razu, a dopiero po jakiś 40 minutach płaczu, kiedy Pola rzeczywiście sama stwierdzała, że jest głodna. Spokój był na jakieś 30 min, a potem maraton - co 10 minut pobudka, darcie się, uspokojenie w ramionach, ale po próbie odłożenia nawet obok siebie - znów krzyk. Tak, rozumiem - potrzebowała mnie czuć najbliżej jak się da. Ale po tygodniu nie miałam już sił chodzić z nią na rękach do samego rana. Pamiętam, że pewnego dnia, kazała nosić się cały czas, a ja po 5 godzinach ( dodatkowo byłam chora) padłam na łóżko, bo myślałam, że pęknie mi kręgosłup. W momencie, w którym Pola mimo, że była na mnie, ale w pozycji leżącej, zaczął się histeryczny płacz, ale ja nie wstałam. Zaczęłam płakać z bólu i przez łzy powiedziałam: " Trudno dziecko, musisz popłakać, ja muszę poleżeć przez kilka minut". I płakała tak minutę, czy dwie choć trwało to całą wieczność, a ja leżałam płacząc coraz mocniej, bo wyprostowanie kręgosłupa po tylu godzinach było cholernie bolesne. Po tych kilku minutach wstałam jednak i... od nowa. Jakiś czas później poleciałam do 3city na see blogers, a co druga osoba pytała mnie tam czy na pewno dobrze się czuję. Dopadło mnie tam tak skrajne wykończenie, że ledwo to pamiętam. Po powrocie nadal nie było lepiej, a ja na myśl przeprowadzki i dołożenia Poli jeszcze zmiany miejsca po raz kolejny, dostawałam mdłości. Tak bardzo zestresowana, że będzie jeszcze gorzej postanowiłam zmienić WSZYSTKO. Od wieczornych rytuałów, po wygląd kąciku do spania. Oto kilka zmian, które wprowadziłam w życie:
1) Brak TV i jakichkolwiek obrazów, dźwięków z innych sprzętów - ktoś sobie pomyśli "Jeju to chyba normalne" - tylko, że jeśli F. wraca ok.20 to wtedy mamy swój czas na wiadomości, ulubiony serial. Tymczasem w ciężkim okresie dla dziecka, trzeba się jednak bez tego obyć. Dlatego wprowadziliśmy takie, a nie inne zmiany. Na ok. 2 godziny przed snem wyłączamy TV, wyciszamy i chowamy telefony.
2) RYTUAŁY: wyciszamy się i staramy się trzymać następującego rytuału:
- kąpiel Poli - to czas Poli i F. Półgodzinna zabawa w wannie rozluźnia, ale też zapewnia "fajne" zmęczenie przed snem.
- po kąpieli - UWAGA !!! - czesanie. Tak. Dobrze widzicie. F. czesząc Polę potrafi ją nawet uśpić. Magiczny grzebień działa niejednokrotnie jak hipnoza. Pola baaardzo się przy tym relaksuje.
- leżenie całą trójką na łóżku i opowiadanie bajek - po czesaniu zazwyczaj kładziemy się całą trójką na łóżku, opowiadamy bajki, śpiewamy kołysanki, przytulamy się i coraz bardziej wyciszamy.
- kiedy już wyłapujemy moment, w którym Pola zaczyna trzeć oczka - przenosimy ją do jej łóżeczka, robimy jej mleko i ... załączamy szum z misia WHISBEAR. Po co? Nie od dziś wiadomo, że szum to bardzo znajomy dla dziecka dźwięk, który przypomina szum wód płodowych, którzy towarzyszył przecież dziecku przez 9 miesięcy! Czy taki gadżet się u nas sprawdza? Tak. Ale nie oczekujmy też cudów, że uśpi nam dziecko w każdej chwili. I taki gadżet trzeba umiejętnie wykorzystać. Wielokrotnie Pola podczas picia mleka rozpraszała się, rozglądała we wszystkie strony. Szum znakomicie ją wycisza i sprawia, że nic innego nie zwraca jej uwagi. Dodatkowo miś nie ma krzykliwych kolorów i sam w sobie jest szarym, neutralnym uspokajaczem, a dodatkowo pełni też funkcję normalnego misia, którym Pola się opiekuje, jeździ z nim w wózku i udaje, że go karmi. Co ciekawe na stronie whisbear możemy przeczytać jak się do takich gadżetów odnoszą psycholodzy : "Dźwięk, który ma wywołać u płaczącego dziecka odruch uspokajania, musi być donośnym, szorstkim świstem, tak samo głośnym jak płacz maluszka (...) Kiedy twój maluszek się uspokoi, obniż wysokość wydawanego (...) dźwięku do poziomu głośności prysznica, aby utrzymać u dziecka odruch uspokajania. Pamiętaj, że aby niemowlę łatwo zasnęło, a potem długo smacznie spało, biały szum jest konieczny. Szuszanie może towarzyszyć dziecku całą dobę. Posługuj się nim w przypadku nagłych ataków płaczu dziecka i gdy chcesz ułożyć je do spania (na drzemkę i w nocy).” - coś w tym jest, bo jeśli cofnę się pamięcią do czasy kiedy Polcia miała kilka miesięcy, to podczas usypiania i kołysania, włączałam szum z jej bujaczka. Szum + kołysanie to był idealny sposób na w miarę szybkie uśpienie Polki.
„Niemowlętom najlepiej służy dudniący biały szum, ponieważ jest najbliższy dźwiękowi towarzyszącemu im w łonie matki. Prawidłowy rodzaj białego szumu (puszczanego w trakcie wszystkich drzemek i w nocy) jest kluczem do poprawy jakości snu od dnia narodzin do dnia pierwszych urodzin...i jeszcze dłużej!"
3) Zmiana wyglądu miejsca do spania - o tym stworzę osobny wpis, ale pozwolę sobie tutaj liznąć tematu. Skoro kącik do spania jest miejscem, w którym dziecko ma chętnie spać, to musi jakoś swoim wyglądem to dziecko zachęcić, prawda? Postanowiłam zatem ( bez szaleństw) zrobić małą metamorfozę i za pomocą kilku dodatków sprawić, że miejsce to będzie ciepłe i przytulne - takie, w którym człowiek po prostu chce zasypiać. Kilka światełek, przyjemny motyw na kocyku, ulubiona maskotka...
4) Drzemka dzienna - w tamtym ciężkim dla nas okresie Pola nie chciała spać w dzień. Dowiedziałam się jednak, że jeśli występują u nas lęki nocne, powinniśmy wydłużyć dziecku czas snu. Było ciężko, ale podobnie jak i wieczorem zaczęłam wyłapywać moment mazania się w dzień i wtedy nosiłam nawet godzinę, żeby Pola najpierw się wyciszyła, a potem zasnęła chociaż na pół godzinki.
Chciałabym jednocześnie podkreślić, że rytuały, których się trzymamy nie są czymś co robimy nienaturalnie i sztucznie. Nie jest to jakiś sztywny schemat. Jeśli Pola nie chce leżeć, tylko chce biegać po domu, to jej na to pozwalamy. Po prostu dbamy o to, by ostatnie godziny przed snem były spędzone w ciszy, bez żadnych dźwięków z tv czy telefonów i przy stłumionym świetle. Jesteśmy tylko my, 4 ściany, mleko, lampki i misie. A czy czytamy książki, czy leżymy, czy chodzimy za rączkę i śpiewamy - to już zależy od tego na co ma ochotę Pola.
Koszmar, przez który przeliśmy to były zapewne lęki nocne. Kto to przeszedł ten wie jak cholernie jest to ciężkie i dla rodzica i dziecka. Doskonale pamiętam swój strach i niemoc, kiedy Pola wiła się na wszystkie strony, a ja nie wiedziałam co jej jest i czy coś ją przypadkiem nie boli. Wiem jednak, że wszystko jest do przejścia. Trzeba jednak zaopatrzyć się w całe mnóstwo cierpliwości i sił... Na każde dziecko jest jakiś sposób, jednak czasem rodzic musi naprawdę sporo się nakombinować, by zrozumieć jaki. Ciężko jest znaleźć sposób podczas takiego ataku nocnego, dlatego trzeba pomyśleć jak temu ZAPOBIEGAĆ. W naszym przypadku kilka małych zmian okazało się DUŻYMI. Drzemka, rytuały, szum, wyciszenie. Z góry jednak podkreślam, że to co sprawdza się u nas, nie musi sprawdzać się gdzie indziej... Wierzę jednak, że być może dla kogoś ten wpis okaże się pomocny. Dla mnie rada pani doktor w tamtym okresie była.
Ależ mi się śmiać chce, kiedy przypomnę sobie swoje myślenie na temat dzieci, kiedy ich nie miałam. Albo kiedy byłam w ciąży...albo kiedy Pola była mała i spała sobie słodko w gondoli. Będę taką wspaniałą matką! A moje dziecko będzie takie grzeczne! Tsa...
Pamiętam czasy kiedy będąc nastolatką mijałam dzieci płaczące w marketach, albo kładące się na spacerze na betonie. Boże! Co za rozwydrzone bachory! Moje dziecko nigdy takie nie będzie ...! Przecież człowiek bezdzietny jest po prostu w tych sprawach debilem. Kto by tam pomyślał, że takie dziecko płacze, bo nie radzi sobie z emocjami, bo jest zmęczone. Rozwydrzone jest i tyle... No ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ja to i tak zachowywałam swoje poglądy dla siebie, ale znam bezdzietnych co to rodziców maluchów, by pouczać chcieli... Głupiutkie.
No więc co ja tam sobie będąc w ciąży obiecywałam? A no! Już Wam piszę.
1) Żadnego smoczka! Nie będę dziecku psuła zgryzu. Te matki co dają smoczki to nie myślą! No nie myślą! - odpakowałam smoczek jeszcze w szpitalu i został z nami przez półtora roku. No niecałe. Pola odstawiła sama na miesiąc przed ukończeniem. Co prawda był tylko nocami, ale był. I był wybawieniem.
2) Moje dziecko nie będzie oglądało żadnych bajek i nigdy nie dam do ręki telefonu! - rok później: dlaczego ona nie chce obejrzeć żadnej bajki?! Dlaczego?! Pół roku później: sama włączyłaś YT na telefonie? I jak ty znalazłaś sama tą piosenkę?!
3) Do 3 lat ŻADNYCH słodyczy. Tylko zdrowe jedzenie. - Pola pędzimy na metro! Ale czemu płaczesz! Jezus mamy minutę! Na co Ty pokazujesz? Co Ci kupić? Wafelka?! No dobra, kupuję i lecimy!
4) Moje dziecko nigdy nie będzie się kładło na betonie, czy w markecie! - taaak. A teraz idź ze zmęczonym dzieckiem do marketu i każ mu spokojnie czekać w kolejce. Zwłaszcza kiedy ma rok i nie rozumie czemu musi stać otoczony obcymi ludźmi. A teraz dziw się, że ze zmęczenia i zbyt wielu emocji na raz po prostu siada i zaczyna płakać. Nie to nie jest rozwydrzenie. To normalny etap u większości dzieci, aczkolwiek nie u wszystkich. Niestety wciąż rodzice, którzy trafili na aniołki, uważają, że jest inaczej. Nie. Nie jest. Po prostu jedne dzieci są bardziej cierpliwe i spokojne - inne mniej. Nie mówimy tu przecież o 12 latku, który przy kasie wyzywa mamę, że nie kupiła mu klocków lego, które tak bardzo chciał.
5) Nigdy nie krzyknę na swoje dziecko. Zawsze będę mówić spokojnym głosem. - podniesienie głosu to nie krzyk prawda?
6) Będę uczyła od maleńkości. Będę uczyła poprzez zabawę, żeby szybko umiała czytać, mówić itp. - o mój Boże. Serio tak myślałam? Całe szczęście nie mam spiny i uważam, że dziecko nauczy się wszystkiego w swoim tempie. Co prawda liczę z nią klocki, pokazuję jak robią zwierzątka, ale nie spinam się od rana do nocy z nauką mówienia żeby tylko pochwalić się na fejsie, że śpiewa "ej, bi, si, di" ;)
7) Będę czytać poradniki i wychowywać moje dziecko wg wszystkich wskazówek - poradniki? Intuicja tylko i wyłącznie! Poradniki są dla słabych! Macierzyństwo ma być przyjemnością, a nie ma być spędzone z nosem w książce i spinką, że coś zrobiłyśmy nie tak jak autor chciał. Zresztą ilu autorów tyle teorii. A najlepsza teoria i przepis na macierzyństwo jest w naszej głowie tylko i wyłącznie.
8) Moje dziecko nie będzie nigdy ze mną spało! - chyba, że jest 2 w nocy i łóżko rodziców to jedyne miejsce, w którym chce spać. Co noc... bo inaczej płacze. Co noc...
9) Będę karmiła piersią min. pół roku. - 3,5 to prawie 6 prawda?
10) Na każdy płacz dziecka będę reagowała przytuleniem, będę rozmawiać, czekać i nie będę ulegać - po setnym wyciu, bo nie chcę jej dać do jedzenia płynu do naczyń albo notesu z ważnymi zapiskami" Przestaniesz w końcu wyć czy nie? Boże, zaraz nie wytrzymam! No dobra masz ten notes...tylko nie zniszcz!"
Także, tak tak moi drodzy. Łatwo jest sobie wyobrażać i snuć plany kiedy dziecko kopie nas tylko w brzuszek. Łatwo jest też oceniać i podważać kompetencje matki kiedy nie ma się dzieci, a ma się poczucie, że i tak wie się o nich wszystko. Łatwo też trzymać dyscyplinę i być cierpliwym kiedy nie jest się z dzieckiem 2h praktycznie sam na sam bez żadnej pomocy ( mówię z własnego doświadczenia, bo jeszcze do niedawna miałam teściową blok dalej).
Niektóre jednak założenia się spełniły np. nigdy nie dałam dziecku jedzenia ze słoiczka i nigdy nie dałam klapsa. Do klapsa nie sprowokuje mnie nawet rzut resorakiem w plazmę, która rozsypie się w pył. Mam jednak w tej kwestii troszkę oleju w głowie. Co do reszty...nie zakładam sobie już nic. Oprócz jednej bardzo ważnej rzeczy. Będziemy z Polą przyjaciółkami cokolwiek by się nie działo. Zawsze będę przy niej i zawsze będzie miała we mnie oparcie. Tej wersji nawet nie muszę się usilnie trzymać i o niej pamiętać. Ta wersja jest akurat dla mnie oczywista...i nie będę musiała się do jej realizacji zmuszać. Tak po prostu będzie...
opaska - Lilandia
lunchbox - Smukke.pl
