0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

Dzień trzeci był tym dniem, w którym świadomość wyjazdu do domu tak samo cieszyła jak i dołowała. Bo jak tu się cieszyć, że się opuszcza tak piękne miejsce, a wraca znów do tej wioski.

Ale byłam już zmęczona. Intensywność naszego wypadu była cudowna, ale z czwórką dzieci, z czego trójka skutecznie utrudniała nam wyprawę krzycząc i płacząc - szło się nieźle umordować. Mimo wszystko - było warto.
Jeśli chcecie wiedzieć jak wyglądał nasz shopping w Gdyni Klif to z miłą chęcią Wam opowiem. Nie wyglądało to jak na filmach. Mama ogląda ciuszki, dziecko śpi spokojnie w wózku. Wyglądało to mniej więcej tak : 3 umordowane kobiety z wózkami i skaczący obok siedmiolatek podekscytowany tym, że gdzieś w głębi galerii jest Smyk i skutecznie nam o tym co chwilę przypomina. Pola zaczyna wrzeszczeć, zatem biorę ją na lewe biodro, a prawą ręką przesuwam wózek wzdłuż sklepu i przeglądam ciuszki. Pot się ze mnie leje, swędzi mnie czoło, którego nie mogę podrapać i ogólnie gdyby nie przecudowny asortyment KappAhl już dawno, by mnie tam nie było. Nagle Pola zaczyna się dziwnie wysilać i ... sami wiecie co się dzieje. Szkoda tylko, że dziecko nie zawsze załatwia się tak, że nie cierpią na tam ciuchy. Więc rzucam wszystko w ręce Patrycji , rzucam portfel i krzyczę "kup mi to!", po czym pędzę. Z ubrudzonym dzieckiem w jednej ręce i wózkiem i torbą w drugiej. Gdzie tu jest do cholery pokój matki z dzieckiem? Jest! Drzwi są świetne. Tak ciężkie i samo się zamykające, że po prostu sobie nie radzę i wjechać tam nie mogę. Obok przechodzi ochroniarz spogląda i idzie dalej. Spoko, co tam matka z dzieckiem, wózkiem i wylatującym czymś z pampersa. W końcu wjeżdżam. W pokoju mieści się aż wózek i ledwo ja. Szukam ciuchów na przebranie - ciuchów brak. Zostały w aucie. Znajduję jakiś rampers nadający się jedynie do spania. Cóż. Jakoś to zniosę. Opuszczam ten cudowny pokój matki z dzieckiem i w tym momencie mam już dość tej wycieczki.
Wychodzimy i zmierzamy autami ku Gdyni Orłowo. Przebieram Polę w aucie i wychodzimy na świeże powietrze. Ach... jeszcze raz spoglądam na te widoki... prędko tu nie wrócę. Mimo zmęczenia i zdenerwowania na kawałku piasku znów odnajduję spokój. Pola zasypia, a ja cieszę się tą chwilą, która lada moment pozostanie już tylko w mojej pamięci. Na koniec wycieczki nieszczęsna pizza, po której wymiotowałam kilka razy w drodze powrotnej. W czasie podróży wrzask mojego dziecka trwający całą wieczność, zły zjazd z autostrady dzięki czemu zwiedziłyśmy kilka fajnych miast, miasteczek i wiosek. Całe szczęście jestem jedną z tych, co nawet najbardziej beznadziejną sytuację potrafią obrócić w żart. Efekt? Patrycja i Mamala rozbawione do łez jadą przed siebie mając gdzieś to, że mijają kolejne miasto, którego mijać nie powinny, mając gdzieś, że powinnyśmy być już dawno w domu i mając gdzieś, że co chwilę trzeba zatrzymywać się, by Mamala mogła spokojnie poradzić sobie z zatruciem. Bo mimo wszystkich przeciwności - było warto. I powtórzę to jeszcze nie raz.
PS: Miały być jeszcze zdjęcia z zakupów robione kalkulatorem, ale nie chcą się zgrać może i lepiej. Nie było na nic nich poza jedzeniem z maca, zakupami z zary i selfie z windy. A może później dodam...

 

Gdynia - miasto, którego uroki pokazała mi przed kilkoma laty moja ukochana kuzynka. Zawsze mnie zachwycało i będzie zachwycać. Tak jak kocham spokojne miejsca, w których lubię się wyciszyć - tak kocham'żyć' w dużych miastach, które tętnią życiem.

Dzień 3 rozpoczął się śniadaniem przy oknie z widokiem na stocznie. Wyjście z domu wspominam cudownie pomijając ten pot i roztargnienie, by nie zapomnieć niczego co będzie mi potrzebne na plaży z 3,5 miesięcznym dzieckiem. Na finiszu byłam już tak zmęczona, że szczerze mówiąc najchętniej zostałabym w tych czterech ścianach. Pola nie oszczędziła mi również w aucie, w którym wykrzykiwała coś po swojemu, a prawdziwy popis dała wchodząc ze mną na plażę. Jeśli ktoś tamtego dnia widział wyginające się i wrzeszczące w niebo głosy dziecko - była to z pewnością moja córka :) Finał płaczu - sen. Tak właśnie od jakiś dwóch tygodni Pola okazuje, że chce jej się spać, ale jest zbyt zmęczona by to zrobić. Dopiero po konkretnej drzemce nastąpiły te lepsze chwile. Jej pierwszy kontakt z morzem, jej pierwszy morski wiatr we włosach i jej pierwsza przechadzka u mnie na rękach brzegiem plaży. Cieszę się, że mogłam jej to wszystko pokazać, że mogłam w to miejsce wybrać się właśnie z Nią.

Córka moja nauczyła mnie też sprawnie jeść obiad lewą ręką, w trakcie gdy prawa robi za kołyskę, bujaczek bądź cokolwiek co się rusza. Nauczyła mnie też prowadzić wózek jedną ręką, gdy w drugiej znajduje się małe ciałko, które nie może się zdecydować jaką pozycję obrać.

Jak więc widzicie... było intensywnie. Były momenty kiedy najchętniej wróciłabym do domu. Były też momenty, kiedy już z tego wszystkiego po prostu się śmiałyśmy. I cieszę się, że tych drugich momentów było więcej.

Godzina 23 była godziną zbawienia. Cała czwórka zasnęła. A my? Chillout na balkonie przyozdobiony kroplami deszczu kapiącymi na nasze zmęczone twarze. A w łóżkach drugie oblicza naszych dzieci. Anielskie twarze wymęczone po całym dniu. Słodko sapiące przez sen. Cholera. Jestem szczęśliwa. Nawet jeśli muszę jeść zimny obiad lewą ręką i nie mieć czasu na chill na plaży, to tak. Ewidentnie jestem prze szczęśliwa, a te chwile zwątpienia i wkurzenia sprawiają jedynie... że tym szczęściem nie rzygam.

Jest takie miejsce na ziemi, które kocham. Śmiem twierdzić, że mimo turystów jest tylko moje i dla mnie. Odpoczywam w nim zawsze od całego świata.

Od zła, od wścibskich ludzi, od teraźniejszości, która momentami przeraża. To miejsce ma w sobie pewną siłę i moc. Leczy rany. Jest lekiem na moje zło. To miejsce żyje i pozwala człowiekowi chłonąć je jak najlepszą książkę. Pamiętam kiedy pięć lat temu siedziałam samotnie na pomoście z kartką i długopisem w ręku. Na skrawku papieru napisałam, że zabiorę w to miejsce kiedyś osobę, którą pokocham. Tego jedynego. Bo tylko z taką osobą będę mogła podzielić się częścią mojego życia. I zabrałam - mojego F. Decyzję o tym podjęłam ostrożnie.

Nie chciałam sprowadzać do tego miejsca pierwszego, lepszego, który łamiąc mi serce przepełniłby mój azyl złymi wspomnieniami, do których nie chciałabym wracać. Całe szczęście przy Nim byłam pewna, że tak się nigdy nie stanie. Minęły kolejne lata, a ja znów dzielę się częścią siebie z kolejną ważną mi osobą. Właściwie słowo ważna jest tu zbyt małe. Gdybym mogła prosić o coś Boga, poprosiłabym oto, by to w tym miejscu Pola spędzała najpiękniejsze wakacje swojego życia, przeżywała pierwsze miłości i piła pierwsze wina (tak drogie matki, wasze małe dzieci będą to robić ;) ). By to tu smakowała życia tak normalnego, innego od tego w mieście, w którym liczysz się tylko wtedy kiedy masz na sobie cool najki, a Twoje słownictwo musi być bogate w modne odzywki i cięte riposty. To nie wymysł. To życie. I zawsze będę zdania, że ludzie w takich miejscach są inni, lepsi i że życie na wsi wychowa Cię lepiej niż klatka w bloku. Przez swoje krótkie życie zaznałam dwóch towarzystw. Tego na wsi i tego w mieście. I wierzcie mi, że to właśnie to pierwsze nauczyło mnie cieszyć się z małych rzeczy. To na wsi ludzie mieli w dupie czy na drzewo wspinasz się w air maxach czy tenisówkach z targu. Pamiętam jak bardzo bolało starcie się z rzeczywistością miastową. Pamiętam jak często wtedy uciekałam właśnie tu. I znów tu jestem. Idę przed siebie z wózkiem. Nie uciekłam.Idę i myślę, że mając to miejsce, wspaniałą córkę i Jego... mam już wszystko.

I na tych refleksjach minął mi pierwszy dzień moich pierwszych wakacji z Nią. Pisane tamtej nocy na telefonie udostępniam Wam dziś, przy czym oddaję Wam kawałek siebie i swojego świata. A co było dnia następnego...tego dowiecie się już niebawem :)

Fontanny. Coś co lubiłam od dziecka. Coś, co sprawiało, że świat stawał się fajniejszy. Podbieganie jak najbliżej, by się "przypadkiem" pomoczyć to była nie lada frajda. I znów. Znów miałam okazję się tak poczuć dzięki osobie, z która idę przez życie. Siostra i mój osobisty fotograf w jednym. (Miło było asystować przy twojej sesji :* ).
Park Bydgoski  w Toruniu. Coś co było na wyciągnięcie ręki, a pojęcia zielonego o tym nie miałam. Tuż obok fontanny stawy, lasy, łąki... Na łonie natury długopis i kartka i tworzy się ten post. Ptaków śpiew, wody szum, a poza tym błoga cisza. W wózku leży Ona... Świeże powietrze to jedna z najlepszych rzeczy jaką można dać dziecku. I najlepsze jest to... że nic nie kosztuje ! I mimo, że wśród koniczyn nie widzę tej czterolistnej to jestem w tym momencie najszczęśliwszym człowiekiem na tym globie. Nade mną tylko błękitne niebo w asyście śnieżnobiałych chmur, a zza drzew dość śmiało wygląda słońce, które nastroiłoby pozytywnie nie jednego smutasa. Czas się zatrzymał. W tym momencie nie liczy się nic. Tylko ja, Ona i ten spokój. Chwila ta choć niepozorna dla mnie znaczy wiele. Ptaki zdają się wyśpiewywać arie specjalnie dla Nas, a trawa jest tutaj zielona jak nigdzie indziej. Kaczki co chwila podpływają nieśmiało do brzegu, jak gdyby chciały się przywitać, a wiewiórki zwinnie skaczą z drzewa na drzewo co rusz Nas podglądając. Wszystko tu żyje. Drzewa, kwiaty, liście. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Wszystko jest dla Nas. Jest Nam tak dobrze. Bo jak śpiewał Marek Jackowski " Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba ".
I niech to trwa całą wieczność. Całą wieczność i jeden dzień dłużej...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

fot: Wegner-Keiling photography

@alicjawegnerpl

Zajrzyj na mój Instagram i sprawdź, jak żyję, manifestuję oraz działam.
cartcrossmenuchevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram