Żeby mnie oblewało zimną wodą, a zaraz potem paliło do czerwoności. Chcę żeby w życiu zachwycał mnie każdy jego element. A w świecie każdy jego kawałek. Uśmiech gościa w autobusie, albo kwiat dziwnego kształtu. Zwyczajna kamienica, czy chmura na niebie. Żeby każdy krok był magiczny, lekki beztroski jak dla małego dziecka. Żeby było pięknie, a czasem tragicznie, co by z zachwytu zbyt częstego się czasem nie przewrócić. Chcę żeby to życie było takie jakie wmawiano mi, że być nie może. Magiczne, wyjątkowe, szalone a zarazem nad wyraz spokojne gdy trzeba... żeby to życie nie przestało zaskakiwać, ale jednak pozwalało czuć grunt pod nogami. Żeby wiało, padało, prażyło, orzeźwialo. Żeby był dotyk, żeby była bliskość, żeby od czasu do czasu jakiś problem, albo jakieś wzruszenie ramion.
Żeby było jakoś, a nie żeby nie było nic. Żeby nie było to życie miałkie, już bez większego znaczenia, wyprute, byle przeżyć, byle zastygnąć i się aż tak nie martwić, nie starać. Och, byle takie nie było. Żebym tylko umiała i sobie przyrzekła, że to już tak do końca w tej wrażliwości, w tym pięknie, w tej wierze, w tej radości z życia. Że to już zawsze będzie tak duchowo, tak wyjątkowo, tak inaczej niż większość, na swój sposób samotnie, a jednak z otwartym sercem dla świata. Żebym mogła zagwarantować, że nie zastygnę w marazmie życia, że nic mi tej wiary nie zabije, a nawet jak zabije to mi ją wróci. Żebym mogła sobie przyrzec, że nie pozwolę sobie nigdy poczuć, że nie zasługuje na więcej. Żebym zawsze wiedziała, że człowiek tak pełen miłości, musi mieć kogoś kto wylewane pokłady miłości bezinteresownie uzupełni. Żebym nie dała sobie wmówić, ze to wymysł. Żebym zawsze wierzyła, ze zasługuję. Żebym zawsze siebie kochała. Miała szacunek. Żebym umiała się żegnać gdy trzeba. Żebym zawsze dostrzegała inne drzwi, inne możliwości. Żebym smakowała życia, dawała sobie szanse, próbowała, eksperymentowała. Żebym to życie było jakieś jak już mówiłam... nie miałkie. Nie żadne. Jakieś.






Ja wiem. Życie zmienia nas wszystkich. Dojrzewamy, zmieniamy poglądy. Ale to jak skrajnie różnię się od siebie z tamtych czasów, jest dla mnie czasem wręcz niewiarygodne. Moja niska samoocena i brak wiary w siebie, powodował u mnie w tamtym czasie myślenie, że jedyne co może się spodobać we mnie chłopakom, to cycki wywalone na wierzch i tyłek w obcisłych legginsach. Dzisiaj wcale się nie dziwię łatce, którą często mi przypinano, głównie przez zazdrosne dziewczyny. Nie uważałam się za mądrą i inteligentną, a swoich zalet nie pokazywałam z klasą. Nie wiedziałam, że można inaczej, że to dla mnie niedobre. Nie wiedziałam, że w taki sposób, chłopaka zaciąga się ewentualnie do łóżka, a nie przed ołtarz. Nikt mi tego nie wyjaśnił, nikt ze mną o tym nie porozmawiał. Nikt nie wprowadził mnie w świat damsko-męski. Nikt. Wszystkiego musiałam nauczyć się sama, a kosztowało mnie to wiele, bo po drodze musiałam zaliczyć sporo fuck-upów, żeby wreszcie dojrzeć i wydobyć z tej tandetnej i z pozoru łatwej dziewczyny - wartościową kobietę, która ma szacunek do samej siebie i zna swoją wartość.
Jeszcze do niedawna, próbując sobie polepszyć samoocenę, inwestowałam w staniki push-up i szukałam jak najkrótszych miniówek. No bo jakże inaczej wyglądać jak rasowa kobieta, za którą mężczyźni wodzą wzrokiem. Naoglądałam się instagramowych kadrów z długimi do nieba nogami, obłędnymi szpilkami i taliami osy. Naoglądałam się skąpych, wyzywających ubrań i myślałam, że tylko w taki sposób, można wydobyć z siebie kobiecość. Później z upływem czasu, zaczęłam inspirować się kobietami, które są tak seksowne i kobiece, a wcale nie wyglądają jakby właśnie uciekły z klubu go-go. Wręcz przeciwnie. Mają klasę i nie potrzebują do tego nawet szpilek. Wtedy właśnie zrozumiałam, że kobiecość to nie tylko cycki i tyłek. To coś znacznie więcej. To pewność siebie wypisana na twarzy. To umiejętność podkreślenia swoich walorów, a nie ich 100% wyeksponowania. To umiejętność ubrania się tak, by być subtelnie seksowną, a nie wyzywającą.

Kiedy odnalazłam swoje dobre strony, zrozumiałam, że nie trzeba mi szpilek i shortów odsłaniających pół tyłka żeby pokazać, że jestem piękną kobietą. Tak. Jestem piękna. Uczę się tej miłości do siebie każdego dnia. Nie ważne, czy jestem w dresie, szpilkach, czy adidasach. Totalnie bez bicia, przyznam się Wam też do tego, że w przeciwieństwie do mojej mamy, nigdy nie umiałam łączyć odpowiednio ubrań, nigdy nie umiałam dobrać czegoś, w czym będę dobrze wyglądać. Dopiero tutaj, w Warszawie, zaczęłam się w tym trochę wprawiać. Przymierzam, kombinuję, obserwuję ludzi na ulicy i pomału wypracowuję sobie swój styl, w którym jest mi dobrze, wygodnie, a jednocześnie kobieco.
Wciąż jestem na bakier z modą i wkurzam się w sklepach, bo nie wiem do końca czy dana rzecz jest dla mnie korzystna - ale wierzę, że z roku na rok będę coraz bardziej świadoma swoich wyborów i wyrobię w sobie styl, który pozwoli mi czuć się kobietą, bez konieczności zbytniego epatowania kobiecością.



Kobiecość jest dzisiaj dla mnie świadomością własnego ciała. Najlepiej czuję się z samą sobą wtedy, kiedy trzymam się swoich własnych zasad i czuję się po prostu zdrowo. Niekoniecznie muszę mieć sześciopak, ale nauczyłam się kochać swoje proste łydki, małe cycki i duży tyłek - nie muszą być super umięśnione, ale ważne, że w miarę zdrowo wyglądają i nie porasta ich sam tłuszcz. Dziś moja kobiecość siedzi przede wszystkim w mojej głowie. Bo jakby nie patrzeć - wszystko zaczyna się w głowie. Kiedy w miarę wszystko sobie w niej poukładamy, wszystko inne też wróci do normy.
Zdjęcia powstały we współpracy z Footway. Butki, które mam na sobie to moje pierwsze adidasy od lat - mega wygodne, dość unikatowe, mieniące się delikatnym srebrnym kolorkiem. Element na pięcie sprawia, że są trochę takie "łobuzerskie" i z pazurem. Śmigam w nich praktycznie codziennie i o dziwo, pasują do wszystkiego co noszę.


Przy okazji robienia fot, chciałam Wam też pokazać moje hity od Natural Mojo - Pure Body i Vital Protect. Produkty od NM są ze mną już od ponad roku i mega ułatwiają mi utrzymywanie wagi, lub w razie konieczności jej zrzucenie. Kto mnie zna ten wie, że wiele z produktów takich jak np. Fit Caps, wożę ze sobą w walizce przy okazji każdego wyjazdu. Oczywiście moim numero jeden jest flagowy produkt czyli szejki - obecnie na topie smak Vanila w wersji dla wegan ( właśnie jest na ten smak duże promo ). Na hasło MAMALA25 macie 25% zniżki na wszystko w Natural Mojo.



Nie umiałam znaleźć odpowiednich słów, skleić fajnie zdań. Wszystko nagle wydawało mi się takie trudne. Przestałam pisać fajne historie i poruszające tematy. Dom, dziecko, rodzina, życie, praca - te wszystkie rzeczy tak mocno rozładowywały moje baterie, że mój umysł nie miał już ochoty się więcej gimnastykować. Ilekroć próbowałam - odpuszczałam. Stwierdziłam, że widocznie już nie umiem w te klocki. Ciężko mi się uzewnętrzniać i ubierać w słowa swoje emocje. Jakiś czas temu, w jednej z książek, przeczytałam o umiejętnościach, które nieważne jak są dobre - trzeba nad nimi pracować, udoskonalać je. W przeciwnym razie, pozostaniemy na tym samym poziomie, albo wręcz sprawimy, że umiejętności zanikną. Wiecie. Pisania liter i czytania nie zapomnimy. Ale kto wie czy nie spadniemy z roweru, jeśli wsiądziemy na niego po trzydziestu latach.
Fragment z książki o umiejętnościach, uderzył mnie tak bardzo, że w moment, dosłownie w moment otrzeźwiałam. Owszem, każdego dnia stukałam w klawiaturę, pisałam artykuły - o wnętrzach, o witaminach, o zdrowiu. Ale przestałam ubierać w słowa te najbardziej nieuczesane myśli, które kłębiły się hurtowo w mojej głowie każdego dnia. Wzięłam tamtego dnia do ręki, ołówek i kartkę i nie myśląc o odpowiedniej składni, literówkach i interpunkcji, zaczęłam pisać - o tym co akurat siedziało mi w głowie. Kilka godzin później usiadłam i już na komputerze, napisałam kolejne zdania, już w innym temacie. I poszło. Odblokowałam się. Temat za tematem. Bez końca. Zarwana noc, co nie zdarzało mi się już dawno, bo nie było takiej potrzeby. Żarówka nad głową, oświecenie. Wystarczyło poćwiczyć, przestać się spinać, dać się ponieść. Wystarczyło wziąć ołówek do ręki i na luzie dać wypłynąć na kartkę swoim myślom. Cieszę się, że przez ostatnie miesiące nie robiłam tego na siłę. Może umiejętność pisania musiała we mnie dojrzeć na nowo, uzyskać nowy wymiar. Może musiałam przestać to robić, by po pewnym czasie wrócić do tego od razu wskakując na wyższy poziom. Tęskniłam za tym, wiecie? Pisanie było dla mnie zawsze ulgą i lekiem. Pozwalało mi się wyżyć, wyżalić, uporządkować swoje myśli. Od najmłodszych lat, prowadziłam pamiętniki, bo dzięki nim nie magazynowałam swoich wszystkich emocji tylko i wyłącznie w swojej głowie. Przelewanie ich na papier, było czymś na kształt rozmowy z przyjacielem - dawało ulgę.

Tak łatwo jest powiedzieć, nie umiem. Rzucić w kąt zainteresowanie, którego nie spróbowaliśmy nawet oszlifować. Umiejętności nie przychodzą do nas same i same się w nas nie rozwijają. Umiejętności trzeba z siebie wydobyć, a potem każdego dnia nad nimi pracować. Zrozumiałam, że jeśli chcę dobrze pisać, muszę przede wszystkim dobrze czytać. Czytać piękną i inspirującą literaturę. Ładować swoją głową pięknymi obrazami, słowami. Muszę czerpać inspiracje ze wszystkiego, ale przede wszystkim muszę częściej brać do ręki ołówek, długopis, kartkę czy telefon. I spisywać. Każdą fajną myśl, każdą wartą uwagi refleksję. Tak łatwo jest pozwolić umrzeć swoim umiejętnościom. Stwierdzić, że się nie umie, nie chce. Tak łatwo jest poddać się lenistwu, usprawiedliwiać, szukać wymówek.
Już tak wiele razy, wydawało mi się, że nie umiem, a potem spróbowałam i okazywało się, że nawet mi to wyszło i to za pierwszym razem. A co dopiero jakbym jeszcze trochę poćwiczyła? Odkąd bloguję, zostałam poddana wielu wyzwaniom. Publiczne wystąpienia, nagrania do kampanii, pisanie artykułów na tematy, w których musiałam się odpowiednio douczyć. Za każdym razem, nachodziła mnie ta dziwna myśl, że przecież ja tego nie potrafię. A później brałam w tym wszystkim udział i okazywało się, że potrafię. Muszę w to tylko uwierzyć i wydobyć z siebie to co najlepsze. A potem umiejętnie to szlifować i dopracowywać.
Najpiękniejsze efekty, daje nam w życiu to, co sprawia nam trudność. To, co zmusza nas do myślenia. To, co wymaga pracy. I takich efektów właśnie teraz świadomie pożądam i samej sobie obiecuję, że następnym razem, zamiast mówić: nie umiem - po prostu spróbuję milion razy. Aż się nauczę.
Wiadomym jest, że książki tego typu robią się teraz po prostu "modne" i ludzie często kupują je, ot tak, po prostu. Żeby coś tam przeczytać, spojrzeć i odłożyć. Ze mną te książki są już wiele lat. Przyczyniły się do znacznej poprawy jakości mojego życia, zmieniły moje nastawienie i wyciągnęły ze mnie to co najlepsze. Nadal wyciągają, bo praca nad sobą trwa przez całe życie. Ale przeszłam już spory kawał w swojej podróży w głąb siebie i w życiu bym nie sądziła, że tak mi się to wszystko spodoba.
Temat rozwoju osobistego i motywacji przewijał się na moim blogu od samego początku. Nie określałam nawet tego słowami: rozwój osobisty czy coaching. To po prostu jakoś tak samo ze mnie wychodziło. Tryskałam energią, miałam power, miałam motywację i chciałam pokazywać ludziom, że oni też mogą. Przez tych kilka lat, życie solidnie skopało mi tyłek, ale jak się okazało, miłość do życia tylko wzrastała. Pojawiła się nawet miłość do Boga. Na przestrzeni kilku lat, w moim życiu wydarzyły się istne cuda. Książki były tego nieodłącznym elementem. Były moim ukojeniem, dawały mi power, przywracały życiową energię. Oczywiście nie robiły tego w magiczny sposób, przesyłając mi energię kiedy je trzymałam ;) Robiły to słowa zapisane w tych książkach, z których umiałam wiele wyciągnąć. Tak, to ja odmieniłam swoje życie, ale bez książek nigdy by mi się to nie udało. Książki pokazały mi jak czerpać z życia, jak wierzyć. Nauczyły mnie radzenia sobie ze swoimi demonami, pokazały co jest dobre, a co złe. Książki to taki mój 3 rodzic, który wypełnił luki pozostawione przez mamę i tatę. Każdy rodzic zostawia jakieś luki, to normalne. W późniejszych latach albo uzupełnimy je sami, ale zrobimy z drobną pomocą. Ja wybrałam właśnie książki.
Chciałabym Wam dzisiaj przedstawić te pozycje książkowe, które przeczytałam od A do Z. Niektóre z nich czytałam po kilka razy. Przedstawię Wam je w takiej kolejności, w jakiej one pojawiały się w moim życiu. Nie chcę Wam ich recenzować, zdradzać zbyt wiele. Chcę jedynie pokazać Wam je wszystkie, powiedzieć w kilku słowach, czego MNIE one nauczyły, w czym mi pomogły... Uważam, że dla każdej książki będzie to najlepsza rekomendacja, a dla Was najlepszy wyznacznik tego, czy dana książka jest dla Was.

To od tej książki wszystko się zaczęło. W wieku 16 lat, mama dała mi Sekret w prezencie. Pamiętam jak dziś. Weszła do pokoju. Rolety jak zwykle były na samym dole. W pokoju było ciemnawo, a ja tradycyjnie "odpoczywałam" czyli leżałam i nic nie robiłam. To był dla mnie ciężki czas. Życie było dla mnie bezsensowne i kiedy nie było wkoło mnie moich licealnych przyjaciół, nic nie miało większego sensu. Nie miałam pasji, zainteresowań, olewałam naukę i rodzinę. Typowe dla nastolatek, ale nie dla wszystkich, więc nie każdy może zrozumieć. Mama powiedziała: może ona Ci pomoże... i wręczyła mi książkę. Uśmiechnęłam się pod nosem, bo w sumie to był miły gest... Książkę rzuciłam w kąt. Coś tam czasem próbowałam przeczytać, ale nie przemawiało to do mnie. Ale kiedyś poczułam impuls. Sięgnęłam po Sekret raz jeszcze, pochłonęłam wszystkie kartki... pamiętam to jak dzisiaj. Wstałam, jakby coś we mnie wstąpiło, odsłoniłam rolety po wielu miesiącach i pełna wiary i nadziei obiecałam sobie, że zacznę żyć. To był zaledwie początek...
Książka Sekret to idealny wstęp do świata rozwoju osobistego, motywacji, afirmacji itp. To właśnie SEKRET wszystko zapoczątkował. To właśnie SEKRET w dawnych czasach znali tylko nieliczni. Dowódcy, wynalazcy, naukowcy. Mam wrażenie, że mimo mojego wieloletniego, nastoletniego buntu, ja też go znałam i nawet nie wiedziałam, że jest to zjawisko, które ma swoją nazwę. Że jest to prawo przyciągania. Odkąd pamiętam, miałam w sobie coś takiego, że jeśli bardzo czegoś pragnęłam i mówiłam, że tak będzie, to moja wiara w to była tak silna, że to się działo. Było dla mnie oczywistym, że jeśli się do czegoś źle nastawię, to coś nie wyjdzie. Nie wiem skąd to wiedziałam, ale wiedziałam, że obraz sytuacji zależy tylko od tego, jak sobie tą sytuację wyobrażę.


Sekret to prawo przyciągania. Książka odwołuje się do wielu przykładów używania Sekretu nawet w starożytności. Wyjaśnia nam jakie błędy popełniały myśląc lub mówiąc o danej sytuacji. Wyjaśnia w jaki sposób myśleć, by przyciągać do siebie dobrych ludzi, dobre sytuacje. W wieku 16 lat czytało mi się tą książkę trudno, teraz kiedy ją czytam wyciągam z niej o wiele więcej. Książka pokazała mi jak wiele jest we mnie nawyków, które sieją spustoszenie w moim życiu. Ta książka to prawo przyciągania wyjaśnione w bardzo prosty i ciekawy sposób.

Książka również napisana w bardzo prosty i jasny sposób. Po jej przeczytaniu, jeszcze w liceum, dużo bardziej zrozumiałam to, co przeczytałam wcześniej w Sekrecie. Wszystko jest wyjaśnione dużo bardziej precyzyjnie, natrafiłam na różne akapity i nagle rozumiałam o co chodziło z czymś, co nie do końca zrozumiałam w Sekrecie. To takie uzupełnienie wiedzy, które pozwoli nam lepiej pojąć mechanizmy prawa przyciągania. Śmiem nawet stwierdzić, że autor tak prostymi słowami, trafiłby nawet do młodzieży z gimnazjum. Sekret choć też nie jest jakiś skomplikowany, to jednak na 1 rzut może się okazać cięższy od potęgi młodości. Mimo wszystko wciąż uważam, że Potęgę Młodości powinniśmy przeczytać jako drugą, dlatego, że Sekret porusza wszystko dość ogólnie, a Potęga Młodości skupia się na naszych pragnieniach, marzeniach, ambicjach, które miały początek już we wczesnej młodości, ale wraz z tykającym zegarem biologiczny, zaczęły gasnąć.

Magnetyzm Serca jak mówi już nam tytuł, skupia się na miłości, na uczuciach. Nie chodzi tylko o miłość do partnera, ale też do innych ludzi a przede wszystkim do samego siebie. Książka pokazuje nam jakie myśli i jakie podejście, może sprawiać, że na tej płaszczyźnie życia może nam coś nie wychodzić. Wstrząsnął mną rozdział o samospełniającej się przepowiedni. Zrozumiałam wtedy w jaki sposób, psułam swój związek i że sama do tego doprowadziłam. Książka przyda się wszystkim tym, którzy w swoim życiu czują się samotni, lub chcą po prostu otworzyć swoje serce nieco bardziej, tak by wpuścić do niego więcej ciepła. Ta książka po raz pierwszy sprawiła, że zapaliła mi się lampka, że moje serce jest zbyt zamknięte. Na świat, na ludzi.

O tej książce, powstał cały osobny wpis - wyższy level szczęścia, dlatego nie będę tutaj się już zbytnio rozpisywać. Trzy książki, o których napisałam Wam przed chwilą, przeczytałam w liceum. Potem przez kilka lat, wracałam tylko do nich, ale moje życie wciąż pozostawiało wiele do życzenia. Wiedziałam, że trzeba myśleć pozytywnie, ale wciąż było we mnie dużo frustracji, jadu, żalu. Aż w końcu w ręce wpadła mi Pełnia Życia, która zapoczątkowała początek mojej przemiany... tym razem duchowej. I to właśnie tego przez te wszystkie lata mi brakowało.
Pełnia Życia wprowadziła mnie w świat spokoju, ciszy, miłości, zdrowia, wiary, Boga. Dzięki niej nauczyłam się oczyszczać siebie ze złej energii. Wiele rzeczy, które wydawały mi się skomplikowane, nagle pojawiły się w moich oczach w zupełnie innym świetle. Agnieszka pokazała mi wartości, które wcześniej nie miały dla mnie znaczenia, a z każdą kartką rozumiałam, że to ich całe życie mi brakowało. Ta książka sprawiła, że nie chciałam już tylko myśleć pozytywnie. Chciałam stać się dobrym człowiekiem. Takim naprawdę dobrym... Ale więcej przeczytacie w moim wpisie i oczywiście ... w książce :)

Pełnię Życia przeczytałam jakoś w październiku 2016 roku. Od tamtego czasu nie przestawałam zadziwiać ludzi i rodziny swoją siłą i energią. Dwa miesiące później w Boże Narodzenie, odpakowałam prezent spod choinki. Moc Pozytywnego Myślenia. Znów od niej. Od mojej mamy. To był kolejny przełom. Do książki podchodziłam kilka razy. Była dla mnie za ciężka. Nie czułam jeszcze wtedy aż takiej potrzeby bliskości z Bogiem. Wiara miała już jakieś miejsce w swoim życiu, ale nie aż takie jak teraz. Nie zmuszam się do czytania książek. Jeśli coś mi nie wchodzi, to znaczy, że to nie ten czas. Ale w końcu ten czas nadszedł, a wtedy pochłonęłam książkę w mgnieniu oka. Poza zaszczepieniem we mnie po raz kolejny wiary w to, że mogę wszystko i że wszystko sprowadza się do naszych myśli, zrozumiałam też jak ogromną role odgrywają modlitwy i kontakt z Bogiem. Dużo tekstu, dużo przykładów ludzi w różnych sytuacjach życiowych, którym pomógł autor książki Norman V. Peale - protestancki kaznodzieja i pastor. Kiedy słyszę bełkot coachów w dzisiejszych czasach, krzyczących tylko: możesz wszystko! - cieszę się, że o pozytywnym myśleniu w tak piękny i wartościowy sposób, mógł wypowiadać się Norman przez 50 lat swojego życia, zanim jeszcze pojawiłam się na świecie i że teraz jego wszystkie nauki, mogę czytać spisane w książce, którą nazywałam swoją Biblią... Moc Pozytywnego Myślenia nauczy Was jak w siebie wierzyć, jak się realizować, jak przestać się martwić i jak siać w swoim życiu dobre myśli... to ciężka sztuka i nawet ja nie opanowałam jej w 100%. Życie co chwilę odciąga mnie od mojej radości i nie zawsze potrafię cieszyć się pomimo przeszkód. Ale staram się. I jakoś mi to wychodzi.
Przywiązana do teorii Normana, skusiłam się na jego kolejne działo, tym razem Uwierz i Zwyciężaj. Na początku się nie polubiłyśmy. Zaczęłam czytać ją w jakimś słabszym okresie, w którym udzieliło mi się podejście sfrustrowanych realistów, zmęczonych życiem: to tak nie działa. Kiedy nie mamy w sobie krzty wiary i jakiejś mobilizacji, nawet najlepsza książka może mieć problem by z nas coś wykrzesać. Ale również jak przy poprzednich. Dałam sobie czas, aż w końcu w odpowiednim momencie wróciłam i łyknęłam całość. Nie od razu. Nauczyłam się już, że żeby osiągać duże efekty, książkę trzeba sobie dawkować, tak by każdego dnia nas czegoś uczyła.
Uwierz i zwyciężaj pozwoliła mi nabyć nowe podejście, przede wszystkim w kwestiach zawodowych, choć nie tylko, bo książka zahacza też o szczęście w życiu małżeńskim, co również pozwoliło mi rozwiązać wiele swoich problemów. Książka nauczyła mnie nowego wymiaru pewności siebie. Zrozumiałam jak wiele krzywdy wyrządzał mi kompleks niższości i uwolniłam się od strachu, który blokował mnie przed podejmowaniem niektórych decyzji.


Po podstawowych lekturach wyjaśniających czym jest prawo przyciągania i jak funkcjonuje, wzbogaconych o rozbudowane techniki zahaczające o modlitwy np. w Mocy Pozytywnego Myślenia, można spróbować zabrać się za coś bardziej "zaawansowanego". Ja postawiłam na Potęgę Podświadomości autorstwa Josepha Murphiego - doktora religioznastwa, filozofii i praw, a także prekursora pozytywnego myślenia. Autor w swojej książce opiera się na sile podświadomości. Wyjaśnia czym ona jest i w jaki sposób za jej pomocą możemy się pozbyć problemów i przeciwności, które nie pozwalają nam osiągnąć swoich celów i marzeń.
Książka nie nadaje się na przeczytanie dla osoby, która dopiero zaczyna swoją przygodę z pozytywnym myśleniem - tak mi się wydaje. Temat podświadomości jest bowiem już czymś znacznie głębszym i skomplikowanym (na 1 rzut oka) i może zamiast zachęcić do zmiany życia - odstraszyć. Potęga podświadomości porusza wszystkie tematy związane z życiem. Związek, strach, wybaczanie, rozwody, biznesy. Ostatnio powiedziałam koleżance, że w tej książce jeśli się bardzo chce, znajdzie się chyba rozwiązanie każdego problemu. Niesamowity jest rozdział o podświadomości, która może wyciągnąć z alkoholizmu. Genialne.
Nieważne w czym szukacie ukojenia, jaki problem chcecie rozwiązać - jeśli jesteście już gotowi na coś cięższego - ta książka jest dla Was. Mnie, nauczyła ona przede wszystkim niesamowitych tajników, które mają działanie, czasem mam wrażenie wręcz magiczne. Nauczyłam się mocniej wykorzystywać swoją podświadomość do polepszania jakości swojego życia. Nie zawsze mi wychodzi, bo nie zawsze mam w sobie wystarczająco dużo motywacji. Ale jak już wychodzi - to wiem dlaczego...

Milion cudownych listów to coś trochę innego od pozostałych pozycji. To również książka od mojej mamy. Napisana przez niesamowitą dziewczyną, która zachorowała na zapalenie mózgu. To nie jest książka w stylu: zachorowałam, odnalazłam Boga i już wszystko jest pięknie. Tutaj nie ma czegoś takiego. Autorka otwarcie przyznaje, jak zapalenie mózgu zrujnowało jej życie i jak wiele musiała przecierpieć, ale w tym wszystkim pokazuje jak nawet najbardziej gówniane sytuacje, można przekuć w coś dobrego. Piękna historia, cudowne wnioski. Dobra lektura dla każdego, kto szuka słońca w swoim szarym życiu i dla każdego kto potrzebuje wstrząśnięcia, by docenić to co ma.

Regina i jej książki okazały się najbardziej zdroworozsądkowymi, które również poruszają wszystkie aspekty życia i jego problemy. Przepadłam w tych książkach totalnie i chłonęłam jedna za drugą. Gdybym miała złotą rybkę, poprosiłabym ją o jeszcze kilka zbiorów felietonów Reginy, bo dzięki nim, najzwyczajniej w świecie, lepiej się żyje. Totalnie luźne i normalne podejście do życia, do Boga. O ile z czasem zrozumiałam, że ciężko żyć bez dopuszczania siebie złych myśli i bez martwienia się ( od czasu do czasu), tak Regina pozwoliła mi się z tym wszystkim pogodzić, a mimo to czerpać z życia, skupiać większą uwagę na radości, miłości, wierze.
Autorka pokazuje idealne wypośrodkowanie, sprawia, że to co do tej pory było trudne, nagle w naszych oczach staje się proste i zrozumiałe. Te cztery książki Reginy to najlepsza na świecie terapia DLA KAŻDEGO. Prosty język, cudowne felietony oparte na życiu, na prawdziwych historiach. O ile czasem przy Mocy Pozytywnego Myślenia czy Potędze Podświadomości, mój umysł mówił mi: to jest już przesada! - tak tutaj tego nie ma. Cudowny złoty środek. Książki Reginy powinny być obowiązkową lekturą w szkołach, bo przez tak krótki czas, nauczyły mnie więcej niż przez 20 lat życia, nauczyciele, rodzina, przyjaciele itp.
Kocham Reginę i kocham jej książki, które choć odnoszą się do Boga, wcale nie są książkami tylko i wyłącznie o wierze. Teksty dotyczące stricte wiary w Boga w książce, to najbardziej normalne podejście do wiary z jakim się spotkałam. Kiedy czasem piszą do mnie czytelniczki, które są naprawdę radykalnymi katoliczkami, zaczynam rozumieć, że totalnie odstaję od sposobu ich postrzegania świata i reguł, jakimi rządzą kościołem. Regina ze swoim postrzeganiem Boga, trafi zapewne dużo bardziej do serc ludzi, którzy błądzą w Jego poszukiwaniu, niż radykalni katolicy, dla których istnieje tylko białe albo czarne. Regina - mam nadzieję, że wiesz jak wiele dobrego czynisz w życiu tych, którzy Cię czytają. Dziękuję!





Na dzisiaj to tyle. Obecnie mam rozpoczęte trzy różne książki, które na pewno znajdą się w kolejnej części tego wpisu. Chcę Wam jednak na zakończenie jeszcze coś napisać. Książki to nie są złote recepty na udane życie. To zbiory wskazówek, przykładów, wyjaśnień - nie musimy brać wszystkiego na 100%. Wyciągajmy to co dla nas dobre. Nie zmuszajmy się do robienia wszystkiego co mówi książka. Do niektórych książek się dojrzewa. Trzeba do nich wracać, by za każdym razem wyciągnąć z nich coś dobrego. Nie zrywajcie się po przeczytaniu kilku zdań: teraz zmienię swoje życie! Spokojnie, na luzie, zacznijcie je zmieniać, bo jeśli zbyt wiele energii poświęcicie na jaranie się tym, że teraz już będzie pięknie - to po kilku dniach wszystko spadnie, opadnie i znów zwątpicie. Treści zawarte w powyższych książkach to nie są magiczne receptury, które odmienią Wasze życie w kilka tygodni. Zmiana samego siebie i swojego życia na pełniejsze, bardziej wartościowe, to długotrwały etap. Właściwie trwa to całe życie. Musimy wciąż umacniać się w wierze, wciąż się doskonalić, pracować nad sobą, nad ograniczaniem złych emocji takich jak żal, nienawiść. Praca nad sobą to wiele różnych etapów i wierzcie mi, że nie wszystkie będą się Wam podobać. Ale warto. Warto to robić, bo tylko mając w sobie dobrą energię i posiadając wiedzę jak żyć, by dobrze nią zarządzać - można osiągnąć pełnię szczęścia i poczucie spełnienia.
Nie wyobrażam sobie życia bez książek tego typu. Pozwalają mi przetrwać chwile zwątpienia, wierzyć, kiedy najmniej mi się to udaje. Pozwalają mi wydobywać z siebie dobro, czynić dobro i dostawać dobro. Jestem w pełni zakochana w swojej podróży, w odkrywaniu samej siebie, swoich możliwości. I zawsze będę pamiętać o tym, kiedy to się zaczęło. Zawsze będę wdzięczna mojej mamie, która to wszystko zapoczątkowała. Mojej pracy, dzięki której miałam okazję recenzować książkę Agnieszki Maciąg. Autorom wszystkim książek, który do mnie dotarli i pozwolili mi się zmienić. Wam - czytelnikom - którzy wielokrotnie dziękowaliście mi za moje wpisy, opisywaliście swoje historie, obdarzyliście mnie zaufaniem. Mieć świadomość, że można swoje szczęście mnożyć, dzieląc się nim, jest niesamowita. Czyńmy dobro. Wybierzcie książki idealne dla Was, podsuwajcie je swoim znajomym, rodzinie. Wspinajcie się na wyżyny swoich możliwości i nie ustawajcie w swojej podróży w głąb siebie. Bądźcie dobrymi ludźmi i róbcie wszystko, by lepiej zrozumieć siebie, życie i innych ludzi...
Życzę Wam wszystkiego co najlepsze i mam nadzieję, że tak długo wyczekiwany przez Was wpis, poruszy Wasze serca, skłoni do przemyśleń, do zmian... Cieszę się, że tak wiele osób, już przed tym wpisem kupiło książki z mojego polecenia - wielokrotnie widzę Wasze oznaczenia na instagramie, w których otwarcie piszecie, że tak! Kupiłyście! To cudowne, że nie zapominacie o osobach, które w jakiś sposób przyczyniły się do Waszych zmian. Jestem za to ogromnie wdzięczna :*
PS: Nie mogę doczekać się już kolejnej części tego wpisu, a Wy?! :)
Teraz celebrować nadchodzącą wiosną i ogólnie celebrować życie nauczyłam się w sposób bardzo prosty. Choć rok temu wydawało mi się, że przede mną jeszcze masa materialnych wielkich pragnień do zrealizowania, tak teraz widzę, że stały się one po prostu jakimś tam rozmytym obrazem, który nie jest mi potrzebny do pełni szczęścia. By naprawdę być szczęśliwym, trzeba jedynie odnaleźć siebie - nie ma czegoś takiego, że : będę szczęśliwa, jak już będę miała kasę. Będę szczęśliwa, jak już kupię auto, dom, wyjadę na wakacje. To wszystko daje tylko chwilową radość, nie daje trwałego szczęścia. To piękne dodatki, które przy spokoju ducha i życiu pełnią życia, mogą je uczynić jeszcze bardziej ekscytujące. Ale jeśli nie ma tego spokoju, jeśli w głowie nie wszystko jest poukładane - otoczka będzie tylko odskocznią.
Dlatego tak bardzo zwracam obecnie uwagę na to co jest tak blisko, co jest na wyciągnięcie ręki. Żyję z dnia na dzień, wiedząc, że jedyne co jest prawdziwe i ważne to tu i teraz. Nie ma już dla mnie przeszłości i przyszłości. Nie uzależniam już swoich nastrojów od sytuacji materialnej, choć wiadomo - ciężko być optymistą, kiedy nie starcza człowiekowi na podstawowe potrzeby. Ale jeśli tylko to co podstawowe jest zaspokojone - nie trzeba mi czegoś większego do szczęścia. Co nie oznacza, że w jakimś stopniu do tego nie dążę - bo dążę. Lubię się rozwijać, iść do góry, a co za tym idzie, zgarniać za to profity i żyć lepiej. I to w jakiś sposób uszczęśliwia również. Ale to tylko dodatek. Wiecie. Odkąd pamiętam, ale teraz dużo bardziej nauczyłam cieszyć się i i być wdzięczną za każdą nawet maleńką rzecz, która wywołuje uśmiech na mojej twarzy, lub po prostu sprawia, że czuję się dobrze. Roztaczanie wokół siebie aury takiej wdzięczności i sympatii, do chwil, momentów, ludzi, a nawet przedmiotów - sprawia, że świat zaczyna Ci sprzyjać. Otwierasz na niego swojego serce, a on otwiera się na Ciebie. I to jest piękne. Nauczyłam się kochać siebie najbardziej na świecie i traktować siebie najlepiej jak potrafię. Nie ma już ciuchów po domu, nie ma niedbałych posiłków, kiedy jestem sama. Dlaczego mam siebie traktować gorzej od innych, skoro sama dla siebie powinnam być najważniejsza?
Staram się celebrować każdą chwilę w moim życiu, choć wiadomo - nie zawsze jest to możliwe. Mam swoje fazy na pewne rzeczy. W jednym miesiącu wolę czytać książki, w drugim odpocząć przy serialu na netflixie. W jednym wolę się modlić w kościele, w innym w domowym zaciszu. Marzec rozpoczął się najpiękniej jak tylko mógł - uroczystością rodzinną, pięknymi prezentami, wspaniałą pogodą. Dziś chciałabym Wam przedstawić swoje maleńkie przyjemności, które w marcu są mi szczególnie bliskie, stały się moimi hitami i sprawiły, że się uśmiechnęłam. A uśmiech jest wart naprawdę wiele.

Tę książkę dostałam od swojej siostry na nowe mieszkanie. Już przy słowie: codzienność, wiedziałam, że to coś dla mnie. Dlatego, że właśnie tę codzienność uważam za życie. Dopiero zaczęłam czytać, a już wiem, że przepadnę dzisiejszego wieczora i przez kilka następnych. Nie chcę poznać wszystkich kartek w moment, bo magia, której dostarczają mi słowa z nich płynące, powinna trwać dużo dłużej. Kilka kartek. Każdego dnia. By żyć lepiej, pięknieć, zatracać się w chwilach, w momentach. Joasiu z Manufaktury Splotów - twoja książka będzie jedną z tych, które przyczyniają się do tego, że jestem coraz bardziej szczęśliwym i wolnym człowiekiem. Manufaktura Codzienności to kolejna książka, która jest ważnym momentem w mojej podróży w głąb siebie...

Jakiś czas temu szłam sobie wolny krokiem do kościoła. Najbardziej lubię chodzić do niego rano. Pola chodziła jeszcze do swojego starego przedszkola, więc jak zwykle przy kościele mijałam tłum ludzi, czekających na otwarcie sklepu ze starociami. Raz na dwa tygodnie, w poniedziałek jest dostawa towaru, a w kolejce już godzinę przed otwarciem czatują Ci, którzy zajmują się wyłapywaniem tego, co można upolować i sprzedać drożej. Ja spokojnie w tym czasie uczestniczyłam we Mszy Świętej, po jej zakończeniu poszłam jeszcze upolować coś do lumpeksu obok, a potem ryyyyn - do staroci. Niczego za bardzo nie dostrzegałam no i jeszcze ten tłum ludzi, który nie za bardzo mi sprzyja :P No i coś tak mi się w oko rzuciło - drzewko szczęścia. Nie mam czegoś takiego, ale... lubię takie rzeczy. Lubię coś, co się ze szczęściem kojarzy, niekoniecznie myśląc, że ma mi to szczęście przynieść, ale jednak skoro się kojarzy - to będzie na mnie dobrze wpływać. No i biorę do ręki, oglądam. Odkładam. Znów biorę, znów odkładam. Myślę: a po co mi to. Ale jakoś tak ruszyć z miejsca nie mogłam, więc myślę: może jednak powinnam wziąć. I już się wiele nie zastanawiałam, wzięłam, położyłam na wagę, wyszło 6 zł, rewelacja. F. stwierdził, że wygląda raczej jak drzewko nieszczęścia, ale co on tam wie. Jest trochę powykrzywiane, a ja tam wcale nawet nie kombinowałam, żeby mu te gałęzie tam wyginać w inną stronę. Takie dorwałam i niech takie będzie. Spoglądam na nie i jakoś tak sobie w głowę wbiłam, że ten symbol szczęścia piękną aurę w mojej sypialni rozsiewa.

Zapach tej herbaty roznosi się po całym domu prawie każdego wieczora. Nawet mój F. stwierdził, że pięknie pachnie, choć zazwyczaj moje herbaty czy kosmetyki zawsze mu śmierdzą. Owocowa herbatka, w której znajdziemy wszystko co najlepsze dla skóry, włosów, paznokci: płatki róży, maliny, trawa cytrynowa, hibiskus, owoce dzikiej róży i nie tylko... Pięknie pachnie, jeszcze lepiej smakuje. Zdecydowanie najlepsza z herbat, jakie ma w swoim asortymencie moje ukochane Natural Mojo. Co bardzo ważne, herbaty Natural Mojo posiadają logo Fair Tea co oznacza wsparcie pracowników np. z Afryki czy Chin. Fair Tea to finansowanie projektów na rzecz szkół i opieki nad dziećmi. Nie dosyć, że spijam obłędną herbatę, to jeszcze czynię dobro. Piękna sprawa.
Od teraz do środy na hasło MAMALA30 macie 30% zniżki przy zakupach za min. 230 zł.

Kiedy w zeszłym roku w lipcu, ścięłam włosy i odstawiłam w kąt prostownicę, obiecałam sobie, że kupię sobie jakieś rewelacyjne kosmetyki do włosów. W Rossku, dorwałam jednak za dużo niższą niż przewidywałam cenę złotą odżywkę i złoty szampon, firmy wtedy mi nie znanej. Kto ogląda InstaStory ten wie, że przypadkowy zakup, okazał się strzałem w dziesiątkę. Po długim czasie chciałam wypróbować inną odżywkę i wzięłam tą koloru białego. OMG - strzał w dziesiątkę po raz kolejny, a nawet i lepiej, bo zapach jest... awrrr obłędny. Nawet teściowa powiedziała, że czuć w całym domu. Odżywkę wmasowuję w umyte, wilgotne włosy i wystarczy jej dosłownie kropelka, przynajmniej na moją długość włosów. Może dlatego starcza na tak wiele miesięcy. Odżywka, którą kupiłam teraz zawiera olej babassu, które odpowiada za nawilżenie, wzmocnienie i zmiękczenie włosa. Zawiera też pył diamentowy, który nadaje włosom blask ; no i olej pequi, który przeciwdziała mierzwieniu się włosa, a także pomaga zachować jego dobrą kondycję. Damn, szkoda, że ten akapit to nie współpraca, tylko moja dobra wola, by Wam to polecić, bo to jest po prostu... DOBRE! Ba. Bardzo dobre. A stosunek jakości do ceny...ajjj nie będę mówić, że za tanie, bo jeszcze ceny podwyższą :P

Jego w tym wpisie miało nie być, miał być miłym dodatkiem do zdjęć, ale czyż nie jest uroczy? A przynajmniej na tyle uroczy, bo o nim wspomnieć, poświęcić mu kilka zdań? Upolowałam go na akcji #VIPshopping w sklepie KIK. Jest miłym, wielkanocnym akcentem w mojej sypialni no i jest przesłodki, no. Nie wiem czy sklep KIK jest w Waszym mieście, ale jeśli szukacie wielkanocnych ozdób za niską cenę, to będzie to dobre miejsce. Ja zaopatrzyłam się w biało-złote świeczki, wielkiego białego zająca, drewnianą tackę w kształcie zająca i kilka innych rzeczy, które pokażę Wam już niebawem w iście wielkanocnym wpisie.
Ach, dużo więcej chciałam Wam pokazać, ale w sumie zostawię to sobie na inne wpisy. Swoją drogą, podoba mi się taka forma pokazywania Wam moich drobnych radości, które dają mi takie właśnie rzeczy. Przecież radość i celebrowanie codzienności, to własnie zapachy, smaki, litery, przedmioty, które cieszą oko. Czy tak właśnie nie jest? No i oczywiście jakże mogłabym zapomnieć - mamo, dziękuję Ci za tą piękną, marmurową tacę - robi robotę, zwłaszcza na zdjęciach! Psss- to też prezent na nowe mieszkanie. Fajnie mam, co?
A jakie są Wasze marcowe hity i drobne przyjemności? :)








Błędnie wydaje nam się, że ciągle nam czegoś brak do pełni szczęścia: domu, auta, wakacji... wyścig szczurów sprawia, że nasze zdrowie zaczyna być coraz bardziej zaniedbywane, a nasza energia i radość z życia stopniowo zaczynają z nas ulatywać. Czy myślicie, że zawsze byłam taka pełna energii, uśmiechnięta i zdeterminowana? Nie. Kiedyś energii nie miałam wcale. Czułam się wypompowana z sił, beznadziejna i w dodatku ciągle bolała mnie głowa. Chorowałam kilkanaście razy do roku. Totalnie o siebie nie dbałam, a zdrowie nie miało większego znaczenia. Fast food, gazowane napoje, brak ruchu, ciągłe zwolnienia z wf-u i całe noce spędzane przed komputerem. Ta cała fizyczność odbijała się też na mojej psychice. Byłam wiecznie wściekła, zła i sfrustrowana. Kiedy na świecie pojawiła się Pola, wszystko stopniowo zaczęło się zmieniać. Stopniowo. Bo będąc już matką, wiedziałam, że żadne chwilowe zrywy nie mają już sensu. Wiedziałam, że ZDROWIE musi stać się moim priorytetem. Że po prostu muszę zmienić swój...
Wiecie. Tak zupełnie naturalnie, pomalutku, żeby się nie zrazić. Trwało to kilka lat i może nadal nie jestem jakimś 100% okazem zdrowia, ale jestem już dużo dużo dalej niż w momencie, w którym się za siebie wzięłam. Obecnie istnieje wiele akcji, które wspierają zdrowy styl życia i wszystkim nam w koło dużo łatwiej jest złapać zajawkę. O jednej z takich akcji, opowiem Wam na końcu wpisu.
Ja, bakcyla złapałam już dawno. Dzisiaj podchodzę do wszystkiego bardzo racjonalnie. Kiedyś ciągle zaczynałam "od nowa". Wydawało mi się, że jak zjem pizzę, to wszystkie moje wcześniejsze starania diabeł weźmie. Co za bzdura! Słodkość, brak treningu, leniwy dzień - to nas będzie spotykać zawsze! Nie możemy przez drobne, ludzkie zachcianki przekreślać wszystkiego co do tej pory osiągnęliśmy. Staram się żyć zdrowo i dzięki stopniowym zmianom zdrowie stało się moim stylem życiem. Stało się moim sposobem na życie.
Jeszcze kilka lat temu nie rozumiałam, że powiedzenie "jesteś tym co jesz" ma w sobie aż tak wiele prawdy. Byłam zbyt młoda, by to zrozumieć. Dziś wiem, że jedzenie ma największy wpływ na nasze samopoczucie. W końcu karmimy nim swój organizm, w którym zachodzi milion różnych procesów, dzięki którym żyjemy. Czy karmiąc się byle czym, procesy te będą przebiegały w 100% sprawnie? Wysypki na ciele, bóle głowy, bóle brzucha, wzdęcia, senność, sucha skóra. Plaga chorób takich jak hashimoto - to wszystko bierze się z chemii, która jest w jedzeniu, w kosmetykach, w powietrzu - wszędzie! To wszystko jest dla mnie tak oczywiste, że nie rozumiem jak ktoś może tego nie pojmować - a przecież sama byłam taką osobą. Gdzie tkwi problem? Myślę, że przede wszystkim w braku świadomości, która powinna być budowana od najmłodszych lat - przez rodziców, przez szkołę. Na nasze szczęście z roku na rok, widzę w tym temacie postęp. Dzięki osobom takim jak Ewka Chodakowska czy nawet potężnym markom, które angażują się w promowanie zdrowej żywności, zarówno młodzi ludzie jak i ludzie po 50, łapią fit bakcyla i zmieniają swoje życia na lepsze! Jeśli chodzi o mnie, nadal mam słabość do słodkości, czasem wyskoczę na pizzę i wypiję drinka. Ale moja codzienność to niezliczone litry wody, zdrowe omlety, warzywka z kurczakiem i całe garście owoców. A zaczynałam od tego, że zmieniłam chleb pszenny na żytni, soki na wodę. I tak krok po kroku, aż jestem tu gdzie jestem.
Nie ma nic lepszego niż endorfiny. To uczucie, kiedy energia rozsadza nas od środka. Niechętnie wspominam czasy, kiedy moją jedyną aktywnością było scrollowanie demotywatorów wskazującym palcem. No i przechadzki do lodówki. Obowiązkowo po sok. Jak ja się wtedy czułam... o matko! Te czasy przypominają mi się za każdym razem, kiedy wpadam w jakiś dziki pęd, zaczynam nieregularnie jeść, nie ćwiczę i BUM. Senność, poszarzała skóra, boląca głowa. Nauczyłam się rozpoznawać sygnały, które daje mi organizm i zawsze się w porę opamiętuję, ale... takie sytuacje zawsze uświadamiają mi, ze nie mogłabym wrócić do życia, w którym najważniejsze to wstać i przetrwać. Szybko wpadam w szał treningów, ale szybko się też od nich odzwyczajam - dlatego staram się być w miarę systematyczna i nie przesadzać w żadną stronę. Nie zależy mi na sylwetce jak na zawodach bikini, dlatego nie spinam się z treningami pięć razy w tygodniu. Dla zdrowego ciała i umysłu wystarczą dwa treningi tygodniowo, a pozostała aktywność może ograniczać się do schodzenia i wchodzenia schodami i napinania pośladków w kolejce w markecie. Nie rzucaj sobie zbyt wielkich wyzwań, jeśli do tej pory Twoją jedyną aktywnością było wduszanie przycisku w windzie. Zawsze kiedy myślę, że staram się za mało, przypominam sobie, że kiedyś nie robiłam nawet ułamka tego co robię teraz. Aktywność fizyczna w połączeniu ze zdrowym odżywianiem to przepis na sukces, zdrowie i rewelacyjne samopoczucie... ale jest jeszcze jeden czynnik, bez którego puzzle będą niekompletne.
I to taki szeroko pojęty. Chodzi mi o odpoczynek, o wyciszenie, o harmonię, o zgranie duszy z ciałem, o w słuchanie się w siebie i wciśnięcie przycisku STOP. Tak niewielu ludzi potrafi się na to zdobyć. Nasze nogi ciągle nas gdzieś prowadzą, ręce non stop się czymś zajmują, a głowa jest zaprzątnięta milion różnych spraw. Element życiowej harmonii był tym brakującym w mojej układance. Zmieniłam sposób żywienia, więcej się ruszałam, ale mimo wszystko coś nie grało. Człowiek potrzebuje spokoju, ciszy. To nasze naturalne otoczenie. Kocham wielkie miasta, intensywne życie, ale niestety widzę, że na dłuższą metę, jeśli nie znajdziemy w tym chaosie spokoju - najpewniej za jakiś czas zwariujemy. Coraz drastyczniej wzrasta liczba depresji, zachorowań na miażdżycę czy inne choroby powodowane stresem. Ludzie robią przeglądy auta, ubezpieczają pralki, dbają o nie - ale tak rzadko robią przegląd swojego organizmu. Nie badamy się, nie wykupujemy ubezpieczeń zdrowotnych - bo po co? Wydaje nam się, że jesteśmy niezniszczalni, że nie potrzebujemy odpoczynku, aż nagle nadchodzi dzień, w którym los nie pyta nas o pozwolenie i każe wziąć natychmiastowe zwolnienie. Czasem bezterminowe. Od wielu już miesięcy stawiam na zdrowy egoizm, na który składają się mantry, medytacje, relaksujące kąpiele z książką w ręce. No dobra, czasem w drugiej trzymam lampkę wina, ale tylko czasem! Musimy się czasem zatrzymywać, żeby nie zrobiło tego za nas życie...
Kiedy połączyłam wszystkie powyższe czynniki, mój świat zmienił się o 180 stopni. Miałam więcej energii, a co za tym idzie sprawdzałam się lepiej jako matka, która nie zasypia przy zabawie; jako studentka, która bez problemu zalicza wszystkie egzaminy; jako kobieta sukcesu, która wciąż się rozwija i realizuje wszystkie swoje zawodowe pomysły. Stałam się człowiekiem, dla którego otworzyły się wszystkie drzwi... Nie tęsknię już za zmęczoną, sfrustrowaną Alicją, która ledwo żyje. Pożegnałam tą osobę na dobre. Teraz do zmian pragnę zachęcić również Was.
Do napisania tego tekstu zainspirował mnie konkurs organizowany przez MetLife - "Dbam o Zdrowie". MetLife poza tym, że ma naprawdę atrakcyjne produkty zdrowotne, od zawsze był dla mnie jedną ze wspomnianych wyżej firm troszczących się o nasze zdrowie i tym razem wyraźnie to udowodnił. Tym bardziej mnie cieszy, że mogę być tego częścią. Konkurs wystartował właśnie dzisiaj na facebook'u, a jego celem jest poznanie Was i Waszego podejścia do zdrowia. Nieważne czy dopiero zaczynasz dbać o zdrowie, czy jesteś w tym już totalne obcykany - podziel się z innymi swoim zdrowym stylem życia. Konkurs podzielony jest na cztery, tygodniowe etapy. Każdy etap = inne zadanie.
Etap 1 jest dość ogólny, bo dotyczy zdrowego stylu życia. Każdy z nas kto dba o swoje zdrowie, może się śmiało nazwać ambasadorem zdrowego trybu życia. Naszym przyjemnym obowiązkiem powinno i najczęściej jest promowanie tego trybu wśród rodziny, znajomych, czy osób z pracy. Teraz macie możliwość podzielić się swoimi sposobami na zdrowie z... całym światem!
Wystarczy, że w komentarzu pod TYM postem konkursowym na fanpage'u MetLife, napiszecie jaka wprowadzona przez Was zmiana czy nawyk, wywarły największy wpływ na Wasz styl życia. Do wygrania w tym etapie jest 1 x bon na 500 zł i 3 x bon na 100 zł do wykorzystania w sklepie sportowym. Myślę, że dla tak atrakcyjnej nagrody warto poświęcić minutkę i napisać kilka zdań prosto z serducha! Komentujcie, udostępniajcie posty konkursowe i pokażcie wszystkim, że chcieć to móc. A może sami zaczerpniecie nieco inspiracji od innych?
Konkurs trwa cztery tygodnie, ale nie bójcie się - będę Was informować w swoich social mediach o każdym kolejnym etapie, żebyście nie przegapili szansy na odlotowe wygrane. Ba! Sama na bieżąco, będę podglądać Wasze odpowiedzi i mam nadzieję, że i mnie one zainspirują do jeszcze większych zmian. To jak? Jesteście gotowi zadbać o swoje zdrowie? To do dzieła!
Właściwie odkąd urodziłam Polkę, czas zdaje się gnać jak szalony, a z roku na rok jest coraz intensywniej i szybciej. Czy to wina czasów? Po części tak. A po części nas samych. Bierzemy na siebie coraz więcej obowiązków, gonimy nawet nie wiadomo za czym coraz szybciej i gdzieś tam życie przecieka nam przez palce. W tempie ekspresowym. Rok 2017 nauczył mnie pokory, szacunku ale przede wszystkim uświadomił mi, że wcale nie warto biec. Za niczym. I choć ja biegłam jak szalona to im byłam bliżej końca roku, tym coraz intensywniej zwalniałam. Zwłaszcza wtedy kiedy dowiedziałam się, że ktoś kto był mi bliski w dzieciństwie walczy z poważną chorobą... i nie wiadomo czy wygra.
Kiedy dowiadujemy się, że życie młodego chłopaka stoi pod znakiem zapytania i to zupełnie niespodziewanie, zaczynamy się zastanawiać co tak naprawdę w życiu jest ważne. Domy, które budujemy, kariery które dają nam pieniądze, czy może po prostu życie. To, na które tak często nie mamy czasu. To najważniejsze. Słowa, gesty, więzy. Dzisiaj, pisząc ten wpis zastanawiam się czy poczyniłam jakiś postęp własnie w tym co najważniejsze. Szczerze mówiąc, w pierwszej chwili nie pamiętałam. Nie pamiętałam jaki był poprzedni rok. Minął tak szybko, a jednocześnie był tak intensywny, że zapomniałam już jak wiele się w nim wydarzyło. Głównie w mojej głowie. Czasem zapominam docenić siebie. Zapominam o wszystkich mniejszych i większych sukcesach i stwierdzam: nie wydarzyło się nic specjalnego. A potem sięgam w zakamarki pamięci, wertuję kalendarz, odgrzebuję wspomnienia i patrzę na to co obecnie mam w głowie. A wtedy okazuje się, że znów wszystkiego było pełno... nie tylko tych dobrych rzeczy, tych złych też. Ale te złe rzeczy też musza się przydarzać, by nas zwyczajnie czegoś nauczyć...
W roku 2017 stworzyłam 80 wpisów, z czego w grudniu ze względu na przeprowadzkę jedynie dwa. To najmniej w historii bloga. Nie chodzi tutaj tylko o to, że w ostatnich miesiącach roku miałam głowę zaprzątniętą czym innym - chodzi też o to, że tworzę na miarę własnych możliwości. Nie zawsze mam pieniądze na fotografa, nie zawsze mam możliwość poradzenia sobie z czymś sama - i wtedy pomysły zostają w głowie. Bo nie chcę tworzyć byle czego. Nie lubię słabych jakościowo zdjęć i nie lubię wpisów, z których nie jestem dumna. Wolę z realizacją czegoś czekać nawet rok, ale zrobić to po roku w 100 %, nie w 50. Mniej znaczy więcej - z 80 wpisów, z każdego jestem naprawdę zadowolona, bo poświęciłam na nie więcej czasu, niż w zeszłych latach kiedy tworzyłam ich pewnie dwa razy więcej. Jestem zadowolona, ale uważam, że były momenty w których mogłam dać z siebie więcej. Wzięłam udział w kilku ważnych kampaniach i rozpoczęłam cudowne projekty. Najważniejszą kampanią zeszłego roku, była zdecydowanie kampania, w której zorganizowałam Piknik Mam Karmiących pod patronatem preparatu na laktację Femaltiker. Piknik poprzedzony był cyklem pięciu wpisów zatytułowanych Oblicza Matki Polki, które były moim autorskim pomysłem. Cykl został zwieńczony fotorelacją z pikniku.
W 2017 roku jednym z moich postanowień było związać się z kilkoma konkretnymi markami na dłuższy czas. Postawiłam na współprace długofalowe z szacunku do siebie, do Was i do marek. Nie chcę być słupem ogłoszeniowym, który w ciągu miesiąca reklamuje pięć różnych marek kosmetyków i wszystkie są świetne. Mój plan powiódł się, a z niektórymi markami związałam się nawet na 2018 rok. Idealnym przykładem jest tutaj Natural Mojo, dla którego tworzę coś znacznie więcej niż tradycyjne selfie z produktem. Nie zliczę ile osób kupiło z mojego polecenia ich produkty i całe szczęście... nikt nie czuje się zawiedziony. Cieszę się, że z czystym sercem mogę polecać to co sprawdzone i dobre i że jak twierdzicie - jestem w tym wiarygodna. Warto zaznaczyć, że schemat współprac długofalowych jest jeden: dochodzą one do skutku dopiero wtedy, kiedy naprawdę dane produkty stają się częścią mojej codzienności. Nie akceptuję też formy polecenia, bez szans na to, byście i Wy mogli sobie na daną rzecz pozwolić - prócz stałej 25 % zniżki na hasło MAMALA25, organizowałam i nadal będę organizować wielkie rozdania, w których łączna wartość wszystkich wygranych w jednej zabawie wynosi nawet 1000 zł.
Na blogu rozpoczęłam również trzy ważne projekty z zakresu: podróże ( Kierunek Świat), zdrowie i psychologia ( Strefa Eksperta) oraz najbardziej świeży projekt czyli moja kampania wnętrzarska, w której od A do Z pokazuję Wam wybory mieszkaniowe, a następnie realizacje. Największym sentymentem darzę jednak jak zawsze wpisy z zakładki o życiu. Zawsze trudno wybrać mi najważniejszy tekst z całego roku, ale gdybym musiała wybrałabym ten, który wkrada się w najgłębsze zakamarki mojej duszy czyli artykuł pt: " Depresja, która czai się w tle". Raz na jakiś czas zdarza się osoba, która mówi: ciągle tylko reklamy, a wpisów z serducha prawie wcale. A prawda jest taka, że takie wpisy są wyjątkowe właśnie dlatego, że nie powstają masowo i nie powstają ot tak. Potrzeba przypływu niesamowitej weny, otwartości umysłu, ale też serca, by stworzyć tekst, który nie będzie taki sam jak kilkadziesiąt innych. A jeśli nie byłoby na blogu reklam - nie byłoby żadnego innego tekstu, bo musiałabym iść na etat i nie miałabym czasu na blog...
W prywatnym życiu w ubiegłym roku, jak zwykle czułam się jak na rozpędzonym rollercoasterze. Choć jestem na co dzień niezwykle szczęśliwym człowiekiem, to mam swoje rozterki i smutki. Są w życiu każdego z nas takie rzeczy, o których mówić ani pisać się nie chce. Jest we mnie jakaś tykająca bomba, która raz na jakiś czas wybucha, ale nigdy tak do końca. Choć w głębi duszy wiem, że wybuchnąć powinna. Są w moim życiu kwestie, które wciąż analizuję, wciąż rozważam, ale wciąż nie wiem co dalej. Choć te kwestie często mieszają mi w życiu, to jednak nie nadszedł jeszcze czas na ich rozwiązanie. Niesamowite jest jednak to, że to wszystko mnie nie osłabia. Efekt jest odwrotny - czyni mnie to jeszcze silniejszą i wierzę, że to wszystko jest tylko przygotowaniem do czegoś pięknego. Co czegoś, do czego to całe doświadczenie będzie mi potrzebne.
2017 rok był dla mnie niesamowity przede wszystkim dlatego, że pozwolił mi odkryć w sobie niespożyte pokłady miłości do samej siebie, do ludzi wkoło i do świata. Wyleczyłam się z jakiś uraz i żalu do bliskich, wyzbyłam się wyrzutów sumienia. Wybaczyłam sobie i wszystkim tym, którzy mnie świadomie lub nieświadomie skrzywdzili. Po raz pierwszy odkąd przeprowadziłam się do Warszawy, czułam się podczas świąt w domu rodzinnym tak cudownie i czułam tak piękną energię, że NARESZCIE poczułam jak to jest tęsknić... i czułam to już w momencie machania przez szybę auta. Teraz, gdyby nie brak auta, jeździłabym do rodziców chyba co drugi weekend, żeby zjeść rodzinny obiad i po prostu ich zobaczyć. Po młodzieńczym buncie, który trwał u mnie do niedawna i nazywał się: NIKT MNIE NIE KOCHA, nareszcie dostrzegłam jak wiele miłości dała mi moja rodzina i daje do tej pory. Oprzytomniałam. I pokochałam. Na nowo.
To druga rzecz zaraz po porodzie, której tak mocno i niecierpliwie wyczekiwałam. To było spełnienie moich marzeń no i ... siedzę właśnie na materacu, klepię do Was ten post, biegam oczami po białych ścianach i szykuję się na kolejne miesiące... tym razem dopieszczania i urządzania. Nie będę już po raz kolejny Wam pisać jak bardzo tego pragnęłam, bo doskonale o tym wiecie, ale ... muszę Wam powiedzieć, że potrzebowałam nowego miejsca i nowej energii. I wiem doskonale, że to dopiero początek spełniania moich najskrytszych marzeń. Bo wraz z kluczami do tego mieszkania, otrzymałam jasny przekaz od wszechświata: możesz wszystko dziewczyno...
Nie wiem jak to określić, ale mimo, że robię coraz więcej, to jednak tempo mojego życia dzięki kilku wydarzeniom jest jakieś wolniejsze. Nie spinam się już z wieloma rzeczami, nauczyłam się mówić NIE, a najwięcej czasu spędzam ze swoją córką. Nareszcie umiem odłożyć wszystko na bok i nareszcie złapałam piękny balans, który pozwala mi wygospodarować czas na długą kąpiel, książkę i masę innych przyjemności. Choć internet i wszystko co z nim związane to moja praca, to jednak poza nią, w tym światku mnie nie ma. Nie robię w internetach totalnie nic poza pracą. Pomału rezygnuję nawet z ukochanego Na Wspólnej na tvn ( :D ) bo dużo bardziej wolę pogaduszki z Polą w łóżku. Życie mam tylko jedno, chcę je przeżyć możliwie jak najlepiej. Nie w telefonie, nie przed telewizorem i nie na kanapie. Chcę je przeżyć u boku tych, których kocham najbardziej, bo za bardzo doświadczyłam na własnej skórze co lenistwo i chroniczne zmęczenie robi z niektórymi jednostkami w dzisiejszych czasach, co odbija się na ich bliskim otoczeniu.
2017 rok był zdecydowanie wyjątkowy. Dziesięć razy mocniej pokochałam, trzy razy więcej zarobiłam, przeczytałam dwa razy więcej inspirujących książek i spędziłam trzy razy więcej czasu w kościele... Udało mi się pogodzić pracę, wychowanie dziecka, dbanie o mieszkanie, przeprowadzkę i mój rozwój duchowy... właśnie to ostatnie pozwoliło mi spełnić się na prawie każdej płaszczyźnie. To zmiany w myśleniu, stos inspirujących książek i cudowni ludzie po drodze, pozwoliły mi zrozumieć jak żyć w zgodzie z samą sobą, jak siebie kochać, jak się w siebie wsłuchiwać. Rozpoczęłam cudowną przygodę z mantrami, medytacją, zdrowym żywieniem. Zaczęłam zgłębiać tajniki psychologii, rozwoju osobistego i stałam się kobietą, która nie ważne co się dzieje - jest szczęśliwa. Podsumowując? Nie zawsze było kolorowo, ale końcowy wynik jest zadowalający bardziej niż zwykle. Ostatecznie i tak liczy się po prostu to, czy jesteśmy szczęśliwi... a ja jestem.
I mimo, że wiek to tylko liczby i często nijak mają się do bagażu doświadczeń, które nosimy na swoich plecach - to jedno jest pewne: jeśli się rozwijamy, każdego roku będziemy mądrzejsi, bardziej świadomi i doświadczeni. I wcale nie musimy doznać okrutnej choroby ani wypadku - wachlarz doświadczeń jest naprawdę szeroki, a odmieniać naszego życia nie musi nasz własny rak - może to być z pozoru coś dużo bardziej błahego od raka czy innych nieszczęsnych przeżyć.
Odkąd zaczęłam zmieniać swoje życie i siebie, co chwilę dochodzę do nowych wniosków i co chwilę doznaję czegoś na kształt oświecenia. Dochodzę do czasem z pozoru prostych rzeczy, ale w taki sposób, że nic już nie jest takie samo. W tym roku, czytając kolejną książkę Reginy Brett, zrozumiałam, że jeśli mamy z czymś jakiś problem - to najwidoczniej problem jest w nas. Analizowałam to kilka dni. Owszem, wiedziałam już coś w tym temacie i wiedziałam, że zmiany należy zaczynać od siebie. Ale nigdy nie wzięłam sobie tego do serca aż tak mocno. Nigdy nie patrzyłam na swoje relacje, wydarzenia życiowe i wszystko inne patrząc tylko przez pryzmat własnego postępowania. Zawsze brałam pod uwagę czynniki z zewnątrz - a najbardziej innych ludzi. Rozpaczając jak niesprawiedliwie byłam traktowana w liceum, nie brałam pod uwagi tego, czym ja mogłam zawinić - na swoje wszystkie złe występki miałam masę usprawiedliwień. To nauczyciele i szkoła powinny się zmienić, nie ja. W relacjach z ludźmi - podobnie. I mimo, że w ostatnim czasie starałam się trochę bardziej patrzeć już tylko na siebie to i tak moja natura, czasem dawała się wpędzić to błędne koło, w którym szukamy winy we wszystkim innym tylko nie w nas.
Doskonałym przykładem była moja praca. Zamiast z każdej porażki wyciągać wnioski i patrzeć na to co JA powinnam zrobić lepiej, wolałam zrzucać winę na to, że teraz wszędzie oszukują, że firmy szukają jeleni, że to, że sramto. Zamiast brać na klatę pewne niewygodne sytuacje i stwierdzać, że widocznie powinnam być lepsza, wolałam oczywiście wersję, gdzie jestem skrzywdzoną istotką, która wszystko robi jak należy, a czasem ktoś jest ślepy i tego nie widzi. Każdy z nas znajdzie masę takich sytuacji, w których wolelibyśmy zmienić postawę rozmówcy, zmienić postawę świata - ale nie siebie.
Zapewne znacie takie osoby, które są na co dzień rozgoryczone, sfrustrowane. Mają żal do świata. Są zaniepokojone wojnami, biedą na świecie, bezrobociem. To, co dzieje się na świecie jest też dla nich świetną wymówką na wszystkie niepowodzenia życiowe. Beznadziejna praca to wina rządu, beznadziejna płaca też. Wysokie rachunki to najpewniej też ich wina. Ale w nas nie ma winy. Przecież każdego dnia robimy wszystko, by zmienić swoją sytuację. A ona przecież wcale się nie zmienia... Nie dochodzi do nas, że życie to nie jest bajka i nie zawsze jest kolorowo - ale ZAWSZE, dosłownie ZAWSZE powinniśmy brać z uśmiechem to co daje nam życie - nawet jeśli odbiega to od naszych wyobrażeń. Bo beznadziejna praca, w której teraz tkwisz, może dać Ci doświadczenie w pracy marzeń, do której dotrzesz, jeśli tylko nie zagrzejesz tyłka w świecie, którego wcale nie lubisz. Całe życie umartwiasz się złą sytuacją na świecie i całym złem, które siedzi w innych ludziach, nie rozumiejąc jednej podstawowej rzeczy: nie zmienisz tego wszystkiego. Ale możesz zmienić siebie i świat wkoło siebie. Wyobraź sobie jak pięknie byłoby na naszej kuli ziemskiej, gdyby każdy jutro wstał i powiedział: od dzisiaj nad sobą pracuję. Będę lepszy dla siebie, dla ludzi i będę piękniej żyć, nawet w obliczu problemów i nawet wtedy, gdy ktoś potraktuje mnie jak nieprzyjaciela.
Ale tak się nie dzieje. Znów wstajesz i znów się wkurzasz na sąsiada, który wierci za ścianą. Znów się wkurzasz, bo kierowca autobusu odjechał Ci minutę za szybko. Znów się wkurzasz, bo w pracy otaczają Cię sami idioci. Tylko Ty jesteś taki skrzywdzony i niesprawiedliwie traktowany. Wyzbądź się tego! Nie oczekuj, że świat stanie przed Tobą otworem i że wszyscy ludzie będą dla Ciebie życzliwi. To TY bądź otworem dla świata. Bądź światłem, które rozświetla każdą drogę, na której staniesz. Bądź człowiekiem, który nie mówi: nie lubię Cię, odwal się ode mnie. Bądź człowiekiem, który kiedy widzi kogoś wrogo nastawionego myśli sobie: ten człowiek nie jest moim przyjacielem, ale widzę w nim Boga - takim sformułowaniem posługuje się jedna z postaci przytoczonych w książce Reginy.
Przez kilka lat swojego związku, wyszukiwałam w swoim partnerze rozmaite wady, ale jakoś nigdy nie widziałam ich w sobie. W ostatnich miesiącach, ba może powinnam liczyć to w latach... wyliczyłam na palcach, czego od niego nie dostaję. Kiedy w tym roku oprzytomniałam i spojrzałam na to wszystko od boku, zobaczyłam jak wiele dostawałam, ale tego nie zauważałam... ale zobaczyłam też jak wiele rzeczy ja mogłam od siebie dać. A tego nie zrobiłam. Tkwiłam w przekonaniu, że jeśli ktoś popełnia w tym związku błędy, to na pewno nie jestem to ja. Chciałam na siłę zmieniać swojego partnera, zamiast skupić się na tym, co ja mogę zrobić lepiej. Przez to, że tak bardzo skupiałam się na nim i na tym co robi, lub czego nie robi - ja przestałam robić połowę tych rzeczy, których on pewnie też pragnął. Ale on nie należy do tych, którzy zmieniają na siłę.
Ten rok, mimo, że trwa dopiero 15 dni już uświadomił mi przełomową rzecz - na każdej płaszczyźnie, muszę zaczynać zmiany wyłącznie od siebie. Dosyć wyliczania wad partnerowi - pora wyliczyć swoje własne i zastanowić się, co ja mogę zrobić lepiej. Dosyć narzekania na ubóstwo na świecie - pora zorganizować jakąś zbiórkę i pomóc na miarę swoich własnych możliwości. Dosyć dopatrywania się w ludziach wad, które powinni zmienić. Dosyć dopatrywania się wad w otoczeniu, w świecie. Zmieńmy siebie, swoje życie, swój świat wkoło - a wszystko zacznie wyglądać dla nas bardziej radośnie, bardziej przychylnie. Jeśli zmienimy siebie i swoje podejście do życie - życie zmieni swoje podejście do nas. Nie ma lepszego sposobu...
Przekazuję Wam kod zniżkowy do NA-KD – sklepu, z którego pochodzi ten cudowny, mięciutki i niezwykle kobiecy sweterek z odkrytymi ramionami. Zapełniliście mi skrzynkę na IG pytaniami o niego... Kod zniżkowy 20% brzmi : Alicja20 i obejmuje cały asortyment nieprzeceniony. Łapcie bezpośredni link do sweterka - klik!
To strasznie utrudniało mi życie. Bez sojusznika u boku, stawałam się kimś zupełnie innym. Cichym, źle nastawionym, zniechęconym. A może wtedy po prostu byłam sobą? W liceum miałam jedna przyjaciółkę na śmieć i życie, i kilka takich wciąż ważnych, ale z którymi różnie bywało. Byliśmy tak zżyci i tak bojowo nastawieni do świata. Całe życie byłam spragniona uwagi i miłości więc szybko uzależniałam się od ludzi którzy mi jedno z tych dwóch dawali. Najpierw dla przyjaciół olewałam rodzinę, później dla facetów olewałam przyjaciół, sądząc że to oni olewają mnie, a na końcu olewałam mężczyzn, bo okazywało się, że w tym rozpaczliwym poszukiwaniu uwagi nie odnajdowałam ukojenia. A może w tym wszystkim chodziło o to, że odkąd pamiętam moi najbliżsi zawsze w dziwny sposób wypowiadali się o kręgach przyjaciół, kręgach matek w przedszkolu czy szkołach... ogólnie o skupiskach ludzi tak, jak gdyby rozmaite kontakty międzyludzkie były czymś złym - uznając wiec rodzinę za autorytet i nie znając niczego innego myślałam, że tak należy myśleć i żyć. Nie wiem.
Kiedy poznałam mojego F. byłam zrozpaczona jak ogromną wartością są dla niego jego przyjaciele. Nie lubiłam większości z nich bo ... wszyscy wydawali mi się beznadziejni. Dziś wiem, że chodziło o coś innego - nie mogłam znieść faktu, że niektórzy ludzie w życiu mają więcej niż kilku sojuszników na krzyż - niektórzy maja całe stada dobrych dusz, bo cenią sobie wszystkich tych których spotykają na swojej drodze i z którymi znajdują wspólny język. Dbają o każdą relację, która jest tego warta. Ja ... nie dbałam. Uważałam, że nie potrzebuję ludzi, że wystarczy mi on, córka i przyjaciółka. A reszta mnie nie obchodzi. Wszystko zaczęło się zmieniać wraz z moją przemianą. Zaczęłam otwierać się na ludzi blogując, pomagając im, a także zauważając jak wielkie mam wsparcie w osobach, które nawet mnie nie znają. Ale wciąż na swój sposób byłam aspołeczna. Owszem, pomagałam staruszkom przejść przez ulicę, pomagałam niewidomym osobom dotrzeć do domu, robiłam zakupy potrzebującym - ale kontakty z ludźmi takie wiecie... trwałe - u mnie mocno kulały.
Kilka miesięcy temu zaczęłam jednak zauważać, że to nie ludzie są źli i nie oni popełniają błędy w relacjach ze mną - to ja na silę wyszukuję u nich wad, by się zbyt mocno nie zaprzyjaźnić. Myślałam, że może w tym wszystkim chodzi o strach ... nie. Kiedyś nagle mnie oświeciło i zrozumiałam. Chodziło o to, że już na tyle obdarłam się ze swojej prywatności w sieci i każdego dnia gadałam wirtualnie z tyloma ludźmi których nie znam, mówiłam do nich, zwierzałam się, radziłam. .. że po takim byciu dla wszystkich tak naprawdę zamykałam się na prawdziwe emocje, które są poza internetem. Gadałam do telefonu, motywowałam tyle kobiet, byłam non stop na łączach, że potem w sklepie nie chciało mi się już nawet otworzyć gęby do ekspedientki. Od kilku miesięcy każdego dnia nachodziły mnie myśli o ile relacji mogłam bardziej zadbać, zawalczyć. Każdego dnia przypominałam sobie wszystkie osoby które od siebie odsunęłam albo których nawet do siebie nie dopuściłam.
Zawsze chciałam sojusznika na śmieć i życie, a kiedy to życie jakoś nas rozdzielało byłam zawiedziona i zrażona do ludzi. A potem znów zamiast tworzyć relacje, ale tak wiecie na chłodno, to ja znów wierzyłam w relacje do końce życia , oddawałam się im i znów po pewnym czasie rzucałam się w otchłań rozpaczy, bo coś zawiodło. Od jakiegoś czasu wiem, że nie mam już 15 lat i nie potrzebuje przyjaźni typu best friends forever. Nie potrzebuję deklaracji i rzucania się w ramiona. Potrzebuje normalnych ludzi, którym wzajemnie na siebie zależy, ale którzy maja również swoje życia i umieją znaleźć balans. Potrzebuję szacunku, szczerego telefonu z zapytaniem czy wszystko dobrze, od czasu do czasu. Potrzebuję ludzkiego wsparcia, normalnej zdrowej i dojrzałej relacji i to samo pragnę i potrzebuje dawać.
Kiedyś kiedy zarzucałem F. coś złego na temat jego przyjaźni, odpowiadał mi : nie masz przyjaciół to tego nie rozumiesz. Bolało, ale tylko dlatego, że trafiało w sedno. Dziś to rozumiem. Dziś wiem, że nie ma na świecie nic cenniejszego niż ludzie wokół ciebie . Nie ma nic cenniejszego niż szczere relacje, w których nie ważne są słowa, a czyny. Kiedyś napisałam na facebooku, że chyba nie mam już przyjaciół i chyba mi z tym dobrze. Cieszę się, że ten okres debilizmu mi minął i że doszłam ze sobą do jako takiego porządku. Od ponad roku jestem już na cudownej drodze, w której rozwijam się duchowo i to niesamowite ile rzeczy przez ten czas pojęłam i zrozumiałam. W 2018 roku stawiam na rozwój. To już mówiłam. Ale przed wszystkim stawiam jednak na ludzi. Bo spodobało mi się życie pełne uśmiechów, rozmów i czasu z bliźnimi. A wiecie co do tego wszystkiego doprowadziło? Cenna rada płynąca z jednej z tych moich magicznych książek - by w każdym człowieku, którego napotykamy na swojej drodze widzieć Boga ... wtedy wszystko jest znacznie łatwiejsze i lepsze.
W tym roku stawiam na ludzi. Bo to oni są najważniejsi...
PS: A dbając o relację z Wami, przekazuję Wam kod zniżkowy do NA-KD - sklepu, z którego mam tą piękną sukienkę ze zdjęć... Zauroczyła Was już na pierwszych relacjach na InstaStories i wierzę, że teraz poruszyła Wasze serca jeszcze bardziej :) Kod zniżkowy 20% brzmi : Alicja20 i obejmuje cały asortyment. Sukienka jest najpiękniejszą jaką miałam w życiu, a jej wygląd zdecydowanie idzie w parze z jakością. Dajcie znać jak coś wybierzecie, jestem ciekawa co wpadnie Wam w oko. Ciuszków jest tam naprawdę mnóstwo i sama już mam oczopląs wybierając coś do kolejnej sesji :) Korzystajcie! Aha - najważniejsze! Tutaj link bezpośrednio do sukienki - klik!
