0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

Zmęczyłam się. Ustawieniem kilkudziesięciu figurek w rzędzie, gdzie wszystkie muszą się ze sobą przywitać i pogadać. Zmęczyłam się udawaniem dzidzi. Zmęczyłam się bawieniem w doktora. Chyba nie nadaję się już do tych wszystkich zabaw, które są absolutnym hitem dla bączków w wieku 0-3. I Bogu dzięki, że zmęczyłam się tym właśnie w momencie, kiedy hitem w naszym domu staje się coś zupełnie innego.

No bo ile można?! Nieee mam już chyba tej cierpliwości co kiedyś i chyba z głowy pomału wybijam sobie drugie dziecko, bo najzwyczajniej w świecie, maleńkie dzieci zaczynają mnie przerażać, serio! Ledwo co wyszłam z pieluch, z przewijania, z tej całej "brudnej" roboty i jaram się niesamowicie faktem, że mam pod dachem prawie czterolatkę. Kapryśną i obrażalską, ale jednak coraz mądrzejszą i bardziej kumatą. Taka moja "pyjaciołka" co to się ze mną trochę pokłóci, a potem pogada jak baba z babą. Tupnie nogą i się obrazi, a potem pomoże mi sprzątać w kuchni. Te dzieci się jednak na coś przydają. Zwłaszcza jak zaczynają po sobie sprzątać :P

Ale tak całkiem serio, serio. Nigdy nie myślałam, że polubię kreatywne zabawy, granie z dzieckiem itp. - dopóki nie doszłam do poziomu gdzie ta kreatywność i gry edukacyjne mogą mieć naprawdę jakiś poziom, a ja spędzając tak czas z dzieckiem nie dosyć, że super się bawię to jeszcze mam mega satysfakcję, że ta cała zabawa niesie ze sobą jakąś wartość - uczy moje dziecko. I to jest taaaak fajne, że momentami jaram się tym chyba bardziej od mojego dziecka, które swoją drogą ma jeszcze małą trudność z przegrywaniem, ale cóż... jestem tym typem rodzica, że nie daje dziecku wygrywać za każdym razem. Niech się uczy życia. Nie zawsze będzie lekko ;)

Dobra, dobra. Wracam już do tematu. Bo tak jest zawsze. Zacznie o grach, a skończy na filozoficznych rozważaniach o życiu i przemijaniu. Najgorzej. Nie będę Was zatem zamęczać moimi farmazonami, tylko przejdę do konkretów, czyli tychże właśnie hitów, które tak Was zainteresowały po wstawieniu filmików na InstaStories. I ja się Wam wcale nie dziwię - dobre rzeczy wystarczy pokazać i powiedzieć o nich jedno słowo - i one bronią się same. Ale ja mimo wszystko, chcę Wam powiedzieć dziś o tym wszystkim więcej. Mamy tego całkiem sporo, ale wierzcie mi, że to wszystko jest warte poznania! Na początek nasze ukochane gry edukacyjne zakupy i gotowanie. Genialne!

 

GRA EDUKACYJNA ZAKUPY

 

 

Absolutnie fantastyczna, prosta i ciekawa gra dla całej rodzinki. Żetony przedstawiają asortyment sklepowy : ubrania, jedzenie, akcesoria itp. Mamy dostępne również wózki i listy z produktami z różnych sklepów. To co w tej grze jest mega fajne, to fakt, że mamy jedną grę, ale aż 12 różnych sposobów na rozgrywki. Możemy wybrać rozgrywkę polegającą na tym kto szybciej włoży do koszyka produkty ze swojej listy. Możemy też rozegrać to na zasadzie odkrywania odwróconych kart i odkładania ich jeśli nam nie pasują, ćwicząc tym samym pamięć. Opcji jest wiele i wszystkie są ciekawe - my z Polą rozgrywamy wszystkie opcje jedna po drugiej. Gra jest idealnym sposobem na ćwiczenie u dziecka jego koncentracji, pamięci, spostrzegawczości, a także podejmowania szybkich decyzji i logicznego myślenia. HIT nad hity :) Gra jest tak naprawdę najdroższą rzeczą z dzisiejszego wpisu i kosztuje 39,90. Możecie zakupić ją tutaj. 

 

 

 

 

 

GRA EDUKACYJNA GOTOWANIE

 

 

Podobnie jak w przypadku poprzedniej gry - jedna gra, kilka sposób na zagranie w nią. Gra zawiera również anglojęzyczne warianty, dzięki którym dzieci dodatkowo mogą podszkolić się w nauce języka angielskiego. W gotowaniu mamy do dyspozycji listy z zakupami, żetony ze składnikami potraw i talerze z czterema różnymi potrawami. I tak jak poprzednio: możemy zrobić wyścigi typu kto pierwszy ten lepszy, czyli wylosować po jednej liście zakupów, dobrać talerz i ścigać się kto pierwszy ułoży na talerzy wszystkie składniki z listy. Możemy wylosować kilka żetonów i opowiedzieć historyjki o każdym z nich - uśmiałam się przy tym niemiłosiernie, zaznaczając Poli, że może zmyślać, a ona z każdym owocem przypominała sobie historię a to zakupów, a to jakiegoś gotowania ze mną, a to jakiejś wycieczki. Możemy grać na zasadzie odkrywania żetonów położonych tak, że nie widzimy co na nich jest. Możemy się wymieniać, aż w końcu ktoś z nas uzbiera wszystko z listy. Możemy też podzielić się żetonami na pół, wybrać z nich to co mamy na liście, a resztę odwrócić tak żeby nie było widać co na nich jest i wśród nich dokonywać wymian. Opcji jest naprawdę wiele, wszystkie opisane są w instrukcji :) Grę możecie kupić tutaj.

 

 

 

 

 

 

 

 

MEMORY NA 3 SPOSOBY

 

Jedna gra, trzy sposoby na jej rozegranie, a dzięki temu trzy kategorie wiekowe: 2+, 4+ i 6+. PRZEPIĘKNE ilustracje na usztywnianych kartach już same w sobie sprawiają, że gra jest wyjątkowa. Memory możemy rozegrać na trzy sposoby, w zależności od wieku dziecka. Tradycyjnie - szukając dwóch podobnych obrazków. Nieco trudniej - odgadując różnicę na dwóch takich samych, znalezionych obrazkach. Najtrudniej - w momencie odkrycia dwóch tych samych kart, każdy z uczestników może krzyknąć na głos różnicę jaką zauważył - kto pierwszy, ten lepszy. Różnic można wskazać jedną, dwie lub trzy - trzeba ustalić to na początku gry.

Memory na 3 sposoby jest dostępne w kilku wersjach: Zwierzyniec, Co robimy? , Świat baśni, Zabawy podwórkowe. Wszystkie dostępne rodzaje możecie zobaczyć tutaj. 

 

 

 

 

 

 

 

 

NAUKA ANGIELSKIEGO

 

Bardzo fajny i prosty sposób na przyswojenie dziecku angielskich słówek i zwrotów. Zestaw kart dwustronnych (  z polską i angielską nazwą obrazka) , płyta i książeczka, w której możemy zobaczyć w jaki sposób możemy wykorzystać karty. Ale tutaj nie trzeba żadnej instrukcji, możemy bawić się i uczyć jak tylko chcemy. My z Polką, po prostu bierzemy karta po karcie i mówimy zarówno po polsku jak po angielsku. Mamy też swój patent, w którym wybieramy 10 kart, nazywamy je w dwóch językach, a potem zadaję Poli pytanie: what is this? Pola odpowiada np. jabłko, na co ja mówię: in english, please - i wtedy Pola mówi już po angielsku - o ile pamięta. Bawimy się również tak, że nazywamy po angielsku wszystkie kolory, które znajdują się na obrazku, lub krzyczymy WHIITE! i każda z nas musi znaleźć trzy karty z obrazkiem, który ma ten właśnie kolor. Tutaj opcji i sposobów na rozgrywkę i naukę jest multum. Ograniczeniem jest tylko nasza wyobraźnia, serio. W pudełku z kartami znajduje się również płyta CD, na której możemy znaleźć angielskie piosenki, a także wspomniana książeczka, w której prócz sposobów na rozgrywki karciane, mamy też masę zadań i obrazkowych zagadek. Pola jest w wieku, w którym zaczyna bardzo szybko podłapywać angielskie słówka, więc takie zabawy są i dla niej i dla mnie jak najbardziej na plus. Mamy jeszcze "na zapas"  nieco zaawansowane wersje dla dzieciaków 6+, ale czekają na swoją kolej. A może na Was? ;) Wszystkie wersje możecie zobaczyć tutaj.

 

 

 

 

 

 

 

 

100 ZABAW

Nasz faworyt. Pola od kilku miesięcy ma fazę na różnego rodzaju zadania, zagadki itp. Masowo kupuję jej zeszyty z różnymi zadaniami w każdym możliwym markecie. Chodzi mi o zadania typu: zakreśl niepasujący do reszty obrazek. Połącz zwierzęta z ich śladami. Połącz kropki. I tak dalej, i tak dalej. Pola koooocha to robić, a ja w sumie sama się w to wkręcam i lubię jej w tym towarzyszyć. 100 zabaw to jeszcze lepsza zabawa, bo ... bo nie trzeba po rozwiązaniu zagadek, wyrzucać wszystkiego do kosza. 100 zabaw to zestaw 30 dwustronnych, zmywalnych kart z zadaniami, flamaster, a także książka, z masą różnorodnych zadań do rozwiązania. W zestawie znajdziemy zarówno ćwiczenia matematyczne jak i przyrodnicze czy językowe. Niektóre z zadań ćwiczą umiejętność rysowania czy szeregowania przedmiotów. Dzieci ćwiczą swoją spostrzegawczość, precyzję, umiejętność liczenia. Nie miałam nawet pojęcia, że Pola z dnia na dzień będzie coraz bardziej starannie i z ogromnym zaangażowaniem podchodzić do tych zadań. Nie na kolanie, nie na szybko, nie byle jak. Niesamowite jak wiele możemy dać swojemu dziecku, wydając tak nie wiele. 100 zabaw to koszt ok. 30 zł. Mamy dostępne wersje dla dzieci w wieku 3-4 , 4-5, 5-6 a także 6-9 lat. Wszystkie wersje 100 zabaw możecie zobaczyć tutaj. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

LOTERYJKA

Gry z tej serii pomagają naszym dzieciom ćwiczyć przede wszystkim spostrzegawczość i pamięć. W zależności od gry, dziecko uczy się nazewnictwa ubrań, kolorów czy zwierząt. Są wersje, które edukują w zakresie np. recyclingu. Loteryjka to zestaw plansz i żetonów. Tutaj również, w oczy rzuca się fantastyczna oprawa graficzna. W grę można zagrać na cztery sposoby, w zależności od wieku dziecka i stopnia trudności. Najłatwiejszy wariant polega na przygotowaniu 1 planszy i 6 pasujących do niech żetonów, a następnie odszukaniu na planszy obiektów z żetonów, które trzeba na tych obiektach położyć. Trudniejsze warianty uwzględniają np. odwrócenie żetonów tak, by nie było widać co na nich jest lub na rozłożeniu WSZYSTKICH plansz i żetonów i dopasowanie ich do siebie. Loteryjka jest dostępna w wersji dla dzieci już od drugiego roku życia. Wszystkie jej wersje możecie zobaczyć tutaj. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KSIĄŻKI

Ostatnią rzeczą, którą chciałabym się z Wami podzielić jest książka. A właściwie dwie, warte polecenia książki. Angielski dla dzieci - piosenki oraz Na tropie angielskich słówek. Pierwsza z tych książek, zawiera 15 popularnych utworów, zarówno w wersji angielskiej jak i polskiej wraz z zapisem nutowym. Do książki dołączona jest płyta, na której są wszystkie piosenki z książki. Z Polką śpiewamy piosenki w obu wersjach - nie wszystkie jeszcze dobrze znamy, ale niektóre znałyśmy jeszcze przed kupieniem książki - z tym idzie nam wyśmienicie. No i przede wszystkim - które dziecko nie lubi śpiewać?!

 

 

 

 

 

Druga książka czyli Na tropie angielskich słówek to przepięknie ilustrowana książka, w której dzieci uczą się kolorów, odnajdują przedmioty na planszach, uczą się angielskich słówek i zwrotów. Masa frajdy i duża dawka wiedzy dla naszych smaków - i dla nas of kooors. Książka jest naprawdę solidna i wykonana w taki sposób, by nie można było jej zbyt szybko zniszczyć. Dzięki książce, dzieci poznają angielskie nazewnictwo emocji, członków rodziny, kolorów, części ciała itp. Cena moim skromnym zadaniem, absolutnie na plus - 30 zł z groszami za książkę, która jest rajem dla oczu i główki malucha, to naprawdę nie wiele. Książkę możecie zobaczyć ( i oczywiście kupić!) o tutaj. 

 

 

 

 

 

 

 

Na dzisiaj to już wszystko. Każda rzecz, którą Wam dzisiaj przedstawiłam pochodzi ze sklepu internetowego Kapitan Nauka. Jak dla mnie, numer jeden wśród stron, które oferują nam tego typu asortyment. Jak sami już zauważyliście, mimo, że Polka ma 4 lata, to jej gry i zabawy spokojnie nadałyby się i dla młodszych i dla starszych pociech. Różne warianty gier, różny kategorie wiekowe, a do tego masa wiedzy i ogrom zabawy. Sama nie sądziłam, że tak się wkręcimy z Polą w tą całą naukę przez zabawę. Ale jednak można łączyć przyjemne z pożytecznym i nie trzeba się ograniczać do jakiś bzdurnych zabaw, które nie niosą ze sobą nic wartościowego. Wierzcie mi, że moja Pola gdyby jej pozwolić, lampiłaby się na YT godzinami. I uwierzcie mi, że nawet takie dziecko, mimo wszystko kiedy ma wybór, wybierze własnie takie zabawy, które Wam dzisiaj pokazuje. Zachęca również cena, która jest naprawdę atrakcyjna. Wg mnie asortyment jest na kieszeń większości Polaków. A patrząc na to, że na edukacji dziecka oszczędzać nie powinniśmy... może warto w tym roku nie szaleć z nie wiadomo jakimki prezentami i zrobić dziecku prezent tego typu? Moja Pola byłaby wniebowzięta. Na prezent mikołajkowy, nasze propozycje są jak znalazł!

Pamiętajcie, że dzieci nie są aż tak leniwe jak nam się czasem wydaje - nauka przemycona w tego typu zabawach, nie męczy, nie wywiera presji. Po prostu przemycamy ją w formie pięknych obrazków, ciekawych rozgrywek - i ona już robi swoje. Zdecydowanie złapałam bakcyla i chyba odnajdę się w roli nauczycielki własnego dziecka. A dodatkowo umocnię jeszcze więzy między nami. Byle nie za bardzo. Bo ta mała kluska, przybiega ostatnio do naszego łóżka, KAŻDEJ, ale to absolutnie każdej nocy, awrrr! Ale cóż - do osiemnastki powinno jej minąć ;)

Ufff... dotarliśmy do końca. Jak Wam się podobało? Wpadło Wam coś w oko? Mam nadzieję, że tak, bo już na dniach, na facebooku wystartuje wieeeelkie rozdanie z zabawami od Kapitan Nauka. Bądźcie czujni!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tysiące poradników, książek, programów telewizyjnych, specjalistów, porad w internecie. Tysiące recept na bycie dobrą matką, na wychowanie szczęśliwego dziecka, na uniknięcie błędów. Jaką to wszystko daje gwarancję, że wychowasz swoje dziecko tak jak powinnaś? ŻADNĄ...

Wiecie... jeszcze jakiś czas temu byłam pewna, że wiem jak się gra w to całe macierzyństwo. Że mając na uwadze błędy moich rodziców, znajomych i ogólnie całego świata - wiem czego unikać jak ognia, żeby moje dziecko wyrosło na pewną siebie kobietę, która nie ma problemu z poczuciem własnej wartości, która jest dobrym człowiekiem ble, ble ble. Ale wiecie co? To, że nie popełnię dwudziestu błędów, nie oznacza, że nie popełnię dziesięciu innych. Nie mamy absolutnie żadnej pewności, że naszą robotę odwalamy dobrze, dopóki nasze dziecko nie dorośnie, a jego zachowanie nagle uświadomi nam, gdzie popełniliśmy błąd. Na początku przygody z macierzyństwem, jak większość matek, byłam w stanie dostrzegać, co inni robią źle, nie dostrzegając wad u siebie. Dzisiaj jest wręcz odwrotnie. Zrozumiałam, że każdy ma swój model wychowania i to, że jest inny od naszego, nie oznacza, że jest zły. Możemy krzywo patrzeć na matkę, która daje swojemu dziecku słodycze, ale ta sama matka, może krzywo patrzeć na nas, bo przekraczamy inną, ważną dla niej granicę. Nie ma jednak sensu patrzeć krzywo na cokolwiek, a po prostu przypatrywać się sobie. Wychodzić z siebie i patrzeć na wszystko od boku. Ocenić siebie oczyma osoby trzeciej. Jaką jestem matką? Jak zwracam się do swojego dziecka? Gdzie popełniam błąd? Co mogę zmienić? W momencie, w którym zaczęłam tak postępować, okazało się, że wizja tego jaką jestem matką, troszkę odbiega od tego jak to wygląda w rzeczywistości. Wiecie... to wbrew pozorom całkiem pospolite. Osoby, które w sieci piszą o tym jak pozytywnie żyć, a kiedy je widzę narzekają na wszystko i na wszystkich... ale w dalszym ciągu uważają, że tak nie robią. Tak samo z byciem matką - dużo rzeczy nam się wydaje. Samokrytyka w naszym przypadku to obowiązek.

W tym całym ocenianiu, w tym całym szale na bycie matką idealną, jest taka szara matka jak ja. Która niby wie co robi, ale kiedy tak naprawdę się nad tym zastanowi stwierdza, że... kompletnie nie wie co robi! Kompletnie nie wiem, czy moje zasady, których się trzymam są dobre. Kompletnie nie wiem, czy mój model wychowania będzie miał dobry wpływ na moje dziecko. Podążam za intuicją, a ona nie daje mi żadnej gwarancji na to, że mój "eksperyment" odniesie sukces. Wierzę w to głęboko, ale... pewności nie mam żadnej! Wiele osób pyta mnie o to, czy w naszym domu panują jakieś zasady, czy zwracam szczególnie uwagę na coś podczas spędzania czasu z Polą. Owszem. Mam kilka takich rzeczy, które uważam, że są dobre, mam w głowie pewne rzeczy, które wiem, że na pewno są złe. Ale nie tworzyłam i nie będę tworzyć gotowych recept na wychowanie szczęśliwego dziecka, bo uniwersalnej recepty nie mam. Każde dziecko jest inne. Moje cudowne sposoby nie zawsze działają nawet na moje dziecko, a co dopiero na inne. Ale tak. Mam sposoby, mam pewne zasady.

 

NIE KRZYCZ NA MNIE!

 

Na przykład takie, że w naszym domu mówimy stanowcze NIE dla krzyku. Tutaj od razu zaznaczę, że jest to NIE dla krzyku, nie dla unoszenia głosu. To dla mnie dwie różne sprawy. Mogłabym wrzeszczeć jak opętana, krzyczeć itp. i to nie tylko na dziecko. Ale niech mi ktoś wytłumaczy jaki jest sens krzyku? Poza tym, że dostarczymy sobie podczas naszego wydzierania się dawki stresu, a tego naprawdę wolę sobie oszczędzać. Czy krzyk przynosi jakiś efekt? Wg mnie... żaden. Działa on albo tak, że stresuje nasze dzieci, albo... nie działa wcale. A dzieci mają z tego wręcz bekę. Krzyk nie załatwia niczego i nie dam sobie wmówić, że załatwia. Jeśli pod jego wpływem dziecko nagle posprząta pokój... brawo Ty. Ale nie sądzę, że sprawi on, że dziecko zrozumie. A chyba o to nam chodzi prawda? Żeby dziecko zrozumiało. Tak. Unoszę głos. Ale nie drę się jak opętana.

 

 

ROZMAWIAJMY!

 

To, czego brakowało mi, na etapie gimnazjum, to szczerych, spokojnych rozmów z rodzicami. Rozmów o błędach, o tym co nas boli i smuci. Staram się namawiać do tego zarówno F. jak i Polę. Bo faceci to jednak mają z tym spory problem. Nie dusimy w sobie swoich problemów, nie zamykamy się na świat - rozmawiamy! Pola, jako 3,5 latka ma czasem problemy ze swoimi emocjami. Zamiast jej mówić, że wymyśla, po prostu pokazuję jej, że jej problem jest dla mnie ważny i że powinna mi o nim na spokojnie powiedzieć, a nie trzaskać drzwiami i krzyczeć. Nie zrozumcie mnie źle. Mam chwile słabości i moje dziecko też je ma - i czasem w natłoku wszystkiego, ciężko jest spokojnie rozmawiać i tłumaczyć, kiedy dziecko odprawia właśnie furię życia. Ale staram się. Na prawdę się staram. Bo z doświadczenia wiem, że nie ma nic gorszego, niż tłumienie wszystkiego w sobie + świadomość, że nie masz na kogo liczyć...

 

 

JEDZMY ZDROWO!

 

Kolejna zasada jest taka, że ... owszem, słodycze nie są dla nas złem i sporadycznie można je jeść. Ale jeśli już pozwalamy na takie coś, to niech w całej reszcie, którą jemy na co dzień będzie jak najmniej syfu. Bo jeśli już pozwalam na małą, czekoladową rozkosz, to nie dokładam do tego słodkich chrupek, słodzonej wody smakowej, naładowanego chemią chleba i nuggetsów z paczki, które w środku są fioletowe. Nie wiem kompletnie czy robię dobrze czy nie, ale jeśli Pola prosi mnie o jakiś słodycz w drodze z przedszkola, to nie robię z tego żadnego problemu. Po drodze i tak zaliczamy pięć placów zabaw, 3 kilometrowy spacer, w domu czekają na nas same zdrowe pyszności. Nie ma już podjadania czekoladek, ale jest podjadanie chrupek. Kto nas obserwuje ten wie, że jesteśmy wierne Tygryskom, które w sumie wcina ochoczo nie tylko Polka ale i F. Ja staram się jednak między posiłkami nie podjadać nic, bo przy moich problemach z tarczycą, wolę trzymać się określonych pór. Ale niech familia sobie dogadza, nie mam nic przeciwko! Wy również będziecie mogli sobie pochrupać co nieco, wystarczy, ze dotrwacie do końca wpisu... tam czeka na Was niespodzianka! Ale jeszcze chwila...

 

 

Wracając do zasad i modelu wychowywania. Zasad jest u nas całkiem sporo, choć nie są to jakieś szczególnie wyjątkowe zasady, bo podejrzewam, że podobne panują w większości domów. Nie mam też szczególnych metod wychowania i tak jak pisałam wcześniej... ja nie do końca wiem co robię. Staram się wychowywać swoje dziecko w atmosferze spokoju, wsparcia, miłości, ale z pewnymi granicami, których nie pozwalam przekraczać. Czy coś jest dla mnie szczególnie ważne? Myślę, że zaszczepienie w dziecku dobra, empatii i wrażliwości. Zaszczepienie miłości do świata, ludzi i do natury, a w tym wszystkim zaszczepienie wiary i pewności siebie. Wierzę, że będąc dobrym, kochającym, ale też pewnym siebie i swoich możliwości człowiekiem - świat będzie stał przed nami otworem! Wszystko będzie możliwe! Przekonałam się o tym na własnej skórze, choć dopiero po 20 - i chcę by przekonała się o tym moja córka. Znacznie wcześniej niż ja... Czy mi się uda? Kiedyś się dowiem...

Tymczasem na koniec, mam konkurs dla wszystkich mam i tatusiów. Nieważne, w jakim duchu wychowujecie swoje dzieci, na pewno uwielbiacie sprawiać im radochę, prawda? Zatem, do dzieła!

 

KONKURS !!!

 

 

Do wygrania są:

  • 1 miejsce: bon do sklepu  SMYK z odzieżą/zabawkami dla dzieci o wartości 300zł + zestaw Tygrysków
  •  2-3 miejsce: bon do sklepu SMYK z odzieżą/zabawkami dla dzieci o wartości 100zł + zestaw Tygrysków

Zasady są proste:

  1. W komentarzu pod postem na blogu, odpowiedz na pytanie - w jaki sposób zachęcasz swoje dziecko do zdrowego odżywiania? Odpisz zupełnie swobodnie, bez poematów, wierszy, rymowanek i prac plastycznych :) Liczy się rzeczowy komentarz.
  2. Zostaw swój adres e-mail

Będzie mi miło jeśli skomentujesz post na FB i udostępnisz go publicznie :) Niech o zabawie dowie się więcej osób!

Bawimy się od 15.10 do 29.10. POWODZENIA! 

 

 

WYNIKI !!!

Kochani! Dziękuję wszystkim za udział w tej myślę, świetnej zabawie! Wszystkie komentarze były jak zwykle genialne, ale zasady to zasady. Choć muszę przyznać, że to fajnie, że dzisiaj nagrody lecą aż do trzech osób! Oto zwycięzcy:

1 miejsce - Justyna Basaj

2 miejsce - Magdalena Czuba

3 miejsce - Ania Kamińska

 

Serdecznie gratuluję i proszę o wysłanie swoich danych do wysyłki wraz z numerem telefony na e-mail: alicja.wegner.blog@gmail.com

Pozostałym dziękuję za zabawę i oświadczam, że przed nami kolejne niesamowite zabawy, w których do wygrania będą bardzo atrakcyjne nagrody. Nie poddawajcie się! :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 



Nasza przygoda z przedszkolem zaczęła się rok temu. Pola miała zaledwie 2,5 roku, a ja zostałam postawiona przed wyborem: dalej ciągnąć etat matki polki 24 na dobę, a jednocześnie pracować - czy zainwestować w fachową opiekę i rozwinąć to, co konsekwentnie tworzyłam od kilku lat.

Nie było źle. Dawałam radę, bo musiałam, ale ... moja praca nie mogła przebiegać tak jak bym tego chciała i przede wszystkim nie mogła dać mi zarobków i efektów jakich oczekiwałam. Nie było to po prostu możliwe, bo praca nie może być w 100% efektywna, jeśli co pięć minut się od niej odrywasz. Nie zarabiałam wtedy jeszcze "kokosów", ale wiedziałam, że inwestycja w przedszkole, w moment mi się zwróci. Byłam tego pewna. Przedszkola szukałam dość ostrożnie i szczerze mówiąc... byłam wybredna. Koniec końców, wybrałam najbardziej polecaną placówkę, którą była moim pierwszym strzałem, czyli Jeżykową Dolinkę.

Nie dramatyzowałam i nie stresowałam się. Nieco ciężej było mi już po fakcie, ale o tym zaraz. Wiele z Was pyta - jak przygotować dziecko do przedszkola? Jak przygotować siebie? Myślę, że większość z nas ... za bardzo panikuje! Ja paniki unikam, ale wątpliwości miałam - przyznaję się bez bicia. Czy na pewno dobrze robię? Czy nie jestem przez to złą matką? Czy nie będzie miała mi tego za złe? Co jeśli to za wcześnie? - myślę, że fakt iż te pytania w ogóle pojawiają się w naszej głowie, są same w sobie dowodem na to, że... jesteśmy naprawdę dobrymi matkami. Podejmujemy decyzje i to normalne, że możemy nie być ich w 100% pewne. W macierzyństwie niczego nie można być pewnym. Każde dziecko jest inne i nie jesteśmy w stanie przewidzieć jaki będzie przebieg przedszkolnej przygody. Gdybym teraz mogła spojrzeć na swoją decyzję z perspektywy czasu i wywnioskować, które moje kroki ( kierowane intuicją ) były znaczące na tej nowej drodze w życiu Poli, jak i w moim... na pewno teraz dostrzegłabym idealnie, co tak naprawdę pomogło nam przejść przez ten nowy dla nas etap. Wiedząc wiele o emocjach człowieka, jestem pewna, że to o czym napisze, może pomóc Ci spojrzeć na przedszkolne wyzwanie w nieco inny sposób. Pozwól, że poniżej w nieco psychologiczny i charakterystyczny dla rozkminiacza takiego jak ja sposób, opiszę Ci co moim zdaniem jest szczególnie ważne, kiedy decydujemy się wysłać nasze dziecko do przedszkola.

 

 

WIARA WE WŁASNE DZIECKO

Mimo wielu pytań w mojej głowie, mimo wstydliwości Poli i mimo braku tak naprawdę świadomości, czy ona jest na to gotowa  - wierzyłam w nią i pokazywałam jej to na każdym kroku. Wierzyłam w to, że sobie poradzi, że pokocha nowe przedszkole i dzieci. My rodzice, mamy w sobie coś takiego, że ... jednak w te nasze dzieci trochę wątpimy. Widzimy w nich wiecznie małe bączki i czasem dziwimy się, z iloma rzeczami radzą już sobie same. Nie wątp w swoje dziecko - nie wmawiaj sobie i innym, że sobie nie poradzi. Dziecko umie przystosowywać się do nowych sytuacji lepiej niż myślisz. Może to mu zająć mniej lub więcej czasu - to zależy od dziecka, ale wierz mi, że dziecko w wieku 3 lat pragnie być wśród dzieci, a nie widzieć tylko buzię mamy. Pola odkąd skończyła 2 lata, zamęczała mnie ciągłym wykrzykiwaniem: do dzieci! Była wstydliwa i mimo chęci bycia wśród dzieci i tak bardzo często MAMA była jednak niezbędna do zabawy, ale jedno było pewne - mama nie jest już jedyna i niezastąpiona. Dziecko zaczyna potrzebować kogoś w swoim wieku.

 

MÓWIENIE O PRZEDSZKOLU W ZACHĘCAJĄCY SPOSÓB

Od samego początku mojej przygody z macierzyństwem, całkiem intuicyjnie, a nie za radą żadnych poradników ( bo takowych nie czytam), zarażam Polę pewnymi rzeczami, stosując - można by powiedzieć, że autosugestię. Sugeruję jej, że coś jest fajne, opowiadam o tym w radosny sposób. Stosuję tą zasadę np. odnośnie mycia zębów, jedzenia warzyw i owoców, a także... przedszkola. Już długo, długo przed pójściem do wymarzonej placówki, opowiadałam Poli o tym co robią dzieci w przedszkolu, pokazywałam jej filmiki, opowiadałam o swoich przygodach. Zwracałam uwagę jak widziałyśmy przedszkolne grupy na spacerze, mówiłam o tym jak dużo spacerują i chodzą bawić się w parku. Dzięki temu wszystkiemu, zbudowałam w głowie Poli, obraz przedszkola jako miejsca, w którym są dzieci, jest zabawa, jest fajnie. Czasem Pola dodawała "ale mama tam będzie?" - nie wdawałam się wtedy w zbędne dyskusje i nie wytrącałam jej z tej wizji radosnego przedszkola. Odpowiadałam, że na początku mama będzie, ale później będzie musiała już iść do pracy - następnie dalej kontynuowałam opowieści. Nie mam w sobie czegoś takiego, by pogłębiać w dziecku negatywne reakcje, tylko po to, by "zrozumieć dziecka emocje". Rozumiem je doskonale, bo sama byłam wrażliwym i wymagającym uwagi dzieckiem. I ostatnie czego takie dziecko pragnie to niekończącej się rozmowy o tym, że jest na przykład smutne.

 

 

NIE ZARAŻANIE DZIECKA NEGATYWNYMI UCZUCIAMI

Bagaż doświadczeń jaki mam na plecach, lata pracy nad samą sobą i dziesiątki przeczytanych książek, nauczyły mnie, że... wszystko zaczyna się w głowie. Wszyscy to powtarzają, ale mało kto wie tak naprawdę jaki jest prawdziwy sens tych słów. To nie jest jakiś wymysł. W tym krótkim zdaniu, kryje się przepis na powodzenie we wszystkim: w pracy, w miłości, w macierzyństwie. Skoro wszystko zaczyna się w głowie, to przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że nie dotyczy to tylko dorosłych. Wiem, że nie jest tak prosto matce, która musi odciąć pępowinę, uwierzyć w to, że wszystko będzie dobrze i nie odczuwać strachu ani stresu. Myślę, że przy takich decyzjach te emocje są nieuniknione. Od nas zależy jednak intensywność danych odczuć. Od nas zależy też, w jaki sposób przez to wszystko będzie przechodzić dziecko. Bo dziecko moi drodzy, czuje. Czuje to co, co jego matka. Zarażamy strachem, zarażamy brakiem pewności. Jesteśmy silnie związane z naszymi dziećmi i czy chcemy czy nie - nasze emocje, nawet silnie skrywane, są przez dziecko odczuwalne. Dziecko czuje nasze przyspieszone bicie serca, czuje zmianę w głowie. Możemy się dobrze kamuflować, ale nasza pociecha i tak wyczuje, że... coś jest nie tak. Serio, zwróćcie kiedyś na to uwagę. Nie bez powodu mówi się o tym, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Mam wrażenie, że większość humorów mojej córki, jest spowodowana właśnie przez moje gorsze dni i zmiany nastawienia. Dlatego własnie, musimy pamiętać o tym, że... przy dziecku jesteśmy cyborgami! Nie ukazujemy strachu, zarażamy spokojem, pewnością i ufnością. Nie robimy smutnych min przy pożegnaniu, nie przytulamy w sposób, który sugeruje dziecku: już Cię więcej nie zobaczę. Ale pokazujemy, że są dla nas ważne i że się z nimi liczymy. To znaczy nie mówimy: nie wymyślaj, czego Ty się boisz - nie negujmy, ale też nie dajmy zbytnio dziecku roztrząsać tego, że się boi. Przemieniajmy wszystko w pozytywy niczym cudotwórcy.

To samo tyczy się sytuacji, już w trakcie adaptacji, czy pierwszych dni w przedszkolu bez rodzica - nie zamęczajmy dziecka pytaniami o to jak było. Zapytajmy raz i dajmy spokój. Budujmy pozytywną aurą podczas rozmowy o przedszkolu i nie sugerujmy dziecku, że było źle, poprzez teksty: nikt Ci się nie psocił? Byłaś smutna? Tęskniłaś za mamusią? - takie pytania działają na zasadzie autosugestii, dziecko mimo dobrze spędzanego czasu, może zmienić swoje świeże, dobre wspomnienie na nieco gorsze i bardziej smutne.

 

BILANS ZYSKÓW I STRAT

To akurat jest najlepsza rzecz, przy podejmowaniu jakichkolwiek decyzji. Po co to robisz? Jakie będą konsekwencje? Co zyskasz, a co stracisz? W moim przypadku wyglądało to następująco:

  • będę mniej czasu spędzać z dzieckiem - i TAK i NIE. Jestem absolutnie za słusznością stwierdzenia - JAKOŚĆ NIE ILOŚĆ. Wiecie ile jet rodziców, którzy żyją ze swoimi dziećmi, a tak naprawdę obok nich? Ile jest matek, które są dumne, że są z dzieckiem 24 na dobę, a tak naprawdę podają dziecku jedynie zabawkę, odpowiadają coś na odczepne i z łaską przeczytają bajkę? To okrutne, ale takich matek jest naprawdę wiele. JAKOŚĆ! Odkąd Pola poszła do przedszkola, nasz wspólny czas jest o wiele bardziej wartościowy niż wtedy kiedy byłam trochę matką, trochę pracownikiem.
  • skupię się na pracy -> będę efektywniejsza -> zyskam więcej czytelników i zleceń -> więcej zarobię
  • Pola będzie pod okiem kompetentnej kadry -> będzie się uczyć i rozwijać
  • Pola będzie wśród dzieci -> nauczy się funkcjonowania wśród rówieśników
  • JA będę mieć czas dla siebie - nawet jeśli oznacza on prace, to jest to MÓJ czas. Kocham swoją pracę i tak naprawdę relaksuję się przy niej. Wypoczęta i szczęśliwa mama = więcej cierpliwości do dziecka.

 

 

WYBIERZ ODPOWIEDNIE PRZEDSZKOLE

Niby każdy to wie... ale czym najczęściej sugerują się rodzice wybierając placówkę? Odległością! Jest to zrozumiałe. Nie chcemy tracić połowy dnia na dojazdy, ale... odległość nie jest gwarancją tego, że placówka będzie DOBRA. Mieszkałam i w mieścinie liczącej ok. 70 tys. mieszkańców i Warszawie i wiem jedno - w mniejszych miastach też jest dużo przedszkoli, a przynajmniej do każdego odległość jest w miarę znośna. W większych miastach z kolei, przedszkola są na każdym kroku. Do wyboru, do koloru. Problem może być w bardzo małych miejscowościach, gdzie przebierać nie mamy w czym, lub kiedy mieszka się na wsi oddalonej od miasta kilkanaście kilometrów. Jedno jest pewne - wybór przedszkola nie może opierać się na jego wyglądzie. Oczywiście, przedszkole musi być czyste i schludne, ale nie musi się wpasowywać w nasze poczucie estetyki czy gustu, bo to akurat nie ma kompletnie znaczenia! Przede wszystkim liczy się kadra i to, jakie dzieci do przedszkola chodzą. Jestem daleka od podziału na lepszy i gorszy sort, bo to jest po prostu niesmaczne, ale nie będę też się oszukiwać, że we wszystkich placówkach są dzieci z ułożonych rodzin, bo tak nie jest. Środowisko w jakim będzie przebywać nasze dziecko jest tak samo ważne, jak kadra, która tymi dziećmi będzie się opiekować! Odpowiedni re-search, opinie innych ludzi, rozmowa z kadrą - temu wszystkiemu należy się bardzo dokładnie przyjrzeć. My na nasze przedszkole trafiliśmy na bodajże Dniach Ursynowa, kiedy Pola miała zaledwie półtora roku. Nawet mój F. zauroczył się wtedy kadrą - choć do tej pory nie jestem pewna, czy na pewno chodziło o podejście do dziecka ;) To co przede wszystkim potwierdziło moją pozytywną opinię o placówce, to rodzice, którzy wysyłają do niej już któreś dziecko z kolei. Mimo, że byłam już pewna, że to jest właśnie TO przedszkole, do którego chcę posłać Polę - to jednak zdecydowałam się na to, by pomyślała, że odkryłam to przedszkole razem z nią. Wybrałyśmy się tam więc wspólnie, budując atmosferę radości już po wyjściu z domu. Po wejściu do przedszkola, budowałam wciąż pozytywną wizję przedszkola, a Poli się to wszystko pięknie udzieliło.

Jestem ogromnie wdzięczna kadrze za wskazówki podczas adaptacji. Nie sądziłam nawet, że trafię na tak troskliwą i mądrą panią, która powie nam w jaki sposób mamy sobie z tym poradzić, jak się żegnać itp. Kiedy odprowadzałam Polę w pierwsze dni za namową P.Kasi, każdy rodzic pokazywał wagoniki, mówiąc dziecko co po kolei będzie robiło i po którym wagoniku zjawi się rodzic: np. po wagoniku z obiadkiem. Następnie miało nastąpić przytulanie i coś w stylu: teraz mama idzie do pracy! Pa! - i wyjście. Pani po wyrazie "Pa" od razu odbierała dziecko i zamykała drzwi. Nawet jeśli dziecko zaczynało płakać. Pola przez pierwsze dwa dni podczas mojego puszczenia ręki zapłakała, ale już po zamknięciu drzwi, po ok. 30 sekundach uspokajała się. Jestem pod meeega wielkim wrażeniem tego jak w pierwszy dzień, kiedy dzieci zostały same, weszliśmy wszyscy z rodzicami przerażeni, że zastanie nas krzyk, płacz i chaos. Tymczasem wchodząc... wszystkie dzieci siedziały grzecznie razem z Panią przy stoliku. Wielkie wow!

Podsumowując. Dowiedziałam się sporo o kadrze, o podejściu do dzieci, dowiedziałam się też o żywieniu! To było dla mnie mega ważne, żeby Pola w przedszkolu nie dostawała słodzonych soczków i płatków z kartonika z końską dawką cukru. Żywienie w przedszkolu jest naprawdę smaczne, zdrowe i zróżnicowane. To co było dla mnie również szalenie ważne, to małe grupy. Lubię kiedy nauczyciel jest w stanie obdarować każde dziecko uwagą, a w grupach 30 osobowych raczej o to ciężko. Wybór Jeżykowej Dolinki był w naszym przypadku przemyślany i ani razu nie poczułam, że wybrałam źle. Warto zwrócić uwagę na każdy, najdrobniejszy szczegół, by potem nie wyrzucać sobie, że postąpiliśmy zbyt pochopnie, kierując się jedynie bannerem na ulicy.

 

 

Podsumowując: często my same, nakręcamy i siebie i dziecko - i to zupełnie niepotrzebne. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, w jaki sposób nasze dziecko poradzi sobie w przedszkolu, ale możemy wywołać w dziecku pozytywny obraz przedszkola, a tym samym uspokoić również siebie. Grunt to mieć w głowie fakt, że dziecko nie idzie w ręce nieznanej opiekunki, a do renomowanej placówki, o której sporo wiemy. Zaufajmy dziecku, pozwólmy mu poznać inny świat, dzieci. Przedszkole to rozwój, to opieka, to bezpieczne miejsce. My dzięki takim placówkom, możemy być wydajnymi pracownikami, zadbanymi kobietami, a przede wszystkim stęsknionymi mamami, które na pewno czas po przedszkolu wykorzystają w 100%! JAKOŚĆ czasu, a nie jego ilość jest dla dziecka najważniejsza. Martwisz się, stresujesz, wyrzucasz sobie, że jesteś złą matką? Właśnie dałaś dowód jak bardzo kochasz swoje dziecko i się o nie troszczysz. Pamiętaj jednak, że kiedyś musi nastąpić ten pierwszy krok i jeśli chodzi o dzieci - im wcześniej go zrobisz, tym lepiej.

Będąc jeszcze w temacie przedszkola, pragnę poinformować mieszkańców Warszawy, a najbardziej mamy z okolic Ursynów/Mokotów, że przedszkole Jeżykowa Dolinka, otwiera również żłobek!

 

"Jest nam niezmiernie miło poinformować, iż niebawem w naszej placówce przy ul. Pięciolinii 1 zacznie działać grupa żłobkowa (od 1-go roku).
Postaramy się wykorzystać nasze ponad 10-letnie doświadczenie w edukacji przedszkolnej tworząc niepowtarzalne miejsce, gdzie maluszki będą czuły się niemal jak w domu.
Profesjonalna, kochająca dzieci kadra zapewni Państwa pociechom mnóstwo edukacyjnej zabawy.
Startujemy na jesieni (wrzesień/październik), ale już teraz zachęcamy do rezerwacji miejsca"

Zapisów możecie dokonywać tutaj.

 

 

Powodzenia w szukaniu wymarzonej placówki. Pamiętajcie, że dobre nastawienie to podstawa! Dlatego przesyłam Wam moc pozytywnej energii i sił, by dzielnie przejść przez etap "odcięcia pępowiny".

Nie dbam o czyste lustro, kiedy myje zęby i powódź w łazience, kiedy udaje, że pływa. Nie dbam o brudne ręce i kieszenie wypchane kamieniami na spacerach i o to, że po zaliczeniu każdej kałuży będziemy obie wyglądać jak dzieci wojny taplające się w błocie.

Nie dbam oto, że robi śmieszne miny wśród ludzi, skacze i się popisuje. To przecież tylko dzieci... Nie dbam o wiele rzeczy i nie wynika to z braku zainteresowania, a ze zrozumienia. Że kiedy jak nie teraz? Na powagę przyjdzie czas. A kiedy jak nie teraz zbierać kamienie i układać z nich drogę na parkiecie w salonie? Kiedy jak nie teraz skakać po kałużach, nie przejmować się brudem, deszczem, ludźmi, czasem. Kiedy jak nie teraz śpiewać do lustra, gadać ze sobą w niezrozumiałym dla rodziców języku. Kiedy jak nie teraz pochłaniać kinder jajka, nie dbając o linię, kilogramy i zawartość cukru czy glutenu. Kiedy jak nie teraz tupnąć nogą, obrazić się na mamę i szlochać w poduszkę? Kiedy jak nie teraz zrobić w pokoju taki bałagan, że tylko dziecko będzie mogło wcisnąć gdzieś stopę, żeby przejść w inne miejsce? Kiedy jak nie teraz przewrócić dom do góry nogami, zrobić namiot z koców, wskoczyć mamie na brzuch i ją wycałować? Kiedy jak nie teraz ubrać bluzkę z myszką minnie, getry w kropki i sandały z barbie, nie przejmując się gryzącymi kolorami, wzorami i tym, że to wcale nie modne i takie dziwaczne. No kiedy, powiedz mi kiedy jak nie teraz, być dzieckiem w 100%, które życie widzi najprościej jak się da, nie utrudnia go tak jak my, na każdym kroku. No powiedz mi, kiedy to wszystko zrobić, skoro to jedyny czas w życiu, jedyne dzieciństwo jakie się ma?

Pozwalam dziecku być dzieckiem na jego własnych zasadach. Uczę szacunku i wskazuję co jest dobre, a co złe, ale pozwalam na istne wariactwo. Nie mam pod dachem spokojnej, ułożonej dziewczyny, której na każdym kroku mówi się - dziewczynki tak nie robią! Dzieci się tak nie zachowują. Nie hamuję jej dziecięcej wyobraźni i nie odbieram radości z tego beztroskiego czasu. Nie posługuję się w tym wpisie fachowym słownictwem, bo się na tym nie znam. Mam serce i mam rozum. Mam intuicję i... mam pamięć. Pamiętam jak to jest być dzieckiem, pamiętam doskonale co nas wzrusza, smuci, weseli. To mi wystarcza, by mieć pod dachem myślę, że szczęśliwe dziecko, które wie, że póki nie robi mi i innym krzywdy - to nie przekracza żadnych granic. Mam pod dachem dziecko, które nie jest tłamszone kiedy się wygłupia, nie jest tłamszone kiedy zbyt dużo mówi, nie jest tłamszone kiedy czegoś nie potrafi. Ale znam... znam takie dzieci, który były. Które w dzieciństwie nasłuchały się jakie to są głupie i psychiczne, bo czegoś nie umieją, czegoś nie potrafią zrobić. Gdyby tylko rodzic wiedział... ile razy dziecko tylko udaje, że czegoś nie potrafi, żeby tylko zrobić to z dorosłym. Gdyby tylko rodzic wiedział, że każde złe słowo powiedziane do dziecka, zwłaszcza w pierwszych latach życia, pozostawi ślad na jego psychice. Ale rodzice nie wiedzą... budzą się z ręką w nocniku, kiedy dziecko ma kilkanaście lat, nie wierzy w siebie, ma problemy, zamyka się w sobie...

Nie pozwolę sobie na ten błąd. Nie obetnę skrzydeł, nie stłamszę, nie zaniżę jego poczucia wartości. Nie jestem i nie będę matką idealną, ale pozwalając dziecku być dzieckiem i nie karcąc go za zachowania, które są tylko wynikiem dziecięcej radości - mam nadzieję, że uda mi się tym sposobem wychować dziecko, które w siebie wierzy, które wie, że ma we mnie oparcie.

Nie zawsze mi się udaje. Czasem powiem coś zupełnie niepotrzebne, czasem wtrącę się wtedy kiedy nie trzeba. Czasem muszę ugryźć się w język, kiedy świeżo po sprzątaniu Pola zaczyna korzystać z tego swojego dzieciństwa bez żadnych ograniczeń. Czasem ciężko mi wytłumaczyć czemu coś można, a czemu czegoś nie można. Na przykład ostatnio...

Pola dostała kiedyś paczkę ze szczoteczkami Jordan. Mają oni kilka rodzajów szczoteczek dostosowanych do dzieci w danym wieku. Jedne były od 3-6 lat, inne od 6-9. Rozpakowaliśmy jedną, resztę schowaliśmy. Ale wczoraj Pola przypomniała sobie o tym i stwierdziła, że rozpakuje je wszystkie " kazda na inny ząbek" ;) Było ciężko wytłumaczyć, że nie wolno, że dlaczego nie wolno, że najpierw trzeba zużyć jedną. Po nagimnastykowaniu się matki, ustaliłyśmy jednak, że możemy wyjąć kilka szczoteczek, ale one na razie muszą mieć ubranka, więc w opakowaniu przyjdą na występ... występować będzie Pola ze swoją szczoteczką ( o matko... ) Dostałam prawie palpitacji kiedy Pola chlapała wodą na prawo i lewo, a ja co chwilę ścierałam skądś pastę, ale... cel został osiągnięty - zęby zostały umyte, szczoteczki nieodpakowane, dziecko szczęśliwe. A, że lustro i zlew znów trzeba było czyścić - kilka minut w tą czy w tą przy trybie matki robota - to naprawdę nie robi mi już różnicy.

 

 

Przy okazji jaką jest Dzień Dziecka - przesyłam Wam dzisiaj kod BLOG15, który uprawnia Was do 15% zniżki na WSZYSTKIE PRODUKTY JORDANA. Kod obowiązuje do 31 lipca 2017 roku i można go wykorzystać o tutaj. My na dzień dzisiejszy używamy szczoteczki Jordan Step by Step 3-5 lat. Została ona zaprojektowana specjalnie do czyszczenia zębów mlecznych. Fajnym bajerem jest kolorowe włosie na główce, które wskazuje zalecaną ilość pasty. W sklepach szczoteczka dostępna jest z prezentem: osłonką podróżną lub klepsydrą odmierzającą czas dwóch minut.

 

 

 

 

 

 

Mam też fajną informację o konkursie "Mamo, Tato a dlaczego...?" - wiem ciary na sam dźwięk tego pytania :P Konkurs trwa do 11.06.2017 na facebooku Jordan Polska. Do wygrania dużo, fajnych nagród, także... spróbujcie swojego szczęścia i koniecznie dajcie znać jeśli uda Wam się coś wygrać. Nic mnie tak nie cieszy jak czytelnicy, którzy zgarniają nagrody w moich konkursach, lub konkursach o których dowiedzieli się ode mnie :)

 

 

Taka mała wariatka z tej mojej córki - od rana do nocy - wieczne wariacje, wygłupy. Z Poli jest trochę taki Wojtek, którym miała być - wiecznie rozczochrany, ubrudzony mały łobuz. Ale wiem, że wyciskamy to dzieciństwo jak tylko się da. Wyciskamy ja cytrynę, nie oglądając się za siebie. Co ktoś powie, czy powie, że niewychowane, że rozwydrzone - i don't care! Moje dziecko jest szczęśliwe, a to jest przecież najważniejsze!

 

 

 

 

 

 

Co jakiś czas zadaję Wam pytania o to, co chcielibyście zobaczyć na blogu. Mimo, że ciągle myślę nad nowymi tematami stricte lifestyle, zawsze okazuje się, że tematy dotyczące dzieci są jednak nadal przez Was mocno pożądane. Prezenty, rozwój dziecka - to wszystko interesuje Was niezmiennie.

Dlatego dzisiaj tematem numer jeden będą właśnie prezenty. Kiedy ostatnio wstawiłam na blog propozycję na prezenty na Dzień Dziecka, na blogu był totalny szał! Rozejrzałam się na drugi dzień po pokoju i w głowie miałam całą masę wpisów dotyczących właśnie zabawek. Ale stwierdziłam, że ... co tam zabawki! Lepiej pokazać coś innego, wyjątkowego, oryginalnego. Coś przy czym dziecko nie tylko dobrze się bawi, ale również się rozwija.  I to wcale nie są jakieś nudne rzeczy, rzucone w kąt po jednym dniu. To coś, co ciągle jest w użytkowaniu i to nie tylko przez Polę!

Dzisiaj skupimy się na produktach wspierających rozwój dziecka. Jedne z tych, które mamy zaczęły nam towarzyszyć już od pierwszych dni życia Polki w formie... książeczek kontrastowych!

To właśnie rodzinne wydawnictwo Sierra Madre jako pierwsi w Polsce w 2011 roku wprowadzili koncept czarno-białych książeczek. Ale na tym się nie skończyło. Jeśli kojarzycie ich tylko z tymi książeczkami, to muszę wyprowadzić Was z błędu. Ich produkty mogą Wam towarzyszyć znacznie dłużej niż  pierwszym roku życia dziecka. I ja Wam dzisiaj pokażę cóż to takiego... ale zanim przejdę do produktów dla starszaków, chciałabym Wam na pierwszy ogień pokazać nowość właśnie dla maluszków - dzięki takim właśnie prezentom, możecie nie tylko sprawić przyjemność dziecku czy młodej mamie, ale mieć też fajne poczucie, że wsparliście właśnie w wyjątkowy sposób rozwój dziecka.

 

 PREZENTY WSPIERAJĄCE ROZWÓJ DZIECKA

 

OCZAMI MALUSZKA - ZAWIESZKA

 

 

W kartoniku znajdziemy zestaw kart kontrastowych, przeznaczonych głównie dla dzieci do 1 roku życia. Do kart dołączony jest klips, dzięki któremu możemy stworzyć wyjątkową książeczkę, którą przywiesimy np. do wózka albo w aucie. Książeczka jest jak najbardziej bezpieczna i dostosowana do użytkowania przez najmłodszych. Zawieszka została również wyróżniona w konkursie Komitetu Ochrony Praw Dziecka jako zabawka przyjazna dziecku. 

 

 

 

 

 

 

No dobra... ale wy chyba najbardziej czekacie na propozycje dla starszaków, które zapowiadałam Wam na InstaStory, prawda? Pamiętacie te tajemnicze karty, w tajemniczych pudełkach? To są dopiero czadowe prezenty!

 

SERIA "CZAS Z DZIECKIEM"

 

 

Są to trzy pudełka ( do kupienia również oddzielnie ), w których znajduje się po 30 kart z danej kategorii. Możecie o niej poczytać tutaj.

 

GOTUJ Z DZIECKIEM

 

 

W tym pudełku znajdziecie 30 kart z przepisami na pyszne posiłki, które idealnie trafiają w gusta najmłodszych. Po jednej stronie karty znajduje się zdjęcie posiłku, czas przygotowania, ilość porcji oraz stopień trudności. Wymienione są również wszystkie składniki - i ich małe obrazki - genialne dla dzieci nie umiejących czytać. Na odwrocie karty znajduje się ... przepis! Prosty, obrazkowy z krótkimi komendami typu: dodaj bakalie, dodaj jogurt, wszystko wymieszaj. Na samym dole znajdują się rady dla młodego Szefa Kuchni, mówiące np. o tym, żeby dodać więcej jabłka, jeśli chcemy słodszą surówkę. Mało tego - już same nazwy są przyciągające dla dzieci np: to nie feler, krzyknął seler albo paluszki rybne pana kapitana :)

 

 

 

 

 

 

 

 

Karty GOTUJ Z DZIECKIEM to idealny sposób na dni, kiedy sami nie wiemy co zjeść - możemy wylosować kartę, albo wybrać coś adekwatnie do czasu jakim dysponujemy. To idealny sposób na dzieci takie jak Pola - wiecznie niezdecydowane. Tutaj mają czarno na białym - jaki posiłek mogą zjeść, co w nim jest zawarte. Wystarczy dać dziecku kilka kart, pozwolić wybrać, a potem wspólnie coś ugotować.

 

CZARUJ Z DZIECKIEM

 

 

Tym razem na kartach nie znajdziemy jedzenia, ale... sztuczki! Trzydzieści wspaniałych i wyjątkowych sztuczek! Na jednej stronie karty możemy zobaczyć nazwę sztuczki, spis rzeczy potrzebnych do jej wykonania, poziom trudności oraz... efekt - czyli ukazanie co zobaczy nasza widownia w formie rysunkowego komiksu. Na odwrocie karty mamy instrukcję krok po kroku jak daną sztuczkę wykonać oraz RADY NIE OD PARADY.

 

 

 

 

 

 

 

Co najważniejsze - rzeczy potrzebne do sztuczek to np. ścierka, moneta, ołówek... a czasem jedynie nasze... dłonie i kawałek sznurka. Albo same dłonie! To jest idealna propozycja dla starszych dzieci, które będą chciały pokazywać Wam samodzielnie czary, których się nauczyły :) Zachwyt i podziw jakie dziecko widzi na twarzy swoich rodziców jest niezwykle ważne i budujące. Dziecko ćwiczy wiarę w siebie, cierpliwość, motywuje się do tego, by zrobić coś jeszcze lepiej. Chwalenie dziecka i docenianie jego starań wpływa ( nie tylko na tych najmłodszych) niezwykle dobrze, a wręcz magicznie. Dzieciaki dostają skrzydeł, czują się dowartościowane i wierzą w swoją... moc! Magiczną moc! ;)

 

EKSPERYMENTUJ Z DZIECKIEM

 

 

No i tutaj coś w sam raz dla dzieci żądnych nowych doświadczeń - eksperymenty! Mali naukowcy będą tutaj mieli nie małą frajdę. Trzydzieści różnych eksperymentów od walki żywiołów po domowy elektromagnes. Podobnie jak poprzednio - na jednej stronie karty mamy nazwę eksperymentu, poziom trudności i potrzebne składniki. Na odwrocie mamy już szczegółową instrukcję - kroki do wykonania, naukowe wyjaśnienie oraz rady dla młodego naukowca. Eksperyment nie dosyć, że pozwala dziecku na samodzielne wykonanie ciekawego doświadczenia, to jeszcze je szczegółowo wyjaśnia - np. w przypadku domowego elektromagnesu, dziecko może dowiedzieć się o polu magnetycznym, które wytworzył dzięki połączeniu drutem biegunów plus i minus.

 

 

 

 

 

 

I jak? Podoba Wam się SERIA "CZAS Z DZIECKIEM"? Mi bardzo - oczywiście nie bardziej niż Poli :) Ale to jeszcze nie koniec. Mam dla Was jeszcze dwie propozycje, które na pewno przypadną Wa do gustu. Gotowi? To lecimy!

 

PUZZLOWANKI MALOWANKI 

 

 

Idealny sposób na wyćwiczenie zdolności manualnych, ćwiczenie pamięci, rozwój dziecka, a przy tym wszystkim - świetną zabawę. Pola uwielbia od jakiegoś czasu wszelkiego rodzaju rysowanie, malowanie, układanie puzzli. Sprawia jej to niesamowitą frajdę i muszę przyznać, że z czasem stała się przy tym bardzo cierpliwa i niesamowicie skupia się na wykonywanych czynnościach. Jest niezwykle precyzyjna, a przecież jeszcze niedawno rzucała czymś jeśli jej coś nie wyszło.

 

 

 

 

 

 

 

 

Puzzlowanki malowanki, to pudełko, w którym znajdziecie dwa zestawy ścieralnych puzzli - 12 elementowy i 24 elementowy. Do tego dołączone są cztery kredki świecowe oraz materiałowa szmatka, dzięki której cały rysunek z puzzli można w moment zmyć... i stworzyć kolejny! To istna dawka kreatywności, nauki i zabawy dla każdego dziecka. Nie układa w kółko tych samych puzzli, tylko tworzy własne "ilustracje", które potem układa, zmazuje i... tworzy kolejne!

 

Na koniec zostawiłam dla Was coś książkowego. Tworząc ten wpis i robiąc do niego zdjęcia kompletnie zapomniałam o tej książce - a czułam, no czułam, że coś jeszcze chciałam Wam pokazać. Ale nic straconego, dwa dni później Pola sama się o książkę upomniała prosząc o zdjęcie jej z regału... no i masz! Matce się przypomniało!

 

HELLO RUBY - programowanie dla dzieci

 

 

Wierzcie mi, że kompletnie nie wiedziałam jak takie małe dzieci mogą uczyć się technologi w jakiś prosty, zrozumiały sposób. A jednak. Hello Ruby to pierwsza tego typu książka w Polsce. Podzielona jest na dwie części: ta pierwsza opowiada o przygodach Ruby i jej przyjaciół. Druga część to zestaw zadań.

" Zadania przedstawią w praktyce problemy ze świata kodowania: jak stworzyć algorytm (mycia zębów), jak rozpoznać wzór (obrazków na tapecie), jak ułożyć pętlę (figur tanecznych), czy też jak szukać błędu w instrukcji (przygotowania kąpieli). Dzięki nim mali programiści rozwiną swoje umiejętności, przy okazji świetnie się bawiąc! "

 

 

 

 

 

 

 

Pola początkowo skupiała się na opowiadaniu, ale od jakiegoś czasu i druga część stała się dla niej dużo bardziej zrozumiała i atrakcyjna. Książka posiada niesamowite ilustracje, a zadania w drugiej części są atrakcyjne nie tylko dla starszaków, ale i dla nas - rodziców. Zadania wcale nie są trudne i niezrozumiałe - wręcz przeciwnie. Przykładowo mamy ćwiczenie z sekcji STRUKTURA DANYCH, nazywające się : czas na drugie śniadanie! 

W ćwiczeniu tym, dziecko musi pomóc Ruby dopasować jedzenie do właściwych przegródek. Przyznam, że Pola radzi sobie  z tego typu zadaniami naprawdę fajnie, a i ja mam przy tym fajną zabawę i oczywiście satysfakcję!

 

I jak? Zaciekawieni? Zainspirowani? Prezenty przypadły Wam do gustu? Lalki barbie i auta też mają swoje miejsce w życiu dzieci, ale przy wyborze gier, zabaw czy książek dla dzieci, pamiętajmy o tym, że warto inwestować w produkty, które pełnią nie tylko funkcję rozrywkową, ale potrafią sprytnie podczas tej rozrywki nauczać. Dzieci chłoną wiedzę jak gąbka, a nauka jest najfajniejsza wtedy kiedy na pierwszy rzut oka... jej nie widać ;)

Dotrwajcie do końca wpisu... tam czeka na Was niespodzianka ... prezenty ! :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KONKURS !!!

Mam dla Was super fajne prezenty! Wśród wszystkich uczestników zabawy, rozdam trzy egzemplarze książki HELLO RUBY - specjalnie dla Was! :)

Zabawa jest tylko dla osób lubiących FB:  Mamala i Sierra Madre

 

Zasady są proste:

  1. W komentarzu na blogu i na FB o tutaj ( ten sam komentarz w dwóch miejscach) odpowiedz na pytanie: jak kreatywnie spędzasz czas z dzieckiem?
  2. Opcjonalnie: udostępnij post konkursowy i zaproś znajomych

 I... czekaj na wyniki! Bawimy się w dniach 31.05 - 04.06. Wyniki ogłoszę w przeciągu 5 dni od zakończenia konkursu.

 

POWODZENIA!

Jakiś czas temu Polcia ( doprawdy nie wiadomo jakim cudem! ) znalazła ukryte w szufladzie pudełko. W pudełku było... wszystko co dziecku do szczęścia potrzebne. A konkretnie "narzędzia" dzięki którym samodzielnie możemy zrobić wielkanocne, słodkie ozdoby. Do zjedzenia oczywiście.

Czekolada w moim domu to nie jest jakieś wielkie ZŁO. Nie poszłam śladem wielu matek i nie zrobiłam z tego owocu zakazanego, na które moje dziecko rzuci się jak wygłodniałe za kilka lat, bo nigdy wcześniej mama nie pozwoliła. Na co dzień odżywiamy się zdrowo, więc kiedy dopadamy się do słodkiego np. w weekend - nie mamy umiaru. Poli słodycze sprawiają wielką frajdę, mi też - czemu więc odmawiać sobie przyjemności. Ale do rzeczy!

Mam często takie wrażenie, że my, rodzice, często w zabawie z dzieckiem, próbujemy dominować. Wiecie - nie dajemy dziecku wolnej ręki, tylko mamy swoją wizję domku zbudowanego z klocków, mamy swoją wizję ... wielkanocnych słodyczy. Kiedy Pola rozpakowywała pudełko z wielkanocnym zestawem, ja przypatrywałam się pięknie wyglądającym jajkom z uszami, oczami itp. które pokazane były na pudełku. Już oczami wyobraźni widziałam jak robimy takie same! Zaczęliśmy od roztapiania czekolady w pojemniku. Pola sama chciała mieszać, podjadać - ok, pozwoliliśmy jej. W końcu to jej prezent! Ale chcieliśmy jednocześnie, by coś z tego przecież wyszło... I o ile roztapianie czekolady i wysmarowanie foremek, poszło nam bardzo sprawnie - tak gorzej było z... poskładaniem. Na początku dopadła mnie irytacja. Wizja Poli, była zupełnie inna od mojej! Ona chciała się w tym babrać, ja chciałam rzeźbić. Ona chciała jeść, ja chciałam tworzyć. Ona chciała wydłubywać coś łyżeczką, ja chciałam starannie wszystko wyjąć. Stanęłam nad tym wszystkim i pomyślałam. Hej matko! Po co to wszystko? Chcesz piękne słodycze? Kup je, albo zrób je kiedy dziecko będzie w domu. Dałaś prezent dziecku - to daj mu zrobić z nim co chce. Ma trzy lata, nie zrobi nie wiadomo czego, ale zrobi COŚ samodzielnie. Postawiłam jej foremki z gotową już czekoladą na stół, dałam posypkę, maliny w słoiczku i... dopiero wtedy zobaczyłam, że ... że tak należało rzeczywiście zrobić. Że to dla niej, nie dla mnie. Że i tak zaraz to wszystko zje, szczęśliwa, że mogła się tak fajnie zabawić. Więc ze stoickim spokojem, stanęłam po drugiej stronie aparatu i obserwowałam. Jak nakłada maliny, jak sypie wszystko posypką, jak zawija cukierki i jak to wszystko wcina. Była taka szczęśliwa...

Dopiero w tamtym momencie dotarło do mnie, że my matki, często nie dostrzegamy w sobie błędów. Przypomniałam sobie kilka sytuacji, kiedy próbowałam jej narzucać jakieś zabawy, kiedy z niewyjaśnionych przyczyn, mówiłam, że coś ma być tak, a nie tak - tylko dlatego, że chciałam by było po mojemu. Nie zdarzało się to często, ale jednak zdarzało. Bo widocznie odzywał się gdzieś we mnie głos, że hej, jestem dorosła, wiem lepiej!

Tak... zdarza nam się popełniać błędy, przez przeświadczenie, że wiemy lepiej. Gdzieś po drodze, czasem zapominamy, że dziecko to tylko dziecko. Wszystkiego musi się nauczyć, wszystkim musi się pobawić. Nie interesuje go, jak coś wyjdzie, ale interesuje go to, w jaki sposób do tego dojdzie. Nie będzie się spinać i stresować czy babka z piasku będzie perfekcyjna, ale będzie mieć frajdę ze zrobienia babki pełnej dziur, bo odpadło coś tu i ówdzie. Dzieci to dzieci, nie mali dorośli. Na naszych oczach wszystkiego się uczą, doświadczają, dochodzą do wprawy z każdą najmniejszą czynnością. Są słodkie w swojej nieudolności, w swoi braku równowagi na rowerku. We wszystkim czego dopiero się uczą. Pięknie jest móc to obserwować, pięknie jest móc pokazać dziecku, że może sobie pozwolić na błędy.

Jedno pudełko dostarczyło nam masę frajdy. Pola wcieliła się w rolę cukiernika i ... konsumenta :P Choć tym razem sądzę, że większą frajdę od jedzenia, miała z tego, że zrobiła je sama. Według swojej dziecięcej wizji, na swoich własnych warunkach...

Zestaw, o którym mowa, to zestaw wielkanocny Smoby Chef - do robienia czekoladek z dziećmi. Znajdziemy w nim książkę kucharską, miskę do roztapiania czekolady, foremki, łyżkę, pudełko, naklejki i jak ja to nazywam "strzykawkę" do masy :D są do niej trzy różne końcówki. Zapewne można wyczarować za pomocą tego zestawu piękne cuda, ale... czy o wygląd tutaj chodzi, skoro jest to zestaw dla... dzieci? ;)

WYNIKI KONKURSU !!!

Bardzo, ale to bardzo dziękuję wszystkim za udział w konkursie na FB. Jesteście niesamowitymi odbiorcami i wierzę, że nie ma wśród Was kogoś, kto będzie miał mi za złe, że... nie mogę nagrodzić każdego! Choć bardzo bym chciała! Drogą losowania, bo nie chodziło w tym konkursie o żadne uzasadnienia - wylosowałam trzy osoby. Serdecznie gratuluję zwycięzcom, a pozostałych proszę o nie zniechęcanie się! Mam uszykowanych dla Was masę konkursów - nagrody oczywiście - REWELACYJNE! Jeśli nie wygraliście dzisiaj - wygracie w innych zabawach - to pewne! ;)

 

Tymczasem gratuluję i proszę o kontakt priv zwyciężczynie: Paulina Świątek, Roksana Gisal, Agata Gawryś! :*

 

DZIĘKUJĘ I GRATULUJĘ!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeszcze nie tak dawno, siedziałam ze smutnym wzrokiem na swoim narożniku i odliczałam godziny do jej odebrania. Wrzesień minął mi totalnie bezproduktywnie. Niby miałam napawać się ciszą, pracować. A tymczasem nie robiłam nic. Bez dziecka wszystko było jakieś... smutne.

Całe szczęście smutek minął. Wzięłam się do roboty, a odprowadzanie Poli do przedszkola stało się normalnym obowiązkiem, którego czasem wyczekuję niecierpliwie już w niedzielny wieczór ;) Być może poszło całkiem łatwo dzięki Poli i temu, że ona wręcz kocha przebywać w swoim przedszkolu. Ale zacznijmy od początku.

Przedszkole Jeżykowa Dolinka i nasza przygoda z tą placówką, zaczęła się już rok wcześniej, kiedy to we wrześniu na jakimś wydarzeniu plenerowym, wśród wielu różnych wystawców z różnych dziedzin, podeszliśmy do małego stoliczka, małych krzesełek i super fajnych pań, które zachęciły Pola, by z nimi usiadła i coś ulepiła. Byłam pewna, że skończy się to płaczem - Pola była wtedy bardzo wstydliwa, dziwnie reagowała na obcych. Ale tutaj wyjątkowo słuchała Pani, siedziała razem ze mną przy małym stoliczku i po raz pierwszy ulepiła coś z masy solnej! Tym czymś był... jeżyk! Którego dzisiaj widzi codziennie na wejściu do przedszkola. Symbol tej placówki :) Kiedy odchodziliśmy od przesympatycznych pań, z naszym ulepionym jeżykiem, F. powiedział: kurcze! Jakie te panie mają podejście! Ja wzięłam wizytówkę i... i wszystko było już przesądzone. Na poniższych zdjęciach Polcia miała 1,5 roku!

 

 

 

 

Kiedy Pola miała już dwa latka i kilka miesięcy, przed wakacjami zaczęłam się rozglądać za jakimś przedszkolem. Wiedziałam, że blog rozwinął się na tyle, że muszę już po prostu zacząć normalnie pracować. Poza tym zaczynało nam się po prostu... nudzić. Ona coraz bardziej lgnęła do dzieci, całe dnie chciała spędzać na placach zabaw - ja musiałam zarabiać. I właściwie to nawet chciałam już po prostu odżyć. Kiedy jednak przyszło do szukania placówki, co chwilę miałam jakieś ALE. Odwiedziłam wiele przedszkoli, ale z każdego wychodziłam bliska płaczu. Nie wzbudzały mojego zaufania, nie czułam się tam bezpiecznie, a co dopiero dziecko. Wiedziałam, że w grę wchodzi tylko i wyłącznie przedszkole prywatne. Nie chciałam puszczać Poli w gąszcz 20 dzieci, albo i więcej. I wtedy pomyślałam sobie, że chyba rzeczywiście... pora wybrać się do tego "pierwszego strzału". Kiedy już się zdecydowałam, pozostało mi jedynie oczekiwać na ostatni tydzień sierpnia - był to tydzień adaptacji. Pierwsze dni spędzaliśmy razem z dziećmi, trzeciego dnia mieliśmy odprowadzić je i... pójść. Na dwie godziny, ale... dla nas rodziców to była jeszcze większa próba niż dla dzieci. Miałam mały stres, nie wiedziałam czego się spodziewać. Napadu płaczu, telefonu od pani, że jednak to za wcześnie...

A było tak. Odprowadzona Pola, z którą się pożegnałam, została wzięta przez Panią w jej ramiona i wtedy kiedy powiedziałam "papa", Pola wyciągnęła rączki, zapłakała, drzwi się zamknęły i... cisza. Trzy sekundy płaczu, a potem wie godziny zabawy. na drugi dzień ta sama sytuacja. A od 1 września było po prostu "papa" i już nigdy więcej nie było płaczu, ani przy odprowadzaniu, ani w trakcie zajęć, ani przy odbieraniu. A przepraszam! Przy odbieraniu były raz fochy i płacz... że za wcześnie - więc zaczęłam wydłużać jej czas pobytu w przedszkolu. Wrzesień był dla mnie okropny. Kilka razy zdarzało mi się płakać, kilka razy miałam wyrzuty sumienia. Właściwie wyrzuty sumienia miałam wiele razy. Nie wiem czemu. Po miesiącu z kawałkiem wszystko wróciło do normy. Było tak jak powinno być. Pierwsze przedszkole wrażenia opisałam we wpisie "Poszła Pola do przedszkola" - było to 14 września, więc zaledwie po dwóch ( właściwie trzech) tygodniach uczęszczania do przedszkola.

 

 

 

 

 

przedszkole ursynów

 

 

To wspaniałe wspomnienia, kiedy mogłam jeszcze uczestniczyć w zajęciach razem z nią. Obecnie jestem tam z rana i po południu dosłownie kilka chwil. Najdłużej przy odbiorach, bo Polę wtedy roznosi energia i strasznie ciężko mi ją utemperować i namówić do ubrania. Krótko mówiąc - ciężko jej stamtąd wyjść, najchętniej siedziałaby tam pewnie do końca, czyli do 18:30 ;)

Jakie są moje wrażenia, odczucia co do tej placówki? Cóż - intuicja mnie nie zawiodła, lepiej trafić nie mogłam. Jeśli macie coś takiego, że wchodzicie do przedszkola i czujecie: to jest to! To się nie zastanawiajcie. My matki, mamy do takich rzeczy nosa. Faktem jest, że pewne rzeczy wychodzą po czasie, ale ja po pół roku wciąż nie mam się do czego przyczepić. Pola zawsze wychodzi z przedszkola uśmiechnięta, prawie codziennie widzę na tablicy jej nowe prace. Przedszkole przygotowuje wiele ciekawych przedstawień, zabaw. Nie wspomnę już o tym, że Pola odkąd tam uczęszcza rozwinęła się tak niesamowicie, że czasem sama nie wierzę, że to moja córka. Mówi już dosłownie wszystko, pełnymi zdaniami. Ostatnio przyszła z przedszkola i poprosiła, żebym na YT włączyła jej "kollidę" ;)

Panie zawsze szczegółowo odpowiadają mi na moje pytania, nie ma problemu, żebym nie wiedziała jak jadła ( jedzenie MEGA ZDROWE );  jak spała - a właśnie! Pola odkąd chodzi do przedszkola, wróciła do dziennych drzemek. Ponoć jest z niej taki śpioch, że nie chce jej się za bardzo wstawać jak już zaśnie. Pola ma również chłopaka :D Franka! ( pozdrawiam mamę Franka jeśli to czyta :* ) - z Frankiem to była miłość od pierwszego wejrzenia, ale co się dziwić skoro i ja z jego mamą od razu znalazłyśmy wspólny język. O Franiu wie już cała moja rodzina, jak i o Poli rodzina Frania... :D Kto wie, może coś z tego będzie!

Cóż mogę więcej powiedzieć - życzę każdemu by w swoich poszukiwaniach trafił na takie przedszkole jak ja. Osobna kwestia, że ostatnio duuużo czasu siedziałyśmy w domu z powodu chorób i wyobraźcie sobie, że Pola potrafiła rano płakać, że chce do "pekola". Zdarza się to też w weekendy!

Tak więc, drogie mamy, jeśli jesteście z Warszawy, a konkretnie z dzielnic Ursynów, Mokotów - i szukacie placówki godnej zaufania dla Waszych pociech - służę radą i gorąco polecam Wam to przedszkole. Wszystkie informacje znajdziecie oczywiście na stronie przedszkola, o tutaj.

Jestem ciekawa czy i Wasze przygody przedszkolne miały taki łagodny przebieg jak u mnie, czy może było trochę bardziej stresująco. Dajcie znać! A my ściskamy wirtualnie wszystkich przedszkolaków!

Poniżej kilka zdjęć, które wybrałam spośród wielu, które przesyła rodzicom na e-mail, dyrekcja przedszkola + mały kolaż z mojego telefonu :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dwa i pół roku minęło jak... jeden dzień. Dzisiaj wiem, że nigdy przenigdy nie należy chcieć, by dnie, miesiące, czy lata minęły jak najszybciej. Dziś wiem, że nigdy nie powinnam chcieć, by była ciut starsza, ciut doroślejsza, ciut bardziej "zrozumiała". Każdego dnia należy samemu uwierzyć w to, że właśnie TERAZ jest najlepiej...

Mam wrażenie, że nie wiem kiedy to się stało. Kiedy jej oczy stały się tak dorosłe, a "agugu" zamieniło się w: " nie rób tak mamo!" - kiedy klocka czerwonego przeczepię tam gdzie nie trzeba. Nie wiem kiedy stópki z z rozmiaru 15 stały się rozmiarem 25 i kiedy... kiedy zaczęła sama się ubierać, jeść, myć i... i ogólnie kiedy prawie wszystko zaczęła robić sama, poprzedzając owe czynności ostrzeżeniem " SAMA!". Choć dzisiaj jest tak pięknie i idealnie to ja nie chcę, by to działo się zbyt szybko. Boję się rozmytych wspomnień, boję się, że coś tu mi umknie, tu ucieknie. Boję się, że tak jak ledwo już pamiętam niektóre momenty po jej urodzeniu, tak zapomnę dużo więcej z nich. Bo do niedawna pamiętałam, kiedy wyszedł jej pierwszy ząbek, a dziś to w książce muszę sprawdzić. Myślałam, że zawsze będę pamiętać, kiedy przestała pić mleko w proszku i zaczęła pić krowie, ale tego też już nie pamiętam. Choć to sprawy nieistotne, to jednak dobrze było pamiętać każdy szczegół, wiedzieć o swoim dziecku wszystko, od tego kiedy w nocy będzie mieć pobudkę po datę ząbka właśnie...

I nie wiem, naprawdę nie wiem kiedy ten czas tak szybko minął, ale boję się, że równie szybko minie kolejne 2,5 roku, a potem pięć i dziesięć. Ale nie można tak wybiegać, martwić się na zapas. Kiedyś chciałam, by czas umknął, bo było źle, dziś wiem, że nie ma nic ważniejszego jak chwila tu i teraz. A tu i teraz dzieje się naprawdę dużo.

Poszła. Tak po prostu. Na początku ze mną, potem sama na dwie godziny, potem sama na jakieś sześć godzin. A gdy już drugi raz tak poszła na dłużej, to tylko buzi dała, zrobiła papa i odwróciła się na pięcie. I wtedy właśnie wtedy, gdy już nie zapłakała, to ja w siedząc w domu zapłakałam, bo poczułam się jakby moje mieszkanie opuścił jakiś dobry duch, co to zawsze był przy Tobie i nawet jeśli go widać nie było to się czuło, że jest. W tym niepokoju w domu siedziałam zeszłego piątku aż do 15. Bo dzień wcześniej dziecko o 14 mi się spłakało, że przyszłam za wcześnie. Więc tak dreptałam już po domu od 14 w piątek, aż wyruszyłam, pojechałam i wbiegłam jak dzik do przedszkola. No i słyszę relację... dziecko je! Dziecko śpi! Dziecko się bawi z innymi! Dziecko jest... szczęśliwe. Jak ręką odjął niepokoje, płacze i stresy. Bo pieprzyć moje samopoczucie i to jak ja znoszę tą rozłąkę. Czy to jest ważne w obliczu tego jak moje dziecko jest teraz szczęśliwe? Po rozmowie z Panią, rozmową z Polą w drodze na autobus...jak się tak roztrajkotała o tym jak to fajnie było... to do wieczora opowiadała. A rano to w minutę muszę być gotowa, bo mnie w piżamie ciągnie za palec, że "do kola mama idziemy!"... coś pięknego, mówię Wam.

I przejść obojętnie już teraz nie mogę. Takiego przedszkola życzę KAŻDEMU. A jeśli ktoś z Warszawy jest, to wychwalać będę do końca życia. Przedszkole Jeżykowa Dolinka, bo to o nim mowa to nasz strzał w dziesiątkę...  A co tam, że dopiero trzy tygodnie Pola tam chodzi. A co tam, że zaraz ktoś mi powie, że wszystko zmienić się może. Może i... może. Ale nosa do ludzi to ja mam i podejście Pań z przedszkola to coś na co napatrzeć się nie mogę... Pierwsze wrażenie było rewelacyjne i trwa dalej. I patrząc na to jak o wiele bardziej indywidualne podejście można mieć kiedy w grupie jest dziewięcioro dzieci i dwie panie... patrząc na to jak każdego można przytulić i pocieszyć... tak po cichu sobie marzę, by kiedyś było tak wszędzie. By każde dziecko mogło czuć się wyjątkowe, nie zagłuszane w oblężonym przedszkolu, przez resztę 25 osobowej grupy. Doceniam ogromnie i wdzięczna jestem, że dane mi było posłać Polkę do takiego miejsca. A mowa konkretnie o miejscu magicznym i niezwykle wyjątkowym. Uważam, że nic w życiu nie dzieje się bez powodu, tak jak nie wydarzyło się bez powodu spontaniczne wyjście z Polą rok temu, na Ursynowską górkę, gdzie było mnóstwo zabaw dla dzieci i mnóstwo firm, które reklamowały swoje usługi. Pola wtedy dość wstydliwa, dała się namówić, właśnie  dzięki Pani z przedszkola Jeżykowa Dolinka -  by usiadła i... ulepiła z masy solnej jeżyka. Pamiętam jak kiedy odchodziliśmy od stolika, F. powiedział, że te Panie mają niesamowite podejście do dzieci. I tak Jeżykowa Dolinka stała się naszym numerem jeden, o którym pamiętaliśmy aż do czasu, kiedy postanowiliśmy poszukać dla Poli przedszkola. Przeszukałam wszystkie placówki na Ursynowie, ale jednak... jeżyk był zwycięzcą.

Pola codziennie chodzi do tego miejsca z uśmiechem. Plan był taki, by odbierać ją o 14, ale jak się okazało, Pola lubi sobie tam smacznie pospać, a o 15 zjeść podwieczorek, więc odbieram ją tuż po podwieczorku. Kiedy ostatnio z F. pojawiliśmy się w drzwiach jej sali, punkt 15:20 zobaczyliśmy jej skwaszoną minę i zdziwienie, że jak to... już po mnie przyszliście? Nie ma opcji, żebym odbierała ją później, no nie ma! Oszalałabym już chyba i ewidentnie byłoby mi jej mało, no... kto by pomyślał. Że dziecko nagle zacznie ładnie jeść i drzemać. Że będzie samo zagadywać do innych dzieci... Szybko się to wszystko dzieje, ale... przyjemnie się na to patrzy będąc rodzicem. Przyjemnie patrzy się na dorastanie dziecka, choć jednocześnie człowiekowi chce się płakać. I ze wzruszenie z jakiegoś takiego smutku, że ten czas tak pędzi. Nie ma jednak dnia, w którym nie byliśmy zachwyceni tym jak bardzo się zmienia. Jej pobyt w przedszkolu, choć jeszcze krótki, już zmienił ją totalnie. Wydaje nam się jakaś taka bardziej... dorosła. Więcej mówi, ładniej się bawi. Każdego dnia po przedszkolu, opowiada nam o swoich kolegach i koleżankach, o tym co robi, co jadła, czy spała, w co się bawiła. Jesteśmy zachwyceni. Nasza mała Pola... poszła do przedszkola. Trzymajcie za nią kciuki. Choć z tego co widzę, radzi sobie i bez nich! ;)

 

DSC_0614

 

DSC_0615

 

DSC_0617

 

DSC_0618

 

DSC_0619

 

DSC_0620

 

DSC_0622

 

DSC_0623

 

DSC_0627

 

DSC_0629

 

DSC_0632

 

DSC_0633

 

DSC_0638

 

DSC_0639

 

DSC_0641

 

DSC_0644

 

DSC_0646

 

DSC_0647

 

DSC_0648

 

DSC_0649

 

DSC_0650

 

DSC_0652

 

przedszkole ursynów

 

DSC_0659

 

DSC_0660

 

DSC_0661

 

DSC_0662

 

DSC_0665

 

DSC_0666

 

DSC_0669

 

DSC_0670

DSC_0677

 

DSC_0678

 

DSC_0680

 

Klapsy - niezmiennie zadziwia mnie fakt, że ilekroć w internecie pojawia się ich temat - ludzie gotowi są wydrapać sobie oczy z powodu odmiennego zdania. Tylko jak w temacie przemocy zdania mogą być w ogóle podzielone?

Kiedy dorosły uderzy dorosłego - reagujemy! Kiedy dziecko uderzy dorosłego - reagujemy. Kiedy rodzic uderzy dziecko - jedni zareagują, inni powiedzą, że to w imię zasad. Klapsy to dla niektórych norma. Dziecko trzeba wychowywać, a cóż zdyscyplinuje je bardziej niż... no właśnie niż co? Strach, upokorzenie? Tak - to właśnie niesie ze sobą przemoc.. Począwszy od klapsa, skończywszy na uderzeniu w twarz.

Dwa razy. Dwa razy w życiu byłam świadkiem publicznego uderzenia dziecka w tyłek. Takiego uderzenia, pod którego wpływem dziecku uginają się z bólu nogi. Pierwszy raz pamiętam jak przez mgłę, akcja była dość szybka. Nie miałam dzieci, poczułam totalne wkurzenie, ale nie zareagowałam. W tyłek przyłożyła swojej córce, wściekła mama. Wściekła, bo dziecko wchodząc do marketu miało czelność marudzić. Za drugim razem nie przeszłam obojętnie. Wyczulona na krzywdę dziecka, będąc już matką, zareagowałam od razu. Ojciec, dwójka dzieci na rowerkach, pies na smyczy. Dziecko za wolno jechało na rowerku, zatrzymywało się - no wiecie, a ojciec się spieszy! Co więc zrobił? Szarpnął dziecko siedzące na rowerku, a następnie przyłożył w tyłek tak, że dziecko upadło i zalało się łzami. Żałuję, że tylko na pouczeniu wtedy skończyłam...

Powyższą sytuację opisałam na facebooku. Nie przewidziałam jednak jednego... że klapsy, że przemoc ma swoich zwolenników. Bo klaps to przecież nie przemoc. To forma wychowania. To ułatwienie... Ręce mi opadły. Nie przemówił do mnie ŻADEN argument, bo słowa, które czytałam nie były dla mnie argumentem, a absurdem.

" Ja też dostawałam na dupę i żyję" - super! Ja kiedyś sięgnęłam po narkotyki i też żyję - czy to czyni branie narkotyków dobrą rzeczą? Ale rozumiem! Przyznanie się przed samym sobą, że nasze dzieciństwo wcale nie było takie piękne jak sobie wmawiamy, mogłoby być bolesne... spoko.

" Kiedyś przynajmniej ludzie czuli respekt, a teraz bezstresowe wychowanie, zero klapsów i dzieci za kilka lat założą Ci kosz na łeb" - pojęcie bezstresowego wychowywania to najgłupszy argument przytaczany za każdym razem przez zwolenników bicia. Nie wiem, na prawdę nie wiem jak można być aż tak ograniczonym by nie umieć rozgraniczyć dwóch różnych rzeczy. O ile istnieje pojęcie wychowania bezstresowego, to nie jest to wcale wychowanie, w którym nie ma żadnych zasad. Mówienie o sytuacjach, gdzie dzieci robią co chcą to BRAK WYCHOWANIA... a to bezstresowe - wg mnie nie istnieje. Nie da się w życiu dziecka uniknąć stresu i nie da się trzymać go pod kloszem, by nie miało styczności ze światem zewnętrznym, który jest stresujący sam w sobie. To, że nie biję dzieci nie jest równoznaczne z tym, że ich nie wychowuję. Wychowuję, ale nie idę na łatwiznę poprzez wywoływanie w dziecku strachu.

" Jakby mi się dziecko położyło w markecie na podłodze i zaczęło się drzeć, od razu bym mu przyłożyła" - takie coś może powiedzieć albo ktoś kto nie ma dzieci, albo kto je ma, ale w ogóle się z nimi nie liczy. Dla dziecka pierwsze lata życia to NOWOŚĆ. Każdego dnia uczy się czegoś innego. Furie w markecie mogą dziwić kogoś kto nie ma dzieci, ale nie rodziców. Emocje - siedzą w każdym z nas i prowadzą do dziwnych zachowań. Pod ich wpływem dorośli robią różne rzeczy, jakim więc cudem dziwimy się dzieciom? Dzieciom, które w napadzie furii, która dla nas jest kaprysem walczą właśnie ze swoimi emocjami, których same nie rozumieją...

" Czasem klaps jest potrzebny, jak tłumaczenie nic nie daje" - czy ktoś kiedykolwiek powiedział, że wychowanie dziecka jest proste? Że wystarczy wytłumaczyć dwa, trzy razy i dziecko zrozumie? Nie. Dziecku czasem trzeba coś tłumaczyć kilka miesięcy i konsekwentnie pokazywać co wolno, czego nie wolno. Wychowanie dziecka to tysiące godzin spędzonych na tłumaczeniu dlaczego, po co, jak i czemu. Jak inaczej miałoby to wszystko pojąć.

Czy kiedy niechcący porysujesz facetowi auto, mimo że setki razy tłumaczył Ci jak masz cofać - czy to, że Cię uderzy, sprawi, że zrozumiesz? Auta już więcej nie zarysujesz, bo za każdym razem kiedy będziesz cofać, nie będziesz sobie przypominać jego wskazówek jak to robić, a przypomnisz sobie co czułaś, gdy Cię uderzył, upokorzył, a jednocześnie zastraszył. To samo tyczy się dzieci - przeczytałam w sieci nie raz, że dziecko po uderzeniu stało się posłuszne - brawo Ty! Super, że posłuszność to w tym wypadku tak naprawdę strach - strach przed własnym rodzicem. Na czym Ci rodzicu zależy? Na tym, żeby dziecko zrozumiało DLACZEGO tak nie wolno robić, czy na tym, żeby tego nie robiło bo znów mu się dostanie...?

KLAPS = przemoc. Przemoc to pójście na łatwiznę. To nasze nieradzenie sobie ze swoimi emocjami. Skąd to wiem? Bo sama czasem już sobie z nimi nie radzę. Kiedy jesteśmy doprowadzani do furii, tracimy zdolność myślenia zdroworozsądkowego. Miotają nami emocje i właśnie kiedy tak się dzieje, tysiące rodziców zaciska zęby i ręce, które nas najzwyczajniej w świecie swędzą. W tym momencie rodzice dzielą się na dwie grupy. Pierwsza z nich to grupa tych rodziców, którzy zacisną zęby i doskonale będą wiedzieli, że to oni sobie ze sobą nie radzą, bo nie mają już sił. To grupa tych rodziców, która w tym momencie wie, że granicy przekroczyć nie wolno. Druga grupa to ta, która raczej zbytnio nie myśli - swędzi rączka, więc tą swędzącą rączką funduje dziecku ból. Czasem pogarsza on sytuację, czasem staje się rzecz niesamowita! Dziecko milczy. Upokorzone, zranione przestaje marudzić i wymyślać. I kiedy w tym momencie rodzice patrzą w jego oczy - jest wtedy jeszcze szansa, że te oczy powiedzą rodzicowi wszystko - powiedzą mu jak bardzo źle zrobił. Jest wtedy szansa, że ten rodzic, nigdy więcej już tego nie zrobi. Znam takie przypadki... niestety ból w oczach dziecka nie zrobi wrażenia na każdym. Niektórzy będą iść w zaparte już do końca, że przemoc czyli również klapsy, to część wychowania i swój błąd będą wciąż i wciąż powtarzać.

Czy warto reagować? Czy warto wciąż tworzyć akcje, apele, pisać o tym, że klapsy są złe? Tak. NIGDY nie ingeruję w to jak rodzice wychowują swoje dzieci. Z wyjątkiem sytuacji, w których mamy do czynienia z przemocą fizyczną bądź psychiczną. Jeśli jakikolwiek apel, jakakolwiek akcja, jakikolwiek wpis, może uchronić chociaż JEDNO dziecko... to już jest warto.

A klapsy? Niech będą dla nas tylko wspomnieniem gorących nocy w sypialni, a nie upokorzenia z dzieciństwa.

 

dziecko

 

lody

 

klapsy

 

torba klapsy

 

Torbę z hasłem "Klapsy tylko dla dorosłych" dostaniecie tutaj.

Kocham. Nie daję klapsów.

@alicjawegnerpl

Zajrzyj na mój Instagram i sprawdź, jak żyję, manifestuję oraz działam.
cartcrossmenuchevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram