"Nie kocham go Ala!" - powiedziała do mnie jakiś czas temu załamana koleżanka rocznego synka. Mimo, że zazwyczaj znajduję w sekundę błyskotliwą radę, odpowiedź, cokolwiek - nie znalazłam. Zamarłyśmy obie w ciszy. Ona - pogrążając się w wyrzutach sumienia ; ja - próbując zrozumieć.
Natknęłam się kiedyś na podobny temat gdzieś w sieci. Nie czułam złości, nie oceniałam - czułam smutek i współczułam. Zarówno niekochanym dzieciom jak i matkom. Bo nie ma chyba nic gorszego od tego gdy kochać się chce, ale się nie może...
Próbuję się wczuć w taką sytuację, ale strasznie mi ciężko. No bo jak wyobrazić sobie, że się nie kocha, gdy się kocha ponad życie? Czekałam na Polę tyle miesięcy. Cały poród bez nawet jęknięcia, bo miałam w sobie taką motywację i jedyne o czym myślałam to o tym, by ją zobaczyć. Na porodówkę biegłam z uśmiechem, a lewatywy i inne cuda zdawały się być niczym w obliczu tego, że zaraz, już za chwilę ją zobaczę! Jak mogłabym jej nie kochać? Czasem mnie wkurza, czasem jej nie lubię - każdy czasem przez chwilę nie lubi swoich dzieci. Ale te momenty złości przecież mijają, miłość jest jednak cały czas. Jak więc można nie kochać? Siedziałyśmy tak w milczeniu, po czym w końcu spytałam: " Wyobrażałaś to sobie inaczej?" - "Sama nie wiem"- odpowiedziała. " Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. Zobacz - on jest naprawdę piękny. Jest cudowny gdy się śmieje, ale to tak jak wiele innych dzieci. Sama rozumiesz. Tak jak między kobietą i mężczyzną. Może Ci się podobać, możesz go lubić, ale nie możesz się zmusić, żeby go pokochać". Tak. To miało sens. Ale...czemu? Czemu nie można tego poczuć? I wtedy przypomniałam sobie pierwsze dni po powrocie z Polą do domu, kiedy dopadł mnie kilkudniowy babyblues. Patrzyłam na Polę jak na obcego, a na pytanie F. "Nie kochasz jej?" odpowiedziałam "Nie wiem". No i mi minęło. Ale nie każdemu mija.
Dziecko się rodzi, oczekujemy miłości od pierwszego wejrzenia, a tymczasem mijają dni, miesiące, a tu nadal nie iskrzy. Ktoś stojąc z boku mógłby pomyśleć " To dziecko musi być strasznie skrzywdzone". Tymczasem matki, które nie kochają, okazują się być równie dobrymi matkami jak my, które kochamy. No właśnie... różni je od nas TYLKO I AŻ to - że nie umieją pokochać.
Postanowiłam porozmawiać z kilkoma kobietami i okazało się, że u niektórych był to klasyczny babyblues. U niektórych tak jak u mnie minął po kilku dniach, u innych po kilku miesiącach. Niestety dwie z kobiet, z którymi rozmawiałam mają 2 letnie pociechy i wciąż nie czują miłości. Jedna z nich, mama dwulatki na pytanie " Jak wygląda Wasza codzienność? Czy brak miłości mocno daje się we znaki?" - odpowiedziała " To nie jest tak, że patrzę na nią jak na obcego. Bawimy się, chodzimy na spacery, wygłupiamy. Robię jej pyszne obiady i buduję z nią zamki z klocków. Jestem do niej przywiązana, ale nie czuję miłości. No po prostu nie czuję. Jest mi ogromnie wstyd i nie wiem gdzie tkwi problem. Gdy mnie mocno przytula i całuję - odczuwam właśnie w takich momentach dyskomfort, tzn. to jest miłe, ale krępujące, tak jakby przytulał Cię facet, który wiesz, że Cię kocha, a ty Go nie. Ciężko to opisać... (...) zazwyczaj takie akcje kończą się moim płaczem i jej zdziwieniem. Nie wiem jak jej to wytłumaczę, gdy będzie bardziej świadoma. Nie chcę o tym myśleć, chcę ją pokochać! (...) po prostu mam nadzieję, że to minie, przecież jak będzie starsza to sama poczuje, że coś jest nie tak. Tak jak my czujemy, że facet nas nie kocha."
Rzadko kiedy próbuję szukać w problemie podłoża psychologicznego, jednak tym razem, postanowiłam to zjawisko przebadać. Do wpisu gościnnie zaprosiłam osobę, którą być może znacie. Magdalena Chorzewska siedziała razem ze mną na kanapie w DDTVN przy okazji dyskusji na temat świadomego, wczesnego macierzyństwa. Tym razem postanowiłam podpytać ją o to, jakie mogą być podłoża tego, że matka nie może poczuć miłości do własnego dziecka. Skąd się biorą w człowieku takie blokady?
" Zdarzają się matki, które nie kochają swoich dzieci lub mają dużą trudność w zbudowaniu prawidłowej relacji z nimi. Przyczyn jest wiele, między innymi niechciana ciąża i brak pomocy ojca dziecka lub innych członków rodziny. Nierealistyczne oczekiwania...często dziecko ma być "owocem miłości" związku, ma być idealne, grzeczne, spełniające wszystkie oczekiwania. A rzeczywistość bywa różna. Dziecko rodzi się zupełnie inne niż kobieta sobie wyobrażała i często kieruje wobec niego negatywne emocje. Dodatkowo dziecko odbiera kobiecie jej czas wolny, zmienia życie i powoduje całą masę frustracji. Często kobiety są przytłoczone nadmiarem obowiązków a czują, że nie otrzymują nic w zamian i tu rodzi się niechęć. Często dzieci obwiniane są za problemy w związku, a tymczasem to normalne, że pojawienie się dziecka powoduje pewien kryzys rozwojowy, który mija z czasem.
Może na 1 rzut oka zaleci tutaj kontrowersją, ale byłoby to śmieszne, zwłaszcza, że wpis pisze ktoś kto CC przeszedł. Tak. Wizja kolejnego pocięcia brzucha i uczucia jakby się było postrzelonym i niepełnosprawnym sprawia, że temat kolejnego dziecka zdaje się odkładać coraz to bardziej w czasie...
Mój poród to było coś...pięknego. Zawsze gdy myślę, że mogłabym to znów przeżyć, cieszę się jak głupia. Pamiętam jak dziś, kiedy rano po badaniu lekarz powiedział "Zaczęło się", a ja z wielkim brzuchem pobiegłam na patologię pakować torbę, po czym pobiegłam na porodówkę i zadzwoniłam kolejno po F. siostrę i położną. Nigdy w życiu nie przypuszczałabym , że lewatywa może być czymś co na człowieku nie robi w ogóle wrażenia. Może nie będę tutaj oryginalna, ale wiem, że nie każdy tak miał, więc muszę to napisać. Wiele osób paraliżuje strach. Mnie rozpierała radość! Tak bardzo wyczekiwałam Poli, że próg bólu zdawał się nie istnieć wcale. Tzn. czułam ból, sprawiał mi on dyskomfort, ale ta myśl w głowie, że ZARAZ, już za moment ją zobaczę była dla mnie jakimś meksykiem. Do końca nie wierzyłam w to, że ja, właśnie ja, która dopiero niedawno ukończyła szkołę i je obiadki podawane przez mamusię, zostaję matką! Ciąża, poród było dla mnie czymś tak kosmicznym, że ciężko było mi uwierzyć, że ja to przeżywam. Czułam się dosłownie jak jakiś wybraniec! Wszyscy byli przekonani, że będzie ciężko. Przecież Ala ma niski próg bólu. Przeżywa jak boli ją głowa, niemalże jakby miała zaraz umrzeć. A tu proszę. 2,3,4,5,6...7 centymetr i ...uśmiech! Tu fotka, tu przytulas. Żadnego jęknięcia, żadnego "ała", nic! Tylko oddech i ta wizualizacja jej wyglądu w głowie!
8,9 centymetr...coraz ciężej, coraz bardziej boli, ale zaciśnięta dłoń F. i towarzystwo wspaniałej położnej i Patrycji sprawiały, że wszystko było wciąż piękne. I dalej byłoby pięknie, gdyby nie jedno słowo, które spowodowało, że oczy zalały mi się łzami - "cięcie". To było jak wyrwanie z jakiegoś cudownego snu. To było jak przywołanie kogoś do porządku, pstryknięcie i powiedzenie "halo, tutaj rzeczywistość!". Czemu tak zareagowałam? Bo po prostu chciałam doświadczyć porodu w całości, a nie położyć się na stole i dać się pociąć. W tym przypadku było to ratowanie życia mojej córki, wiem to. Ale w tamtym momencie było to dla mnie ciosem. Dodatkowo doszedł stres, że przecież jeśli nagle podejmuje się taką decyzję, to coś do cholery musi być nie tak. Fakt. Było. Tętno spadało co chwilę przez owiniętą wokół szyi pępowinę. Dziś dziękuję lekarzowi za tą decyzję, ale gdybym znów miała pewność, że tak zakończy się mój kolejny poród, w życiu świadomie nie zdecydowałam się na kolejne dziecko.
Jak już napisałam : głupotą jest poddawać dyskusji to jaką kto jest matką na podstawie tego jak kto dziecko urodził, ale mam też prawo wyrazić swoje zdanie na temat samej OPERACJI. Nigdy w życiu, ale to nigdy nie zapłaciłabym ani jednego grosza, za to, by ktoś mnie pociął, szarpał za brzuch, kładł rękę, wypychał mi dziecko a potem zszywał tych kilka warstw. NIGDY. Wbrew pozorom, drogie panie - znieczulenie nie sprawia, że nie czujecie kompletnie niczego. Owszem czujecie i dla mnie było to bardziej niekomfortowe niż skurcz przy 9 cm na stole operacyjnym, gdy czekałam na znieczulenie przed CC. Ale to, że ja nie zapłacę, nie oznacza, że kto inny nie może. Doskonale rozumiem jak strach przed rodzeniem dziecka SN może paraliżować. Wydawało mi się kiedyś, że cięcie pewnie załatwiłoby sprawę. Takie fajne, bezbolesne. A tu proszę. Wcale go jednak nie chciałam, a dostałam w gratisie. I wcale to takie fajne się nie okazało...
Zanim ktoś mi tutaj powie, że robię z siebie ofiarę - proszę przeczytać kilka zdań wyżej. Do 9 centymetra nawet nie jęknęłam. "Ale do partych nie doszłaś" - 100 % kobiet po SN doskonale potwierdzi fakt, że to skurcze są najgorsze, parte to już pikuś. Oczywiście nie mówię tu o porodach z komplikacjami, gdzie prze się 40 min, a i tak kończy się cc. Ale do rzeczy. Tak jak poród był dla mnie bólem, ale do zniesienia, tak pierwsze godziny po CC, kiedy znieczulenie zaczęło schodzić, były dla mnie koszmarem, który nie pozwalał mi wstawać do dziecka i totalnie się na nim skupić. Ten pieprzony ból nie pozwalał mi nawet swobodnie oddychać. Najgorsze było chyba 1 wstanie z łóżka... tego jak bolało, nie muszę nikomu tłumaczyć. Nie bez powodu sporo osób przy 1 wstaniu traci przytomność. NEVER AGAIN! Ale chyba jeszcze gorszym był ten obraz... ja idąca z cewnikiem między nogami... pozszywana i ledwo żywa...i mijająca kobietę, która urodziła siłami natury później ode mnie i chodzi sobie z dzieckiem na rękach po pokoju. Podczas gdy moje dziecko w nocy musi być podawane na moją klatę przez F, a każde moje wstanie na siku trwa pół godziny. 10 minut dosuwania się do boku, 10 min przygotowania psychicznego i 10 min w pozycji siedzącej i kolejnego przygotowania, że muszę wstać i się wyprostować, a co za tym idzie napiąć ranę. I tak 2 tygodnie chodzenia jak postrzelona sarna na polowaniu... Nie. Nie chcę znów tego przeżywać. Chcę znów leżeć na porodówce, czuć każdy skurcz, patrzeć na zegarek, popijać wodę, siedzieć na piłce. Chcę czuć to zmęczenie, które mówiło mi "Jesteś coraz bliżej, zaraz ją zobaczysz". Chcę znów poczuć ten dreszczyk emocji i chcę przeć i zobaczyć jak to jest. Nie chcę znów wylądować na stole i dać się po prostu pociąć.
I dla głupców, których już świerzbi, żeby napisać na klawiaturze jakieś gówno, które wynika z braku czytania ze zrozumieniem. Nie poddaję tutaj dyskusji tematu, który poród uczyni z Ciebie lepszą matkę, bo to jaką jesteś matką, to akurat oceni Twoje dziecko i raczej będzie miało w dupie jakim otworem wyszło. Mówię tutaj jedynie o tym, co dla mnie jest lepsze/gorsze i co JA wspominam lepiej/gorzej.
Na koniec dodam jeszcze jedno... żyjemy w takich czasach, że jestem za swobodnym wyborem. By być dobrą matką, trzeba być szczęśliwą matką. A żeby być szczęśliwą trzeba dokonywać wyborów, które nam to ułatwią. Dlatego jeśli chcesz CC, bo uważasz, że to wygodne - rób! Jeśli chcesz rodzić SN, bo uważasz, że to Cię uszczęśliwi - zrób to. Wybór należy do Ciebie - pamiętaj jednak o tym, że niestety w przypadku SN Twój wybór może w pewnym momencie nie mieć żadnego znaczenia. Możesz czuć się rozgoryczona i wściekła, ale doskonale będziesz też rozumiała, że to wszystko dzieje się tylko po to, by ratować Ciebie i Twoje dziecko.
Dlatego drogie Panie - wolny wybór. Możecie świadomie decydować się na CC, tylko błagam..nie opisujcie tego jak masażu w SPA, bo operacja to nie masaż...
PS: Na koniec dodam, że wszystkie komentarze ludzi, którzy w głowie mają jakieś chore podziały, będę kasowane. Tekst jest jedynie moim własnym odczuciem, jak czułam się po cięciu... jeśli ktoś tego nie rozumie, tzn. że powinien kliknąć czerwony krzyżyk i przenieść się na inną stronę np.pudelek. Tam treści są łatwiejsze do zrozumienia.
Internet przepełniony jest prześmiewczymi obrazkami, pokazującymi różnicę między matką, a ojcem. Nie trzeba nawet zaglądać do sieci, wystarczy posłuchać mamusiek, które usilnie starają się wmówić, że są niezastąpione, a facet to kompletnie na wychowywaniu się nie zna. Mam duże poczucie humoru i często obrazki np. na demotach traktuję z przymrużeniem oka. Jednak jak we wszystkim - granice muszą być. A zaczynają powoli być przekraczane.
Naprawdę nie mam pojęcia czemu coraz bardziej modne staje się podkreślanie wszędzie nieudolności ojców. Serio jesteśmy niezastąpione? Nie sądzę. Nie chcę mówić za ogół - nigdy tego nie robię. Ale powiem Wam jak to było u mnie. Kiedy urodziła się Pola i razem z F. byliśmy z nią kilka dni w pokoju rodzinnym w szpitalu, to to on był tym, który wstawał, przewijał ją i podawał mi ją do karmienia. W sumie to właśnie sobie uświadomiłam, że to on pierwszy ją trzymał, przewijał, on pierwszy nad nią stał i się jej przyglądał. Przewijał ją nieudolnie, ale jednak próbował. Nie działało mi to wtedy na nerwy, bo byłam zbyt wykończona, by mieć o cokolwiek pretensje. Było to wręcz ... fajne. Zwłaszcza, że nigdy przenigdy nie miał on do czynienia z małymi dziećmi. Co nieco pozmieniało się po powrocie do domu. Nagle zaczęłam mieć poczucie, że jestem jedyną osobą na świecie, która wie jak postępować ze swoim dzieckiem. Wkurzało mnie, że przewija albo niedokładnie, albo za długo, albo pampers jest źle zapięty. I wtedy ktoś, nie pamiętam dokładnie kto powiedział mi rzecz, która zapadła mi bardzo mocno w pamięci " Pozwól ojcu być ojcem" - mianowicie chodziło o to, że to przecież nieważne, że zapięcia pampersa wykraczają poza napis ( o zgrozo !) i nie są w równej linii. A świat się nie zawali jak po raz kolejny przyniesie Ci body, kiedy ty wyraźnie mówisz, że ma przynieść pajaca. Pozwoliłam zatem być mu ojcem i pozwoliłam, by uczył się na własnych błędach.
Faceci to często cisi obserwatorzy. Zrozumiałam to dopiero niedawno, kiedy zaczęłam zauważać, że F. podłapuje to jak traktuję Polę i stara się postępować w podobny sposób. Kiedy widzi, że ja czegoś zabraniam, on również wie, by nie postępować inaczej. Są jednak rzeczy, które ja obserwuję u niego i czuję wtedy, że on to robi lepiej ode mnie. Dla przykładu : ok. godziny 18, Pola zaczyna czatować pod drzwiami, a kiedy F. przekroczy próg mieszkania, biegnie do wanny. Kiedy to ja próbuję ją wykąpać... jest totalna masakra. Dlatego kiedy tatko wyjeżdża w trasę nocną raz w tygodniu - Poldun nie jest kąpany. I nawet nie chcę tego zmieniać. Tydzień spędzony u mojej mamy bez F. był dla mnie idealnym dowodem na to, że w pewnych kwestiach, F. jest niezastąpiony. I jest to np. ta kąpiel. No i jedzenie. Nikt nie pokroi dziecku chlebka w kwadraciki tak cudownie jak tata. Tyle w temacie.
Ale w sumie nie chciałam się tak rozpisywać o tym jakiego to Pola ma cudownego tatę. I mamę. Do czego dążę? Do tego, że nie wiem. Kompletnie nie wiem skąd ten stereotyp ojca nieudolnego się wziął. I nie mówię tak tylko dlatego, że u mnie jest inaczej. Tak jest u cholernie wielu osób. A u większości, u których tak nie jest - jest to wina kobiety. Kobiety, która na każdym kroku, kiedy facet próbuje być ojcem - wmawia mu, że robi to źle. Facet jak małe dziecko. Szybko się zniechęca. Skoro każdy przytulas jest zbyt mocny, każda zabawa jest wg matki głupia, a każda próba ubrania przez ojca jest beznadziejna - to po co on ma to robić? Niestety, ale w takich kwestiach prawie zawsze będę po stronie płci męskiej. Kobiety są naprawdę głupie. Wydaje im się, że są niezastąpione i najlepsze, podczas gdy bardzo często w roli rodzica sprawdzają się gorzej od ojca. Ja wiem, wiem, że na tym świecie jest mnóstwo świń, którzy mają w dupie własne dzieci - bo zaraz samotne, rozżalone matki zaczną mi to pisać. Dlatego uprzedzę - ja nie o takich przypadkach piszę, więc wrzućcie na luz. Piszę jedynie o przypadkach, kiedy ojciec ojcem chce być - ale kobieta mu to utrudnia na każdym kroku.
Oczywiście już nawet nie trzeba wspominać, że po ojcach dzieci dziedziczą wszystko co najgorsze. Za to uroda...o tak! Uroda, umiejętności, wszystkie pozytywne cechy - to musi być po mamie, no musi! Ah no i faceci przecież szybciej tracą cierpliwość. To my! To my matki, mamy jej nadmiar. A z moich obserwacji wynika, że w większości przypadków to ojcowie mają więcej cierpliwości do dzieci niż matki! I to bullshit, że to dlatego, że oni nie harują jak my. Harują , harują, tylko nie w domu. I osobiście uważam, że bardziej dziecko grałoby mi na nerwach nie wtedy gdy jestem z nim 24 h, a właśnie gdybym wracała z pracy po 12 godzinach i na wstępie słyszała tylko jęki i płacze. Na swoim przykładzie zauważam, że właśnie siedząc z Polą 24 h w domu mam do niej co raz więcej cierpliwości. Kiedy wracałabym z korpo po całym dniu, sądzę, że płacz dziecka przybiłby mnie do ściany już po 10 minutach.
Czy istnieją ojcowie, którzy są nieudolni? Oczywiście, że istnieją. Zapewne w takiej samej ilości jak i nieudolne kobiety. Ale to po prostu o płci męskiej mówi się więcej. Bo kto to widział, żeby na prześmiewczym obrazku umieścić matkę, które zakłada leginsy na ręce i zapina krzywo pampers? Matki przecież są idealne. Ojcowie wg powszechnej opinii...niekoniecznie.
Ale, ale...całe szczęście, dzięki erze blogów, które coraz częściej prowadzone są przez mężczyzn jak np. Blog Ojciec , Modny Tata czy Ojciec M. istnieje nadzieja, że ten stereotyp zacznie powoli zanikać. Co prawda nadal będzie śmieszyło mnie zestawienie w internecie jak z dzieckiem bawi się ojciec, a jak mama i jakie pytania dziecko zadaje tacie ( gdzie jest mama?), a jakie mamie ( wszystkie inne), ale mimo wszystko - nie dam się porwać nagonce matek polek niezastąpionych na ojców nieudaczników. No i zawsze cholernie będzie mnie rozczulał widok ojców z dziećmi na spacerach - i tu również powiem, że czasem jest ich więcej niż matek... ;)
Naprawdę nie wiem jak nazwać ten stan. Tą pauzę, kiedy patrzysz się na swoje dziecko, a po policzkach płyną Ci łzy szczęścia. Zastanawiasz się, jak mogłaś żyć nie będąc matką... Zastanawiasz się, jak radziłaś sobie w tak beznadziejnych chwilach jak ta - gdy nie rozśmieszał Cię mały człowiek. Byłaś sam na sam ze swoją pustką rozdzierającą Ci serce.
Wiecie. Życie jest zabawne. Mimo, że łzy kapią mi właśnie na klawiaturę, to cholernie chce mi się śmiać. Powiada się, że człowiek nie może mieć wszystkiego. Jednak to od tego czego Ci brakuje, zależy w jakim położeniu konkretnie jesteś. Bo jeśli brak Ci kasy, ale żyjesz pod dachem z kimś kto Cię kocha tak cholernie, że każdy problem zdaje się być lekki - to masz szczęście. Jednak jeśli brak Ci miłości - to wiedz, że żadna kasa, żadne prezenty i nawet osiągnięcia nie sprawią, że będziesz najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Chyba, że jesteś tępą blacharą, która uczuciem darzy jedynie drogie auta i torebki - i sponsora w nocy. Jednak i tym ewenementom często zdarza się płakać po nocach w poduszkę. Bo kiedyś wybrały to co zdawało się najważniejsze - kupę hajsu. A dziś hajs nie przytula ich w zimne noce, ani nie pisze miłosnych wierszy.
I czuję się dziś tak cholernie samotna. Z tą różnicą, że i hajsu mi lekko brak. I oglądam filmik ze swoim udziałem w fajnej kampanii. I widzę siebie wśród znanych aktorów. I obrabiam zdjęcia do kolejnego wpisu z kolejną fajną współpracą. I tak bardzo dobija mnie fakt, że tego szczęścia i zadowolenia ze swoich osiągnięć nie mam w tym momencie z kim dzielić. Że nie dostaję pieprzonego całusa od faceta, który jest ze mnie dumny. Bo jedyne co mam dziś pod dachem to faceta, który wrócił styrany z pracy, więc generalnie cieszyć się z MOICH osiągnięć nie ma siły. To się nazywa rzeczywistość.
I tak myślę sobie, że chyba nie tego chciałam, że chyba nie jestem szczęśliwa i chyba mam już dość. Wszystko we mnie krzyczy, mam ochotę znów być dzieckiem, mam ochotę jeździć z rodzicami na wakacje i nie martwić się takimi rzeczami jak kasa, bo mnie to nie dotyczy! Chcę znów mieć obiadki pod nosem i za jedyny obowiązek mieć odrabianie lekcji. Chcę znów sprzeczać się z mamą o to, o której mam wrócić i spać do 12, a potem grać w simsy... Chcę przestać być odpowiedzialna, a jedyne rachunki jakie chcę płacić to te w zabawkowej aptece zrobionej z kuzynem z krzesła i kilku pudełek. Chcę sypiać spokojnie i płakać przez dwójki w szkole. Chcę bezkarnie mieć prawo marzyć o schabowych rosnących na drzewach i nie być postrzeganym przez to jak wariat. Chcę znów mieć gówniane pojęcie o realnym świecie i wkurzać się na mamę, że nie pozwala mi iść na imprezę. Boże! Dlaczego wszyscy chcieliśmy być dorośli?!
I tak siedzę roztrzęsiona i odpływam myślami do wizji swojego dzieciństwa. Tak prostego, tak bezproblemowego... i nagle słyszę to ciche, słodkie, to wzruszające, wyciskające całą resztkę łez jakie mam... "mamo". Małe, kilkucentymetrowe stópki zmierzają w moją stronę, a moim oczom ukazuje się mały krasnal, nie mający nawet metra. Mały krasnal z zaspanymi oczkami. Wyciąga do mnie rączki i wtula się tak jakbym była jedynym człowiekiem na tej ziemi. Wtula się coraz mocniej, jakby chciała powiedzieć " Jesteś najważniejsza". I już mam to w dupie... Nie chcę być dzieckiem. Nie chcę wracać do rodziców. To tego chciałam. To to kocham. Bycie mamą. Rzecz, która raz na jakiś czas skrajnie wykańcza, ale potem wynagradza tym słodkim, niewymuszonym "mamo". Czas zdaje się zatrzymać, a my trwamy w tej niezmiennej pozycji. Wtulone w siebie wzajemnie. Ona lekko sapiąca nad moim uchem - ja, gładząca jej mały, czarny łepek. Całuję ją raz po raz w policzek i śpiewam kołysanki. Rozglądam się po swoim mieszkaniu. W laptopie widzę migające powiadomienia, zminimalizowany program do obróbki zdjęć i ikonkę YT z moim nowym "osiągnięciem". Moja pasja. Wyglądam za okno - moja Warszawa. Spoglądam na Polę...moja córka.
Tak. Czasem jeden brakujący element układanki, potrafi zaburzyć nam cały obraz rzeczywistości, która nas otacza. Przestajemy się skupiać na 999 puzzlach, które mamy, bo nieustannie myślimy o tym jednym, którego brak. Bo przecież bez niego nic już nie jest takie samo. Jednak jeśli przyjrzymy się obrazkowi z bliska, dostrzeżemy, że jeden pieprzony puzzel, wcale nie sprawia, że wszystko wkoło przestaje być piękne. Wystarczy to dostrzec i sobie o tym przypomnieć. A brakujący element? Kiedyś się znajdzie. A jeśli nie, to na pewno już wkrótce jego brak przestanie nam przeszkadzać. Ba! Przestaniemy go nawet dostrzegać. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Mogę nie mieć dziś wystarczająco hajsu i miłości, ale mam wiele innych rzeczy, z których jestem dumna. Najwspanialszą na świecie córkę i najlepszą na świecie pasję.
I tak siedzę i patrzę na nią jak kula się w tych kilku odcieniach różu. Ten widok jest słodki sam w sobie. Ona, jej uśmiech, otaczający ją kolory. Przykrywa się kocem, odkrywa. Skacze po pufie, całuje swoje misie. Dziecko - cieszy się z tak błahych rzeczy. I rzucam ten aparat i zaczynam kulać się razem z nią. I myślę sobie... jest lekiem na całe zło. Leczy jednym uśmiechem, jednym słowem "mamo", jednym dotykiem. To bez tego elementu, puzzle nadawałyby się do kosza. Jednak skoro ten element jest... to wiedz, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Wystarczy spojrzeć na ciężko chorych ludzi, którzy mimo bólu i choroby cieszą się z życia. Wystarczy spojrzeć na biednych, którzy żyją miłością i mają w sobie więcej ciepła i uśmiechu niż nie jeden bogacz. Czemu więc w obliczu bardzo często małych problemów, stajemy się tak słabi, tak bezbronni? Czemu strach nas paraliżuje, czemu tracimy energię na krzyk i łzy... Nie wiem. Ale to jedno słowo...to słodkie "mamo", te słodkie, małe rączki, ładują baterię jak nic innego. Patrzę na nią i wiem, że dla niej muszę wszystko. Dla niej muszę być silna i dla niej muszę odganiać potwory, smutki i wątpliwości. To ja będę jej autorytetem i przykładem. To ja będę tworzyć jej rzeczywistość przez najbliższe lata, więc to ja jestem odpowiedzialna za jej całe życie, za jej charakter i za nią. I mam wrażenie, że gdy ona czuje ten smutek, gdy widzi te łzy..to ona już doskonale wie, że to niewinne "mamo" sprawi, że przestanę płakać. To nie jest magia moi kochani. To macierzyństwo... I szczerze wątpiłam w to, że uśmiech może wynagradzać nam wszystkie smutki. Buntowałam się, że przecież uśmiech nie sprawi, że nasze problemy nie znikną. Nie myliłam się - nie znikają - ale stają się mało istotne. Bo widząc ten uśmiech, my matki doskonale wiemy, że jak ciężko nie będzie - nie poddamy się.
puf, kosz, pled - Cuddly ZOO ; zegarek - szafiarka.net
Odkąd przeprowadziliśmy się do Warszawy, Pola nie ma już swojego pokoju. Mimo, że mieszkanie ma ten sam układ - byliśmy zbyt bardzo zmęczeni jedzeniem, spaniem i życiem w jednym pokoju. Mało tego - Pola mając swoje 4 kąty i tak znosiła wszystko do salonu, no bo...no bo tak. Czemu to wie tylko ona. Tym razem postanowiliśmy mieć razem z nią wspólną sypialnię, a zabawki...no właśnie? Gdzie one mają się teraz podziać?
Początkowo w rogu salonu rozłożyliśmy matę i na niej poustawialiśmy zabawki. Gdzieś tam w róg wcisnęliśmy kuchenkę, a ja po miesiącu tego syfu, który wciąż był na podłodze powiedziałam : dość! No dobra. Nie do końca tak było. Dalej bym się z tym wszystkim bujała, gdyby nie fakt, że na potrzeby pewnego filmiku musiałam stworzyć reprezentatywny kącik do zabawy. Ok. Tylko gdzie?
Zaznaczę, że nigdy, ale to przenigdy nie pomyślałabym, że pozwolę sobie na zabawkowy, dziecięcy nastrój w salonie. Dziecko jednak jest nieodłącznym elementem mojego życia i wcale nie przeszkadza mi cała jedna ściana salonu w zabawkach. Wręcz przeciwnie. Czuję, że w domu jest dziecko, nawet gdy ono śpi. Co prawda, taka sytuacja nie miałaby miejsca przenigdy, gdyby Pola miała swój pokój. Na pewno zabawki i tak pałętałaby się po pokoju dziennym, ale raczej wynosiłabym je na swoje miejsce przy wieczornym sprzątaniu. Obecnie jednak nie mam ich gdzie wynosić, więc musiał powstać kącik, który będzie praktyczny, przejrzysty i całość nie będzie walała się po podłodze.
Idealnym rozwiązaniem okazał się podłogowy, poziomy regał i dwie półki nad nim. Mieliśmy tam swoje płyty, czasopisma, świeczki i książki. Zagryzłam zęby i pochowałam dosłownie wszystko co na nim było do szafki. I zaczęłam ustawianie. Tu maskotki, tu domek, tu kuchenka, tu klocki. Efekt? Dla mnie bombowy. Co jest jednak w tym wszystkim najlepsze? Wszystko ma swoje miejsce, swoją półkę. Pola nie rozwala wszystkiego po podłodze, książki nareszcie są na górnej półce, a nie są porozwalane po całym mieszkaniu. Naprawdę nie wiem jak to się stało, ale Pola wraz z metamorfozą kąciku, zaczęła bawić się stojąc przed regałem, zdejmując i odkładając na swoje miejsce rzeczy. Nagle w domu zapanował jakiś cudowny porządek, a ja nie muszę nareszcie codziennie czyścić maty i układać na niej zabawek co w efekcie wyglądało beznadziejnie. Całość dopełniło nam krzesełko i etażerka. Co prawda etażerka raczej wyląduje obok łóżeczka Poli zamiast stolika nocnego, a przy krzesełku być może niedługo pojawi się praktyczny stoliczek, przy którym Pola będzie mogła uprawiać swoje ulubione ostatnio zajęcie - rysowanie.
Uwielbiam detale, takie jak stylowe klamerki, pompony, czy królik zgrywający się kolorystycznie z klamerkami w pudrowym różu. Domek zdecydowanie przyozdobiłabym świecącymi kulami, ale to już niebawem... Musiałam tutaj kombinować z rzeczy, które mam. Co najciekawsze - prawie wszystkie są albo z blogowych współprac, albo są to prezenty, albo łupy z SH. Bardzo lubię ten fakt, że chociaż na takie rzeczy nie muszę wydawać pieniędzy - jest to dla mnie ogromne ułatwienie w życiu, a jednocześnie satysfakcja, że moja praca daje taki owoc - moje dziecko ma dzięki niej to czego ja nigdy nie miałam.
Czy to wszystko co widzicie na zdjęciach jest używane? Będę z Wami szczera - wszystko. Wszystko inne jest głęboko w szafie. Stosuję zasadę, że jeśli coś się nudzi, chowam to do szafy i wyjmuję coś innego. Pola stęskniona za dawno nie widzianą rzeczą, bawi się nią ponownie. Muszę jednak przyznać, że domek, kuchenka, a przede wszystkim sorter i książki - nie były chowane nigdy. Kilka dni temu wyjęłam drewniane układanki w rybki i puzzle czuczu. Wcześniej Pola po 1 nie kumała, jak to układać, po 2 rozrzucała to po całym mieszkaniu z nerwów, że nie wie o co w tym chodzi. Jeśli chodzi o rzeczy takie jak wózek - jest w użytku codziennie. Pola co chwilę jeździ nim po mieszkaniu mówiąc mi "papa" i wychodząc z pokoju. Fajnie zaczął się sprawdzać na tym etapie domek z netto za całe 30 zł, do którego co jakiś czas dokupuję figurki znalezione w sh. W domku znajdziecie też zwierzątka, które o ile się nie mylę, można dostać w rossmanie i serię ludzików little people z fisher price. Plakat ze słoneczkiem, wciąż pozostaje zafoliowany. Jest tak cudowny, że nie może się zniszczyć do czasu, aż kiedyś kupię sobie mieszkanie... Czy potrafiłabym z tych zabawek wybrać najbardziej ulubioną? Zdecydowanie drewniany sorter z klockami od pikinini.pl . Nawet kiedy mam dość porozrzucanych klocków i stawiam to gdzieś na górę, Pola zaraz nabiera chęci na ponowne układanie klocków w odpowiednich miejscach. Na tym etapie wychodzi jej to już bezbłędnie.
Taki kącik był strzałem w dziesiątkę. Poziomy, podłogowy regał jest idealną opcją, która zaoszczędza miejsce. Zabiera o wiele mniej powierzchni niż wiecznie rozłożona mata. Wszystko jest ładnie ustawione pod ścianą, a zabiera jedynie 30/40 cm z szerokości podłogi.
Niestety mam też smutną ( dla mnie ) wiadomość - z przyczyn ode mnie niezależnych, będę musiała poszukać innego mieszkania, więc nie nacieszę oka zbyt długo tym stanem rzeczy. Nie zawsze wszystko układa się w życiu po naszej myśli, ale wychodzę z założenia, że wszystko dzieje się po coś. Trudno mi na razie zrozumieć, po co konkretnie, ale warto się łudzić, że wyjdzie to nam na dobre. Nikt nie mówił, że początki w wielkim mieście będą łatwe. Dlaczego mi przykro? Pokochałam to mieszkanie i kompletnie nie odczuwałam, że jest "czyjeś". Pokochałam te bloki, widok z balkonu na miejską dżunglę i pokochałam każdy skrawek otoczenia. Bardzo szybko się przyzwyczajam, ale bardzo ciężko radzę sobie z porzucaniem czegoś, gdzie czułam się tak swobodnie jak tutaj. To mieszkanie było moim ideałem i ledwo zdążyłam powiedzieć, że jest dla mnie idealne, ledwo zdążyłam zaplanować metamorfozę balkonu, ledwo zdążyłam urządzić kącik dla Poli i...bum. Niestety poszukiwania nowego kończą się płaczem - wiem, wiem zachowuję się jakby umarł mi ktoś bliski, jednak przerzucenie się z wysokie standardu na niższy, oraz fundowanie Poli kolejnej zmiany miejsca w tak krótkim czasie to dla mnie hardkorowa sprawa. Żegnam więc swoją ukochaną białą kuchnię, jasne ściany, białe meble i wielką szafę w przedpokoju. Znów czeka mnie skok w nowe, nieznane i przerażające. I oczywiście ograniczenie zawsze jest jedno - pieniądze...
wózek, etażerka, krzesełko - Lilu shop
t-shirt Polduna - Little Gold King
kuchenka, sortery ( klocki, do rączki, biedronka) - pikinini.pl
króliczek z wyszytym imieniem - Titi
królik z lnu - Lniany Dom
pompony - pomponove.pl
bolek i lolek - Kreatywna Igiełka
sówka - Stinky Dog Production
plakat - Humpty Dumpty Room Decoration
Ząbkowanie, sprzątanie i noszenie 24 h, wnoszenie wózka na 3 piętro bez windy, gotowanie obiadów, zarywanie nocy, a tak na dokładkę bycie jeszcze boginią seksu. Wszystko to z uśmiechem od ucha do ucha. Cały czas. Bo przecież inaczej nie wypada.
To my matki polki - mistrzynie pozorów, mistrzynie udawanego szczęścia. Bez chwili słabości, bez wątpienia, bez przekleństw rzucanych jedno za drugim. Przedstawienie trwa. To nic, że rozrywa nam serca i dusze. Ludzie patrzą, a my odgrywamy swoje role. Kogo gramy ? Matki idealne - bez skazy i gorszych dni. Gorsze dni mają przecież tylko słabi - nie my. Nie matki.
Dostaję dziesiątki wiadomości, w których ludzie pytają mnie jakbym była Tuskiem "Jak żyć?!". Odpisuję więc, doradzam, motywuję. Ale czasem ktoś pisze do mnie w taki dzień jak ten. Taki jak ten, w którym dźwigam płaczącą Polę już dziesiątą godzinę. Rozrywa mi kręgosłup i ręce, a nogi ledwo już chodzą, bo nie mam jak zjeść chociaż małego posiłku. I ktoś do mnie pisze w takim momencie " Alutka ty sobie tak świetnie radzisz, proszę doradź mi coś, bo ja już nie wyrabiam". I mam ochotę odpisać: " Boże, ja też już nie wyrabiam, zaraz skoczę z okna". Wyobrażacie sobie zwierzyć się komuś, oczekiwać, że doradzi, pomoże. A tymczasem ktoś Ci odpisuje, że ma to samo i zaraz ze sobą skończy. Dostałabym chyba ataku padaczki. Bo taka wiadomość zwrotna pokazałaby, że cholera jasna! Po co walczyć? Przecież ona też się poddała! Więc przeczekuję ten cholernie ciężki dzień i budzę się następnego ranka, próbując wymazać z pamięci tę cholerną chwilę słabości. Ale nie udaję. Nigdy. W sklepie przy kasie, otwarcie przyznaję, że mam dziś kiepski dzień i nie mam ochoty na nic. Przez telefon mówię siostrze, że chyba czas na psychiatrę, a Wam piszę dzisiaj to wszystko, bo nie chcę tego w sobie dusić. Uff. Od razu lepiej. Jednak jak to powiedział mi mój ulubiony sprzedawca w bemowskim SH...sztuką jest nawet w taki fatalny dzień, znaleźć siłę w sobie, by mimo wszystko się uśmiechnąć. Coś w tym jest. A co jest najśmieszniejsze? Że ten uśmiech spowodowała ta sama osoba, przez którą teoretycznie było mi go brak. Dzieci - nieumyślnie sterują nami jak marionetkami. I to właśnie bycie od nich tak cholernie zależnymi, zwłaszcza gdy są małe - często przytłacza, frustruje i boli.
Wiesz co frustruje jeszcze bardziej? Odgrywanie tego cyrku. Udawanie idealnej i przylepianie uśmiechu do twarzy, podczas gdy mamy ochotę skoczyć z mostu. A czy nie lepiej się wypłakać, wyżalić, zadzwonić do kogoś i powiedzieć jak Ci dzisiaj cholernie źle. Nie chodzi o popadanie w stan wiecznego narzekania i biadolenia typu " Ja to mam źle...", bo nie w tym rzecz. Ale chodzi o pozbycie się z siebie tych negatywnych emocji w tej jednej, konkretnej chwili. Tak właśnie jak ja robię to teraz. Jestem zwolenniczką pozytywnego myślenia, motywacji w każdej postaci i tryskania energią, ale halo halo! Każda bateria kiedyś wysiada i Twoja również może. Nie raz, nie dwa, a wiele, cholernie wiele razy. Musisz jednak zrozumieć, że po każdej burzy wychodzi słońce i nikt podczas burzy nie będzie miał Ci za złe, że powiesz, że się cholernie boisz. Bo jeśli naprawdę obleciał Cię strach - wykrzycz to.
Nikt już nie wierzy w macierzyństwo jak z reklam. W zawsze piękne, pachnące włosy; czyste, schludne ubrania bez plam od ulewania i jedzenia latającego po domu i w ten uśmiech od ucha do ucha. Ale koniecznie z białymi, równymi zębami ;) Przede wszystkim nikt już nie wierzy w małe dzieci, które nigdy nie mają gorszych dni, nie płaczą i nie grymaszą. A jeśli ktoś usilnie chce uwierzyć - proszę bardzo, ale pamiętaj, że rzeczywistość bardzo szybko może wpędzić Cię w depresję.
Życie to jedna wielka karuzela. Raz jesteś na górze, raz na dole. Raz krzyczysz z zachwytu, raz robi Ci się niedobrze. Raz się cieszysz, innym razem boisz. Raz masz ochotę namówić wszystkich do takiego samego stylu życia, a innym razem masz ochotę wszystkich przed nim ustrzec. Nie musisz udawać, że tak nie jest. Nie ma idealnych ludzi, wiodących idealne życia. Wiecznie udając, najbardziej oszukujesz i ranisz samą siebie.
Mam dla Ciebie jedną dobrą radę. Nie będę Ci mówić jak walczyć z frustracją, ale jak zapobiegać jej powstawaniu. Jeśli z góry wiesz, że po dwóch godzinach prasowania Twój nastrój znacznie się pogorszy - olej to. Nie rób nic ponad swoje siły, bo nie musisz nikomu niczego udowadniać. Świat się nie zawali jeśli posprzątasz jutro, a nie dzisiaj. Jeśli nie masz siły zrobić facetowi obiadu, nie witaj go z pretensją, że tego nie zrobiłaś, tylko przytul go i powiedz, że kompletnie nie miałaś siły tego robić, ale za to jutro to ugotujesz mi takie cudo, że kopara mu opadnie. Pocałuj go i idź usiądź. WSZYSTKO zależy tylko i wyłącznie od Twojego podejścia i spojrzenia na sprawę. Kobiety mają to do siebie, że lubią komplikować sobie życie. A ja np. lubię je sobie ułatwiać. Unikam sytuacji, które wpędzą mnie w psychiczny dół...
Ale... ale jeśli już w ten dół wpadnę, to nie udaję, że mnie go w nim nie ma. Jestem. Jestem wtedy po uszy w gównie. To słychać, widać i czuć na odległość. I mam wtedy w nosie, co ktoś sobie pomyśli. Mam w nosie, że ktoś uzna mnie za złą matkę, narzeczoną czy panią domu. Bo mam w nosie udawanie, że zawsze wszystko jest piękne, różowe i słodziutkie. Nie jest. I im szybciej się z tym pogodzisz - tym lepiej dla Ciebie.
wózek - Lilushop ; lala - Twórczy Kąt ; sukienki - Smallbig - małe jest wielkie
Jedną z rzeczy, które przyrzekłam sobie zanim urodziłam Polę - było to, że NIGDY, ale to nigdy nie będę w napadzie furii wyglądać tak jak moja mama, a przede wszystkim - nie będę do córki walić takimi samymi irytującymi tekstami. Rzeczywistość jednak jak zwykle sprowadziła mnie na ziemię. Zaczęłam szybciej niż myślałam.
1) Tobie coś kupić, to zaraz rozwalisz - no cholera jasna! Bo jak tego nie skomentować?! Książka- piękna, gruba, twarda oprawa. No już tak gruba, że na pół centymetra. Ale wytłumacz 16 miesięcznemu dziecku, że to pół centymetra to JEDNA strona. No nie wytłumaczysz. Tak będzie dłubać, tak będzie walczyć, aż z jednej strony zrobi pięć. A jak!
2) No mięso chociaż zjedz - Ja nie miałam tego problemu. Mięso jadłam zawsze. Jeszcze wołałam dokładkę. Ale za to słyszałam ten tekst nie raz u innych. Irytujący, no bo co się babo wtrącasz! Jak chce to niech zje same ziemniaki, co Cię obchodzi czy mięso zostanie? Dziś sama rzucam takim tekstem, chociaż w głowie często błagam, by jednak troszkę zostawiła ( dla mamy oczywiście).
3) Tyle masz zabawek, a się niczym nie bawisz! - no bo już szlag człowieka trafia, jak zabawki stoją, a dziecko właśnie drze papier toaletowy po całej chałupie. A koniki, domki, klocki w kącie...
4) O proszę! Wafelka to zje, a jak obiad zrobiłam to nic nie zjadła! - cały dzień każde jedzenie na nie, ale pokaż jej wafelka to zaczyna odprawiać jakiś taniec radości i biec do mnie z prędkością światła. A niedługo się zacznie " Nie jedz słodkiego, bo obiadu nie zjesz"
5) Mówiłam z jedzeniem po domu nie chodź - bo to takie małe, podstępne i cwane. Niby nie jest głodne, a tu nagle wynajdzie gdzieś zachomikowane resztki jedzenia i leci! I pruszy, i brudzi.
6) Tylko ścian nie dotykaj, bo pobrudzisz - umyj dziecku ręce. No umyj. A po 5 min to samo. Tu od kredki, tu od jedzenia, tu od skradzionego na prędce fluidu mamy. I leci prosto na ścianę, a ja dostaję palpitacji serca...
7) Najlepiej! Nabrudzić, nażreć się, a matka posprząta, a co! - jezus maria. Jak mnie to irytowało. To biadolenie i mówienie niby do siebie, ale tak żeby każdy słyszał... No ale czy tak nie jest? Nażrą się, syfu narobią i... w nogi! Jakby ich paliło!
8) No krzycz. Ja też zaraz zacznę - kuźwa tylko nigdy nie zaczynam, bo przecież ten mały szkrab taki mały jeszcze i słodki... ;)
9) A taty to ty nie masz? Mama, mama ciągle tylko mama! - no kurcze blaszka! Matka w domu jest, ojciec jest. Ale jak się dzieć chce bawić, jak chce jeść, jak zrobi kupę - to woła co? MAMA! A za kilka lat co będzie? Nareszcie zacznie wołać tatę...szkoda, że tylko po to, by spytać " Tato, gdzie jest mama?" ;)
10) Tak co jeszcze?! Może gwiazdkę z nieba? - da, da, da! I pokazuje już sama nie wie na co. Na sufit, na lampę, na kaloryfer. Wszystko, by chciała. Zwłaszcza jak ma iść spać. Przy dwudziestym "da" przewracam już oczami i mówię " Śpijże wreszcie!"
Ale prawdziwy popis tekstów dziedziczonych po mamie zacznie się dopiero za lat kilka. Bo w sumie co można mówić jak się jest wkurzonym do roczniaka, czy dwulatka? No nie wiele, bo co takie dziecko rozumie. Ale do nastolatka?
- "Plecak jak żeś rzucił w piątek, to do poniedziałku leżał"
- "Taki syf tu masz , że nic tylko nasrać jeszcze na środku"
- " Za naukę się weź, a nie ciągle ten komputer"
- " A co ty myślisz, że ja sram pieniędzmi?"
Te cudowne wspomnienia przypomniała mi strona na FP "Wkurzona mama" , która pokazała mi, że moja mama ze swoimi tekstami sama nie była... A ja nie byłam jedyną, która musiała tego słuchać ;)
A 10 tekstów, które Wam pokazałam? Potraktujcie to z przymrużeniem oka. Zazwyczaj mówione są mimo wszystko z lekkim uśmiechem, bo o wkurzaniu się na tak małe dziecko raczej mowy nie ma. Wkurzamy się na minutę, dwie, a potem co? Przylatuje taki mały, poczochrany skrzat i daje Ci buziaka w usta. Wkurzać to ja się dopiero będę...jak mi ta Pola ten plecak w piątek rzuci i będzie leżał...najlepiej z kanapkami sprzed dwóch tygodni ;)
sukienka - szafiarka.net
Dziś w internecie przeczytałam dyskusję o złych zachowaniach dzieci. Internauci zgodnie stwierdzili, że kulturę ( a raczej jej brak ) wynosi się z domu. Tak jak brak szacunku i inne złe zachowania. O ile sama jestem zdania, że to my rodzice mamy na dzieci największy wpływ, tak uważam, że w pewnym momencie dziecko spędzające ponad pół dnia w szkole często o wiele bliżej jest ze znajomymi niż z rodzicami i często to Ci znajomi stają się nagle autorytetem dziecka.
Pisałam już wielokrotnie, że złe zachowania dzieci najczęściej są winą rodziców. I nie chodzi mi tutaj wcale o to, że jeśli dziecko przeklina to winny jest rodzic, bo na pewno od niego to usłyszało. Dzieci poza naszą świadomością będą próbować różnych rzeczy - to normalne. Nie mamy na to wpływu. Naszym zadaniem jest jedynie tłumaczenie, że coś co dziecko robi jest złe. W skuteczny sposób. Ale to już poza tematem. To, że dzieci przeklinają czy nie szanują innych nie zawsze wynika z tego, że w domu brak szacunku czy kultury. Mimo, że żyłam w dobrej rodzinie, w której było się wrażliwym na ludzką krzywdą, w której się sobie pomagało i w której na 1 miejscu był szacunek - to będąc w okresie nastoletniego buntu poszłam zupełnie inną ścieżką. Mimo, że w domu miałam idealny przykład jak należy traktować drugiego człowieka - to sama w gimnazjum śmiałam się ze słabszych, wywyższałam się i generalnie byłam jędzą. Powód był jeden. Nie zawinili rodzice. Powód był prosty, a przynajmniej wydaje się prosty teraz. Ta cała jędzowatość była moim płaszczem ochronnym. Nie chciałam już nigdy być tą słabszą. Nie chciałam, by ktoś się ze mnie śmiał. Nie chciałam, by ktoś mnie zawstydzał i onieśmielał więc perfidnie udawałam, że to ja jestem tą która robi to z innymi.
Dziś wstyd mi za swoje zachowanie i zrobię wszystko co w mojej mocy, by pokazać córce na wszelkie możliwe sposoby jak łatwo zranić drugiego człowieka i jak bardzo okrutne jest takie zachowanie. Czasem jednak największy wysiłek zdaje się na nic, kiedy dziecko ponad pół dnia spędza w szkole, gdzie trzeba być silnym, by najzwyczajniej w świecie przetrwać. Zwłaszcza w gimnazjum. Tam albo masz jaja albo zostaniesz zgnojony. Może trafiłam na złą szkołę, a może tak jest wszędzie, a się o tym nie mówi lub udaje się, że problemu nie ma. Ale właśnie w moim gimnazjum byłam świadkiem wielu zachowań, gdzie dzieci rodziców z dobrych domów zachowywały się jak najgorsza patologia. Taki wiek. Pragniemy się przypodobać i zatracamy własne, prawdziwe ja. W domu rodzice widzą grzeczne, poukładane dziecko i nawet nie przypuszczają, że ich idealna pociecha może być szkolnym tyranem. Rodzice zostają wzywani na szkolne wywiadówki i nie mogą uwierzyć " Jak to? Moje dziecko? Niemożliwe!" - bo ciężko jest uwierzyć, że ukochana córka, która w domu całuje nas w policzek i grzecznie odrabia lekcje, w szkole rzuca kurwami na prawo i lewo i podkłada nogę biednej Zuzi w okularach.
Ale przecież tak łatwo jest oceniać. Mówić, że to zawsze wina rodziców. Że ten co przeklina za rogiem, to na pewno ojciec tak do niego mówi. A ta co całuje się z co drugim chłopakiem na imprezie to na pewno ma matkę prostytutkę. Widzimy coś, tylko przez chwilę. To jakby sytuacja wyrwana z kontekstu. I mamy już cały obraz. A nie mamy prawa oceniać. Nie mamy prawa wysnuwać takich wniosków nie znając całej prawdy, nie znając sytuacji i nie będąc kimś innym, w zupełnie innych butach, w zupełnie innym położeniu.
Życie dziecka, życie nastolatka to w tych czasach cholernie trudna sprawa. To szkoła przetrwania, w której dobre wychowanie często ma się nijak do pieprzonej rzeczywistości, która wychowuje nas sama w szkolnych murach. I dopiero kiedy złe zachowanie dziecka ujrzy światło dzienne, to świadomie wkraczamy my. I to jest ta cholernie trudna rola rodzica. Być ponad wszystko i wytłumaczyć dziecku, że może postępować inaczej...czasem się boję, że nie dam rady. Że poniosę porażkę jako rodzic w tej kwestii. Jednak póki co cieszę się tym 10 kilogramowym człowiekiem, którego jedynym zmartwieniem jest to, że nad ranem musi cierpliwie poczekać, aż mama przygrzeje mu mleko... I niech to trwa jak najdłużej...
Macierzyństwo to milion radości, smutków, łez i wzruszeń. To sprawdzanie naszych pokładów sił i cierpliwości. Nie jest w stanie zrozumieć tego ten, kto nie zaznał tego zaszczytu bycia matką. Ja sama nie rozumiałam dopóki się nią nie stałam. Nie wiedziałam jak zwykłe, na pozór proste rzeczy potrafią z Nas wycisnąć cały potok łez.
Tych wzruszających momentów było w moim krótkim macierzyństwie całe mnóstwo. A trwa ono dopiero 15 miesięcy, choć mam wrażenie, że to cała wieczność. Postanowiłam jednak pogrzebać w swoich wspomnieniach i przypomnieć sobie kilka wzruszających momentów, które utkwiły mi w pamięci.
1) Pierwszy płacz - poród mój na 9 centymetrze zakończył się niespodziewanie cesarką. Kiedy Pola została wyjęta z brzucha, nie było nic prócz ciszy. Cisza ta choć krótka, bo trwała kilka sekund dla mnie była całą wiecznością. Kiedy jednak usłyszałam pierwszy płacz dziecka, które nosiłam 9 miesięcy w brzuchu moje oczy zalały się łzami. Pamiętam to dokładnie. Sekunda po sekundzie. Słyszałam, ale nie widziałam i czułam się tak jakby moje całe życie zmieniło się w sekundę...
2) Pierwsze spojrzenie sobie w oczy - nie zapomnę tego nigdy. Momentu, w którym nasze oczy spotkały się ze sobą na chwilę. Moje pełne łez choć zmęczone i jej, które nieśmiało otwierały się i zamykały przez rażącą zewnątrz jasność. Czułam się lekko onieśmielona w tamtym momencie. Teoretycznie nosiłam swoje dziecko w brzuchu przez 9 miesięcy, ale miałam wrażenie, że dopiero co ją poznałam. Była piękna. Jest piękna.
3) Pierwszy ząbek - darłam się jak nienormalna " Polusiu masz ząbek!" - miałam wrażenie, że moje dziecko jest już takie duże, że zaraz się wyprowadzi. Pękałam z dumy jakby właśnie dostała się na najlepszy uniwersytet. Obdzwoniłam najbliższych i nie mogłam się napatrzeć na ten jeden, malutki ząbek.
4) Słowo "mama" - wypowiedziane po raz pierwszy sprawiło, że nogi ugięły się pode mną jakby były z waty. Głos się załamał i ze łzami w oczach wydukałam pod nosem " Polusiu co powiedziałaś...?" . Dziś słyszę to kilkadziesiąt razy dziennie - za każdym razem brzmi to tak samo słodko. Chyba, że jest 2 w nocy ;)
5) Znalezione rękawiczki - kiedy wyjechałam do Holandii z F. i przyjaciółmi na kilka dni do Amsterdamu i Berlina, idąc któregoś dnia ulicą w kieszeni kurtki znalazłam... Polkowe rękawiczki. Łzy stanęły mi w oczach, a ja poczułam, że moje serce ściska przeogromna tęsknota. Motyw z rękawiczkami Poli, które były ochroną moich kciuków możecie zobaczyć na moim kanale YT w filmiku z Holandi w minucie 2:54 .
6) Spacer z paluszkiem w tle - wyobrażając sobie macierzyństwo i spacery z córką, wyobrażałam sobie to właśnie tak : ja idąca dumnie przed siebie i maleńka Pola, trzymająca mnie za palec i stawiają małe kroczki. Rozczula mnie to za każdym razem kiedy udaje nam się spacerować w taki sposób, a wiadomo, że teraz o spokojny spacer coraz ciężej.
7) Mamo, rozumiem coraz więcej ! - cholernie nas to cieszy prawda? Takich sytuacji jest codziennie całe mnóstwo. Mi szczególnie w pamięci utkwiły dwie sytuacje. Pola nie miała wtedy nawet roku. 1 sytuacja to kiedy przyniosła pampersa, a kiedy go zmieniłam, wyrzuciła ten brudny do śmietnika, zamknęła drzwiczki i sama zaczęła bić sobie brawo. Druga sytuacja to kiedy leżałam na kanapie, a ona przyniosła mi swoją butelkę, pokazała na czajnik i powiedziała " mniam!". Pomyślałam sobie wtedy " O Boże, jaka ona już mądra" i zaraz złapałam się na tym, że jestem kolejną matką twierdzącą, że jej dziecko jest nad wyraz zdolne. Oczywiście takie postrzeganie zazwyczaj zatrzymywałam dla samej siebie. Zdradzę Wam w sikrecie, że prawie codziennie biję jej brawo i mówię "Boże! Jaka ty jesteś mądra" ;)
8) Kitka - no wzrusza mnie za każdym razem. Za 1 razem postawiona na głowie niczym antenka. Dzisiaj już tradycyjnie z tyłu głowy ze spineczką lub opaską na górze. Kitka sprawia, że Pola z rozczochranego szoguna zmienia się w dziewczynkę, na którą patrzymy z F. jak jakieś oszołomy i mówimy pod nosem "Jaka piękna!". Ale wciąż wmawiam sobie, że jestem całkiem normalną matką. Tak żyje się lepiej.
9) Mamo, śpiewam sobie! - niewinny poranek. Budzi mnie...cisza. Idę do WC, po chwili zaglądam do pokoju Poli. Siedzi na łóżeczku i nuci sobie coś pod nosem. Poczochrana i zaspana. Do tej pory codziennie kiedy słyszę niewinne "lalala" - rozpływam się.
10) po prostu dziecko - ono samo w sobie jest wzruszającym widokiem. Kiedy tuli, kiedy całuje, kiedy śpiewa, kiedy je, kiedy robi nowe rzeczy, kiedy mówi nowe wyrazy. Kiedy po prostu jest...
Macierzyństwo samo w sobie jest wzruszające. Im jest ciężej, tym bardziej cieszą i wzruszają nas pozytywne chwile. Wzruszam się codziennie. Czasem rano kiedy Pola budzi się w dobrym humorze i wchodzi nam na głowy. Czasem w południe kiedy ogląda książeczki, pokazuje coś paluszkiem i mówi sama do siebie. Czasem wieczorem kiedy wtula się we mnie i mówi "mama". A czasem wzruszam się w najmniej oczekiwanych momentach, tak jak dzisiaj kiedy na placu zabaw bawiła się z obcymi dziewczynkami, uśmiechała do nich i podawała im piłkę - a zazwyczaj przed nimi uciekała...
sukienka - tutaj
sukienka - tutaj
