Na napisanie tego wpisu naszło mnie podczas...zamiatania po raz setny podłogi pełnej okruchów od chleba i chrupek z Polą na lewym biodrze. Złapałam się na tym, że mimo iż robię to nie wiem który dziś raz, robię to z uśmiechem na twarzy. Gdzieś tam w głowie przejawiał mi się obraz mojej mamy, która często wzdychała widząc okruch tu i tam, a każdy obowiązek zdawał się ją przytłaczać.
Pomyślałam " Cholera...fajnie jest coś musieć". Ja - jeszcze do niedawna leniwa do granic możliwości, która ze łzami w oczach zabierała się za sprzątanie pokoju raz na ruski rok, dziś latam ze zmiotką z uśmiechem od ucha do ucha. Fajnie jest musieć kiedy ma się dla kogo. Bo kiedy ma się dla kogo...to się chce. A jak już się chce...to się nie czuje, że się musi. Prawda?
Godzina 17:40. Wciąż z Polą na biodrze, robię jej mleko. Uśmiecham się do siebie jak taki głupek. Patrząc w puszkę z mlekiem jak na filmie czy w książce, myślami jestem zupełnie gdzie indziej. Robię mleko, a myślę "Cholera jak dobrze jest mieć dla kogo robić to mleko." Od jednej myśli przechodzę do refleksji nad tym, że tak cholernie cieszę się z tego, że mam dziecko. Teraz. Że zdecydowałam się na nie w idealnym dla mnie momencie. " Jak dobrze jest musieć robić jej teraz mleko. Nie za chwilę, nie za godzinę. MUSZĘ zrobić je teraz". Łapię się na swoich dziwnych myślach, czym prędzej odkładam Polę do łóżeczka, całuję na dobranoc i zaczynam spisywać. To co dziś we mnie siedzi. To, że jeszcze do nie dawna miałam tok rozumowania zupełnie odwrotny...że dobrze jest nie musieć nic. I czasem tak jest dobrze. Ba. Jest wspaniale. Usiąść i nie musieć nic zrobić. Nie musieć wstać do dziecka, nie musieć robić obiadu, sprzątać itp. Ale jeśli się ma dla kogo? Czy prawdziwą tragedią nie jest kiedy nie musimy nic...dla nikogo? Kiedy nie musimy się starać, nie musimy zabiegać? Czy nie jest fajniej musieć zarobić na upragnioną rzecz niż nie musieć robić nic, bo wiemy, że i tak spadnie nam z nieba, od rodziców, dziadków, bogatego męża? Czy nie fajnie jest musieć chodzić do pracy, starać się, by zdobyć awans, niż nie musieć, bo możemy załatwić to sobie po znajomościach, albo z ładną buzią możemy to zrobić nawet przez łóżko? Czy nie fajnie jest musieć się uczyć, zdobywać dobre stopnie niż nie musieć robić nic, bo piątka wpadnie i tak, przecież mam takie dobre ściągi.
Fajnie jest coś musieć, ale tylko wtedy gdy się tego chce. Mus jest dobry, ale tylko wtedy gdy nie ciągnie nas w dół powodując stanów niemalże depresyjnych. Nikt nie lubi być zmuszany przez kogoś. Właściwie ktoś mógłby mi teraz napisać...ja nic nie muszę. Ewentualnie mogę. I jest w tym odrobina racji. Ale czy gdybyśmy tylko mogli...to czy zrobilibyśmy tyle ile robimy gdy mówimy sobie, że to musimy? Może u kogoś działa to odwrotnie. U mnie siłą napędową jest kiedy chcę i mogę przeobraża się w muszę. Bo kiedy muszę to to zrobię. Czy jest to głupie posprzątanie, czy osiągnięcie życiowego sukcesu. A gdybym tak nic nie musiała...to cóż by na tym świecie mnie jeszcze cieszyło?
Często pytacie mnie o rzeczy, które były wcześniej pokazywane na blogu. Czy się sprawdziły, czy nadal nam służą, czy z ręką na sercu je polecam. Skoro coś pokazuję tzn. że polecam, ale Wasze pytania mnie nie dziwią. Czasem coś co sprawdzało się przez kilka dni, przestaje się sprawdzać po dłuższym okresie. Tak jak np. leżaczek/bujaczek, który chociaż był przydatny przez pierwszy okres, a wręcz był moim wybawieniem nawet na kilka minut dziennie, to przy dziecku, które zaznało już jak niezwykłą umiejętnością jest raczkowanie i próby chodzenia - praktyczność tego urządzenia zaczęła być znikoma. Ale to już raczej przez temperament dziecko, a nie wadliwość sprzętu.
Są takie rzeczy w pokoju Poli (i nie tylko w jej pokoju), które kiedy ich używam myślę sobie "Cholera, jaki to był dobry wybór!". I aż chce się wszystkim polecać i krzyczeć, że muszą to mieć. Taka już jestem. Nawet film, który mi się mega spodobał w kinie (odsyłam do wpisu "Służby Specjalne" - czy warto iść na ten film? ) musiał zostać przeze mnie polecany rodzicom do tego stopnia, że dzwoniłam do nich codziennie, czy kupić im bilety. W końcu poszli. I nie tylko oni.
Dziś rano robiąc porządek w łóżku Poli i odkładając naszą ulubioną lampkę pomyślałam " Chyba warto powiedzieć czytelnikom, z czego tak na prawdę jestem zadowolona do tego stopnia, by znów o tym napisać" . Zaczęłam rozglądać się po całym mieszkaniu i w moment naliczyłam 10 rzeczy, których wciąż używamy i których nie zamieniłabym na nic innego. W poniższej TOP 10 zobaczycie też coś czego na blogu wcześniej nie było, ale co jest w naszym domu od jakiegoś czasu, ale jeszcze Wam tego nie pokazałam. No to jedziemy. Kolejność zupełnie przypadkowa.
1. Lampka PIXIE od BEABA POLSKA - pisałam o niej już we wpisie z nową odsłoną pokoiku Poli. Dwa stopnie natężenia łagodnego światła. Fajny, prosty design, który umożliwia dziecku złapanie lampki jak zabawki. W dzień ładuję - w nocy wkładam do łóżeczka, tak by wchodząc do pokoju nie musieć zapalać dużego światła i nie rozbudzać Poli. Wadliwości sprzętu nie zaobserwowałam. Służy nam każdej nocy od długiego czasu. Lampkę możecie zobaczyć TUTAJ
2) Kocyk w łezki od TRILLI - dacie wiarę, że nie mam ani jednego kocyka minky/bawełna? Jest ich wszędzie tyle, że nawet super wzory mnie nie przekonują. Od tego kocyka zaczęła się nasza przygoda z żółcią i szarością. Powiedzieć Wam coś jeszcze? Pościeli totalnie nie używamy, a kiedy śpiworki do spania lądują w praniu , albo są, ale pociecha i tak marznie...ciągle do akcji wkracza ten właśnie kocyk. I nie chodzi tu o wzór, który urzekł mnie absolutnie, a o...jakość. Kocyk możecie kupić TUTAJ
3) Krzesełko BABYBJORN od SCANDINAVIAN BABY . Prosty, klasyczny wygląd. Brak szelek, których Pola nienawidzi. Krzesełko blokuje nóżki w takim miejscu, że żaden wygibas nie sprawi, że dziecko z niego wypadnie. Składa się je w kilka sekund. Mechanizmy zabezpieczające nie do zdarcia. Nawet moja przewrażliwiona mama, która przy pierwszych próbach karmienia w nim, gdy jeszcze mieszkałam w domu rodzinnym, stała obok i trzymała tackę jakby miała zaraz odpaść, w końcu przyjeżdżając do mnie w gościnę nie zerka już na jedzącą w nim Polę ze strachem w oczach. Tacka zdejmowana - łatwa do wyczyszczenia. Początkowo mechanizm był dla mnie zbyt skomplikowany. Tu trzeba przytrzymać dziecko, tu coś odbezpieczyć. Teraz zajmuje mi to sekundę i z ręką na sercu polecam wszystkim rodzicom, zwłaszcza tych pociech, które krzesełko traktują jak cyrk, w którym uczą się akrobacji, a szelki to ich najgorszy wróg. Krzesełko do kupienia TUTAJ .
4) Książeczki kontrastowe - pierwsze 4 kupiliśmy w smyku. Piątą "Nasze buzie" dokupiłam ostatnio w EMPIKU. Początkowo Pola używała je jedynie jako kolejnego gryzaka. Obecnie co jakiś czas poświęcamy chociaż po minucie na to, by opisać jej co jest na obrazkach. Przykładowo na obrazku znajduje się krowa : krowa jest czarno biała i robi muuu. Krowa daje mleko. ( nie wiem czemu mnie to śmieszy).
5) Babycook solo od BEABA POLSKA - mój mistrz, mój faworyt. Moje wybawienie, które pozwala mi zaoszczędzić mnóstwo czasu. Kroję co mam do pokrojenia i ...wrzucam. Sygnał dźwiękowy - wyjmuję ugotowane na parze warzywa, mięso i daję Poli do zjedzenia. Już nawet nie miksuję, bo umie już jeść w kawałkach. Ale...nie tylko temu służy mi ten sprzęt. Służy też mojemu zdrowemu odżywianiu i walce ze słodyczami. Zamiast batonika...szybki koktajl. Wrzucam co mam pod ręką. Kiwi, banan, jabłko - miksuję i zapycham się pysznym koktajlem do granic możliwości. Babycook Solo możecie zobaczyć TUTAJ
6) Wanienka od BEABA POLSKA - nie będę Wam tu ściemniać, że Poli kąpiele są dla niej o wiele przyjemniejsze niż w tej starej wanience. Wszędzie będą identyczne. Jednak biorąc pod uwagę fakt jak wykonany jest stojak do niej - dziwię się, że ze spokojem kąpałam swoje dziecko w wanience na stojaku ze smyka. Niby był stabilny...ale patrząc na to jaki mam teraz. Bez porównania. Wanienka przede wszystkim funkcjonalna. Nie muszę jej odbezpieczać ze stojaka, by wylać wodę, ponieważ posiada korek, do którego przymocowana jest rurka. Wodę możecie wylać do wiadra, lub tak jak ja - wkładając rurkę do normalnej wanny. Design zarówno wanienki jak i stojaka mnie powala. Jest genialny. Wanienkę, stojak oraz akcesoria do kąpieli możecie zobaczyć TUTAJ
7) Mata od EDUKATOREK.PL - pisałam o niej całkiem niedawno. Idealnie dopełniła pokój Poli. Sprawdziła się zarówno wizualnie jak i w praktyce. Genialna jakość wykonania i serio - odbiega ona od tych typowych piankowych puzzli dostępnych przykładowo w pepco. Matę możecie kupić TUTAJ
8) Gumowe klocki firmy CLEMENTONI - do kupienia przykładowo TUTAJ . Chyba jedyna zabawka, która Pola bawi się już od dłuższego czasu i jeszcze jej się nie znudziła. Bawi się nimi zarówno na macie jak i w kąpieli, gdzie służą jej do nabierania wody i jej wylewania. Mamy ich tylko kilka sztuk, ale Święty Mikołaj tuż tuż i będzie ich dużo więcej.
9) Drewniane puzzle zwierzątka od BIBABU - tego jeszcze na blogu nie pokazywałam, mimo że Pola bawi się tym od jakiś 2 tygodni. Co prawda jest zbyt mała, by dopasowywać kształty tam gdzie trzeba, ale dzielnie próbuje. Póki co zwierzątka służą nam głównie do opisywania. Jak się zachowują, co jedzą, jakie dźwięki wydają. Po czym pokazuję jej gdzie dany element należy odłożyć. Zarówno Pola jak i ja mamy niezły ubaw zwłaszcza przy tych dźwiękach... Puzzle możecie kupić TUTAJ
10) Poducha do karmienia od TuliBuzi ...ale nie tylko. Dostałam o nią kilkadziesiąt zapytań w wiadomościach i komentarzach. I absolutnie nie przesadzam! Za każdym razem kiedy gdzieś się ona pojawia, kilka osób pisze do mnie w jej sprawie. Piersią już dawno nie karmię. A nadal jest w użytku. A to Polę położę na niej, gdy ją przebieram, a to sama wezmą ją sobie jako oparcie. Służy nam od pierwszych dni aż do teraz. Że jakość genialna to chyba wspominać nie muszę, inaczej nie zamieściłam bym jej w tym zestawieniu ;)
To już koniec zestawienia. Zapewne za 10 min złapię się za głowę i powiem "Boże, zapomniałam jeszcze o tym!"...ale nic straconego. Dzisiejsze zestawienie pokazało Wam rzeczy, z których jestem w stu procentach zadowolona, ale przede wszystkim...które są w użytku CODZIENNIE !
Jaka matka, taka córka...może coś w tym jest. Zapewne u jednych się sprawdza, a u innych wręcz odwrotnie. Kiedy te słowa rozbrzmiewały mi ostatnio w mojej głowie w momencie gdy się jej tak pilnie przypatrywałam, zaczęłam się zastanawiać...jaka Ona będzie? Czy będzie wstydliwym aniołkiem, czy może osobą zadziorną lub broniącą twardo swojego zdania? A może będzie organizowała manifestacje mające na celu sprzeciwianie się niszczeniu przyrody, a może wręcz odwrotnie z łatwością będzie jej przychodziło zaśmiecanie przyrody i posiadanie w 4 literach ekologii. Może będzie taka jak ja...może będzie latami budowała swoją pewność siebie, raz po raz wątpiąc...może będzie bała się wyrażać swoje zdanie przez długi, długi czas, by nagle po pewnym czasie zrobić wielkie BUM i pokazać, że jest ona indywidualnością. Może tak jak ja będzie blogerką i zbuduje sobie swój mały biznes, który będzie jej pasją i pracą. A może pójdzie w całkiem innym kierunku, a świat wirtualny nie będzie jej przyciągał do siebie w ogóle.
Może będzie piątkową uczennicą z wzorowym zachowaniem, a może będzie z ledwością jechać na trójach, a zachowanie będzie co najwyżej poprawne. Może będzie duszą towarzystwa, a może szarą myszką, która siedzi całe dnie z nosem w książkach... Może rodzina będzie dla niej zawsze wartością najwyższą, a może będzie wolała uciec od Nas jak najdalej i wcale nie będzie zależało Jej na jakimś częstym kontakcie...Może będzie zawsze sobą, a może przez zaniżone poczucie własne wartości, będzie próbowała wiecznie udawać kogoś kim nie jest...Może, może, może...
Jako rodzic chciałabym dla Niej jak najlepiej. Chciałabym wychować ją na porządnego człowieka, który wie co jest w życiu ważne, a co mniej. Ale...ale wszystkiego nie da się zaplanować zwłaszcza losu czy osobowości dziecka. Nie wiem czy w przyszłości moje własne dziecko nie znajdzie się w poprawczaku, lub czy nie będę musiała odbierać jej pijanej z komisariatu. Może niektóre matki zapatrzone w swoje pociechy myślą teraz "Boże, o czym ona pisze? Przecież moje dziecko na pewno tak nigdy nie zrobi"...a ja Ci powiem, że może zrobi, może nie. Może nie to, ale co innego. Na pewno rozczaruje Cię nie raz. Nie chcę nastawiać się na dziecko ideał, z którego zawsze będę dumna. Może popełniać błędów tyle ile chce, ponosić za nie konsekwencje, by później płakać mi w rękaw...ale w tym wszystkim ma wiedzieć, że ma mnie, ma tatę, ma rodzinę, która co by się nie działo. Wesprze Ją. Na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie, w biedzie i w dostatku. Jedyne czego pragnę to, by nigdy nie zwątpiła w to, że może wszystko. By nigdy nie pomyślała, że nie ma w Nas oparcia. A reszta...? Reszta przyjdzie sama...
Póki co przed nami puste do zapisania kartki. Wypełni je tylko ona. Do jakiegoś momentu może i mam wpływ na to jak ją wychowam, jakie wartości wpoję. Może na tych pustych, białych kartkach mogę dodać coś od siebie. Ale później ich zapisanie należy tylko do Niej. I mogę jedynie z całego serca kibicować Jej...by zapisała je jak najlepiej.
zdjęcia: Wegner-Keiling Photography
koszulki: koszulove.com
Jeszcze mieszkając z rodzicami, wydawało mi się, że różnica po wyprowadzce będzie jedynie taka, że nikt nie będzie mi się w nic wtrącał, a do WC będzie za mną podążała moja mała kopia (lub taty, jak kto woli). Jak bardzo się myliłam, pokazały mi ostatnie dni praktycznie tylko we dwójkę od rana do nocy. Ostatnia noc w domu rodzinnym wypełniła moją głowę tysiącem mieszanych uczuć. Była to niezrozumiała plątanina myśli. Coś pomiędzy strachem przed tym, czy na pewno damy radę finansowo, a przed tym oficjalnym ucięciem między mną a moją mamą pępowiny, która mimo, że dość silna nigdy się nie wydawała - istniała.
Kiedy nadszedł dzień mojego nowego życia, po prostu spakowałam walizki, odpaliłam auto i opuściłam swoją maleńką wieś z uśmiechem na twarzy. Dystans? 7 kilometrów. Zmiana? Diametralna. Początkowe uczucie obijało się gdzieś o ekscytację. Jak super jest WSZYSTKO robić samemu przy małym szkrabie u nogi ! Dziś jest to już piękną codziennością wypełnioną samodzielnością i uczuciem odpowiedzialności. Poczucie, że jest się panią domu , a nie matką dziecka w domu rodziców.
Pisząc w tytule wpisu "Coś czego nie zabierze mi nikt", nie chodzi mi o mieszkanie, faceta, pieniądze czy auto. Chodzi o coś więcej. Chodzi o więź z dzieckiem, której nie zaznałam wcześniej w takim stopniu jak teraz. Więź, którą wypracowałam sobie przez bycie z Nią praktycznie non stop, ale i nie o to chodzi w głównej mierze. Więź tak silna zrodziła się z mojego spokoju wewnętrznego, który poczuła i ona. Więź zrodziła się z przytulania kiedy się budzi, bo branie na ręce o 5 rano przestało być obowiązkiem, a przyjemnością.
Może gdzieś w środku miałam przeczucie i zaczynałam wierzyć w to, co tak zawzięcie wmawiali mi hejterzy. Że nie dam rady, bo gówno wiem o życiu i odpowiedzialności. Dziś chcę się im zaśmiać w twarz i powiedzieć "Sorry, byliście w błędzie". Nie jest sztuką siedzieć z dzieckiem od rana do nocy, sprzątać, gotować i robić sto innych rzeczy. To robi KAŻDA MATKA. To nie jest mistrzowski wyczyn, za który chcę zbierać oklaski. Wiecie co jest prawdziwą sztuką? Zasnąć z uśmiechem na twarzy mimo tego, że nie zrobiłyśmy wszystkiego co sobie zaplanowałyśmy. Sztuką jest podziękować Bogu za ten dzień mimo, że ledwo stoimy już na nogach. Sztuką jest tworzenie więzi z dzieckiem, mimo zmęczenia, mimo stu innych obowiązków, które czekają na nas tuż obok. Sztuką jest dostrzeżenie najmniejszych uśmiechów dziecka podczas mycia naczyń. Cudownych matek nie czyni z Nas udźwignięcie dziecka w wózku i toreb pełnych zakupów, by dotrzeć na wysoki parter, bo garaż podziemny jak na złość nie chce się otworzyć i do windy trzeba dotrzeć kilkoma sporymi schodami. Cudowne matki czyni nas zrobienie tego bez pretensji do całego świata jak to nam źle i ciężko.
Nie jest sztuką, to co robi co druga osoba na tym świecie - narzekać. To jest tak monotonne i denne, że w nadmiarze razi mnie gorzej niż lukier, którego za dużo. Decydujemy się na dzieci, na macierzyństwo, które jest piękne. Kupujemy domy, o które musimy dbać, mamy wspaniałych mężów, którym gotujemy obiady. Czemu traktujemy to jak pieprzony obowiązek, który uprzykrza nam życie? Czy nie jest fajnie gotować dla kogoś kogo się kocha? Czy nie jest fajnie być tak zmęczonym, że nie zdąży się spojrzeć na zegarek zanim pójdzie się spać? Przecież to zmęczenie wynika z tylu świetnych rzeczy, które robicie! Bycie matką i panią domu nie jest mało ambitne, nie jest denne i nie jest tragiczne, jeśli w każdej najmniejszej czynności nie widzicie obowiązku, który staje Wam na drodze do szczęścia.
Żeby nie było. Wiem - obowiązki czasem przytłaczają. Chce nam się ryczeć w poduszkę, pragniemy chwili odpoczynku od dziecka, mamy dość. To naturalne. Ale to uczucie mija prawda? Nie możemy w nim trwać non stop, bo stopniowo będzie nas wyniszczać. Kawałek po kawałku. Jedna zła myśl, przyciąga tysiąc kolejnych, aż nagle nie wiadomo jak, czemu jesteśmy w dole, z którego ciężko nam się wydostać.
Ale...pomyślcie. Że to te obowiązki tworzą Wam coś czego nikt Wam nie zabierze. Uśmiech męża, który je przygotowany przez Was obiad. Uśmiech dziecka, które zasypia w czystej piżamie. Uśmiech dziecka, które tak bardzo cieszy się, że pograłeś z nim godzinę w coś, czego zdrowo nie cierpisz. Twój uśmiech, który masz na twarzy zasypiając w czystym mieszkaniu, które takie jest właśnie dzięki Tobie. I ta więź...na którą składa się tysiąc różnych czynników, na które w tej codzienności przestaliście zwracać uwagę. Tej więzi nie zabierze Wam nikt. Ale wymaga ona czasu, poświęcenia i poczucia obowiązku, które chociaż czasem męczy...nie może stać się Waszym wrogiem.
"Nie mogę ćwiczyć nawet 10 minut dziennie, bo mam dziecko" ; " Nie mogę być ZADBANA" - nie mogę, nie mogę, nie mogę. Bo przecież mam dziecko. Kiedy słyszę takie argumenty, nóż otwiera mi się w kieszeni. Dlaczego? Dlatego, że z tego wiecznego "nie mogę" wychodzi na to, że dziecko nie jest niczym innym jak przeszkodzą. Przeszkodą do spełniania marzeń, do realizacji celów, do edukacji, do dbania o siebie. Powiedz mi droga mamo, która twierdzi, że czegoś nie może. Ile czasu dziennie spędzasz na przewijaniu facebooka i śledzeniu życia znajomych, komentowania blogów, czytania wpisów itp? Jeśli jest to min.10 minut dziennie, a wierzę, że u większości z Was o wiele więcej to zapewniam Cię, że przez 10 minut, możesz 5 minut ćwiczyć, a przez drugie 5 minut możesz uczesać włosy i przypudrować nos jeśli masz taką potrzebę. Bo jeśli nie masz i Ci tak dobrze, to nie do Ciebie te słowa. Słowa są do tych, które NARZEKAJĄ i nic z tym nie robią. Wierzę, że twoje dziecko czasem sypia. A na pewno robi to w nocy. To wtedy możesz się wykąpać, ogolić nogi i doprowadzić do ładu. Ale Ty dobrze o tym wiesz...tylko Ci się nie chce. A dziecko jest Twoją wymówką na wszystko.
Wiele z Was mieszka tylko z mężem i nie ma w swoim otoczeniu, w swoim mieście najbliższej rodziny. Wiele z Was po prostu nie może sobie pozwolić na bieganie rano bez dziecka czy wyjście na siłownię. Proste i zrozumiałe. Niedługo sama będę w tym położeniu, wyprowadzając się od rodziców. Ale...ale ja nie muszę rezygnować z opieki nad dzieckiem, po to by o siebie dbać, po to by się uczyć, po to by żyć. Owszem, teraz mając taką opcję korzystam. Ale kiedy nie mam, ćwiczę w domu (wtedy kiedy mi się chce), studia? No problem. W razie sytuacji,w których na wykładach być nie mogę, mam zapewniony indywidualny tok studiów. Prezentacje i wszelkie materiały lądują na mojej skrzynce, a ja mogę uczyć się kiedy dziecko śpi lub grzecznie obok się bawi.
Co do spraw na, które nie każdy może sobie pozwolić, bo nie ma takiej opcji - jeśli mam opcję pomocy to z niej korzystam. Nie unoszę się dumą, że jestem tak bardzo zaradna i nie muszę robić nic innego poza wychowywaniem dziecka. Owszem nie muszę, ale chcę i jeśli będę chciała wyjechać na kilka dni z F. to zostawię Polę u jednej z babć i wyjadę. Jeśli zostawić bym nie mogła, spoko pojedziemy we trójkę! Drink z koleżanką wieczorem? Jeśli F. będzie akurat miał wolne to spoko, Pola oprócz mnie ma również kochającego tatę, który spokojnie sobie poradzi z jej uśpieniem i czuwaniem. Jeśli nie będzie miał wolnego okej! Wycziluję przy dobrej herbacie i filmie!
W czym przeszkadza mi macierzyństwo? A więc moi drodzy...w niczym. Mój wiek to najlepszy czas na wyszalenie się, na realizację itp? Zgadzam się! Dlatego szaleję, realizuję się, studiuję i prowadzę bloga, który jest moją pasją. Wiecie co robiłam bez dziecka? Kompletnie nic. Praca i imprezy. Zero pasji, zero samorealizacji. Dziecko? To moja motywacja i siła napędowa zamknięta w małym ciałku. To moja miłość, która mówi mi "Możesz wszystko". Nie wierzysz? Nie musisz. Jeśli twierdzisz, że się nie da to przestań narzekać. Dziecko nie jest naszym wrogiem, które pragnie naszej otyłości, pryszczy, braku pracy czy dyplomu w ręce. To my sami odbieramy sobie możliwości, wmawiamy naszej głowie, że się nie da. Da się. I nie musisz od razu szukać opiekunki dla dziecka, żeby zrobić dla siebie cokolwiek. Masz 4 ściany, w których możesz na prawdę wiele. Musisz to tylko dostrzec.
A gdyby miało nie być jutra... spakowałabym w plecak bańki mydlane, dwa wianki na głowę i przykleiłabym uśmiechy do naszych twarzy. Wzięłabym Cię w ramiona i kroczyłabym w stronę słońca. Mijałabym błyszczące zboże i odganiała od Ciebie chmary owadów. Wyjęłabym z plecaka wianki i położyła je na czubkach naszych głów. Wiatr plątałby moje włosy, które tak śmiesznie łaskotałyby Cię po policzkach.
I tak kroczyłabym przed siebie z Tobą w ramionach nie pozostawiając za sobą nic , prócz śladu bosych stóp i stróżki łez, które kapią z radości. A ty...
ty tak słodko mrużyłabyś oczy przez rażące Cię słońce i tak mocno wtulałabyś się w moje ciało, które tak bardzo koi Cię swoim zapachem. I nie istniałoby dla Nas nic poza nami samymi. Nasze serca biłyby tylko dla siebie nawzajem co rusz bijąc mocniej.
Czas zdawałby się spowalniać, a ja w końcu usiadłabym i położyła Cię na swoim ciele.I tak trwałybyśmy w tej nicości. Serca przepełnione by były miłością, a ja wyjęłabym z plecaka bańki mydlane.Wzięłabym haust powietrza i zapełniła nimi całą otaczającą nas przestrzeń. Krzyknęłabym "Chwilo bądź wieczna" ... I gdybym mogła zabrałabym Cię na koniec tęczy, spełniła najskrytsze marzenia i przytuliła tak mocno jakby jutro miało nie być. Ale tęczy by nie było, a tylko błękitne niebo nad nami. A to... to byłoby wszystko czego oprócz siebie samych byśmy potrzebowały... Bo czego trzeba więcej prócz tej miłości co rozwala serce? Czego trzeba nam więcej prócz tych oczu, które wykrzywiają się jak gdyby chciały wybuchnąć szczęściem...
Czego więcej nam trzeba prócz splecenia swoich dłoni tak mocno, jakbyśmy miały połamać sobie wszystkie małe kostki... Czego trzeba więcej prócz łez szczęścia spływających po policzkach... jeszcze nie wiesz? Nie trzeba niczego... Bo wszystko inne jest mało ważne. Wszystko inne jest nieistotne. Jesteśmy tylko my i wszechświat i to piękne, że już nigdy nie będę samotna. Już zawsze będę Cię mieć. A utrata Ciebie byłaby końcem mojego istnienia.
Bo istnieję dzięki Tobie córko.Kocham Cię najmocniej jak tylko się da.I kochać będę aż po życia kres...
Rosną tak szybko, zmieniają się każdego dnia. Na każdą ich nową umiejętność my matki reagujemy śmiechem, krzykiem pełnym euforii bądź skaczemy ze szczęścia. Chciałybyśmy pochwalić się tym całemu światu. Głupie? Nie sądzę. Nie jestem typem osoby, która widząc się z koleżankami na pytanie "Co u Ciebie?" odpowiada : " No wiesz, Polcia sama usiadła, powiedziała mama i zaczęła raczkować". Ale jeśli chodzi o miejsca typu blog czy FP, które są typowo o niej, wiem, że to całkowicie stosowne. I nie chodzi tutaj o wyścig szczurów i przekrzykiwanie się "Moja zaczęła wcześniej!" "Moja miała już 2 zęby, dziwne, że twoja nie ma ani jednego". Każdy kto normalny wie, że każe dziecko rozwija się w swoim tempie, całkowicie indywidualnie.
Nie zrozumie ten kto dzieci nie ma. Można to sobie jedynie wyobrazić. Ale trzeba poczuć na własnej skórze, by zrozumieć o co chodzi. Głupie porównanie, bo porównam teraz dziecko do psa, ale jeśli macie i bardzo kochacie swojego pupila to na pewno cieszycie się, że właśnie nauczył się podawać łapę albo reagować na inne komendy. Super uczucie co? Więc właśnie , my matki podobnie reagujemy na małe osiągnięcia naszych pociech.
Raczkowanie i inne rzeczy przyszły do nas szybciej niż myślałam. Dorobiliśmy się już pierwszego zadrapania na czółku chociaż sama nie wiem czy nie stało się to w łóżeczku. Właściwie wszystko dzieje się w jednym czasie. Raczkowanie, stawanie, samodzielne siadanie. Cieszy mnie to bardzo, bo coraz więcej możemy się z Polą bawić i mamy większe pole do popisu niż jakiś czas temu. Rozkładamy duży koc, mnóstwo zabawek, pod ręką mamy ulubione wafle ryżowe bądź ciasteczka orkiszowe i wsuwamy je obie. Bawimy się jak najlepsze przyjaciółki. Takie, które świata poza sobą nie widzą.
Na pół roczku Poli sprawiłam jej prezent - praktyczny i piękny. Obuwie Robeez. Odkryłam je na SARENZA.PL i od razu skradły moje serce. Obuwie Robeez jest na stronie opisane następujaco: "W trakcie rozwoju ruchowego małego dziecka chodzenie boso pomaga palcom chwytać i wzmacniać stopy. Jednak nie zawsze istnieje możliwość zostawienia dziecka z gołymi stopami. Jego delikatne nóżki muszą być chronione na szorstkich powierzchniach i zimnych podłogach niezależnie od pory roku. Giętkie podeszwy butów Robeez nie ograniczają swobody ruchów i pozwalają palcom zginać się do woli. Tak jakby pomagały dzieciom w nauce chodzenia. Z takimi butami możesz być spokojny o swojego maluszka!"
Oczywiście doskonale wiem, że nie ma nic lepszego niż bosa stopa i same skarpetki, ale dobrze też wiem, że nie zawsze na takie wariacje można sobie pozwolić i stopy trzeba zabezpieczyć czymkolwiek. Arbuziki to tylko jeden z wielu zachwycających wzorów. Wiem, że na tym nie poprzestaniemy. 100 % skóry mówi samo za siebie.
bluza - ZARA
opaska - KoTo Biżuteria
buciki - Robeez do kupienia TU
Są takie firmy, które pojawiają się nie wiadomo skąd i fascynują. Są też takie, które są na światowym rynku od kilkudziesięciu lat i cieszą się wciąż rosnącą popularnością. Jedną z takich firm jest Tommee Tippee. Poznałam ją jeszcze za czasów gimnazjalnych kiedy to moja siostra zaszła w pierwszą ciążę. Napis ten przewijał się na butelkach, które kupowała. Te same produkty wybierała też przy drugim dziecku, zatem doskonale wiedziałam co znajdzie się w mojej wyprawce kiedy na teście ciążowym zobaczyłam dwie kreski.
Tommee Tippee słynie głównie z butelek dla niemowląt. Ale na nich asortyment tej firmy się nie kończy. Smoczki, laktatory, nianie, sztućce. Wszystko to wysokiej jakości i oprawione prostym, klasycznym designem. Czyli to co cenię sobie najbardziej. Wysoka jakość w pięknym wydaniu. Wymienione poniżej produkty są zakupem w stu procentach idealnym i polecanym przeze mnie Wam - mamom. Zarówno tym, których pociechy są już na świecie oraz tym, które dzieci się dopiero spodziewają.
BUTELKI:
* Easi-Vent (mała i duża) - kształt smoczka imitujący pierś pozwala maluchowi na dokładne ssanie i prawidłowe objęcie ustami. Małej butelki używamy głównie do soków i wody. Jest poręczna i łatwo trzyma się ją maluchowi. Butelki nie zawierają bisfenolu A (BPA)
* Antykolkowa Anti-Colic plus :butelki o pojemności 150 ml pakowane po 1 lub 2 sztuki; butelki o pojemności 260 ml pakowane po 2 sztuki. Butelki te zapewniają optymalne odpowietrzenie w czasie karmienia. W jej środku znajduję się pionowa rurka odpowietrzająca, która dzięki zaworkowi antykolkowemu minimalizuje połykanie przez dziecka powietrza. Rurka pełni też funkcję czujnika ciepła. Jeśli jest koloru niebieskiego - mleko ma odpowiednią temperaturę do spożycia ; jeśli różowego - temperatura jest za wysoka.
Idealnym dodatkiem do butelek jest termoopakowanie na butelkę, które towarzyszy nam od początku naszej przygody z karmieniem.
SMOCZKI:
Mimo, że towarzyszą nam tylko w kryzysowych sytuacjach, to właśnie ze względu na to, że te sytuacje występują - są nam niezbędne.
*Fun Style - smoczki ortodontyczne z zabawnymi wzorami, które przyciągają uwagę i cieszą oko. Dwustronne, silikonowe bez bisfenolu A.
LAKTATOR RĘCZNY:
Gdyby nie on, okres karmienia piersią byłby przepełniony brakiem snu i wiecznym płaczem z powodu nienajedzenia się Poli. Dzięki niemu z łatwością mogłam odciągnąć całą butelkę mleka, która Pola spokojnie wypijała. Składa się on tylko z 3 części przez co bardzo łatwo go wyczyścić. Muszla laktacyjna posiada masujące wypustki, które powodują swobodny wypływ mleka.
Pozostałe produkty, których nie miałam okazji testować, a są w asortymencie możecie zobaczyć na stronie: TOMMEE TIPPEE oraz na FANPAGE .
Wpis ten powstał w ramach współpracy z TOMMEE TIPPEE.
6 miesięczne dziecko. Niby to niemowlę co jeszcze nie chodzi, tylko leży, coś tam próbuje raczkować i bierze wszystko do buzi. Niby to jeszcze taki mały bączek, który nie wiele rozumie. W co się z takim dzieckiem bawić? Tak, by dziecku sprawiło to radość? Odpowiedź jest dziecinnie prosta. To własnie tym dzieciom do szczęścia potrzeba na prawdę nie wiele. I nacieszcie się tym czasem. Wkrótce będziecie musieli wysilać się nieco bardziej. I think so ;)
Możecie się starać nie wiadomo jak. Kupować wymyślne rzeczy. Piękne, kolorowe, cudowne. Ale na tym etapie prawie wszystko i tak będzie musiało zostać zbadane...buzią. Jednak Ci wytrwali dowiedzą się wkrótce, że warto było niektóre rzeczy kupić, bo dziecko wkrótce zakoduje sobie, że daną rzecz już zna, że daną rzecz już zbadało, więc teraz może zacząć badać ją dotykiem. Tak jak było u nas np. w przypadku gumowych klocków.
W co się bawić? Dobrze wiecie, że dziecku wystarczy po prostu zabawa, w której Wy również uczestniczycie. Na tym etapie nie musicie się więc zbytnio głowić. A udowodnią Wam to poniższe przykłady. Banalnie proste i oczywiste, ale doskonale wiem, że będąc w ciąży wszystko było dla mnie czarną magią a ja czułam się zielona w temacie. Wiem więc, że są tu na pewno przyszłe mamy, które już się boją, że nie będą wiedziały pewnych rzeczy. A ja jestem tu od tego, by nawet te najbardziej banalne przedstawić tak po prostu "od kuchni".
1) Jedzie jedzie rowerek - na przemian uginamy dziecku nóżki stopniowo zwiększając prędkość. Od bardzo powolnych ruchów po zdecydowane i szybkie. Oczywiście tak, żebyście nie wyrwali dziecku nóg ;)
2) Leci samolocik... Trzymamy dziecko nisko i pomału odliczamy mówiąc : "Samolot startuje za...3...2...1!" i unosimy naszą pociechę wysoko w górę.
3) Zabawa gumowymi klockami. Do naszych dołączyła jeszcze gumowa foka :P
Ustawiamy klocki, liczymy jeden po drugim, mówimy jakich są kolorów, ewentualnie kształtów jeśli posiadamy różne.
4) Oglądanie czarno białych książeczek. Pokazujemy dziecku co jest na danym obrazku. Opowiadamy o nim. Póki co Pola bardziej interesuje się ich gryzieniem niż oglądaniem, no ale...na wszystko przyjdzie czas.
5) Jedzie, jedzie traktorek! Sadzamy dziecko na sobie i podskakujemy tak jakby jechało traktorem po polu. Bądź starym pksem po polskich drogach ;) Najulubieńsza zabawa Poli!
6) Zabawa maskotkami. Również możemy dziecku opowiadać o zabawce o jej kolorze, o tym jaka jest w dotyku, opowiadać bajki o niej.
7) Zabawa przedmiotami, które wydają dźwięk. Przykładowo grzechotki.
8) Złap mnie jeśli potrafisz. Ustawiamy przed dzieckiem różnorodne zabawki i czekamy aż samo po którąś sięgnie. Następnie odkładamy ją , zmieniamy kolejność ułożenia i powtarzamy czynność ponownie.
