0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

Własny biznes. Nie jest to nic łatwego. Niemal codziennie dostaję dziesiątki zapytań o to, jak założyć blog, jak na nim zarabiać, jak przyciągnąć czytelników... Jednym słowem: jak rozwinąć własny biznes. Mnóstwo pytań, mnóstwo wątpliwości, a po drugiej stronie jedna, jedyna ja, którą niektórzy uznają za guru, które w kilku zdaniach im podpowie i doradzi.

To miłe. Fajnie być w czyichś oczach ekspertem, fajnie kiedy ludzie proszą Cię o rady. Zawsze staram się odpisać, zmotywować, ale nie daję nigdy złotej recepty, bo sama takowej nie dostałam i nie posiadam. Dlaczego? Bo jej nie ma. Kiedy ktoś zadaje mi pytanie: ale jak Ty to zrobiłaś? Jak się wybiłaś? Zazwyczaj odpowiadam: nie wiem, po prostu to co piszę przyciągnęło ludzi. Samo. Bez reklam, bez znajomości. Po prostu zainteresowałam 5,10, 100 osób a potem zer tylko dochodziło... Jak? Nie wiem. Widocznie jestem w tym dobra, a inni to widzą. Ludzie nie są głupi, nie da się im wmówić, że coś jest fajne. Jak to mówią - dobra jakość obroni się sama.

Jednak dzisiaj, poddając rozważaniu to pytanie : " Jak to zrobiłaś" - zauważam, że za moim sukcesem stoi cała masa zasad i rzeczy, które kiedy wcielam w życie - pozwalają mi się rozwijać. Każdy inaczej postrzega biznes, każdy dąży do sukcesu na swój sposób. Jak to napisał w swojej książce Michał Wawrzyniak: w biznesie się nie pracuje, nad biznesem się pracuje. I tym zdaniem mogłabym zakończyć ten wpis. Jest to tak trafne spostrzeżenie, że czytając je w metrze zaczęłam kiwać głową z lekkim uśmiechem na twarzy.

Postanowiłam więc przyjrzeć się bliżej swoim poczynaniom i spisać to co pozwala mi się rozwijać i ulepszać w swoim fachu. Kto wie? Może i komuś z Was się to przyda.

  1. Książki - w moim przypadku głównie te motywacyjne, które potrafią wydobyć z nas to co najlepsze. Sprawiają, że na wiele rzeczy w życiu zaczynamy patrzeć inaczej. Jednym słowem: dodają nam skrzydeł. Ludzie niestety wciąż mają w zwyczaju oceniać książkę po okładce. Jeśli zauważyłbyś tytuł: "Możesz wszystko" ; "Przepis na sukces" - zniechęcony niepowodzeniami powiedziałbyś zapewne: kolejne pierdoły. To samo słyszałam o książce "Sekret". Pierdołami ludzie nazywają książki i rzeczy, których nie są w stanie pojąć. Jeśli czegoś nie rozumiemy, lubimy sobie to wytłumaczyć na nasz własny sposób: to na pewno z książką jest coś nie tak, nie ze mną. Tymczasem do wielu książek, trzeba podejść czasem kilka, kilkanaście razy. Gdyby wiedza w nich zawarta, była prosta do zrozumienia i łatwa do zastosowania, wszyscy bylibyśmy teraz bogatymi biznesmenami lub spełnionymi ludźmi w dziedzinach, w których chcieliśmy być.
  2. Cele - większe i mniejsze. Takie, na które daję sobie rok, takie na które daję sobie nieokreśloną ilość czasu, ale też takie, które postanawiam zrealizować w danym miesiącu. Takie coś pozwala mi mieć czarno na białym, ile wysiłku muszę włożyć, by coś osiągnąć. Cel, który nie został jeszcze zrealizowany nie pozwala nam osiadać na laurach. Jeśli jednak zrealizujemy cele nawet ponad to co sobie założyliśmy - jest jeszcze większy power do działania, bo ... jesteśmy z siebie najzwyczajniej w świecie dumni. Udowadniamy sobie, ze potrafimy więcej niż sobie założyliśmy.
  3. Determinacja - gdyby nie ona, już dawno rzuciłabym to wszystko w cholerę. Przy pierwszym hejcie, przy miesiącach pracy za free, przy wpisach, które przeczytała znikoma ilość czytelników. Gdybyśmy prześledzili statystyki, zobaczylibyśmy, że większość biznesów upada już po roku. Wielokrotnie rozmawiałam z osobami, które przy każdej trudności, miały dość, mówiły, że to się nie powiedzie. Oczekujemy natychmiastowych efektów, najlepiej bez występowania trudności po drodze. I to nas gubi. Kto przetrwa? Ten, który z uporem maniaka dąży do wyznaczonego celu, pomimo podrzucanych mu kłód, pomimo trudności. Jak to się mówi: nie narzekaj, że masz pod górę, jeśli zmierzasz na szczyt. Oczekujemy wielkich efektów, najlepiej dając mało od siebie. To tak nie działa. Jak płachta na byka działają na mnie rozmowy z ludźmi, którzy chcieliby...ale rezygnują, bo... za dużo wysiłku. No moi drodzy. Jeśli chcecie bogactwa, własnej firmy, która dobrze prosperuje, chcecie własny biznes, który przynosi Wam korzyści, ale nie chcecie się uczyć - znajdźcie Wy sobie lepiej bogatego faceta. Siedźcie w domu, otwierajcie sklepy, w których wszyscy za Was wszystko robią. A Wy tylko, leżcie i pachnijcie, mówiąc ile to osiągnęłyście.
  4. Ciągły rozwój - innymi słowy: edukacja. Nie ma czegoś takiego jak powiedzenie sobie: stop, wszystko już wiem, wszystko już umiem. Umiemy dużo więcej niż nam się wydaje, a właściwie dużo więcej niż myślimy, potrafimy się nauczyć. Ciągły rozwój pozwala nam na większe efekty, na bycie coraz lepszym w swojej dziedzinie. Początkowo korzystałam ze wszystkich możliwych DARMOWYCH źródeł wiedzy: książki z biblioteki, książki online, szkolenia online. Dzięki tej darmowej wiedzy, dziś mam pieniądze na to, by iść na szkolenie, za które trzeba zapłacić, by samemu kupić książki. I nie mówię tu o jakiś kolosalnych kwotach, a o szkoleniach za 100/200 złotych i książkach za 30 ;) Co do szkoleń - należy tutaj pamiętać o tym, że na wielu szkoleniach informacje się powtarzają. Należy zrobić zawsze porządnych re-search i wybrać to, co rzeczywiście jest nam potrzebne. Lepiej zainwestować w dwa porządne szkolenia w roku, niż chodzić na kilka każdego miesiąca i wychodzić z tą samą wiedzą. Własny biznes nie pociągnie nawet miesiąca, jeśli będziesz stać w miejscu!
  5. Szacunek - zarówno do Twoich zleceniodawców jak i do Twoich odbiorców ( w moim przypadku czytelników). Szacunek również do osób, które z Tobą współpracują ( np. fotograf). Szacunek do wszystkich osób, dzięki którym Twój biznes się kręci. Owszem, możesz być aroganckim chamem, ale ja wierzę w to, że dobro zwycięży ZAWSZE. W przypadku blogosfery - oczywiście, że lepiej wyrazistym, mieć ostry język, przecież dzisiaj bez tego bloger jest nudny. Cóż - wolę być "nudna", ale mieć świadomość, że robię "robotę" dobrze, będąc miłą i kulturalną osobą. Ktoś się ze mną nie zgadza? Ktoś mi ubliża? W tym pierwszym przypadku, napiszę pewnie, że ma prawo, a w drugim - zablokuję, puszczę w niepamięć. Niepotrzebne mi oklaski "Ale jej powiedziałaś! Ty to masz ostry język". Bardziej godne pogratulowania jest zachowanie stoickiego spokoju. Wyobrażacie sobie sprzedawcę w sklepie, który na odzywkę klienta : "Co za gówniany sprzęt", odpowie mu "Sam jesteś gówniany!" - ja sobie nie wyobrażam. Czemu więc w blogosferze, czy w jakimkolwiek innym biznesie miałoby być inaczej? Prowadząc komis odzieżowy, miałam sytuację, w której klientka wkurzona na to, że jej rzeczy się nie sprzedały, zaczęła rzucać mi innymi ciuchami i krzyczeć, że takie szmaty przyjmuję, a jej takie perełki zwracam. Cóż mogłam zrobić. Poprosiłam o uspokojenie się i spokojnie próbowałam wytłumaczyć, że niestety nie ode mnie zależy, co kupują klienci. Własny biznes to jak widać wieczne wystawianie na próbę naszej cierpliwości.
  6. Samodyscyplina - znacznie łatwiej jest pracować, kiedy masz pod nos podsuwane zadania, które masz wykonać. We własnym biznesie, nie mamy nad sobą szefa, który powie nam co mamy zrobić. Często nie mamy też ustalonych godzin : 8 - 16, a sami ustalamy sobie cały grafik, godziny, zadania do wykonania. I to jest właśnie cholernie ciężkie. Sami musimy codziennie siebie motywować i wiedzieć, że jeśli odpuścimy, jeśli nie będzie nam się chciało - wszystko runie. Szczególnie trudna samodyscyplina jest wtedy, gdy pracujemy w domu. Rozdarci między obowiązkami domowymi, dziećmi, a pracą. Musimy znaleźć rzeczy, które nas motywują, które sprawiają, że nam się chce. Cóż może być większą motywacją od tego, że wypełniane naszych obowiązków, tego co sobie założyliśmy da nam upragnioną satysfakcję z osiągniętych celów. Boisz się, że nie będziesz tego potrafić? Spokojnie. Wszystkiego idzie się nauczyć. Ćwiczmy silną wolę, bądźmy asertywni. Nauczmy się traktować siebie jak swojego szefa - bądźmy dla siebie czasem surowi, wymagajmy...
  7. Nieszablonowe myślenie - tfu! Myślenie to za mało! Liczy się nieszablonowe działanie. Bo myśleć to każdy potrafi ( powiedzmy ) - działać - już niekoniecznie. Nie możemy trzymać się wiecznie czegoś, bo jest to bezpieczne, nie możemy stać w miejscu. Czasem trzeba wyjść poza schemat, podjąć ryzyko ( zwłaszcza kiedy ma się swój własny biznes) - u mnie takim krokiem będzie teraz posłanie Poli do przedszkola. Ogromne ryzyko, bo pieniądze są to nie małe, ale wierze w to, że mając więcej czasu, bez wiecznego odrywania się do karmienia, zabaw itp. polepszę jakość swojej strony, a co za tym idzie - więcej zarobię.
  8. Systematyczność - własny biznes bez tego nie istnieje. Nie od dziś wiadomo, że ten punkt jest przydatny w każdej dziedzinie naszego życia. Wielu ludzi w biznesie postępują zbyt chaotycznie. Podejmujemy nierozsądne decyzje pod wpływem emocji, dziwiąc się, że owe decyzje były jednak złe i nie przynoszą pozytywnych skutków. W biznesie musimy być skupieni, podejmować ryzyko, ale mimo wszystko być...rozważnym. Systematyczność pozwala rozkładać nam wszystko regularnie w czasie i krok po kroku dążyć do wyznaczonych celów. Musimy się nauczyć nie odkładać rzeczy na potem, planować swój czas i dobrze nim zarządzać. Nie jest łatwo być systematycznym mając na głowie sto tysięcy innych spraw, będąc rozpraszanym przez brudne kubki i stertę prania. Musimy nauczyć się panować nad własnymi emocjami. Musimy stworzyć idealny system, który pozwoli nam na robienie tego co mamy do zrobienia teraz, nie jutro. Zainwestuj w kalendarz, notesik, w którym będziesz zapisywać sobie co masz do zrobienia danego dnia. O tym więcej w następnym punkcie...
  9. Organizacja - organizacja czasu i pracy. Bez tego, jesteśmy skazani na klęskę. W biznesie zazwyczaj jesteśmy przyzwyczajeni do robienia kilku rzeczy naraz. Musimy nauczyć się więc hierarchii. Stawiania pewnych rzeczy na piedestale i traktowania ich jak priorytety, a w późniejszym czasie robienie tych mniej ważnych. Co wysuwać na priorytet? Czynności, które są kluczowe w drodze do osiągnięcia wyznaczonych celów. Kolejna rzecz to nie marnotrawienie czasu. Ileż to minut niewinnych ucieka nam na spoglądaniu na tablicę facebooka, zawieszeniu się na głupim filmiku, patrzeniu beznadziejnie w okno. Jeśli już mamy wolną chwilę, wykorzystajmy ją na coś przy czym się zrelaksujemy, ale będzie to, że tak powiem... miało sens. W organizacji ważna jest też regeneracja sił. Bez tego wysiądziemy w moment. Łapiąc bakcyla i wpadając w wir obowiązków, które przynoszą nam korzyści, wydaje nam się, że lubimy to tempo życia, lubimy być perfekcyjni. Ale bez zdrowia, nie zbudujemy niczego. Wpisz sobie regenerację w plan dnia. I tak jak w przypadku systematyczności - jeśli trzeba, rozpisuj działania, priorytety. Ustal sobie kiedy musisz pracować, a kiedy możesz na chwilę zwolnić.
  10. Budowanie zespołu - nie wierz w to, że wszystkiego nauczysz się sam i będziesz profesjonalistą w każdej dziedzinie, bo nie będziesz. Nie starczy Ci na to życia. Zapewne przyjdzie taki moment, w którym będziesz potrzebował kogoś, komu coś zlecisz, bo ktoś zrobi to lepiej niż Ty. W moim przypadku jest to np. współpraca z fotografem. Zrozumiałam, że muszę w końcu znaleźć osobę, która zapewni mi profesjonalne zdjęcia na moją stronę. Jeśli miałabym robić wpisy z motywacyjnymi plakatami i tabelkami, również zleciłabym to komuś innemu, bo samej mi mogłoby to wyjść hm...niekoniecznie dobrze. A ja cenię sobie jakość. Bylejakość mamy w dzisiejszych czasach na każdym kroku. Co druga blogerka, chce robić wszystko sama, żeby tylko robić. Filmiki, zdjęcia, wpisy i eksperckie teksty we wszystkich dziedzinach. Nie obchodzi ich jakość - ważne, że jest. Nie musisz mieć finansów - na początek szukaj ludzi, którzy za promocję podejmą się współpracy z Tobą. Nie będzie to jednak trwało wiecznie. Szanujmy wzajemnie swój czas. Tak jak w przypadku książek - dzięki tym dostępnym za darmo, zarobiłam na te, które musiałam sama kupić. To samo tyczy się ludzi, którzy z Tobą współpracują. Jeśli czegoś nie potrafisz - albo się tego naucz, albo zleć to komuś innemu.

Takich zasad jest całe mnóstwo. Każdy kto prowadzi własny biznes, powie Wam to samo co powyżej, plus dodatkowo sto tysięcy innych rzeczy, które wynikają z ich własnych obserwacji, doświadczenia i błędów, które popełnili. Nad biznesem pracuje się cały czas. Potrzebne są całe pokłady uporu, sił, determinacji i cierpliwości. Przede wszystkim pamiętajmy o tym, że nie jesteśmy wszechwiedzący - wiele osób, zakładając własny biznes, dostaje jakiejś szajby i nie można im nic powiedzieć. Wszystko wiedzą najlepiej, jednak po pewnym czasie budzą się z ręką w nocniku. I być może się mylę, ale prawdziwym kluczem ( przynajmniej u mnie) do rozwoju mojego biznesu była...

PASJA - bez niej, śmiem twierdzić, że nie osiągnęłabym nic. Zaczynając blogować, nawet nie wiedziałam, że można na tym zarobić i może to właśnie to sprawiło, że zaszłam tak daleko. Teraz ludzie zakładają blogi, głównie dlatego, że kusi ich pieniądz. Najgorsze jednak jest to, że myślą, że jest on... łatwy. Być może są biznesy jak i blogi, pozbawione pasji, zamiłowania do tego co się robi i pisze, ale uważam, że odbiorcy nie są głupi i to czują. Pasja to zaangażowanie, zamiłowanie, wykonywanie każdego zadania na najwyższych obrotach z przyjemnością. Są owszem biznesy, w których wcale nie trzeba czuć jakiegoś specjalnego powołania, miłości, wystarczy być ekspertem w danej dziedzinie - są jednak i takie, w których bez miłości... nie wypali absolutnie nic. Własny biznes to dla mnie przede wszystkim serce, który w niego wkładam. Każdego dnia.

 

photo: Whale Photography <3

DSC_2284-2

 

DSC_2299-2

 

DSC_2306

 

DSC_2318

 

DSC_2322

 

DSC_2339

 

własny bizes

 

DSC_2362

 

DSC_2376

 

własny biznes

 

DSC_2401

 

DSC_2412

 

watch, bracelets - EdiBazzar

Ilekroć udaje mi się coś osiągnąć, ilekroć za darmo dostaję rzeczy, o których marzyłam. Ilekroć mam możliwość spróbowania rzeczy, na które nigdy nie byłoby mnie samej stać... zawsze wtedy słyszę od kogoś: " Ty To masz szczęście!"... normalnie w czepku urodzona!

A guzik prawda! Tak szczęście to jest ogromne... ale nie w tym znaczeniu, które ludzie mają na myśli, bo często to szczęście mylone jest z czyjąś ciężką pracą. "Ty to masz szczęście" - to można powiedzieć komuś, kto znalazł stówę na ulicy. Komuś kto wygrał w toto-lotka, lub kto znalazł się w dobrym miejscu i czasie i poznał światowej sławy gwiazdę, która postanawia wkręcić nieznanego osobnika do filmu, patrząc tylko na jego ładne oczy. Ja nie znalazłam się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Pieprzyć skromność. Mówię jak jest. Na wszystko co mam - zapracowałam. Bez znajomości, bez bogatego męża, bez znajomości rynku, agencji i trików marketingowych. Od podstaw stworzyłam coś, co daje mi teraz satysfakcję i realne zyski, o których mogłabym tylko pomarzyć, gdybym tyrała gdzieś na etacie. SAMA. Stworzyłam stronę, która motywuje codziennie wiele kobiet do zmiany swojego życia. Stworzyłam stronę, na której można nie tylko się zmotywować, ale czasem ponarzekać czy zainspirować się i złapać bakcyla na punkcie zdrowego stylu życia. Stworzyłam miejsce, w którym nawet jeśli stawia się na profesjonalizm i estetykę, to mimo wszystko zachowuje się w tym...autentyczność. Potwierdzone info.

Czy mam szczęście? Cholerne, ale sama sobie na nie zapracowałam. Ba! Pracuję każdego dnia. Mam szczęście takie jak każdy. Ty, Ty i Ty. O, nawet Ty! Tylko ja wykorzystuję je trochę bardziej, a Ty trochę mniej - lub na odwrót. Na czym polega szczęście, które mam? Na tym, że mam dobę, która ma 24 godziny i każdego dnia zastanawiam się jak ją dobrze wykorzystać. Moim szczęściem, jest...życie, która dostałam 22 lata temu. I to szczęście ma każdy. I tylko od Ciebie zależy, czy będziesz całe życie czekać na wygraną w lotka, stówę na ulicy czy tą gwiazdę, która porwie Cię na plan filmu - czy weźmiesz życie w swoje ręce i zrobisz wszystko, by wykorzystać je jak najlepiej.

Czy mam szczęście...bo... mam łatwiej? Nie mam wcale łatwo. Już dawno przestałam szukać wymówek. Mogłam przecież zostać w rodzinnym mieście, gdzie miałam tanie mieszkanko, opiekę dla dziecka, czas na wyjścia, siłownię, kino i drinki z koleżankami. Ale ja od życia chciałam czegoś więcej. Czy wiedziałam na co się pisze, wyprowadzając się do stolicy? Nie do końca. Przede wszystkim nie wiedziałam, że będzie tak cholernie ciężko. Że tak ciężko jest pracować z dzieckiem pod pachą, które potrzebuje Cię coraz bardziej. Że tak ciężko będzie samemu, bez mamy, która nie wpada na kawkę, bez narzeczonego, który kończy lajtową pracę o 16, tylko codziennie tyra do późnej nocy...że tak ciężko będzie zawsze i wszędzie radzić sobie ze wszystkim samemu. Ale to właśnie tutaj rozwinęłam swoje skrzydła jeszcze bardziej. Właśnie tutaj staram się 10 razy bardziej, niż w miejscu, w którym mogłam dobę wykorzystać 10 razy lepiej - bo wystarczyło dziecko "podrzucić" do teściowej na kilka godzin. Ale tak już w życiu jest, że człowiek docenia ile mógł zrobić dopiero wtedy, kiedy pewne możliwości zostają mu odebrane. Tak to jest, że im mniej czasu mamy - tym więcej zrobimy. Tak to jest, że będąc skazani na samych siebie w wielkim mieście - odkrywamy jak wiele możemy i z jak wieloma rzeczami potrafimy poradzić sobie bez niczyjej pomocy.

Bardzo często dochodzą mnie słuchy, że mam opinię dumnej lali, która wyrwała się z małej mieściny do stolicy, odwaliła jej sodówka i siedzi tylko w chałupie, chodzi na drogie zabiegi do kliniki i kupuje dla dziecka drogie gadżety. Już nawet mnie to nie rusza. Doszłam do punktu w swoim życiu, w którym jestem tak pewna tego ile jestem warta i ile osiągnęłam, że już nawet nie chce mi się tym miernotom tłumaczyć, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda.

Nie jest też jednak tak, że na każdym kroku podkreślam jak to ja ciężko pracuję. Zajebiście mocno, doceniam możliwość bycia blogerką, bo jest to dla mnie o wiele łatwiejsze, niż praca gdziekolwiek indziej, którą wykonywałabym tylko po to, żeby zarobić. Tak, jest to ciężkie, ale im ciężej będę pracować teraz, tym łatwiej będzie mi za jakiś czas. I cholernie doceniam luksus możliwości oszczędzania, bo połowy rzeczy nie muszę kupować. Cholernie doceniam wiele rzeczy, mimo, że czasem mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę i iść do zwyczajnej roboty, której nie przynoszę do domu. Bo bycie samemu sobie szefem to taka praca 24 na dobę. Nawet jak już wszystko skończyłaś, to i tak zdarza Ci się rozmyślać - co jeszcze zrobić lepiej? Co dodać? Jak to rozwinąć?

Więc...tak mam szczęście. Ale sama sobie na nie zapracowałam. Ty też możesz. I nie mów mi, że nie masz możliwości, nie masz jak... codziennie piszą do mnie osoby, przy których mój los i moje problemy to pikuś. I te osoby w obliczu najgorszych tragedii, wzięły się w garść i spełniają marzenia. Na przekór biedy, raka, innych chorób. Wymówek jest szukać bardzo łatwo. Oceniać innych, którzy idą po swoje - też. Ale zawalczyć już o swoje własne szczęście - nieco ciężej. Bo nagle okazuje się, że wcale nie jest to takie proste... a przede wszystkim jest... pracochłonne.

 

Za fantastyczną sesję, będącą początkiem owocnej współpracy dziękuję fantastycznej Whale Photography <3 Tym samym chciałabym też, byście ciepło powitały pierwszą osobę, którą zdecydowała dołączyć do mojego dream teamu - teamu, którzy tworzą tą oto stronę... Od teraz czeka nas przepiękna wizualna oprawa bloga, o którą będzie troszczyć się właśnie Maria <3

 

2

 

DSC_1599

 

DSC_1631

 

DSC_1649

 

DSC_1651

 

DSC_1653

 

DSC_1683

 

DSC_1691

 

DSC_1703

 

DSC_1728

 

DSC_1735

 

DSC_1746

 

DSC_1764

 

DSC_1775

 

DSC_1780

 

DSC_1787

 

DSC_1799

 

DSC_1816

 

DSC_1890

 

DSC_1942ь

 

DSC_1954

 

DSC_1973

 

DSC_1981

 

DSC_1983

 

DSC_1996

 

DSC_2014

 

DSC_2018

 

DSC_2057

 

DSC_2105

 

DSC_2158

 

DSC_2169

 

DSC_2184

 

DSC_2193

 

DSC_2208

 

DSC_2216

 

DSC_2224

 

DSC_2251

 

DSC_2260

 

DSC_2265
DSC_2271

 

DSC_2277-2

 

 

shoes:  klik

 watch: klik -  na hasło "mamalla" - 15 % rabatu do 30.04 !!! :)

Moja droga do szczęścia była długa i zdrowo popieprzona. Skały, zakręty, upadki, zadrapania, rany głębokie. Najgorsze jednak rany to te w naszej głowie i te na naszej duszy. Szczęśliwy człowiek? Ciężko osiągnąć ten stan...

Wiecie... mogłam upaść i nie wstać, kiedy kilka lat temu znalazłam się w najgorszym punkcie swojego życia, osuwając się po drzwiach izby przyjęć, widząc jedynie mgliste postacie ochroniarzy krzyczących: dajcie wózek! Mogłam olać Warszawę i wyprowadzić się do rodziców, kiedy zabrakło mi na pampersy, a z F. powiedzieliśmy sobie kilka słów za dużo. Mogłam usunąć blog i iść na etat za marne grosze, kiedy chwilowo nie miałam zleceń i czasu, by napisać coś sensownego. Mogłam znów wrócić do toksycznych znajomych, kiedy doskwierała mi samotność... mogłam. Mogłam wiele rzeczy, które pozornie załatwiłyby sprawę, ale tak naprawdę byłyby gówno warte. Bo ani mieszkanie z rodzicami, ani praca na etacie, ani chujowi znajomi nie daliby mi komfortu psychicznego jaki mam teraz, dzięki temu, że tych wyborów nie dokonałam, a walczyłam jak lwica, żeby nie być do nich zmuszoną. Pozornie to wygląda jak bajeczka. Prosta dziewczyna, która żyje sobie spokojnie w stolicy, w pięknym mieszkaniu, zarabiając kasę na tym, że pisze jakieś "dyrdymały". Bo pozory zawsze są tak zajebiście inne od rzeczywistości i pozwalają na ocenę, która ma gówno wspólnego z tym jak jest naprawdę. Bajeczki może nie ma, ale pomału się tworzy. Kartka po kartce. I wcale tej bajki nie tworzą przedmioty i zera na koncie, a moja psychika. I nigdy nie zyskałabym takiego luzu psychicznego, jaki mam teraz, gdyby nie kilka podstawowych zasad, których się trzymam. Jeśli nie jesteś szczęśliwy...cóż. Może wciąż nie wdrożyłeś ich w swoje życie.

SCHEMATY

Piszecie mi o tym non stop. Spieprzona psychika przez toksycznych znajomych, rodzinę, narzeczonego. Trwanie w stanie depresyjnym, bo zamiast robić co się chce, trzymamy się schematów wyrytych w naszych głowach niczym przykazania na kamieniu. Na nasze nieszczęście składa się całe mnóstwo czynników. Nawet wkurwiająca teściowa, ciotka czy własna matka. Wielokrotnie ktoś mi pisze o wpływie bliskich na nasze wybory i samopoczucie. Czy to jest do cholery jakiś żart? Kiedyś też mówiłam sobie, że pewnych relacji zrywać nie należy, bo rodzina, bo sentymenty. Pieprzyć sentymenty. Nikt za Ciebie życie nie przeżyje. Jeśli ciotka Irenka wpada do mnie codziennie po to, żeby mi dowalić jaka jestem beznadziejna to mówię jej "do widzenia" i usuwam ze swojego życia. Jeśli teściowa niszczy mi życie i psuje relacje z narzeczonym, wmawiając mi codziennie bzdurne teorie - zrywam kontakt. Choćby narzeczony miał obrazić się na śmierć, a dzieci miały płakać - mam to gdzieś. Bo czemu do cholery mam utrzymywać kontakt z kimś kto jest toksyczny i mnie wkurwia? Jeśli dajesz sobą pomiatać i dajesz się wkurzać każdego dnia tylko dlatego, że siedzisz z kimś na jednym drzewie genealogicznym i mimo prób nie możesz się z tym kimś dogadać - zerwij kontakt i tyle.

To samo tyczy się tkwienia w toksycznych związkach - bo dzieci. I każdy ma w dupie to, że co noc wyjesz do poduszki, masz spieprzoną samoocenę i czujesz się beznadziejnie, co drugi dzień myśląc o śmierci. Ciocia Krysia, Renia, a nawet Iwonka z kiosku i twoje szczęśliwe znajome mężatki na Twoje myśli o rozstaniu zareagują przecież :  a pomyślałaś o dzieciach? Noo pewnie, że nie. Przecież jesteś egoistką. Wymagasz aż tak dużo. Ludzkiego traktowania i życia bez depresji. Z depresją będziesz przecież mega zajebistą matką dla swoich dzieci.

Żyć należy tak jak się chce, a nie tak jak należy, czy jak nam się narzuca. Podczas kiedy moje koleżanki pod wpływem rodziców i tego co wpajali nam nauczyciele, szły na studia, na które nie chciały iść i odwlekały decyzję o dziecku, bo przecież za wcześnie, a nieważne, że bardzo chciały - ja w tym czasie, wszystko robiłam w popieprzonej, odwróconej kolejności, nie czując, że muszę cokolwiek i robiąc to na co mam ochotę.

ZAZDROŚĆ

Taka niezdrowa, podchodząca pod zawiść, że ktoś ma lepiej. Nie będziesz szczęśliwy jeśli wiecznie będziesz się do kogoś porównywać i skupiać na tym co mają inni, a nie Ty sam. Sukcesy innych, pieniądze na koncie, a głównie szczęście, jedyne co powinny w Tobie wyzwalać to radość i chęć zmiany na lepsze. Radość - bo z sukcesów innych należy się cieszyć. Nic Ci się w życiu nie uda, jeśli nie będziesz tego życzyć innym. Chęć zmiany na lepsze - bo jeśli jesteś niezadowolony ze swojego życia, to Ci którzy są, powinni być dla Ciebie przykładem, że jednak się da.

Codziennie dostaję wiadomości "Ale ja Ci zazdroszczę, ja tak nie potrafię" - ale jak nie potrafisz? Czego nie potrafisz? Wszystkiego w życiu trzeba się nauczyć. Jeszcze kilka lat temu nie umiałam napisać sensownie dwóch zdań, a teraz tworzę wpisy co drugi dzień i nie są to jakieś teksty na miarę pudelka. Matką też nie jest się nigdy wcześniej, a dopiero kiedy dziecko przyjdzie na świat, zmuszone jesteśmy odnaleźć się jak najlepiej w nowej roli. "Zazdroszczę, też bym tak chciała" - w czym więc problem? Brak czasu? Nasza doba trwa tyle samo. Łatwo mi mówić, bo mam jedno dziecko...spoko. Znam i jedną takie co mają trójkę, czwórkę, a nawet piątkę - i jak o czymś marzą, to nagle umieją z doby zrobić dwie... ograniczenia często istnieją tylko w naszej głowie. Ja też nie raz mówiłam sobie, że się nie da przy dziecku tego i tego, że się bez pomocy bliskich choć dwa razy w miesiącu nie da realizować. A jednak jak się pojawiły chęci to i możliwości się nagle pojawiły...

...bo nie walczysz

Proste. Nie jesteś szczęśliwy, bo nie walczysz. O siebie, o swoje marzenia. Nie walczysz, bo sam nie wiesz o co. Zadaj sobie podstawowe pytanie: czego chcesz od życia? O czym marzysz? Czego Ci brak? Jeśli nie masz sprecyzowanego celu, pragnień i twoje życie to jeden wielki znak zapytania, to jak możesz być szczęśliwy? No jak, skoro sam nie bardzo wiesz co mogłoby Cię uszczęśliwić, a jeśli już Ci się wydaje, że wiesz, to nie wiesz jak o to zawalczyć. Codziennie zapisujesz swoją własną kartkę i nikt Ci nie powie, co w danym momencie masz napisać. Jedyną osobą, która siedzi w Twojej głowie i Cię zna jesteś Ty. No właśnie. A może Ty wcale siebie nie znasz? Pobądź ze sobą sam na sam. Odkryj co lubisz, przeanalizuj kiedy się uśmiechasz. Jeśli masz marzenia - walcz o nie.

NIC NIE MUSISZ

i przede wszystkim uświadom sobie, że nic nie musisz. Bo może górnolotne marzenia wcale Cię nie kręcą, może Twoim marzeniem jest spokojne życie z dala od ludzi pędzących po hajs i karierę. Może jedyne czego potrzebujesz do szczęścia to uśmiechu bliskich, a to co chcesz robić dla siebie samej, to doskonalić się kulinarnie we własnej kuchni i czytać książki o kosmosie, kiedy dzieci zasną. Dorosłość cechuje się tym, że wybory podejmujemy w zgodzie z samym sobą. Bez presji otoczenia, mając głęboko w poważaniu opinię innych. Walka o marzenia nie musi być od razu marzeniem o byciu szefem w dobrze prosperującej firmie. Walka o marzenia to walka o to, co Cię uszczęśliwia - a czasem jest to naprawdę niewiele.

 

szczęśliwy

 

biżuteria

 

DSC_6622

 

DSC_6623

 

DSC_6640

 

DSC_6643

 

DSC_6650

 

zegarek - Daniel Wellington - na hasło "mamalla" macie 15% zniżki :)

bransoletki - EdiBazzar

body - Selfie Room

więcej obuwia damskiego znajdziecie na StukStuk.pl - czarne muszkieterki to jak do tej pory mój najlepszy wybór :)

Jak na niepoprawną optymistkę przystało, wypierałam go jak tylko mogłam. Zamykałam szczelnie drzwi i okna. Zabijałam deskami każdy otwór, przez który chociaż delikatnie mógłby się wedrzeć i drasnąć moją duszę. To śmieszne, bo im bardziej próbowałam go uniknąć, tym bardziej mnie dosięgał...

Bo możesz zapierać się rękami i nogami. Zabić wszystkie okna i drzwi. Będzie spokojnie, wiem. Ale on nagle weźmie rozpęd i przebije się przez wszystkie przeszkody z potrójną siłą. A Ciebie będzie bolało 10 razy mocniej... o smutku mowa, wiesz? Tym złym i niedobrym, co zdejmuje nam z twarzy uśmiech i wyciska z oczu łzy. Jeśli do czegoś mogę się dziś przyznać to do tego, że jedna z moich przewodnich myśli w tekstach motywacyjnych, jest błędna. Mianowicie mowa o tej, w której mówię, że nie wolno do siebie dopuszczać negatywnych myśli, bo jedna przyciąga ich całe stado. Fakt, smutek może nie jest od razu myśleniem o tym, że coś złego się wydarzy, ale jest skupiskiem różnych negatywnych emocji, które źle na nas wpływają...

Ja walczyłam usilnie z każdą, negatywną emocją, ale okazało się to tylko zamiataniem problemu pod dywan. Smutki i smuteczki nagromadzały się pod dywanem w ilości coraz większej. I ten dywan ostatnio został przez nie zeżarty. Przebił się przez przeszkodę i wlazł do mojej głowy. Przepłakałam cały ranek tak intensywnie i dotkliwie. Chodziłam jak struta, bez sił i chęci do życia. Oj jak mi się życie nagle zawaliło, w jednej chwili. Oj jak 1000 powodów do smutku nagle znalazłam, to miałam wrażenie, że to najgorszy punkt w moim życiu. Oj jak ja nagle zaczęłam płakać, że najgorsza matka, córka, narzeczona, że dzieci na świecie chorują, że jestem złym człowiekiem, że dziadek coraz starszy, że rodzina daleko i że chcę do nich, że ta co przyjaciółką była teraz z moją pierwszą miłością jest i ja jej tak nienawidzę i przyjaciół już chyba nie mam. BUM,BUM, BUM, myśl za myślą, chaos, mętlik, zamieszanie! Łzy jak z kranu, tfu! Hydrantu, a nawet dwóch! Już obraz od łez zamazany, aj jak boli, aj co za życie i BAM! Spokój...  i policzki robią się suche i oddech się normuje. Już prawie wszystko wyraźnie widać, już w uszach przestaje piszczeć...katharsis. Już jakby na nowo wpadało słońce przez okno i już jakby nowy dywan leżał, oczyszczony bez stada nagromadzonych smutków. Głowa jakby lżejsza i rozsądek jakby na miejscu...jestem spokojna.

... ale wniosków nie wyciągam.

 

3 dni później oglądam bajkę. pierwszy strzał jaki mi wpadł do głowy, Pola niedawno na YT oglądała tego zwiastuny, było nawet śmieszne. Włączamy! Oj jakie fajne, oj jakie śmieszne. "I w głowie się nie mieści". Bohaterowie to emocje, a najgorszy to jest smutek bo się wpieprza tam gdzie nie trzeba. I pilnuje ta radość smutku jak może i wypycha i koła zaznacza, z których ma nie wychodzić. I walczy, i negocjuje, ale im bardziej nie pozwala smutkowi dojść do sterów, tym bardziej świat się wali. Bo w całym łańcuchu emocji, gdzie dominuje radość i wpuszcza czasem złość czy odrazę...w całym tym łańcuchu brak tylko jednego elementu: smutku. A mechanizm nie działa, kiedy brak choć jednego ogniwa. Choć negatywny to musi występować. Rzadko, ale musi. Bo czasem, żeby odnaleźć radość z życia, trzeba najpierw porządnie się oczyścić z tego co złe, by zwolnić miejsce na coś pozytywnego.

Tłumienie emocji nic nie daje, bo zaczynają być one naszym cichym zabójcą. To jakby na siłę się uśmiechać, kiedy ktoś usilnie ciągnie Twoje kąciki w dół. Możesz z tym walczyć, ale z czasem się zmęczysz. Pamiętaj tylko, że jeśli już pozwolisz sobie na smutek...to nie pozostań w nim zbyt długo. Bo bardzo trudno będzie Ci z niego wyjść...

 

DSC_0890

 

DSC_0891

 

DSC_0897

 

DSC_0899

 

DSC_0901

 

DSC_0903

 

DSC_0904

 

DSC_0905

 

DSC_0908

 

DSC_0914

 

DSC_0915

 

DSC_0916

 

DSC_0918

 

DSC_0919

 

DSC_0920

 

DSC_0922

 

DSC_0923

 

DSC_0925

Człowiek uczy się całe życie... Są rzeczy, które przychodzą nam łatwiej, inne trudniej. Są też w życiu takie lekcje, które pamiętamy do końca życia. I stosujemy się do nich każdego dnia...

Spotkałam kiedyś Ankę. Anka jak zawsze była ponura i smęciła pod nosem na swój marny los. Oj biedna ona taka... a czego by jej się pozytywnego nie powiedziało, to ona zaraz mówiła "A co Ty gadasz...". I tak przy każdym spotkaniu... Wtedy to mi jeszcze tak pesymiści na nerwy nie działali. Klepałam ją po ramieniu i w sumie to stwierdziłam, że Anki zmienić się już nie da. Taki charakter. Trudno. Ale z Anki z dnia na dzień uchodziło życie. Wszyscy machali ręką i olewali sprawę - przecież ona taka już jest. Ale ja czułam i widziałam, że coś jest nie tak. Właściwie to ona za dużo myślała... Nadmiar czasu sprawiał, że wymyślała sobie tysiące problemów, których nie ma. Kiedy zadawałam jej pytanie " Naprawdę nie masz żadnych powodów do radości?" - odpowiadała, że nie ma. Była zdrowa, piękna, miała pieniądze. Ale to już chyba nikogo nie dziwi, że tacy ludzie najczęściej płaczą wieczorami w poduszkę. Miała prawo nie cieszyć się z życia, depresji nikt sobie nie wybiera - bo pod depresję to już podchodziło. Ale im bardziej waliło mi się moje życie, im więcej miałam problemów, tym bardziej irytowała mnie jej życiowa postawa. Byłam wściekła, bo jak to tak. Ja tutaj problemy okrutne i staram się cieszyć, uśmiechać, a tu mi jakaś rozpieszczona panna ciągle marudzi koło ucha. I ja tak zaczęłam marudzić razem z nią. I sama nie wiem, w którym momencie to ja stałam się jeszcze gorsza od niej. Każdy wiek ma swoje prawa, wiecie? To co było problemem dla mnie i dla Anki w wieku lat 18, dziś zdaje się być śmieszne. Ale wtedy... wtedy to było coś. I zawsze należy o tym pamiętać i nie szydzić z czyichś problemów. Z Anki szydził prawie każdy. Co drugi znajomy, a nawet jej własna matka mówiła jej "Wstyd Ci powinno być, że tak marudzisz, a ludzie takie problemy mają!". A ja marudząc coraz więcej, rozumiałam jej uczucia coraz bardziej. Próbowałam wspierać, pomagać...

... ale pewnego, zimnego dnia Anka podcięła sobie żyły. A przynajmniej próbowała. Dziś kwituje to zdaniem, że nawet to jej w życiu nie wyszło. Byłam na izbie w moment po tym, jak tam trafiła. Była chyba po dwóch piwach, więc byli tam też policjanci. Policjantów nie lubię, zazwyczaj trafiam na palantów, ale z tych dwóch, jeden zapytał mnie, czy wiem czemu ona to zrobiła. "Nie wiem" - odparłam. " Nastolatkom czasem nie chce się żyć. Bez większego powodu... Wystarczy niespełniona miłość czy jedynka na semestr" - " I to jest powód, żeby się zabić? Przecież to nie są problemy". Zapytałam go: " A jakie pan miał problemy w wieku 18 lat? Każdy wiek ma swoje prawa. To co dla Pana jest śmieszne, dla nastolatki może być końcem świata". Odparł, że w sumie racja, a po chwili namysłu odpowiedział " Po prostu gówno wiecie o życiu. Żeby z życia się cieszyć, trzeba rozumieć ile się ma. Być wdzięcznym nawet jeśli ma się niewiele". Gówno wtedy rozumiałam, choć jego słowa w jakiś sposób mnie poruszyły. " Ani psychiatra, ani psycholog Wam nie pomoże. Wami to trzeba wstrząsnąć w inny sposób". Kiedy Anka czuła się lepiej, pokazała mi kartkę z adresem, który zostawił jej policjant. " Powiedział, że mamy tam jechać, wiesz co to za adres?". Nie wiedziałam. Wstukałyśmy adres w google : hospicjum dziecięce. I co? Mamy tam jechać? Zobaczyć, że inni mają gorzej? Co za bullshit. Wiem, że mają, ale to nie znaczy, że poczuję się lepiej... Czułam jednak, że takie rzeczy jak te - ta pieprzona kartka od policjanta, są raczej czymś co rzadko się zdarza. Musi być w tym jakiś cel. Pojechałyśmy. Nie wiedziałam zbytnio co powiedzieć na wejściu, więc czując, że wyjdę na idiotkę powiedziałam "Jakiś policjant kazał nam tu przyjechać". No i po 5 minutach przyszła ona... łysa, blada, a mimo to uśmiechnięta. Widziałam wiele razy ludzi chorych w telewizji, ale stanięcie twarzą w twarz było dla mnie strzałem w policzek. Nie spodziewałam się, że pierwszym z wielu tego dnia. Paulinka. Bo tak miała na imię. Paulinka była jego córką. Córką policjanta. Już po 5 minutach jej opowieści o chorobie, zanosiłam się z Anką od płaczu. To nie my przytulałyśmy Paulinę, tylko ona nas. Paulina wzięła Ankę za rękę, odszukała jej bliznę i powiedziała "Życie to cenny dar. Nawet nie wiesz ile bym dała, by je wygrać". Wyszłam. Nie mogłam się uspokoić. Czułam się tak marnie, tak... beznadziejnie. To nie było oświecenie w stylu " Jeju, jakie mam piękne życie". Pierdolę takie życie. Właśnie przemawia do mnie dziewczyna, która pewnie niedługo umrze, zanim pozna smak życia, co to kurwa ma być? Kiedy się trochę uspokoiłam, wróciłam do dziewczyn. Paulina powiedziała "Niedługo będę musiała pożegnać się z tatą. Tak bardzo mi go szkoda. Ale wiecie co? I tak jestem wdzięczna Bogu... ". Wtf... wdzięczna? Za co? Może trochę nietaktownie, ale jednak spytałam... za co? " A Ty co za jesteś?" - " Chyba za nic. Nie lubię swojego życia..." - odrzekła Anka... Paulina powiedziała wtedy, że często mylnie sądzimy, że wdzięcznym trzeba być za duże rzeczy. Te małe, uznajemy za normalne. Za coś naturalnego. "Wiesz... może i ja umieram, ale moja mama... ona jest zdrowa. Mój tata i braciszek też. Wdzięcznym nie jest się tylko za rzeczy, które dotyczą bezpośrednio nas, ale też osób, które kochamy". Szmatą po pysku, raz, drugi i trzeci. Czwarty, piąty i szósty. Całą drogę z Anką milczałyśmy, patrząc się beznadziejnie w szybę. Łzy spływały nam po policzkach. Nie odzywałyśmy się do siebie dobrych kilka dni. Ja siedziałam w swoich 4 ścianach, próbując się jakoś pozbierać. "Bądź wdzięczna, masz za co. Masz więcej niż Ci się wydaje". Kuurwa, ja mam, ale co z innymi? Jakoś wyjątkowo nie mogłam cieszyć się z tego co mam, wiedząc, jaki los mają inni. Ale ratowało mnie jeszcze jedno zdanie, " Czasem ktoś musi cierpieć, by ktoś inny mógł docenić to co ma". No zajebiście sprawiedliwe, naprawdę. Ale prawdziwe...

Zbiegło się to w czasie z moją depresją i problemami w liceum. Po raz kolejny podjęłam próbę przeczytania książki od mamy i wyjrzałam przez swoje wielkie okno. Wiecie co? Po prawej stronie mojego domu są zabudowania, ulica, szczekające psy. Patrząc przez przednie okna, widzi się tylko ulicę. Patrząc przez tylne okno z przedpokoju - kawałek dachu. Ale okno w moim pokoju... jest oknem na świat. Na wielkie puste pola i rzędy porzeczek. I tylko z tego okna można zobaczyć przebiegające przez polną drogę sarenki. Tylko z tego okna można zobaczyć uciekającego zajączka, czy błądzącego bażanta. I tylko z tego okna widać w oddali rozkwitający na wiosnę sad. A wiecie co widać z tych przednich okien...oprócz tej głównej ulicy, co tiry na niej całą dobę i noc jeżdżą... to widać co tydzień duży, biały dostawczak mojego taty, który wraca z podróży... 3 lata później z tego okna, moja mama nagrywała filmik, jak z F. z podjeżdżamy autem pod dom i wyjmujemy małe zawiniątko. Zawiniątko to miało imię Pola. I 2 lata później, a konkretnie dzisiaj siedzę tutaj, a obok leży moja mniejsza wersja mnie. Zdrowa, piękna, cudowna. Siedzimy w pięknym, choć nie naszym mieszkaniu, przy rozkręconych kaloryferach. Żyjemy w naszej wymarzonej Warszawie. Jeździmy raz na miesiąc do domu rodzinnego, gdzie zawsze jest głośno i radośnie. Z przedniego okna widać nie jedno auto, a trzy, w tym jedno takie mega rodzinne, bo siostra ma dwójkę dzieci, psa i dwa zaadoptowane koty. Z okna w salonie widać tatę, trzymającego w dłoni jednego ze swoich kilkudziesięciu gołąbków. A w moim pokoju...w moim dawnym pokoju powstało najpiękniejsze studio fotograficzne na świecie ... studio mojej siostry. I każdy z nas się martwi co chwilę, bo życie kopie w dupę zawsze, gdy już myślimy, że wychodzimy na prostą. I co chwilę komuś braknie do pierwszego, co chwilę ktoś martwi się o zdrowie. Ale koniec końców... i tak mamy dużo, dużo więcej niż inni. Bo podczas gdy jeden liczy, czy starczy mu do dziesiątego...ktoś inny liczy, czy do dziesiątego dożyje. Podczas, gdy my wkurzamy się, że musimy zrobić remont...ktoś inny modli się o dach nad głową. I to takie okrutne... takie okrutne, że wdzięczności za życie, najlepiej nauczą nas Ci, którzy je tracą...

... bo czasem trzeba spojrzeć na świat nieco inaczej. Czasem wystarczy spojrzeć po prostu w inne okno. W to, w którym widać te piękne sarenki...

 

DSC_0369

 

DSC_0371

 

DSC_0372

 

DSC_0379

 

DSC_0380

 

DSC_0383

 

DSC_0384

 

DSC_0392

 

DSC_0393

 

DSC_0395

 

DSC_0399

 

DSC_0401

 

DSC_0402

 

DSC_0407

 

DSC_0408

 

DSC_0409

 

DSC_0410

 

DSC_0411

 

DSC_0412

 

DSC_0414

 

DSC_0415

 

DSC_0417

 

DSC_0418

 

DSC_0419

 

DSC_0421

 

DSC_0422

 

DSC_0423

 

DSC_0425

 

DSC_0426

 

DSC_0427

 

DSC_0429

 

Co jakiś czas podczytuję jakieś pełne żalu dyskusje. Że te matki XXI wieku to takie idealne muszą być. Muszą być fit, czytać składy opakowań, muszą być zadbane, łączyć pracę z macierzyństwem. Że to modne, że tak trzeba, że my takie idealne chcemy być, bo tak w środku duszy to nieszczęście i rozpacz nas wypełnia...

I mi tak czasem trochę przykro. Że żyjemy w czasach, w których chęć bycia zdrowym, zadbanym, spełnionym człowiekiem stawia się na półce razem ze słowem moda. To żadna moda, a świadomość. I doprawdy czasem to wierzyć mi się nie chce, że coś co powinno służyć za przykład, jest krytykowane przez kogoś, kto te wszystkie słowa od fit po beauty ma w dupie. Nie chcesz o siebie dbać, nie chcesz być super zorganizowana - nie musisz. Nikt Ci nie każe. Ale daj żyć w spokoju tym, którzy obrali inną drogę. Nigdy nie skrytykowałam osoby, której dobrze ze swoją otyłością, cellulitem i rozstępami. Nigdy nie zwróciłam uwagi matce, która kupuje trujący shit dla swojego dziecka. Nigdy kogoś kto nie lubi sprzątać, nie krytykowałam i nie narzucałam swoich racji. Bo każdy ma prawo żyć jak chce i póki nie krzywdzi tym innych - nic mi do tego...

No ale do rzeczy. Kiedy już jakaś dyskusja gdzieś w internecie się pojawi, to zazwyczaj zaczyna się od słów: "Bo matki dzisiaj muszą być idealne. Jak nie to zostaną zlinczowane".  - może i zostaną. Ale raczej nie w gronie normalnych kobiet, a w gronie fanatyczek. Wiecie tych co żadnych innych wyborów nie uznają. Śpisz z dzieckiem, albo jesteś zimną suką, która nie powinna mieć dzieci. Nie karmisz piersią, to już wgl jesteś głupią, wygodną zdzirą, której nie chciało się walczyć o laktację. Nie chcesz być linczowana? Po prostu w grono fanatyczek się nie mieszaj. Nie ma żadnej mody na bycie idealnym i nie ma żadnego społecznego linczu. Są tylko pojedyncze grupy, dla których wszystko jest albo czarne albo białe. To takie ewenementy, które w skupisku są jak fanatycy PISu. Dużo ich z pozoru, krzyczą, biją po głowie krzyżem ( albo butlą, żeby Ci ją wybić z głowy) - ale w rzeczywistości to tylko mały odłam populacji. A, że najgłośniejszy to zdaje się czasem jakby byli większością.

Ideałów nie ma, a jeśli ktoś dąży by być jak najbliżej tego określenia - raczej nie robi tego w imię mody, a już tym bardziej nie mówi o tym, by poczuć się lepszym. Robi to dla siebie. Co chwilę słyszę jakieś szydercze głosy - tsaaa, teraz wszyscy biegają i jedzą same zielone. Tsaa, teraz wszyscy są coachami, wierzą w sekret i inne bzdury. A ja się pytam - co w tym złego? Cholernie, ale to chooolernie cieszę się z takiego zjawiska, bo to jedynie znak jak społeczeństwo stało się świadome i bierze życie w swoje ręce. Nie ma nic fajnego w wiecznie nadąsanych ludziach, narzekających na swój los najlepiej z roszczeniową postawą wyrytą na czole.

Owszem, zdarzają się wyjątki, które jeśli już zaczną biegać, zdrowo się odżywiać, myśleć pozytywnie - to każdego kto robi inaczej najchętniej by zaraz umoralnili. Wyjątki są zawsze i wszędzie. Skrajności również. Ja jestem za tym, by to wszystko...wypośrodkować. Dbać o siebie, ale nie płakać z powodu zjedzonego cheesa od czasu do czasu. Spędzać kreatywnie czas z dzieckiem, ale nie mieć wyrzutów z powodu jednego dnia spędzonego z nosem przed tv i tabletem. Realizować się, ale nie obgryzać z nerwów pazurów, jeśli jednego dnia zrobimy się offline i będziemy mieć wszystko w 4 literach.

Tak właśnie staram się postępować. Zmieniam się z dnia na dzień. Pragnę być coraz mądrzejsza, piękniejsza i bardziej zgrabna. Pragnę być jak najlepszą matką, przyjaciółką, partnerką. Dążę do najlepszej wersji siebie, ale nie kosztem swojej psychiki. Nie chcę być idealna, ale chce się doskonalić i być lepszym człowiekiem na każdej możliwej płaszczyźnie, ale nie dla świata. Nie dla znajomych, nie dla czytelników, nie na pokaz. Dla siebie. Czuję się dobrze właśnie wtedy, kiedy osiągam nowe umiejętności. Czuję się dobrze kiedy spada mi kolejny kilogram i pojawia się nowy mięsień. Czuję się dobrze z pięknym makijażem, w czystym mieszkaniu z poczuciem, że właśnie zrobiłam zlecenie, zarobiłam pieniądze i udało mi się to zrobić dzięki pracy, którą kocham. Ale to wszystko robię naturalnie, bez pośpiechu. Bez poczucia, że MUSZĘ to robić. Po prostu naturalnym jest dla mnie, że ludzie chcą być lepsi. Nie tylko w odbiciu lustra, ale w swojej głowie. Jeśli to krytykujesz i starasz się porównać do jakiejś chorej mody - zastanów się, czy przypadkiem Ty również nie powinieneś czegoś zmienić? W pierwszej kolejności zaczęłabym od ... mentalności. A ona jest już w Twoje głowie.

I nie zmieniaj się dla świata. Zmieniaj się dla siebie. A tym bardziej nie wymagaj zmian od innych. Każdy żyje jak chce. Jedyną osobą, której możesz nakazywać zmiany, jest Twoje odbicie w lustrze...a moda - modnie to możesz się ubrać czy urządzić mieszkanie, ale nie żyć...

 

DSC_0431

 

DSC_0436

 

DSC_0438

 

DSC_0439

 

DSC_0440

 

DSC_0441

 

DSC_0442

 

DSC_0445

 

DSC_0446

 

DSC_0447

 

DSC_0448

 

DSC_0449

 

DSC_0452

 

DSC_0453

 

DSC_0454

 

DSC_0455

 

DSC_0457

 

DSC_0458

 

DSC_0460

 

DSC_0461

 

DSC_0462

 

DSC_0463

 

DSC_0464

 

DSC_0465

 

DSC_0466

 

DSC_0468

 

DSC_0470

 

DSC_0471

 

DSC_0473

 

DSC_0474

 

DSC_0475

 

DSC_0476

 

DSC_0477

 

płaszczyk -  tutaj

Dopiero teraz kiedy zwolniłam, wyluzowałam i pozwolić życiu się toczyć... dopiero kiedy przestałam wyjmować telefon przed zrobieniem posiłku i przed wyjściem z domu...dopiero kiedy zrozumiałam, że życia nie można odkładać na jutro... dopiero wtedy zaczęłam żyć... szczęśliwie.

Raz na jakiś czas strzelało mnie coś w główkę, niczym piorun z jasnego nieba... strzelało i mówiło "Zwolnij nareszcie kobieto, zacznij żyć, nie gap się w ten telefon!" - no i ja się tak zrywałam, że tak! Teraz zacznę żyć, tak na 100 procent. Niby żyłam, ale ciągle z jakimś wewnętrznym niepokojem. Ciągle z poczuciem, że muszę pracować więcej, bo nigdy nie będę mieć tego wymarzonego mieszkania. To jedno marzenie spędzało mi sen z powiek. Ilekroć odzyskiwałam spokój ducha, tak nagle wszystko zaczynało mi się psuć i rujnować mój portfel. Nagle znów czułam, że muszę biec, bo jeśli nie pobiegnę to marzenia znów odłożą się w czasie. I tak odpoczywałam, by zaraz potem znów ruszyć sprintem. A pod koniec roku już tak się zmęczyłam, że przystopowałam na stałe...

Bo wszyscy tak bardzo się spieszą i rzucają w pośpiechu te 3 klasyczne słowa: zaraz, później, nie teraz. Nie ma żadnego zaraz, nie ma później. Mówi się, że lepiej późno niż wcale, ale nie sprawdza się to raczej w przypadku dzieci, czasu czy uczuć. Pewnych rzeczy nie odkłada się na później, bo straci się je bezpowrotnie. Czasu z dziećmi nie odpracujemy, nie nadrobimy. Bo nie można nadrobić czegoś czego nie ma. Na ratowanie miłości też czasem jest już zbyt późno, choć ponoć jeśli jest prawdziwa, to zawsze się narodzi na nowo. Może i tak, ale czy ten fakt sprawia, że warto więc sobie ją olać na 20 lat, by znów ją wskrzeszać... stracone lata, na zawsze pozostaną straconymi. Zranione osoby, już zawsze będą zranione, a my... my już nigdy nie będziemy mieli tyle lat co 2,5, czy 10 lat temu. Wszystko co materialne, bo to dla tego tak biegniemy... wszystko to zostawimy kiedyś odchodząc na drugą stronę. To nie mieszkanie będzie za nami płakało, nie samochód i droga zastawa. To najważniejsze co zostawimy to wspomnienia w głowach naszych bliskich. Wypracowane relacje, uczucia i wartości, które wpoiliśmy. To to należy budować całe życie, bo choć nie wymaga to naszych pieniędzy, to wymaga wysiłku i cierpliwości.

I gdybym miała z tych najważniejszych rzeczy tu i teraz powiedzieć za co najbardziej jestem wdzięczna... powiedziałabym, że za nią. Nie ma w tym zbędnego lukru i tęczy. To czysty fakt. Bo to Ona pozwoliła mi postrzegać świat tak jak teraz. Widzieć więcej i dalej. Ze smutkiem patrzę na ludzi, którzy błądzą. Na ludzi, którym wartości materialne przysłaniają wszystko to co ważne. Na ludzi, którzy rujnują wszystko co mają wkoło. Swoje rodziny przyjaźnie, życie. Każdy z nas czasem błądzi, ale to ludzka rzecz. Grunt, by w labiryncie wątpliwości, nareszcie odnaleźć wyjście.  Grunt to zrozumieć, po co tak naprawdę żyjemy i dla kogo. Grunt to zrozumieć, że dla pewnych rzeczy nie ma jutra. Jest tu i teraz. Wierz mi... jutro nigdy nie nadchodzi. Szkoda tylko, że to co powinno być priorytetem jest zazwyczaj odkładane na półkę z tymi 3 cholernymi napisami: zaraz, później, nie teraz. Równie dobrze moglibyśmy nazwać je NIGDY. A po co odkładać życie na jutro? Po co gonić za czymś co tylko napędza nas do szybszej gonitwy. Będziesz mieć dom, zapragniesz auta, będziesz mieć auto, zapragniesz wycieczki w ciepłe kraje. Prawdziwej radości z życia nic z tego Ci nie da. Szczęście możesz odnaleźć tu i teraz w sobie, w uśmiechach bliskich. Czasem wystarczy po prostu zrobić się offline pod każdym względem. Wyłączyć myśli, wyłączyć wszystko to co nas rozprasza i odnaleźć radość w tych wszystkich małych rzeczach, które są wkoło. Ludzie mają w zwyczaju mówić, że dorosłe życie zabija w nas radość z małych rzeczy. Z kałuży na chodniku, z zapachu choinki, z biedronki na trawie. To nie dorosłość to zabija, ani życie, a nasze ograniczenie w głowie. A wystarczy przyjrzeć się wszystkiemu bardziej niż zwykle, dotknąć, poczuć. Nadal mamy tą zdolność.  Ale skoro w gonitwie życie potrafimy, rujnować wszystko co powinno być dla nas najważniejsze... to jakim cudem znajdziemy chwilę, by zachwycić się zwykłą małą biedronką...?

 

DSC_0322

 

DSC_0323

 

DSC_0324

 

DSC_0325

 

DSC_0327

 

DSC_0328

 

DSC_0329

 

DSC_0330

 

DSC_0331

 

DSC_0332

 

DSC_0333

 

DSC_0335

 

DSC_0336

 

DSC_0337

 

DSC_0338

 

DSC_0339

 

DSC_0342

 

DSC_0344

 

DSC_0346

 

DSC_0350

 

DSC_0351

 

DSC_0352

 

DSC_0355

 

DSC_0357

 

DSC_0358

 

DSC_0359

 

DSC_0360

 

DSC_0361

 

DSC_0362

 

DSC_0364 Wyniki LEGO !!! Zwyciezców proszę o kontakt w przeciągu 3 dni - w przypadku braku odzewu losuję kolejne osoby :) a zestawy lecą do ... Magdaleny Zgóreckiej i Pauliny Modrzejewskiej ! :) gratulacje ! 

Chociaż siedzę tu dzisiaj przed kompem z dzieckiem na klacie, z 22 wiosnami na karku i z całkiem poukładaną w głowie całością, to doskonale pamiętam, że jeszcze tak niedawno w głowie jedyne co miałam to rozsypaną, popieprzoną układankę z wieloma, brakującymi elementami. Jeszcze nie tak dawno, siedziałam zamknięta w swoim pokoju z tą miną wiecznie, niezadowolonego człowieka, odburkując raz po raz mamie: "tak, umiem wszystko na jutro".

Raz po raz mama moja najdroższa, wołała mnie do swej twierdzy zwanej salonem, gdzie wieczorami można było obejrzeć te wszystkie zajebiste reportaże: o biednych ludziach, o chorych dzieciach, o niechcianych psach, o nieszczęśliwych wypadkach. Wołała mnie raz po raz, wciskając mi kit (  a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało) -  że jak obejrzę cokolwiek z tego zajebiście, smutnego repertuaru, to może w końcu docenię to co mam. Gdybym wtedy mogła określić to co słyszałam z ust rodziców, prawie codziennie -  nazwałabym to klasycznym pieprzeniem, które jedyne co ma na celu, to jeszcze większe podburzenie zbuntowanej nastolatki. Bo niby po co miałam tam siadać, na tej wiecznie trzeszczącej skórzanej sofie, gdzie człowiek nie mógł nawet wziąć spokojnie oddechu, bo zaraz skóra zaczynała wydawać odgłosy, które skutecznie zagłuszały ten zajebiście ciekawy seans. Po co miałam tam siedzieć i to oglądać. Człowiek i tak gówno mógł zrobić, a potem tydzień się pozbierać do kupy nie mógł. Ale w oczach innych, byłam taką bezduszną osóbką, co to gdzieś ma te chore dzieci, a problemy wielkiej wagi to dla niej brak sms'a od chłopaka. W sumie może było w tym coś prawdy, a może chciałam taką udawać. Przecież tak prościej. Mieć wszystko w dupie. Człowiek jednak jak dorośnie, to wtedy częściej myśli. Dorosłość to jednak pikuś w porównaniu z byciem matką. To tutaj zaczyna się wrażliwość, to tutaj zaczyna się troska...to tutaj zaczyna się...przewartościowanie.

Nie tęsknie do tej wiecznie obrażonej na cały świat nastolatki. Ale jedno jest pewne. Ta dziewczyna nie umarła. Wciąż to jednak jestem ja, z tymi samymi krzywymi zębami i sieczką w mózgu, która raz po raz próbuje się uaktywniać i rozpieprzać mi całe moje pozytywne podejście. Mam w głowie jakiś granat, który tylko czeka, żeby pieprznąć z całej siły i sprawić, że znów jestem tylko głupią małolatą, która chyba z nadmiaru czasu spędzanego w czterech ścianach, przestaje racjonalnie myśleć i wymyśla sobie błahe problemy. Czasem dopada mnie ten stan, niezadowolenia ze swojego życia, czasem czuję się znudzona tą rutyną, czasem smucę się, że nie mogę kupić sobie wagi kuchennej w pastelowym różu. Czasem smucę się, bo tu i ówdzie mi coś odstaje, tam wisi. Czasem smucę się, bo człowiek tak już ma, że w 4 ścianach, z dala od rodziny, myśli się dużo za dużo.

I zapomniałam o robieniu czegoś dla siebie. Zawsze kiedy córka moja najdroższa wieczorami robi się już senna, ja myślami jestem już przy pracy, sprzątaniu, prasowaniu. Zapominam o tej lampce wina, filmie... no właśnie. Wracając do tego, czym ten wpis zaczęłam. Nadal przełączam te reportaże o chorych dzieciach, bo jak już się "skuszę", to potem tydzień się trzęsę, myślę, płaczę. Ale odpalam na laptopie filmy - tak jak kiedyś. I raz po raz trafiam na takie, które sprowadzają mnie na ziemię o wiele skuteczniej niż te wszystkie telewizyjne reportaże. Oglądam i płaczę. Smucę się, ale jednocześnie relaksuję. Bo to tylko pieprzony film. Nie muszę martwić się chorobą bohatera, bo to tylko fikcyjna postać. Ale przekaz jest taki sam, jak gdybym oglądała uwagę w tv. Oglądam i się wczuwam i widzę te PROBLEMY, widzę chorobę głównej bohaterki i rozumiem, dopiero teraz rozumiem, co mama miała na myśli mówiąc: " Człowiek powinien częściej oglądać takie rzeczy, by doceniać to co ma". Bo wtedy masz w nosie tą pieprzoną kuchenną wagę, masz w nosie małe cycki i krzywe zęby. Spoglądasz tylko niespokojnie na pokój swojego dziecka i myślisz sobie " Boże ... jak dobrze, że jest cała i zdrowa". Idziesz, przytulasz, mając gdzieś, że zaraz możesz ją obudzić, a przecież usypiałaś ją na rękach dwie godziny. A potem dwie godziny oglądałaś film, po którym nastąpiło... przewartościowanie.

I możesz nie wierzyć, ale kolejny dzień nie zaczął się już smutkiem z powodu "braków". Zaczął się wdzięcznością za to czego nam nie brak. Za zdrowie, jej uśmiech, dach nad głową i ciepłe pieczywo w chlebaku. Szkoda, że do niektórych rzeczy trzeba dorosnąć, szkoda, że się niektórych rzeczy w wieku lat nastu nie rozumie. Lepiej późno jednak niż wcale - powiadają...

... a na przewartościowanie czasem może być za późno.

DSC_1112

 

DSC_1114

 

DSC_1115

 

DSC_1118

 

DSC_1121

 

DSC_1124

 

DSC_1125

 

DSC_1130

 

DSC_1132

 

DSC_1133

 

DSC_1135

 

DSC_1141

 

DSC_1142

 

DSC_1143

 

DSC_1144

 

DSC_1145

 

DSC_1147

 

DSC_1148

 

DSC_1150

 

DSC_1151

 

DSC_1152

 

DSC_1153

 

DSC_1154

 

DSC_1155

 

DSC_1156

 

i uprzedzając pytania co jest skąd ;)

przepięęęękna tuniczka mayoral od manolo & manola

narożnik - meblejana.pl - nadal sprawuje się IDEALNIE. Strzał w dziesiątkę!

kredki paluszkowe, kredki zwykłe, książeczka - tiger polska

poduszki, dywan - decovena

stolik- jysk

 

Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że jakaś sekretna wiedza spisana w jednej książce, może odmienić moje życie - wybuchnęłabym szyderczym śmiechem. I nic w tym dziwnego. Mając lat naście, mało się o życiu wie i mało się nad czymkolwiek zastanawia. A szkoda...

Kiedy zaczynam wspominać licealne czasy, przechodzą mnie dreszcze. Z 1 strony dużo cudownych wspomnień - wspaniali ludzie, imprezy, niezapomniane napady śmiechu na lekcjach, beztroska. Z drugiej strony - koszmar, który zafundowali mi nauczyciele i który wpędził mnie w depresję. Przez kilka miesięcy tryb: szkoła, powrót do domu, sen do późna, kąpiel, komputer, sen, szkoła. Czy wracałam o 12 czy o 14, rolety w moim pokoju były zasłonięte. 6 grudnia na mikołajki mama kupiła mi książkę. Wręczając mi ją powiedziała: " Może Ci pomoże wyjść z tej depresji". Nie pomogła, bo nawet jej nie przeczytałam. Jakiś czas później byłam już tak sama sobą zmęczona, że sięgnęłam po nią, przeczytałam i... wstałam, wyłączyłam smutną muzykę, odsłoniłam rolety i ... zaczęłam żyć! Po prostu.

I wszystko byłoby ładnie, pięknie... Bo całkiem łatwo mieć pozytywne nastawienie do życia, gdy nie ma się problemów finansowych, gdy mieszka się u rodziców i je mamine obiadki. Trochę trudniej szczęśliwie żyć, gdy poza błahymi problemami, pojawiają się prawdziwe, które funduje nam prawdziwe życie. Samodzielne. Takie, w którym jesteś odpowiedzialna nie tylko za siebie, ale i za innych.

Kiedy mieszkałam pod dachem rodziców i pisałam posty o pozytywnym myśleniu, inne kobiety pisały mi "Oj jeszcze Cię życie doświadczy" ; " Oj zobaczymy czy będziesz tak pisała za parę lat". No i zobaczyłam... i jedno Wam powiem. Życie doświadczyło nawet chyba za bardzo, ale pisać tak nie przestanę. Bo choć życie doświadczyło mnie w ostatnim czasie mocno, to i tak nie straciłam wiary, że WSZYSTKO może się zmienić. Może dlatego nie jestem strzępkiem nerwów i sfrustrowaną matką polką. Bo wierzę, że czasem musi cholernie długo popadać, żeby nareszcie pojawiła się tęcza, a każde doświadczenie traktuję jako lekcję, a co najważniejsze - z każdej lekcji wyciągam odpowiednie wnioski.

Do rzeczy. Książka ta jak pewne już wiecie z moich wcześniejszych postów nosi tytuł "Sekret". Z początku może wydać Ci się infantylna i bzdurna. Ale tak naprawdę są to tylko pozory. Bo w książce zawarta jest wiedza, która jest jedną z cięższych do zrozumienia. Robiłam do niej kilka podejść i do tej pory nie udaje mi się wdrożyć w życie niektórych kwestii. Książka opiera się na założeniu, że całe Twoje życie jest rezultatem Twoich myśli. I wiem co sobie właśnie myślisz " Tak. Na pewno brak mi na rachunki przez moje myśli" - i to jest właśnie to o czym mówię. Nie rozumienie jak to wszystko działa. Musze Cię rozczarować, ale w tym wpisie nie podam Ci recepty na lepsze życie. Jeśli oczekujesz, że recepta to kilka zdań, po których Cię oświeci, to jesteś w błędzie. To właśnie podstawowy błąd, który robią ludzie. Oczekują, że wszystko będzie proste i podane przed sam nos. Kolejnym błędem jest też wychodzenie z założenia, że ta książka to jakaś totalna ściema, bo gdyby to było takie proste, to wszyscy mielibyśmy zajebiście udane życia. No właśnie sęk w tym, że to nie jest proste. Jest to tak cholernie trudne, że śmiało można tę wiedzę udostępnić publicznie bo NIGDY większość ludzi jej nie zrozumie. Ja sama muszę często do tej książki wracać i mimo, że czytam od dawna, to śmiem stwierdzić, że jestem dopiero na początku. Nie oczekuję cudów, zrozumienia od zaraz. Będę zagłębiać się w nią nawet tysiące razy, będę analizować, notować i wdrażać w życie. Będę robić to tak długo, aż cała tym przesiąknę...

Dostałam ostatnio wiadomość od czytelniczki, która podziękowała mi za polecenie tej książki. Odkąd zrozumiała jej przekaz, zmieniła swoje życie na lepsze i wyszła z ciężkiej depresji. Kobieta jest wdzięczna mi i książce. Fakt. Pomogło jej to. Ale z tego miejsca chciałabym jej też serdecznie pogratulować, bo najbardziej wdzięczna powinna być sobie. Sobie i swojej sile, którą w sobie odnalazła. Mam wrażenie, że ja tak naprawdę mimo tego co piszę nie odnalazłam jej w sobie jeszcze na tyle, by żyć w 100% tak jak chcę. Ale walczę o to. Każdego dnia. Szukam w sobie sił, pozbywam się negatywnych myśli...

Jak zmienić swoje życie na lepsze - pyta mnie o to codziennie całe mnóstwo moich czytelniczek. Jak? Nie powiem Ci jak i nie dam ci złotej recepty. Wszystko czego potrzebujesz do szczęścia jest w tej książce. Ostrzegam Cię jednak, że musisz czytać w niej między wierszami. Musisz przespać się z każdym rozdziałem, musisz każde słowo ZROZUMIEĆ. Być może będziesz musiała ją przeczytać raz, dwa, 10, a może 100. Próbuj dalej. Właśnie to wyróżnia ludzi sukcesu. Nie poddają się. Robią coś, upadają, próbują znów i znów upadają i tak w kółko. Z kolei Ci drudzy poddają się na zawsze po jednym, małym pstryczku w nos. Po jednym małym upadku.

Upadaj i wyciągaj z tego lekcje. Czytaj i próbuj zrozumieć. Zrozum i wdroż w życie. A potem po prostu ... żyj. I bądź szczęśliwy.

 

Sekret - Rhonda Byrne

DSC_9472

 

DSC_9473

 

DSC_9475

 

DSC_9478

 

DSC_9480

 

DSC_9482

 

DSC_9484

 

DSC_9487

 

DSC_9494

 

DSC_9501

 

DSC_9505

 

DSC_9514

 

DSC_9526

 

DSC_9535

 

DSC_9539

 

DSC_9542

 

DSC_9544

 

spódniczki dla mamy i córki to nowa kolekcja Smallbig małe jest wielkie - absolutnie przepiękne, pierwsze co miałyśmy na sobie z Polą od tej firmy to były sukienki w groszki - genialna jakość i polecam wszystkim rodzicom, którzy czasem lubią z dzieckiem podobnie się ubrać ;)

wianki to dzieło uzdolnionej Ani - możecie znaleźć ją na instagramie o tutaj

@alicjawegnerpl

Zajrzyj na mój Instagram i sprawdź, jak żyję, manifestuję oraz działam.
cartcrossmenuchevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram