- bo o nich mowa, wpadły w nasze ręce jakoś na początku grudnia. Wtedy to właśnie zaczął się u nas sezon chorobowy, podczas którego polegli wszyscy domownicy. W styczniu, kiedy wszyscy doszli do siebie, zaczęliśmy testowanie nowych kosmetyków Polci. Z kosmetykami Mustela, miałam do czynienia po raz pierwszy. W grudniu, w jednym ze wpisów, wspomniałam Wam o wodzie perfumowanej dla dzieci Musti. Po wodzie, do codziennej pielęgnacji Polki, zaczęłam używać kolejnych nowości, które czekały na swoją kolej w szafce.
Zobaczcie co to takiego, a przede wszystkim przeczytajcie czy warto w takie kosmetyki się zaopatrzyć. Kosmetyki podzieliłam na cztery kategorie: oczyszczanie, kąpiel, pielęgnacja skóry, ochrona.
Ta buteleczka zawiera w sobie płyn, który pełni taką samą funkcję jak... nawilżone chusteczki. Jest to woda, którą możemy oczyścić skórę dziecka, co najważniejsze - bez spłukiwania! W skład wody wchodzi łagodzący wyciąg z aloesu, który łagodzi podrażnienia i daje ukojenie dla delikatnej skóry maluszka. Przyznam, że w czasie ostatniej podróży, duże opakowanie chusteczek zamieniłam właśnie na tą buteleczkę. Wodą możemy oczyścić całe ciało dziecka ( brzuszek, pośladki, stópki), ale także twarz. Woda niesamowicie odświeża, ale przede wszystkim nie pozostawia po sobie śladu, który moglibyśmy wyczuć i który dawałby poczucie dyskomfortu.
Kąpiel to dla dziecka niesamowita frajda, bardzo często już od pierwszych dnia życia, kiedy to doznania z wanny z ciepłą wodą, przypominają maluszkowi jego życie w brzuszku mamy. Obecnie kąpiele to już element codziennej zabawy, oczywiście z naciskiem na dokładne umycie całego ciałka, a nie tylko "moczenie się". O ile szampony i płyny do kąpieli, są nam znane od dawna, tak żel do mycia jest dla nas nowością, która stała się hitem codziennych kąpieli. Żel w tej buteleczce, nie ma w sobie dodatku mydła i w delikatny sposób oczyszcza zarówno skórę jak i głowę naszego dziecka.
Pola sama już wyciska sobie odrobinę żelu na rączkę i myje nim całe ciało, po czym znów zanurza się w wodzie i zmywa wszystko wodą. Składnik, który odpowiada za nawilżenie i złagodzenie to prowitamina B5. Jest to składnik znany większości z nas - odpowiada za intensywne zmiękczanie, nawilżenie czy elastyczność naskórka. Działa kojąco i łagodząco na podrażnienia skóry ( nie tylko dziecka). Najfajniejszą zaletą tej prowitaminy jest jej wpływ na włosy - stają się one dzięki niej bardziej błyszczące i łatwiej się je rozczesuje.
Odkąd pamiętam, pielęgnacja skóry to taki mega fajny czas. Czas zaraz po kąpieli, kiedy maluszek ( nawet już ten większy) leży spokojnie i relaksuje się, podczas gdy my wysuszone już ciałko delikatnie masujemy i wmasowujemy w nie przykładowo jakiś balsam. Dla dziecka to czas fajnego odprężenia, zarówno psychicznego jak i fizycznego. Wmasowując kosmetyk w skórę dziecka, nie tylko dbamy o higienę, nawilżamy skórę, ale poprawiamy też krążenie.
Od jakiegoś czasu skóra Polki, zwłaszcza nóżki stała się strasznie przesuszona - mleczko do ciała z Cold Cream, jest w takich przypadkach idealne, bo przeznaczone właśnie do tego typu skór. Skóry, która z natury jest sucha, lub skóry, która tak jak u Poli, staje się przesuszona, zależnie od danego okresu. Największy plus mleczka to jego szybkie wchłanianie się w skórę. Nic tak nie działa mi na nerwy jak balsamy czy mleczka, które nie dosyć, że wchłaniają się strasznie wolno, to jeszcze pozostawiają skórę dziecka z niefajnym uczuciem "lepkości". Ciałko jest po takim "zabiegu" miękkie i delikatne w dotyku. Mleczko zawiera w sobie ceramidy, które UWAGA - naturalnie występują w ... naskórku!
Ten produkt, notorycznie podkradam swojemu dziecku. Ba! Już myślałam, że przechwyciłam go na stałe, ale Polci jest on potrzebny raczej bardziej... ;) Podeszłam do niego sceptycznie, sama nie wiem czemu. Jak się później okazało, na bok odłożyłam wszystkie balsamy do ust znanych, wiodących firm. To jest moje małe, niezastąpione cudo. O ile można je stosować w celach ochronnych i pielęgnujących praktycznie na całej twarzy: policzki, usta, czółko, nosek - tak my z Polką stosujemy go najczęściej jak pomadkę - na usta. Z ręką na sercu Wam coś napiszę - pożegnałam się z problemem spierzchniętych, popękanych ust. Polcia za to, stosuje go nie tylko na ustach, ale też na policzkach i brodzie, które bardzo często w okresie zimy są podrażnione i czasem nawet ją bolą. A właściwie bolały, bo od czasu stosowania sztyftu, całe szczęście, pożegnałyśmy ten problem. I chyba dlatego to mój faworyt jeśli chodzi o kosmetyki Mustela, które miałam okazję poznać i przetestować.
Kosmetyki Mustela, które opisałam powyżej, okazały się przydatne zwłaszcza w zimowym okresie, kiedy skóra Polki mocno się przesusza, momentami zaczerwienia. Jestem typem osoby, która sceptycznie podchodzi do nowości. Jak już coś poznałam kilka lat temu, to nie widzę powodu, by to zmieniać - nawet jeśli ktoś mi mówi, że istnieje coś lepszego. Cieszę się, że tym razem się skusiłam i zrozumiałam, że czasem warto odłożyć na bok "sentyment" i dać się porwać nowemu. Ja czuję się porwana, ale całkiem mi z tym dobrze. Jestem mega podekscytowana, że na tym blogu swoje miejsce znalazły kolejne produkty, które mogę Wam - mamom - polecić z ręką na sercu. Każdy maluszek i każda skóra jest inna, ale mam nadzieję, że i u Was efekt będzie podobny jak u mnie. Po więcej informacji na temat tych, jak i innych kosmetyków Mustela, możecie zajrzeć tutaj. Ja osobiście przymierzam się teraz do kolejnych produktów, między innymi do szamponu.
A wy jak dbacie o skórę Waszych maluszków? Używacie kosmetyków, czy może tylko zwykłej wody? Macie jakieś swoje sprawdzone sposoby, na to, by skóra była nawilżona i nie była podatna na przesuszenia i podrażnienia? Jestem ciekawa Waszych opinii i sposobów!











Czasem tupnie nogą i pójdzie sama do pokoju, a czasem zapyta: jesteś smutna mama? W łazience stanie obok i suchym pędzlem, będzie udawać, że się maluje. A czasem wejdzie na swoje autko i pojeździ nim po mieszkaniu, dokładnie tak jak tata jeździ w swojej pracy. W dzieciach możemy zobaczyć siebie. Drobne przyzwyczajenia, nawyki, słownictwo. Wszystko... Dziecko chłonie jak gąbka, uczy się i naśladuje. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak nasze zachowanie przy małym dziecku, wpłynie na jego dorosłe życie, na jego psychikę.
Wczoraj kiedy malowałam się w łazience, Pola powiedziała: ale jesteś ślicna. Ja tes będę jak się będę malować. Zdziwiłam się, odłożyłam pędzel, spojrzałam jej w oczy i odpowiedziałam: Polciu, jesteś śliczna taka jaka jesteś. Nie trzeba się malować. Każdy z nas jest piękny i bez tego. Na co ona pokiwała przecząco głową i powiedziała: Niee mamo. Dopiero jak się pomaluję - i zaczęła udawać, że jeździ po twarzy pędzlem. Zdziwiłam się, bo w mówieniu jej, że jest piękna, pobijam chyba światowe rekordy, co zapewne też nie jest za dobre. Ale mi nikt tego nie mówił, więc teraz bujam się ze swoim największym koszmarem w głowie, czyli wiecznym niezadowoleniem ze swojej fizyczności... Nie chciałabym takiego koszmaru zafundować Poli, więc ... mówię i mówię w kółko. Zresztą ona sama zawsze mówiła znienacka: jestem mądra i ślicna! I silna! A tu nagle coś takiego. Ale widocznie musiałam się kiedyś przy niej pomalować i powiedzieć nieświadomie: ale teraz ładnie wyglądam. A może usłyszała, jak mówię sama do siebie: muszę się pomalować, bo wyglądam okropnie. Pozornie nieistotne, a tak naprawdę niebezpieczne. Bo już teraz dziecko wpaja wartości, które mu przekazujemy. Ta sytuacja pokazała mi, że trzeba uważać nawet na coś tak pozornie błahego, bo niedługo będziemy odpowiedzialni za niskie poczucie własnej wartości u własnego dziecka. A tego bym sobie nie wybaczyła.
Dziecko widzi, dziecko obserwuje. To jak tato zwraca się do mamy i to jak mama zwraca się do taty. Postawa taty, zawsze będzie dla córki wzorem, więc za kilkanaście lat, nieświadomie będzie szukać u mężczyzny cech jakie ma jej tata. Wiem po sobie, jak usilnie starałam się zmienić w F. pewne rzeczy, by były takie jak w moim domu rodzinnym. Pamiętam jak często powtarzałam: przecież mój tata też tak robi, czemu Ty nie chcesz? Przecież mój tata to, tata sramto. A czy fakt, że pewien człowiek na tym świecie jest moim tatą, jest równoznaczny z tym, że jego postępowanie jest w 100 % słuszne? Nie. Ale w domach rodzinnych spędzamy średnio ok.20 lat. Nie sposób nie ulec pewnym schematom. Skoro przez 20 lat, tkwiliśmy w rodzinie, w której panowały jakieś zasady, reguły itp. - to jest to nam środowisko i zachowaniem w nim znane najbardziej. Nie znamy czegoś innego. Dopiero kiedy wyrywamy się z rodzinnego gniazdka i lecimy na swoje, musimy dojść do tego, kim jesteśmy my sami i jak my sami chcemy się zachowywać, bez kierowania się tym co wyniosło się z domu. Nie możemy ślepo powtarzać rodzinnych schematów, bo być może jesteśmy w stanie żyć lepiej, na inny sposób. Ale chcąc nie chcąc - i tak pewne wzorce zostaną w dziecku na zawsze.
My jako rodzice, już od narodzin naszego dziecka, każdym słowem, gestem kształtujemy jego przyszłość. Przypatrz się dzisiaj swojemu dziecku i sam zobacz... zobacz jak bardzo w dziecku widać tych, którzy je wychowują. Zobacz w co się bawi, jak się wysławia, jakie robi miny i jak reaguje na dane sytuacje. Może okaże się, że podczas zabawy szybko się zniechęca, bo przecież... mama czy tata też zawsze tak robią. Może zobaczysz, tak jak my, zamiłowanie do gotowania, dokładne ruchy przy udawaniu, że soli, że miesza, że wącha. Takie coś na przykład widzę ja - każdego dnia. Kuchnia to jej raj, zupełnie jak mojego F. Kiedy patrzę na niego gotującego w kuchni, nie mogę oderwać wzroku. Każdy najmniejszy ruch jest pełen pasji i skupienia. I to samo u Poli, kiedy bawi się w swojej kuchni. Pasja i zamiłowanie do gotowania - bo to właśnie widzi w naszym domu każdego dnia u swojego taty. Od jakiegoś czasu codziennie wieczorem, podchodzi i mówi: mamo pątamy ! ( sprzątamy), jest już noc! Systko ceba popątać! Bo i ja tak wieczorem, zawsze gorączkowo wszystko sprzątam. A wieczorem przytula się do mnie i mówi: badzo Cię kocham, wieees? Zupełnie tak jak ja... każdego ranka, każdego wieczora... Piękna relacja, w której bezinteresownie dajemy i tyle samo dostajemy. Tyle ile włożymy, tyle wyjmiemy. Nie mniej, nie więcej. Tyle samo...
Chcę być przykładem. Chcę postępować tak, by z domu wyniosła same dobre wartości, by była pewną siebie dziewczyną, która nie boi się żyć, rozwijać, marzyć. By podobała się sobie i wiedziała ile jest warta. By była zaradna, odważna, ale nie zarozumiała i samolubna. Chcę zaszczepić w niej optymizm, miłość do życia, szczęście i to poczucie, że nie ma rzeczy, której nie przeskoczy. Chcę, by tak jak ja, wolała dawać niż brać, i by to dawanie, to pomaganie innym było czymś co będzie ją dopełniać. Tak. Chcę wychować dziecko na dobrego, wartościowego człowieka, który nie boi się żyć. Chcę wychować dziecko tak, by mieć znacznie więcej powodów do dumy, niż słodkie "kulwa", w wieku 3 lat, które nie wiem czemu wzbudza jakiś podziw u mas... I idąc za głosem serca i swoją intuicją, wierzę głęboko, że uda mi się tego dokonać. A Tobie... ?
Kuchnia Polki, którą widzicie na zdjęciu, to prezent świąteczny od całej mojej rodzinki. Jak dla mnie taka kuchnia dla dziecka to był strzał w dziesiątkę! Trochę męczyła nas już malutka, niska kuchenka Goki, więc postanowiliśmy zdecydować się na coś większego. Marzenie zostało zrealizowane dzięki firmie Hoplik.pl. Jest to produkt marki KidKraft - kilka lat temu widywałam już podobne na innych blogach, ale wtedy zakup takiej, czy nawet współpraca były dla mnie nierealne. W tym roku się udało - podobnie jak z centrum aktywności, jest to inwestycja na lata. Jest przepiękna, dopracowana w każdym calu i solidna. Jedyny minus, to dłuuugi czas składania. Części i śrubek było tyle, że mój F. prawie wybuchł ze złości :P Ale dał radę. Kuchnia jest w użytku każdego dnia, ale tutaj to akurat kwestia indywidualna. U mnie Pola sama wybrała sobie prezent gwiazdkowy. Dałam jej do wyboru ogromny domek dla lalek i kuchnię - ale znając jej upodobania, byłam pewna, że wybierze to drugie. I tak też się stało. Radość była ogromna i kiedy przed sylwestrem na kilka dni była u nas Milla - bawiły się w niej... całymi dniami! Że tak powiem - kuchnia zdominowała wszystko inne w pokoju Poli i nie mogę się doczekać tego, jak postawimy ją w naszym nowym mieszkaniu. Ta konkretna kuchnia dla dziecka, którą mamy, jest do kupienia tutaj.
To o czym chciałabym jeszcze napisać pod tymi zdjęciami, to sukienka Poli. To moje najnowsze instagramowe odkrycie. Rzadko kupuję Poli ubranka, bo wiele dostaje od firm i od mojej rodziny, ale tutaj musiałam zrobić wyjątek i zainwestowałam w nasz polski, piękny hand-made :) Opłacało się. Sukienka, tudzież tunika nie dosyć, że prezentuje się na Polce PRZECUDOWNIE, to jeszcze jest pięknie wykończona i uszyta, co pokazywałam Wam na instastory. No i jeśli kiedykolwiek mówiłam, że moje dziecko nie będzie miało nic różowego, to jak sami widzicie na zdjęciach - trochę mi nie wyszło. I chyba dobrze, co? Sukienkę jak i wiele innych, fajnych ubranek znajdziecie na diverso design.
Zanim stałam się mamą, nie wiedziałam zbytnio z czym to się je. Nikt nie wie. Teoretycznie wiemy, jakie spadną na nas obowiązki, a mimo wszystko po porodzie i tak się okazuje, że to wszystko... takie proste nie jest. Życie zmienia się o 180 stopni, zmieniają się nasze priorytety, zmienia się wszystko. My natomiast zamiast jednego oblicza, zyskujemy ich... niezliczenie wiele. Nagle okazuje się, że jesteśmy jakimiś niezniszczalnymi machinami! Machinami, które wykonują tyle czynności, że można byłoby pomyśleć, że mamy po 10 rąk i nóg. A tu zdziwienie, bo mamy tyle co i mężczyźni. Po jednej parce kończyn. No i w moim życiu, normą jest już powiedzenie: ja nie dam rady? No bo to jest tak - jak facet jest pod ręką, to lepiej powiedzieć nie dam rady, a on Cię wyręczy, albo zrobi to razem z Tobą. A jak jesteś sama z dzieckiem? To nie masz innej opcji. Musisz dać radę. I nagle się okazuje, że te wszystkie rzeczy, o których myślałaś, że się ich nie da, a przynajmniej nie da się ich zrobić naraz - można zrobić naraz, a nawet można zrobić to jeszcze lepiej niż z czyjąś pomocą.
Będąc matką w mgnieniu oka, uczysz się co można obsłużyć nogą lewą i prawą. Uczysz się jak karmić, jednocześnie czytając książkę. Uczysz się jak wytężać słuch podczas brania prysznica, ale też uczysz się, jak wejść na 4 piętro bez windy, z dzieckiem pod pachą, wózkiem i dwiema torbami zakupów. Wszystko to co nierealne, okazuje się całkiem realne, jeśli tylko masz jedną, najważniejszą moc: jeśli jesteś matką!
I choć oblicz tych wiele, to ja postanowiłam wybrać kilka z nich i zrobić z nich... cykl postów o nazwie: #obliczamatkipolki. Cykl ten ma swojego partnera, którego już tutaj kiedyś poznałyście. Partnerem nie mógł zostać byle kto. Partnerem musiał zostać ktoś, kto macierzyństwo promuje w sposób piękny. Kto macierzyństwo kojarzy z uśmiechem i radością. Partnerem musiał zostać ktoś, kto swoje produkty promuje hasłami, które do nas matek przemawiają. Partnerem tych wpisów został zatem... Femaltiker, który w ostatnim czasie, szczególnie urzekł mnie filmikiem na temat tego preparatu. Karmienie piersią nie jest z początku łatwe i ja osobiście ogromnie żałuję, że nie spotkałam się w okresie mojego karmienia z tak fajną rzeczą i tak fajnym sposobem jej promowania.
Skoro więc #obliczamatkipolki mają mieć luźny, humorystyczny styl - to niech dołączy się do nich ktoś kto macierzyństwo i nas matki, postrzega tak samo. A tak nas postrzega właśnie Femaltiker, który ( dla przypomnienia) jest preparatem na laktację, a efekty jego działania potwierdzają moje czytelniczki, które wzięły udział w akcji: Mamy Testują Femaltiker.
Ten wpis to tylko zapowiedź. Przed nami aż PIĘĆ oblicz, z czego to ostatnie będzie największym zaskoczeniem i zaangażowane w to zostaniecie również Wy! Ale o tym już wkrótce - bądźcie czujne! Już niebawem na blogu pierwsze z oblicz Matki Polki. Domyślacie się jakie? Jakie oblicza Wy macie? Może uda Wam się odgadnąć jedno z pięciu? Myślcie intensywnie i już teraz w komentarzach zostawiajcie swoje przemyślenia w tym temacie. Widzimy się już niebawem! Ostrzegam! Będzie zabawnie !!! :)
Prezent pod choinkę, to zawsze dla nas - rodziców, duże wyzwanie. Należy zadać sobie podstawowe pytanie: co nasze dziecko lubi najbardziej? Co sprawia mu największą radość? Kiedy już wiemy mniej więcej, w która stronę iść, musimy przy wyborze kierować się rozsądkiem - każdy swoją kieszeń dobrze zna, więc nie chodzi mi tutaj o finanse, a o... praktykę. Czy dziecko będzie bawić się daną zabawką, czy zabawa będzie tylko chwilowa? Czy prezent będzie łatwy w użytkowaniu, czy może będzie tylko stał i ładnie wyglądał. Każdą rzecz, którą weźmiemy pod uwagę, musimy prześwietlić i dostosować pod potrzeby i upodobania dziecka. W taki właśnie sposób, dopasowałam do Poli te rzeczy, które Wam dzisiaj pokażę.
Wzięłam pod uwagę fakt, że zabawek mamy już naprawdę wiele, a tych edukacyjnych zwłaszcza. Postanowiłam, że pójdę w kierunku dobrej zabawy i zainteresowań Polki, które najbardziej rzucają mi się w oczy. Po pierwsze: Pola kocha maskotki. Codziennie wybiera sobie inną do przedszkola, a w domu opiekuje się nimi. Po drugie: kocha skakać, biegać, ruszać się non stop! Po trzecie: uwielbia bawić się w panią doktor... po czwarte: uwielbia... budować! Po piąte... uwielbia ... AUTKA! Tak, dobrze widzicie - autka! Na ich widok w markecie krzyczy : mamaaaa zobacz jakie autko! Ma już swoją kolekcję czerwonych ferrari dzięki naszemu F.
Teraz już chyba wiecie czego się spodziewać poniżej, prawda? To zaczynamy!
Jeśli maskotka to... tylko taka, która naprawdę chwyta za serducho i powala wyglądem! Taka jest właśnie ta nasza mysza... Pola powędrowała z nią dzisiaj do przedszkola, oznajmiając mi, że przedstawi ją wszystkim dzieciom. Nasza nowa myszka jest urocza - mięciutka, oryginalna, barwna. Idealna również dla dużo młodszych pociech, które dzięki różnym materiałom myszki, poznają świat poprzez dotyk, poznają nowe faktury i zauważają między nimi różnicę. Dla starszych dzieci takich jak Pola, taka mysz to już coś więcej - to przyjaciel do przedszkola, do spania, do udawanej herbatki. Mysz jest w fajnym prostokątnym pudełku, które łatwo zapakujecie w papier i przyozdobicie - prezent pod choinkę idealny! Mysz pochodzi z firmy TRUDI - produkują oni nie tylko maskotki myszy, ale całą masę lalek, maskotek - od małego żółwia, po wielkiego lewa.
Wszystkie produkty marki TRUDI znajdziecie tutaj, a naszą myszę o tu. Jej koszt to 64 zł, co patrząc na wykonanie ( rewelacyjne) i na wygląd jest ceną adekwatną. Czasem kiedy widzę w marketach ceny zwykłych maskotek, których wykonanie pozostawia wiele do życzenia, łapię się za głowę, serio! W łapkach myszki, przy intensywniejszym dotyku, możemy poczuć kuleczki - kolejne fajne odkrycie dla malucha!
Wybrałam dla Polki trzy autka, ale niestety dwóch pozostałych nie było w magazynie, a ja nie chciałam czekać dłużej z tym wpisem. I może lepiej, że jedno? Na pewno będziemy sukcesywnie dokupować kolejne - nie ma co do tego żadnych ale! Autko, które wybraliśmy to Klasyczny Volkswagen Microbus - jego koszt to zaledwie 25 zł! Jest bardzo fajnie wykonany - ma otwierane drzwi z jednej strony i bagażnik. Bardzo fajnie się nim jeździ i ... jedyne czego mu brak to kompanów! Ferrari poszły obecnie w odstawkę - Volkswagen jednak to klasa sama w sobie - nawet dla dziecka. I naprawdę to niesamowite, jak taka mała, tania rzecz potrafi zająć dziecko i je uszczęśliwić!
Autko pochodzi od producenta GOKI - baaardzo lubimy tą firmę i mamy z niej bardzo dużo rzeczy. Daleko nie trzeba szukać - chociażby nasza mała kuchnia. Wszystkie produkty GOKI znajdziecie tutaj. A nasze autko, o którym mowa - o tutaj.
Wiedziałam, że ta krowa będzie strzałem w dziesiątkę. Co prawda dnia pierwszego, Pola stwierdziła, że krowy się... boi. Ale na drugi dzień, skakała na niej już tak intensywnie, że cały dom aż huczał! Na pomysł takiego prezentu wpadłam już dawno, kiedy to Pola chodziła ze mną do kawiarenki dla mam i dzieci, i szalała tam właśnie na takich dmuchanych stworzeniach. Początkowo mieliśmy kupić słonika, ale w porę stwierdziłam, że trzymanie za wielkie uszy i skakanie jednocześnie, raczej będzie trudne. Tutaj złapać jest łatwiej, a i dzięki temu łatwiej nie spaść - choć mam wrażenie, że to w spadaniu jest największa frajda - zwłaszcza, że jest ono celowe. Polę odwiedził w zeszłym tygodniu, pięcioletni kolega - on również skakał jak szalony. Na zdjęciu krowa nie jest nawet dopompowana do końca, bo nie mogliśmy znaleźć odpowiedniej końcówki do naszej pompki. Pola jednak twierdzi, że jest OKEJ! ;)
Na takiej krówce mogą skakać dzieci do... 40 kg. Wychodzi na to, że przy dobrych wiatrach to i drobny dorosły poskacze. Cena: 113 zł. Firma to uwielbiana przeze mnie GOLLNEST & KIESEL KG. Skupia ona właśnie takie marki jak wyżej wspomniane GOKI. Wszystkie produkty tej firmy zobaczycie tutaj , a jeśli interesuje Was krowa - to znajdziecie ją tu.
Pola dostała kilka miesięcy temu od swojej babci kilka lekarskich akcesoriów, ale tych najtańszych, plastikowych, których wykonanie pozostawiało wiele do życzenia. Pola ciągle nas badała, stukała w kolana młotkiem, osłuchiwała brzuszki. Pomyślałam wtedy, że fajnie byłoby mieć dla niej cały zestaw lekarza, w jakiejś fajnej walizce, czy pudełku. No i znalazłam - idealny! Po zamówieniu nie pamiętałam nawet, czy akcesoria są plastikowe czy drewniane - ja uwielbiam i to i to! Ale jeśli już ma być plastik, to niech on będzie dobrze zrobiony, a nie wiecie... kicz za 5 zł. Po otwarciu okazało się, że jednak jest to drewno. Pola w moment znalazła sobie pacjenta - mysz! W zestawie małego lekarza znajdziemy: stetoskop, termometr, receptę, strzykawkę, dwa młoteczki, szpatułkę do gardła, żel i maść. Wszystko znajduje się w piękne, pomarańczowej walizce, z którą dziecko na prawdę czuje się jak prawdziwy lekarz! Pola co rusz do nas podchodzi i mówi, że przyszła nas zbadać i zobaczyć czy jesteśmy chorzy czy zdrowi. To chyba najfajniejszy prezent jaki ostatnio dostała, bo wpasowuje się on w 100 % w jej obecne zainteresowania. I chyba o to chodzi, prawda?!
Koszt zestawu to 121 zł. Mało czy dużo? Nie mi to oceniać. Nie jest to kwota, którą sobie wydajemy ot tak, przynajmniej nie dla mnie, ale jest to cena na pewno adekwatna do produktu. Walizka pochodzi z firmy SEVI. W asortymencie tego producenta znajdziecie nie tylko takie zestawy, ale też mebelki, tablice do rysowania, chodziki, instrumenty i wiele, wiele innych super rzeczy, które zobaczycie tutaj. A zestaw małego lekarza możecie obejrzeć, czy kupić bezpośrednio tutaj.
No i na koniec rzecz, którą Pola dostała zaledwie wczoraj...
Jego składaniem zajęła się cała rodzina! Tutaj też produkt marki SEVI. Domek jest z miękkich, gąbczastych elementów, które co WAŻNE! Są nietoksyczne, przyjazne dla środowiska i nadają się co recyklingu! Nasz zestaw zawiera 108 elementów i bardzo łatwo się go składa. Mieliśmy dużą frajdę przy "wyciskaniu" odpowiednich fragmentów gąbki i wciskaniu tych prawidłowych.
Zestaw jest myślę, bardzo fajny cenowo - 85 zł. Sugerowany wiek pociech to 3+ i tutaj rzeczywiście nie ma co się z tym sprzeczać. Zabawka jest dla dzieci, które zrozumieją, że domku nie rozwala się ciągle i nie układa od nowa. Służy nam on jako domek dekoracyjny, którym się zajmujemy, jak to tłumaczyłam Polce: podlewając kwiatki, jeżdżąc taczką, spacerując po balkonie i po ogródku. Mamy chłopców niech się nie poddają! Specjalnie dla Was wyszukałam męską wersję: WESOŁY ROLNIK NA FARMIE z 52 elementów. Z kolei nasz uroczy domek znajdziecie tutaj. Dla ułatwienia podlinkuję Wam tutaj również kategorię, w której znajdziecie więcej rzeczy do układania: PUZZLE I UKŁADANKI.
Mam nadzieję, że sporo z Was właśnie znalazło idealny pomysł na prezent pod choinkę - niekoniecznie dla Waszych pociech, ale dla pociech Wam po prostu bliskich. Wybraliśmy rzeczy, które są naprawdę fajne i nie są rzucane w kąt po minucie, bynajmniej nie przez Polę. Myślę, że ceny są naprawdę fajne.
Wszystkie powyższe produkty pochodzą ze strony HOPLIK. Dzięki temu sklepikowi, możemy właśnie wszyscy czytać ten wpis i podłapać super fajne inspiracje. Na stronie Hoplika znajdziecie masę, ale to naprawdę masę innych zabawek, dla dzieci w każdym wieku. Znajdziecie właściwie nie tylko zabawki, ale i książki, wyprawkę dla maluchów, meble do pokoju czy ubranka. Na prawdę warto trochę pobuszować, bo to co pokazałam ja to zaledwie kropla w morzu.
Pewnie niektórzy z Was zastanawiają się też, jaki prezent pod choinkę dostanie Pola... Na razie zdradzić tego nie mogę, ale Ci którzy obserwują mnie na instastory, zapewne widzieli już w przedpokoju ogromny karton od KidKraft - na pewno pokażemy Wam to cudo, ale dopiero po świętach. Zatem... do usłyszenia! I dajcie znać jaki prezent pod choinkę Wy sobie upatrzyliście.
Jedne z Was dopiero planują ciąże, inne właśnie urodziły. Kolejne mają dzieci poniżej roku, inne powyżej. Jest też wiele takich, co ma dzieci w wieku nastoletnim, ale te dzieci spokojnie mogłyby już się ze mną dogadać jak z rówieśnikiem, co dziwne, bo to ja dogaduję się z ich mamami! Ale do czego dążę - inspirować chciałoby się tutaj wszystkich, ale ciężko o coś takiego, kiedy dziecko z pewnych rzeczy najzwyczajniej w świecie dorasta. Dzisiejszy wpis miał być odpowiedzią na pytanie, które wielokrotnie wpada do mojej skrzynki - Ala! Co kupić dziecku w wieku 6 miesięcy?! Co kupić na roczek? Co kupić, gdzie kupić, co najlepsze, co beznadziejne... No i dzisiejszy wpis miał mieć fotorelację, czysto produktową, ale jak się okazało, niektóre dzieci ( ekhm.) z niektórych rzeczy nie wyrastają nigdy. I wykorzystają każdą okazję, by poczuć się jak mała dzidzia. Tak było w przypadku Poli na przykład, która za nic nie pozwoliła mi zrobić sesji foto w spokoju. I nie dały nic tłumaczenia, że to jest dla małego dziecka. Po złożeniu rzeczy, którą zaraz zobaczycie dziecko moje najukochańsze, po prostu ... zakochało się w czymś, co miałam mieć tylko na chwilę i przekazać w prezencie dalej. Dlatego wybaczcie mi, wybaczcie, ale rekomendację produktu dla dziecka 6m+ zrobiła Wam... 2,5 roczna dziewucha.
Bardzo fajna rzecz i żałuję, że nie miałam czegoś takiego, kiedy Pola była mniejsza. Oczywiście teraz też jej się to podoba, ale nie oczekujmy, że celowo kupimy coś takiego dwu czy trzylatce, bo normalną rzeczą będzie, że posiedzi tam max. 10 minut. Przecież to duże dziewczyny i chłopaki już są w takim wieku! Dlatego przy robieniu zdjęć, które zaraz zobaczycie, myślałam, że padnę ze śmiechu! Zabawka dla dzidzi, a w niej Pola, która wygląda momentami na ... cztery lata! I te długie nogi, które ledwo tam wcisnęła! Ale do rzeczy.
Pamiętam, że w wieku 6 miesięcy, Pola uwielbiała wszelkie zabawki, w których mogła, a to coś wcisnąć, a to coś przekręcić, a to coś wdusić. Dziecko w tym okresie jest bardzo zainteresowane wszystkim co się rusza, świeci i wydaje odgłosy. Dzieci rozwijają swoje zmysły i odkrywają ... świat.
Właśnie dlatego uważam, że ten fotelik jest mega trafnym wyborem dla dzieci w przedziale wiekowym 6 miesięcy do 1,5 roku. Pompowane siedzisko sprawia, że nic się dziecku nigdzie nie wbija, nic nie zawadza, a przebywanie w foteliku jest niezwykle komfortowe. Na stoliku znajdziemy wiatraczek w kształcie kwiatka, przyciski, które po wduszeniu świecą się w różnych kolorach i wydają odgłosy ( ale takie do zniesienia ;) ) , wyskakującego stwora i trzy breloki z różnymi obrazkami i wybitymi wzorami, które są idealne dla malucha, który może sobie sprawdzić różne tekstury.
Siedzisko jest przede wszystkim wygodne i przenośne, co sprawia, że bez problemu możemy wziąć je w podróż, do auta, czy do większej torby ( po złożeniu). Podczas zabawy dobrą opcją jest to, że stolik dla większych dzieci może stać osobno, nie musi być połączony z siedziskiem i będzie to o wiele lepsza opcja, niż gdyby miał on krępować dziecku ruchy i utrudniać wyjście. Samo siedzisko może się jednak sprawdzać dużo dłużej i służyć nam już bez stoliczka. Kolejny plus to materiałowa wyściółką, którą możemy w każdej chwili wyprać.
Poniżej możecie zobaczyć fotelik z każdej strony i samemu ocenić, czy produkt jest warty zainteresowania. Ja sama mogę powiedzieć jedynie tyle, że na pewno nie polecałabym Wam czegoś, co polecenia warte nie jest. Czytają mnie dziesiątki tysięcy ludzi i w jakimś sensie ponoszę odpowiedzialność za Wasze wybory, chyba więc teraz rozumiecie, dlaczego na tym blogu nie ma miejsca na buble, prawda? Póki co pozostawiam Was z pięknymi zdjęciami, które mam nadzieję oddają uroki tego fajnego siedzonka dla maluszków... Mam nadzieję, że dla wielu z Was ten wpis będzie fajną inspiracją jeśli chodzi o prezent dla dziecka 6m+.
Zostaw komentarz pod tym postem na blogu i udostępnij wpis na FB w dniach 15.11 - 17.11 ! Napisz dlaczego to Ty chcesz zgarnąć ten cudowny fotelik i zajrzyj do tego wpisu 18 listopada - dowiesz się czy... jesteś zwycięzcą! ;) POWODZENIA !
Kochani, bardzo dziękuję za tak dużą ilość zgłoszeń! Wszystkie komentarze były interesujące i jak wiecie... wybrać jedną osobę z kilkudziesięciu to dla mnie nie lada wyzwanie. Zawsze czytam wszystkie komentarze i nie mam żadnych kryteriów typu: wiersz, wzruszenie itp. Może wygrać wszystko, od wierszy po wzruszająca historię, po zwyczajny jednozdaniowy komentarze. Ja po prostu czytając, muszę czuć, że ... to jest to! I dzisiaj poczułam tak przy komentarzu... MIROSLAW SOCHA! Wiem doskonale co będzie czuła żona, czekając na kuriera! ZNAM TO! ;)
GRATULUJĘ WSZYSTKIM I ... nie zniechęcajcie się oraz bądźcie czujni! Do końca roku mam zaplanowane minimum... TRZY konkursy! Wszystkie wypasione! :) Dlatego śledźcie fanpage i bądźcie aktywni!
Dobrze wiesz, że nie zawsze tak będzie... dobrze wiesz, że wszystko co piękne i satysfakcjonujące wymaga naszego wysiłku. Wiem, że możesz teraz czuć się samotna, zaniedbana, sfrustrowana i zła. Spoko! Każda z nas czuje to, czasem o wiele za często, wiesz? Ja kiedyś czułam tak non stop. Nie wierzysz mi? Chciałabym móc to nagrać, pokazać te bezsenne noce, moje trzaskanie drzwiami od łazienki, kiedy się w niej zamykałam i płakałam z bezsilności. Chciałabym Ci pokazać ten brudny, znoszony dres, którego nadal nie wyrzuciłam i siebie w tłustych włosach... i chciałabym móc Ci pokazać takie zdjęcia każdej z nas w takim momencie, żebyś zrozumiała, że nie jesteś sama. Ale wiesz czemu tego nie robię? Bo cholernie smuci mnie fakt, że z macierzyństwa zrobiliśmy coś smutnego i karykaturalnego. Sama widzisz, jak inni chcą nas uświadamiać, że nie jest kolorowo. Czy nie czujesz jednak, że skutek jest odwrotny? Że czytając te wszystkie wpisy jak cholernie źle bywa, jeszcze bardziej się pogrążasz? Spójrz na siebie i zastanów się - czy na prawdę musisz czuć się tak marnie? Czy naprawdę szczęście, które otrzymałaś w postaci dziecka, musi Cię tak cholernie dołować?
Być może jesteś na początku swojej drogi, płacząc do poduszki, że to nie tak miało wyglądać. Spoko! Też tak miałam i wiesz co? Dzisiaj patrzę na swoją córkę, która całymi zdaniami opowiada mi o swoich przygodach w przedszkolu. Dzisiaj odliczam dni do jej trzecich urodzin i patrzę jak samodzielnie wyjmuje pranie z pralki krzycząc, że zrobi to SIAMA! Wiesz... Twoje dziecko podrośnie nim się obejrzysz. Przestanie płakać, a zacznie mówić. Wyrośnie z pieluch, a zacznie korzystać z nocnika. Samo wyjmie sobie mleko z lodówki i już wkrótce to nie dziecko będzie błagać Cię o buziaka, tylko Ty będziesz za tym buziakiem gonić. Niedługo czasu dla siebie będziesz miała znów tyle co dawniej. Twoje dziecko w końcu pójdzie do przedszkola, następnie do szkoły, a Ty znów będziesz mogła się rozwijać, uczyć, pracować, a może ćwiczyć. Wieczorami Twoje dziecko będzie czytać książkę, a Ty będziesz mogła wziąć tą kąpiel w spokoju i zrobić siku bez pociechy na kolanach. I wtedy... jestem pewna, że wtedy zerkniesz do dziecięcego pokoju i widząc swoje duże, samodzielne dziecko, zatęsknisz za tym czasem, kiedy tak bardzo Cię potrzebowało i wyciągało rączki z łóżeczka. Wiesz, że tęsknię za tym już teraz?
Być może wyrzucasz sobie teraz, że inni radzą sobie lepiej, sprawniej... nie będę Ci tutaj ściemniać, że nie ma osób, które tej nowej rzeczywistości nie ogarniają naprawdę dobrze. Ludzie są różni... z czymś radzą sobie lepiej, z czymś innym gorzej. Ale Ciebie nie powinni oni obchodzić. Przestań patrzeć na innych, przestań się porównywać i wyrzucać sobie, że coś robisz gorzej. Społeczeństwo nic od Ciebie nie chce i nic od Ciebie nie oczekuje - to Ty sama stawiasz sobie poprzeczkę zbyt wysoko. Zajrzyj w głąb siebie i pomyśl jak to wszytko ogarnąć, żeby Tobie było dobrze... olej zlew pełen garów, jeśli frustruje Cię mycie z dzieckiem przy nodze. Naczynia poczekają zawsze, ale dziecko... dziecko potrzebuje Ciebie tu i teraz - najbardziej na świecie. Za moment się usamodzielni i będziesz znów siedzieć w czystym, pachnącym mieszkaniu. Ba! Za moment Twoje dziecko Ci w tym wszystkim pomoże! Nie spinaj się, że nie możesz już ćwiczyć jak dawniej. Odnajdź radość w porannych wygłupach z dzieckiem, intensywnych spacerach, tańcach z brzdącem na rękach, przy dobrej muzyce z samego rana! Nie płacz już do poduszki - jeśli będziesz traktowała to co Cię spotkało jako ograniczenie - to tak się będziesz czuła. Odnajdź radość z bycia matką małymi krokami. Nie skupiaj się na tym czego nie możesz! Skup się na tym co możesz... nie skupiaj się na tym co było. Jeśli za czymś z tych rzeczy tęsknisz, one z pewnością wrócą - w swoim czasie! Wszystko ma swój czas. Tak jak teraz czas jest Twój i dziecka. Nie słuchaj osób z bliskiego otoczenia, które zbyt dużo od Ciebie wymagają. To Twoje życie, Twoje dziecko, Twoje wybory. Nie zaznaczaj partnerowi od samego początku, że chciałabyś, żeby pomagał Ci z dzieckiem. On nie ma pomagać, on ma uczestniczyć w tym życiu tak jak Ty. I tak masz stawiać sprawę. Ale nie wymagaj tego od niego, bo poczuje się przytłoczony tak jak Ty, a dziecko zacznie postrzegać jak obowiązek. Wiem, ze chcesz być przez wszystkich rozumiana, ale nikt poza Tobą tak naprawdę nie wie, co Ci w duszy gra... partner też się nie domyśli... rozmawiaj, zwierzaj się, wyrzucaj z siebie to co Cię boli, ale przestań postrzegać siebie w lustrze jako umęczoną matką polkę. Bo taką kobietą się wtedy staniesz.
Stań na nogi, pomyśl o macierzyństwie jak o darze. Nie traktuj płaczu jak złośliwości, pomyśl, że to wyrażenie potrzeby, potrzeby bliskości. Bądź dumna z tego, że nareszcie ktoś tak bardzo Cię potrzebuje. Bądź dumna z tego, że możesz wychować małego człowieka. Dlaczego tak bardzo jesteś wobec siebie krytyczna? Urodziłaś dziecko! Jesteś niezniszczalna!!! Za dwa, trzy lata, te wszystkie najgorsze dni, będziesz pamiętać jak przez mgłę. Wiesz co zapamiętasz najwyraźniej? Pierwszy uśmiech, pierwszy ząbek, pierwsze: kocham. Nie pozwól, by smutek zabił Twoją radość z Tych najpiękniejszych chwil. Nie pozwól, by one Ci umknęły.
Droga Mamo, wiem, że jest Ci teraz ciężko. Ale to minie. Szybciej niż Ci się wydaje. Pamiętaj... wszystko zaczyna się od głowy. Jeśli przejdziesz przez macierzyństwo z myślą, że ... ledwo dajesz radę. To lepiej nie będzie. Uwierz w to, że jesteś najlepszą matką jaką możesz być. Bo jesteś! Uwierz, że masz w sobie siły, by odnaleźć radość w najprostszych rzeczach! Z dzieckiem tak jak z partnerem - musicie się dotrzeć, poznać, znaleźć coś co Was łączy, znaleźć nić porozumienia, stworzyć więź. To wymaga czasu, to wymaga siły i zaangażowania.
A wiesz co za to wszystko dostaniesz? Bezgraniczną, bezwarunkową miłość. A to jest warte każdego poświęcenia.
Kilka dni temu byłam na premierze nowych, interaktywnych gier... zrobiłam Poli małe wagary i ... ruszyłyśmy. Kiedy wracałyśmy, nie spiesząc się nigdzie, przypatrywałam jej się z uwagą i ... przypomniałam sobie, że jeszcze kilka miesięcy, całe dnie spędzane razem były codziennością. Mniej lub bardziej kolorową. Jakiekolwiek wyjścia, były wyprawą wymagającą sporo logicznego myślenia i sił, bo zawsze w najmniej oczekiwanym momencie "dzidzi" chciało się jeść, pić, siku, kupę... metro jechało za długo, na metro szło się za długo. Z wózkiem było ciężko, bez wózka też. Nie korzystałam więc za bardzo z uroków Warszawy, bo bezpieczniej było poruszać się po swojej dzielnicy, niż po całej stolicy. Mimo wszystkich trudności, chłonęłam każdą chwilę jak tylko mogłam. Nie zawsze mi to wychodziło, ale wiedziałam, że jakkolwiek nie jest - będę za tym tęsknić, a upływający czas pewnie kiedyś zacznę przeklinać.
Tych kilka dni temu, wstałyśmy z samego rana i na nóżkach poszłyśmy na metro. Prawie pół godziny jazdy, potem jeszcze tramwaj, trochę na nóżkach i oto jesteśmy. Ponad dwie godziny dobrej zabawy. W międzyczasie przerwa na sok, przerwa na ciacho. I znów... na nóżkach na metro, olałyśmy tramwaj... z metra na plac zabaw, z placu zabaw w stronę do domu, po drodze zatrzymując się co chwilę, a to obejrzeć kamyk, a to rzucić liściem, a to po prostu ... pożyć chwilą. Pod domem kupuje Poli rurkę z bitą śmietaną - taką prawdziwą rurę z ciasta, które rozpływa się z ustach, ze śmietaną, której smak można kojarzyć tylko z dzieciństwa. Kupuję ją Poli, prawie codziennie kiedy wracamy z przedszkola. Wchodzimy do domu, otwieramy nowe gry, na zegarku godzina 16. Nie było żadnego płaczu, zmęczenia, a ja nie byłam umęczoną matką, która już nie wie czy ma pchać wózek, czy nieść dziecko pod pachą, czy łapać upadające zakupy. Pomyślałam: teraz jest idealnie. Nie chodzi oto, że wcześniej nie było dobrze. Po prostu, kiedy dopada nas codzienność i rutyna, a my jesteśmy przemęczone, ciężko czasem cieszyć się z tych "małych" rzeczy. Brak snu, brak czasu dla siebie, często odbiera nam zdrowy rozsądek i wpędza nas w frustrację. I nawet ja, która od zawsze zarażała na tym blogu optymizmem, nawet ja miałam chwile, kiedy WSZYSTKO mnie przerastało, zwłaszcza, że pracowałam w domu i nie miałam żadnej pomocy, żadnej babci, która choć na chwilę wzięłaby dziecko na spacer.
Ten czas minął. Nie wiem już jak to możliwe, że niedawno dziewczynka, która mieściła mi się w dwóch dłoniach, dzisiaj spaceruje ze mną za rączkę, a o swoich potrzebach informuje mnie słowami, nie płaczem. Nie wiem czemu wszyscy straszyli mnie, że będzie coraz ciężej. Dla mnie najcięższy etap jest już za mną. Teraz mam obok siebie małego człowieka, z którym umiem się porozumieć. Ten mały człowiek ma oczywiście swoje humory, które potrafi pokazać nawet na środku ulicy, ale... ja już potrafię je zrozumieć, odczytać, przeczekać. Nauczyłyśmy się siebie nawzajem i czas, który nastąpił jest dla nas NAJLEPSZYM. I nie chcę skupiać się na tym, że będzie jeszcze lepiej, bo to oznaczałoby, że teraz nie wszystko gra w 100 %. Niech więc zatem po prostu zawsze będzie tak dobrze jak jest teraz. Pięknie, spokojnie, z unoszącą się miłością w powietrzu. Zapamiętam tą jesień wyjątkowo wyraźnie. Chociaż pochmurne dni przeważały w ostatnich dniach, ja zapamiętam tą jesień taką jak tych kilak dni temu. Słoneczną, żółtą od liści i o tak pięknej aurze, jaką nadałyśmy jej swoimi uśmiechami, swoimi krokami i swoją miłością.
Nie zrobiłam tamtego dnia zbyt wielu zdjęć, bo już tak mam, że pragnę skupiać się na emocjach tu i teraz, bez chwytania co chwilę za aparat czy telefon. Ale kilka kadrów udało się złapać, kilka emocji i uśmiechów mniejszych i większych. Do takiego zatrzymania emocji w klatce czasu, pragnę zachęcić dzisiaj również Was. Zwłaszcza, że jeśli pochwalicie się nimi w odpowiednim miejscu... macie szansę na super nagrody. Więc tak Wam na szybko jeszcze przybliżę, o co mi chodzi.
Trwa właśnie konkurs... konkurs jesienny.
Wystarczy, że pokażecie w nim jak Wy i Wasze dzieci spędzacie czas jesienią. Bo przecież to nie musi być czas spędzony tylko i wyłącznie w domu, prawda? Można jeszcze ciepło się ubrać i bawić w najlepsze! Dlatego pokażcie nam Wasze sposoby, Wasz wolny czas, Waszą zabawę! A jeśli o zabawie mowa - jeśli chodzą o tą w konkursie, nie będzie ona tak ekscytująca i fajna, jeśli nie zaprosi się do niej tak dobrych ludzi jak Wy, prawda? Zgłoszenia do konkursu, oraz więcej informacji o nim możecie zobaczyć tutaj. Do wygrania baaardzo fajne nagrody! Mata edukacyjna Tiny Love i zabawki skip hop! :) POWODZENIA!
Mam wrażenie, że nie wiem kiedy to się stało. Kiedy jej oczy stały się tak dorosłe, a "agugu" zamieniło się w: " nie rób tak mamo!" - kiedy klocka czerwonego przeczepię tam gdzie nie trzeba. Nie wiem kiedy stópki z z rozmiaru 15 stały się rozmiarem 25 i kiedy... kiedy zaczęła sama się ubierać, jeść, myć i... i ogólnie kiedy prawie wszystko zaczęła robić sama, poprzedzając owe czynności ostrzeżeniem " SAMA!". Choć dzisiaj jest tak pięknie i idealnie to ja nie chcę, by to działo się zbyt szybko. Boję się rozmytych wspomnień, boję się, że coś tu mi umknie, tu ucieknie. Boję się, że tak jak ledwo już pamiętam niektóre momenty po jej urodzeniu, tak zapomnę dużo więcej z nich. Bo do niedawna pamiętałam, kiedy wyszedł jej pierwszy ząbek, a dziś to w książce muszę sprawdzić. Myślałam, że zawsze będę pamiętać, kiedy przestała pić mleko w proszku i zaczęła pić krowie, ale tego też już nie pamiętam. Choć to sprawy nieistotne, to jednak dobrze było pamiętać każdy szczegół, wiedzieć o swoim dziecku wszystko, od tego kiedy w nocy będzie mieć pobudkę po datę ząbka właśnie...
I nie wiem, naprawdę nie wiem kiedy ten czas tak szybko minął, ale boję się, że równie szybko minie kolejne 2,5 roku, a potem pięć i dziesięć. Ale nie można tak wybiegać, martwić się na zapas. Kiedyś chciałam, by czas umknął, bo było źle, dziś wiem, że nie ma nic ważniejszego jak chwila tu i teraz. A tu i teraz dzieje się naprawdę dużo.
Poszła. Tak po prostu. Na początku ze mną, potem sama na dwie godziny, potem sama na jakieś sześć godzin. A gdy już drugi raz tak poszła na dłużej, to tylko buzi dała, zrobiła papa i odwróciła się na pięcie. I wtedy właśnie wtedy, gdy już nie zapłakała, to ja w siedząc w domu zapłakałam, bo poczułam się jakby moje mieszkanie opuścił jakiś dobry duch, co to zawsze był przy Tobie i nawet jeśli go widać nie było to się czuło, że jest. W tym niepokoju w domu siedziałam zeszłego piątku aż do 15. Bo dzień wcześniej dziecko o 14 mi się spłakało, że przyszłam za wcześnie. Więc tak dreptałam już po domu od 14 w piątek, aż wyruszyłam, pojechałam i wbiegłam jak dzik do przedszkola. No i słyszę relację... dziecko je! Dziecko śpi! Dziecko się bawi z innymi! Dziecko jest... szczęśliwe. Jak ręką odjął niepokoje, płacze i stresy. Bo pieprzyć moje samopoczucie i to jak ja znoszę tą rozłąkę. Czy to jest ważne w obliczu tego jak moje dziecko jest teraz szczęśliwe? Po rozmowie z Panią, rozmową z Polą w drodze na autobus...jak się tak roztrajkotała o tym jak to fajnie było... to do wieczora opowiadała. A rano to w minutę muszę być gotowa, bo mnie w piżamie ciągnie za palec, że "do kola mama idziemy!"... coś pięknego, mówię Wam.
I przejść obojętnie już teraz nie mogę. Takiego przedszkola życzę KAŻDEMU. A jeśli ktoś z Warszawy jest, to wychwalać będę do końca życia. Przedszkole Jeżykowa Dolinka, bo to o nim mowa to nasz strzał w dziesiątkę... A co tam, że dopiero trzy tygodnie Pola tam chodzi. A co tam, że zaraz ktoś mi powie, że wszystko zmienić się może. Może i... może. Ale nosa do ludzi to ja mam i podejście Pań z przedszkola to coś na co napatrzeć się nie mogę... Pierwsze wrażenie było rewelacyjne i trwa dalej. I patrząc na to jak o wiele bardziej indywidualne podejście można mieć kiedy w grupie jest dziewięcioro dzieci i dwie panie... patrząc na to jak każdego można przytulić i pocieszyć... tak po cichu sobie marzę, by kiedyś było tak wszędzie. By każde dziecko mogło czuć się wyjątkowe, nie zagłuszane w oblężonym przedszkolu, przez resztę 25 osobowej grupy. Doceniam ogromnie i wdzięczna jestem, że dane mi było posłać Polkę do takiego miejsca. A mowa konkretnie o miejscu magicznym i niezwykle wyjątkowym. Uważam, że nic w życiu nie dzieje się bez powodu, tak jak nie wydarzyło się bez powodu spontaniczne wyjście z Polą rok temu, na Ursynowską górkę, gdzie było mnóstwo zabaw dla dzieci i mnóstwo firm, które reklamowały swoje usługi. Pola wtedy dość wstydliwa, dała się namówić, właśnie dzięki Pani z przedszkola Jeżykowa Dolinka - by usiadła i... ulepiła z masy solnej jeżyka. Pamiętam jak kiedy odchodziliśmy od stolika, F. powiedział, że te Panie mają niesamowite podejście do dzieci. I tak Jeżykowa Dolinka stała się naszym numerem jeden, o którym pamiętaliśmy aż do czasu, kiedy postanowiliśmy poszukać dla Poli przedszkola. Przeszukałam wszystkie placówki na Ursynowie, ale jednak... jeżyk był zwycięzcą.
Pola codziennie chodzi do tego miejsca z uśmiechem. Plan był taki, by odbierać ją o 14, ale jak się okazało, Pola lubi sobie tam smacznie pospać, a o 15 zjeść podwieczorek, więc odbieram ją tuż po podwieczorku. Kiedy ostatnio z F. pojawiliśmy się w drzwiach jej sali, punkt 15:20 zobaczyliśmy jej skwaszoną minę i zdziwienie, że jak to... już po mnie przyszliście? Nie ma opcji, żebym odbierała ją później, no nie ma! Oszalałabym już chyba i ewidentnie byłoby mi jej mało, no... kto by pomyślał. Że dziecko nagle zacznie ładnie jeść i drzemać. Że będzie samo zagadywać do innych dzieci... Szybko się to wszystko dzieje, ale... przyjemnie się na to patrzy będąc rodzicem. Przyjemnie patrzy się na dorastanie dziecka, choć jednocześnie człowiekowi chce się płakać. I ze wzruszenie z jakiegoś takiego smutku, że ten czas tak pędzi. Nie ma jednak dnia, w którym nie byliśmy zachwyceni tym jak bardzo się zmienia. Jej pobyt w przedszkolu, choć jeszcze krótki, już zmienił ją totalnie. Wydaje nam się jakaś taka bardziej... dorosła. Więcej mówi, ładniej się bawi. Każdego dnia po przedszkolu, opowiada nam o swoich kolegach i koleżankach, o tym co robi, co jadła, czy spała, w co się bawiła. Jesteśmy zachwyceni. Nasza mała Pola... poszła do przedszkola. Trzymajcie za nią kciuki. Choć z tego co widzę, radzi sobie i bez nich! ;)


































Kosz na zabawki czy inne pudła, powinny chyba być u nas w ilości większej niż ... 10. Powoli się w tym mieszkaniu nie mieścimy. Pola co chwilę dostaje jakieś zabawki, których mimo, że większość chowamy, to i tak nie mamy już gdzie kłaść. Brak nam najważniejszego - własnego pokoju Poli. W nim będzie już ona miała regał, półki, biurko i wszystko będzie można ładnie poukładać, wszystko będzie miało swoje miejsce. Obecnie jej kąt w sypialni jest już zawalony, a w szafach też zaczyna brakować wolnych półek. Dlatego raczej na razie skończymy na tym co się pojawiło i nie będziemy dorzucać nic więcej... no chyba, że trafią się naprawdę mega okazje cenowe, które trzeba będzie rozpakować, bo w kartonach nie będzie gdzie ich trzymać.
W tematyce dziecięcych wnętrz i zabawek, jestem raczej spontaniczna. Nie mam ulubionych kolorów i stylu, ale po zdjęciach da się zauważyć, że jednak skłaniam się ku pastelom i... różu - czego kompletnie bym się nie spodziewała! Nie uważam, że pokój Polki jest mało dziecięcy - zwłaszcza kiedy jest w nim bałagan, można dostrzec w nim absolutną magię i misz-masz, który obok sterylnych, chłodnych wnętrz z jedną zabawką nawet nie stał. Na zdjęciach nie dostrzeżecie całości, bo Poli rzeczy takie jak wózek czy krzesełko do karmienia dla lali, stoją na ścianie, na której stoi nasze łóżko. Ze ściany zniknęły plakaty, nie chciałam, żeby zniszczyły się do czasu wyprowadzki, a są na tyle piękne, że powieszę je i w nowym mieszkaniu.
Ale... przejdźmy do konkretów. Nowości w pokoju, o których chciałam Wam dzisiaj napisać, to moje kolejne łupy z Westwing . Ten klub zakupowy stał się moim uzależnieniem, ale obecnie robię już na nim zakupy naprawdę przemyślane, z myślą o nowym mieszkaniu - np. nowa, porządna kołdra, poduszki, ręczniki do łazienki czy zestaw sztućców. Obiecałam sobie, że metodą małych kroków, będę kupować rzeczy naprawdę porządne za większą sumę, a nie będę pokuszać się na okazje cenowe, które na dłuższą metę nie będą się sprawdzać. Zwłaszcza jeśli mówimy tutaj o rzeczach, które jednak się zużywają, a nie o dodatkach, które tylko wyglądają i za nie naprawdę ludzie często przepłaca.
Należy jednak pamiętać, że każdych zakupów należy się nauczyć. Na Westwing , musimy być przede wszystkim obeznanym i wiedzieć co rzeczywiście opłaca się kupić. Czasem zniżki są małe, a czasem gigantyczne - tak jak patelnia, którą widziałam kiedyś za ok. 1000 zł - na Westwing upolowałam ją za... ciut ponad stówkę. Ale trzeba być naprawdę szybkim, bo na takie okazje ludzie czatują od samego rana. Dla niezorientowanych przypomnę, że w tym klubie zakupowym, nowe kampanie pojawiają się każdego dnia. Jak dla mnie to zdecydowanie najlepsza strona, jeśli jesteśmy konkretnymi i zdecydowanymi osobami, które wiedzą co chcą kupić i ile mogą na to przeznaczyć.
Jeśli jeszcze nie macie konta na Westwing - koniecznie kliknijcie tutaj i załóżcie je absolutnie za free w kilka sekund - nic Was to nie kosztuje, a uzyskacie dostęp do wszystkich kampanii, które pojawiają się każdego dnia. Jeśli macie w planach zakup czegokolwiek do mieszkania, zwłaszcza jeśli chodzi o rzeczy takie jak sprzęt do kuchni, jakiś konkretny mebel, zastawa - to wierzcie mi, że czasem naprawdę warto poczekać aż coś takiego pojawi się w jakiejś kampanii. Cierpliwość popłaca serio!
A co zmieniło się w pokoju Polki? Poza wspomnianymi nowościami tj. kosz na zabawki i dywanik, doszło nam trochę zabawek, między innymi nowa barbie czy limitowane klocki Nivea ( na stronie nivea możecie wygrać takie same). Największym zaskoczeniem był prezent od Monster High. W pudełku wypełnionym setkami styropianowych kuleczek, były ukryte maleńkie figurki Monster High. Mimo, że nie cierpię bałaganu, to pozwoliłam Poli bawić się pudełkiem do woli, a kuleczki... pewnie są jeszcze i takie, które uciekły przed ... odkurzaczem ;) Choć za Monster High nigdy nie przepadałam, to jednak do małych figurek ( jakichkolwiek) mam razem z Polką słabość. Te są wręcz... urocze!
Co do konkretów, które są bohaterami tego wpisu. Pozwolę sobie napisać o nich kilka słów...

Brakowało mi w pokoju Poli dywaniku - chyba głównie dlatego, że nienawidzę parkietu jaki znajduje się w obecnym mieszkaniu i najchętniej zakryłabym całą jego powierzchnię. Wiedziałam, że głupotą będzie wydawać kilka stów na dywan i dawać go Poli już teraz - nie dotrwałby do czasu wyprowadzki, a właściwie dotrwałby, ale nie byłby już pierwszej świeżości. Upolowałam więc na Westwing coś co spełni swoją rolę przez najbliższy rok - dywanik firmy Eight Mood - kosztował o ile się nie mylę coś ok. 90 zł. Jest fajny, łatwo go utrzymać w czystości, nie łapie szybko brudu. Jak widać, wkomponował się w całość idealnie!

Właściwie w opisie było, że znajdujący się na zdjęciu kosz na zabawki, to kosz na... pranie. Ja jednak zaważyłam w nim idealnego kandydata na kolejny kosz, w którym będziemy składować maskotki, poduszki itp. Poza tym... czy ten wzór nadaje się na łazienkowy...? Mi tu od razu zaleciało dziecięcym klimatem i tak też to wykorzystałam. Kosz na zabawki ma fajny materiał, delikatny, subtelny wzór i jako, że teoretycznie jest koszem na pranie - można go u góry zawiązać. Jego cena to było coś koło 100 zł. Może nie jest za duży, ale zdecydowanie nie jest tandetny co czuć już przy pierwszym dotyku.
Reszta w pokoju nie uległa zmianom. Raczej prócz prezentów, które Polka dostaje, ja sama z siebie już nic nie dokupię do czasu wyprowadzki. Nie przykładam jakoś szczególnie uwagi, by to wszystko wyglądało, było spójne itp. - cały wystrój pokoju, a właściwie kąciku w sypialni - ten cały wystrój wyszedł totalnie spontanicznie. Dochodziły nam kolejne rzeczy, które gdzieś kładliśmy i tak oto powstał taki, a nie inny klimat. Robi się tutaj jednak naprawdę ciasno i pod tym względem chciałabym, żeby najbliższy rok minął naprawdę szybko... Pod innymi względami mam jednak nadzieję, że będzie płynął jak najwolniej ( o tym napiszę Wam we wpisie dotyczącym przedszkola Poli...).
Czy kącik Poli wpisuje się w obecne "trendy"? Tego nie wiem, wiem jednak, że wpisuje się idealnie w mój gust i z tego co widzę gust Poli - uwielbia spędzać tam czas, bawi się ABSOLUTNIE WSZYSTKIMI zabawkami i sama wybiera sobie, pod którym kocykiem i na której poduszce dzisiaj śpi. Co do sprzątania pokoju, niestety to wciąż moja działka. O ile Poldun rwie się do rozwieszania prania, wyjmowania naczyń ze zmywarki i układania butów w przedpokoju, tak schowanie klocków do pudła jest dla niej niezwykle ciężką czynnością. Doprawdy nie wiem po kim to ma... ;)
A teraz coś dla Waszego oka. Mam nadzieję, że całkiem miły widok. Do następnego!
















































