Odkąd pamiętam uwielbiałam ten dreszczyk emocji i ekscytacji, kiedy razem z F. wsiadaliśmy spontanicznie w auto i obieraliśmy sobie jakiś kierunek w naszej pięknej Polsce. Byliśmy małolatami, nie mieliśmy większych zobowiązań, a pieniędzy jak to młodzi bez większych wydatków, mieliśmy zawsze tyle, by móc pozwolić sobie na spontaniczne wyjazdy i wiele innych atrakcji. Kiedy urodziła się Polka, a my przeprowadziliśmy się do Warszawy - zaczęło się prawdziwe życie, jazda bez trzymanki - nie było mowy o żadnych większych wyjazdach. Nie było na to ani czasu ani funduszy. Jesteśmy jednak już na ostatniej prostej i mam nadzieję, że niedługo wrócimy do tego, co tak niesamowicie dobrze na nas wpływa - do wojaży po Polsce i nie tylko. Ja jednak zrobiłam krok naprzód nieco wcześniej, bez F. Ale za to z kimś innym... z Izą i Patrycją ( to ona zrobiła te wszystkie cudowne zdjęcia!) - dwiema osobami, które tak samo jak i ja miały przeogromną ochotę zostawić swoje szarańcze w domu i po prostu - wyjechać! Ach ja wiem, że to takie wyrodne, że po co sobie dzieci robić, skoro się je ma potem zostawiać - ale my żyjemy po swojemu, nie patrząc na to: co inni powiedzą! I jak chcemy od dzieci odpocząć i jest możliwość - to korzystamy! Ba! I całkiem dobrze się przy tym bawimy!
Projekt #kierunekswiat, narodził się właśnie wtedy, kiedy rozmawiałyśmy we trójkę przez telefon i postanowiłyśmy, że musimy zrobić coś odjazdowego! Że chcemy więcej od tego życia! Chcemy więcej przeżyć, więcej zobaczyć - i wszystko to pokazać Wam! Na instastory, na zdjęciach na instagramie, na blogu... Chciałyśmy zacząć od czegoś małego, więc wybrałyśmy sobie szybki, spontaniczny, krótki wyjazd na Festiwal Kwiatów. Wciąż jednak nie wiedziałyśmy jak nazwać nasz tajemniczy projekt. #babskiewojaze? Nieee! Przecież będziemy wojażować też z dziećmi, z rodziną, nie zawsze tak po babsku! No i co chcemy zwiedzać? Polskę, a może ogólniej... Europę? Nie! My chcemy zwiedzać... świat! Wierzcie mi - dawno nie widziałam takiej burzy mózgów. Słowa leciały jak czytane ze słownika, synonimy, podobne wyrażenia, łączenie różnych opcji - ilekroć na coś wpadałyśmy i myślałyśmy, że to jest to - okazywało się, że nie... coś mi tutaj nie pasuje ( zwłaszcza mi ciągle coś nie pasowało) - i nagle OLŚNIENIE! #kierunekswiat - każda poczuła w serduchu na dźwięk tych słów, że to jest to. Po prostu.
Wiedziałyśmy, że nasz projekt będzie czymś niesamowitym - głównie dlatego, że każda relacja z podróży będzie u każdej z nas inna - każda z nas ma inne spojrzenie na świat, zwraca uwagę na inne rzeczy. Patrycja to miłośniczka wnętrz, architektury, pięknych zdjęć. Iza zwraca uwagę na detale, kocha fotografować naturę, piękne budynki. Ja jestem marzycielką. Z podróży wynoszę doświadczenia duchowe, skupiam się na chłonięciu każdej chwili ( nie do końca mi się to jednak udało, ale o tym za chwilę) - o wiele baczniej obserwuję ludzi, ich szczęście ( lub jego brak) niż budynki, kwiaty itp. I właśnie dlatego, Wy moi drodzy czytelnicy, wyniesiecie w naszych podróży równie dużo jak my - czytając za każdym razem trzy totalnie różne spojrzenia na jedną i tą samą wyprawę...
Na początek wybrałyśmy coś "małego". Szybki, spontaniczny wyjazd - zwiedzanie ogrodów Keukenhof i Amsterdamu. Jarałam się jak małe dziecko. O biurze podróży itp. opowiem Wam za chwilę. Tutaj chciałabym Wam powiedzieć nie tyle co o całej wycieczce, a o samych ogrodach - relacja z Amsterdamu pojawi się w osobnym wpisie.
Ogrody Keukenhof to jedna z największych atrakcji w Holandii, do którego zjeżdżają turyści z całego świata. Powierzchnia ogrodów jest ogromna i naprawdę nie ma opcji, żeby przez kilka godzin dotrzeć wszędzie, wszystkiemu się przyjrzeć, wszędzie się zatrzymać. Ogród rozciąga się na 32 hektarach ziemi - kosmos! 32 hektary pokryte kwiatami, pięknymi alejkami, wodą. Gdyby jeszcze przyjrzeć się nieco liczbom, to internety "mówio", że wiosną na tym obszarze rozkwita aż... no ile, no ile? SIEDEM MILIONÓW kwiatów cebulowych: tulipany, narcyzy, hiacynty, krokusy. Serio, nie jestem jakąś wielką fanką kwiatów, która czyta o nich książki itp. ale jestem kobietą - to wystarczy, by czuć się w takim ogrodzie jak w raju. Z kolei dla tych, dla których kwiaty są pasją - to będzie raj na ziemi i kwiatowy orgazm w bonusie :P Widziałam jakie szczęście malowało się na twarzach tych, dla których kwiaty są naprawdę ważną częścią w ich życiu.
Sam ogród robi wrażenie, że już na wejściu - nie chodzi tylko o kwiaty, ale o cały klimat. Wiedziałam od początku, że jeszcze kiedyś tutaj przyjadę - nieco bardziej wypoczęta, na własną rękę ze swoją rodziną - żeby wśród tych kwiatów posiedzieć, zjeść coś, i chłonąć każdą minutę. Wycieczki objazdowe mają ograniczony czas, a nasze zwiedzanie ogrodów było jak wpełznięcie paparazzi, którzy fotografują każdą najmniejszą pierdołę :D Momentami same z siebie nie mogłyśmy ze śmiechu. Iza co chwilę zatrzymywała się, robiąc pierdyliard zdjęć jednemu kwiatkowi, Patrycja była gdzieś zawsze 10 kroków przed nami, a ja ledwo widziałam na oczy ze zmęczenia i narzekałam, że nikt nie chce mi zrobić fajnego zdjęcia wśród tulipanów. Weźcie sobie jednak na nas poprawkę - my czasem tak marudzimy "dla jaj", zwłaszcza ja robię zawsze za błazna, który niby strzela foszki, niby się obraża - ale to wszystko jest w formie żartu, żeby rozbawić innych :)
Spacerowałyśmy pośród tych kwiatów, śmiałyśmy się z masy rzeczy: z dziwnie pozujących ludzi, z ludzi kładących się w chodakach do fot. A śmiech ten przerywany był co chwilę jakąś ciszą, zachwytem, chłonięciem chwili, przyglądaniu się kwiatom, chodakom małym i większym, cudownym różowym drzewom.
Ogród może zwiedzić każdy, czynny jest każdego roku - od końca marca, do połowy maja, siedem dni w tygodniu :) Naprawdę warto i nie jest to też wypad za kwotę 4 cyfrową, także myślę, że na spokojnie wielu z Was może sobie na takie coś pozwolić, zwłaszcza, że nie mamy tam aż tak daleko. Aha! Można było w ogrodach zostać dłużej na pięknym wydarzeniu jakim jest Parada Kwiatów - my jednak wybraliśmy wycieczkę, w której miałyśmy też zwiedzanie Amsterdamu, dlatego zawinęłyśmy się przed Paradą. Nie widziałyśmy sensu, żeby być w Holandii, cały dzień w ogrodach i nie zobaczyć Amsterdamu. Więcej szczegółów na pewno dowiecie się z relacji Izy i Patrycji - ja nie widzę sensu, by pisać coś więcej w tym temacie, zdjęcia powiedzą wszystko. Chciałabym Wam jeszcze powiedzieć o centrum turystyki, z którym miałyśmy przyjemność "wojażować" ;)
Przyznam, że nigdy wcześniej o nich nie słyszałam. Ostatni raz podróżowałam autokarem chyba na wycieczce do Paryża, później nie szukałam już takich wrażeń. Przyzwyczaiłam się do jazdy autem, ewentualnie przemieszczenia się gdzieś dalej samolotem - ale autokar? No ale stało się. Przyznam, że byłam podekscytowania maksymalnie i wcale nie był mi straszny czas jaki spędzę w autokarze. Wertowałam na stronie jak szalona, jaki są autokary itp. i byłam pewna, że jazda będzie na 100 % komfortowa. Nieco się przeraziłam kiedy okazało się, że razem z Pati wyruszamy z Wawy w piątek o godzinie... 14! Iza ok. 20 wsiadała dopiero w Poznaniu - to właśnie tam miałyśmy jedną, jedyną przesiadkę. W Wawie czekał na nas piętrowy ( jupiii jejj!) autokar, a my dostałyśmy siedzenia na górze na samym przodzie. Jarałam się jak dziecko i całą drogę patrzyłam przed siebie, nie mogąc się nadziwić jak ciekawa może być podróż, kiedy ma się tak zajebistą perspektywę i widok. Modliłam się jedynie oto, żeby w autokarze następnym były gniazdka do ładowania telefonu - wyobrażacie sobie taką podróż całkowicie offline?! Co ja bym miała robić tyle godzin w drodze powrotnej?! Ale przesiadka w Poznaniu okazała się najlepszym co mogło nas spotkać - autokar wręcz luksusowym. Skórzane siedzenia, tablety w zagłówkach, gniazdka, wejścia usb i... dacie wiarę, że żadne inne autokary w Polsce nie mają takiej przestrzeni na nogi?! Serio, serio. Czułyśmy się jak w samolocie. Kierowcy - żyć nie umierać, zwłaszcza, że znów dostałyśmy miejsce na przodzie, czyli bezpośrednio za nimi - mili, przystojni, sympatyczni. Chciało się jechać i jechać...
Warto też wspomnieć o przewodniczce. Można się było od niej naprawdę mega dużo dowiedzieć, nie tylko podczas zwiedzenia Amsterdamu, ale ogólnie podczas jazdy autokarem, kiedy zaskakiwała nas wieloma nowinkami na temat Holandii.
Generalnie byłam na kilka dni przed wyjazdem mega negatywnie nastawiona - przerażał mnie czas podróży, pogoda, brak większej gotówki, którą mogłabym mieć w kieszeni na jakieś swoje "widzimisię". Ale cała organizacja tej wycieczki, każda jedna najmniejsza rzecz - od wygody w autokarze, po miłych pracowników, po zwiedzanie - wszystko było zorganizowane REWELACYJNIE. Już w drodze powrotnej przeglądałyśmy we trójkę katalogi i zastanawiałyśmy się, gdzie jeszcze pojedziemy z Oskarem. Tym razem jednak szukałyśmy wycieczek z noclegami... bo... bo jedynym minusem w całej tej wycieczce, zwłaszcza dla mnie było...
Tak jak jestem pozytywną i pełną energii dziewczyną, tak kiedy śpię mniej niż ... no dobra mniej niż siedem godzin - jestem nie do życia. Nie wiem jak jeszcze dwa lata temu mogłam zarywać noce na naukę czy pracę, wstawać do dziecka, a potem w dzień normalnie funkcjonować i nie drzemać. Teraz kiedy położę się spać później niż chwilę po 23, jestem nie do życia i wręcz jestem w stanie zasnąć niemalże na stojąco. Nie mam wtedy ochoty na nic, wszystko mnie wkurza i chce mi się płakać. A niestety nie jestem w stanie zliczyć MINUT, które przespałam w autokarze snem TWARDYM, kiedy nie słyszałam nic z zewnątrz. Takiego snu nie miałam. Ani w jedną ani w drugą stronę. Zmęczenie próbowało mi odbierać radość z tej wycieczki wiele razy, ale mimo to dałam radę i jestem cholernie zadowolona i podekscytowana. Jednak nie sądzę, by mój organizm zdecydował się na coś takiego jeszcze raz - tym razem wybieram coś z noclegiem. A jeśli znów coś takiego szybkiego to coś co jest bliżej. Nie te lata no! :P ;)
Na koniec chciałabym Wam podrzucić linki do:
Oferty weekendowe takie jak Festiwal Tulipanów i Amsterdam
Wycieczka to koszt 207 zł + dopłata w zależności od tego, w jakim miejscu wsiadacie. Koszta dodatkowe to 25 €/os, które obejmują bilet wstępu do Keukenhof, opłaty lokalne oraz usługę przewodnicką po Amsterdamie. Wiadomo, że trzeba mieć jeszcze coś w kieszeni, np. na toalety na stacjach, jedzenie, picie itp. Toalety na stacjach polskich są darmowe, ale e za granicą to koszt między 50, a 70 eurocentów. My nie wydałyśmy wiele - ok 10. euro na pamiątki i 8 eurosów na kebsa w Amsterdamie :) Na koniec herbatka za 2,50 €.
Co do cen w miejscach takich jak Ogrody eukenhof - wiadomo, że zawsze są wyższe. Jeśli macie zamiar zwiedzać również Amsterdam, to te same pamiątki co w ogrodach kupicie w nim trzy razy taniej. Chyba, że mowa o jakimś rękodziele i czymś co jest tylko w ogrodach.
I jak? Podoba Wam się taka forma zwiedzania i babskiego wypadu? To wyczekujcie drugiej części wpisu, poświęconej Amsterdamowi. W kolejnej części podam Wam również szczegóły na temat czasu podróży itp. A póki co... zapraszam do foto-relacji!
Ze sklepem Westwing, współpracuję już bardzo długo i zdążyłam w tym czasie poznać wiele ich produktów. Przede wszystkim zaopatruję się w rzeczy do nowego domu. Głównie takie, które sprawdzą się niezależnie od jego wyglądu np. kołdra, sztućce czy zastawa. Dom powoli wypełnia się kartonami, a ja wciąż prawie każdego ranka przeczesuję stronę w poszukiwaniu nowości... I mimo, że zakupy online są dla mnie najbardziej wygodną opcją, to jednak dobrze mieć nareszcie możliwość obejrzenia niektórych z produktów w sklepie stacjonarnym, by móc zobaczyć ich rzeczywisty wygląd, by móc je dotknąć i dokładnie obejrzeć z każdej strony.
Stacjonarny sklep Westwing zachwyca przede wszystkim... wyglądem. Genialne aranżacje, cztery strefy - każda urządzona w innym klimacie. Człowiek czuje się tam bardziej jak w czyimś domu, niż jak w sklepie, zwłaszcza, że strefa pierwsza, w której znajdujemy się zaraz po wejściu wygląda jak salon. I to jaki salon!
O ile sklep Westwing funkcjonuje w Arkadii już od jakiegoś czasu, tak uroczyste otwarcie, odbyło się właśnie w piątek, 3 lutego. Na to wydarzenie zostali zaproszeni wybrani blogerzy i influencerzy, którzy wyróżniają się poczuciem stylu i estetyki oraz prowadzą ciekawe media społecznościowe, które ciągną za sobą tłumy. Było to dla mnie kolejne wyróżnienie, bo to już drugi event pod rząd, na którym większość zaproszonych osób to blogerzy z kategorii mody czy urody. Skoro jestem wśród nich ja, ze swoim blogiem, który wciąż gdzieś tam dotyka parentingu - to jest to dla mnie niesamowite wyróżnienie. Ale nie myślcie sobie, że za moment stanę się stałą bywalczynią na takich spotkaniach, oj nieee. Nawet z tak fajnego wydarzenia, wróciłam do domu z wielkim utęsknieniem, jak gdybym wróciła z jakiejś wyprawy z innego kontynentu. Taki ze mnie typ domatora, ale ... nie mam z tym najmniejszego problemu! ;)
Na uroczystym otwarciu mieliśmy szansę posłuchać Dyrektor Kreatywnej, która opowiedziała nam o sklepie. Chwilę później odbyło się śniadanie prasowe, na którym mogliśmy poczuć klimat Bawarii i dostaliśmy również materiały prasowe oraz upominki. Chwilę później wszyscy wróciliśmy do sklepu, wpadając w zakupowy szał. Wybrałam sobie dwie małe rzeczy: zestaw dwóch kubków z motywującym hasłem oraz flakon na perfumy z pompką. W paczce od Westwing znalazłam również piękną świecę i cudowny notatnik, a wiecie, że na ich punkcie mam ostatnio fioła! Zresztą zobaczcie sami, ale nie pomińcie dalszej części tekstu!
Jeśli nie jesteście z Warszawy i prędko się tutaj nie wybierzecie - bądźcie na bieżąco ze sklepem online. Codziennie pojawia się tam aż PIĘĆ nowych kampanii, niezwykle różnorodnych, co sprawia, że każdy znajdzie coś w swoim guście. Powiem całkiem szczerze, że ceny czasem mogą przerażać, ale można wyszukać naprawdę tanie perełki. Poza tym - im droższa rzecz, tym korzystniejsza zniżka. Jeśli i tak mamy w planach zakupić coś do domu ( i nie tylko) to warto się rozeznać jaka jest cena regularna i polować na ten lub podobny przedmiot na Westwing. Udało mi się w ten sposób upolować upragnioną porcelanę i nie tylko. Konto jest w pełni darmowe, a jego założenie to jakieś pół minutki. Wystarczy kliknąć tutaj i podać swój e-mail oraz wygenerować hasło. Można też połączyć się poprzez facebook. Jak wolicie :)
A jeśli nie jesteście przekonani, to po prostu obejrzyjcie poniższą fotorelację. Po jej obejrzeniu, nie będziecie mieć już żadnych wątpliwości, zapewniam!
Jeśli spodobał Ci się ten wpis i poświęciłaś chwilę na jego obejrzenie - polub ten post na facebooku, lub zostaw komentarz. Dla Ciebie to chwila, a dla mnie znak, że doceniacie to co robię . To daje mi wielką satysfakcję i power do tworzenia kolejnych wpisów :) Trzymajcie się!
Odkąd prowadzę blog i bardziej siedzę w tych wszystkich social mediach - mam tą przyjemność poznawać wciąż nowych ludzi i nowe miejsca. Jakiś czas temu zrobiłam dla Was mój subiektywny ranking fotografów ślubnych. Coraz baczniej śledzę też projektantów sukien ślubnych i filmowców. Dzisiaj jednak padło na coś, co tworzyłam już od dłuższego czasu. Na miejsca, w których to wszystko się odbędzie! Jeszcze dwa lata temu wspominałam siostrze, że szkoda, że w Polsce to nie ma miejsc na wesele na kształt stodoły, jakiejś szklarni może. A to była tylko moja niewiedza! Takie miejsca są, istnieją i można w nich spędzić ten najpiękniejszy dzień/wieczór/noc w życiu....
Kolejność miejsc jest zupełnie przypadkowa, choć jeśli mam być szczera: miejsce na wesele nr 1 jest numerem 1 dlatego, że tkwi na mojej liście jako miejsce, w którym moje wesele ( jeśli będzie mi kiedyś dane) się odbędzie. Oczarowało mnie najbardziej jak do tej pory, ale nie robiłam jeszcze żadnego rozeznania cenowego, nie czytałam też opinii. Możliwe też, że jeszcze trafię na jakieś perełki, których nie odkryłam. Jeśli takie znacie, a nie znalazły się w tym zestawieniu - śmiało linkujcie!
No! To lecimy! Może i ty znajdziesz wśród poniższych propozycji, swoje wymarzone miejsce na wesele.
Mroków - woj.mazowieckie - odkąd zobaczyłam to miejsce na jednym z filmików, wiedziałam, że to jest TO miejsce. Tak delikatne, tak zapierające dech w piersiach. Wygląda jak z jakiegoś pięknego, romantycznego filmu. Cała sceneria również zdaje się być taka...romantyczna i bajkowa. Mnóstwo zieleni, kwiatowy ogród, szklane lampiony - czyli wszystko to co uroiłam sobie w swojej głowie. Ilość miejsc: ok.100.




Oryszew-Osada ; woj.mazowieckie - już nie szklarnia, a zabytkowy folwark liczący aż 7 ha! Urokliwe łąki, dziedziniec oraz 10 historycznych budynków. Liczba osób: max 500, w plenerze do 1000. Stodoła Bogdana będzie tutaj strzałem w dziesiątkę, jeśli ktoś tak jak ja marzy o swojskim weselu, bez przepychu. To zdecydowanie klimat, który kocham.






Nieporęt ; woj.mazowieckie - tą karczmę zobaczyłam na własne oczy tego lata. Pomyślałam wtedy sobie "Ale to piękne miejsce na wesele...". Taka już ze mnie niepoprawna romantyczka. Sala główna mieści 280 osób, dwie pozostałe - 80. W hotelu znajduje się 110 miejsc noclegowych.






Radwanów ; woj.lubuskie - przepiękne malownicze, zielone tereny. Cisza, spokój i urokliwy park. Wystrój nieco bardziej luksusowy niż we wcześniejszych pozycjach, jednak wciąż w kolorach i w asyście urokliwej cegły, która nadaje klimat całości i sprawia, że nie czuć tutaj mimo wszystko przepychu i zbytniego nadęcia. Sala główna pomieści ok.150 osób i połączona jest z oszkloną salą taneczną.





Dębe Wielkie ; woj.mazowieckie - tutaj coś dla miłośników drewnianych konstrukcji i wielkich okien. W centralnej części budynku uroku dodaje wielki kominek. Maksymalnie sale mieszczą nawet 700 osób. Minimalna ilość osób, by wyprawić przyjęcie to 100. Obiekt mieści się na skraju Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Wkoło obiektu jest całe mnóstwo zieleni: łąki i lasy. Fajną opcją jest tutaj system przesuwnych okien - dzięki temu możemy sobie wedle uznania zaaranżować przewiewne altany, by mieć stale "na oku" naturę i przepiękne widoki.





Bagatelka ; woj. wielkopolskie - nowocześnie, ale nie surowo. Obiekt położony jest w malowniczym i spokojnym otoczeniu niedaleko przyrody. W tej rustykalnej sali można zorganizować zarówno małe, kameralne wesele jak i dużą uroczystość dla nawet 300 osób.







Rzucewo ; woj.pomorskie - przepiękna sala w budynku starej cegielni. Maksymalnie pomieści nawet 200 osób. Tym razem propozycja dla miłośników morza i nadmorskich krajobrazów.





Olsztyn k/Częstochowy ; woj. śląskie - i znów to drewno! Przepiękna staropolska, drewniana budowla, która niesie ze sobą interesujące historię swojego powstania. Do dyspozycji mamy 4 sale: różaną, zieloną, ceglaną i drewnianą. Wkoło budynku mnóstwo zieleni, a taras urozmaicają kolorowe kwiaty. Wszystko zdaje się być tu idealnie ze sobą zgrane. Nie ma tutaj pustych murów bez duszy, ani niezagospodarowanych powierzchni, które szpecą pustką. Nie lubię sal, które nie mają tego czegoś. Sala drewniana i ceglana ma duszę, wszystko w niej żyje nawet zdjęciach, na których nie ma ludzi.





Jadwisin, Serock ; woj.mazowieckie - no tutaj to infrastruktura po prostu powala :) Przepiękne jezioro, wspaniała architektura. Na życzenie młodej pary, klub może zapewnić namioty bankietowe, które zostaną postawione na plaży nad brzegiem jeziora - właśnie w tym momencie poczułam ukłucie serduszka i przeszła mnie myśl " A może tu?! ;) ". Plusem jest tutaj to, że klub na Wasze życzenie może Wam zorganizować po prostu...wszystko. Od dekoracji kwiatowych po upominki dla gości. A co najważniejsze - nie jest to żaden kicz, a na prawdę stylowy wystrój i dodatki. No. To chyba mam jednak swój nr 1 ;) A może i nie... Ciężki wybór będzie mnie czekał za kilka lat!




Warszawa - a może by tak wyprawić wesele w samej...Warszawie nad brzegiem Wisły? O tak! Piękna restauracja o marynistycznym klimacie. Przez cudowną, przeszkloną ścianę goście weselni będą mogli podziwiać koryto Wisły i piękny ogród. "Przyjęcia weselne organizujemy przez cały rok.
W sezonie letnim, zachęcamy Młode Pary do organizacji przyjęć w pięknym zielonym ogrodzie Restauracji. Uroczysta kolacja odbywa się wówczas w drewnianej altanie. W sezonie zimowym, proponujemy klimatyczne wnętrza Restauracji." - to lubię :)








Wiecie co? Tak patrzę teraz na to zestawienie i już wcale taka pewna nie jestem. Totalnie nie wiedziałabym chyba, które miejsce na wesele wybrać. Każde jest na swój sposób wyjątkowe i zapewne postawiłabym na coś w okolicach Warszawy, albo tak jak 10 - i w samej Warszawie. Jestem ciekawa, która pozycja przypadła Wam najbardziej do gustu - a jeśli znacie inne, zapierające dech w piersiach miejsce na wesele - miejsca które nie są tylko surowymi, białymi ścianami bez klimatu i duszy - koniecznie podeślijcie namiary!
ENJOY :)
Przypominam również wpis z rankingiem fotografów ślubnych:
Taakim posiłkiem było ostatnio śniadanie w miejscu jakim jest nowo otwarta Pijalnia Czekolady E.Wedel przy ul. Pięknej. Wybrałam się tam razem z Marią, która nie raz już wykonywała zdjęcia na mój blog. Odkąd mieszkam w Warszawie mam przyjemność, raz na jakiś czas bywać w miejscach absolutnie cudownych. Takich, w których czas się zatrzymuje, a klimat sprawia, że nikt nawet tego czasu nie liczy. W Pijalni Czekolady E.Wedel w innej lokalizacji byłam kiedyś tylko raz z Polką, F. i moim kuzynem. Odkąd jednak pamiętam, jeśli miałam wolną gotówkę, nie miałam problemu, by "inwestować" ją w tego rodzaju wypady. Zarówno ja jak i mój narzeczony, wręcz uwielbiamy wszelkiego rodzaju klimatyczne restauracje, kawiarnie czy puby - i choć nie nabywa się tam za pieniądze czegoś co będzie w naszym życiu już zawsze, to zyskuje się wspólny czas w miejscu innym niż dom i kolekcjonuje się wspomnienia. A, że jesteśmy z F. ludźmi, którzy nieeeeesamowitą przyjemność czerpią z jedzenia i testowania nowych przysmaków - takie wspomnienia są dla nas czymś niezwykłym. W zeszycie, w którym kiedyś opisałam nasz związek od samego początku, wkleiłam nawet paragony z najciekawszych restauracji - do dziś potrafimy zachwycać się jakimiś daniami, które mieliśmy przyjemność spróbować wspólnie podróżując. No i zawsze, ale to zawsze sami na siebie narzekamy, bo kiedy już mamy okazję wybrać się do jakiejś restauracji w Warszawie - godzinę chodzimy szukając czegoś nowego, a koniec końców i tak lądujemy w czymś sprawdzonym, zamawiając po raz kolejny tą samą rzecz ;)
Pijalnia Czekolady E.Wedel, tym razem na ulicy Pięknej, zlokalizowana jest wśród niezwykle klimatycznych uliczek i budynków. Przyjemnie się tam siedzi, zwłaszcza kiedy nie umiera się od upału, a jest się pieszczonym przez delikatny powiew wiatru. Razem z Marią naprawdę miałyśmy tam zjeść śniadanie składające się z bagietki i świeżego, zdrowego soku, ale... plan poszedł z dymem, kiedy zobaczyłyśmy jakie skarby skrywa tamtejsze menu. Cóż... wszystko jest dla ludzi, a przy moim obecnym trybie życia CHEAT DAY jest jak najbardziej wskazany, żeby zachować równowagę i nie zwariować. Wychodzę też z założenia, że lepiej grzeszyć o poranku - i tak spalimy kalorie podczas reszty dnia... ;)
Z Marią postanowiłyśmy spróbować trochę nowości i tak oto na naszym stole znalazły się ... NAJLEPSZE naleśniki jakie kiedykolwiek jadłam - z twarożkiem i z musem truskawkowym. Genialne owoce pod kruszonką, jogurt naturalny z musem owocowym ( a to akurat zdrowe!) no i... bagietkaaa... na ciepło... z ukochanym łososiem! Co prawda długo nie mogłyśmy nic w siebie wcisnąć przez resztę dnia, ale obie zrobiłyśmy coś innego niż dotychczas. Oderwałyśmy się od obowiązków, rutyny i... wszystkiego. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że mogę nareszcie usiąść sobie z kimś w samo południe, w cudownej Warszawie i jedząc tak wspaniałe smakowitości rozmawiać o ulubionych serialach z dzieciństwa. Pijalnia Czekolady to był naprawdę dobry pomysł tamtego dnia...
Wypady do restauracji, kawiarni itp. to coś co pozwala nam odpocząć, przestać myśleć o obowiązkach i nareszcie zobaczyć jedzenie dopiero po jego przyrządzeniu, a nie już na sklepowej półce, a później podczas przyrządzania przez nas samych. Dobrze zostać obsłużonym, ale na takie rzeczy trzeba znaleźć przecież jakieś pieniądze. Ja daję Wam dzisiaj możliwość odsapnięcia i zabrania rodziny całkowicie za darmo. Z tego właśnie powodu przygotowałam dla Was...
Do wygrania 1 x voucher o wartości 100 zł do wykorzystania w miejscu jakim jesy Pijalnia Czekolady E.Wedel! Voucher ten możecie wykorzystać w wybranych Pijalniach Czekolady E.Wedel. Lista dostępna jest tutaj.
Wystarczy W KOMENTARZU POD TYM POSTEM NA BLOGU odpowiedzieć na pytanie konkursowe, które brzmi...
Gdybyś znalazła się na bezludnej wyspie... jaką JEDNĄ słodkość chciałabyś mieć przy sobie?
Nie musi być to słodkość wedlowska, odpowiedzcie tak jak naprawdę czujecie :) Liczy się szczerość! Czekam na Wasze ciekawe uzasadnienia, czemu akurat TA słodkość byłaby dla Was tak ważna... ;)
Bawimy się od 07.10 - 14.10 !
Wyniki zostaną opublikowane w tym wpisie - ogłoszę to na facebooku. Udostępnijcie ten wpis na fb i nie zapomnijcie o wynikach za tydzień ( w przeciągu 2 dni od zakończenia).
POWODZENIA!
WYNIKI !!! Miło mi poinformować, że zwycięża... Patrycja Treffler! Napisz do mnie proszę na FB lub na e-mail: alicja.wegner.blog@gmail.com! Gratulacje :*
GRATULACJE !!!
zdjęcia, już tradycyjnie najlepsza z najlepszych: Whale Photography
Hotel w Warszawie, który dzisiaj Wam pokażemy, tak naprawdę będzie trochę na drugim planie... dzisiaj też trochę o dbaniu o relacje. By pielęgnować swój związek, potrzeba bardzo wielu rzeczy. Zrozumienia, zaufania, kompromisów. Potrzeba też czasu tylko we dwoje. I wbrew pozorom wcale nie chodzi tutaj o czas, kiedy dziecko śpi w pokoju za ścianą. Odkąd z F. zawzięliśmy się w sobie i zaczęliśmy ratować nasz związek, wydawać się mogło, że z dnia na dzień jest coraz lepiej. Jednak okrutnie brakowało nam jakiegoś elementu, który każdy z nas dobitnie odczuwał. Pewnego wieczoru usiedliśmy i przyznaliśmy, że brak nam bycia sam na sam. Wygłupów, drinków, beztroski - bez poczucia, że musimy być za kogoś odpowiedzialnym. Kochamy naszą córkę, ale przyznaliśmy jednak, że ten brak możliwości bycia tylko PARĄ chociaż przez chwilę nas niszczy.
Wspominając początki naszego związku, a nawet nie początki, a cały okres przed zajściem w ciąże, mogę śmiało powiedzieć, że podróże to było nasze drugie imię. Może podróże to zbyt duże słowo, bo nie ruszaliśmy się poza granice Polski, ale jednak kochaliśmy ten stan bycia na walizkach, hotele i bycie sam na sam w obcym mieście. Nie sądziłam, że to właśnie ta rzecz, tak bardzo umacniała nasz związek.
Kto czyta mój blog doskonale wie, jak źle było w moim związku w ostatnim czasie. I kto umie wyczuwać MNIE w moich wpisach, doskonale wyczuje w tym, jak wiele się zmieniło i jak bardzo znów mogę powiedzieć z ręką na sercu, że... LOVE IS IN THE AIR! A to wszystko dzięki JEDNEJ dobie...jednej dobie, spędzonej sam na sam w Warsaw Plaza Hotel.
To dobry moment, by zdradzić Wam, że jakiś czas temu wpadłam na pomysł urozmaicenia bloga o recenzje hoteli. Doskonale wiem jak ciężko jest zaufać internetowym opiniom, które nie wiadomo kto pisze. Sama jestem typem osoby, która albo musi sama coś sprawdzić, ale powołuje się na zaufane źródło. Stwierdziłam zatem, że zbliżająca się druga rocznica zaręczyn, będzie idealną okazją do zrobienia mojemu F. niespodzianki i zorganizowania romantycznego weekendu. Należało jedynie wybrać jakiś dobry hotel w Warszawie. Jak powiedziałam...tak zrobiłam.
Do ostatniego dnia, F. nie miał zielonego pojęcia o tym jakie mamy plany na weekend i gdzie mam zamiar z nim jechać. Wklepałam mu zatem adres hotelu w nawigację i zarządziłam "jedź". Oczywiście zanim to nastapiło, wpakowałam mu do swojej torby jego koszule i sportowy strój. Wyruszyliśmy i... chwilę później byliśmy już na miejscu. Tak blisko dziecka, a jednak... osobno. Niesamowita ulga i złapanie oddechu. Wizja nocy bez płaczu i kopania po żebrach wydawała się być totalną abstrakcją! "Tutaj śpimy?" - zapytał z lekkim niedowierzaniem. Bywaliśmy w wielu hotelach, jednak ten z zewnątrz powalił nas na kolana swoim wyglądem. Idealnie wpasował się w nasze gusta. Elegancko i nowocześnie, ale zarazem prosto - bez wymysłów. To lubimy najbardziej! Hotel właściwie jest bardziej biznesowy niż wypoczynkowy, a właśnie takie hotele zazwyczaj przepełnione są w tygodniu, kiedy odbywają się w nim konferencje. Wybór zatem był oczywisty. Prawdopodobieństwo, że natkniemy się na dziesiątki rodzin z krzyczącymi dziećmi było bardzo małe - a ta wizja ciszy i spokoju była niesamowicie kusząca.
Po dotarciu na miejsce zostaliśmy oprowadzeni po wszystkich zakamarkach hotelu. Całość zrobiła na nas duże wrażenie, a to już coś znaczy patrząc na to jak ciężko nas zadowolić, zwłaszcza jeśli chodzi o miejsca, w których mamy się kąpąć, jeść i spać. Najmilszym jednak akcentem na początku pobytu, okazało się powitanie w pokoju. Nie ma chyba nic lepszego, niż przeczytanie swojego imienia na karteczce i ujrzenie całej tacy smakołyków i ...wina. Coż więcej potrzeba rodzicom, którzy właśnie oderwali się od codziennych obowiązków? Zanim jednak przeszliśmy do konsumpcji, postanowiliśmy sie troszkę...spocić. Nie no ja Was proszę... siłownię miałam na myśli ;) Mała, przytulna salka, w której znajdziecie wszystko co do wytworzenia endorfin potrzebne. Piłki, hantle, orbitreki, rowerki ... Wystarczyło tylko odpalić energiczną muzykę i...paść po 30 minutach ( wstyd!).
Po treningu, jak to po treningu. Trzeba się nieco odświeżyć i...odpocząć. A nie ma nic lepszego niż odpoczynek przy lampce wina. Jednej, dwóch, ewentualnie siedmiu. Pozwolę sobie jednak przejść do najlepszej części dnia pierwszego...kolacja. Serio kochani. Ja niby dużo rzeczy lubię, ale jest też masa, których nienawidzę. Ale ja to ja. Mi to nawet dania przyprawić nie trzeba, żeby mi smakowało. Za to z F. nie jest już tak łatwo. Zachowania jego przed zjedzeniem posiłku są lekko mówiąc irytujące. Musi obejrzeć z każdej strony, a nawet powąchać! Kucharz ma lekko mówiąc przerypane. F. wyczuje wszystko, dostrzeże każdy najmniejszy błąd. I właśnie dlatego, jedząc moje posiłki ma taką minę jaką ma... Miło więc było dla odmiany zobaczyć jego minę i słyszeć po każdym kęsie mniej więcej coś w tym stylu : " O Boże...to jest mega!". I wymienialiśmy się tak nawzajem wrażeniami, a nawet widelcami, jak gdybyśmy pierwszy raz widzieli na oczy jedzenie. Nie wspomnę już o podaniu. Ja naprawdę nie jestem zwolenniczką wymyślnie podanych dań, które tak jak są piękne, tak są w ilości, która byłaby za mała nawet dla dwuletniego niejadka. Rzadko kiedy można spotkać się z tak solidną porcją, która również robi wrażenie wizualne. Jedzenie musi smakować to fakt. Ale smakuje jeszcze bardziej, kiedy idzie w parze z estetyką. No i oczywiście kiedy jest zrobione przez kogoś innego, niż my. Obsługa ? Fantastyczna. Pełen profesjonalizm i elegancja, ale bez krępującej, spiętej atmosfery. Mogę wręcz śmiało powiedzieć, że po raz pierwszy spotkałam się z tym, że kolacja w luksusie z taką obsługą, była przepełniona mimo wszystko niesamowicie luźną atmosferą, bez sztucznych uśmiechów obsługi i co najważniejsze - bez nachalności.
Po kolacji i deserze postanowiliśmy z F. odtworzyć delikatnie wspomnienie tego jak się poznaliśmy. Zamówiliśmy więc w hotelowym barze...kamikadze. Tak. To ten trunek spijaliśmy, kiedy spotkaliśmy się po raz 1 na kręgielni. Po miksie wino, szampan, kamikadze ruszyliśmy na Warszawę. Miało być ostro! Duuużo alkoholu, świetna impreza... a tu ZONK! Jeden browar na polach mokotowskich i to wzajemne spojrzenie mówiące "Nie chce mi się tutaj siedzieć". Szybkie wejście do monopolowego po materiał do drinków, metro i... hotel. I tutaj nastąpiło to czego tak mi brakowało. Muzyka rozbrzmiewająca w telewizorze, ja udająca barmana i polewająca nieudolnie drinki i niekończące się nasze rozmowy o wszystkim i o niczym. Atmosfera była na tyle gorąca, że przed snem zmniejszyłam tylko resztkami sił klimatyzację i najzwyczajniej w świecie poszłam spać. Nie obudził mnie żaden płacz, co było miłą niespodzianką. Obudzenie się w hotelowej pościeli, w jego objęciach było niczym cofnięcie się kilka lat wstecz.
Po raz kolejny, wzięliśmy szybki prysznic i zeszliśmy na śniadanie. Serio, nie raz, nie dwa jadłam śniadania w hotelach, w formie szwedzkiego stołu, jednak mam wrażenie, ze nigdy wybór nie powalił mnie tak jak tutaj. Sami zresztą zaraz zobaczycie... Szybki sok i kawa na patio i przejście się po salach konferencyjnych. Najlepsze przecież zostawiłam na koniec...
Masaż dla par. Ciemne pomieszczenie, mnóstwo świec, relaksacyjna muzyka. Dwa łóżka do masażu i dwie sympatyczne masażystki. Do dzisiaj śmieję się z F. że 4 lata temu nie byłoby nawet mowy, żeby jakaś inna kobieta go dotknęła, a teraz proszę... czysta przyjemność. Dla mnie i dla niego ;) Zarówno dla mnie jak i dla F. był to pierwszy raz, kiedy wybraliśmy się na takie coś. Godzina zdawała sie być całą wiecznością, jednak kiedy masaż się rozpoczął, okazało się, że moglibyśmy leżeć tam o wiele dłużej. Masaż ten byl idealnym zwieńczeniem naszego weekendu. Niesamowicie nas odprężyl i naładował nam baterie. Wracając do domu przekrzykiwaliśmy się, mówiąc o nowych pomysłach na dalsze współprace i rozwój bloga. I to chyba najlepsze co mogło mnie ostatnio spotkać...F. z własnej, nieprzymuszonej woli wczuł się w role fotografa, z czasem sam nawet upominając, że jeszcze coś należy załapać na zdjęciach. Sam zaczął wkręcać się w moje dalsze pomysły związane z blogiem, co było dla mnie najlepszym prezentem rocznicowym. Na koniec usłyszałam szczere "Dziękuję" i moim oczom ukazał się bukiet kwiatów, którego nie kupował mi chyba odkąd urodziła się Pola...
To doskonały moment, by powiedzieć Wam, że ten weekend sprawił, że walka o której Wam pisałam, walka o związek - przestaje być walką, a zaczyna znów być naturalnym uczuciem, które nas wypełnia.
Wracając jednak do tematu hotelu. Czy polecam ten hotel w Warszawie? Tak. Jestem pewna, że zawitam tam jeszcze nie raz. Jedyne czego było mi brak to basenu... Wszystko inne - rewelacja. Wyposażenie pokoi, jakość serwowanych dań, obsługa - wszystko to na najwyższym poziomie. Sale konferencyjne - pierwsza klasa. To właśnie w nich wpadłam na pomysł genialnego przedsięwzięcia, które zapewne w nich zorganizuję za dobrych, kilka miesięcy.
Na koniec pozwolę sobie również dodać, co o samym hotelu pisze jego Marketing Manager:
" Jako hotel, oczywiście cieszymy się z obecności wszystkich gości, jednak z uwagi na spore zaplecze konferencyjno –bankietowe większość naszych gości to uczestnicy konferencji i szkoleń oraz tzw. gości CORPO – czyli pracownicy lub współpracownicy różnych firm, będący w tzw. podróży służbowej. Z miesiąca na miesiąc przybywa nam jednak gości indywidualych – ceniących jakość za stosunkowo niższą cenę niż hotele w centrum. Bliskość lotniska to również atut dla wielu z naszych gości.
Co nas wyróżnia:
- nowoczesny design
- wewnętrzne patio z wyjściem z baru i Sali plenarnej
- własny ogród, w którym można zorganizować garden Party lub grilla
- taras widokowy, na którym można zorganizaować koktajl party
- Personal SPA System – to usługa zabiegów i masaży wykonywanych bezpośrednio w pokoju hotelowym gościa
Panie nie muszą chodzić po korytarzu w szlafroku i nieumalowane, by dojść na lub z zabiegu – nasze panie przychodzą do pokoi, które są przearanżowywane, tak, by móc przeprowadzić masaż lub zabieg kosmetyczny.
- kuchnia – dania serwowane w Restauracji Moments, stanowią ciekawe połączenia kuchni polskiej z kuchnią Wschodu i zachodu. Szef kuchni – Michał Mamorski bawi się smakiem i tworzy niespotykane połączenia smakowe."
Hotel w Warszawie, o którym mowa zasłużenie posiada 4 gwiazdki. To widać, słychać i czuć. A jeśli nie wierzycie na słowo... przekonajcie się o tym sami. Z mojej strony to tyle. Zaprasza do obejrzenia cudownej fotorelacji i podzielenia się swoimi wrażeniami. A może i Wy chcielibyście polecić nam swoje miejsca, w których łapiecie oddech i odpoczywacie od codzienności?
Na koniec jeszcze raz serdecznie wraz z F. dziękujemy całej obsłudze z Warsaw Plaza Hotel za najpiękniejszy weekend, jaki mogliśmy sobie wymarzyć.
buty: mohito
top: tutaj
torebka: tutaj
kurtka: tutaj
narzutka: tutaj
PS: Jeśli i wy zastanawiacie się jaki hotel w Warszawie wybrać i rozważacie wybór właśnie tego oraz macie więcej pytań - jestem do Waszej dyspozycji!
Dostałam dzisiaj bardzo fajny komentarz na blogu. Od czytelniczki, która kilka lat temu wyprowadziła się z Warszawy, która jej nie urzekła. Pyta więc mnie co ja takiego odkryłam - prosi o odpowiedź, bo może i ona jeszcze kiedyś na nowo ją odkryje... I tak usiadłam i zaczęłam myśleć... Co tutaj takiego jest, że pragnę tu być już do końca swojego życia?
Może dla kogoś kto mieszka tu od zawsze wyda się to dziwne. Ale dla kogoś takiego jak ja - kto wyrwał się z 80 tysięcznego miasteczka - Warszawa to inny świat. Świat pełen możliwości, niespodzianek i tętniącego życia 24 h. Ale zacznijmy od początku. Inowrocław, w którym mieszkałam jest miastem, w którym zostaną niedługo tylko emeryci, patologia i pojedyncze, normalne jednostki. Ci, dla których za późno na zmiany i Ci z własnymi biznesami. Warszawa była dla mnie zawsze marzeniem ściętej głowy. Dałam sobie wmówić, że jest tu drogo, że wszędzie daleko i generalnie - bez szału. Kocham Warszawę i nie będę nikogo na siłę przekonywać, że jest ona lepsza od jakiegokolwiek miasta. Nie cierpię też jeśli ktoś na siłę przekonuje mnie, że jest gorsza. Żeby tak stwierdzić trzeba tu pożyć. I to tak naprawdę POŻYĆ. Nie chodzi tu wcale o czas zamieszkania, bo jak wiecie mój jest krótki, a o jakość tego spędzonego czasu. Moje początki w stolicy były u boku F. Przez pierwszy miesiąc nie pracował, żeby pomóc mi się zaaklimatyzować i obadać chociaż okolice własnego bloku. Wszystko ładnie, pięknie, ale schody zaczęły się, gdy nadszedł pierwszy dzień pracy F. a ja zostałam sama z Polą. Nie po to jednak zrobiłam w swoim życiu rewolucję, żeby siedzieć teraz w 4 ścianach i po prostu być w tej Warszawie. Zaczęłam więc cieszyć się każdą ławką, każdą piaskownicą, każdym nowym sklepem i miejscem. I tak cieszę się każdego dnia. To prosta recepta na szczęście. Stolica jest o tyle fajna, że daje nam multum atrakcji każdego dnia. To coś czego nie da Ci żadne małe miasto. I wcale nie są to atrakcje, ze które musisz płacić. Liczne eventy czy warsztaty, a nawet pokazy artystyczne - wystarczy poszperać w internecie, by znaleźć to wszystko za darmo.
Ale tu przecież tak drogo - gówno prawda. Ciężkim zdziwieniem było dla mnie, że za żywność, paliwo i wszystko inne - nawet odzież - płacę mniej niż w Inowrocławiu. Co jest przyczyną? Konkurencja. Wszystkiego jest całe MNÓSTWO. To logiczne, że sklepy prześcigają się w cenach. Im niżej - tym więcej klientów. Co jest droższe to mieszkania - ale nie zawsze. Ja akurat wybrałam sobie bardzo wysoki standard, bo lubię czuć się swobodnie w mieszkaniu i lubię gdy jest stylowe i komfortowe. Dla mniej wymagających - ceny będą podobne jak w Inowrocławiu - płaciłam w nim z opłatami itp. łącznie ok.1300 zł za miesiąc. Tutaj płacę 2000 zł. Czy duża różnica ? Patrząc na to, że standard mieszkania 10 x lepszy i w Warszawie. Nie sądzę. Na upartego znalazłabym jednak w takiej samej cenie. Ale po prostu nie chcę.
Ale wszędzie masz daleko - powiedzieli Ci co Warszawę raz na oczy widzieli. To, że w wiadomościach zawsze widzicie pałac kultury czyli ścisłe centrum nie oznacza jeszcze, że to w centrum musicie załatwiać wszystkie sprawy. Nie musicie. Bo wszystko macie pod domem. Żłobki, przedszkola, sklepy, kościoły, poczty itp. Ja na dobrą sprawę nie musiałabym opuszczać swojego blokowiska - bo na moim zamkniętym osiedlu mam wszystko: od restauracji po sklepy odzieżowe. Na jednej ścianie bloku placówki chyba 7 banków, 3 restauracje, żabki, piekarnie, fryzjerzy, salony kosmetyczne. To wszystko na moim strzeżonym blokowisku. A wystarczy wyjść poza nie - i znów to wszystko : tesco, sklepy meblowe, sklepy rtv, poczty. Wszystko w promieniu 500 m. W głupim Inowrocławiu musiałam dalej pedałować na pocztę niż tutaj gdziekolwiek. Ale oczywiście ja rutyny i lenistwa nie lubię, więc każdego dnia zapuszczam się bliżej lub dalej, ale zawsze gdzie indziej.
Ale tak głośno - jeśli głośno Ci przy ulicy - idź do parku. Co krok możesz znaleźć rozstawione leżaki w cieniu drzew, gdzie uświadczysz ciszy i spokoju. Parków, ławek , stawów i miejsc, gdzie możesz chwilę pomyśleć i odpocząć jest całe mnóstwo. Najpiękniejsze jest ich odkrywanie...
Jednak to co zgodnie każdy mi przyznaje to to...że mogę się tutaj rozwijać. Jestem tu ledwo ponad miesiąc...i już to widzę. Nie zdradzam Wam wszystkich szczegółów, ale dzięki temu, że tu jestem - w życie wcielam niesamowite projekty z ciekawymi firmami, których nie dałoby rady podjąć na odległość. Oczywiście niedługo dowiecie się o co chodzi, ale spokojnie... ;) Mocno spięłam tyłek, bo marzę o własnym mieszkaniu. Marzę o tym i wiem, że razem z F. wspólnymi siłami nareszcie spełnimy swoje marzenie. Warszawa i możliwości, które dzięki niej otrzymaliśmy - to coś co pozwala nam to marzenie stopniowo realizować. Kto wie...może zajmie to nam nawet 5, 10 intensywnych lat. To już mało ważne. Jestem tutaj tak krótko, a tak wiele się już dzieje... Jestem tutaj tak krótko, a już tyle z siebie dałam.
I zapamiętajcie sobie jedno. Jechałam tutaj starym autem, z małymi oszczędnościami i myślą, że albo się uda albo wyląduje pod mostem. Nie jechałam tutaj z przeświadczeniem, że luzik niech się dzieje co chce, bo mam miliony na koncie, a jak zabraknie to starsi pomogą. Nie. Liczyłam tylko na SIEBIE. W pewnym momencie nawet dosłownie, tylko na siebie, ale o tym napiszę w innym poście. Kiedyś ktoś zadał mi pytanie co bym zrobiła, gdybym na miesiąc dostała na życie ( mieszkanie, jedzenie itp. WSZYSTKO) 600 zł. 600 zł pomyślałam? Musiałabym pójść pod most, bo nie byłoby mnie stać nawet na mieszkanie. Potem pomyślałam: przecież już kiedyś tak było. Zabrakło dochodu, pomocy itp. Ale nie poddałam się. Spięłam tyłek i robiłam wszystko co w mojej mocy ( od wyprzedaży swoich rzeczy, po sprzedawanie ciuchów z SH na założonej stronce z ciuchami z drugiej ręki) - i uzbierałam. Tyle ile potrzebowałam. I z takim właśnie przeświadczeniem jechałam tutaj. Że nawet jak będzie ciężko - to ja sobie poradzę, przetrwam. Ale nigdy, przenigdy nie zostanę w tym mieście, bo tak jest łatwiej. Nigdy. I teraz wiem, że nigdy do niego nie wrócę. Mimo, że momentami jest naprawdę ciężko...
Co więc takiego kocham w Warszawie? Każdy zakątek, którego być może nie odkryli nawet Ci co tutaj mieszkali długi, długi czas. Bo może zbyt szybko biegli, może nie przystawali. Może zaszyli się w swoim bezpiecznym kącie i nie wychylali z niego głowy. Może nie chcieli widzieć piękna w prostych rzeczach... Może Warszawa nie jest miejscem dla każdego, ale zdecydowanie jest miejscem dla mnie...
bluzka - tutaj
Kto z nas tego nie robi. Kto z nas nie zna tego uczucia, kiedy trawa wydaje się być bardziej zielona tam gdzie nas nie ma. Ci za granicą to mają dobrze, bo wypłaty większe, życie tańsze. A Ci w tych stanach jacy szczęśliwi! Wszyscy wyluzowani, iphony tanie, każdego stać na nike. A Ci w Australii.. o jezu! Jakie oni mają widoki. Ile miejsc pięknych... Tylko tu gdzie ja jestem wszystko takie...nijakie.
A bo się przejadło... Bo popadamy w rutynę, bo się przyzwyczajamy. Przestaniemy doceniać piękne rzeczy wkoło, bo widzimy je tak często, że nie sposób zachwycać się za każdym razem. Mijamy automatycznie te stawy, pomniki, drzewa, kompletnie dziwiąc się, że przyjezdni przystają i robią zdjęcia. Chłoniemy naiwnie te piękne obrazki innych miast w telewizji, słuchamy opowieści innych jak to wszędzie pięknie i cudownie zapominając, że tylko kilka kroków dzieli nas czasem od zupełnie innej rzeczywistości.
Dawno nie spacerowałam dalej niż wkoło bloku... Pogoda nie pozwalała ostatnio na dystanse, które zaprowadziłaby mnie do pięknych solanek. Zapomniałam jak tam pięknie. Zapomniałam, że to jacy mieszkają tu ludzie jest nieistotne w momencie kiedy rzeczywistość tworzę tylko ja, ona i kaczki w stawie. Zapomniałam jak to jest siedzieć i chłonąć piękno tego świata zapominając o zmartwieniach. Po prostu zapomniałam, że wystarczy opuścić 4 ściany, złapać promienie słońca i po prostu... żyć. I nie musiałam uciekać wcale gdzieś daleko, żeby poczuć znów to życie. Wystarczył pół godzinny spacer, by poczuć się jak na drugim krańcu świata. Znów chwyciłam za aparat co przywołało wspomnienia sprzed kilku lat kiedy to rodzice kupili mi pierwszą w życiu lustrzankę, a ja biegałam po dworze i fotografowałam wszystko... od gołębi taty latających nad domem, po wyrastające wiosną kwiaty w ogrodzie. Czasem zapominamy o swoich pasjach, czasem na siłę utrudniamy sobie życie nie przełamując rutyny dnia codziennego. Miotamy się między bezsilnością, a szukaniem sensu w swoim życiu, nie zdając sobie sprawy, że w moment możemy powrócić do tego co lubimy i odwiedzić miejsca, w których dawno nie byliśmy.
Być może siedzisz teraz przed komputerem, wyglądasz przez okno i rzygasz już brzydko mówiąc widokiem za nim, bo widzisz to od lat. Ale może jak się postarasz to przypomnisz sobie, że kiedyś to miejsce czymś Cię zauroczyło. Że kiedyś patrzyło się na nie inaczej, lepiej. Czemu by tak nie spojrzeć na nie znów? Spróbuj... Tak jak ja dzisiaj. Jeszcze wczoraj byłabym w stanie powiedzieć, że po prostu męczy mnie to życie, ta rutyna i codzienność. Dziś śmiem twierdzić, że owszem życie może nas męczyć, ale tylko na nasze własne życzenie. Czasem wystarczy po prostu pójść w inne miejsce, spojrzeć mniej krytycznie na otoczenie i zrozumieć, że do szczęścia wcale wiele nie potrzeba... Mi trzeba było kilku promyków słońca, jej uśmiechu i śpiewu ptaków. I stwierdzam, że te kilka godzin na łonie natury było najlepszą z możliwych terapii na jakie mogłam się wybrać...za darmo.
Żyjemy w biegu. Gonimy za pieniędzmi, karierą. Spieszymy się do pracy, na studia. Zapominamy się cieszyć z drobnych rzeczy, zapominamy kochać, zapominamy o tym co ważne. Trzeba kupić dziecku ubrania i jedzenie to trzeba też iść i zarobić, trzeba utrzymać się w pracy na dobrym stanowisku to trzeba się starać, spinać, robić coś ponad normę. Żyjemy jak roboty - zaprogramowane na tryb maksymalnej tyrki.
Jedni tak robią, bo muszą. Inni tak robią, bo chcą. Więcej i więcej. Więcej pieniędzy i jeszcze więcej spełnienia. Jeszcze więcej sukcesów i jeszcze więcej radości z nich. Fajnie jest umieć wszystko wyważyć. Tak, by w tej całej gonitwie nie ucierpiało dziecko, mąż, przyjaciele. Fajnie jest umieć oddzielać rzeczy ważne i ważniejsze. Fajnie jest umieć odłożyć laptopa, kiedy termin pracy goni, ale powiedzieć sobie " Pieprzę to" i pobawić się z dzieckiem. Fajnie jest czasem...wyjechać.
Polska-Holandia-Niemcy. Szybki trip. Miało być zwiedzanie, było odpoczywanie. Miało być imprezowanie, a było spokojnie. Miało być fajnie, a było...jeszcze lepiej. Wystarczyła mi zmiana klimatu, odpoczynek od obowiązków, od bloga, od przewijania dziecka i nocnego wstawania. Jestem tylko człowiekiem. Jeśli mam opcję to z niej korzystam. Opieka dla dziecka jest? No jest. No to jazda. Siup do auta i lecimy. Tęsknota? Cholerna. Ale mija i czasem odpuszcza. W niektórych momentach było po prostu tak fajnie, że zapominałam. 10 minut później widziałam dziecko w wózku i serce bolało. Taki matczyny odruch. Jednak szybko się ogarniałam i nie pozwoliłam dać się zwariować. Urlop to urlop nie będę płakać za dzieckiem i nie będę odbierać sobie radości z takiego wypadu. Mimo wszystko kto mnie zna ten wie, że podczas pierwszych godzin przeżywałam to gorzej niż mogłoby się wydawać. Pozory mylą if u know what i mean.
Nie będę Wam tu pisać o wypasionej architekturze Holandii, bo to oczywiste. Nie będę jarać się faktem, że ludzie, którzy Cię nie znają krzyczą Ci serdeczne heloł, a w PL za heloł do nieodpowiedniej osoby mógłbyś dostać szybki strzał w twarz. Mam wiele odczuć i emocji, które dotyczą tego miejsca, ale są one takie tylko...moje i chcę je zostawić tylko dla siebie. A dla Was...Wam zostawię kilka zdjęć, filmik i krótkie podsumowanie. Chcę tam wracać. Do tych ludzi, do tej kultury, do tych krajobrazów i do tej małej klimatycznej wioski, z tym domem pośrodku i wielkimi oknami. Chcę znów przegadać pół nocy z nowo poznanymi osobami, które zdawałoby się, że znam od dawna. Chcę chłonąć ten klimat jeszcze nie raz i zawsze chcę czuć to co czułam tam teraz. Chcę częściej korzystać z życia i częściej bywać z nim sam na sam. Nie chcę już zapominać w pędzie o miłości i szukać wiecznie winy w innych. Chcę po prostu żyć, korzystać i być szczęśliwą. ..
https://www.youtube.com/watch?v=pa9RYxJ34FE
Nieliczni szczęście odnajdują w nieszczęściu, czasem większe niż Ci głupcy co to w luksusach opływają, a miłości nie mają i żadnych wartości. A dla mnie ... szczęście dla mnie to jego zapach o poranku i kwiat w doniczce od Niego, co to mi kupił kiedy wprowadzaliśmy się na nowe mieszkanie. Szczęście to dla mnie płacz dziecka w nocy, które płacze tak, by po chwili ucichnąć w moich ramionach. Szczęście to dla mnie ten deszcz za oknem co to pozwala bez wyrzutów zaszyć się pod kocem z kubkiem gorącej czekolady, której to czasem nie dopiję do końca, przez ten tupot malutkich stópek, co to się uczą chodzić przy kanapie raz po raz łapiąc mnie za kolano. Szczęście to buziak w czoło na pożegnanie od Niego i nasze twarze w oknie przypatrujące się jak auto odjeżdża spod naszego bloku stając się w naszych oczach coraz mniejsze. Szczęście to te dni beztroski, kiedy żadne z nas nie musi nic, a jedyne co możemy to delektować się tym o czym marzyliśmy. Naszą małą rodziną. Naszym małym 4 literowym szczęściem. Polą. Szczęście to jego kąciki ust i oczy, z których bije radość i nasze dłonie splecione na stole w naszej knajpce, do której to zawsze chodzimy, bo mamy w Niej setki pięknych wspomnień. Szczęście to to jedzenie na talerzu, którego wyjątkowo nie musiałam godzinami przygotowywać tylko podano mi je pod sam nos. Szczęście to ta frytka nieszczęsna, co mi ją dziecko porwało i ten wzrok tej kobiety, o tamtej co to zabić mnie pewnie w myślach za ten czyn chciała.
Takie to wszystko niepozorne, takie banalne, a takie piękne i radosne. Takie dziwne te trampki na tych przewodach powieszone, a takie wyjątkowe dla mnie. I te kaczki w tym stawie. Takie jakich tysiące, a takie kolorowe jakby bardziej niż zwykle. I ta cisza raz po raz przerywana śpiewem ptaków, słyszysz? To jest właśnie szczęście. Jest wszędzie. Pod kanapą, za oknem, na parapecie, w stawie, na niebie... w sercu.
I smutni ci ludzie są co to szczęście mają pod nosem, a nie widzą go wcale. I smutne to takie, że często musi człowiekowi zostać wszystko odebrane, by zobaczył jak wiele miał...uśmiech najbliższych, swój mały kąt i chleb na stole...i smutne te moje wielokropki a jednak pozwalają się zatrzymać i zastanowić, gdzie i u nas to szczęście jest ukryte. Może w szafie w postaci starego płaszcza, w którym to biegałaś 10 lat temu w deszczu ze swoim pierwszym chłopakiem, a może w tych perfumach co ich zapach przypomina Ci o swej pierwszej randce z mężem. A może szczęście jest na regale w tym albumie co to w nim masz zdjęcia bezzębnego uśmiechu swojego dziecka, a kartkę dalej zdjęcie już z zębem, co to sobie przez niego wargę rozcięło. Amoże Twoje szczęście siedzi tuż obok i uśmiecha się właśnie do Ciebie?
Uważasz, że go nie masz? To rozejrzyj się jeszcze raz dokładnie. Ma je każdy. Na wyciągnięcie ręki. Tak, tak! O właśnie tutaj. Czujesz? Ja czuję. To zapach tych babeczek w piekarniku co to zaraz je sobie zjemy, a Pola raz po raz będzie mi je wyrywać, a ja wyrodna na to pozwolę.
A wiesz kiedy jest brak szczęścia? Wtedy kiedy czytając powyższy post nie skłaniasz się ku refleksjom, by swe szczęście znaleźć, tylko zaciskasz pięści ze złości, że tak małe dziecko porwało mi wczoraj frytkę, a zaraz to samo zrobi z babeczką. Ito są właśnie rzeczy, przez które człowiek nigdy 100 procentowego szczęścia nie zazna - szukanie błędów i nieszczęścia u innych.
