Życie z trzylatką jest cudowne, do czasu kiedy ową trzylatkę musisz wyciągnąć z miejsca, w którym jej po prostu dobrze. Śmieję się ostatnio, że zdjęcia nawet jeśli oddają obraz danej chwili, to nie oddają obrazu całości. Te, które zobaczycie za moment, były robione w sympatycznej, radosnej atmosferze. Śmiech dzieci, psy wbiegające do wody, prażące słoneczko. Obraz idealnej rodziny, rozmył się jednak jakąś godzinę później, kiedy Pola wciągnięta przez murek przez moją osobę, ubzdurała sobie, że "ona sama chciała!" - a ja już doskonale wiedziałam, że to tylko próba cofnięcia się, wymuszenia czegoś i generalnie - jeden wielki bunt, który nie miał większego sensu. Ale ja to jednak mam nerwy ze stali - kiedy ona siedziała na trawie i się na niej rzucała, ja czekałam ze stoickim spokojem mając w poważaniu oczy wszystkich spacerowiczów skierowanych w naszą stronę. Nie wiem czy to już taka ludzka natura, że trzeba się wgapiać w płaczące dzieci, a następnie w ich matkę - może czekali na rozwój wydarzeń, a może byli bezdzietni i myśleli, że dziecku dzieje się jakaś krzywda - i don't care. Po kilku minutach wzięłam ją pod pachę i wtedy to już Bóg tylko wie, jak musiałam wyglądać z wyginającą się w powietrzu na moim rękach wielką dziewuchą, która kopała nogami jak wściekła i wrzeszczała tak, że bałam się jedynie tego, że ktoś zaraz pomyśli, że porywam obce dziecko. Później półgodzinny powrót autem, kiedy zanosząc się płaczem krzyczała dlaczego to nie dostanie lodów, przecież jest już grzeczna! Po słowie grzeczna było znów wycie i rzucanie się w foteliku, więc nie za bardzo było to logiczne. Ale któż oczekuje logiki od 3latki, której właśnie zawalił się świat? ;)
Moja natura jest jednak jaka jest. I nakazuje zapamiętywać najwyraźniej te dobre chwile. Zapamiętam więc ten pierwszy, tak ciepły i słoneczny spacer w tym sezonie. Zapamiętam siedzenie nad stawem, chrupanie Tygrysków i uspokajanie Poli, że pies 10 x mniejszy od niej, nie stanowi dla niej zagrożenia. Zapamiętam fakt, że było tak cudownie ciepło i zapamiętam tych wszystkich ludzi grających w piłkę, opalających się, ćwiczących, fotografujących. Zapamiętam też ciężką torebkę, z której potem wysypywałam całą masę okruchów, które wysypały się z paczki po chrupkach.
I tak się zastanawiam... czy tylko ja na godzinny spacer, zabieram ze sobą cały ekwipunek chrupek, wody i... ciuchów na zmianę? Bo ilekroć tego nie wezmę - Pola zawsze tego potrzebuje! A co do tych chrupek, to sobie nie myślcie... już ja Was wyposażę w mały zapas, a i "gratis" dorzucę.
Kto śledzi nasze instastory, ten zapewne jeśli jest spostrzegawczy przyuważył, że Tygryski u nas w domu goszczą dość często. 100 % kaszy jaglanej mówi samo przez siebie - zdrowie, zdrowie i jeszcze raz zdrowie. Więc tak sobie chrupiemy... Pola, ja i F... A najczęściej to ostatnio rodzice, a nie dziecko... ;) No i jeśli o tych chrupkach mowa... to prosiłabym Was o wyjątkową czujność - już jutro na facebooku, pojawi się mega wypasiony konkurs... zwycięzca zgarnie nie tylko zestaw chrupek, ale też... grę familijną prawda czy fałsz. Tak więc - szczęśliwiec zgarnie ode mnie pakiet sprzyjający rodzinnej atmosferze - coś do pochrupania, coś do pogrania. A cóż może być lepszego od rodzinnego weekendu wypełnionego zabawą i dobrymi humorami? No nie ma nic lepszego! Tak więc miejcie jutro oczy szeroko otwarte i zróbcie w szafie miejsce na Tygryski - nie pożałujecie!
WYNIKI KONKURSU NA FB !!!
Kochani! Dziękuję wszystkim za tak liczny udział w zabawie na FB - jesteście niesamowici! Wszystkie odpowiedzi zostały przeze mnie przeczytane - nie mogę nagrodzić każdego, ale ... przecież Wy to wiecie :) Zwycięzcy gratuluję, a pozostałych proszę o cierpliwość - jest jeszcze masa zaplanowanych konkursów, które czekają w kolejce!
Tymczasem dzisiaj nagrodę zgarnia... RENATA KAMIL SNOCH - poproszę o wiadomość priv i oczywiście... GRATULUJĘ! <3
Czekolada w moim domu to nie jest jakieś wielkie ZŁO. Nie poszłam śladem wielu matek i nie zrobiłam z tego owocu zakazanego, na które moje dziecko rzuci się jak wygłodniałe za kilka lat, bo nigdy wcześniej mama nie pozwoliła. Na co dzień odżywiamy się zdrowo, więc kiedy dopadamy się do słodkiego np. w weekend - nie mamy umiaru. Poli słodycze sprawiają wielką frajdę, mi też - czemu więc odmawiać sobie przyjemności. Ale do rzeczy!
Mam często takie wrażenie, że my, rodzice, często w zabawie z dzieckiem, próbujemy dominować. Wiecie - nie dajemy dziecku wolnej ręki, tylko mamy swoją wizję domku zbudowanego z klocków, mamy swoją wizję ... wielkanocnych słodyczy. Kiedy Pola rozpakowywała pudełko z wielkanocnym zestawem, ja przypatrywałam się pięknie wyglądającym jajkom z uszami, oczami itp. które pokazane były na pudełku. Już oczami wyobraźni widziałam jak robimy takie same! Zaczęliśmy od roztapiania czekolady w pojemniku. Pola sama chciała mieszać, podjadać - ok, pozwoliliśmy jej. W końcu to jej prezent! Ale chcieliśmy jednocześnie, by coś z tego przecież wyszło... I o ile roztapianie czekolady i wysmarowanie foremek, poszło nam bardzo sprawnie - tak gorzej było z... poskładaniem. Na początku dopadła mnie irytacja. Wizja Poli, była zupełnie inna od mojej! Ona chciała się w tym babrać, ja chciałam rzeźbić. Ona chciała jeść, ja chciałam tworzyć. Ona chciała wydłubywać coś łyżeczką, ja chciałam starannie wszystko wyjąć. Stanęłam nad tym wszystkim i pomyślałam. Hej matko! Po co to wszystko? Chcesz piękne słodycze? Kup je, albo zrób je kiedy dziecko będzie w domu. Dałaś prezent dziecku - to daj mu zrobić z nim co chce. Ma trzy lata, nie zrobi nie wiadomo czego, ale zrobi COŚ samodzielnie. Postawiłam jej foremki z gotową już czekoladą na stół, dałam posypkę, maliny w słoiczku i... dopiero wtedy zobaczyłam, że ... że tak należało rzeczywiście zrobić. Że to dla niej, nie dla mnie. Że i tak zaraz to wszystko zje, szczęśliwa, że mogła się tak fajnie zabawić. Więc ze stoickim spokojem, stanęłam po drugiej stronie aparatu i obserwowałam. Jak nakłada maliny, jak sypie wszystko posypką, jak zawija cukierki i jak to wszystko wcina. Była taka szczęśliwa...
Dopiero w tamtym momencie dotarło do mnie, że my matki, często nie dostrzegamy w sobie błędów. Przypomniałam sobie kilka sytuacji, kiedy próbowałam jej narzucać jakieś zabawy, kiedy z niewyjaśnionych przyczyn, mówiłam, że coś ma być tak, a nie tak - tylko dlatego, że chciałam by było po mojemu. Nie zdarzało się to często, ale jednak zdarzało. Bo widocznie odzywał się gdzieś we mnie głos, że hej, jestem dorosła, wiem lepiej!
Tak... zdarza nam się popełniać błędy, przez przeświadczenie, że wiemy lepiej. Gdzieś po drodze, czasem zapominamy, że dziecko to tylko dziecko. Wszystkiego musi się nauczyć, wszystkim musi się pobawić. Nie interesuje go, jak coś wyjdzie, ale interesuje go to, w jaki sposób do tego dojdzie. Nie będzie się spinać i stresować czy babka z piasku będzie perfekcyjna, ale będzie mieć frajdę ze zrobienia babki pełnej dziur, bo odpadło coś tu i ówdzie. Dzieci to dzieci, nie mali dorośli. Na naszych oczach wszystkiego się uczą, doświadczają, dochodzą do wprawy z każdą najmniejszą czynnością. Są słodkie w swojej nieudolności, w swoi braku równowagi na rowerku. We wszystkim czego dopiero się uczą. Pięknie jest móc to obserwować, pięknie jest móc pokazać dziecku, że może sobie pozwolić na błędy.
Jedno pudełko dostarczyło nam masę frajdy. Pola wcieliła się w rolę cukiernika i ... konsumenta :P Choć tym razem sądzę, że większą frajdę od jedzenia, miała z tego, że zrobiła je sama. Według swojej dziecięcej wizji, na swoich własnych warunkach...
Zestaw, o którym mowa, to zestaw wielkanocny Smoby Chef - do robienia czekoladek z dziećmi. Znajdziemy w nim książkę kucharską, miskę do roztapiania czekolady, foremki, łyżkę, pudełko, naklejki i jak ja to nazywam "strzykawkę" do masy :D są do niej trzy różne końcówki. Zapewne można wyczarować za pomocą tego zestawu piękne cuda, ale... czy o wygląd tutaj chodzi, skoro jest to zestaw dla... dzieci? ;)
Bardzo, ale to bardzo dziękuję wszystkim za udział w konkursie na FB. Jesteście niesamowitymi odbiorcami i wierzę, że nie ma wśród Was kogoś, kto będzie miał mi za złe, że... nie mogę nagrodzić każdego! Choć bardzo bym chciała! Drogą losowania, bo nie chodziło w tym konkursie o żadne uzasadnienia - wylosowałam trzy osoby. Serdecznie gratuluję zwycięzcom, a pozostałych proszę o nie zniechęcanie się! Mam uszykowanych dla Was masę konkursów - nagrody oczywiście - REWELACYJNE! Jeśli nie wygraliście dzisiaj - wygracie w innych zabawach - to pewne! ;)
Tymczasem gratuluję i proszę o kontakt priv zwyciężczynie: Paulina Świątek, Roksana Gisal, Agata Gawryś! :*
Że wciąż mam to coś, wciąż mam chęci na romantyczne wieczory i wciąż mam chęci na godzinne, gorące kąpiele z słuchawkami w uszach - a w chałupie niech się dzieje co chce. Ja mam czas dla siebie! Wciąż lubię spojrzeć w lustro i zobaczyć w sobie kobietę, a nie tylko i wyłącznie matkę polkę cierpiętnicę. Lubię czasem zarzucić czarną kurteczkę, wcisnąć tyłek w obcisłe jeansy i iść przez miasto tak, jakbym wciąż miała 18 lat. Pewnie, lekko i radośnie. Wciąż lubię wieczorem wskoczyć w seksowną bieliznę i pokręcić się po domu, przypominając samcowi o tym jak wielkie szczęście ma, że ze mną jest :P I wciąż lubię poćwiczyć na siłowni, poczytać dobrą książkę i wyskoczyć z kumpelą na miasto. Na drinka, dwa, ewentualnie siedem. Nie no żart. Ostatnio preferuję wodę, tajskie zupy i koktajle warzywne.
I wiecie co? Lubię to - żyć sobie jak kobieta w trakcie dnia i przeistaczać się w matkę polkę już w momencie przechodzenia przez próg przedszkola. Mam wrażenie, że na każde nasze oblicze, jest odpowiedni czas i miejsce. I czasem lubię być kurą domową, krzątać się z miotłą, narzekać trochę pod nosem. A czasem chcę leżeć z nią na łóżku i myśleć, że poza nią, nic innego się nie liczy. A czasem, a właściwie każdego dnia kiedy jestem sama - lubię czuć się jak kobieta. Kobieta spełniona, pracująca, szczęśliwa, dążąca do postawionych sobie celów. Lubię raz na ruski rok, wyskoczyć na babski weekend i iść przez miasto, mówiąc najgłośniej ze wszystkich, nie patrząc na nikogo, poprawiając sobie włosy i przypudrowując co chwila nosek.
Ale pamiętam też te chwile, kiedy nie miałam siły kiwnąć nawet palcem. Z rozwalonym kokiem na głowie i w rozwleczonych dresach krzątałam się po domu z miną zbitego psa. Zapomniałam co to makijaż, długie kąpiele, seksowne wdzianko. I wiecie co? Choć w internecie tyle się o takim widok mówi, że to norma, że tak już jest, że facet musi to zaakceptować -to ja tego u siebie już nie chce. Sama tego nie akceptuję, a co dopiero samcowi będę kazała. By ktoś widział we mnie kobietę, ja sama muszę tą kobietą się czuć. Normą stało się dla mnie poranne ogarnianie, żeby ten włos i ta twarz jakoś wyglądała. Żebym czuła się dobrze w swoim ubraniu i żebym czuła się dobrze ze sobą. Lepiej mi się wtedy funkcjonuje...
Lubię być kobietą. Tak po prostu. I myślę, że każda z nas lubi. Trzeba tylko tą kobiecość w sobie odnaleźć, pielęgnować ją i nie zapominać o niej. A tak właściwie... sęk w tym, by po prostu o siebie dbać. Wtedy kok na głowie, czy dres na pupie, są i tak same w sobie urocze ;) O ile w tym koku nie ma kawałka kupy. A na dresie nie ma plam od zaschniętego mleka :P
__________________________________________________________________________
Partnerem akcji "Oblicza Matki Polki" jest preparat na laktację Femaltiker. To już czwarty wpis z tego cyklu, a przed nami jeszcze... dwa! Będzie się działo - w ostatnim wpisie gościnnie wystąpią wspaniałe kobiety, które wezmą udział w ( mam nadzieję) cudownym spotkaniu. Choć moja przygoda z karmieniem piersią skończyła się już dawno, a ja sama nie wpadam w żadne podziały kp/mm - to jak najbardziej jestem za uświadamianiem, które w nienachalny sposób wspiera kobiety chcą karmić piersią. Femaltiker i moja przygoda z nim zaczęła się od akcji MAMY TESTUJĄ FEMALTIKER, której efekty możecie zobaczyć tutaj. Preparat zaczął kojarzyć się nam, mamom, z hasłami, które promują macierzyństwo i karmienie piersią w radosny i lekki sposób. Jestem naprawdę dumna, że wspominając ten preparat i pisząc o nim, mogę pomagać każdego dnia kobietom, które mają problemy z laktacją. To najpiękniejszy dowód na to, że to po prostu... działa.
Mam nadzieję, że będziecie z nami do końca tego cyklu. Będzie jeszcze ciekawiej... :)
Z uśmiechem na ustach, słucham jak kobiety w ciąży mówią, jakimi to będą matkami i jak będą postępować. Z ich ust wszystko wydaje się takie ... proste. Tak jakby dziecko się miało urodzić, a my po prostu będziemy je kochać, tulić, przebierać, karmić, pocieszać. Kurczę! Nawet mi się tak wydawało. Będzie płakać? No to będę nosić, kochać, tulić... Na wszystko przyszła matka ma receptę. Żadna z nas nie zastanawia się tylko nad jednym: jak to wszystko zniesie nasza psychika. I jak często dziecko potrafi płakać, a my nie wiemy czemu :P
Dość podobna sprawa jest z porodem - teoretycznie wiemy jak to będzie wyglądało, ale żadna wersja w naszej wyobraźni nie będzie nawet zbliżona do tego co czeka nas naprawdę. Nie wspominając już o tym, że każda kobieta przeżywa to inaczej - słuchając opowieści innych, mamy już pewne wyobrażenie, które z kolei kształtuje nasze nastawienie do tej sprawy. Ja ... im bliżej byłam porodu, tym coraz bardziej odczuwałam lęk... przed czymś co nieznane. Nie wiedziałam kompletnie czego się spodziewać. Ale kiedy to już nadeszło... strach odszedł. Tzn. był w jakimś tam stopniu, ale byłam tak podekscytowana faktem, że zaraz JĄ zobaczę, że kompletnie nie skupiałam się na tym czy będzie boleć, czy ktoś się kręci po porodówce, czy to czy sramto - to wszystko nie miało znaczenia. Może dlatego tak pięknie sobie radziłam do samego końca, kiedy stety/niestety trzeba było mnie ciąć.
Myślę, że nie da się opisać słowami tego, co się dzieje w życiu matki w pierwszych dniach. Ja kompletnie nie wiedziałam co się dzieje. Naprawdę nie wiem czego się spodziewałam, ale momentami to było dla mnie za dużo. Miałam momentami wrażenie, że tylko szaleniec może się zdecydować na coś takiego świadomie. Takie myślenie całe szczęście było chwilowe, ale... ale nawet jak go nie było, to to życie wywrócone do góry nogami, było dla mnie totalnym kosmosem! Nikt w telewizji nie pokazywał kobiet w okresie połogu, które to z krwią między nogami i cyckami tryskającymi mlekiem, doczłapują się do łazienki, słysząc już pojękiwania dziecka. Pojękiwanie nr 1029384 w ciągu ostatniej godziny. Takie coś naprawdę potrafi odebrać nam radość, choć wiem, że przy drugim dziecku, nie byłoby to dla mnie nic dziwnego, tak wtedy dla 21 latki to był meksyk. I nie miało znaczenia, że ciąża była świadoma, że dzieci siostry dorastały piętro niżej, że często się nimi opiekowałam. Własne dziecko to inna bajka.
Tak samo jest później... mam wręcz wrażenie, że tak już będzie zawsze!!! Że my nie jesteśmy przygotowane kompletnie na nic. Że zawsze coś nas zaskoczy, zbije z tropu i da nam do zrozumienia, że... nie Ty tu rządzisz mateczko! Zdziwisz się jeszcze nie raz! Ilekroć mówię: teraz już z górki - to Pola daje mi do zrozumienia, że... nie tak łatwo mamusiu!
Ale... żarty żartami. Choć dzieci i macierzyństwo zaskakują nas co rusz to i tak mam wrażenie, że mimo wszystko... jest coraz lepiej. A to, że co chwilę nas coś zaskakuje... może to właśnie jest to, co czyni to macierzyństwo ciekawym, a zarazem najpiękniejszym DOŚWIADCZENIEM w życiu... i jestem Bogu za to codziennie doświadczanie dozgonnie wdzięczna. I ty też powinnaś. Bo masz pod swoich dachem cud. Jedyny i niezastąpiony. Nawet jeśli właśnie Cię podgryza lub kładzie tłuste ręce na umyte właśnie okno ;)
Na zdjęciach poniżej mój mały cud - ale to nie wszystko... pod zdjęciami jest jeszcze coś...! :)
Polcia ma na sobie nasze najnowsze odkrycie, czyli czapkę i komin od firmy Pupill. Pokazywałam Wam ten i inne zestawy na instastory, równocześnie zapowiadając konkurs z takimi cudami. Mamy synków pisały do mnie, że... szkoda, że konkurs nie dla nich - otóż nie moje drogie! Na stronie znajdziecie zestawy i dla chłopców i dla dziewczynek - żaden problem. Wybór jest naprawdę duży i sama miałam problem, żeby wybrać jakieś konkrety. Tak jak już wspominałam - nie prałam jeszcze czapeczek, ale ich wykończenie oraz jakość ( w dotyku) jest naprawdę rewelacyjna. Tym razem nie popełniłam wcześniejszego błędu i wzięłam wszystkie czapeczki CIUT większe niż rozmiar główki Poli. Już teraz Pola może je nosić, a przynajmniej starczą nam na dłuuugi czas! :) Koniecznie obejrzyjcie cały asortyment na stronie Pupill, a już jutro na FB wyczekujcie konkursu!
Ale jedno jest pewne - nieważne, czy w macierzyństwie się zatracasz, czy też nie - dam sobie rękę uciąć, że jednym z twoich oblicz, z których być może nawet nie zdajesz sobie sprawy jest...
Anioł Stróż. Taki, który jest wszędzie, nawet kiedy go nie widać. Taki, który niby nie patrzy... ale widzi wszystko. Niby go nie ma, a i tak kiedy nadchodzi katastrofa, zjawi się w sekundę, wszystko i wszystkich uratuje. Tak matko - mówię o Tobie. Jesteś aniołem. Aniołem w ludzkiej skórze.
I choć anioły, mają zazwyczaj urocze, niewinne miny, to nasze zdają się czasem przypominać bardziej zmęczonego życiem starca niż anioła. Zwłaszcza ok. godziny 20, kiedy wkładasz swoje pociechy do wanny i już sama ledwo żyjesz, ale jeszcze jesteś czujna i ostatkami sił obserwujesz kątem oka, znad gazety ( albo miotły). No i jeszcze zerkasz niewinnie na zegarek, no bo heloł - wszystko rozumiem, ale niech tym szkrabom wyczerpią się wreszcie baterie, żebym ja mogła naładować swoje.
A przy śniadaniu, obiedzie, kolacji - niby jesz, niby się delektujesz, ale też... też oczy wkoło głowy działają. A refleks? Trzymałabyś gar zupy, a i tak uratowałabyś miseczkę przewracającą się na Twoje dziecko. Jesteś wszędzie, nawet jeśli wszędzie Cię nie widać. A nawet jeśli Cię gdzieś nie ma, to gdy Cię tam potrzebują, zjawiasz się w moment. Jesteś przy dziecku, gdy się budzi, gdy zasypia. Ba! Nawet jak jest w przedszkolu, to myślami jesteś przy nim i jesteś w gotowości, by w razie co, być tam w minutę.
Matko - nic, a nic nie jest już takie samo. Już zawsze większość swojej energii, będziesz skupiać na tym małym człowieku i na tym, by ochronić go przed całym złem tego świata. Już zawsze będziesz czuwać i sprytnie wyczuwać każdy moment, w którym jesteś potrzebna. Już zawsze będziesz chciała być Aniołem Stróżem, nawet jeśli Twoje dzieci już same nimi będą dla swoich. Bo matką, jest się całe życie. Nieważne, czy nasze dziecko ma lat 4 czy 40.
Teraz przypomnij sobie swojego Anioła Stróża. Ja doskonale pamiętam... klękającego przy łóżku, podającego mi leki, głaszczącego po głowie w chorobie... czytającego bajki, budzącego do szkoły, otrzepującego z błota po upadku, wycierającego łzy po niepowodzeniu. Zjawiał się zawsze, gdy powinien był się zjawiać. W formie mamy lub taty. Dziś nadal się zjawia, często unosi do góry na swoich dużych skrzydłach. Dziś mam prawie 24 lata i ... choć sama jestem Aniołem Stróżem, dla swojego dziecka, to dobrze, że wciąż mam swojego.
Dobrze być dla kogoś Aniołem. Nawet jeśli na chwilę przymyka oko, szybciej od dziecka ( i słodko pochrapuje ;) )
____________________________________________________________________________
Partnerem serii wpisów: Oblicza Matki Polki, jest... Anioł Stróż matek karmiących - preparat Femaltiker, wspomagający laktację. Jak widać na poniższych zdjęciach - jego moc jest magiczna i nieziemska... :P W końcu zwykle rzecze nie lewitują w powietrzu :D Bardzo się cieszę, że Femaltiker, jest tak dobrze przez Was odbierany - cieszę się również, że wiele z Was zarówno dzięki akcji Mamy Testują Femaltiker jak i dzięki wzmiankom o Femaltikerze w tym cyklu, znalazły rozwiązanie swojego problemu i poznały Femaltiker nie tylko tutaj, ale też w praktyce. Cieszymy się, że w tak nienachalny i luźny sposób, możemy Wam polecić produkt, który może Wam w dużym stopniu pomóc. Femaltiker kieruje się hasłami, które macierzyństwo wspierają, nikogo nie oceniają i nikogo nie dzielą. Stawia na edukację, a nie piętnowanie... A to w dzisiejszych czasach, naprawdę bardzo ważne.
Mimo, że bycie matką to dla mnie wciąż misja i ważna rola, to nie jest to dla mnie rola, która przysłania mi inne. Bycie szczęśliwym i spełnionym człowiekiem to łańcuch elementów. Nie wystarczy być dobrą matką, jeśli na wszystkich innych płaszczyznach życia ponosisz porażki. Jestem wręcz skłonna do tego, by stwierdzić, że nie można być dobrą matką, jeśli jest się nieszczęśliwą z powodów dotyczących innych rzeczy niż macierzyństwo. Jak to się mówi... szczęśliwa mama = szczęśliwe dziecko. Nieważne, czy jesteś szczęśliwa, bo wieczorami czytasz samotnie książki, czy jesteś szczęśliwa bo rozwijasz swoją karierę jak szalona. NIEWAŻNE. Nie liczy się WIELKOŚĆ twoich czynów, a ich skutek. Nie każda kobieta musi być businesswomen, ale każda kobieta, powinna być kobietą. Pamiętać, że prócz potrzeb dziecka, ona również ma potrzeby. Że prócz bycia rodzicem, jest się jeszcze ( choć nie zawsze) żoną i czasem trzeba czasu we dwoje dla związku, a nie wiecznych trójkątów czy czworokątów z bajkami w tle.
Nigdy nie byłam za dobra w integrowaniu się ze światem matek, który tylko na byciu matką się skupiają. Widzę tam zbyt wiele skrajności, zbyt wiele prób wciskania innym swoich racji, które wg nich są jedynymi słusznymi. Niedobrze mi się robiło od dyskusji, że wakacje bez dziecka to grzech, że bycie gdziekolwiek bez dziecka to grzech, bo po co sobie dzieci robić, skoro mają nam one przeszkadzać. Zastanawiam się co te kobiety zrobią, kiedy ich dzieci wyfruną z gniazda? Czy nie będzie już za późno, by walczyć o własne ja, które przez tyle lat został gdzieś pogrzebane? Sama jestem typem domatora, najchętniej oddałabym się rodzinie jeszcze bardziej, pracowała jak najmniej - ale mam swoje rytuały, które są tylko dla mnie. Mam też z F. rytuały, które są tylko dla nas. Kochamy dziecko nad życie, ale są momenty, takie jak nasze rocznice, kiedy my naprawdę chcemy być sami. Chcemy być PARĄ - mężczyzną i kobietą. Chcemy sami delektować się swoją miłością i uczuciem, dlatego zawsze kiedy jeździmy do rodzinnego miasta chociażby na weekend, to Polka prawie cały czas jest z babcią, a my robimy swoje. No dobra ja coraz częściej zostaję wyganiana przez teściową, bo jak już wspominałam, domator ze mnie straszny, ale ... wychodzę ze swojej strefy komfortu i jestem później za to cholernie wdzięczna, bo jest to dla mnie takie... naładowanie baterii, stęsknienie się ( nawet przez kilka godzin)... bo dla nas to jedyny czas, by robić swoje, głównie dlatego, że w stolicy, nie mamy innej opcji jak trójkącik ;)
I mimo tego, bycie matką to dla mnie rola priorytetowa. Wydałam na ten świat człowieka, za którego jestem odpowiedzialna. Od dnia 23 lutego 2014 roku, nic już nie jest takie samo. Bo nawet jeśli miałabym ochotę zamknąć się w domu, popaść w depresję i odciąć od świata - to nie mogę już być taką egoistką, bo mój los, moje nastroje i to jak wygląda moje życie, kształtuje teraz życie mojej córki. Tak więc ... myślę o sobie, ale zawsze z tyłu głowy mam ją. Podejmuję decyzje, które dobrze robią tylko mi, ale najpierw myślę, czy nie zrobią źle jej.
Tak. Bycie matką to rola priorytetowa, ale to wciąż tylko jedna z wielu ról, które wszystkie muszą ze sobą współgrać, by istnieć. Egoizm jet dobry, ale tylko ten zdrowy, którego owocem będzie miłość i cierpliwość do innych. Myślę, że coś w tym jest, że dzieci stawiamy ponad siebie, ale równie słuszne jest to, że siebie musimy stawiać ponad nie. Bo jak człowiek, który nie dba o miłość do samego siebie, o swoje szczęście i o swoje własne ja, może kochać i uczyć miłości innych...?
I choć jeszcze do niedawna, problemem było dla Ciebie pójście do szkoły z plecakiem na ramionach, a męczącą katorgą 6 lekcji, w tym WF (!!!) - tak teraz kompletnie nie wiesz, jak możesz tak dzielnie znosić bycie... robotem wielofunkcyjnym - matką, która potrafi funkcjonować bez snu, jedzenia i wziętego w spokoju prysznicu! To na co kiedyś byś nawet nie wpadła, dziś robisz bez mrugnięcia. Samotna wyprawa z dzieckiem i walizkami na drugi koniec Polski? Nie ma sprawy! A do niedawna widziałaś problem w tym, żeby dojść z jedną walizką na dworzec PKP... 5 minutowy prysznic, podczas którego nakładasz maseczkę, golisz nogi, myjesz włosy i wmasowujesz peeling w całe ciało? Oczywiście! A przecież do niedawna, samo golenie nóg trwało pół godziny... organizacja 24 godzinnej doby, podczas której robisz więcej, niż przez całą swoją młodość. I nagle zdajesz sobie sprawę, że ze śmierdzącego lenia w ciele nastolatki, stałaś się kobietą, która umie robić 10 rzeczy naraz mając wciąż tyle samo rąk i nóg.
A te pozycje, które przybiera osobnik zwany matką... zwłaszcza kiedy zasnęło na Tobie dziecko, ale ni cholery nie możesz go od siebie odczepić, bo zaraz się budzisz? Naprawdę, nie sądziłam, że takiej wprawy można nabrać w chwytaniu rzeczy stopą i podawaniu ich sobie do dłoni, która jest gdzieś tam uwięziona przy ciałku pociechy i masz wrażenie, że za chwilę przestanie Ci dopływać do niej krew. Ale ty nadal ciśniesz. Jesteś robotem, który dziecko będzie nosić nawet 3 godziny, pod stopę położy sobie kawał szmatki i jeszcze wypucuje podłogę, chodząc w jedną i drugą stronę.
I w tej całej wielofunkcyjności, doprawdy nie rozumiesz tych wszystkich pytań: jak Ty to wszystko ogarniasz - kiedy schodzisz z 4 piętra z dwójką dzieci, gondolą i dwoma torbami - a ktoś się patrzy na Ciebie jak na cyborga, nie zdając sobie sprawy, że ty właśnie czujesz, że wygrałaś życie. Zeszłaś, przeżyłaś, nikogo nie uszkodziłaś, a jedyne co się zmieniło, to to, że makijaż spłynął Ci właśnie przez zalanie się potem. Czy naprawdę nikt nie zauważył, że jesteś MATKĄ? To chyba mówi więcej niż tysiąc słów...
Bo w byciu matką nie ma ograniczeń. Tam gdzie ktoś mówi, że się nie da, tam matka mówi: no to ja Ci zaraz pokażę. Tam gdzie inni mają problem ze zrobieniem czegoś w określonym czasie, tam matka zrobi to w czasie trzy razy szybszym! W macierzyństwie nie ma miejsca na ociąganie się, na rezygnację, na "nie umiem, nie mogę, nie potrafię". Matki potrafią, nawet jak jeszcze same o tym nie wiedzą, to w ich głowie już nieświadomie tworzy się strategia jak zrobić coś, co wydaje się nie do zrobienia. My nie mamy czasu, by usiąść, załamać ręce i obmyślać kolejny plan. Plan tworzymy tu i teraz, reagując na wszystko błyskawicznie w sekundę. O ile facet, żeby wyłączyć zmywarkę, będzie pokonywał dwa metry podłogi przez pół godziny, tak my przez pół godziny, zdążymy wykąpać siebie i dzieci, zrobić kolację i wstawić pranie. Phi! Jeszcze by czasu zostało na inne czynności!
Tak! Zdecydowanie jesteśmy robotami - wielofunkcyjnymi, ale takimi nie pobierającymi opłat za działanie. I choć na co dzień, same tych działań nie doceniamy, uważamy to za codzienność, za coś naturalnego - to może warto czasem przysiąść, przyjrzeć się swoim poczynaniom w głowie, jak osoba stojąca z boku i powiedzieć samej sobie: kawał dobrej roboty odwalasz kobieto. Po czym przysnąć w minutę i obudzić się dnia następnego, będąc gotowym na kolejny odcinek... jazdy bez trzymanki. Bo macierzyństwo, to nie je bajka! To je bitwa! - z tym, że w tej bitwie, jesteśmy niezwyciężone i niepokonane. A nagrody, które w niej dostajemy są warte każdego poświęcenia.
_____________________________________________________________________________
Partnerem akcji " Oblicza Matki Polki" jest bezkonkurencyjny Femaltiker, który w naszej codziennej bitwie zwanej macierzyństwem, jest nam ze swoimi hasłami zawsze przyjacielem! Hasłami, którymi pokazuje nam, że ... że nas - matki - rozumie i wspiera. Promując karmienie piersią, kieruje się hasłami, które nie tworzą kontrowersyjnych podziałów. Uświadamia, ale nie wywiera presji. Uświadamia, ale nie piętnuje. Promuje, ale nie krytykuje. Pomaga, ale nie narzuca... Mogłabym tak w kółko, ale to wie chyba już każda z nas. A jeśli Ty jeszcze nie słyszałaś i nie masz zielonego pojęcia czym jest Femaltiker - zajrzyj tutaj i poznaj preparat wspomagający laktację, którego pozytywne działanie, moje czytelniczki poznały na własnej skórze w akcji Mamy Testują Femaltiker - namawiam serdecznie do zapoznania się z jej efektami!
Mam nadzieję, że wiele z Was utożsamia się z opisanym przeze mnie obliczem Matki Polki. Jestem ciekawa, czy macie już pomysły na kolejne? Ja mam! Ale tego dowiecie się w kolejnych wpisach! Do usłyszenia, do zobaczenia!
Całe szczęście smutek minął. Wzięłam się do roboty, a odprowadzanie Poli do przedszkola stało się normalnym obowiązkiem, którego czasem wyczekuję niecierpliwie już w niedzielny wieczór ;) Być może poszło całkiem łatwo dzięki Poli i temu, że ona wręcz kocha przebywać w swoim przedszkolu. Ale zacznijmy od początku.
Przedszkole Jeżykowa Dolinka i nasza przygoda z tą placówką, zaczęła się już rok wcześniej, kiedy to we wrześniu na jakimś wydarzeniu plenerowym, wśród wielu różnych wystawców z różnych dziedzin, podeszliśmy do małego stoliczka, małych krzesełek i super fajnych pań, które zachęciły Pola, by z nimi usiadła i coś ulepiła. Byłam pewna, że skończy się to płaczem - Pola była wtedy bardzo wstydliwa, dziwnie reagowała na obcych. Ale tutaj wyjątkowo słuchała Pani, siedziała razem ze mną przy małym stoliczku i po raz pierwszy ulepiła coś z masy solnej! Tym czymś był... jeżyk! Którego dzisiaj widzi codziennie na wejściu do przedszkola. Symbol tej placówki :) Kiedy odchodziliśmy od przesympatycznych pań, z naszym ulepionym jeżykiem, F. powiedział: kurcze! Jakie te panie mają podejście! Ja wzięłam wizytówkę i... i wszystko było już przesądzone. Na poniższych zdjęciach Polcia miała 1,5 roku!
Kiedy Pola miała już dwa latka i kilka miesięcy, przed wakacjami zaczęłam się rozglądać za jakimś przedszkolem. Wiedziałam, że blog rozwinął się na tyle, że muszę już po prostu zacząć normalnie pracować. Poza tym zaczynało nam się po prostu... nudzić. Ona coraz bardziej lgnęła do dzieci, całe dnie chciała spędzać na placach zabaw - ja musiałam zarabiać. I właściwie to nawet chciałam już po prostu odżyć. Kiedy jednak przyszło do szukania placówki, co chwilę miałam jakieś ALE. Odwiedziłam wiele przedszkoli, ale z każdego wychodziłam bliska płaczu. Nie wzbudzały mojego zaufania, nie czułam się tam bezpiecznie, a co dopiero dziecko. Wiedziałam, że w grę wchodzi tylko i wyłącznie przedszkole prywatne. Nie chciałam puszczać Poli w gąszcz 20 dzieci, albo i więcej. I wtedy pomyślałam sobie, że chyba rzeczywiście... pora wybrać się do tego "pierwszego strzału". Kiedy już się zdecydowałam, pozostało mi jedynie oczekiwać na ostatni tydzień sierpnia - był to tydzień adaptacji. Pierwsze dni spędzaliśmy razem z dziećmi, trzeciego dnia mieliśmy odprowadzić je i... pójść. Na dwie godziny, ale... dla nas rodziców to była jeszcze większa próba niż dla dzieci. Miałam mały stres, nie wiedziałam czego się spodziewać. Napadu płaczu, telefonu od pani, że jednak to za wcześnie...
A było tak. Odprowadzona Pola, z którą się pożegnałam, została wzięta przez Panią w jej ramiona i wtedy kiedy powiedziałam "papa", Pola wyciągnęła rączki, zapłakała, drzwi się zamknęły i... cisza. Trzy sekundy płaczu, a potem wie godziny zabawy. na drugi dzień ta sama sytuacja. A od 1 września było po prostu "papa" i już nigdy więcej nie było płaczu, ani przy odprowadzaniu, ani w trakcie zajęć, ani przy odbieraniu. A przepraszam! Przy odbieraniu były raz fochy i płacz... że za wcześnie - więc zaczęłam wydłużać jej czas pobytu w przedszkolu. Wrzesień był dla mnie okropny. Kilka razy zdarzało mi się płakać, kilka razy miałam wyrzuty sumienia. Właściwie wyrzuty sumienia miałam wiele razy. Nie wiem czemu. Po miesiącu z kawałkiem wszystko wróciło do normy. Było tak jak powinno być. Pierwsze przedszkole wrażenia opisałam we wpisie "Poszła Pola do przedszkola" - było to 14 września, więc zaledwie po dwóch ( właściwie trzech) tygodniach uczęszczania do przedszkola.
To wspaniałe wspomnienia, kiedy mogłam jeszcze uczestniczyć w zajęciach razem z nią. Obecnie jestem tam z rana i po południu dosłownie kilka chwil. Najdłużej przy odbiorach, bo Polę wtedy roznosi energia i strasznie ciężko mi ją utemperować i namówić do ubrania. Krótko mówiąc - ciężko jej stamtąd wyjść, najchętniej siedziałaby tam pewnie do końca, czyli do 18:30 ;)
Jakie są moje wrażenia, odczucia co do tej placówki? Cóż - intuicja mnie nie zawiodła, lepiej trafić nie mogłam. Jeśli macie coś takiego, że wchodzicie do przedszkola i czujecie: to jest to! To się nie zastanawiajcie. My matki, mamy do takich rzeczy nosa. Faktem jest, że pewne rzeczy wychodzą po czasie, ale ja po pół roku wciąż nie mam się do czego przyczepić. Pola zawsze wychodzi z przedszkola uśmiechnięta, prawie codziennie widzę na tablicy jej nowe prace. Przedszkole przygotowuje wiele ciekawych przedstawień, zabaw. Nie wspomnę już o tym, że Pola odkąd tam uczęszcza rozwinęła się tak niesamowicie, że czasem sama nie wierzę, że to moja córka. Mówi już dosłownie wszystko, pełnymi zdaniami. Ostatnio przyszła z przedszkola i poprosiła, żebym na YT włączyła jej "kollidę" ;)
Panie zawsze szczegółowo odpowiadają mi na moje pytania, nie ma problemu, żebym nie wiedziała jak jadła ( jedzenie MEGA ZDROWE ); jak spała - a właśnie! Pola odkąd chodzi do przedszkola, wróciła do dziennych drzemek. Ponoć jest z niej taki śpioch, że nie chce jej się za bardzo wstawać jak już zaśnie. Pola ma również chłopaka :D Franka! ( pozdrawiam mamę Franka jeśli to czyta :* ) - z Frankiem to była miłość od pierwszego wejrzenia, ale co się dziwić skoro i ja z jego mamą od razu znalazłyśmy wspólny język. O Franiu wie już cała moja rodzina, jak i o Poli rodzina Frania... :D Kto wie, może coś z tego będzie!
Cóż mogę więcej powiedzieć - życzę każdemu by w swoich poszukiwaniach trafił na takie przedszkole jak ja. Osobna kwestia, że ostatnio duuużo czasu siedziałyśmy w domu z powodu chorób i wyobraźcie sobie, że Pola potrafiła rano płakać, że chce do "pekola". Zdarza się to też w weekendy!
Tak więc, drogie mamy, jeśli jesteście z Warszawy, a konkretnie z dzielnic Ursynów, Mokotów - i szukacie placówki godnej zaufania dla Waszych pociech - służę radą i gorąco polecam Wam to przedszkole. Wszystkie informacje znajdziecie oczywiście na stronie przedszkola, o tutaj.
Jestem ciekawa czy i Wasze przygody przedszkolne miały taki łagodny przebieg jak u mnie, czy może było trochę bardziej stresująco. Dajcie znać! A my ściskamy wirtualnie wszystkich przedszkolaków!
Poniżej kilka zdjęć, które wybrałam spośród wielu, które przesyła rodzicom na e-mail, dyrekcja przedszkola + mały kolaż z mojego telefonu :)
Filmy animowane, które ostatnio mam przyjemność oglądać pokazują mi, że jednak nie jest z tym kinem dla najmłodszych tak źle. Ba! Wręcz przeciwnie! Jest bardzo dobrze, skoro nawet dorośli potrafią z niego wyciągnąć tak wiele mądrych wniosków.
Pola jest już na etapie, kiedy wieczorami, zmęczona potrafi skupić się na bajce, ale jeśli mam być szczera - na razie i tak najbardziej wciągają one mnie. Właściwie to nawet jestem w szoku, ile fajnych bajek stworzono w ostatnich latach. Mądrych, zabawnych - dobrych zarówno dla dużych jak i małych. Pamiętam, że w swoim dzieciństwie moimi numerami jeden były Toy Story czy Epoka Lodowcowa. Dziś z ręką na sercu mogę powiedzieć, że robione są COOORAZ lepsze bajki, przy których można fajnie spędzić czas całą rodziną i nie łapać się co chwilę za głowy, że bezsensu tekst, że bezsensu fabuła, że bezsensu wszystko.
Z drugiej strony uważam też, że w dzisiejszych czasach dorośli mają skłonność do przesady - każda bajka musi być dla nich mega wartościowa, a połowę scen najchętniej by wymazali, bo przecież mogą one mieć ogromny wpływ na emocje i psychikę dziecka. Błagam! Rzeczy o których piszą rodzice po premierach bajek w kinach - że jakaś scena nie była dla dzieci, że gdzieś był jakiś podtekst polityczny itp. - trzeba mieć niezły bajzel w głowie, żeby we wszystkim doszukiwać się drugiego dna, na które dzieci ( ani nawet ja) - nigdy by nie wpadły...
Poniżej znajdziecie moich ulubieńców jeśli chodzi o filmy animowane. Zaczęłam od dwóch najświeższych, które oglądałam stosunkowo niedawno i wywarły na mnie duże wrażenie. Jestem ciekawa, czy cokolwiek z poniższej listy i Wam przypadło do gustu. Dodam też, że jeśli chodzi o starsze bajki, to jestem jakaś inna, bo Króla Lwa prawie nie pamiętam, co oznacza, że wrażenia na mnie nie zrobił, pamiętam za to, że np. Mulan mogłabym oglądać w kółko, będąc jeszcze w podstawówce. Tak więc, znam klasyki, znam Pocahontas, ale dziś wymieniam Wam moich faworytów... :)
Genialna bajka, którą kiedyś przypadkowo znalazłam w sieci i odpaliłam. Filmy animowane i moja miłość do nich, wróciły do mojego życia, właśnie po jej obejrzeniu. Pola co prawda co chwilę zajmowała się swoimi sprawami, podczas oglądania seansu, ale my z F. byliśmy zapatrzeni jak w święty obrazek. Niesamowity film animowany, który nawet dorosłym uświadamia, że wszystkie emocje są nam potrzebne, nawet te których nie chcemy, np. smutek. Idealnie pokazano jak wkurzający jest smutek, który próbuje się zagłuszac, zamykać - któremu nie pozwala się pokazywać.
Jak się okazuje, duszenie w sobie negatywnych emocji, prowadzi do tragedii - tak jak w życiu - nie można tłumić w sobie smutku i złych emocji, bo z czasem skumulowane wybuchną i narobią spustoszenia. Warto czasem się posmucić, nie zmuszać do uśmiechu, oczywiście nie warto jednak tkwić w tym zbyt długo. Z takimi wnioskami człowiek kończy oglądać tą bajkę. Niezwykle kolorowa, żywa, zabawna, ale też momentami wzruszająca i skłaniająca do przemyśleń.
"Życiem Riley kieruje 5 emocji: Radość, Strach, Gniew, Odraza i Smutek. Pozostałe próbują zakłócić pierwszą, gdy przeprowadza się z rodzicami do San Francisco."
Na tą bajkę trafiliśmy ostatnio w piątkowy wieczór w TV. I jest to chyba PIERWSZA bajka, którą Pola obejrzała ze mną od początku do końca, skulona pod kocykiem. I ja się wcale jej nie dziwię - po pierwsze bohaterowie są tak słodcy i tak fajni, że nie można oderwać od nich wzroku! Po drugie - ciągła akcja, dużo się dzieje, nie sposób się oderwać, bo można byłoby coś przegapić. Po trzecie - również można się z tej bajki duuużo nauczyć.
"Pan Peabody, najmądrzejszy pies na świecie, wychowuje swojego adoptowanego syna Shermana na grzecznego chłopca. Dzięki wehikułowi czasu przeżywają najróżniejsze przygody."
Bajka mojego dzieciństwa! Oglądałam ją nieskończoną ilość razy i zakochana byłam po uszy, w drugoplanowym bohaterze jakim był hmmm... Mushu? Chyba jakoś tak. Taki mały smok, którego dubbingował Jerzy Stuhr. Rozbawiał mnie do łez, podobnie jak osioł ze Shreka.
"Główną bohaterką jest młoda dziewczyna o imieniu Mulan. Kiedy jej schorowany ojciec dostaje wezwanie do wojska, dziewczyna postanawia uciec z domu i udając mężczyznę stawić się zamiast niego. Duchy przodków rodziny, chcąc ratować jej honor, przydzielają Mulan opiekuna - Wielkiego Kamiennego Smoka. W wyniku nieszczęśliwego wypadku pomnik smoka zostaje zniszczony przez Mushu - miniaturowego smoka, byłego strażnika rodziny. Wyrusza on na pomoc Mulan, jednocześnie planując podstęp, dzięki któremu powróci na miejsce strażnika rodziny."
Ileż to ja się tego naoglądałam... zarówno pierwszą jak i drugą część, oglądałam ze swoją sąsiadką chyba co drugi dzień w jedne wakacje... ( pozdrawiam Cię Alu :* ) To zdecydowanie te filmy animowane, które utożsamiam ze swoim dzieciństwem. Uwielbiałam wszystkich bohaterów, zwłaszcza, że sama długo wierzyłam, że moje maskotki żyją. Phi! Ja nadal nie pozwalam nikomu krzywdzić maskotek, rzucać nimi, albo nawet szczypać ( jeju, jak to brzmi!). Ta bajka pozwalała mi przenosić się w inny świat, w którym baaardzo lubiłam przebywać. Trochę tęsknię za tą dziecięcą wyobraźnią, która pozwalała nam postrzegać świat w takich różnorodnych kolorach... Niedawno w TK Maxx udało mi się nawet upolować psa Cienkiego, a moim wielkiiim marzeniem jest wciąż... Chudy! Pieska pokazywałam we wpisie POLECZKOWE NOWOŚCI.
"Film opowiada o zabawkach Andy'ego. Jego ulubieńcem jest kowboj imieniem Chudy. Do kolekcji Andy'ego wliczają się też zabawki takie jak pies Cienki, Pan Bulwa, Rex (zielony dinozaur) i wiele innych. W dniu swoich urodzin Andy dostaje w prezencie Buzza Astrala – astronautę – który „spycha” w kąt Chudego, stając się ulubioną zabawką chłopca. Chudy jest zazdrosny o nową zabawkę i za wszelką cenę chce się jej pozbyć."
Przede wszystkim do obejrzenia filmu skusił mnie krążący po sieci fragment o miłości głównego bohatera. Z racji, że mam fioła na punkcie tak zobrazowanej miłości, aż po grób - z chęcią obejrzałam całą bajkę. Mamy tutaj do czynienia z typowo przygodową bajką, która dziecku jak i dorosłemu pozwala przenieść się w inny świat. Ośmioletni skaut, rozwalał mnie chyba każdym zdaniem! :) Z kolei dla Poli, motyw balonów był chyba najbardziej interesujący.
"70-letni Carl po śmierci żony zamienia swój dom w statek powietrzny i odlatuje do Ameryki Południowej, by spełnić swoje marzenie. Przez przypadek zabiera ze sobą ośmioletniego skauta."
To pierwszy film animowany, na który zabrałam Polcię do kina. Co prawda największe skupienie było przez pierwsze pół godziny, ale dała radę do końca. Od tamtej chwili, Dory jest jej ulubionym bajkowym bohaterem. Zażyczyła nawet sobie tort z jej motywem, na swoje trzecie urodziny. O ile bajkę "Gdzie jest nemo?" pamiętam jak przez mgłę, tak ta zapisze się w mojej pamięci chyba na zawsze. Bo ja zawsze miałam słabość do bohaterów drugopolanowanych, a takowym była Dory w pierwszej części!
" Zapominalska morska rybka Dory udaje się w podróż do Kalifornii, by odnaleźć utraconą rodzinę. "
Oglądałam to chyba kilka razy z dziećmi swojej siostry. Uwielbiam bajki, w której w tak humorystyczny sposób pokazuje się przebieg jakiejś mega fajnej przygody! Nawet jeśli toczy się ona tylko po dwóch stronach płotu :)
"Budzące się z zimowego snu zwierzęta odkrywają, że w środku lasu powstało odgrodzone płotem osiedle domów. Nowo przybyły szop zachęca wszystkich do spenetrowania ludzkich siedzib."
Oglądałam to po raz pierwszy z małym Kacperkiem, a później namawiałam go do jej oglądania, zawsze gdy się nim opiekowałam. Nawet jak on zajmował się czymś innym - Alicja siedziała zapatrzona w telewizor i oglądała. No co ja zrobię, że tak kolorowi bohaterzy tak mocno chwycili mnie za serce? I jeszcze genialny dubbing Cezarego Pazury, który wczuł się w rolę Oscara - głównego bohatera. Miód na moje uszy!
"Wskutek nieporozumienia Oskar zostaje okrzyknięty mianem Pogromcy Rekinów. Mimo iż jest małą rybką, nie próbuje wyjaśnić pomyłki, tylko brnie dalej w kłamstwa."
Bardzo długo, bo będąc nawet jeszcze nastolatką, sama wyszukiwałam sobie w wolne weekendy, fajne filmy animowane i oglądałam je samotnie w swoim pokoju. Wpuszczony w kanał został przeze mnie obejrzany właśnie w taki jeden, wolny weekend i podobnie jak z rybkami - kilkakrotnie obejrzałam go później z Kacperkiem. Uwielbiam w bajkach tak śmieszne postacie, które rozbawiają nie tylko tych małych, ale też dużych. Myślę, że nawet małe dzieci, które nie rozumieją sensu bajki, tak bardzo kochają je oglądać ze względu właśnie na mega śmieszny dubbing i mimikę postaci.
"Losy szczura o imieniu Roddy, który zostaje spłukany w toalecie przez innego gryzonia, Sida, chcącego zaznać luksusu."

No klasyk, klasyk moich lat :) Tutaj również bardziej niż Shrek moje serce skradł... osioł. Dubbing Jerzego Stuhra zrobił tutaj z postaci osła, postać bardziej rozpoznawalną niż sam główny bohater. Jego teksty powtarzałyśmy z koleżankami non stop, turlając się ze śmiechu. Wszystkie części myślę, że zwalają z nóg.
"By odzyskać swój dom, brzydki ogr z gadatliwym osłem wyruszają uwolnić piękną księżniczkę."
Tą bajkę, nie dosyć, że powinniście obejrzeć, to powinniście jeszcze obejrzeć kulisy, czyli jak takie filmy animowane jak ten w ogóle powstają! Byłam rozwalona na łopatki i chylę czoła twórcom!
"Miłośnik sera i krakersów Wallace i jego wierny pies Gromit - uwielbiana przez widzów para z nagrodzonych Oskarem animowanych filmów studia Aardaman z serii "Wallace & Gromit" wystąpili w pełnometrażowej komedii w reżyserii Nicka Parka i Steve'a Boxa. Wraz ze zbliżającym się dorocznym konkursem warzywnym, wśród sąsiadów Wallace'a i Gromita nastaje "warzywna mania", a pomysłowy duet ma szansę zbić majątek na swoim najnowszym wynalazku - urządzeniu w humanitarny sposób pozbywającym się szkodników (w tym przypadku królików) usiłujących zaatakować cenne ogrody.
Kiedy tajemnicza, buszująca wśród warzyw bestia zaczyna terroryzować okolicę, atakując grządki i niszcząc wszystko na swojej drodze, gospodyni konkursu, Lady Tottington angażuje Wallace'a i Gromita, aby ci przy użyciu swojego wynalazku unieszkodliwili stwora. Tymczasem, kandydat do ręki Lady Tottington, snobistyczny Victor Quartermaine, wolałby raczej ustrzelić bestię i zapewnić sobie pozycję lokalnego bohatera - nie wspominając już o ręce Lady Tottington. Ponieważ los konkursu wisi na włosku, Lady Tottington zmuszona jest pozwolić Victorowi na rozpoczęcie polowania na warzywnego rabusia. Nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że prawdziwe zamiary Victora będą miały straszliwe konsekwencje zarówno dla niej, jak i naszych dwóch bohaterów."
Kolejna bajka mojego dzieciństwa. Lubię wszystkie części, ale jedynka to dla mnie zdecydowanie klasyk, może dlatego, że oglądałam tą bajkę będąc jeszcze dzieckiem, z wysoko rozwiniętą wyobraźnię. Miłością darzę do tej pory leniwca Sid'a - tutaj znów dubbing Pazury zrobił swoje. Rozbawiały mnie do łez również małe oposy : Zdzich i Edek - oni pojawili się chyba dopiero w drugiej części. Film moim zdaniem w świetny sposób pokazuje jak mimo różnic, należy się wzajemnie szanować i sobie pomagać.
"W czasie wielkiej migracji zwierząt tygrys szablozębny, mamut i leniwiec starają się oddać ludzkie dziecko jego plemieniu."
Oglądałam obie części, ale tą drugą stosunkowo niedawno, i dużo więcej niż jeden raz - może dlatego większy sentyment mam właśnie do niej i naprawdę mogłabym ją oglądać w kółko. Słyszałam, że to niby najgorsza z bajek Pixar'a, ale doprawdy nie mam pojęcia skąd się biorą takie opinie. Tutaj również pokazano jak mimo różnić, można się polubić i zaprzyjaźnić. Świetny podkład muzyczny, przyciągający wzrok bohaterowie. Do tej pory kulam się ze śmiechu, kiedy przypomnę sobie ślimaka, który zmierza dzielnie na wykłady :P Zdecydowaniem polecam! Wg mnie filmy animowane Pixar'a są po prostu wszystkie 10/10 !
"Potwory straszą dzieci, bo to ich praca, ale w rzeczywistości panicznie się ich boją. Pewnego razu do ich świata trafia dziewczynka, która nie czuje przed nimi strachu."
"Historia początku przyjaźni między Jamesem P. Sullivanem i Mikiem Wazowskim, którzy razem uczestniczyli w zajęciach Uniwersytetu Potwornego."
Miłość razy miiiilion - i to do KAŻDEJ CZĘŚCI! Stworzenie bohaterów takich jak pingwiny, czy lemur, które stały się wręcz kultowymi, to nie lada wyczyn. Nie pamiętam już na jakim programie, ale chyba na Nickelodeon oglądałam w liceum namiętnie przygody pingwinów i z tego co wiem, oglądali je ludzie dużo starsi wtedy ode mnie. Ostatnia część, zwłaszcza robi wrażenie, bo jednak motyw cyrku, fajerwerków itp. nawet na dorosłym robi miażdżące wrażenie. Na tej właśnie ostatniej części byłam z małym jeszcze wtedy Kacperkiem w kinie i pamiętam, że oboje byliśmy zachwyceni.
Tą bajkę oglądałam razem z moim kuzynem i to chyba również więcej niż raz ( tak, Patryk z Tobą!) - właściwie to jestem jego ciocią, ale że młodszy jest tylko o 3 lata, pozwalam mu się zwracać po imieniu :P Niech mu będzie! No ale niech nie myśli, że ja tu o nim będę pisać... w tej bajce, postać lamy czyli młodego króla, jest dla mnie po prostu mistrzowska. Świetnie ukazana pomału kiełkująca przyjaźń między postaciami wiodącymi do tej pory zupełnie skrajne życia - król i "wieśniak". Walt Disney w jakiś magiczny sposób, tworzył zawsze bajki, z których nawet dziecko potrafiło wysnuć wnioski i zrozumieć morał. Swoją drogą, tak teraz zatęskniłam za tą bajką, że chyba w najbliższy weekend odpalę ją wieczorem na telewizorze i mam nadzieję, że Polce również się spodoba.
"Młody król zostaje zmieniony w lamę i wyrzucony z pałacu. Zrozpaczony władca poznaje wieśniaka, który pomaga mu ponownie zasiąść na tronie."
A właściwie ich wszystkie części. Bawią mnie niesamowicie i ogromnie się cieszę, że chyba w walentynki będzie można je obejrzeć na ekranie telewizora. Zawsze to lepszy efekt, niż oglądanie ich na laptopie. Pola minionki zna, lubi, śmieje się z nich - ale filmu nie dała rady obejrzeć, może dlatego, że dopiero wkracza w ten etap, w którym jeśli coś jej się spodoba, to potrafi się na tym skupić. Cóż - zobaczymy za jakieś dwa tygodnie :)
W sieci natknęłam się gdzieś na recenzję, w której autor twierdzi, że minionki nie są dla dzieci, bo brak tam morału, wartości itp. a są tylko żarty... no cóż. To naprawdę taka zbrodnia, że dzieci w gąszczu wartościowych bajek, wybiorą się na jedną, na której się po prostu pośmieją? Czy my dorośli, również wybieramy tylko mądre kino, po którym całą noc rozmyślamy nad jakże mądrym przekazem... ? Nie! To, że coś jest pozbawione morału i głębszego przesłania, nie oznacza, że musimy zabraniać tego dzieciom.
To już tyle. Wiem, wiem, nie umieściłam tutaj klasyków czyli filmy animowane typu Król Lew, Pocahontas i pewnie wiele innych, które są głęboko w Waszych serduszkach, ale no cóż - to moje subiektywne zestawienie, Króla Lwa najzwyczajniej w świecie musiałabym obejrzeć raz jeszcze - pierwszych siedmiu lat życia nie pamiętam, może to właśnie powód :P Wielu bajek też nie oglądałam i zdaję sobie z tego sprawę, ale halo halo - jestem matką! Na pewno wszystko nadrobię! ;)
Dajcie znać, jacy są Wasi faworyci jeśli chodzi o filmy animowane, ale też co najbardziej przypadło do gustu Waszych pociechom. Podrzućcie mi ciekawe tytuły, a ja na pewno się z nimi zapoznam - mam na to całe życie :P
a któż jest autorem? ;)
