Mam to szczęście, że wszystko co kupuję Poli, jest w ciągłym użytku. Polcia bawi się dosłownie wszystkim - pozwalam jej przy tym na totalną swobodę, bez pouczania jej, że ma w trakcie zabawy za bardzo nie rozwalać. Nie chcę przecież zabić jej kreatywności i wyobraźni :) Pola doskonale wie, że po skończonej zabawie musi posprzątać i że jeśli się czymś już nie bawi, to lepiej to schować. Bałagan jest u nas non stop, bo Pola uwielbia bawić się np. w przedszkole, a w przedszkolu to wiecie - wszystko się przyda!
Każda zabawka, która była i jest w naszym domu - jest hitem. Nigdy nie kupiłam chyba bubla, który by się nie sprawdził. Prezenty na Dzień Dziecka, to w naszym domu zazwyczaj koszta w granicach 100 zł, ale drugie tyle wydajemy np. na kino tego dnia, albo basen, plus lody i inne bajery. Na to drugie nigdy nie żałuję pieniędzy, nawet jak mam w portfelu ostatnie grosze. Ale na to pierwsze, zawsze staram się również trochę funduszy wygospodarować, bo wiem, że dla mojej córki, która bez okazji prezentów raczej nie dostaje - to cudowne dostać coś, co pokazywała mi paluszkiem milion razy w sklepie.

Dziś przedstawiam Wam 10 propozycji prezentów na Dzień Dziecka - w różnej kategorii cenowej, bo wiadomo, że to sprawa indywidualna. Jakbym miała więcej oszczędności, zabrałabym Polę nawet do Disneylandu, a co! Zazwyczaj stawiam na prezenty, które mogą coś wnieść do rozwoju dziecka, mieć pozytywny wpływ na jego edukację. Jest teraz tego na rynku caaaała masa, więc można przebieeerać, wybieeerać. Jak wiecie, jeśli chodzi o mnie to zazwyczaj decyduję się na zakupy on-line i najczęściej czyham na promki. Uwielbiam takie sklepy jak sklep internetowy empik.com, bo po pierwsze wiem, że tam znajdę dosłownie wszystko zarówno dla mojej Polci, jak i dla Millci czy Kacpra. Nieważne czy niemowlak, czy nastolatek - w sekcji dziecięcej jest ponad 30 tys produktów, no więc... to mówi samo za siebie. Po drugie - najczęściej ogarniam to przez mobilną aplikację, za sprawą kilku kliknięć. Tak samo mam z książkami. No ale do rzeczy. Oooooto moje propozyszyn na Dzień Dziecka - sprawdzone i polecane by Mamala&Pola :P
Ostatnio w naszym domu totalny hit, mam zamiar zamówić więcej wzorów. Puzzle w niebanalnym opakowaniu, ciekawe obrazki do ułożenia. Na stronie empik.com jest jeszcze wzór z syrenką, o tutaj. Obrazek składa się z 64 elementów, więc cena 50 zł, jest dla mnie ( jak na tą jakość) jak najbardziej ok. Ciekawostką może być fakt, że puzzle są wykonane z papieru z recyklingu i są zadrukowanego farbami na bazie warzyw !!! Genialne, co ?!


24 elementy zamknięte w małym pudełeczku. Świetny motyw foliowych, świecących akcentów. Tak jak i poprzednie puzzle, wykonane są z papieru z recyklingu. No i koszt - dwie dyszki ... niebo!


Takie rzeczy z Poldunem uwieeelbiamy !!! Serio, nie mogłam się doczekać, aż Polka będzie w takim wieku, że będziemy mogły wycinać różne rzeczy, składać, malować - to dla mnie taka frajda, jakbym cofnęła się w czasie i ze swoją młodszą siostrą ( a mam tylko starszą :P ) mogła się pobawić i zapomnieć o całej reszcie. Maski są zrobione z przetworzonego papieru z zadrukowanymi farbami roślinnymi. Zestaw kosztuje 4 dyszki i wszystko co potrzebne do zrobienia masek, jest w środku. A spotkałam się już z zestawami, gdzie połowę rzeczy, trzeba było sobie ogarnąć na własną rękę. Do tego zestawu, nie trzeba wyciągać nawet nożyczek. Do zrobienia jest 6 masek, w środku prócz nich, znajdziemy arkusz naklejek, elastyczne sznureczki i klej w sztyfcie.



Polcia dostała go od nas na swoje trzecie urodziny. To już koszt nieco grubszy, bo cena regularna globusa to coś koło 200 zł. Globus ma funkcje fajnych piosenek z całego świata, uczy odgłosów zwierząt na danych kontynentach, przywitań w innych językach. Bardzo fajna zabawka, która wprowadza dziecko w świat geografii, zwierząt i kultury w różnych zakątkach świata.

Polduna ma w swojej biblioteczce dwie takie książki od kilku miesięcy i zamierzam dokupić jej jeszcze jakiś egzemplarz. Mega spoko sprawa, zwłaszcza dla dzieci, które nie umieją jeszcze czytać. Wystarczy, że dziecko naciśnie długopisem na to, co go interesuje, np. obrazek dinozaura - a długopis przeczyta wszystko co trzeba. Ja co prawda jestem wzrokowcem, więc i tak nic nie zapamiętuję z tego, co "on" mówi :D Ale Pola już tak :D Póki co, w swojej biblioteczce mamy : Poznaję zwierzęta w zoo ; Fascynujący świat dinozaurów. Mam teraz zamiar dokupić Polce książkę: Poznaję zegar. Długopis TING to oczywiście jednorazowy koszt ok. 170 zł, a jedna książeczka to koszt 60 zł. Patrząc na wymiar edukacyjny takiego prezentu - warto.



Polcia dostała to jakiś czas temu od swojego chrzestnego - suuuper wprowadzenie dziecka w temat zawodów, które są przez nas wykonywane np. nauczycielka, pielęgniarka, informatyk itp. Możemy układać obrazki, dopasowując postacie do ich narzędzi i miejsc pracy, a możemy też skorzystać z karty zadań i zagadek. Polka bardzo fajnie podłapała dzięki temu, co komu jest potrzebne w pracy, czym kto się zajmuje.


Tutaj bardziej gra dla rozrywki i dla ćwiczenia refleksu - bez niego może być naprawdę ciężko. Prosta, nieskomplikowana gra - drewniane myszy, które trzymamy za ogonki i uciekamy przed jednym z graczy, który jest kotem Stefanem. Kot kula kostką i jeśli wypada mysz - nic się nie dzieje. Jeśli kot - musimy uciekać, żeby kot nas nie złapał. Do dyspozycji mamy też karty, które tracimy kiedy nie uda nam się uciec, albo jeśli uciekniemy bez potrzeby - wtedy kiedy wypadnie mysz i kot nie łapie. I działa to w dwie strony.



Gra logiczna domino z cudownymi ilustracjami. Solidne wykonanie, łatwo się nie zniszczy. Kartoniki możemy dopasowywać nie tylko cyframi np. 3 do 3, ale może być to cyfra 3 położona obok 3 kwiatków - bardzo fajne na etapie nauki podstawowego liczenia.


Wszystkie powyższe propozycje to nasze sprawdzone i używane od kilku miesięcy zabawki. Pola ma na ich punkcie absolutnego fioła, a i ja się cieszę - bo dla mnie każda zabawa jest lepsza, od zabawy w przedszkole i udawania pani przedszkolanki :P Albo od leczenia kilkudziesięciu figurek :P
Na tegoroczny Dzień Dziecka wybraliśmy dla Polci dwie rzeczy: hulajnogę i klocki lego. Troszkę większy budżet, ale hulajnogę mieliśmy kupować tak czy siak, więc lepiej dorzucić ją do klocków jak jest okazja. Klocki lego są u nas ciągle numerem jeden, odkąd Polcia dostała swoje pierwszy zestawy na roczek, od mojej siostry.
Mam nadzieję, że udało mi się Was choć trochę zainspirować - wiecie, że w kwestii zabawek nie decyduję się nigdy na buble, ale nie wydaję też na to nie wiadomo ile pieniędzy. Jak same widzicie, większość naszych gier czy zabaw to koszta ok 30 zł, a frajda jest nie z tej ziemi. Pokój Polci skrywa jeszcze dużo więcej zabawek i fajnych gier, ale nie będę Wam tutaj hurtowo wszystkiego pokazywać, bo to nie miałoby sensu. Jutro, wszystkie rzeczy ze wpisu, pokażę Wam na stories, tak żebyście mogły sobie to obejrzeć z bliska, a nie tylko na zdjęciach :)
Dajcie znać, co zaplanowaliście dla dzieciaków na Dzień Dziecka - my chyba skusimy się jeszcze na basen, albo na kino :)





Odkąd pamiętam, wszystko mi we mnie przeszkadzało. Uwierały mnie moje wady, uwierały mnie też czasem materialne braki. Ciągle czułam się gorsza, bo jak można się nie czuć, kiedy wszyscy spotykają się po szkole, wcześniej umawiając się na gadu-gadu, a ty na swojej wsi jedyne co posiadasz to trzy kanały publicznej telewizji i czerwonego malucha, z którego wstydzisz się wysiadać na szkolnym parkingu - moja zmora !!! Choć jak był sprawny to jeszcze pół biedy, gorzej jak trzeba było go pchać, przy wychodzącym ze szkoły koledze, który tak cholernie Ci się podobała... (smuteczek... ). Kiedy dziś wspominam te wszystkie smuteczki, jestem nieco przerażona, ile smutków i przykrości może mieć dziecko w wieku szkolnym, z powodów, które nie przyszłyby często do głowy rodzicom. Patrzę na swoją Polę i widzę wiele podobieństw, których wolałabym nie widzieć. Fakt, że wiem jak Ona się w danych sytuacjach czuje, sprawia, że mniej więcej wiem jak nią postępować, by jej nie dokładać. Pomijając te rzeczy, których Poli wcale nie zazdroszczę, całe szczęście przeważają rzeczy, których zazdroszczę jej okrutnie. I wcale nie chodzi mi tutaj o porcelanową buźkę, bo to dla mnie marzenie pogrzebane żywcem. Jutro kończę 25 lat. Kolagen chyba stracił swoją moc... No a swojej córce to zazdroszczę przede wszystkim...
Takie banalne, co? Ja właściwie lubię swoje dorosłe życie, ale czasem ogarnia mnie jakiś wyjątkowy niepokój związany z faktem, że o mnie i mojego F. już nikt się nie zatroszczy - teraz to my musimy się wszystkim zająć, a w razie problemów znaleźć w sobie nieziemskie pokłady siły, energii i optymizmu. Wiecie, to bardzo ważne, żeby dziecko dorastało przy rodzicach, którzy ciągle nie marudzą i nie narzekają, a pokazują dziecku, że we wszystkim trzeba szukać jasnych stron. A wiadomo jak jest w praktyce... cholernie ciężko jest znaleźć w sobie optymizm, kiedy nie masz lodówki, auta i podstawowych letnich rzeczy dla dziecka, a ubezpieczalnia za Twoje firmowe auto wystawia Ci rachunek rzędu siedmiu tysięcy PE EL ENÓW. Nam się jednak udaje, ale to nie znaczy, że w takich sytuacjach mimo wszystko nie czujemy się "zagrożeni". A dziecko... dziecko takie jak Pola, nie wie jeszcze za bardzo skąd się bierze kasa, nie wie, że często jej brakuje i nie wie, że płacić trzeba nawet za spuszczenie wody w ubikacji. Wokół Poli codziennie roztaczana jest aura miłości, która mam jej pokazać, że nieważne co się dzieje - trzeba wierzyć i ufać, a spokój odnajdywać w ramionach bliskich.

Nie to, żebym ja jej nie miała, ale na pewno nie mam jej aż takiej! Skąd, gdzie, jak to, gdzie to się kupuje, gdzie to się ładuje?! No jakim cudem, biega to, lata, skacze, śpiewa, wariuje, a o godzinie 21, kiedy ja próbuję wykrzesać z siebie jeszcze trochę siły, żeby się chociaż wykąpać, ona krzyczy do mnie z łóżka: mamo, może jeszcze porysujemy?! Pola odkąd pamiętam, mogłaby całe dnie spędzać na świeżym powietrzu biegając, jeżdżąc na rowerze itp. Jej aktywność zmusza do aktywności i mnie i koniec końców wszystkim wychodzi to na dobre, ale no mimo wszystko nie jestem w stanie jej przebić. Nie padła nawet po 10 kilometrowym spacerze, a ja się czasem łudzę, że padnie po kilku rundach rowerem wieczorem. Naiwność - dobrze, że tego po mnie nie odziedziczyła.
Takiej prostej, zwyczajnej radości. Bo leci motyl, bo na chodniku jest biedronka, bo świeci słońce, bo pada śnieg, bo ktoś ma kolorowe włosy. Cieszy ją tyle rzeczy... nie powiem, bo w jakimś stopniu to ja ją tego nauczyłam. Tak jak i swojego F. i wiele innych osób z mojego otoczenia: odnajdywania radości pośród zwyczajnej codzienności. Ale hello... mam 25 lat, nie zawsze skołatane nerwy poprawi mi biedronka, choć nie powiem, takie proste rzeczy często sprawiają, że się zatrzymuję i jednak mimo wszystko, uśmiecham. Ale ta dziecięca radość, ma w sobie coś takiego, czego dorosły nie umie odtworzyć. To mieszanka beztroski, ufności i chyba też jeszcze nie zdawania sobie sprawy z tego, że istnieje też coś takiego zło, a żywot biedronki ulegnie drastycznemu finiszowi pod butem, lub oponą rowerka... Of kors, nieumyślnie. Pamiętajmy, że dzieci od najmłodszego, trzeba uczyć szacunku do życia, nawet jeśli chodzi o te najmniejsze stworzonka. Zresztą jak można umyślnie zabić piękną biedronkę ?!
Dzieciństwo dzieciństwem, ale chwała dzisiejszym czasom za coś więcej niż tylko legginsy i bluzki w bajkowe postacie. A nawet jak już bajkowe motywy na ubraniach się przejawiają, to przynajmniej to co poza nadrukiem, jest w jakimś stonowanym kolorze. A kiedyś? Cała gama barw na dziecku mierzącym 100 cm. Od stóp do głów. Zielone dresy, różowa-fioletowa bluzka, a w gratisie kucyk z dwudziestu kolorowych gumek. Gdybym tylko mogła odtworzyć Poli szafę, w wersji maxi dla mnie - zrobiłabym to bez zawahania. No ... może pominęłabym bluzkę z kucykami pony, ale reszta - hell yeach! Niestety ceny ubrań dla dzieci stawiają mi wybór: albo JA będę mieć ładne ubrania, albo moje dziecko... zgadnijcie kto wygrywa w tym nierównym pojedynku...
I może nie zazdrościłabym jej ich aż tak bardzo, gdyby nie zachwyt każdego przechodnia, bo takie gęste, takie piękne, takie och ach ech. No ale ja się wcale nie dziwię, bo jej włosami zachwycamy się z F. każdego dnia, a żyjemy z nią już ponad cztery lata. Zazdroszczę jej tego, że JESZCZE są takie zdrowe, takie lśniące, takie po prostu... piękne same w sobie i niczego więcej im nie trzeba. Gdybym tylko kiedyś pałała taką miłością do natury jak teraz, może nie ścięłabym sobie takich pięknych i długich włosów, może później nie załatwiłabym ich pasemkami, a może później przez pół życia nie katowałabym ich prostownicą.

Pewnie niektórzy sobie teraz myślą: co ty pleciesz, masz zdrowe włosy - teraz mam, ale jeszcze rok temu? Żeby nie moje dziecko, które wpędziło mnie w włosowy kompleks, pewnie nigdy nie wybrałabym się do fryzjera, nie ścięłabym zmaltretowanych końcówek ( czyli jakiś 10 cm... ) i pewnie bym się nie zawzięła, żeby je w dobrym stanie utrzymać. Odkąd rok temu opuściłam salon fryzjerski, obiecałam sobie, że od tej pory, naprawdę się ogarnę z ich pielęgnacją. I co? I udało się. Co prawda jestem teraz przed podcięciem końcówek, ale uważam, że włos jest już niczego sobie. Przede wszystkim ograniczyłam używanie prostownicy, a przez kilka miesięcy nie używałam jej wcale. Druga sprawa to odżywka i mgiełka. Odżywka zaraz po umyciu, na mokre włosy, a mgiełka z bursztynu na włosy już wysuszone, żeby nadać im wiecie... blaskuuu. Trzecia sprawa: odżywianie. A już tym bardziej przy moim hashimoto, przez które kiedyś traciłam włosy GARŚCIAMI. Warto do swojej diety włączyć orzechy, ziarna słonecznika albo na przykład brokuł, czy wątróbkę. Ale tego ostatniego nie włączyłabym do diety, choćbym miała być łysa... Fuuuj. Ostatnia sprawa to suplementacja. Mi w ostatnim czasie pomogła naprawdę bardzo i to nie tylko na włosy, ale też na paznokcie. Zresztą zaraz zobaczycie na fotach, nareszcie mam SWOJE, a nie przedłużane! W kwestii kapsułek dla włosów i paznokci, nie wybierałabym raczej preparatów kierując się ceną, a oczywiście składem. W przypadku takich kuracji, najważniejsza jest systematyczność i konsekwencja w braniu ampułek. Nie ma na świecie cudownych specyfików, które pomogą nam po jednym opakowaniu. Dla porządnych efektów, taka kuracja musi trwać minimum 3 miesiące - celowo piszę minimum, bo to kwestia dość indywidualna. Ja wybrałam akurat kapsułki Kerabione. W pudełku jest ich 60, a dziennie spożywa się ich dwie ( podczas posiłku). Efekty? Mówią same za siebie, zwłaszcza, ze to wy po ostatnich stories zasypałyście mnie pytaniami o to czego do włosów i paznokci używam. No więc... zagadka rozwiązana. Opowiem Wam jeszcze trochę face to face.



Wiem, wiem odbiegłam trochę od tematu, ale no... tak mnie te włosy dziecka mego zmotywowały, że musiałam się za siebie wziąć no musiałam. Zazdroszczę swojemu dziecku również gładkiej skóry, ślicznych oczu i pięknego noska ( bez garbka! ). Zazdroszczę uporu maniaka w dążeniu do swojego celu - np. 10 wyjścia na dwór w ciągu dnia ; ale też umiejętności pójścia na kompromis, a czasem nawet nie na kompromis, a totalnie w 100% na to, co mi się wydaje za słuszne. Zazdroszczę jej umiejętności zaskakiwania, mówienia o uczuciach w najmniej spodziewanych momentach. To wszystko jest jednak zdrową, motywującą zazdrością. Motywującą, bo przy takim dziecku, człowiek sam chce się taki stać. Chce poczuć dziecięcą radość z życia, chce nauczyć się cierpliwości, dociekliwości i łatwości dzielenia się w tym co w sercu. Przy takim dziecku człowiek wznosi się na wyżyny, chce być lepszy, chce więcej i mocniej czuć. Zazdroszczę swojemu dziecku, ale ... i tak bym się z nią nie zamieniła. Cenię sobie wolność i odpowiedzialność, a dzieciństwo to jednak zdanie się na dorosłych i jakby nie patrzeć dostosowywanie się do wielu sytuacji i otoczenia. Dzieciństwo to nauka życia, której uczy się od innych, a ja wolę uczyć się już od samej siebie, na własną rękę.
Jest jeszcze jedna rzecz, której zazdroszczę Polci i nawet samej sobie ( o ile to logiczne). Wiecie o co mi chodzi? O to, że sama z siebie, może do mnie powiedzieć: jesteś moją najlepszą przyjaciółką. I doskonale wie i wierzy w to, że rzeczywiście tak jest. Nie jesteśmy tylko mamą i córką, ale jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Zazdroszczę jej tego, że w każdej chwili wie, że jej smutek, może oddać mi. I ja sobie z tym poradzę. W dorosłym życiu nie zawsze to wszystko jest tak proste...
A Ty? Czego zazdrościsz swojemu dziecku?




W tym samym czasie, moje inne koleżanki uczęszczające do innych ginekologów, słyszały od nich: proszę kupić jakiekolwiek witaminy, wszystkie mają podobny, zbliżony do siebie skład. kiedy szły z taką informacją do apteki, farmaceuci utwierdzali ich w przekonaniu, że rzeczywiście to wszystko jedno i to samo. Niestety nawet prośby o poradę pokazywały, że ich wiedza w tym zakresie nie była szczególnie rozwinięta. Dzisiaj będąc bardziej świadoma, przy okazji współpracy z marką Prenatal, mam okazję do zgłębienia tematu witamin na tyle, by w końcu wyrobić sobie swoje własne zdanie. Myślę, że to bardzo przydatne, by nie polegać tylko na swoim ginekologu, ale też co nieco w temacie dotyczącym przecież naszego zdrowia, wiedzieć.
Bardzo duża część społeczeństwa, bierze albo to co jest im podsuwane pod nos, albo nie bierze nic, bo: po co? Wciąż zderzam się z twierdzeniem, że witaminy to wymysł farmaceutyczny, że wystarczy dobra dieta. Czy naprawdę wystarczy? W większości przypadków niestety nie, ale o tym pisałam już we wcześniejszym artykule, w którym rozprawiłam się z mitem, jakoby zdrowe odżywianie samo w sobie miało ciężarnej wystarczać. Przygotowując się do tego wpisu, poza opieraniem się na opinii ekspertów, przestudiowałam również wpis Pana Tabletki, który dokonał analizy składu witamin dostępnych na polskim rynku i wnioski są jednoznaczne: wybór witamin nie może być przypadkowy, bo to wcale nie jest jedno i to samo. Różnice są znaczne. Tylko skąd my, kobiety, mamy o tym wszystkim wiedzieć? I na czym mamy się opierając, szukając dla siebie witamin idealnych?
Wydaje mi się, że należałoby wyjść od znajomości tego, w jakim zakresie powinnyśmy dane witaminy i minerały suplementować. Możemy się tego dowiedzieć m.in. ze Stanowiska Zespołu Ekspertów Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego. Poniżej podam Wam konkretne zalecenia dotyczące dziennych dawek. Schemat zrobiłam w oparciu o dwa niezależne dokumenty:

źródło:
Stanowisko Zespołu Ekspertów Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego w zakresie suplementacji witamin i mikroelementów w ciąży ;
Witamina D: Rekomendacje dawkowania w populacji osób zdrowych oraz w grupach ryzyka deficytów - wytyczne dla Europy Środkowej 2013 r.
Są też zalecenia interdyscyplinarne dla choliny – możemy się o tym dowiedzieć ze stanowisk eksperckich takich jak PTG czy inne towarzystwa naukowe. Zgodnie z zaleceniami Amerykańskiego Instytutu Medycyny dzienna, zalecana dawka choliny wynosi 450 mg na dobę - aż 90% kobiet ciężarnych nie spożywa takiej dawki.
Panuje ogólne przekonanie, jakoby dobry skład witamin, miał się ograniczać tylko do pięciu składników, co ma się nijak do zaleceń, które przedstawiłam powyżej. Ciekawe jest to, że firmy, które promują tę teorię, promują ją we własnym zakresie, bo choć składników mają po 5, to jednak nie są one wszędzie takie same. Występują cztery podstawowe składniki: jod, witamina D, kwas foliowy i DHA, a piąty składnik... każdy ma inny. U jednych jest to żelazo, u jednych cynk, jeszcze u innych magnez. Do tego wszystkiego dochodzi fakt, że tych pięć składników, ma kupić mamy takimi hasłami jak: mała kapsułka zawierająca wszystko co potrzebne. Ale czy tak jak naprawdę? Wystarczy spojrzeć na wpis Pana Tabletki, w którym np. przy opracowaniu Pregny widać, że tak nie jest, a "magiczna" mała kapsułka najczęściej nie zawiera wszystkiego co potrzebne. W niektórych preparatach ilości omegi, witaminy D i jodu są o wiele za małe.
Podsumowując, najważniejsze to znać dzienne, zalecane dawki i skonfrontować je ze składem witamin, które chcemy zakupić. To MY, musimy dokonać tego wyboru i to my musimy być tego wyboru świadome. Bez słuchania haseł reklamowych, mitów przekazywanych przez ginekologów, farmaceutów czy społeczeństwo. Opierajmy się na faktach i badaniach i czytajmy składy - to najbardziej wiarygodne źródło, które pomoże nam podjąć słuszną decyzję. Wybór witamin nie może być przypadkowy i przede wszystkim musi być dopasowany indywidualnie do Was. Co innego sprawdzi się u Ciebie, a co innego u mnie. Każda z nas inaczej się odżywia i każda z nas inaczej przechodzi ciążę. Badania robione na bieżąco wyraźnie wskazują nam niedobory i wtedy możemy lepiej dobrać dla siebie preparat.
Bardzo ważne jest, byśmy pamiętały o kwestii, którą poruszył poprzedni wpis z cyklu mitomanii, dotyczący odżywiania. Mimo trendów na wszystko co fit, wciąż jakość diety naszego społeczeństwa jest słaba, a co za tym idzie - nie dostarczamy sobie wszystkiego co niezbędne. Nie możemy rozprzestrzeniać mitów, że zdrowe odżywianie wystarcza, że wszystkie preparaty to jedno i to samo, bo robimy sobie krzywdę. Nie możemy takich spostrzeżeń opierać na jedynie założeniu, że wszystkie ciężarne kobiety, będą miały na tyle zróżnicowaną dietę, by zapewnić sobie zapotrzebowanie na wszystkie potrzebne składniki odżywcze. Tak nigdy nie było, nie jest i nie będzie.
Czy zatem wszystkie witaminy to jedno i to samo? I czy wystarczy jedynie pięć składników, zamkniętych w magicznej małej kapsułce? Nie. Jak zatem dokonać wyboru? Tak, jak pisałam o tym wcześniej. Poznać zalecenia i poznać składy. Można oczywiście zerknąć też na Wpis Pana Tabletki, który nam co nieco rozjaśni. Pamiętajcie też, by mimo wszystko swój wybór oprzeć na swoich badaniach, konsultacjach z lekarzem i z dietetykiem. Świadomość to połowa sukcesu, dobry wybór - to druga połowa. Ale czego się nie robi dla zdrowia swojego i swoich dzieci, prawda?
W kwestii pielęgnacji Polci, nigdy nie musiałam mieć całego arsenału kosmetyków – jeśli coś jest dobre, wystarczy nam zawsze ok. trzech produktów. Zazwyczaj jest to balsam, coś do mycia i kosmetyk do nawilżania skóry, który zawsze można mieć przy sobie.
Od jakiś dwóch miesięcy testujemy nowości od La Roche-Posay, które pokazywałam Wam już na InstaStories, ale obiecałam Wam też zrobić wpis, który nie będzie w sieci jedynie przez 24 godziny. Produkty, które stały się naszymi hitami, nie są tylko dla czterolatki. Można je stosować od pierwszych dnia życia naszego maluszka. Właśnie ten temat, a konkretnie temat pielęgnacji od pierwszych dni, został poruszony na warsztatach La Roche-Posay, na których z wiadomych przyczyn osobistych nie mogłam się pojawić… Kosmetyki na szczęście do mnie dotarły i to jest w tym wszystkim najważniejsze. Szczególnie dlatego, że problemy skórne pojawiają się u nas zazwyczaj w sezonie zimowym, a nasze zapasy zaczęły się pomału kończyć.
Odpowiednia pielęgnacja malucha to bardzo ważny element tej całej macierzyńskiej, a raczej rodzicielskiej, układanki. Od samego początku przywiązywałam dużą wagę do masowania Polci, smarowania jej balsamami, nawilżania ciałka. Skóra to największy organ człowieka, więc wybór odpowiednich kosmetyków powinien być przemyślany. Kondycja skóry i jej potrzeby zmieniają się wraz z wiekiem. Poza tym, codziennie narażana jest na działanie wielu czynników takich jak mróz, wiatr, słońce, suche powietrze, smog. Ostrożnym trzeba być zwłaszcza przy niemowlaczkach, których skóra jest dużo bardziej wrażliwa, cieńsza i podatna na uszkodzenia.
O skórę powinniśmy dbać wielowymiarowo. Oczywiście poprzez dobór odpowiednich dla skóry dziecka kosmetyków, ale również musimy pamiętać o właściwym żywieniu, o pilnowaniu stopnia nawilżenia powietrza w domu i przede wszystkim o styczności dziecka z takimi rzeczami jak gąbki czy inne bajery do kąpieli, które najczęściej są po prostu jednym, wielkim siedliskiem bakterii. Nie będę tutaj już wspominać o styczności dziecka np. z dymem papierosowym – narażenie dziecka na coś takiego to skrajna nieodpowiedzialność i mam nadzieję, że większość polskich rodzin o tym wie.
Ważny jest też dobór odpowiednich kosmetyków. Najważniejsze w pielęgnacji tak, dzieci, jak i dorosłych jest uzupełnianie poziomu lipidów w skórze. Dzięki temu skóra nie traci wilgoci i tworzy barierę ochronną, która przeciwdziała przedostawaniu się przez nią szkodliwych substancji, wywołujących między innymi uczucie swędzenia i czasem wręcz nieznośnie piekące i dokuczliwe podrażnienia. A teraz czas na przybliżenie Wam produktów z gamy Lipikar AP+, które po dwumiesięcznych testach są dla nas numerem jeden!

Ma bardzo przyjemną konsystencję – żadnego uczucia lepkości czy długiego wchłaniania. Balsam lekko i przyjemnie rozprowadza się po ciałku dziecka i ekspresowo się wchłania, zostawiając jedynie uczucie nawilżenia i ukojenia (jeśli skóra była podrażniona). No dobra, testowałam też na sobie, macie mnie! Zimą razem z Polcią mamy nieco przesuszone ręce i nóżki, a Polcia również buźkę, dlatego mogę potwierdzić, że z balsamem wszystkie nasze problemy znikają.
Jeżeli wasze pociechy mają skórę atopową Lipikar Balsam AP+ to produkt, który zdecydowanie powinnyście wziąć pod uwagę. Kilka moich koleżanek, które mają dzieci z AZS, używają tylko i wyłącznie balsamu marki La Roche-Posay i potwierdzają jego skuteczność.

To krem myjący, który również uzupełnia poziom lipidów i zapobiega swędzeniu oraz podrażnieniom skóry. Radzi sobie nawet ze skrajnie suchą skórą, bardzo dobrze nawilża i sprawia, że jest miękka w dotyku. Krem rozprowadzamy na zwilżonej skóry, wmasowujemy w ciałko i spłukujemy wodą. Lipikar Syndet AP+ nie szczypie w oczy, a u mnie największej furie podczas kąpieli były zawsze spowodowane właśnie podrażnieniem oczu. Oczywiście krem myjący nie zastąpi balsamu, którego trzeba użyć zaraz po umyciu.
Do tej pory, poza powyższymi dwoma, używałyśmy Lipikar Lait, który w składzie ma masło Shea (kocham!) i wodę termalną, a na samej stronie La Roche-Posay ma ok. 100 opinii i wciąż… 5 gwiazdek! Mamy również sztyft przeciw podrażnieniom Lipikar Stick AP+, który można z powodzeniem wrzucić sobie do torebki czy nawet włożyć starszakowi do kieszeni kurtki. Polka ma już od dawna nawyk, że jeśli tylko coś ją zaswędzi to sama sięga sobie po sztyft i smaruje dane miejsce. Zawsze mi mówi: „jus nie swędzi”.
Więcej o produktach przeczytacie oczywiście na stronie La Roche-Posay.







Ale jak można się dziwić, że ludzie łykają coś takiego, skoro wciąż połowa społeczeństwa wierzy ( i to dzięki "wspaniałym" lekarzom!"), że lampka wina w ciąży to nic złego. Nie dziwmy się więc, że są tacy, którzy uwierzą w to, że ich dziecko, które urodziło się z wagą ponad 4 kg, waży tyle ile waży tylko dlatego, że mama w ciąży dbała o siebie i łykała witaminki.
Z mitem tego typu zderzyłam się na własnej skórze, kiedy to jedna z osób typu "ciocia dobra rada", zrobiła wielkie oczy na moje pudełko z witaminami, które brałam w ciąży i powiedziała: matko, po co ty to bierzesz? Wiesz, że od brania tych wszystkich witamin, możesz urodzić (uwaga!) WIELKIE dziecko? Wielu rzeczy wtedy nie wiedziałam i wielu rad, które powinnam była przyjąć - nie przyjmowałam. Ale były pewne rzeczy, w które nie wierzyłam ani przez chwilę, na przykład takie jak wspomniane przed chwilą. Nie wierzyłam, bo byłam wręcz przekonana, że między jednym a drugim, nie ma żadnego związku. Ale to było przekonanie niczym nie poparte. Może jedynie moją intuicją. Przygotowując się do tego artykułu, miałam szansę zagłębić się w temat bardziej i nareszcie mieć jakiekolwiek poparcie mojej tezy, że duże dzieci po witaminach to nic innego jak mit.
Kilka dni temu na facebooku, pytanie dotyczącego dzisiejszego mitu zadałam również Wam. Dostałam sporo wiadomości i komentarzy, w których mamy pisały mi, że nie sądzą, by witaminy miały jakikolwiek wpływ na wagę, bo przykładowo w ciąży nr 1 witamin nie brały, a dziecko ważyło ok 4 kg, a w drugiej ciąży przy braniu witamin urodziły kruszynę poniżej 3 kg. To był dla mnie pierwszy znak, że rzeczywiście witaminy z urodzeniową masą dziecka raczej nie mają większego związku. Związek między nimi jest taki, że dzieci rodzą się o właściwiej wadze, bo ciąża jest utrzymana. Co jeszcze ma związek z masą urodzeniową? I co na nią wpływa? Przede wszystkim geny, ale też waga matki przed ciążą. U kobiety otyłych istnieje aż 20% większe ryzyko urodzenia dużego dziecka. Otyłość matki może wpłynąć nie tylko na masę dziecka, ale również na występowanie cukrzycy ciążowej czy hipoglikemii noworodków. Przeprowadzono również badania, które wyraźnie pokazały, że otyłe matki rodzą dzieci o najwyższej średniej masie ciała, niezależnie od przyrostu masy ciała.
Można by się tutaj posprzeczać, że dziecko dziecku nie równe, i co właściwie znaczy urodzić "duże dziecko"? Moja Polka, w dniu narodzin ważyła 3740 i rzeczywiście do kruszyn nie należała. Średnia masa urodzeniowa dla polskich dzieci to między 3250 a 3400. Z kolei dużym dzieckiem w położnictwie określa się dzieci ważące powyżej 4 kilogramów.
Śledząc uważnie badania, można zauważyć, że w grupach kobiet biorących witaminy, zauważa się wyższą masę urodzeniową, jednak po pierwsze są to niewielkie przyrosty, po drugie nie dotyczą one nawet masy urodzeniowej przekraczającej 4 kilogramy. Przykładowo w badaniu przeprowadzonym na grupie 400 kobiet, zaobserwowano, mamy biorące witaminy, rodziły dzieci o mniej więcej 129 g cięższe od kobiet biorących placebo. Nie mówimy tutaj o zakresie wagi bliskiej 4 kilogramów, a o wadze 3270 g dla dzieci z grupy kobiet biorących witaminy i wadze 3141 g dla dzieci kobiet biorących placebo. To wciąż waga urodzeniowa, którą uznaje się za średnią masę dzieci rodzonych w Polsce. Różnice, które widać na tego typu badaniach wskazują raczej na to, że witaminy pozwalają uniknąć zbyt niskiej masy urodzeniowej dziecka, aniżeli że wpływają na zbyt wysoką masę urodzeniową.
Ciekawe badanie przeprowadzono również w Chinach na rzekłabym dość spore grupie kobiet, bo liczącej aż 5000 ciężarnych. W grupie osób, które zażywały witaminy, wzrost masy urodzeniowej wskazywał 42 g - to jest tyle co nic i poświadcza o braku związku między zażywaniem witamin a dużym dzieckiem. Największy przyrost masy urodzeniowej zaobserwowano w badaniu we Francji i wskazywał on już znaczną różnicę bo 250 g, ale wciąż nie dotyczyło to masy urodzeniowej ponad 4 kilogramów a wagi 3030 g bez suplementacji i 3300 g przy braniu witamin. To wciąż mniej niż waga przykładowo mojej córki, która jak wspominałam bliżej była 4 kg, niż 3. To już zasługa "dużych" rodziców :P Może będzie dobra w koszykówkę ;)
Zatem badania analizując związek pomiędzy stosowaniem witamin a masą urodzeniową noworodka wskazują JEDNOZNACZNIE, że po witaminach nie rodzą się duże dzieci, a raczej dzieci o prawidłowej masie ciała, co nie powinno martwić a cieszyć. To niska masa urodzeniowa jest przyczyną wielu problemów, a dzieci ważące poniżej 2500 są podatniejsze na choroby i są częściej hospitalizowane.
Oczywiście, fajnie byłoby zgonić, że duże dzieci rodzą się po witaminach, nieco ciężej jest spojrzeć obiektywnie na samego siebie i zrozumieć, że być może wina tkwi w naszym odżywianiu. Wysoka masa urodzeniowa dziecka to najczęściej lata złych nawyków u ciężarnej i zbyt duże ilości cukru spożywane w ciąży - szkoda, że nie myślałam o tym kiedy Pola była w brzuchu. Wtedy miałam ochotę na słodkie praktycznie non stop, ale na szczęście powstrzymywała mnie chęć pozostania jednak szczupłym mimo brzucha. No i panicznie bałam się rozstępów - których swoją drogą uniknęłam.
Obecnie wiedza medyczna na ten temat jasno wskazuje, że za urodzenie tzw dużych dzieci (co fachowo nazywa się makrosomią – dla ciekawości :) ) odpowiada cukrzyca ciążowa i nadmierne wydzielanie insuliny i hormonu wzrostu w odpowiedzi na spożywany cukier! Możecie o tym przeczytać np. tutaj.
W Polsce nie słyszy się raczej o skrajnych przypadkach naprawdę wielkich dzieci, a większość kobiet zażywa przecież witaminy. Owszem, w wiadomościach słyszymy nie raz o naprawdę dużych dzieciach, takich jak dziecko z Chin ważące 6,7 kg - otyła matka z cukrzycą ciążową.
Wszystkie badania jakie można zresztą znaleźć w sieci, jak i nawet literatura, w której nie ma żadnej wzmianki o związku witamin z dużym dzieckiem, wystarczająco rozprawiają się z mitem jakoby po witaminach rodziły się duże dzieci. Jak już wcześniej wspominałam suplementacja dba o prawidłowy rozwój dziecka i PRAWIDŁOWĄ masę urodzeniową dziecka.
Przesłanką o tym, że dzieci po witaminach rodzą się duże to mit, mogą być też komentarze moich czytelniczek, z których wynika, że można brać witaminy hurtowo i urodzić kruszynkę, a można nie brać ich wcale i urodzić dziecko ważące ponad 4 kilogramy. No bo mam nadzieję, że żadnej z nas się 7 kilowe dziecię nie przytrafi.
Czy po witaminach rodzą się duże dzieci? Zdrowe na pewno... Duże? Niekoniecznie. Jestem ciekawa jak było u Was? Czy mit się sprawdził, czy okazał kompletną nieprawdą? Czy w ogóle kiedykolwiek zderzyłyście się z takim stwierdzeniem? Zapewne tak. My matki, zderzamy się z podobnymi mitami całe życie. Musimy mieć naprawdę głowę na karku, żeby nie dać się zwariować i nie dać się ponieść tym wszystkim faktom i mitom. Najważniejszy jest zdrowy rozsądek, a ciociom dobrym radom trzeba zwyczajnie podziękować i zapomnieć o tym co przed chwilą do nas mówiły - oczywiście jeśli wiemy, że to co mówią nijak ma się do rzeczywistości. Na dziś to już koniec, ale już wkrótce rozprawimy się z kolejnym mitem - i zapowiada się całkiem ciekawie!
Tymczasem zapraszam Was do obejrzenia ciekawego filmiku na temat zażywania witamin w ciąży. Miłego seansu!
To zabawne, ale kiedyś wydawało mi się, że czteroletnie dzieci to takie małe bobaski z butlą mleka, smoczkiem w buzi. Dziś moja czterolatka stroi się do przedszkola, pije herbatkę ze szklanki, a raz na jakiś czas krzyknie na mnie i pobiegnie do pokoju. Etap trzaskania drzwiami minął, może dlatego, że przez dwa miesiące ich nie mieliśmy ;) Nie wiem sama jak to wszystko podsumować. Te cztery lata, te przeróżne okresy i etapy, przez które wspólnie przechodziłyśmy. Od momentów, kiedy nie mogła się ode mnie odlepić, po etapy, w których wszystko było na nie. Setki nieprzespanych nocy, trochę mamino córkowych kłótni, trochę wylanych maminych łez w wannie wieczorem. Pamiętam te wszystkie wieczory kiedy padałam na twarz ze zmęczenia i w dodatku nie sprzyjał mi cały wszechświat. Kilka razy zdarzyło mi się wyjść, trzasnąć drzwiami i zrobić kilka rundek wkoło bloku. Wybiegałam przeklinając w głowie swoje życie i pragnąc uciec na bezludną wyspę, a po pięciu minutach wracałam i dziękowałam Bogu za to, że mam to co mam. Te wszystkie złe momenty, powoli odchodzą w niepamięć, tak samo jak wspomnienie skurczy podczas porodu. Za to wyraźnie i dokładnie pamiętam wszystko to co dobre. A przez cztery lata trochę się tego nazbierało.
Macierzyństwo mnie ukształtowało. Sprawiło, że narodziłam się na nowo ( choć kilka razy miałam wrażenie, że zaraz zdechnę :P ). Bycie matką nauczyło mnie wrażliwości i sprawiło, że pomału zaczynam otwierać się na świat i ludzi. Kiedy byłam w DDTVN nazwałam Polę swoim motorkiem napędowym. Od początku dawała mi siłę i motywację, do tego, by się rozwijać, by się spełniać. Robiłam i robię to z myślą o sobie i o niej. Chcę jej pokazać, że w życiu nie ma rzeczy niemożliwych, że słowo "niemożliwe" powinno wykreślić się ze słownika. Chcę jej pokazać, ze świat jest pełen barw, pełen możliwości. Że niebo może być pełne gwiazd, a ziemia usłana kwiatami. Chcę, by wierzyła w siebie i w ludzi. By wszędzie dostrzegała dobro, wyciągała je z każdej najmniejszej rzeczy. Chcę by była po prostu szczęśliwa, o zdrowiu nie wspomnę - bez niego nie ma nic. Czy można chcieć czegoś więcej dla swojego dziecka? Może można, ale najważniejsze, by nasze dzieci były szczęśliwe i w siebie wierzyły. A my rodzice - byśmy nigdy nie pozwalali, by umarła ich dziecięca radość, by umarły ich marzenia, by umarła ich pewność siebie i wiara.
Od jakiegoś czasu stałam się mocno sentymentalna. Właściwie to do mnie wróciło, bo kiedyś byłam, przestałam, a teraz znów... na nowo. Wracam do zdjęć na komputerze, gorączkowo odkopuję starocia w czeluściach facebooka i zapisuję chronologicznie. Odkąd blogowanie stało się moją pracą, przestałam wyciągać aparat wtedy, kiedy spędzam czas z rodziną. Teraz nadrabiam zaległości. Chodzę po mieszkaniu z kamerą, łapię za aparat. Chcę upamiętnić jak najwięcej. Nie dla publiki, nie dla bloga, bo tutaj prywaty ląduje od dawna tyle to nic i mi z tym dobrze. Dla samej siebie. Dla moich bliskich. Dla Poli. Tak byśmy za kilka lat mogli odświeżyć pamięć, przypomnieć sobie, wrócić do tych chwil... w Święta Bożego Narodzenia, siedzieliśmy w domu rodzinnym moich rodziców i wszyscy śmialiśmy się i wzruszaliśmy oglądając kasety wideo. Pomyślałam sobie wtedy, że ja mało co filmowałam. I obiecałam sobie to nadrobić. W tym roku kamerę odpaliłam na urodzinach Poli tych w domu, aparat na urodzinach w knajpie. Pora jeszcze zainwestować w dysk twardy, porobić kopie no i nadrobić zaległości w albumach. Przechowuję bilety do kin, czasem nawet paragony, prace Polci z przedszkola. Sama mam swoje liściki ze szkoły i do tej pory ryczę kiedy to przeglądam. Chcę, żeby Pola też miała co wspominać kiedy dorośnie. Ale póki co to JA muszę o to zadbać.
Cztery lata. Przed nami jeszcze całe życie. Oby udało nam się przeżyć je jak najlepiej. Teraz wspólnie, kiedyś osobno. Ale zawsze będzie między nami to niewidzialne coś co łączy matki ze swoimi dziećmi. Oby udało się nam zawsze być tak blisko, nawet kiedy nie będziemy ze sobą mieszkać. Obyśmy zawsze były dla siebie najlepszymi przyjaciółkami, córeczko. Obyśmy zawsze się tak bezgranicznie kochały, nawet kiedy będę krzątać Ci się po domu i dawać Ci wskazówki, których nie chcesz. Ale o czym ja mówię. Teraz masz cztery lata. Jesteś obok i grzebiesz mi właśnie w smartfonie, bo powiedziałaś, że "dasz mi poplacować". Nie zepsujemy tego nigdy, prawda?
Czy w ciąży wystarczy tylko zdrowo się odżywiać? Dla mnie wszystko w tym świecie jest jedną wielką złożonością. I nie ważne czy mowa o ciąży, chorobie, związku, pracy czy pasji - na wszystko, dosłownie na wszystko składa się masa czynników. I nie wiem szczerze mówiąc co w tym świecie zależne jest tylko od jednego czynnika. Nic mi nawet nie przychodzi do głowy.
Zachodząc w ciążę w wieku 20 lat, mimo, że byłam gotowa na zostanie mamą - do pełnej świadomości siebie, swojego zdrowia, było mi naprawdę bardzo daleko... szczerze mówiąc, gdybym teraz miała znów zostać ciężarówką - wiele rzeczy zrobiłabym inaczej. Wtedy nie za bardzo uważałam na to co jem, zwłaszcza, że przez pierwsze cztery miesiące wymiotowałam, więc kiedy po czwartym miesiącu udręka się skończyła, nie miałam zamiaru pościć o chlebie i wodzie ( jeszcze wtedy nie kumałam, że zdrowa dieta to nie suchary i jogurty). Owszem, moje dziecko urodziło się zdrowe, i Bogu dzięki, ale to nie świadczy o tym, że nie popełniłam błędów. Najgorszym, powtarzanym przez matki jak mantra sloganem jest właśnie: a ja nie robiłam tego i owego i moje dziecko urodziło się zdrowe. To jest kompletna bzdura, nieumiejętność przyznania się do tego, że coś mogło zrobić się lepiej. Równie dobrze osoby, które spróbowały w swoim życiu narkotyków, mogłyby mówić swoim dzieciom: ja tam brałem kiedyś narkotyki i zobacz na mnie! Jestem zdrowy! - czy to, że ten człowiek jest zdrowy, świadczy o tym, że narkotyki są dobre? Nie. Logiczne. Podobnie ze sloganami mam.
W dzisiejszych czasach jest trochę tak, że lansuje się modę na to co zdrowe, a po drugiej stronie barykady stoją Ci, którzy z tej mody się śmieją, robiąc zupełnie na odwrót - za nic mając sobie zdrowie, co niestety nie wynika z mądrości a z braku świadomości, edukacji. Złoty środek? Wiedzieć co jest dobre, a co złe, i częściej wybierać to pierwsze. Celowo mówię częściej, bo wszyscy jesteśmy tylko ludźmi - i grzeszki są wpisane w naszą ludzką naturę.
Zdrowe żywienie w ciąży to jedno, ale niestety nie jest to jedyny czynnik, na który powinniśmy zwrócić uwagę. W swojej pierwszej ciąży miałam zdecydowanie za dużo stresów - a spokój jest jednak kolejnym kluczowym elementem w ciążowej układance. Nie tylko dlatego, że tak ktoś kiedyś powiedział, ale są na to liczne badania. Stres w ciąży to naprawdę poważne zagrożenie dla dziecka. Nie bez powodu wiele osób mówi o tym, by starać się nie denerwować przyszłej mamy. Kiedy w ciąży doświadczamy stresu, osłabia się nasz układ odpornościowy, a przez to stajemy się bardziej podatne na wszelkiego rodzaju infekcje. Silny stres może mieć nawet wpływ na rozwój mózgu dziecka, zwłaszcza w kluczowych momentach tj. ok 10 tygodnia ciąży i między 24 a 30 tygodniem ciąży, kiedy kształtują się połączenia nerwowe między neuronami. Wniosek? Na czas ciąży warto zrobić sobie detoks... od zmartwień ;)
Moje odżywianie pozostawiało wiele do życzenia, smutków też miałam trochę za dużo - ale jest jedna rzecz, o której bezwarunkowo pamiętałam, chyba dlatego, że niezwykle sumiennie słuchałam swojego lekarza, który był dla mnie guru w tych tematach. Otóż... produkty rekomendowane przez lekarza. I to od samiuśkiego początku, kiedy to postaraliśmy się o naszą pociechę. Celowo mówię, postaraliśmy, a nie "podczas starań", bo jak większość dobrze wie, udało nam się za pierwszym razem, ha :P Ale wracając do suplementów. Miałam już mega doświadczenie w sprawach dotyczących badań, niedoborów - w młodości bardzo wiele chorowałam i byłam mega wyczulona na takie rzeczy. Wiedziałam jak na organizmie potrafi się odbić nawet mały niedobór żelaza, a co dopiero kiedy nosisz w sobie małą kruszynę. Chociaż w czymś byłam uświadomiona.
Zapewne masa kobiet pomyśli sobie teraz: ja tam nie brałam żadnych suplementów i moje dziecko jest zdrowe. Eh... przeszperałam masę forów i to stwierdzenie jest chyba zaraźliwe. Masz rację. TWOJE dziecko jest zdrowe. A kogoś innego może już nie być. To, że jest zdrowe, nie oznacza, że nie miałaś niedoborów np. witaminy D - a na jej niedobór cierpi - UWAGA ( ! ) od 97% do 100 % kobiet ciężarnych w okresie zimowym, a w okresie letnim - 68 do 95%. A witamina D to nie jest jakaś tam witaminka, której może brakować. Witamina D to realny wpływ na prawidłową masę urodzeniową i znaczna redukcja ryzyka nawracających infekcji dróg oddechowych dziecka w późniejszym okresie życia. Tak więc, to, że dziecko urodziło się zdrowe, jeszcze o niczym nie świadczy. Niektóre nawyki ciążowe lub ich brak, wychodzą w późniejszych latach. Mało tego, na początku ciąży, witamina D odpowiada za jej utrzymanie. Nadal uważasz, że suplementy nie są Ci potrzebne? Pozostając w temacie witamin, żeby pomóc bardziej Ci zobrazować, po co nam ten "farmaceutyczny wymysł" - nie trzeba daleko szukać. Jod - odpowiada za prawidłowy wzrost organizmu dziecka oraz rozwój układu nerwowego. Ile kobiet otrzymuje zalecaną dzienną dawkę jodu? 50% ciężarnych kobiet...
Cierpimy nie tylko na niedobory powyższych składników. Często brak nam również witaminy B6 i B12 - zapewniających maksymalną ochronę DNA dziecka.
Sama dowiedziałam się o niej niedawno. To składnik, który odgrywa bardzo ważną rolę w zdrowiu i funkcjonowaniu dziecka. I to nie tylko na etapie kiedy nasz maluch jest w brzuszku, ale nawet wtedy gdy nasz maluch jest już... dorosłym. Cholina pełni funkcje takie jak:
Jednak badania mówią same za siebie:
Naturalne źródła choliny to jaja, podroby i mleko. Niestety najczęściej nie są nam one w stanie zagwarantować dziennej, zalecanej dawki. Zgodnie z zaleceniami Amerykańskiego Instytutu Medycyny, wynosi ona dla kobiety w ciąży 450 mg dziennie, dla matki karmiącej - 550 mg dziennie. Tymczasem średnie dzienne spożycie to ok. 370 mg. W Polsce, Prenatal jest preparatem, który zawiera cholinę w dawce, która zapewnia uzyskanie jej dziennego zapotrzebowania. W świetle najnowszych badań AMA, w przypadku jakichkolwiek zaburzeń przetwarzania choliny w organizmie, ryzyko Zespołu Downa wzrasta aż 8-krotnie !!!
Produkty witaminowo-mineralne możemy, a właściwie powinniśmy brać już na etapie przygotowania do ciąży. Niestety na tym etapie mało która z nas wiedziała z czym to się je i na co zwrócić uwagę. Oczywiście, teraz jestem 10 x mądrzejsza i od razu chwyciłabym np. po Prenatal Uno, który jako jedyny zawiera imbir - może wtedy moja przygoda z mdłościami nie trwałaby czterech miesięcy... a może wcale by jej nie było? Kto wie. Inne składniki też są dobrane w taki sposób, by wesprzeć organizm na początku naszej ciążowej przygody. Co ciekawsze - Prenatal uno nie ma w sobie żelaza. Ale to akurat dobra wiadomość. Tyle się mówi o żelazie w ciąży, ale szkoda, że kiedy ja w niej byłam, nikt mi nie powiedział, że w 1 trymestrze nie powinno się go stosować. Cóż - następnym razem będę bardziej świadoma ;)
W drugim i trzecim trymestrze warto sięgnąć po Prenatal duo - ten z kolei żelazo już zawiera, bo na tym etapie, jest ono już niezbędne. Zawiera też selen. Teoretycznie znajdziemy go w czosnku, czy cebuli, ale litości... nie chcemy chyba odstraszyć od nas połowy osiedla? Preparat zawiera również wysoką dawkę DHA, bo aż 600 mg. Wysoka dawka DHA pozwala uniknąć przedwczesnego rozwiązania, co jak wiemy jest ogromnie ważne. Dla malucha, każda doba w łonie matki to chwila, która decyduje o jego zdrowiu, a nawet przeżyciu. DHA jest też szczególnie istotne jeśli chodzi o rozwój mózgu dziecka. Preparat zawiera też inne składniki: witaminy D, B6, Metyl B12 i oczywiście cholinę, która na tym etapie rozwoju płodu wspiera rozwój mózgu dziecka, często decydując o inteligencji dziecka w przyszłości.

Jak widać... w ciąży trzeba czegoś więcej niż tylko marchewki na talerzu. Żeby dostarczyć sobie wszystkiego co niezbędne, tylko poprzez jedzenie, dla samego żelaza, musiałybyśmy zjeść jakieś 30 jajek... dodajmy do tego 5 jajek, żeby osiągnąć zapotrzebowanie na cholinę i 1 litr mleka, żeby osiągnąć dzienną zalecaną dawkę wapnia. Dodajmy do tego szereg innych potrzebnych witamin... chyba musiałybyśmy tylko jeść... jeść... i jeszcze raz jeść ;) A przecież nie o to chodzi. Odpowiednio dobrany preparat to podstawa, a jednak wciąż tak wiele kobiet, błędnie przekazuje sobie informacje: eee tam ciotka, kup cokolwiek! To wszystko jedno i to samo - a to raczej też zaliczyłabym do kategorii naszych mitów. Przegadałam temat ze swoim ginekologiem i farmaceutką i zgodnie stwierdzili, że Prenatal na naprawdę mądrze ułożony skład. Jeśli już po coś sięgać, to nie warto robić tego byle jak. W końcu płacimy nie tylko za pudełko, ale jakby nie patrzeć - za własne i dziecka zdrowie. W takim wypadku, chyba nie warto sięgać "po cokolwiek" byle było. Tutaj znajdziecie mega fajny explainer, który jest takim podsumowaniem w pigułce dzisiejszego tematu.
Nadal uważam, że nasze życie powinno toczyć się normalnie i nie powinnyśmy dać się zwariować, ale jednak noszenie w sobie nowego życia to odpowiedzialność i same od siebie powinnyśmy wymagać nieco większej troski i zaangażowania już nie tylko w swoje, ale NASZE zdrowie. Zdrowe żywienie, spokój, zminimalizowanie stresów, regularne badania, branie suplementów, radość z życia - gdybym raz jeszcze była w ciąży, wypisałabym sobie te reguły na kartce i przyczepiła na lodówce. Czy muszę dodać coś jeszcze, by rozprawić się z tym mitem? Nie sądzę. Jesteście ciekawi z czym rozprawie się następnym razem? Dowiecie się tego już niebawem!
Są takie filmy, które poruszają, ale się do nich nie wraca. Są takie, które poruszają na tyle, że wracać chce się do nich ciągle. Chociażby po to, by sobie przypomnieć o tym, co jest w życiu ważne. A filmy czy bajki jeśli mają inteligentny przekaz, potrafią uderzyć w człowieka naprawdę mocno. I właśnie takie cenię sobie najbardziej. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że Pola jest już coraz starsza i z miesiąca na miesiąca, coraz cierpliwiej wytrzymuje czas spędzany w kinie. Kocham kino miłością wielką, a czas na sali kinowej, był i jest dla mnie jedną z najfajniejszych form spędzania wolnego czasu.
W dzisiejszym wpisie, chciałabym Wam przedstawić filmy animowane i bajki, które razem z Polcią oglądamy naprawdę często ( jeden aż za często) i za każdym razem, ja - dorosły człek, wzruszam się, wyciągam wnioski. Jestem ciekawa czy macie o moich propozycjach podobne zdanie!
To jest aż niemożliwe... oglądaliśmy to w zaciszu domowym całą trójką i... my, rodzice byliśmy zahipnotyzowani. Oczywiście Polcia też, choć bardziej ze względu na cudowne postacie, niesamowite kolory, świetny dubbing ( Socha ma mistrza! ) . Z kolei my z F. byliśmy powaleni przekazem i sposobem ukazania tak ważnych kwestii, jakimi są emocje, które rządzą każdym z nas. Na moim blogu powstał kiedyś tekst o tym, że musimy pozwolić sobie na smutek. To naturalna emocja i nie można z nią walczyć. Nie można się też jej poddać na zbyt długo. Bajka pięknie pokazuje do czego może doprowadzić usilne walczenie z czymś co nieuniknione. Jeśli jakaś emocja istnieje, to znaczy, że jest potrzebna... więc nie powiem. Zawsze pisząc o filmach, staram się jedynie napisać o tym, że coś jest dobre, nie zdradzając zbyt wiele. Musicie mi zaufać!
Przecudna bajka, którą Pola swojego czasu kazała sobie odpalać non stop - dodam, że tylko to co naprawdę wyjątkowo, potrafi zainteresować ją na dłużej niż pół godziny. Ubolewałam nad tym faktem zawsze, kiedy byłam zmęczona albo chora i miałam świadomość, że moje dziecko za bajkami to jakoś tak nie bardzo. Widocznie trzeba jej inteligentnego kina ;) Dobry Dinozaur to niesamowita opowieść o pokonywaniu własnych słabości, niesamowitej przyjaźni i miłości... to przekaz dla małego jak i dorosłego widza, który mówi nam, że możemy urodzić się słabi, odstawać od społeczeństwa, ale tylko od nas zależy, czy tacy pozostaniemy, czy zaczniemy walczyć z własnymi słabościami albo wręcz przeciwnie - odnajdywać w nich dobro. Wzruszam się za każdym razem...
Muszę Wam się do czegoś przyznać. Jeśli o czym trąbi się masowo, a już zwłaszcza, jeśli cały świat przebiera się za Elsy i śpiewa "Mam tę moc" - mam dość, zanim spróbuję. I własnie dlatego Krainę Lodu, w całości, od A do Z obejrzałam dopiero z jakieś dwa miesiące temu. I przepadłam. No nawet nie przypuszczałam, że szum wokół tej bajki, jest tak mocno uzasadniony. Do ostatniej sekundy, oglądałam baję z zapartym tchem. Opisywać chyba nikomu nie trzeba... niesamowita siostrzana miłość. Byłam ciekawa recenzji w internecie, ale mam wrażenie, że większość recenzentów totalnie nie skumała przekazu. Za to komentarze oglądających pomogły mi odzyskać wiarę w ludzką inteligencję... przytoczę Wam jeden z komentarzy znalezionych online:
"Wreszcie ktoś rozwalił schemat, w którym największym szczęściem dziewczyny/księżniczki jest bycie pokochaną przez księcia z bajki. I nie wkłada takich bredni małym dziewczynkom na dalsze życie do ich główek. A miłość, zwycięża, owszem, ale nie do mężczyzny, ale do siostry. A dodatkowo pokazuje, że ważne jest wyzwolenie się z więzów (społecznych, biologicznych, politycznych) nawet wbrew otoczeniu i z pozorną szkodą dla siebie - odkrycie prawdziwej siebie, a nie dętej lali. Po prostu mądra opowieść o samopoznaniu i samorealizacji dla małych dziewczynek. Wreszcie."
Poza oczywistą miłością do twórczości Tima Burtona i tak samo wielką miłością do gry aktorskiej Johnnego Deppa - film przepięknie pokazuje jak wielką wartością jest ciepło rodzinne, miłość - jednym słowem, wartości których nie kupimy za pieniądze i które nabywa się od początku naszego istnienia. Poruszyło mnie ukazanie kontrastu między dzieckiem, które mimo biedy było otoczone miłością, a resztą dzieci, których rodzice, postawili jedynie na zaspokajanie ich potrzeb fizycznych. Umiejętnie zostały również ukazane konsekwencje nieodpowiedniego zachowania, złych manier. Nie od dziś wiemy, że mogą one doprowadzić do tragedii. Człowiek, które jest zepsuty i dla którego moralność nie istnieje, prędzej czy później zbłądzi. Poza przesłaniem na docenienie zasługuje również gra aktorska właściwie każdego i przede wszystkim powalająca scenografia, kostiumy, muzyka. Wszystko wg mnie jest dopracowane maksymalnie. I to właśnie sprawia, że takie filmy zostają nagrodzone w kategoriach takich jak Ulubiony Film Rodzinny.
Film z 1996 roku. Jeśli ktoś go nie oglądał, niech to jak najszybciej nadrobi. Nie bez powodu zostawiłam ten film na sam koniec. Kto obserwuje moje InstaStories, doskonale wie, że film ten wałkujemy od jakiegoś miesiąca, praktycznie dzień w dzień ( mamy domowy szpital...). To pierwszy FILM, który Pola obejrzała od A do Z i to w tak wielkim skupieniu. A nie trwa on 40 minut. Jak dobrze, że przed obejrzeniem Matyldy, nie czytałam opinii w internecie. Tutaj łatwo zwątpić w ludzi i ich zdolność do myślenia - niestety. Film to świetne, karykaturalne i wyolbrzymione ( celowo) ukazanie rodziny, w której pogoń za pieniądzem jest ponad rodzicielską miłość. Ale nie tylko. "Matylda" to lekcja dla dzieci, by zawsze pamiętały o tym, że mogą osiągnąć to o czym marzą, jeśli tylko bardzo tego chcą - nawet jeśli są zdane same na siebie. Pola, każe odpalać sobie film zaraz po przebudzeniu, albo na sam wieczór... i za każdym razem oglądamy zapatrzone do samego końca...
Wiadomo, że pięknych bajek i filmów animowanych jest cała masa. Ja dzisiaj jednak skupiłam się na tych, do których wracamy naprawdę często. W ostatnich miesiącach, ze względu na przeprowadzkę, a teraz stan zdrowia, ominęło nas sporo nowości kinowych, które musimy nadrobić np: Fernando, Coco czy Cudowny chłopak - ale może jeśli szybko dojdziemy do siebie, to jeszcze się na coś załapiemy. Co prawda kino nie jest tanim wydatkiem, zwłaszcza kiedy ma się więcej niż jedno dziecko, ale ja mam dzisiaj dla Was coś, co może choć trochę Wam ten wydatek zmniejszy.
Dajcie znać, na co wy wybieracie się w najbliższym czasie do kina i oczywiście jakie są Wasze ulubione filmy i bajki. Inspirujmy się wzajemnie!
No bo ile można?! Nieee mam już chyba tej cierpliwości co kiedyś i chyba z głowy pomału wybijam sobie drugie dziecko, bo najzwyczajniej w świecie, maleńkie dzieci zaczynają mnie przerażać, serio! Ledwo co wyszłam z pieluch, z przewijania, z tej całej "brudnej" roboty i jaram się niesamowicie faktem, że mam pod dachem prawie czterolatkę. Kapryśną i obrażalską, ale jednak coraz mądrzejszą i bardziej kumatą. Taka moja "pyjaciołka" co to się ze mną trochę pokłóci, a potem pogada jak baba z babą. Tupnie nogą i się obrazi, a potem pomoże mi sprzątać w kuchni. Te dzieci się jednak na coś przydają. Zwłaszcza jak zaczynają po sobie sprzątać :P
Ale tak całkiem serio, serio. Nigdy nie myślałam, że polubię kreatywne zabawy, granie z dzieckiem itp. - dopóki nie doszłam do poziomu gdzie ta kreatywność i gry edukacyjne mogą mieć naprawdę jakiś poziom, a ja spędzając tak czas z dzieckiem nie dosyć, że super się bawię to jeszcze mam mega satysfakcję, że ta cała zabawa niesie ze sobą jakąś wartość - uczy moje dziecko. I to jest taaaak fajne, że momentami jaram się tym chyba bardziej od mojego dziecka, które swoją drogą ma jeszcze małą trudność z przegrywaniem, ale cóż... jestem tym typem rodzica, że nie daje dziecku wygrywać za każdym razem. Niech się uczy życia. Nie zawsze będzie lekko ;)
Dobra, dobra. Wracam już do tematu. Bo tak jest zawsze. Zacznie o grach, a skończy na filozoficznych rozważaniach o życiu i przemijaniu. Najgorzej. Nie będę Was zatem zamęczać moimi farmazonami, tylko przejdę do konkretów, czyli tychże właśnie hitów, które tak Was zainteresowały po wstawieniu filmików na InstaStories. I ja się Wam wcale nie dziwię - dobre rzeczy wystarczy pokazać i powiedzieć o nich jedno słowo - i one bronią się same. Ale ja mimo wszystko, chcę Wam powiedzieć dziś o tym wszystkim więcej. Mamy tego całkiem sporo, ale wierzcie mi, że to wszystko jest warte poznania! Na początek nasze ukochane gry edukacyjne zakupy i gotowanie. Genialne!
Absolutnie fantastyczna, prosta i ciekawa gra dla całej rodzinki. Żetony przedstawiają asortyment sklepowy : ubrania, jedzenie, akcesoria itp. Mamy dostępne również wózki i listy z produktami z różnych sklepów. To co w tej grze jest mega fajne, to fakt, że mamy jedną grę, ale aż 12 różnych sposobów na rozgrywki. Możemy wybrać rozgrywkę polegającą na tym kto szybciej włoży do koszyka produkty ze swojej listy. Możemy też rozegrać to na zasadzie odkrywania odwróconych kart i odkładania ich jeśli nam nie pasują, ćwicząc tym samym pamięć. Opcji jest wiele i wszystkie są ciekawe - my z Polą rozgrywamy wszystkie opcje jedna po drugiej. Gra jest idealnym sposobem na ćwiczenie u dziecka jego koncentracji, pamięci, spostrzegawczości, a także podejmowania szybkich decyzji i logicznego myślenia. HIT nad hity :) Gra jest tak naprawdę najdroższą rzeczą z dzisiejszego wpisu i kosztuje 39,90. Możecie zakupić ją tutaj.
Podobnie jak w przypadku poprzedniej gry - jedna gra, kilka sposób na zagranie w nią. Gra zawiera również anglojęzyczne warianty, dzięki którym dzieci dodatkowo mogą podszkolić się w nauce języka angielskiego. W gotowaniu mamy do dyspozycji listy z zakupami, żetony ze składnikami potraw i talerze z czterema różnymi potrawami. I tak jak poprzednio: możemy zrobić wyścigi typu kto pierwszy ten lepszy, czyli wylosować po jednej liście zakupów, dobrać talerz i ścigać się kto pierwszy ułoży na talerzy wszystkie składniki z listy. Możemy wylosować kilka żetonów i opowiedzieć historyjki o każdym z nich - uśmiałam się przy tym niemiłosiernie, zaznaczając Poli, że może zmyślać, a ona z każdym owocem przypominała sobie historię a to zakupów, a to jakiegoś gotowania ze mną, a to jakiejś wycieczki. Możemy grać na zasadzie odkrywania żetonów położonych tak, że nie widzimy co na nich jest. Możemy się wymieniać, aż w końcu ktoś z nas uzbiera wszystko z listy. Możemy też podzielić się żetonami na pół, wybrać z nich to co mamy na liście, a resztę odwrócić tak żeby nie było widać co na nich jest i wśród nich dokonywać wymian. Opcji jest naprawdę wiele, wszystkie opisane są w instrukcji :) Grę możecie kupić tutaj.
Jedna gra, trzy sposoby na jej rozegranie, a dzięki temu trzy kategorie wiekowe: 2+, 4+ i 6+. PRZEPIĘKNE ilustracje na usztywnianych kartach już same w sobie sprawiają, że gra jest wyjątkowa. Memory możemy rozegrać na trzy sposoby, w zależności od wieku dziecka. Tradycyjnie - szukając dwóch podobnych obrazków. Nieco trudniej - odgadując różnicę na dwóch takich samych, znalezionych obrazkach. Najtrudniej - w momencie odkrycia dwóch tych samych kart, każdy z uczestników może krzyknąć na głos różnicę jaką zauważył - kto pierwszy, ten lepszy. Różnic można wskazać jedną, dwie lub trzy - trzeba ustalić to na początku gry.
Memory na 3 sposoby jest dostępne w kilku wersjach: Zwierzyniec, Co robimy? , Świat baśni, Zabawy podwórkowe. Wszystkie dostępne rodzaje możecie zobaczyć tutaj.
Bardzo fajny i prosty sposób na przyswojenie dziecku angielskich słówek i zwrotów. Zestaw kart dwustronnych ( z polską i angielską nazwą obrazka) , płyta i książeczka, w której możemy zobaczyć w jaki sposób możemy wykorzystać karty. Ale tutaj nie trzeba żadnej instrukcji, możemy bawić się i uczyć jak tylko chcemy. My z Polką, po prostu bierzemy karta po karcie i mówimy zarówno po polsku jak po angielsku. Mamy też swój patent, w którym wybieramy 10 kart, nazywamy je w dwóch językach, a potem zadaję Poli pytanie: what is this? Pola odpowiada np. jabłko, na co ja mówię: in english, please - i wtedy Pola mówi już po angielsku - o ile pamięta. Bawimy się również tak, że nazywamy po angielsku wszystkie kolory, które znajdują się na obrazku, lub krzyczymy WHIITE! i każda z nas musi znaleźć trzy karty z obrazkiem, który ma ten właśnie kolor. Tutaj opcji i sposobów na rozgrywkę i naukę jest multum. Ograniczeniem jest tylko nasza wyobraźnia, serio. W pudełku z kartami znajduje się również płyta CD, na której możemy znaleźć angielskie piosenki, a także wspomniana książeczka, w której prócz sposobów na rozgrywki karciane, mamy też masę zadań i obrazkowych zagadek. Pola jest w wieku, w którym zaczyna bardzo szybko podłapywać angielskie słówka, więc takie zabawy są i dla niej i dla mnie jak najbardziej na plus. Mamy jeszcze "na zapas" nieco zaawansowane wersje dla dzieciaków 6+, ale czekają na swoją kolej. A może na Was? ;) Wszystkie wersje możecie zobaczyć tutaj.
Nasz faworyt. Pola od kilku miesięcy ma fazę na różnego rodzaju zadania, zagadki itp. Masowo kupuję jej zeszyty z różnymi zadaniami w każdym możliwym markecie. Chodzi mi o zadania typu: zakreśl niepasujący do reszty obrazek. Połącz zwierzęta z ich śladami. Połącz kropki. I tak dalej, i tak dalej. Pola koooocha to robić, a ja w sumie sama się w to wkręcam i lubię jej w tym towarzyszyć. 100 zabaw to jeszcze lepsza zabawa, bo ... bo nie trzeba po rozwiązaniu zagadek, wyrzucać wszystkiego do kosza. 100 zabaw to zestaw 30 dwustronnych, zmywalnych kart z zadaniami, flamaster, a także książka, z masą różnorodnych zadań do rozwiązania. W zestawie znajdziemy zarówno ćwiczenia matematyczne jak i przyrodnicze czy językowe. Niektóre z zadań ćwiczą umiejętność rysowania czy szeregowania przedmiotów. Dzieci ćwiczą swoją spostrzegawczość, precyzję, umiejętność liczenia. Nie miałam nawet pojęcia, że Pola z dnia na dzień będzie coraz bardziej starannie i z ogromnym zaangażowaniem podchodzić do tych zadań. Nie na kolanie, nie na szybko, nie byle jak. Niesamowite jak wiele możemy dać swojemu dziecku, wydając tak nie wiele. 100 zabaw to koszt ok. 30 zł. Mamy dostępne wersje dla dzieci w wieku 3-4 , 4-5, 5-6 a także 6-9 lat. Wszystkie wersje 100 zabaw możecie zobaczyć tutaj.
Gry z tej serii pomagają naszym dzieciom ćwiczyć przede wszystkim spostrzegawczość i pamięć. W zależności od gry, dziecko uczy się nazewnictwa ubrań, kolorów czy zwierząt. Są wersje, które edukują w zakresie np. recyclingu. Loteryjka to zestaw plansz i żetonów. Tutaj również, w oczy rzuca się fantastyczna oprawa graficzna. W grę można zagrać na cztery sposoby, w zależności od wieku dziecka i stopnia trudności. Najłatwiejszy wariant polega na przygotowaniu 1 planszy i 6 pasujących do niech żetonów, a następnie odszukaniu na planszy obiektów z żetonów, które trzeba na tych obiektach położyć. Trudniejsze warianty uwzględniają np. odwrócenie żetonów tak, by nie było widać co na nich jest lub na rozłożeniu WSZYSTKICH plansz i żetonów i dopasowanie ich do siebie. Loteryjka jest dostępna w wersji dla dzieci już od drugiego roku życia. Wszystkie jej wersje możecie zobaczyć tutaj.
Ostatnią rzeczą, którą chciałabym się z Wami podzielić jest książka. A właściwie dwie, warte polecenia książki. Angielski dla dzieci - piosenki oraz Na tropie angielskich słówek. Pierwsza z tych książek, zawiera 15 popularnych utworów, zarówno w wersji angielskiej jak i polskiej wraz z zapisem nutowym. Do książki dołączona jest płyta, na której są wszystkie piosenki z książki. Z Polką śpiewamy piosenki w obu wersjach - nie wszystkie jeszcze dobrze znamy, ale niektóre znałyśmy jeszcze przed kupieniem książki - z tym idzie nam wyśmienicie. No i przede wszystkim - które dziecko nie lubi śpiewać?!
Druga książka czyli Na tropie angielskich słówek to przepięknie ilustrowana książka, w której dzieci uczą się kolorów, odnajdują przedmioty na planszach, uczą się angielskich słówek i zwrotów. Masa frajdy i duża dawka wiedzy dla naszych smaków - i dla nas of kooors. Książka jest naprawdę solidna i wykonana w taki sposób, by nie można było jej zbyt szybko zniszczyć. Dzięki książce, dzieci poznają angielskie nazewnictwo emocji, członków rodziny, kolorów, części ciała itp. Cena moim skromnym zadaniem, absolutnie na plus - 30 zł z groszami za książkę, która jest rajem dla oczu i główki malucha, to naprawdę nie wiele. Książkę możecie zobaczyć ( i oczywiście kupić!) o tutaj.
Na dzisiaj to już wszystko. Każda rzecz, którą Wam dzisiaj przedstawiłam pochodzi ze sklepu internetowego Kapitan Nauka. Jak dla mnie, numer jeden wśród stron, które oferują nam tego typu asortyment. Jak sami już zauważyliście, mimo, że Polka ma 4 lata, to jej gry i zabawy spokojnie nadałyby się i dla młodszych i dla starszych pociech. Różne warianty gier, różny kategorie wiekowe, a do tego masa wiedzy i ogrom zabawy. Sama nie sądziłam, że tak się wkręcimy z Polą w tą całą naukę przez zabawę. Ale jednak można łączyć przyjemne z pożytecznym i nie trzeba się ograniczać do jakiś bzdurnych zabaw, które nie niosą ze sobą nic wartościowego. Wierzcie mi, że moja Pola gdyby jej pozwolić, lampiłaby się na YT godzinami. I uwierzcie mi, że nawet takie dziecko, mimo wszystko kiedy ma wybór, wybierze własnie takie zabawy, które Wam dzisiaj pokazuje. Zachęca również cena, która jest naprawdę atrakcyjna. Wg mnie asortyment jest na kieszeń większości Polaków. A patrząc na to, że na edukacji dziecka oszczędzać nie powinniśmy... może warto w tym roku nie szaleć z nie wiadomo jakimki prezentami i zrobić dziecku prezent tego typu? Moja Pola byłaby wniebowzięta. Na prezent mikołajkowy, nasze propozycje są jak znalazł!
Pamiętajcie, że dzieci nie są aż tak leniwe jak nam się czasem wydaje - nauka przemycona w tego typu zabawach, nie męczy, nie wywiera presji. Po prostu przemycamy ją w formie pięknych obrazków, ciekawych rozgrywek - i ona już robi swoje. Zdecydowanie złapałam bakcyla i chyba odnajdę się w roli nauczycielki własnego dziecka. A dodatkowo umocnię jeszcze więzy między nami. Byle nie za bardzo. Bo ta mała kluska, przybiega ostatnio do naszego łóżka, KAŻDEJ, ale to absolutnie każdej nocy, awrrr! Ale cóż - do osiemnastki powinno jej minąć ;)
Ufff... dotarliśmy do końca. Jak Wam się podobało? Wpadło Wam coś w oko? Mam nadzieję, że tak, bo już na dniach, na facebooku wystartuje wieeeelkie rozdanie z zabawami od Kapitan Nauka. Bądźcie czujni!
