0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

Sklep ze starociami - tyle czasu szukałam w internecie, na forach... tyle czasu rozglądałam się na dzielnicy Ursynów za miejscem, w którym będę mogła pogrzebać w starych zabawkach, zastawie i innych pierdołach. A wystarczyło zaprowadzić Polę do przedszkola i podczas dreptania w jego obrębie, przypadkowo natknąć się na taki właśnie sklep... 

Pamiętacie jak niedawno wstawiłam zdjęcia Poli bawiącej się w fontannie? No to robiąc te zdjęcia, miałam ten sklep centralnie za plecami. Widziałam tylko jakieś napisy sugerujące, że jest tam pełno jakiś pierdół, gadżetów, ale myślałam, że to coś w stylu jakiegoś chińskiego sklepu. Ale nie... to coś jak lumpeks, ale ... bez ciuchów ;) Mnóstwo zabawek, książek, zastawy, kaset, płyt... raj dla osoby takiej jak ja. Dostawa co dwa tygodnie i cholernie żałuję, że nie byłam pierwszego dnia, kiedy dojechał nowy towar. Trafiła mi się cena chyba 5 dych za kg. Zastawy więc nie kupowałam, bo jednak jak już jestem w takich sklepach to chcę naprawdę niskie ceny, zwłaszcza że dolary nie wysypują mi się z portfela ;)

Pamiętam, że łupy z SH ogromnie Was zainteresowały, stąd myślę, że i takie zakupy Was zaciekawią. Tego typu shopping to dla mnie sama przyjemność. Szperanie w poszukiwaniu perełek, a nie pójście na łatwiznę i kliknięcie "kup teraz" w sieci. Te zakupy co prawda nie są jakimś totalnym sztosem, bo nie jest tego wiele, ale uważam, że 50 zł za to wszystko to naprawdę super sprawa, zwłaszcza, że wybrałam rzeczy, które naprawdę chciałam mieć. Darowałam sobie to co kusiło, ale nie byłam do końca do tego przekonana. Wiem z góry, że taki zakup, który do końca nas nie przekonuje, nie przekona nas do siebie bardziej gdy już go kupimy.

No i co najważniejsze - ten sklep ze starociami pozwolił mi przetrwać pierwsze dwie godziny Poli w przedszkolu już bez mamy - pewnie niektórzy z Was czekają na wieści jak to przeszła - no więc... przeszła znakomicie - poza kwiknięciem przy rozstaniu, nie uroniła przez cały pobyt ani jednej łzy, które za to masowo płynęły w domu... bo chciała wrócić do "kola". Także tego... dziecko mi dorasta. I nie można tego zatrzymać! Ale dobra... dzisiaj nie o tym mowa. O przedszkolu opowiem Wam szczegółowo za kilka dni.

Poniższe łupy, może nie zachwycą dorosłego, ale... ja widząc każdy z nich wiedziałam, że zachwycą moje dziecko. A zwłaszcza ten duży, różowy ... ktoś ;) Sami zobaczcie.

Skakanka

Polcia ma co prawda już jedną, ale no hello! Nie z takimi rączkami! Wiedziałam, że dziecię moje uwielbia wszystko co ma jakiekolwiek buźki, więc... nie mogłam przejść obojętnie.

 

DSC_0705

 

DSC_0707

 

DSC_0717

 

KARTY

Kiedy ostatni raz była u nas teściowa, Polcia dostała od niej małe karty myszki miki. Od tamtego czasu Pola bawi się nimi codziennie. Kiedy zauważyłam te - większe i to z księżniczkami i w takiej ilości (!!!) - wiedziałam, że Poldun będzie skakać z radości!

 

DSC_0708

 

DSC_0709

 

DSC_0710

 

FIGURKI

Od malutkiego zbieraliśmy Poli przeróżne malutkie figurki. Plastikowe, gumowe, teraz nawet... gipsowe. Pamiętam jak układała je wszystkie w domku, teraz tworzy im przeróżne budowle z klocków lego, układa w rządku i odgrywa z nimi scenki. Fajny widok. Zawsze jak jestem w jakimś secondhandzie czy sklepie z takimi pierdołkami, wyszukuję jej właśnie takie cudeńka. Mam nadzieję, że kiedyś zapełnimy nimi mnóstwo półek... ;)

 

DSC_0701

 

DSC_0702

 

DSC_0703

 

DSC_0704

 

NAKLEJKI

Kolejna rzecz, której nie wiecie o mojej córce, to fakt, że jest maniaczką naklejek. Mamy w domu już całe sterty zeszytów z naklejkami, książeczek, notesów... od czasu kiedy tak szybko stała się w moich oczach dużą dziewczyną i zaczęła większą uwagę przywiązywać do takich czynności, w których trzeba być precyzyjnym - naklejki są ratunkiem wszędzie tam gdzie dopada nuda - w metrze, w aucie, czy w oczekiwaniu na autobus czy ciacho w knajpie.

 

DSC_0719

 

DSC_0720

 

DSC_0721

 

DSC_0723

 

NOTES

Tego u nas również nigdy za wiele... Pola uwielbia rysować i jak wspomniałam wcześniej - przyklejać naklejki. Stąd leży u nas całe mnóstwo kartek i zeszytów, a notesu jakoś było brak... zwłaszcza takiego, no! No nie powiecie, że nie jest piękny! Jest... <3 I na dodatek jest w rewelacyjnym stanie!

 

DSC_0711

 

DSC_0713

 

DSC_0714

 

DSC_0716

 

KUBEK

No jak nie ma w domu kubeczka z motywem dziecięcym i to z uchem... to chyba najwyższy czas kupić prawda? Cudowny, delikatny i lekki. Piękna rzecz!

DSC_0734

 

DSC_0735

 

DSC_0736

 

ETUI NA TELEFON

Dobra, dobra. Wiem, że zajeżdża kiczem, ale ... mi się podoba :D No co zrobić. Nie jest zbyt wygodny i raczej nie na co dzień, ale na weekendowe, wieczorne wyjścia ( wiem, całe mnóstwo ich) - będzie idealny! Siedem ziko, kto by tam się zastanawiał. No może ktoś tak, ale ja chwyciłam od razu, krzycząc radośnie: mój Ci on! ( tak w duchu, no ale zawsze to krzyk jednak... )

 

DSC_0729

 

DSC_0731

 

DSC_0733

 

No i na koniec... główny bohater tego shoppingowego "szaleństwa"... proszę Państwa...

oto...

PEPPA!

Piękna, różowa, mięciutka, a teraz po pranku - pachnąca! Najbardziej ze wszystkiego zawróciła Poli w głowie -  i ja się wcale jej nie dziwię. Peppa codziennie podbija całe mnóstwo malutkich serduszek. Jest mała, kochana, słodka i jak widać dzieciaki doskonale rozumieją co do nich mówi. Peppa nie ma żadnego wypełnienia, z tyłu jest odpinana na rzecz i można coś do niej spakować. Bomba!

 

DSC_0725

 

DSC_0726

 

DSC_0727

 

DSC_0728

 

No i jak?! Można? No pewnie, że można. Ja to nawet wychodzę z założenia, że można WSZYSTKO, co to więc za sztuka upolować takie cacka?! No cóż... 5 dych to też nie mało, ale patrząc na to co za to kupiłam - nie wydałam majątku. Wraz z 1 września został nam już TYLKO rok, by uzbierać pieniądze na wykończenie mieszkania - a co za tym idzie - zaczynamy maksymalne oszczędzanie. Trochę ciężko wrócić do takiego trybu po wakacjach podczas których w końcu, po wpłaceniu prawie wszystkiego na wkład własny, trochę poszaleliśmy w Warszawce po kinach, basenach i restauracjach - warte to było tych wszystkich wspomnień, nie żałuję ani złotówki, ale pora zejść na ziemię i znów skupić się na CELU jakim jest mieszkanie, a konkretnie jego wykończenie. Czy się uda? Innej opcji nie widzę!

Dajcie znać czy i Wy jesteście łowcami, którzy lubią dreszczyk emocji przy szukaniu perełek w takich sklepach. A jeśli jesteście z Warszawy, koniecznie dajcie znać o podobnych miejscówkach!

Lubię macierzyństwo. Ba! Kocham je. Każdego dnia coraz bardziej. Choć niejednokrotnie czułam się przemęczona, zawiedziona, a nawet rozczarowana. Ale te wszystkie uczucia zawsze trwały tylko krótką chwilę. Bo jak można być rozczarowanym macierzyństwem? Chyba tylko wtedy kiedy wyobrażamy sobie, że nie zmieni się nic...

Albo wtedy kiedy nastawiamy się na kupy pachnące fiołkami i dziecko, które nic od nas nie chce... Tak - macierzyństwo często różni się od naszych wyobrażeń, a w chwilach słabości możemy nawet myśleć, że nic nie jest tak jak być powinno. Ale wszystko jest kwestią podejścia. I na pewno nie jest coraz ciężej.

Straszono mnie niesamowicie. Chyba jak każdą matkę. Że będzie coraz gorzej, trudniej. Nie wiem... sama nie wiem. Mówiły mi to chyba matki, które w ciąży wyobrażały sobie, że dziecko będzie gadżetem, który postawimy sobie gdzie chcemy jak przedmiot na wystawie sklepowej. Nie raz płakałam, zaciskałam zęby z bezsilności, wysiadał mi kręgosłup. Nie raz narzekałam, bo ... mam do tego prawo. Macierzyństwo nie jest łatwe, ale nikt nie mówił, że będzie. Poza tym czy gdyby było łatwe, byłoby takie satysfakcjonujące? Trud włożony w wychowanie, w tłumaczenie najprostszych rzeczy, we wszystko... a następnie efekty tego "trudu" to coś czego nie da się opisać słowami. Pierwsze słowa, pierwsze umiejętności. Pierwszy wierszyk, piosenka i coraz lepsze rozumienie tego co nas otacza. Pierwsze fochy i odzywki, które pokazują jak dziecko nas testuje i pokazuje, że jest odrębną jednostką, która też ma swoje zdanie. Te furie, które nas frustrują, a potem przytulenia, które wszystko łagodzą...

Nie. Nie jest trudniej. Jest coraz lepiej, piękniej i łatwiej. Małe dzidzie są fajne, ale pogadanie sobie ze swoją mniejszą wersją i nie mam tu na myśli gaworzenia - jest rzeczą niesamowitą. Postrzeganie świata przez dzieci, ich proste myślenie, beztroska ... to jest coś czego nam dorosłym brakuje. Od dzieci można się wiele nauczyć. Ja uczę się codziennie... zwłaszcza tego dostrzegania małych rzeczy, zwracania uwagi na szczegóły, cieszenia się każdym krokiem, celebrowania każdej wspólnej chwili. Uczę się zatrzymywania w momentach, w których wszyscy inni biegną, nawet jeśli chodzi tylko o przyjrzenie się biedronce czy niezwykłym kształtom kamyka.

Myślę, że rzeczą ludzką jest mieć dość. Rzeczą ludzką jest wątpić i bywać bezradnym. Ale czy warto w tym stanie trwać, skupiać się tylko na tym? Czy nie lepiej się wypłakać, zwierzyć koleżance, a potem znów od nowa skupić na tym co sprawia nam w macierzyństwu radość? Czemu tak drażnią nas piękne zdjęcia? Czemu nastała moda na hejtowanie pięknego macierzyństwa? Czy serio ktokolwiek na tym świecie uważa, że jeśli zdjęcia są piękne i kolorowe, to życie też takie jest? Nie, nie jest takie. Ale może ich autorzy po prostu wolą emanować tym co piękne i radosne, niż wiecznie się nad sobą użalać. Myślę, że trzeba znaleźć sobie swoje miejsce gdzieś pomiędzy. Umieć przyznać, że jest ciężko, ale przyznać, że mimo to jest pięknie... bo jedno drugiego nie wyklucza. Dziś po 2,5 roku już nie pamiętam tego jak byłam zmęczona rok temu, kiedy Pola miała lęki nocne i nosiłam ją do 6 rano, bo inaczej płakała w niebo głosy... dziś już nie pamiętam tego jak źle znosiła ząbkowanie, ale pamiętam radość z pierwszego, drugiego, trzeciego ząbka... nie pamiętam już jak w dziewiątym miesiącu płakałam, bo nie mogłam złapać tchu, a przy obracaniu się na bok rozrywało mi całe ciało... ale pamiętam kopniaki, które tworzyły na moim brzuchu góry, których nie zapomnę nigdy. I potrafię o tym opowiedzieć koleżankom. Potrafię opowiedzieć jak było momentami ciężko, ale zawsze dodaję... " kochana... spotka Cię w macierzyństwie tyle pięknych rzeczy, że te złe i smutne przestaną na ich tle mieć jakiekolwiek znaczenie... " - i tego będę się trzymać. Bo kocham macierzyństwo. I nie ma tu grama lukru, tęczy czy jak tam to inaczej nazywają krytycy wszystkiego i wszystkich. To oczywista oczywistość. A jak miłość może kogokolwiek z nas smucić? Może i może, ale ... tylko na chwilę.

 

DSC_8658

 

DSC_8659

 

DSC_8662

 

DSC_8669

 

DSC_8670

 

DSC_8672

 

DSC_8677

 

DSC_8680

 

DSC_8681

 

DSC_8682

 

DSC_8686

 

DSC_8688

 

DSC_8693

 

DSC_8696

 

DSC_8701

 

DSC_8703 (1)

 

macierzyństwo

 

Ciąża zmienia wszystko. Jeszcze więcej zmienia przyjście malucha na świat... nie ma znaczenia to co sobie wyobrażaliśmy, na co się nastawialiśmy. Życie i tak weryfikuje nasze plany i pokazuje nam, że nasze oczekiwania nijak miały się do rzeczywistości.

Będąc w ciąży, obiecałam np. sobie, że będę super, wyluzowaną mamuśką, która bez problemu może wyjść sama w domu i nie tęsknić od razu. Która wciąż pamięta o swoich potrzebach, wciąż ma ochotę dbać o siebie 24 na dobę. Rzeczywistość jest nieco inna. Ale wcale nie oznacza to, że jest... gorsza. Jest jednak coś pięknego w tym życiu "dla kogoś". Jest coś fajnego w tym dresie, nieuczesanych włosach i beztrosce u boku małego człowieka. Jest coś pięknego w tej tęsknocie, gdy tylko przekraczamy próg domu i jest coś uroczego w zakupach, podczas których nie kupujemy nic dla siebie i już wcale nas to nie dziwi.

Bycie mamą jest fajne i jestem cholernie dumna z tego, że nadchodzące święto mamy jest już trzeci rok z rzędu moim świętem. Powstaje dużo tekstów o tym, by pamiętać, że wciąż jesteśmy kobietami, że nie żyjemy tylko macierzyństwem. Ja dzisiaj jednak chciałabym skupić się na tym, że wciąż jestem matką - i będę nią do końca życia. A bycie nią, to wcale nie taka prosta sprawa. Dlatego właśnie dzisiaj chciałabym sobie jako mamie życzyć...

1. Cierpliwości - takiej anielskiej. Takiej, która pozwala mi przetrwać najokropniejszy bunt w sklepie i takiej, która pozwala mi przetrwać ciężką noc, kiedy wstaję do mojej córki co jakieś 10 minut. Takiej cierpliwości, która sprawi, że nie wybuchnę, kiedy wybuchnąć mam już ochotę po raz setny... Takiej, która pozwoli mi rozumieć jej emocje, a nie tym emocjom się poddawać...

2. Sprytu - takiego, który pozwoli mi sprytnie, ale mądrze odpowiadać na trudne pytania dziecka. Takiego, by bezszelestnie odwinąć cukierka w ukryciu przed dziećmi. Takiego, by potem się tego papierka pozbyć...

3. Wytrwałości - takiej, która pozwoli mi wytrwać w miłości wtedy, gdy najbardziej będzie wystawiana na próbę. Takiej, która pozwoli mi wytrwać w założonych przez siebie celach wychowawczych. A może po prostu takiej, która pozwoli mi wytrwać podczas jej dorastania.

4. Bezgranicznej wzajemnej miłości - miłości mojej do niej, i jej do mnie. Takiej, która ani na chwilę nie słabnie, a umacnia się każdego dnia. Takiej, która razem pokonuje wszystkie przeszkody... takiej, której wiara w to, że jest nigdy nie gaśnie. Takiej, która pozwala wierzyć i czuć, że na świecie jest ktoś kto wskoczyłby za mną w ogień.

5. Docenienia - np. w formie drobnych przyjemności... takiego docenienia samej siebie, że to co się robi, robi się dobrze. Takiego spojrzenia na siebie i powiedzenia: " Kuuurcze, zasługujesz na wszystko co najlepsze!". Takiego przypomnienia sobie o swoich potrzebach, o tym czego my chcemy, a nie mąż, dziecko, pies. Takiej chwili zapomnienia, odłożenia manii oszczędzania na bok i nagrodzenie siebie czymś co chcemy już od dawna? Rozumiecie o co mi chodzi? Od momentu, w którym na świat przyszła Pola totaaaalnie przestało mi zależeć na nowych ciuchach czy jakichkolwiek rzeczach materialnych "tylko dla mnie". Jeśli już coś robić z pieniędzmi to albo je odkładać albo wydać na dziecko...albo męża. Albo coś do domu... ale nie na mnie! Po co mi nowe buty, albo porządne trampki - z takim przekonaniem 3 lata przebujałam w trampkach kupowanych co sezon za 50 zł - 50 zł co sezon no hmmm...miałabym już dawno jedne porządne na pięć sezonów. Po co mi kurteczka ... czarna ramoneska... skoro można się wszędzie bujać w bluzie nike... i tak zawsze od jakiś 3 lat :) Po co mi wgl coś dla mnie... I on pyta mnie ostatnio: ale czemu sobie tego nie kupisz, skoro potrzebujesz? No... dobre pytanie. Czemu? I tak patrzę na kalendarz, że dzień matki idzie i myślę sobie...że cholernie dobrą mamą jestem. Więc tak - raz na ruski rok, pomyślę też o tym by samej sobie sprawić przyjemność. Raz wydać trochę kasy i cieszyć się, że ma się coś nowego w rękach... ( albo na nogach ) ) - i jak pomyślałam tak zrobiłam.

Co tam się będę zastanawiać - na zalando jak na złość matka musiała napotkać banner " Wszystkiego najlepszego, mamo". A banner zgadnijcie gdzie mnie przeniosł... dział Prezent na dzień matki. Jeszcze się natknęłam na taki z okazji dnia dziecka, ale nie... święto matki to święto matki - koniec kropka! Rozmyślałam się jeszcze jakieś 10 razy, bo w sumie " po co mi? " ;) Ale już nie dajmy się matki zwariować. Trzeba o sobie pomyśleć - szczęśliwa kobieta = szczęśliwa matka. A szczęśliwa matka musi się przecież jakoś prezentować, co nie? Więc chwalę się teraz wszystkim i mówię wprost - że przełamałam barierę i w końcu kupiłam coś DLA SIEBIE. To nic, że dziecko moje przesyłkę przechwyciło i oddać nie chciało - ważne, że zrobiłam krok ku odświeżeniu swojej garderoby... ;)

W dziale z prezentami na dzień matki znajdziecie prawie 10 tysięcy produktów, więc można łatwo przepaść. Mi wiele do szczęścia nie trzeba, więc zadowoliłam się tym czego najbardziej potrzebowałam  - oksy i trampki . Może i Wy znajdziecie coś dla siebie. Ja co prawda z moim szczęściem życiowym, trampki zamówiłam za małe, ale spoooko - akurat tutaj zwrot jest banalnie prosty. Wsadzasz produkt z powrotem do pudła, naklejasz na starą naklejkę nową, która była w paczce, a na zalando klikasz "zwróć produkt" i zaznaczasz kiedy ma wpaść kurier - na koszt firmy of kors. Aczkolwiek mam nadzieję, że nie będziecie miały konieczności zwracania niczego - ja trampy zamówię ponownie... rozmiar większe ;)

 

DSC_0481

 

DSC_0482

 

DSC_0483

 

DSC_0486

 

DSC_0487

 

DSC_0488

 

DSC_0489

 

DSC_0491

 

DSC_0493

 

DSC_0494

 

DSC_0495

 

DSC_0499

 

DSC_0500

 

DSC_0501

 

DSC_0502

 

DSC_0503

 

DSC_0504

 

DSC_0506

 

DSC_0508

 

DSC_0509

 

DSC_0510

 

DSC_0512

 

DSC_0513

 

DSC_0516

 

DSC_0520

 

Żeby Wam nieco ułatwić zadanie co do wyboru swojego prezentu na dzień matki, przygotowałam Wam trzy zestawienia  fajnych produktów w różnych wersjach kolorystycznych, które każda mama powinna w szafie mieć, o! :) No dobra, nie powinna, ale byłoby fajnie, prawda?

 

ZAL1

1 ; 2 ; 3 ; 4 ; 5

 

ZAL2

1 ; 2 ; 3 ; 4 ; 5

 

ZAL3

1 ; 2 ; 3 ; 4 ; 5

 

Szczęśliwego i pełnego miłości Dnia Matki kochane matule! Wiadomo, że najpiękniejszych rzeczy w życiu nie kupimy za pieniądze, ale sprawcie sobie od czasu do czasu coś tylko dla Was! <3

Uważaj matko, oj uważaj! Bo im dziecko starsze tym gorzej. Miej oczy dookoła głowy i wyczekuj momentów, przed którymi Cię przestrzegali! Wyczekuj, wypatruj, bo jeśli będziesz nieuważna... to możesz ich nawet nie zauważyć. Ja np. nie zauważyłam... ;) 

Gdybym miała słuchać rad starszych koleżanek, ciotek i wszystkich doświadczonych mam - to chyba bym się na dziecko nie zdecydowała. Bo skoro cały czas mam uważać, to ile ja tak ujadę?! Dwa, trzy lata? A co potem? Skoro ciągle coś? Nie wiem co te matki tak w macierzyństwie rozczarowuje... może się nastawiały, że kupa jest różowa, ulewanie pachnie fiołkami, a dziecko to laleczka, którą postawi się na miejscu i będzie do nas machać rączką i się uśmiechać allll the time. A tu proszę - kupa to kupa, smrodu od cholery, a zamiast uśmiechu od rana do nocy, to stęki, jęki i wszystko na nie. Oszaleć idzie, z tym się zgodzę. Okno czasem kusi, by przez nie wyskoczyć, ale generalnie ten stan szybko mija. Trwa on mniej więcej do czasu, aż Twoje dziecko nie podejdzie i nie powie czegoś śmiesznego, albo nie przytuli się do Ciebie tak jakby miało nie być jutra.

Ileż to ja się nasłuchałam... uważaj jak zacznie chodzić! O Panie! No uważałam... i wiecie co się stało? Chodzić za dzieckiem musiałam... wózek poszedł w odstawkę - to chodzić za rękę na spacery musiałam. Na placu zabaw to dupa, już nie usiądziesz. Bo woła to małe co chwilę, a to, żeby huśtawkę pobujać, a to na konika razem wsiąść, a to piłkę podać. Straszne rzeczy do cholery! Jak zaczęło chodzić to mi mówili, żebym uważała jak zacznie mówić... no zaczęło tak jakby. NIE to słowo najbardziej wypracowane. Dyskusje nie mają końca. Mały człowiek ma czelność w ogóle do nas mówić! Już nie ma błogiej ciszy, a jest non stop trajkotanie. Aaa... to na to miałam uważać ? No dobra... myślałam, że wydarzy się coś bardziej harkodorowego! No nie wiem, że na przykład język stanie się niebieski jak niebo i pojawi się na nim kolorowa tęcza. A tu dupa... po prostu zaczęło mówić. I gada.

Uważaj jak skończy dwa lata... ooo w tym to odrobina prawdy była. Bo szatanisko wstąpiło w to dziecko niezłe, ale żeby jakieś to spowodowało wielki zmiany, to mi jakoś uwadze umknęło. No trzeba się trochę nagimnastykować, żeby przetłumaczyć, że w zimowych butach będzie jej dziś za ciepło, ale żeby to było jakieś nie do przejścia, to niee. Ja postoję i przeczekam te wszystkie furie, rzucanie się na podłogi. Ba! Jaki to trening dla cierpliwości mojej i sprytu! Jaki to trening dla umiejętności tłumaczenia w taki sposób, by dwulatek ci przytaknął. No daaa się to przejść, choć łatwo wcale nie jest. No i jak już miałam tak uważać... to uważałam. Teraz to jednak dopiero czeka mnie hardkor. Teraz to muszę uważać, aż skończy trzy lata. Chociaż mamy czterolatków mówią, że mam uważać aż skończy cztery. A mamy pięciolatków, że jak skończy pięć. No kuźwa ok, to będę uważać w takim razie co roku! Oczy dookoła głowy! Tylko, że matki dwójki dzieci mówią, że mam uważać, aż dzieci będzie dwójka. Bo ponoć przy jednym to wcale nie mam uważać, bo generalnie luksus, luźne majty i tęcza. A jak będzie dwójka, trójka, czwórka to już wiecie... to już jest na co uważać! Uważaj jak się zaczną bić, uważaj jak zaczną się popychać na schodach,uważaj uważaj...

A ja tak myślę, że jakby tak nie uważać wcale, to nic nas zbytnio w tym macierzyństwie nie zdziwi. Bo zamiast się skupiać na tym co będzie, to będziemy żyć dniem dzisiejszym, a nie tym co będzie jutro, pojutrze czy za 10 lat. I jakby tak sobie normalnie opowiadać o tym co będzie, a nie z tym straszącym słówkiem UWAŻAJ na początku, które świeżo upieczone matki przyprawia o dreszcze - to nawet te opowieści o "strasznym" macierzyństwie byłyby jakoś bardziej przyjazne dla ucha... A tak to nic tylko uważać, bać się i nastawiać na najgorsze - i jak przez to macierzyństwo przejść z uśmiechem, jak już zanim w ciąże zajdziemy to się nasłuchamy jaka to droga przez mękę jest...to bycie matką ma się rozumieć.

A ja Ci tak od siebie powiem, że droga przez mękę to to czasem jest. Ale wierz mi, że ta "męka" warta jest tego co dostaniesz od życia wraz z momentem urodzenia swojej pociechy - najprawdziwszej, bezgranicznej miłości, która wypełni całe Twoje ciało i umysł. I jedyne na co będziesz musiała uważać to to... by tej miłości i pięknej relacji nigdy nie zaniedbać!

 

DSC_6156

 

DSC_6158

 

DSC_6159

 

DSC_6162

 

DSC_6165

 

DSC_6166

 

DSC_6167

 

DSC_6169

 

DSC_6175

 

DSC_6177

 

DSC_6179

 

DSC_6180

 

DSC_6182

 

DSC_6183

 

DSC_6196

 

DSC_6197

 

DSC_6199

 

DSC_6201

 

DSC_6203

 

DSC_6204

 

DSC_6205

 

DSC_6208

 

DSC_6209

Klapsy - niezmiennie zadziwia mnie fakt, że ilekroć w internecie pojawia się ich temat - ludzie gotowi są wydrapać sobie oczy z powodu odmiennego zdania. Tylko jak w temacie przemocy zdania mogą być w ogóle podzielone?

Kiedy dorosły uderzy dorosłego - reagujemy! Kiedy dziecko uderzy dorosłego - reagujemy. Kiedy rodzic uderzy dziecko - jedni zareagują, inni powiedzą, że to w imię zasad. Klapsy to dla niektórych norma. Dziecko trzeba wychowywać, a cóż zdyscyplinuje je bardziej niż... no właśnie niż co? Strach, upokorzenie? Tak - to właśnie niesie ze sobą przemoc.. Począwszy od klapsa, skończywszy na uderzeniu w twarz.

Dwa razy. Dwa razy w życiu byłam świadkiem publicznego uderzenia dziecka w tyłek. Takiego uderzenia, pod którego wpływem dziecku uginają się z bólu nogi. Pierwszy raz pamiętam jak przez mgłę, akcja była dość szybka. Nie miałam dzieci, poczułam totalne wkurzenie, ale nie zareagowałam. W tyłek przyłożyła swojej córce, wściekła mama. Wściekła, bo dziecko wchodząc do marketu miało czelność marudzić. Za drugim razem nie przeszłam obojętnie. Wyczulona na krzywdę dziecka, będąc już matką, zareagowałam od razu. Ojciec, dwójka dzieci na rowerkach, pies na smyczy. Dziecko za wolno jechało na rowerku, zatrzymywało się - no wiecie, a ojciec się spieszy! Co więc zrobił? Szarpnął dziecko siedzące na rowerku, a następnie przyłożył w tyłek tak, że dziecko upadło i zalało się łzami. Żałuję, że tylko na pouczeniu wtedy skończyłam...

Powyższą sytuację opisałam na facebooku. Nie przewidziałam jednak jednego... że klapsy, że przemoc ma swoich zwolenników. Bo klaps to przecież nie przemoc. To forma wychowania. To ułatwienie... Ręce mi opadły. Nie przemówił do mnie ŻADEN argument, bo słowa, które czytałam nie były dla mnie argumentem, a absurdem.

" Ja też dostawałam na dupę i żyję" - super! Ja kiedyś sięgnęłam po narkotyki i też żyję - czy to czyni branie narkotyków dobrą rzeczą? Ale rozumiem! Przyznanie się przed samym sobą, że nasze dzieciństwo wcale nie było takie piękne jak sobie wmawiamy, mogłoby być bolesne... spoko.

" Kiedyś przynajmniej ludzie czuli respekt, a teraz bezstresowe wychowanie, zero klapsów i dzieci za kilka lat założą Ci kosz na łeb" - pojęcie bezstresowego wychowywania to najgłupszy argument przytaczany za każdym razem przez zwolenników bicia. Nie wiem, na prawdę nie wiem jak można być aż tak ograniczonym by nie umieć rozgraniczyć dwóch różnych rzeczy. O ile istnieje pojęcie wychowania bezstresowego, to nie jest to wcale wychowanie, w którym nie ma żadnych zasad. Mówienie o sytuacjach, gdzie dzieci robią co chcą to BRAK WYCHOWANIA... a to bezstresowe - wg mnie nie istnieje. Nie da się w życiu dziecka uniknąć stresu i nie da się trzymać go pod kloszem, by nie miało styczności ze światem zewnętrznym, który jest stresujący sam w sobie. To, że nie biję dzieci nie jest równoznaczne z tym, że ich nie wychowuję. Wychowuję, ale nie idę na łatwiznę poprzez wywoływanie w dziecku strachu.

" Jakby mi się dziecko położyło w markecie na podłodze i zaczęło się drzeć, od razu bym mu przyłożyła" - takie coś może powiedzieć albo ktoś kto nie ma dzieci, albo kto je ma, ale w ogóle się z nimi nie liczy. Dla dziecka pierwsze lata życia to NOWOŚĆ. Każdego dnia uczy się czegoś innego. Furie w markecie mogą dziwić kogoś kto nie ma dzieci, ale nie rodziców. Emocje - siedzą w każdym z nas i prowadzą do dziwnych zachowań. Pod ich wpływem dorośli robią różne rzeczy, jakim więc cudem dziwimy się dzieciom? Dzieciom, które w napadzie furii, która dla nas jest kaprysem walczą właśnie ze swoimi emocjami, których same nie rozumieją...

" Czasem klaps jest potrzebny, jak tłumaczenie nic nie daje" - czy ktoś kiedykolwiek powiedział, że wychowanie dziecka jest proste? Że wystarczy wytłumaczyć dwa, trzy razy i dziecko zrozumie? Nie. Dziecku czasem trzeba coś tłumaczyć kilka miesięcy i konsekwentnie pokazywać co wolno, czego nie wolno. Wychowanie dziecka to tysiące godzin spędzonych na tłumaczeniu dlaczego, po co, jak i czemu. Jak inaczej miałoby to wszystko pojąć.

Czy kiedy niechcący porysujesz facetowi auto, mimo że setki razy tłumaczył Ci jak masz cofać - czy to, że Cię uderzy, sprawi, że zrozumiesz? Auta już więcej nie zarysujesz, bo za każdym razem kiedy będziesz cofać, nie będziesz sobie przypominać jego wskazówek jak to robić, a przypomnisz sobie co czułaś, gdy Cię uderzył, upokorzył, a jednocześnie zastraszył. To samo tyczy się dzieci - przeczytałam w sieci nie raz, że dziecko po uderzeniu stało się posłuszne - brawo Ty! Super, że posłuszność to w tym wypadku tak naprawdę strach - strach przed własnym rodzicem. Na czym Ci rodzicu zależy? Na tym, żeby dziecko zrozumiało DLACZEGO tak nie wolno robić, czy na tym, żeby tego nie robiło bo znów mu się dostanie...?

KLAPS = przemoc. Przemoc to pójście na łatwiznę. To nasze nieradzenie sobie ze swoimi emocjami. Skąd to wiem? Bo sama czasem już sobie z nimi nie radzę. Kiedy jesteśmy doprowadzani do furii, tracimy zdolność myślenia zdroworozsądkowego. Miotają nami emocje i właśnie kiedy tak się dzieje, tysiące rodziców zaciska zęby i ręce, które nas najzwyczajniej w świecie swędzą. W tym momencie rodzice dzielą się na dwie grupy. Pierwsza z nich to grupa tych rodziców, którzy zacisną zęby i doskonale będą wiedzieli, że to oni sobie ze sobą nie radzą, bo nie mają już sił. To grupa tych rodziców, która w tym momencie wie, że granicy przekroczyć nie wolno. Druga grupa to ta, która raczej zbytnio nie myśli - swędzi rączka, więc tą swędzącą rączką funduje dziecku ból. Czasem pogarsza on sytuację, czasem staje się rzecz niesamowita! Dziecko milczy. Upokorzone, zranione przestaje marudzić i wymyślać. I kiedy w tym momencie rodzice patrzą w jego oczy - jest wtedy jeszcze szansa, że te oczy powiedzą rodzicowi wszystko - powiedzą mu jak bardzo źle zrobił. Jest wtedy szansa, że ten rodzic, nigdy więcej już tego nie zrobi. Znam takie przypadki... niestety ból w oczach dziecka nie zrobi wrażenia na każdym. Niektórzy będą iść w zaparte już do końca, że przemoc czyli również klapsy, to część wychowania i swój błąd będą wciąż i wciąż powtarzać.

Czy warto reagować? Czy warto wciąż tworzyć akcje, apele, pisać o tym, że klapsy są złe? Tak. NIGDY nie ingeruję w to jak rodzice wychowują swoje dzieci. Z wyjątkiem sytuacji, w których mamy do czynienia z przemocą fizyczną bądź psychiczną. Jeśli jakikolwiek apel, jakakolwiek akcja, jakikolwiek wpis, może uchronić chociaż JEDNO dziecko... to już jest warto.

A klapsy? Niech będą dla nas tylko wspomnieniem gorących nocy w sypialni, a nie upokorzenia z dzieciństwa.

 

dziecko

 

lody

 

klapsy

 

torba klapsy

 

Torbę z hasłem "Klapsy tylko dla dorosłych" dostaniecie tutaj.

Kocham. Nie daję klapsów.

Tak się czasem dzieje, że ambicje dorosłych na dzieci są przelewane... gdyby tak nie było, nie widzielibyśmy w telewizji dwuletnich miss, które ze łzami w oczach mają prostowane włosy i chodzą po wybiegu... 

Nie byłoby gimnazjalistek, które choć bardzo pragnęły iść do klasy o profilu matematycznym, poszły do klasy teatralnej. Nie mielibyśmy dzieci lekarzy na studiach medycznych, a być może wcale na studia, by niektórzy nie poszli... W tym przypadku idealnie sprawdza się określenie, że dziecko to owoc egoizmu.

A dla mnie możesz być córko, cukiernikiem, który będzie robił mi pyszne torty na dzień matki. Możesz mieszkać w ciasnej kawalerce i malować obrazy, nawet jeśli nie będą się sprzedawały. Możesz rzucić studia, albo nie iść na nie wcale. Może w liceum nawet zwątpisz w całą tą naukę i napijesz się piwa, a ja się wścieknę, a potem z Tobą porozmawiam. Może powiesz mi, że chcesz jechać do Paryża stopem, albo, że w ogóle pieprzysz to wszystko i zaczniesz dawać innym, samemu mając nie wiele. Bo tylko pomaganie Cię uszczęśliwia. Może będziesz astronautą, a może kasjerką. Może będziesz lekarzem, a może będziesz sprzątać. O... kiedyś taki obrazek widziałam. Niby miał nieść przesłanie. A stekiem bzdur był tylko. Pan na obrazku sprzątał ulicę, a na chodniku dwie matki z dziećmi stały. Jedna pana wyśmiała i dziecku powiedziała, że jak się uczyć nie będzie to skończy tak jak ten pan. Ta druga na obrazku miała być chyba mądrzejsza, bo swojemu synowi powiedziała, coś o szacunku do "takich" ludzi. A ja tam powinnam być trzecia i spytać - takich czyli jakich? Tak się jakoś dziwnie utarło, że są prace lepsze i gorsze. Jakby to było takie niewiarygodne, że może chłopinie w tej pracy jest dobrze, a może i źle nie zarabia. Może tyle co w jakiejś marnej korpo, której by wcale nie lubił. Ale nie... bo dzisiaj to wszyscy muszą być super wykształceni, spełniać się i mieć własny biznes. Dodaj do tego coś z coacha, który krzyczy "możesz wszystko!" i masz przepis na sukces.

A pieprzyć co mówią inni. Będziesz robić córko to co będziesz chciała. Grunt, byś z uśmiechem na twarzy funkcjonowała jak najczęściej. Byś wiedziała, że ważniejsze jest być, a nie mieć i że do szczęścia starczają najczęściej bliscy, którzy Cię kochają i wspierają. Ktoś mi może zaraz powiedzieć: bo ja chcę dla dziecka jak najlepiej. Tak...każdy chce. Ale jeśli chce się najlepiej to pragnie się przede wszystkim szczęścia. I możesz nie rozumieć czemu córka Twoja w butiku z odzieżą pracuje, kiedy ty ją widziałaś w szkole baletowej. I możesz sobie myśleć, że ona taka biedna. Ale jedyną biedną jesteś Ty - bo to Twoje marzenie się nie spełnia, Twoje oczekiwania zostały zabite przez rzeczywistość.

Możesz dziecku podpowiadać, sugerować, ale nie wybierzesz za niego drogi. I smutne to, że nadal są tacy ludzie, co przemówić sobie nie dadzą, że dziecko wcale nie chce być kolejnym lekarzem w rodzinie. I smutne to, że są też tacy co jak dziecko pójdzie drogą swoją, to się odwrócą, obrażą na śmierć. Smutne to, że tych pieprzonych egoistów jest tyle, jak gdyby dzieci spłodzili w celu posiadania nowego "pracownika" za lat kilkanaście.

A w tym wszystkim to trzeba jeszcze pozwolić sobie na świadomość, że nie każde dziecko będzie skazane na sukces, a nawet jeśli będzie to może się potknąć, a i na dno upaść nawet. Pewnie za 10/15 lat Twoje, albo Twoje, albo Twoje, a może i moje dziecko zostanie wyrzucone ze szkoły. Jeszcze inna matka będzie odbierać swoje dziecko z komisariatu, bo na wagarach piło wino ( takie to przecież niesamowite wykroczenie i nikt z nas tego nie robił!). Pewnie łapiesz się teraz za głowę i mówisz... nie no? Moje? A życie to tylko życie, ludzie to tylko ludzie, którzy popełniają błędy. Niby wszystko zależy od wychowania, ale ileż ja błędów popełniałam mimo wpojonych wartości, rozmów z rodzicami i ich bliskości. I ileż to zawodu im sprawiłam, ile razy podchmielona do domu przyszłam, a w liceum to mnie częściej nie było niż byłam. A wyniki w nauce i tak zawsze jedne z lepszych, a teraz marzenia spełniam i szczęśliwa nade wszystko jestem. Ileż to ja razy zawiodłam jako córka, a jednak na ludzi wyszłam i mama może być dumna ...

Bo dziecko kocha się ponad wszystko, pozwala mu się na błędy, wybacza i kocha dalej. Nieważne kim będzie, nieważne jakich wyborów dokona - zawsze powinno zależeć nam tylko na jego szczęściu. Ale pamiętać też należy, że najbardziej dziecko potrzebuje wsparcia i miłości, właśnie w nieszczęściu - choć wtedy je najbardziej odrzuca...

Więc bądź córko kimkolwiek zechcesz, nawet jeśli ktoś Cię palcem wytknie, że nie chce skończyć jak Ty. Może nawet nic w życiu nie będziesz chciała robić, prócz wychowania dzieci, bo w roli matki odnajdziesz się najlepiej i pięcioro dzieci będziesz miała. A może zostaniesz fryzjerką, bo przecież już teraz kochasz się bawić moimi włosami. A może, może... a może już lepiej nie myślę wiesz? Bo jedno jest wiadome. Kimkolwiek nie będziesz, zawsze będziesz... dzieckiem. Moją małą, niewinną Polą, którą wydałam na świat po to, by dać jej szczęście. I Ty sama będziesz wiedzieć najlepiej, gdzie to szczęście odnajdziesz...

 

DSC_0249

 

DSC_0253

 

DSC_0254

 

DSC_0260

 

DSC_0266

 

DSC_0268

 

DSC_0270

 

DSC_0271

 

DSC_0272

 

DSC_0273

 

DSC_0274

 

DSC_0275

 

DSC_0276

 

DSC_0277

 

DSC_0278

 

DSC_0279

 

DSC_0281

 

DSC_0282

 

DSC_0283

 

DSC_0285

 

DSC_0287

 

DSC_0288

 

DSC_0291

 

DSC_0292

 

DSC_0293

 

DSC_0294

 

DSC_0295

 

DSC_0297

 

DSC_0298

 

DSC_0301

 

DSC_0305

 

DSC_0308

Prezenty dla dzieci - kupujecie je tylko przy okazji urodzin, dnia dziecka, czy może robicie drobne wyjątki po drodze? Jak zapewne wiecie jeśli chodzi o Polę, raczej wyręczają mnie w tym inni, ale w moim życiu poza córką, jest jeszcze jedna istotka, która zajmuje sporą część mojego serca - Milla - chrześniaczka.

I chyba dobrze, że nie śpię na pieniądzach, bo rozpieściłabym ją do granic możliwości. To przy niej wprawiałam się w przewijaniu, w usypianiu i to przy niej poczułam, że nareszcie chcę być matką. Tak mała różnica wieku między Polą, a Millą, to najlepsze co mogłyśmy z siostrą dla nich zrobić. Więź, która powstaje na naszych oczach zadziwia chyba całą rodzinę.

Miasto rodzinne odwiedzam stosunkowo rzadko. Jednak zawsze wtedy staram się mieć jakiś upominek dla mojej "drugiej córki". I tym razem było podobnie, choć jeśli mam być szczera, gabaryt wcale nie był taki mały, co za chwilę sami dostrzeżecie. No, ale... duże nie znaczy, drogie. Tym razem postanowiłam zrobić Millci wcześniejszy prezent na dzień dziecka - nie będzie mnie w Inowrocławiu, w tym czasie, więc... pomyślałam o tym już teraz. Milla powiedziała jakiś czas temu, że chciałaby klocki, ale takie... "dziewczyńskie". Doskonale wiem ile kosztują "dziewczyńskie" zestawy najbardziej znanych nam firm. Doskonale też wiem, ile kosztują mega duże zestawy. Te małe... cóż - są fajne. Ale złożenie ich to jakieś 5 minut, a nic nie sprawia większej frajdy jak wybudowanie całej restauracji.

No i jak myślicie? Czy istnieją klocki, które są:

a) tanie

b) ładne

c) kompatybilne z innymi popularnymi markami ?

Odpowiedź brzmi... TAK! Istnieją! Są przecudowne i sprawiają, że z zachwytu kwiczy nad nimi nie tylko 4-latka, ale i jej starszy brat, który właśnie przyjął swoją pierwszą komunię. Wiecie... dla dzieci nie ma znaczenia cena. Lubimy popularne marki i chętniej takim ufamy, to oczywiste. Ale czy trzeba się ich sztywnie trzymać i nie robić żadnych odstępstw? Żadnych skoków w bok? ;)  Czy tańsze, ZAWSZE oznacza gorsze? Nie. Jest wręcz na odwrót - to drogie nie zawsze oznacza, że jest lepsze. A niestety nam rodzicom często zdarza się tak myśleć - i wtedy dzieje się prosta rzecz - przepłacamy.

A ja... ja lubię misz-masz. Lubię droższe, popularne marki, ale sztywno się ich nie trzymam. Jeśli widzę, że coś jest tańsze, a równie fajne - nie zastanawiam się. Z chęcią testuję nowe rzeczy i ciągle znajduję nowe marki, którym zaczynam ufać. Wielokrotnie pokazywałam tutaj inspiracje dla dzieci w wieku mojej Poli - pojawiały się głosy, że kurcze szkoda, bo Wasze starsze dzieciaki już za małe... no a przecież nie pomyślałam, że z tych wszystkich rzeczy, które dostaje ode mnie Milcia, mogłabym również robić fajne zestawienia, a przy okazji pomóc mamom starszaków. Uznajcie zatem ten wpis za małą próbę. Zobaczę ile tu mam zbuntowanych 4, 5, 6 latek. A może nawet starszych? W końcu klockami bawią się nawet dorośli ;)

Co do mojego wyboru - konkretnie są ta klocki Natalia Club. Ja zdecydowałam się na restaurację i willę z rodzinką. Chwilę przede mną ubiegła mnie siostra i Milla dostała też zestaw domek z basene. Klockami śmiało mogą bawić się dzieci w wieku 4+. Moja Polka choć młodsza, nigdy drobnych rzeczy do buzi nie brała, ale póki co trwamy jednak przy większych elementach, które idealnie udaje się jej składać. Póki co większe zestawy z tyloma elementami niech będą zajęciem dla starszaków takich jak Milla. Czy to był prezent idealny? Dziewczynka, którą zobaczycie poniżej twierdzi, że tak. Zresztą... myślę, że zdjęcia mówią same za siebie.

Klocki możecie kupić tutaj.

 

DSC_1976

 

DSC_1977

 

DSC_1978

 

prezent na dzień dziecka

 

DSC_1983

 

DSC_1984

 

DSC_1985

 

DSC_1987

 

DSC_1989

 

DSC_1990

 

DSC_1991

 

DSC_1993

 

DSC_1995

 

DSC_1996

 

tanie klocki

 

DSC_1998

 

DSC_1999

 

DSC_2000

 

DSC_2002

 

DSC_2003

 

DSC_2004

 

DSC_2005

 

DSC_2007

 

DSC_2008

 

DSC_2009

 

DSC_2010

 

DSC_2011

 

DSC_2014

 

DSC_2015

 

DSC_2017

 

DSC_2020

 

DSC_2021

 

DSC_2023

 

DSC_2026

 

DSC_2027

 

DSC_2028

 

DSC_2033

 

DSC_2034

 

Co ja Wam dzisiaj opowiem... bohaterem matka, a może PMS... a może i ja i on... Co ja za dzień wczoraj miałam. Ileż to ja łez wylałam i ile razy zaklęłam pod nosem. A te wszystkie pieprzone klocki pod łóżkiem - a za jednym zamachem bym w kosmos wysłała! Ten co mi się w stopę wbił, to nim rzuciłam o ścianę. O! Niech ma za swoje...   

Telewizor to grał za głośno, nawet jak nie grał, a ten mój facet... jak on głośno mrugał... o panie. Nosz w łeb bym palnęła i z domu wyrzuciła od razu. Mrugać tak głośno i oddychać jeszcze mu się zachciało. A jak się wiercił...no święty by nie wytrzymał. Przez dwie ściany było słychać każdy ruch! I te dzieci na placu zabaw...czwarte piętro a wciąż słychać. Drą te japy, bo pewnie na dworze pierwszy raz, jakby z zamknięcia wypuszczone. I wczoraj, akurat wczoraj się drzeć musiały. I walizki...no kuźwa wszyscy z walizkami na kółkach. Warszawa z domów zjeżdża. I nie autem do garażu podziemnego, nie z walizką taką do rączki - wszyscy z tymi walizkami na kółkach. Jadą, jadą, a hałas taki jakby czołgi przejeżdżały pod oknami. No i anioł mój - dziecię najdroższe - no wczoraj, akurat wczoraj, po każdym położeniu się do łóżka, jakby radar miało - sekunda i jest i czegoś chce, a to piciu, a to jeść. No a co to do cholery jasnej ma być? Ojca nie ma czy co? No to wstaję i jak nie zaklnę, jak nie rzucę kurwą tak żeby sąsiedzi usłyszeli. A garnka na piecyk to normalnie nie położę, tylko jak pieprznę to tak, żeby każdy wiedział jak mi cholernie źle! I kabel... kabel do laptopa. No specjalnie ktoś mi go rozklekotał. No wsadzam,wsadzam i nie działa. A w dupę z tym wszystkim myślę. Leżę. Leżę. I cisza błoga. Jakby PMS przestawał istnieć, choć wiem, że wcale nie... I nagle jest - muszka. Pieprzona, mała muszka. Ta mała, co lata i złapać jej nie można. I smera mi co chwilę ten nos, ucho, czoło. No wszystko wszystkim, ale jak przy setnym smernięciu nie wstałam...no jak nie wyrzuciłam z siebie do tej muszki, co ja sobie o niej teraz myślę. Jak laczkiem jej nie przywaliłam i nie rozmazałam na ścianie. I ruszyłam. No już nawet mejkapu nie nałożyłam, co mi się przy wyjściach nie zdarza. Ale, że to wyjście takie w moim stylu, aż do żabki w bloku obok, to robię wyjątek. Skoro zawsze chodzę pomalowana, to dziś mnie nikt nie pozna. Przy kasie w żabce podlicza mi kasjer...lody, piwo, baton, chipsy. Na ławce lody i baton, w domu piwo i czipsy. Wchodzę po cichaczu, piwo do lodówki, czipsy do szafeczki. Idę się kąpać - informuję familię. Godzina w wannie. Wychodzę. Odświeżona, nieco uspokojona. Sprzątam trochę w mieszkaniu, po godzinie usypiam Polkę i ... zmierzam. Kierunek - kuchnia. Zmierzam, tak zmierzam i ... oczom nie wierzę. Bo z chipsów, to jedynie paczka do wylizania została, a piwo jak otwierałam, to pół rozlałam. A tej drugiej połowy to mi się już nawet odechciało. A pieprz się ty pe em esie... I spać poszłam.

A dnia dzisiejszego rano wcześnie wstałam... i w podskokach z dzieckiem przez warszawski las skąpany słońcem, rytmicznym, tanecznym krokiem sobie szłam,  nucąc cicho pod nosem "oprócz błękitnego nieba"... i ja się do cholery pytam... czy to się leczy? I nie chodzi mi tu wcale o PMS...

Hello Kitty, plastik, broń i brzydkie potwory - oj jak my tego matki nie lubimy, oj jak to źle na dzieci wpływa, niczego nie uczy, a jeszcze zaszkodzić może. Przecież my w dzieciństwie nigdy się w policjantów i złodziei nie bawiliśmy, a chude lalki barbie to przyczyna naszych dzisiejszych kompleksów. Bzdura!

 

Zabawka to zabawka. Może kiedy jeszcze byłam na etapie wybierania śpioszków na 56 cm, to mówiłam sobie, że żadnych plastikowych kiciusiów w domu nie będzie, ale jakoś szybko zrozumiałam, że szczęście dla matki największe to radość dziecka z czegokolwiek, a nie radość z designu zabawki czy ścian. I mimo że moje dziecko uwielbia drewniane zabawki, bawi się nimi chętnie od maleńkości, tak też wkracza teraz w etap fascynacji swoimi ulubionymi bajkowymi postaciami. I choć bajek w TV nie ogląda, to filmiki na YT, skutecznie zaraziły ją miłością do Hello Kitty, Myszki Minnie i Świnki Peppy. Zrozumiałam, że dla dziecka nie ma znaczenia wygląd, cena ( no dobra to wiedziałam od zawsze) , a ma znaczenie tylko i wyłącznie wpasowanie się w gust małego dziecka i przeznaczenie czyli... zabawa.

 

Niejednokrotnie spotkałam się z odmową kupna zabawki przez matkę, bo: tandeta, bo niemodny wzór. Owszem, czasem dziecko uprze się na coś, co my matki doskonale wiemy, że jutro zostanie rzucone w kąt, albo najzwyczajniej w świecie nie stracimy dychy na miecz świetlny, który pachnie jeszcze chińskimi rączkami. Ale odmawiać dziecku tylko dlatego, że wzór hello kitty jest ponoć oklepany i beznadziejny? Dobra! Dla mnie to też nie jest coś co powala designem, ale moje dziecko kwiczy na widok takich pierdołek i potrafi się nimi ( i ze mną, sick!) bawić całe godziny. I serio bez znaczenia jest, czy to kawałek drewna czy plastiku. Zabawa jest przednia tak czy tak. U nas z zabawkami do pewnego czasu było jak z ubieraniem - jeśli Pola dawała mi wolną ręką, wybierałam to co mi się podoba. Jeśli jednak Pola twardo pokazywała, że woli ubrać bluzkę z kucykami pony - ustępowałam i nie zakładałam na siłę czegoś innego. Rzecz z zabawkami uległa jednak zmianie. Z ciuchami trochę też. Znam gust swojego dziecka, więc staram się wybierać takie rzeczy, które jej sprawią radość, na których widok ona będzie piszczeć z zachwytu. Uruchomiła mi się w tym przypadku taka chęć zwyczajnego sprawiania radości, co cieszy mnie bardziej w tym życiu niż cokolwiek innego. I choć w naszym domu jest wiele bardzo drogich zabawek, tak coraz częściej znajdują się w nim tanie gadżety, które w użytku są częściej niż te drogie cacka.

 

O kwestii, że nie zabawki, a czas jest najważniejszy wspominać nie będę. Jedno drugiego nie wyklucza, a fakt, że takie komentarze pojawiają się tylko przy drogich zabawach zdecydowanie potwierdza regułę, że to my mamy fioła na punkcie kasy - bo skoro dla dzieci cena nieważna...to jakie znaczenie na wychowanie dzieci i czas spędzany z nimi ma fakt, że na jedną zabawkę wydaliśmy 20 zł, a na jedną 500? ;) W naszym przypadku zresztą zabawki = wspólny czas. No przykro mi, ale nie jestem matką kreatywną, nie chce mi się wymyślać tysiąca kreatywnych zabaw, a na wycinanie i inne tego typu rzeczy przyjdzie jeszcze czas. Zabawki to dla mnie wybawienie - wystarczy kupić ( lub dostać w prezencie) wyjąć i ... bawić się razem z dzieckiem długie godziny :)

 

W efekcie wyborów moich i mojego dziecka - w naszym domu panuje absolotny misz-masz. Pola bawi się zarówno swoim drewnianym bębenkiem jak i plastikowym domkiem. Z chęcią gra na drewnianych cymbałkach, ale tak samo uwielbia zabawę z plastikowym hello kitty - grającym na dodatek. I to samo tyczy się ubierania - kocha swoj różowy plecak z peppą tak samo jak i zieloną torebkę na łańcuszku, która żadnego wzoru nie ma.

 

Więc tak - pozwalam na różowe ubrania, plastikowe, grające zabawki i różne inny wymysły mojego dziecka. Bo ani jej zabawki, ani jej ubiór nie są dla mnie, a dla niej. I jeśli ma ochotę wyjść na dwór cała skąpana w różu, z armią hello kitty i wychudzonych barbie - to wychodzi na dwór właśnie tak i nikomu nic do tego! Nawet jej matce jedynej :)
A jeśli i Wasze dzieci kochają ten szatański wymysł Hello Kitty, to uspokajam Was! I takie zabawki świetnie wyglądają ( skoro nawet mi się spodobały) no i są ... tanie przede wszystkim. Dla Poli to był chyba jeden z piękniejszych prezentów jakie dostała - chociaż pomału zaczynam mieć wrażenie, że dla niej każdy prezent jest wyjątkowy. Dzisiaj możecie jeszcze prościej sprawić dzieciakom radość, bo na hasło "mamalla" macie rabaty do nawet 40%. Na grającego Heloł Kitiego, na tego pluszowego, na tego mini...i wiele innych pierdół :) Lećcie na kupzabawke.pl i niskim kosztem sprawdźcie dzieciakom radochę :)

 

 A tą przepiękną sukienkę ze zdjęcia znajdziecie na Little Gold King <3

 

DSC_1635

 

DSC_1636

 

DSC_1637

 

DSC_1640

 

DSC_1646

 

DSC_1647

 

DSC_1650

 

DSC_1651

 

DSC_1652

 

DSC_1653

 

hello kitty

 

DSC_1656

 

DSC_1658

 

hello kitty

 

hello kitty

 

DSC_1663

 

DSC_1664

 

DSC_1666

 

DSC_1667

 

DSC_1668

 

DSC_1669

 

DSC_1674

 

DSC_1676

 

DSC_1680

 

DSC_1681

 

DSC_1682

 

DSC_1685

 

DSC_1689
DSC_1690

 

DSC_1691

 

DSC_1692

 

DSC_1693

 

DSC_1694

 

DSC_1698

 

DSC_1700

 

DSC_1701

 

DSC_1702

 

PS: KOCHANI PILNE! Zajmie Wam to tylko pół minuty, a mnie przybliży do realizacji kolejnego marzenia… Wiecie, że lubię podejmować się wielu wyzwań. Tym, którego podjęłam się teraz to plebiscyt KIK – kobieta roku. Startuję ponieważ … no właśnie – dlaczego startuję? Bo jestem kobietą spełnioną, taką która robi coś co ma wartość – często motywuje innych do zmiany swojego życia na lepsze, rozbawia do łez, wzrusza. Nie uważam się za nikogo wyjątkowego, ale czasem robię „wyjątkowe” rzeczy.

Głosowanie jest internetowe. Żadnych smsów, kosztów. Jedyne co musicie zrobić to kliknąć „zagłosuj”, wpisać swój e-mail i potwierdzić głos, który przyjdzie na waszą skrzynkę. Sprawdźcie SPAM, bo to tam może wylądować wiadomość.

Będę Wam moi drodzy ogromnie wdzięczna. Wszystko co tutaj robię, robię dla Was, dla Was tworzę coraz wyższej jakości teksty, zdjęcia. To z Wami tworzę piękną społeczność i chciałabym byście poświęciły mi teraz kilka sekund… Mogę na Was liczyć?!

ZAGŁOSUJ

@alicjawegnerpl

Zajrzyj na mój Instagram i sprawdź, jak żyję, manifestuję oraz działam.
cartcrossmenuchevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram