Trzeba jednak dużej wiedzy i zrozumienia tematu, by wiedzieć, że afirmacje to nie jest tylko kwestia czytania z kartek, a już na pewno nie jest to wmawianie sobie: jestem bogaty! - podczas gdy mamy złotówkę w portfelu i kilkadziesiąt tysięcy długu do spłaty. Tak się właśnie wielu osobom wydaje, ale wynika to tylko i wyłącznie z niewiedzy. Ja chciałabym Was dzisiaj w świat afirmacji choć trochę wprowadzić i pokazać Wam, że nie są to żadne czary, czy bzdury.
Afirmacje to nic innego jak formuły, stwierdzenia, że coś istnieje lub jest prawdą. To coś na zasadzie zasiewania ziaren w swoim umyśle - jeśli będziemy je pielęgnować i będziemy w tym systematyczni, przenikną do naszego umysłu. Życie jest takie jak nasze myśli. Znam osoby, które przyciągają do siebie wszystko co pechowe, bo non stop myślą o tym, co pechowego może ich spotkać, a kiedy już spotka, skupiają na tym całą swoją uwagę. Na pewno też doświadczyliście kiedyś w swoim życiu czegoś na zasadzie przyciągania - tak się na czymś skupialiście, że w końcu stało się to rzeczywistością. Wiele osób, kiedy czyta takie rzeczy, zaczyna mieć błędne przekonania, że skoro tak się dzieje, to znaczy, że jeśli będę codziennie myślała, że mam wór kasy, to w końcu będę go miała. No nie do końca.
W książce o afirmacjach, możemy spotkać się z takim zdaniem: zasadą umysłu jest zasada wiary.
"Pamiętaj, że nie to, w co wierzysz, a wiara w Twym własnym umyśle przynosi efekt"
Na nic nam afirmacje i inne "sztuczki" jeśli nie mamy w sobie choć krzty wiary - wiary samej w sobie, nie chodzi mi tutaj o religię itp. Musimy choć trochę uwierzyć w to, co chcemy zasiać w swoim umyśle, by z dnia na dzień wierzyć coraz bardziej. Mogę Wam to pokazać na przykładzie związku. Nie wydarzy się w nim nic dobrego, jeśli jesteście przekonani w 100%, że nie da się tego uratować. Na nic będzie Wam powtarzanie w myślach "Moja miłość jest coraz silniejsza", jeśli Wy tak naprawdę jesteście przekonani, że to już koniec i ratunku nie ma. Ale jeśli choć trochę... choć trochę uwierzycie, że jest jakaś szansa, to taka formuła ( odpowiednio rozwinięta) każdego dnia będzie zaszczepiać w Was coraz większą motywację i wiarę w to co mówicie. Żadna tam magia, nazwałabym to raczej świadomym sterowaniem swoim umysłem.
Nie chcę Wam tutaj zdradzać całej wiedzy na temat afirmacji, bo od tego jest odpowiednia książka, a ja nie dam rady Wam wyjaśnić wszystkiego w jednym wpisie na blogu.
Afirmacje nie mogą być powtarzane bez przekonania. Nie możemy ich mówić ot tak, myśląc w tym czasie o zakupach. Żeby afirmowanie naprawdę działało, musimy to robić całym sobą. Wielu ludzi, kiedy ułoży już sobie formułę i zapisze na kartce, to po prostu bezwiednie czyta ją kilka razy - i tyle. A tu trzeba spełnić kilka warunków.
Moja przygoda z afirmacjami zaczęła się po kupieniu książki dr Josepha Murphiego - "Sztuka afirmacji - uwolniona potęga podświadomości". Obecnie książka jest już maksymalnie sfatygowana :D Zabieram ją ze sobą niemalże wszędzie :D Kartki można z niej swobodnie wyrywać, żeby np. leżeć z 1 afirmacją/1 kartką a nie całą książką.
Zawiera ona w sobie wiedzę na temat afirmowania jak i 52 afirmacje. Autor proponuje swoją metodę, w której każdej afirmacji poświęcamy tydzień i dopiero przechodzimy do kolejnej. Nie wszystkie jednak afirmacje się Wam przydadzą. Nie wszystkie przypadną Wam do gustu. Ja przy niektórych się męczyłam i zwyczajnie je pomijałam, bo w nie po prostu nie wierzyłam, więc nie miało to sensu.

Nie popadam też w skrajności. Afirmacje to dodatek w moich codziennych rytuałach. Nie uważam, że afirmowanie wyleczy świat ze wszystkich problemów. Przyznam też, że człowiek sam musi choć trochę wiedzieć czego chce, jeśli chce się za to wziąć. Często wydaje nam się, że chcemy np. naprawić związek a w głębi duszy wcale nie chcemy go naprawiać. No ja tak miałam. Afirmowałam, modliłam się o uzdrowienie pewnej relacji. Nic nie pomagało. Dlaczego? Bo w głębi duszy wiedziałam, że wcale nie chcę tej relacji z właśnie tym człowiekiem. . Wiedziałam, ale nie dopuszczałam tego do siebie, więc ciągle modliłam się i czytałam formuły mające zaszczepić we mnie wiarę, że będzie dobrze. Nie było dobrze. Bywało. Pytałam Boga: dlaczego nie możesz dać mi tego, o co proszę tyle lat? Dlaczego mi tego nie dawał? Bo nie taki miał dla mnie plan i ja dobrze o tym wiedziałam w głębi duszy. Ale nie chciałam tego do siebie dopuścić. Nie byłam wtedy gotowa.
Temat afirmacji jest dużo bardziej szeroki, ja jedynie troszeczkę pokazałam Wam na czym to polega. Jeśli Was to zainteresowało, to koniecznie zainwestujcie we wcześniej wspomnianą książkę. Ona wyjaśni Wam temat dużo bardziej szczegółowo.
Ja na koniec zamieszczam swoją ulubioną formułę, jest to afirmacja na 1 tydzień. Działa na mnie niesamowicie dobrze. Uspokaja mnie i zaszczepia we mnie taką dziecięca wiarę, że co się w życiu nie wydarzy, to będzie dobrze. Jestem wierząca i temat duchowości jest dla mnie bardzo ważny, więc tym bardziej formuła tej afirmacji jest dla mnie idealna:
"Boska miłość wypełnia moją duszę. Boskie prawo jest moim prawem. W moim życiu panuje boska harmonia. Boski pokój wypełnia moją duszę. Mogę podziwiać boskie piękno. Boska radość wypełnia moją duszę. Bóg prowadzi mnie na każdym kroku. Boskie światło oświetla moją drogę. Ufam, że w moim życiu będzie więcej miłości, prawdy i piękna niż w moich najśmielszych marzeniach. Wiem, że jestem napełniona wszelką miłością i hojnością."
Do każdej afirmacji dołączony jest komentarz. Do powyższej jest taki: "Obecnie życie nacechowane jest pośpiechem, niepokojem, brakiem skupienia i niepotrzebną troską. Jeśli nie możesz sprostać wymaganiom dnia codziennego, postaraj się uspokoić swój umysł i pamiętaj o tym, że zostałeś stworzony, aby się radować."
Wiem, że niektórych słowo "Boskie" powtarzane z taką częstotliwością może mdlić, przerażać. To nic. Zmieniajcie formuły tak, byście to wy w nie wierzyli. Zamiast - mogę podziwiać Boskie pięknego - mogę podziwiać piękno tego świata. Itp, itd.
Uff... na pewno nie napisałam o wielu kwestiach, ale wydaje mi się, że te najbardziej istotne poruszyłam. Jeśli macie jeszcze jakieś pytanie, będę tutaj do Waszej dyspozycji, ale jeśli naprawdę naprawdę chcecie się za to zabrać, to koniecznie przeczytajcie książkę :)
Uściski kochani!
Jakiś czas temu działanie w internecie zaczęło być dla mnie niewystarczające. Wszyscy wkoło mówili mi, że nie wykorzystuję w pełni swojego potencjału, ale ja nie wiedziałam, co niby mam z nim zrobić, jak go z siebie wydobyć. Wydawało mi się, że nic więcej zrobić w sumie nie mogę. Mogę pisać, gadać, ale... to dla mnie za mało! Motywowanie i inspirowanie kobiet, w ostatnich miesiącach stało się moim konikiem. Setki wiadomości dziennie, coraz większa liczba osób oglądających stories. Potencjał rozwijany a jednocześnie duszony przed ekranem telefonu. Czasem oczami wyobraźni widziałam siebie i te wszystkie kobiety, w jednym miejscu, śmiejące się, motywujące i wspierające nawzajem. Wizja wracała coraz częściej, ale ja nie miałam w sobie na tyle odwagi, by chociaż się nad tym pochylić i pomyśleć co mogę więcej zrobić. I w końcu mnie natchnęło. Najpierw pomyślałam o spotkaniu czytelniczek w stolicy - takim wiecie, przy kawie. Pół godziny później puściłam już wodze fantazji i myślałam już o weekendowym wyjeździe, takim ze spa, jogą, zdrowym jedzonkiem. Wszystko w klimacie takiego slowlife, w bliskich okolicznościach przyrody.
Szybko przeszłam do działania i choć miałam zerowe pojęcie o organizacji tego typu wydarzeń, to dzisiaj przychodzę do Was z gotową ofertą, z wydarzeniem stworzonym w 100% przeze mnie - SOUL CAMP - czyli warsztaty relaksacyjne.
Soul Camp to weekendowy obóz relaksacyjny dla kobiet. To połączenie relaksu z praktycznymi ćwiczeniami, mającymi na celu poznanie metod na wyciszenie i uspokojenie. Soul Camp ma na celu uświadomienie kobietom, jak wewnętrzny spokój i harmonia w naszym ciele i umyśle, oddziaływają na naszą energię i polepszają nasze życie na wszystkich jego płaszczyznach.
Podczas obozu będą czekać na Was:

Termin: 12-14 kwietnia 2019 roku
Miejsce: Talaria Resort&SPA
Koszt: 1850 zł - wystawiam faktury
Zapisy przyjmujemy drogą e-mailową na adres: alicja.wegner.blog@gmail.com
W tytule wiadomości proszę o dopisek: "SOUL CAMP - zapisy", a w treści wiadomości proszę o podanie imienia i nazwiska! W przypadku chęci wzięcia ze sobą mamy/koleżanki/siostry i zapisania ich poprzez Was - proszę o podanie ilości uczestników, jaką chcecie zapisać i również ich danych.
Po otrzymaniu Waszych wiadomości, w przeciągu kilku dni, dostaniecie odpowiedź ze szczegółami dotyczącymi umowy, harmonogramu, wpłat zaliczek itp.
LICZBA MIEJSC OGRANICZONA !!!
Chciałabym by Soul Camp odbywał się kilka razy w roku. To takie moje marzenie, by stworzyć cykliczne wydarzenie, które stale będzie ewaluowało. Za każdym razem będzie inaczej, będą różne tematy, różni goście specjalni, ale idea zawsze będzie taka sama: odpocząć i wsłuchać się w naszą duszę. Zintegrować się z przyrodą - dlatego właśnie takie miejsce ; zintegrować się z ludźmi. W miejscu, w którym będziemy od piątku do niedzieli wstęp mają tylko kobiety. Możecie paradować w szlafroczkach w gronie samych pozytywnych kobiet. Dlaczego obóz ma na celu relaks i wyciszenie skoro ja jestem chodzącą bombą pełną energii? Dlatego, że energia bierze się właśnie ze spokoju. Kiedy znajdziemy sposoby na swoje nerwy, kiedy nauczymy się wyciszać, kiedy nauczymy się integrować ze swoją duszą - nagle odnajdziemy w sobie ogromne pokłady pozytywnej energii.
Joga, zdrowe jedzenie, otaczająca nas natura, pozytywne dusze wkoło, relaksująca muzyka, zadbanie o ciało - to wszystko ma na celu pokazać Wam jak SPOKÓJ wpływa na człowieka i jak później przekłada się na wszystkie płaszczyzny naszego życia.
Jeszcze 6 lat temu byłam chodzącą bombą - pełną nieufności, krytyki, zawiści, strachu, niepewności. Kiedy na świecie pojawiła się Pola, krok po kroku zmieniałam swoje życie. Nie było wtedy takiego BUM na życie slowlife, na psychologię pozytywną. Zmieniałam się na zasadzie małych kroków poprzez metodę prób i błędów. Dziś z ręką na sercu, mogę powiedzieć, że jestem niezwykle spokojnym i pozytywnym człowiekiem. Mam w sobie ogrom optymizmu, pozytywnej energii i PONOĆ czują ją przy mnie nawet inni ludzie. Kiedyś obwiniałam cały świat i ludzi wkoło za wszystkie niepowodzenia i zło. Wszystko się zmieniło, kiedy zrozumiałam, że świat jest taki jakim MY SAMI go tworzymy. Zmieniłam siebie, a co za tym idzie - zmieniłam swój świat i wszystko co mnie otacza. Nagle przestałam nagminnie natykać się na nieprzyjemnych ludzi, na jad, na krytykę. Przyciągamy to, czym sami emanujemy. Wciąż mam swoje problemy, wciąż spadają one na mnie zupełnie niespodziewanie i próbują mnie przygnieść swoich ciężarem. I magią jest dla mnie to, w jaki sposób sobie z tym wszystkim co negatywne radzę. To wszystko pochodzi właśnie od spokoju. Uleczyłam swoją duszę i wiem, że nie mogłam zrobić dla siebie nic lepszego.
SOUL CAMP to takie moje drugie dziecko. Nie mam pojęcia ile osób się zapisze, nie mam pojęcia ile osób mi zaufa, ale już teraz chcę Wam podziękować za to, że ze mną jesteście. Za to, że dzięki Wam uwierzyłam w to, że MOGĘ, CHCĘ I POTRAFIĘ.
Ja wiem, że mi łatwo jest mówić, bo pracę mam zdalną i mogę sobie trening odwalić za dnia, podobnie sprzątanie. Ale darujmy sobie porównania typu: tobie to łatwo, tobie to lepiej, ty to sobie możesz gadać - bo po to właśnie mam taką pracę, żeby sobie tak żyć. Nie umiałabym inaczej. Ale ja nie o tym.
Musicie mi uwierzyć na słowo, że po pół roku rozwalonym organizacyjnie totalnie, byłam tak wymęczona psychicznie i fizycznie, że dostałam niezwykłego powera, żeby poukładać sobie życie na nowo i je dobrze zorganizować. Jest kilka rzeczy, które bardzo mnie demotywują i zniechęcają do efektywnej pracy: bałagan, nieregularne posiłki, chaos. Doszłam do wniosku, że pracując w domu i będąc samemu sobie szefem, życie musi być naprawdę dobrze zorganizowane, żeby umieć znaleźć balans i po prostu nie zwariować.
Od jakiś dwóch miesięcy moja wydajność w pracy, ale także nastawienie i nastrój są w formie lepszej niż kiedykolwiek przedtem. Zaczęłam się ostatnio zastanawiać co się ze mną dzieje, bo serio takiej wersji siebie to ja nie poznaję. Postanowiłam przyjrzeć się swoim nawykom i zobaczyć co takiego się zmieniło, że moje organizacja jest na tak dobrym poziomie. No i jak to bywa, wyszło na to, że składa się na to kilka rzeczy, o których chcę Wam dzisiaj opowiedzieć :)
I na tym mogłabym skończyć :D Ale tak całkiem serio - działanie z listą to do, odmieniło jakość mojej pracy i mojego życia. Nie wiem, jak mogłam działać bez niej, totalnie sobie teraz tego nie wyobrażam. Otóż okazało się, że kiedy zaczęłam spisywać zadania, które muszę danego dnia zrobić - nagle to z czym zwlekałam po dwa tygodnie, a nawet miesiąc ( !!! ) robiłam od ręki, w pół godziny! To tylko mi pokazuje, że najwięcej czasu zabiera nam myślenie o tym jakie coś jest trudne i narzekanie na to, jak ciężko nam się za coś zabrać. Tymczasem w praktyce okazuje się, że zadania z którymi tak zwlekamy, możemy zrobić na cito. Trzeba tylko ruszyć z miejsca, a z doświadczenia wiem, że to jest właśnie najtrudniejsze.
Bez listy to do, moja psychika zaczynała siadać. Co chwilę odkładałam coś na później i moja głowa była coraz bardziej zaprzątnięta i zaniepokojona tym, ile mam zaległości. A było ich coraz więcej i więcej. W końcu powiedziałam dość i każdego wieczora, spisywałam zadania do zrobienia na następny dzień. Rano wstawałam i robiłam wszystko z listy, punkt po punkcie, ale niekoniecznie wg kolejności w jakie punkty zapisałam. Nagle okazało się, że to co odkładałam od miesiąca, zajęło mi w praktyce jakąś godzinę. Dzięki liście to do, przestałam marnować czas, a moje działania stały się dużo bardziej efektywne. Serio - przełożyło się to na jakość całego mojego życia. Zyskała na tym moja psychika, moje relacje z Polą i innymi ludźmi i moja wydajność w pracy.

Ale ale... listy to do, nie realizowałoby mi się tak dobrze gdyby nie to, że ... chce mi się ją realizować. A chce mi się ją realizować, bo mam power i energię. A power mam dlatego, że... biegam! A jak nie biegam, to pocę się na siłowni, a jak nie pocę się na siłowni, to w domu! I nie jakoś przesadnie często i do utraty sił, ale wystarczająco, by uwolnić endorfiny i pozwolić im działać. I wierzcie mi - za każdym razem nie chce mi się tak samo. Pół godziny się zbieram i walczę z samą sobą, ale ostatecznie ruszam i wiem, że bez tego będzie mi naprawdę ciężko. Ruch stał się moją terapią. Pozwala mi być szczęśliwą mimo problemów, z którymi na co dzień się borykam. Pomału zaczynam dojrzewać do decyzji o treningu z trenerem personalnym. Z racji, że jestem ułomna w kontaktach z innymi ludźmi face to face, zwłaszcza kiedy trzeba się przy nich pocić - miałam przed tym zawsze ogromne opory i sztywniałam na samą myśl o tym. Ale... teraz jestem w takim punkcie swojego życia gdzie bardzo doceniam indywidualne podejście do człowieka. Takie podejście wybrałam np. w zakresie wychodzenia z choroby Hashimoto razem z Magdą i o tym samym myślę w zakresie swojej aktywności fizycznej. Koniecznie zerknijcie na artykuł: Trening z trenerem personalnym - dlaczego warto? - to taka moja odpowiedź w pigułce dlaczego takie treningi mogą się okazać dla mniej dużo bardziej skuteczne niż wolna amerykanka na siłowni i działanie na oślep.
I w temacie zmuszania się do ruchu - wiecie co? Jak już kończę bieg, albo trening... to jestem jak nowo narodzona. Chce mi się żyć, cieszyć, pracować, kochać ludzi i kochać siebie. To jest jak jakiś narkotyk, po którym nie ma żadnych skutków ubocznych, ale jakoś życia zmienia się zdecydowanie na lepsze. Serio - niesamowite.
Wręcz ekspresowe. I to nie jakiś shit, wszystko zdrowe. Wiecie np. ugotowany ryż i do tego warzywka usmażone na patelni. Jak nie mam czasu na drugą przekąskę to tradycyjnie białko w proszku. Do posiłków porannych nauczyłam się pić ciepłe herbatki. Zazwyczaj czystek albo jakieś inne ziółka.
Czyli tak zwany balans. Naprawdę uczyłam się tego bardzo długo. Potrafiłam zarywać nowe, odrywać się od zabawy z Polą, bo klient naciska i nie daje żyć. Teraz, kiedy o 16 zamykam laptop, moja praca się kończy. Owszem, odpisuję czasem w wolnych chwilach na wiadomości czytelników, bo one napływają non stop, ale ogólnie staram się to robić w godzinach pracy, bo jakby nie patrzeć, kontakt z Wami to jej część. I to taka naprawdę ważna część, bo to dzięki Wam to wszystko tutaj się dzieje i nie wyobrażam sobie olewać Waszych prób kontaktu ze mną.
Kiedyś publikowałam wpisy na blogu i zajawki w social mediach w godzinach wieczornych - bo więcej osób siedzi z nosem w telefonie, jak dzieci już śpią. I wiecie jak to wyglądało? Miałam wrzucić wpis, miało to zająć dziesięć minut, a zajmowało... godzinę. Bo czasem we wpisie trzeba było coś poprawić, bo coś się rozkraczało, rozjeżdżało. Napisanie zajawki na facebooku i dodatkowo wstawienie zdjęcia na instagram z informacją o nowym wpisie - gdzie te dwie zajawki najczęściej totalnie się od siebie różnią, to jakieś 40 minut roboty. Bo ja nie lubię pisać na odpieprz. Lubię jak treść ma ręce i nogi, więc się rozpisuję, sprawdzam literówki, czytam raz jeszcze, coś dopisuję - i nagle okazuje się, że straciłam na to pół wieczoru. Koniec. Od długiego już czasu, to wszystko co opisuję, robię w godzinach porannych. Najczęściej około 9, żeby później zająć się już pracą, która wymaga ode mnie większej uwagi, skupienia i kreatywności.
To również bardzo wpływa na jakość mojego dnia, dzięki temu, że mam lepszą jakość snu. Już od dłuższego czasu, wynoszę telefon z sypialni z trzech powodów:
Jakość mojego snu poprawiła się od czasu tych zmian niesamowicie. Budzę się znacznie bardziej wypoczęta. Zarówno przed snem jak i po przebudzeniu sięgam po książki, ćwiczę jogę, modlę się. To niesamowicie oczyszcza umysł i odpręża ciało. Więcej o moich porannych rytuałach napiszę już niebawem w osobnym wpisie.
Pracuje mi się o wiele lepiej, odkąd mam nienaganny porządek w mieszkaniu. Z samego rana odkurzam całe mieszkanie, ścielę łóżka itp. Nauczyłam się odkładać wszystko na miejsce OD RAZU, dzięki czemu w mieszkaniu nie uświadczycie bluzy na krześle, szklanki na biurku czy innych niepotrzebnych rzeczy. Gotując, od razu pakuję zmywarkę, trochę myję ręcznie i od razu wszystko wycieram i chowam. Obserwowanie mojej mamy, która właśnie tak dbała o nasz duży dom, przyniosło w końcu efekty. Już nie zalega mi w koszu niepotrzebne pranie, a ubrania z suszarki ściągane są od razu po wyschnięciu, a następnie od razu są prasowane i segregowane.
Wiem, brzmię jak jakaś nawiedzona laska, ale serio to wszystko zajmuje dużo mniej czasu, niż kiedy odkłada się to wszystko na później.

Ufff... To chyba takie najważniejsze punkty, dzięki którym naprawdę zajebiście mi się ostatnio żyje :D Mam ostatnio organizacyjnie tak uporządkowane życie, że znów oddalam się od decyzji o drugim dziecku :P Podoba mi się ten ład i porządek i nigdy bym nie pomyślała, że to wszystko tak bardzo przełoży się na jakość mojej pracy. Jestem na jakimś kreatywnym haju. Odkąd działam z listą to do, moje marzenia i cele nie są tylko gdybaniem i myśleniem o nich, ale są realnym działaniem. Wszystkie duże cele rozbijam na wiele mniejszych i realizuję je krok po kroku. I nagle okazują się być nawet łatwe i realne do ogarnięcia. Polecam każdemu :)
Mam nadzieję, że ten wpis Was fajnie zmotywuje i zainspiruje do jakiś zmian w swoim życiu i do lepszej organizacji. Jeśli na blogu inspiracji mimo wszystko macie za mało, to ponoć moje InstaStories nakręca do zmian na lepsze jak mało co :) Zachęcam gorąco do obserwowania mojego instagrama, w który również wkładam masę czasu i serducha i bardzo cieszy mnie Wasz feedback.
Pamiętajcie dziewczyny - GOOD VIBES ONLY! <3
Nigdy nie lubiłam biegać. W ogóle nie lubiłam się ruszać. Świadomie za aktywność wzięłam się po ciąży, bo była to dla mnie odskocznia od matczynych obowiązków. Ale bieganie to była dla mnie zawsze najgorsza z możliwych katorg. Robiłam jeden, podstawowy błąd: biegłam przez kilometr jak dzik, do zrzygania. Po kilometrze wypluwałam płuca i klęłam jakie to bieganie jest beznadziejne i w ogóle najgorsze. Tym razem było inaczej. Drugie podejście do biegania zaliczyłam w piękny, słoneczny dzień. Biegłam z słuchawkami na uszach, podziwiałam wszystko co wkoło. Drzewa, błękitne niebo, startujące i lądujące samoloty. Inny świat. Najpierw trzy kilometry, później pięć ale z małymi przerwami. Wszystko wolnym tempem, bez patrzenia na czas. Biegłam, żeby się delektować, żeby się zachwycać i odpocząć. Wbrew pozorom nie mam idealnego życia i borykam się z jednym zajebiście trudnym problemem. Bieganie i podziwianie tego co w koło, zatapianie się w muzyce, okazało się moją terapią. Terapia najlepszą z możliwych.
Pewnego dnia mnie natchnęło - może pobiegnę z innymi ludźmi? Nie mam kondycji pozwalającej na maraton, ale jakaś piątka na start byłaby idealna. No i znalazłam. W ramach PZU Maratonu Warszawskiego, tego samego dnia organizowano również T-Mobile Bieg na Piątkę. Totalnie nie myślałam o za i przeciw. Stworzyłam konto na stronie, zapisałam się i opłaciłam od razu pakiet startowy. Kiedy na drugi dzień, na chłodno zdałam sobie sprawę z tego co zrobiłam, zesztywniałam ze strachu i oblał mnie zimny pot. Moja pieprzona reakcja na każde wyzwanie w życiu, na każde nawet najmniejsze wyjście ze strefy komfortu. Dobrze, że wszystko było już opłacone i zaklepane, bo klasycznie po dłuższym namyśle, po prostu bym sobie to wybiła z głowy.
Na dzień przed biegiem i rano już w dniu biegu, trzęsłam się ze strachu jak galareta. Bolał mnie brzuch z nerwów i było mi niedobrze. Nie chodziło o dystans 5 km. Chodziło o zrobienie czegoś innego. Wspólnie z innymi,obcymi ludźmi, a ja jednak zawsze aspołeczna. Chodziło o zrobienie tego wśród tych ludzi, ale jednak w POJEDYNKĘ, bez kompana, który pobiegłby ze mną. A ja nie umiem podejmować się nowych rzeczy sama. Jestem kozakiem jak mam kogoś obok, a sama jestem taką trochę ułomną jednostką, która podpiera ściany. Ale nie było odwrotu. Drogi były zablokowane, brak możliwości zaparkowania. Familia wyrzuciła mnie z auta dużo dalej i klasycznie zostałam ze swoim wyczynem sama. I na starcie i na mecie... Przed biegiem popłakałam się z nerwów w plastikowym "tojtoju". Ale ten płacz mnie oczyścił. Powiedziałam sobie: robisz to dla siebie. Tylko i wyłącznie dla siebie. Uśmiechnęłam się i czekałam na start. Ja pier...lę. Jak mi było ciężko. Nie wiedziałam jak szybko biegnę, ale miałam wrażenie, że chyba za szybko, bo męczyłam się okrutnie. Po 3 kilometrach czułam, że totalnie wszyscy mnie wyprzedzają, ale biegłam. Było pięknie, świeciło słońce, było mi nawet trochę za gorąco. Przy 4 kilometrze myślałam, że umrę i powiedziałam sobie, że w dupę z tym, nigdy więcej. Ale na mecie mimo wszystko czułam zajebistą satysfakcję, uniosłam nawet ręce w górę, przekraczając magiczny napis META. Chciało mi się płakać ze wzruszenia, bo jak to... ja? Która całe życie nosiła karteczki ze zwolnieniem na WF? Ja, dla której jedyną aktywnością w liceum było przemieszczanie się od klubu do klubu i scrollowanie fejsa po nocach? Serio, ja?!
Okazało się, że mój czas wynosił 26 minut, a normalnie piątkę pokonywałam w około 34 minuty. To duża różnica. 291 miejsce na prawie 1500 kobiet i 1221 na prawie 4 tysiące osób. Dla mnie, świeżaka, to był wynik nie do pomyślenia. Na drugi dzień po biegu, dostałam PMS życia, gorączkę i takie grypowe objawy. Wyszedł mój stres, wyszło przeziębienie i wyszło zmęczenie materiału. Przez cały tydzień nie ruszyłam nawet palcem. Za to wczoraj przebiegłam pierwszą swoją w życiu dyszkę... 10 kilometrów.
Ten bieg na piątkę, był dla mnie czymś więcej niż tylko bieg. To było przełamanie swoich słabości i stawienie czoła strachowi, który jest mam wrażenie nieodłącznym towarzyszem mojego życia... Kiedy przebiegłam metę, miałam taką myśl, że teraz dam sobie już radę ze wszystkim. Naprawdę. Bo ja jestem człowiekiem niezwykle silnym i szczęśliwym, ale borykam się z trudnościami, które praktycznie codziennie próbują mnie emocjonalnie zabić. I to bieganie tak trochę mnie od tego ratuje. Czasem czuję, że jestem już na skraju, że za chwilę już nie wytrzymam i wtedy wbijam się w legginsy, zakładam adidasy, odpalam muzykę i biegnę. I czuję się totalnie oczyszczona, wolna. Biegnę i wiem, że kurde - wszystko będzie dobrze. Zawsze wracam z biegania z totalnie nowa energią, powerem i motywacją. Bo wiem, że nawet jak mi się wszystko spierdoli, to ja sobie z tym doskonale poradzę. Ja po prostu nie widzę innej opcji. Ze szczęściem mi do twarzy i nie zamierzam go sobie odebrać. Chyba nauczyłam się żyć szczęśliwie pomimo rzeczy, które są w moim życiu totalnym niewypałem...
i tak właśnie chcę żyć.

Zdałam sobie sprawę, że stoję w miejscu. Bloguję od pięciu lat i nie robię progresu w obróbce zdjęć. Właściwie nigdy się tego nie uczyłam. Bloguję od pięciu lat, ale ani razu nie poczytałam czegoś więcej w temacie gramatyki, interpunkcji. Blog się rozwija, ale ja... ja i moje umiejętności stały w miejscu. Oczekiwałam efektów w postaci bardziej zaangażowanej społeczności, bardziej dopasowanych kampanii, bo jednak blog bardzo mocno zmienił tematykę na przestrzeni ostatnich lat. Oczekiwałam większej satysfakcji, super zdjęć - ale nie robiłam nic ponad to, co robiłam od dawna.
W pewnym momencie przyjrzałam się swoim nawykom i zrozumiałam, że tak naprawdę ciągle robię to samo. Ciągle obrabiam zdjęcia na szybko, zawsze tak samo: rozjaśnij, wyostrz, podbij kontrast, zjedź z żółci. Zawsze podobnie piszę teksty. Nie przykładam się do robienia zdjęć, bo " to tylko instagram". Oczekiwałam lepszych efektów, robiąc dokładnie to samo co w momencie, w którym mi ich brakowało, albo były dla mnie mało satysfakcjonujące. Gdzie tu sens, gdzie logika?

Proste, prawda? Niestety, mentalność wielu osób podobna jest do tej, która siedziała we mnie: jestem już taka dobra, wszystko wiem. Nie muszę nic zmieniać. To ludzie się nie znają! - a potem dalej robimy to co wcześniej licząc, że świat się kiedyś obudzi i nagle będzie efekt BUM o jakim nawet nie śniliśmy.
Podstawowym błędem jest myślenie, że już wszystko wiemy, że nie musimy więcej się uczyć, rozwijać się, dowiadywać, zmieniać. Oglądacie czasem Kuchenne Rewolucje? Do programu zgłaszają się często osoby, które są u progu bankructwa, są zadłużone, a ich pomysł na biznes okazał się niewypałem - krótko mówiąc: nie sprawdza się. Jaka jest reakcja połowy tych ludzi na zmiany, które chce wprowadzić Magda? Bunt! Bo oni nie zmienią nazwy. Bo oni nie zmienią menu. Ci ludzie wiedzą, że to co wymyślili się nie sprawdza, ale ostatecznie i tak nie chcą tego zmieniać, mimo, że najprawdopodobniej kiedy na to pójdą, odbiją się od dna i wyjdą na prostą. Ci ludzie nie mogą przełknąć faktu, że to co wymyślili jest beznadziejne. Że to się nie sprzedaje. Chcą odmiennych efektów, chcą zacząć zarabiać, ale najchętniej chcieliby to osiągnąć, zostając przy tym co jest. Przy tym samym menu, tym samym wystroju. Oczekują efektów, nie zmieniając nic.
Ja to bardzo rozumiem, ale przyznaję, że to droga donikąd. Świat się zmienia, ludzie się zmieniają, zmieniają się biznesy, potrzeby. Zmienia się wszystko i dzieje się to w tempie, jakiego świat nie zaznał jeszcze nigdy. MY, ludzie, którzy chcemy EFEKTÓW, musimy się do świata i zmian dopasować. Nie chodzi o robienie czegoś wbrew sobie, ale o przekształcanie tego tak, by wciąż mieć efekty, ale pozostać wiernym swoim ideałom i temu w co wierzymy.
Dokąd zaprowadziłby Was biznes, który polegałby na wywoływaniu zdjęć z kliszy, jeśli byście bazowali tylko na tej usłudze mimo tego, że rynek zaczęłyby zalewać aparat cyfrowe i płyty? Gdybyście pozostali w biznesie tylko i wyłącznie z kliszami, dziś bylibyście z ręką w nocniku.
Dokąd zaprowadziłoby Cię rysowanie ciągle tego samego rysunku, jeśli nie próbowałbyś żadnych nowych technik, żadnych nowych obrazów, tylko w kółko rysowałbyś pana na koniu i pan na koniu byłby już kuźwa perfekcyjny w każdym calu, razem ze skręconym wąsikiem, ale nigdy nie narysowałbyś nic totalnie innego?
Dokąd zaprowadziłoby Cię śpiewanie ciągle jednej i tej samej piosenki w jednej tonacji głosowej?
Dokąd zaprowadziłoby Cię .... stanie w miejscu? No właśnie. Donikąd. Może i stałbyś się mistrzem w jednym rysunku, w jednej piosence - i to byłoby całkiem ok, dopóki nie oczekiwałbyś, że nagle zaczną dziać się inne rzeczy niż dotychczas, że nagle dostaniesz inne zlecenia niż do tej pory, że nagle podbijesz rynek, świat. Nie da się, po prostu się nie da dotrzeć do lepszych, innych efektów, jeśli nasze działania ciągle będą wyglądały tak samo.

Przedstawię Ci dzisiaj kilka punktów, które mam nadzieję, pomogą Ci ruszyć naprzód:

A teraz bardziej praktycznie powiem Wam jak te punkty wyglądają w przełożeniu już na konkretne działania. Czyli opowiem swoją historię... Jak już pisałam na początku wpisu, mimo wyższych zarobków, miałam w tym roku taki moment, w którym poczułam i zrozumiałam, że ciągle robię to samo, że się jakoś specjalnie nie rozwijam, nie uczę i przez to zaczynam coraz częściej czuć wypalenie. Chciałam innych efektów, ale to wymagałoby ode mnie wyjścia ze strefy komfortu, opuszczenia tego co znam, co jest dla mnie bezpieczne, zrobienia czegoś inaczej niż dotychczas. Bardzo pragnęłam innych efektów, bardzo chciałam poczuć, że tak, teraz jest ekstra - ale nawet jak takie uczucie przychodziło, to bardzo szybko niestety odchodziło. Trochę mogę usprawiedliwić się tym, że naprawdę w tym roku nie miałam jak tego zrobić - wykańczanie mieszkania, choroby itp - po prostu nie było jak. Ale kiedy już uwinęłam się z tym wszystkim i miałam ruszyć naprzód jak szalona, z nową energią, okazało się, że... znów przystępuję do tego wszystkiego jak rok, jak dwa lata temu. W pewnym momencie, byłam już na siebie tak zła, że mnie olśniło i doszłam do wniosku, o którym dzisiaj się tak rozpisuję: ciągle robię to samo, a oczekuję innych efektów.
Wtedy powiedziałam - dość. Mimo, że wciąż ograniczał mnie czas, portfel itp. postanowiłam, że stawiam na rozwój. Bo wiedza zawsze jest na wyciągnięcie ręki i w większości jest darmowa. Zaczęłam od książek w temacie psychologii, bo ten temat będzie tutaj kwitł bardzo mocno i dzięki niemu, mam z Wami większą nić porozumienia - ta wiedza pozwala mi pomagać sobie i innym ludziom, a to daje mi ogromną satysfakcję. Postanowiłam, że zmienię swój model biznesowy - tutaj zainspirowała mnie Fashionelka, dzięki której nareszcie powiedziałam NIE reklamodawcom, którzy wymagają ode mnie logo na pierwszym planie i odbierają mi radość z twórczego tworzenia przez próby narzucania swoich wizji, które ja jako twórca widziałam inaczej. Dzięki Elizie zaczęłam odrzucać 90% ofert współprac i postawiłam na WARTOŚĆ. Byłam przerażona, że moje zarobki się totalnie urwą, ale satysfakcja jaką miałam działając nieco inaczej i ciągle pogłębiając wiedzę sprawiła, że w głowie miałam z czasem już tylko jeden obraz: sukces. Każdego dnia pogłębiam swoją wiedzę, rozwijam się i zmieniam swój biznes tak, by dawał mi radość, ale by wnosił też wiele dobrego w życie innych. Czuję SENS, a o to chyba w życiu chodzi najbardziej.
Tutoriale na YT, książki z biblioteki, rozwój - to wypełnia teraz mój czas i tylko dzięki temu mogę się spodziewać efektów innych niż dotychczas. Najgorsze co człowiek może sobie samemu zrobić, to stwierdzić, że już wszystko wie. Ja wiem tyle, że wiem jeszcze bardzo mało. To właśnie w tym tygodniu zasiadam do tworzenia projektów totalnie wykraczających poza blog, na myśl o których skręcają mi się kiszki. Boję się, stresuję, bo to dla mnie coś totalnie nowego, ale... chcę tego! I mam nadzieję, że to co najważniejsze już mam - chęć do działania !
Taką też chęć miała całkiem nie dawno, robiąc te zdjęcia. To piękne miejsce to Ciszyca pod Warszawą. Znajdują się tam Wyspy Świderskie. Jest to Obszar Doliny Środkowej Wisły. Widok zapiera dech w piersiach i żałuję, że odkryłam to miejsce w ostatni ciepły dzień… na pewno będę tam odpoczywać i zbierać myśli w wiele ciepłych dni w swoim życiu. Dwadzieścia pięć kilometrów od mojego domu… a totalnie inny świat. Kocham...
Zdjęcia zrobiliśmy w sukience, której jeszcze rok czy dwa lata temu w ogóle bym nie założyła! Sukienka NA-KD spełniałaby wszystkie wymogi sukienki, z którą nie można się polubić. Kolory, motyw kwiatów, długość dla mnie niekorzystna. A jednak... tego dnia czułam się w niej taka wolna, taka szczęśliwa! Nie wiem, czy będę w niej śmigać na co dzień, ale zdjęcie, które zobaczycie poniżej sugeruje mi, że powinnam... :)




Często piszecie do mnie, że chcielibyście tak jak ja, niczego się nie bać, mieć w sobie ten stoicki spokój. No i macie trochę racji, bo ja mam w sobie jakieś nieziemskie pokłady spokoju odkąd zaczęłam większą wagę przywiązywać do swojej duchowości. Ale nigdy nie przestałam się bać w 100%. Nadal boję się wielu rzeczy i mam w sobie lęki, ale próbuję je oswajać i akceptować, tak by nie zawładnęły moim życiem. Musicie zrozumieć, że strach sam w sobie nie jest problemem, problemem jest kiedy zaczyna nami rządzić, blokować nas. Ale ja nie chcę Was tutaj zamęczać definicjami i motywacyjną gadką, bo dzisiaj chciałabym Wam jedynie powiedzieć o tym czego boję się ja. Tak dla odmiany, bo nie chciałabym w tej swojej pięknej wizji życia, którą was karmię, żebyście błędnie założyli, że nie ma we mnie żadnego niepokoju, żadnych obaw... Bo trochę ich jednak mam.
Boję się ogromnie i chyba najbardziej samotności i odrzucenia. Przez całe swoje życie miałam kompleks niższości, zawsze w grupie czułam się gorsza, brzydsza, głupsza. Kiedy już ktoś obdarzał mnie zaufaniem i był blisko mnie, robiłam wszystko co w mojej mocy, by tą osobę przy sobie zatrzymać, a potem co najśmieszniejsze, sama tą osobę od siebie odsuwałam i może był to mój patent: odrzucić zanim zostanie się odrzuconym. A może najzwyczajniej chodziło o to, że wątpiłam w to, że naprawdę mogę być dla kogoś ważna.
Moim problemem było ganianie za ludźmi, którzy mieli mnie w dupie i ignorowanie tych, którym na prawdę na mnie zależało. Ci, którzy w tej dupie mnie mieli, odrzucali mnie boleśnie, bo przez długotrwałe oszukiwanie i manipulowanie. To wszystko tak mocno wryło mi się w pamięć i tak mocno mnie ukształtowało, że kiedy zaczęłam być ze swoim teraz już byłym, nie umiałam funkcjonować bez niego. Byłam niepełna, kiedy nie był w pobliżu. Zmieniło się to, kiedy na świecie pojawiła się Pola, a wraz z nią pojawiły się pasje i miłość do życia, ale lęk pozostał - nie chciałabym doświadczyć nigdy samotności. . Nie umiem myśleć o starości, bo za bardzo się boję, że jeśli kiedyś jeszcze się z kimś zwiążę, to na starość, ktoś z nas dwóch, będzie musiał w pewnym momencie życia iść przez tą starość samotnie. Nie da się zaplanować końca jak w filmie pamiętnik. Staram się o tym nie myśleć, bo zawsze mnie to paraliżuje.
Co za tym idzie - bardzo się boję, że nie podołam wychować Poli na kochającą córkę, która będzie ze starą matka chciała rozmawiać i się przytulać. Boję się jak ognia wychowawczej wtopy, często jestem zbyt przewrażliwiona, że za krótko byłam z nią na dworze, że za krótko się bawiłam, przekazałam jej zbyt mało wiedzy o tym co nas otacza. I choć i tak wszyscy wkoło ciągle mi mówią, że mało kto spędza tyle czasu z dzieckiem co ja, to ja wciąż mam niedosyt i często wyrzuty sumienia. Kiedy ostatnio Pola miała problemy zdrowotne i nie było wiadome, czy to fizjologia czy podłoże psychiczne, każdego wieczoru zasypiałam wyrzucając sobie, że jeśli to moja wina, to ja sobie po prostu nie wybaczę. Czasem gorączkowo porządkuję zdjęcia w albumach, bojąc się, że coś mi umknie, że nie zapewnię dziecku masy wspomnień z okresu, którego pewnie nie będzie pamiętać. Tutaj wychodzą moje własne problemy, ciągły żal, że wszyscy przez całe życie nie kochali mnie w sposób w jaki chciałam, że dawali mi za mało uwagi. Jestem ciężkim przypadkiem, ciągle potrzebującym aprobaty bliskich, klepania po pleckach i mówienia o miłości i może przez to aż nadto chcę dawać to wszystko Poli.
Oczywiście, staram się żyć chwilą, czerpać każdego dnia jak najwięcej z magicznej codzienności, ale mam czasem słabsze dni, kiedy lęki wparowują do mojej głowy i za nic nie chcą z niej wyjść.
Tak, tak... wszyscy się czegoś boimy, wszystkich nas dopadają wyrzuty sumienia, wszyscy mamy swoje lęki i demony. Póki trzymamy je na dystans i nie wpuszczamy do życia zbyt często, mogą być naszymi sojusznikami, świadczą przecież o tym, że jesteśmy ludźmi, pokazują nam co naprawdę się dla nas liczy. Kiedy jednak rosną do gigantycznych rozmiarów i odbierają radość z życia, mogą uczynić z życia piekło. Piekło dla Ciebie i dla Twoich bliskich. Przeszłam już kilka osobistych dramatów i wyszłam z tego tysiąc razy silniejsza. Nie boję się już życia, ale boję się pewnych jego zagrań i pstryczków w nos. Co najzabawniejsze, kiedy zbyt długo w moim życiu jest bajecznie i cudownie, to po pewnym czasie, dobija się do mnie lęk, przed tym, że zaraz to wszystko runie - bo przecież nie można całego życia przelecieć na niebiańskiej chmurce, ponad problemami i wybojami.
Biorę jednak wszystkie swoje lęki na klatę, dużo im zawdzięczam i może to zabrzmieć dziwnie, ale w pewnym sensie dzięki nim się rozwijam, bo robię wszystko, by czarne scenariusze i obawy się nie spełniły. Jak widać wszystko można przekuć na lepsze i nie warto sobie wmawiać, że jesteśmy słabi bo się czegoś boimy.
Nie wiem czego boją się inni ludzie, czego boicie się Wy, ale wierzę, że jest to uzasadnione i na pewno nie jest to głupie. Żaden lęk nie jest głupi... Głupio jest nie bać się niczego.
Ledwo zaczął mi wtedy hulać blog, a ja już miałam ochotę to skończyć, usunąć wszystko i nigdy więcej się nie pokazywać. Tym bardziej nie pokazywać mojego dziecka. Zastanawiałam się wtedy jaką trzeba być świnią, jakim intelektualnym dnem. Trzęsłam się, płakałam a jednocześnie krzyczałam we własnej głowie, że jeśli znajdę tego kto to napisał, to rozerwę go na strzępy. Nie byłam wtedy odporna na hejt. Mało tego. Nie byłam w stanie uwierzyć, że są na tym świecie ludzi tak podli. Każdy hejt, był mocnym zagrożeniem dla tego co tak zaczynałam kochać.
Dziś patrzę na to totalnie inaczej. Dziś jestem w 100% przekonana, że jeśli na coś reagujemy hejtem, wzburzeniem, zbyt przesadną reakcją - to jest to nasz problem. Wiecie jacy ludzie najczęściej są zirytowani tym, że ktoś kogoś zdradził? Ci, którzy sami zdradzają, lub zostali zdradzeni. Jakakolwiek wieść o zdradzie nawet osób, których osobiście nie znają, wywołuje w nich masę negatywnych emocji, dlatego, że znają temat i jest to ich nieprzepracowany problem. Wiecie, które matki najczęściej oburzają się o to, że czyjeś dziecko nosi ciuszki po 300 zł za sztukę? Te, które mają ból dupy, że one mogą jedynie kupić trampki w pepco, a tak naprawdę chciałyby droższe - ale się nie przyznają, dlatego atakują tych, którzy mogą sobie na to pozwolić. Wiecie, którzy rodzice są najbardziej oburzeni zachowaniami innych rodziców? Ci, którzy sami mają zbyt wiele za uszami i w głębi duszy wiedzą, że w rodzicielstwie dają ciała. Oburzając się na innych i krytykując ich - wychodzą z nas nasze własne frustracje, NASZE problemy i to co w naszym życiu nas boli.
Nie jest to oczywiście 100% regułą. Są sprawy, które oburzają i nie wiążą się personalnie z nami, a świadczą jedynie o tym, że jesteśmy ludźmi i mamy emocje, np. wiadomości o skatowanym dziecku, czy jakiejś narodowej tragedii.
Takie podejście pozwala mi na odbieranie hejtu z wielką obojętnością. Nie wdaję się w dyskusję, a tych, którzy przekraczają granicę, po prostu ignoruję, usuwam i nie daję im już prawa do bycia po raz kolejny świnią na moim podwórku.
Podczas blogowania, zdarzało się wiele sytuacji, które próbowały mnie odciągać od tego co robię. Nawet nie sytuacji, a ludzi. Jedna grupa to Ci, którym coś w życiu nie wyszło, więc za wszelką cenę próbowali mi wmówić, że mierzę zbyt wysoko, że tak się nie da, że to wszystko nie jest takie proste. Moje własne zamiary, cele i marzenia, z góry skreślali patrząc przez pryzmat samych siebie. Bo skoro ich plany i marzenia legły w gruzach, to na pewno tak się stanie u każdego innego człowieka na kuli ziemskiej.
Druga grupa to Ci, którzy rzucali krytyką na prawo i lewo w taki sposób, bym poczuła, że nie jestem nic warta, a to co robię nie ma najmniejszego sensu. Właściwie ta grupa dzieliła się na dwie grupy. Jedna to obóz ludzi z jakiś tam przyczyn zazdrosnych, których bolało, że ja jednak coś w tym życiu robię i coś osiągam, więc rzucali we mnie bezpodstawną krytyką, byle dowalić. Ta druga grupa krytykujących, była grupą, która mocno mnie ukształtowała, potrafiła postawić do pionu i wskazać realny problem. To grupa, której krytyka była zawsze hmm... smaczna. Nie taka wiecie, że człowiek chciał nagle po przeczytaniu komentarza wszystko kończyć, ale taka zdrowa, konstruktywna, która dawała mi zawsze do myślenia. Za nią jestem cholernie wdzięczna. Nieważne co w życiu robimy, musimy wciąż uczyć się dostrzegać swoje błędy, słuchać uważnie innych i być zawsze gotowym na zmiany.
Jeśli decydujemy się w życiu robić to co kochamy, musimy uświadomić sobie jedno: nie tylko ludzie będą nam w tym przeszkadzać. Będzie nam przeszkadzać w tym życie, ograniczenia finansowe, losowe wypadki. Zaliczysz po drodze milion fuck-upów, ale największym ograniczeniem, które napotkasz na swojej drodze, będziesz TY sam. Mówiąc na myśli TY, mam na myśli Twoje wątpliwości, ograniczenia w Twojej głowie, Twoje chwile zwątpienia. Milion osób może stać nad Twoją głową i krzyczeć, że się nie nadajesz, ale ostatecznie liczy się tylko to w co TY sam wierzysz. Jeśli masz wizję, wierzysz w swoje umiejętności i przede wszystkim masz cele i marzenia, to nigdy, przenigdy nie pozwól na to, żeby ktoś Ci je zabrał, zdeptał i rzucił w otchłań. NIE I KONIEC!
O to co kochamy i w co wierzymy, należy walczyć do samego końca. Jeśli zwątpisz - cofnij się o kilka kroków, przeanalizuj co poszło nie tak, wprowadź jakieś zmiany. Próbuj, eksperymentuj, rozwijaj się, potykaj się, wyciągaj wnioski, ale przede wszystkim - NIE PODDAWAJ SIĘ. Bo jeśli naprawdę w coś wierzysz i coś kochasz, to znajdziesz w sobie pokłady wszystkiego co Ci potrzebne, by to podtrzymać, rozwinąć, by osiągnąć to o czym marzysz.
A hejt, krytykę, chwile słabości, finansowe dołki wpisz sobie w scenariusz życia i nigdy nie pozwól, by przesłoniły Ci to, nad czym tyle pracowałeś, o czym tyle marzyłeś...
W duszy coraz bardziej coś pobolewa, a czasem to nawet zakuje, zabierze oddech. Bo nikt już nam nie mówi jak żyć i nie prowadzi za rękę. Teraz to my mamy prowadzić, myśleć o wszystkim, a czasem tego zbiera się tak dużo, że już nie wiemy co dobre, co złe, którędy iść, jak wytłumaczyć. Na co dzień uśmiechnięci, zadowoleni i spełnieni, tylko czasem tak jakby upadamy z naszej niebiańskiej chmurki, roztrzaskujemy się na kawałków milion i jakoś do kupy nie możemy tego wszystko pozbierać, jakoś wcale nie możemy nic do siebie dopasować, niczego ze sobą skleić. Tylu ludzi na nas polega, tyle rzeczy od nas zależy, a my jak te małe dzieci, chcielibyśmy się tylko czasem skulić w kłębek malutki i poczuć, że nic od nas nie zależy, że świat nas na chwilę nie potrzebuje, że wszyscy sobie poradzą bez nas. I wpatrują się w nas te małe oczy i my wpatrujemy się w nie z wzajemnością, myśląc, jak wiele byśmy oddali, by poczuć, że ktoś się martwi i myśli za nas. Że ktoś czuwa nad wszystkimi niebezpieczeństwami, odgania od nas wszystko co złe. Ale to przeminęło. Dziś my, dorośli, tak jak kiedyś marzyliśmy by takimi być, dziś na naszych głowach jest wszystko to, co nie było jeszcze kilka lat temu. Dziś to nam siwieją pierwsze włosy i to my utrapieni i przemęczeni myślimy jak związać koniec z końcem, jak to zrobić, żeby wszystkim, na którym nam zależy było dobrze, było miło... Dziś to my, zaznaczamy milion rzeczy w kalendarzu, w swojej głowie i jeszcze w telefonie na wszelki wypadek.
Wszystko gna, biegnie i czasem tak stajemy i mamy wrażenie, że to już tak bez końca, że to już tak zawsze będzie. Wszędzie wszystkiego milion, wszędzie wszystkiego przesyt. I tylko Ci nieugięci, tylko Ci, którzy znajdą balans, nauczą się jak żyć, kiedy zwalniać, kiedy przyspieszać, kiedy myśleć, kiedy nie myśleć... tylko Ci, którzy w tym wszystkim będą wierzyć, kochać, miłować, ufać, cieszyć się, wybaczać, przepraszać, wstydzić, godzić, dzielić się... tylko oni zrozumieją, że do każdej sytuacji można się dopasować, w każdej sytuacji odnaleźć. Musimy zrozumieć, że nie można żyć przeszłością i tęsknić nieustannie za beztroską. Bo to teraz zaczyna się życie, kiedy zaczyna wszystko zależeć od nas, kiedy albo staniemy w miejscu z rozpaczy, albo będziemy ciągle, konsekwentnie przecierać nowe szlaki, żyć samodzielnie. Kiedy nauczymy się usuwać kłody spod nóg, kiedy nauczymy się żyć wśród ludzi, a nie obok nich. Kiedy nauczymy się pokonywać problemy, brać na klatę wyzwania i traktować to wszystko jak nieustającą przygodę. Najważniejszą podróż naszego życia. Podróż pełną wyzwań, upadków, ale też szczęścia, radości mniejszych i większych. Kiedy nauczymy się już jak żyć, zrozumiemy, że to wszystko co na naszej głowie, może się okazać najważniejszą misją w naszym życiu. Nie bój się iść przed siebie, nie bój się wyzwań, oczekiwań, trudnych pytań, jeszcze trudniejszych zadań. Idź przed siebie i się tak często nie odwracaj. Najważniejsze jest to co tu i teraz. To co za Tobą, minęło bezpowrotnie. To dziś kształtujesz swoje jutro. Uwierz w siebie, w swoje możliwości. Pozwól, by wszystko wokół Ciebie po prostu płynęło...
i płyń razem z tym. Jak dziecko.




















Kiedy w grudniu pakowałam kartony w starym mieszkaniu, byłam mega podekscytowana. Wszystko miałam ustalone - ja pakuję kartony, ekipa wykańcza mieszkanie. W styczniu robimy to, w lutym to, w marcu to. I prawie wyszło tak jak sobie zaplanowałam. PRAWIE. Bo nie spodziewałam się jednego. Że od momentu kiedy zacznę pakować wszystko w kartony, zacznie się jazda bez trzymanki. Bo jeśli facet całymi dniami pracuje, to logiczne, że na Ciebie kochana kobieto, która pracuje w domu, spadnie cała przeprowadzka i cały bajzel związany z fachowcami, zakupami, wycieczkami do sklepów budowlanych itp. Serio, teraz rozumiem dlaczego ludzie kiedy budują domy prawie się rozwodzą. Ja przy 60 metrowym mieszkanku myślałam momentami, że nie ogarnę tego całego chaosu - dziecko, mieszkanie, robota, a co dopiero DOM! Ale ogarnęłam to. Z uśmiechem na twarzy, bo przecież to wszystko to po to, żeby dobrze mi się w tym swoim wymarzonym gniazdku żyło. O ile w pierwszych miesiącach dało się funkcjonować bez kuchni, zmywać naczynia w łazience, tak teraz jestem tym szczerze zmęczona i wyczekuję dnia ( a to już za dni kilka) kiedy ekipa wpadnie zrobić mi kuchnię i nareszcie będziemy tutaj funkcjonować jak ludzie.
Ostatnie miesiące upłynęły mi nie tylko na przygodzie mieszkaniowej, ale i na niekończących się wizytach u dentysty. W marcu wpadłam na zajebisty pomysł zrobienia kompozytów, ale kiedy usiadłam na fotelu dentystycznym, okazało się, że moje "zawsze" zdrowe zęby są prawie w większości popsute - i tak oto mamy lipiec, a moje leczenie dopiero za jakieś dwa tygodnie dobiegnie końca i nareszcie będę mogła założyć aparat i zamknąć raz na zawsze swój otwarty zgryz i przestać seplenić. Za koszty leczenia miałabym już porządne wakacje życia dla całej rodziny, no ale ... co się odwlecze to nie uciecze. Lepiej w porę zadziałać z zębami, niż później je wszystkie stracić. Jestem przecież za młoda na sztuczną szczękę, do diaska no!
No ale... ja nie o tym chciałam. Chciałam Wam dzisiaj napisać, że po tych mieszkaniowych akcjach, po tych dentystycznych wycieczkach, po smutnych rodzinnych wydarzeniach i po tygodniach chorowania i umierania - ja nareszcie zaczynam łapać oddech i czuć, że to wszystko już się uspokaja. Ja wiem, że w życiu to ciągle coś, ale czuję, że już prawie prawie i będę mogła odetchnąć pełną piersią, a wtedy...
Wtedy jak już sobie odetchnę to zacznę kolejną jazdę bez trzymanki, ale będzie to już jazda związana z moją firmą, rozwojem itp. A to sprawia mi największą frajdę w życiu, więc serio, czekałam na ten moment z niecierpliwością! Własna firma, całkowita niezależność, inwestycja w nowy sprzęt, przebudowa bloga i całkowicie nowe podejście do tematu mojej pracy. Aaaaa, jaram się! Ale na razie nie zdradzam nic więcej.
Czego samej sobie życzę na ten nowy kolejny etap w życiu? Przede wszystkim wytrwałości, bo wiem, że będzie ciężko! Wiem też jak cholernie dużo zależy od naszego samopoczucia, humoru, kondycji fizycznej i psychicznej, dlatego mam totalnie wszystko zaplanowane. Początek lipca zaczynam sobie z cateringiem, żeby wyrobić w sobie nawyk jedzenia mniejszych, regularnych porcji ( bez kuchni to było mega ciężkie). Poza tym catering, który zamawiam ( nie będę tutaj reklamować) nie zawiera pszenicy, a po takim jedzonku zawsze mam mega power, więc tym bardziej przyda mi się na moje wielkie lipcowe rewolucje :D Nie zamierzam sobie niczego obiecywać jeśli chodzi o treningi, bo z tym u mnie różnie, a nie chcę sobie składać obietnic bez pokrycia i czuć potem rozczarowania.
W lipcu stawiam przede wszystkim na maksymalnie zdrową szamę i wskrzeszenie bloga, który już niebawem będzie wyglądał totalnie inaczej! Jak tylko zrobią mi kuchnię, zaczynam dla Was ogarniać sporo kulinarnych propozycji, które mam nadzieję, będą dla Was ogromną inspiracją. Oczywiście nie zapominam o kwestii swojej duchowości, afirmacjach, modlitwach i mantrach. Jak przejdę przez ten lipiec pozytywnie, to chciałabym wreszcie spróbować czegoś nowego: diety vege, medytacji i mantr w grupie, masaży ajurwedyjskich i wielu wielu innych rzeczy :D
Naprawdę ciężko było mi się skupić na tym wszystkim, kiedy przez ostatnie miesiące było tyle różnych spraw, ale teraz czuję, że zaczynam łapać wieeeelki oddech i mogę dzięki niemu otworzyć sobie drzwi, które tak długo były jedynie uchylone. No i nawet nie wiecie, jak dobrze Wam tutaj wszystko wyklepać tak jak swoim przyjaciółkom - bez spiny i sprawdzania czy zdanie aby na pewno jest poprawnie napisane - w tyłku to mam! I bym zapomniała - naprawdę dziękuję, że tak cierpliwe i wspierające byłyście dla mnie w ostatnich miesiącach. Moje poślizgi w odpisywaniu na wiadomości, moje przerwy od SM trwające po kilka dni bez znaku życia - niby logiczne, że jestem tylko człowiekiem, ale jednak jak się w tych mediach funkcjonuje to człowiek do czegoś zobowiązany jest. Dlatego z całego serducha DZIĘKUJĘ! Jesteście najlepsze!
DOBREGO ŻYCIA! :*
