Miała rację. Miałam wtedy 21, no prawie 22 lata – raczkujący biznes, dziecko, narzeczonego, studia dobiegały końca – większość moich koleżanek w tym wieku rozmyślała jedynie o tym na jaką imprezę iść, lub czego wykuć się na egzamin. Ja miałam już za sobą długą drogę. I zaczęłam pragnąć więcej, nie wierząc, że mogę to osiągnąć. Jakieś dwa miesiące po tej rozmowie, spakowałam manatki i w kilka dni zdecydowałam o przeprowadzce do Warszawy. Nie wiem czego się spodziewałam, nie pamiętam jakie miałam oczekiwania. Wiedziałam natomiast jedno: w mieście, w którym mieszkam nie ma opcji na dobrą przyszłość. Kilka ofert pracy na krzyż, beznadziejnie zarobki i jeszcze Ci ludzie… dla których nie do pomyślenia jest wyjście ze strefy komfortu i zrobienie czegoś inaczej, złamanie schematu, pójście własną ścieżką. Nie byłam w stanie dłużej tam żyć. Czułam się jakby ktoś wyrwał mi kawałek serca, czułam się coraz częściej tak, jakby oddychanie sprawiało mi trudność. Ogarniał mnie jeden wielki niepokój… i nie było szans na to, żeby to uległo zmianie.
Po przeprowadzce tęskniłam nie raz. Okazało się, że życie w dużym mieście, nie jest takie proste. Ciężko było mi samej całe dnie, z dzieckiem w domu, pracą, z której chciałam w końcu mieć realne zyski i obowiązkami. F. tyrał od rana do nocy, a z czasem w jego miejscu zatrudnienia, zaczęło się wszystko walić. Co chwilę wypadały nam niespodziewane wydatki – najczęściej w kość dawało auto. Spłukaliśmy się ze wszystkich naszych oszczędności, ale to własnie wtedy dostałam jeszcze większą moc. To własnie wtedy zrozumiałam, że… tak wygląda życie. Czego się spodziewaliśmy? Że mało z siebie dając, można wiele zarobić? Że mieszkania dorobimy się w miesiąc? Karta się odwróciła. W firmie, w której pracował F. znów był lepszy okres, a mój blog rozbujał się naprawdę na dużą skalę. Tyraliśmy jak osły, od rana do nocy, on jako kierowca, ja jako blogerka. Padaliśmy wieczorami jak muchy, nie mając siły na nic. Seks czy wspólny film były dla nas abstrakcją. Wtulaliśmy się w siebie każdego wieczora, i zasypialiśmy w sekundę. Byliśmy zdeterminowani. Musieliśmy, po prostu musieliśmy kupić własne mieszkanie. By zapewnić poczucie bezpieczeństwa sobie i naszemu dziecku. By mieć kapitał, który pozwoli nam za kilka lat się nie martwić, że nie mamy kompletnie niczego, co jest coś warte.
Blog zaczął rozwijać się na tyle, że nareszcie byliśmy w stanie coś odłożyć. Ale to odkładanie, było kosztem… wszystkiego. Każdej najmniejszej przyjemności. Na życie wydawaliśmy miesięcznie ok. 600 zł. Nauczyliśmy się żyć prosto i skromnie. Ale bywało ciężko. Całe szczęście pracowałam w branży, w której często coś dostawałam, często mogłam korzystać z jakiś usług za darmo – wiem, że to dużo, bo bez tego, pewnie płakałabym dużo razy częściej. A może i nie… każda zła sytuacja, cały ten pęd, w którym nie mieliśmy dla siebie nawet złotówki, bo każda złotówka była na wagę złota i musiała zostać odłożona – cała ta sytuacja sprawiała, że jeszcze bardziej zagłębiałam się w temat pozytywnego myślenia, by dać sobie z tym wszystkim radę, by to wszystko udźwignąć. Dziś choć znów powinnam odkładać pieniądze, nie umiem już być tak konsekwentna jak wtedy. Z perspektywy czasu widzę, jak ogromnie musiałam być zdeterminowana. Ale pokazałam wtedy samej sobie, że… da się. Tylko trzeba zrezygnować z wielu, wielu rzeczy. Może wtedy aż przesadzałam z tą oszczędnością, z tym liczeniem, z tym nie wydawaniem nawet nadprogramowej złotówki, ale wiecie co? Bez tej konsekwencji, kilka miesięcy później nie miałabym z F. tej kasy którą odłożyliśmy. Jak się okazało – nie mogło być inaczej. Po roku ciężkiej pracy, dostaliśmy kredyt i trzeba było włożyć dużo pieniędzy we wkład własny. I te pieniądze były, czekały. Ostatnie wpływy za współprace odbierałam jeszcze na kilka dni przed wpłatą wkładu własnego. Wszystko na styk… Pamiętam jak ktoś na FB dziwił się… jeju! Żeby dostać taki kredyt trzeba zarabiać z pięć tysięcy. Na pewno dostaliście kredyt? – nie no nie dostaliśmy, ściemniam tak dla frajdy. Skoro ktoś sam powiedział ile trzeba zarabiać i skoro wie jakie są realia w ubieganiu się o kredyt… to widocznie tyle zarabialiśmy… to jest stolica. Tutaj nie zarabia się tysiaka na głowę… co nie czyni z nas wciąż bogaczy, bo wydatki są dwa razy wyższe ( wynajmując mieszkanie), więc wychodzi na to samo jeśli patrzeć na to, ile człowiekowi zostaje.
Po dostaniu kredytu wydawało nam się, że najgorsze już za nami. Nie wzięliśmy jednak pod uwagi faktu, że … mieszkanie jest do odbioru dopiero za … ponad rok. A kredyt trzeba spłacać… JUŻ. A do wydatków doszło nam jeszcze przedszkole – to było priorytetem, żebym mogła zacząć normalnie pracować w domu, bez wiecznego odrywania się. Na początku wszystko szło dobrze, ale kilka miesięcy temu, wszystko zaczęło się sypać. Blog wciąż hulał, ale praca F. zaczęła stawać pod wielkim znakiem zapytania. Widoków na coś lepszego nie było… Co chwilę coś szło nie tak. Kiedy już coś odkładaliśmy – nagle zaczynały się choroby, nagle psuło się auto. I nie były to naprawy za kilkaset złotych… Starałam się to wszystko ogarniać, na każdy wydatek reagowałam: phiii, damy radę. Ale powoli miałam dość. Czułam się w tej walce o lepsze jutro, osamotniona. F. był przybity z dnia na dzień coraz bardziej, ja zaczęłam sobie wymyślać, że pewnie mnie już nie kocha ( typowa kobieta). W lutym tego roku, było już naprawdę fatalnie. W auto wtopiliśmy ok. 5 tysięcy, pensje F. zmalały o połowę, a ja byłam wykończona. Wyjechałam do rodziców, miałam ochotę rzucić to wszystko w pizdu. Ale karta się odwróciła. F. od dwóch miesięcy walczył o stanowisko w firmie o dobrej renomie. Zgłosił się tam sam ze swoją ofertą, trochę go zwodzili, ale… po powrocie do Warszawy, oznajmił mi, że się udało. I zaczął się… najbardziej ciężki i intensywny czas w naszym życiu. Była jednak „mała” różnica, pomiędzy tym intensywnym czasem, a pomiędzy tym sprzed roku… Teraz wiedzieliśmy, że ta tyrka i te wszystkie pieniądze, które teraz wydajemy – to nasza wielka inwestycja. Inwestycja w w jego pracę, która nareszcie pozwoli nam nie martwić się o to jak przeżyć do pierwszego. Inwestycja w pracę, w której będzie czuł się dobrze, będzie dobrze zarabiał i będzie miał poczucie, że robi coś co lubi i że jest to gra warta świeczki.
Zaczęło się załatwianie samochodu, leasingu – mnóstwo kosztów, bo nie dosyć, że chcieliśmy wpłacić jakiś wkład własny, to jeszcze ubezpieczenia za 5 tysięcy, kolejny raz zepsuta astra i naprawa za ponad tysiaka, kupno sprzętu do pracy za kilka tysięcy, i masa innych wydatków związanych z tą pracą. Nawet za każdy głupi papier z każdego urzędu, trzeba było płacić po 30 zł… Zrobiliśmy sobie u rodziny spory dług, po raz pierwszy, ale… ale nie była to głupia pożyczka na nasze zachcianki. Była to pożyczka na inwestycję w nasze lepsze życie…
Do października, kiedy to odbierzemy mieszkanie, zostało jeszcze trochę. Jestem zdeterminowana, by do tego czasu nie tylko wyjść na zero, ale jeszcze odłożyć coś grosza na wykończenie. Każda porażka, każdy dzień, w którym nie mam widoków na jakiś zarobek – to dla mnie motywacja, by dawać tu z siebie jeszcze więcej… siebie. Wciąż nie robię biznesplanów, a jedynie myślę jak tworzyć jeszcze lepiej… każdy Wasz komentarz, każda Wasza aktywność – to moja siła napędowa, dzięki której chcę robić to dalej. Jestem wdzięczna za tą pracę, jestem wdzięczna za to, że Bóg obdarzył mnie taką siłą i determinacją.
Jestem wdzięczna, że z F. nie powiedzieliśmy w chwilach zwątpienia tych najgorszych słów, które na pewno wszyscy dobrze znacie: nie da się tego zrobić. Bo jak widać – wszystko się da. Tylko trzeba pamiętać, że … prawie zawsze coś dzieje się kosztem czegoś. Żeby wieść spokojne życie, mieć stabilizację finansową, i nie martwić się wiecznie czy starczy do końca miesiąca – żeby to wszystko osiągnąć, trzeba się najpierw ostro nagimnastykować. Nie chodzi mi tylko o tyrkę fizyczną, ale o umiejętność podejmowania decyzji, cofania się czasem w tył, wiedząc, że to zaprocentuje. Sama tyrka dla pieniędzy, byle przeżyć może trwać w nieskończoność. Jeśli Ci źle – musisz myśleć nieustannie co można zmienić, czyhać na okazje, a przede wszystkim wierzyć. Gdyby nie wiara, nie byłabym tu gdzie jestem, nie miałabym tego co mam.
Tak. Nie jest łatwo, ale nie chcę już na to patrzeć w kategorii: będzie ciężko. Owszem, będzie, ale … przecież zmierzamy na szczyt. A droga pod górkę, nigdy nie jest łatwa… Dlatego – nigdy nie narzekaj, nigdy się nie poddawaj. Walcz o swoje marzenia i nie czekaj aż ktoś podstawi Ci coś pod nos. Nie jest łatwo, ale z drugiej strony… możliwości jest wiele. Nie poddawaj się za każdym razem, kiedy coś nie wyjdzie. Porażki są po to, by dać nam lekcję, by nas zahartować. Gdyby osiągnięcie sukcesu było proste, a droga do niego usłana różami – osiągałby go każdy. Tymczasem zobacz… zobacz ilu ludzi wypada z tej drogi, bo… za trudno, za długo, za ciężko. Na szczyt dochodzą Ci najbardziej zdeterminowani. Ci, którzy nie siedzą na kanapie i się nad sobą nie użalają, tylko działają. Ci, którzy po porażce, wstają się, otrzepują i cisną dalej. Pokłady siły potrzebnej do osiągnięcia sukcesu, ma w sobie każdy z nas. Są jednak skryte bardzo głęboko… należy się do nich po prostu dokopać, poznać je i pielęgnować. Z czasem będziesz już wiedział co robić dalej… gwarantuję Ci. Po prostu zrób pierwszy krok…
… i zacznij iść na sam szczyt.
Ostatnie miesiące są dla mnie niezwykle refleksyjne. Rozważania o życiu, szczęściu, o tym co ważne i ważniejsze. Z osoby marzącej o wielu dobrach materialnych, stałam się osobą, która poprzez modlitwę i odpowiedni tok myślenia, pragnie czuć spełnienie w świecie spokoju, miłości i szczęścia, wierząc, że reszta to tylko ładne dodatki.
Dwa lata to mało, ale patrząc na to co miałam w głowie dwa lata temu, a co mam teraz, śmiem twierdzić, że to kawał czasu. Nie wspomnę już o tym, co w głowie miałam więcej niż dwa lata temu, bo jakoś nie mam ochoty tego wspominać. Choć należałam do osób nad wyraz dojrzałych, to jednak większości świata pokazywałam się od najmożliwiej najgorszej strony. Przybierałam tysiące masek, bo nie wierzyłam,że ktoś może polubić mnie taką jaką jestem. Gdybym dziś na jednej z imprez widziała siebie z przeszłości, podeszłabym, wzięłabym za szmaty i strzeliła kilka razy po pysku. Ale pewnie nic by to nie dało. Wszystko dzieje się po coś i musimy przejść czasem przez piekło i kilka bagienek, by dotrzeć do punktu, w którym nareszcie zrozumiemy o co chodzi w życiu i co w tym życiu jest ważne. Być może łatka przeszłości, nieco przekoloryzowana, na zawsze będzie ciążyć i sprawiać, że wśród ludzi, których z tej przeszłości znam, będę czuć się niepewnie, ale ... to nic. Bo nareszcie mogę być sobą. I nareszcie pokazuję się światu taka jaka jestem. Maski wyrzucone do kosza, już nigdy nie wrócą. Świat zobaczył mnie bez makijażu, głupkowatą, śmiejącą się z mało śmiesznych rzeczy, robiącą dziwne miny, ale też zobaczył mnie poważną, potrafiącą gadać o życiu, kasie i wielu innych rzeczach. O dziwo, świat mnie polubił... Właśnie wtedy, gdy przestałam dbać o to, czy polubi mnie ktokolwiek.
Od początków tego bloga, niby byłam sobą, ale szukając swojego miejsca na ziemi, zmieniałam oblicza jak skarpetki. Raz ostra, raz Matka Teresa, raz pewna siebie, raz zdołowana i pesymistka. Chyba nieświadomie testowałam, kiedy ludzie lubią mnie najbardziej, a może kiedy ja siebie najbardziej lubię? A przecież najbardziej lubi się prawdziwość. Wątpiłam w to jednak, za każdym razem, kiedy widziałam jak pięknie sprzedaje się fałsz i obłuda. Próbowałam nawet iść tą ścieżką, ale nie należę do osób, które potrafią udawać i czuć się z tym dobrze na dłuższą metę. Jesteśmy wyjątkowi, tacy jacy jesteśmy. Jedyni, w swoim rodzaju. I żadna to satysfakcja, jeśli podziw wzbudza się swoją "kreacją", a nie prawdziwym obliczem.
Nie pamiętam już dnia, kiedy po raz pierwszy odpaliłam instastory na instagramie i dałam się temu ponieść... zaczęłam gadać coraz to więcej i więcej i nagle uświadomiłam sobie, że nagrywanie tych krótkich filmików jest czystym spontanem. Nieprzemyślanym i porywczym, jak gdybym nagle pobiegła za małolata do przyjaciółki i zaczęła jej nawijać o wszystkim i o niczym. Nagle poczułam, że... ja to ja. Kochaj mnie jaką jestem, podziwiaj, lub po prostu polub. Ale jeśli takiej mnie nie polubisz to... nawet nie chcę nic z tym robić. Bo nie zależy mi już na tym, by lubili mnie wszyscy. Tak się po prostu nie da. Co z tego, że starałabym się być dla wszystkich, skoro nie byłabym dla siebie, nie byłabym ze sobą. Wiecznie musiałabym udawać. A ja już nie chcę... i niczego nie muszę. I tak mi cholernie z tym dobrze.
Dystans - dzięki tym krótkim filmikom, które funduję Wam czasem w ilości hurtowej - dzięki nim zyskałam dystans, jakiego wcześniej nie miałam nigdy. To na co nie mogłam patrzeć - krótkie, żółtawe zęby, zmarszczka na czole, dwie brody, garbaty nos - to wszystko stało się czymś o czym potrafię mówić, z czego potrafię żartować, albo mieć to totalnie w dupie i wcale nie zwracać na to uwagi. Będąc po prostu sobą, działając spontaniczne, bez przemyślanej strategii ; będąc z Wami szczerą i szczerze gadając o kasie, o zarabianiu na blogu, o kurwicy, o problemach - zaczęłam przyciągać coraz to więcej normalnych, szczerych, pozytywnych babek. Gadanie do Was, choć czasochłonne, jest rzeczą, która akurat w zarabianiu nie sprzyja mi wcale. Statystyki instagrama czy tych filmików nie są czymś za co dostaję przelewy. Za to gadanie do Was, dostaję znacznie więcej. Waszą przyjaźń. I choć dla niektórych może brzmieć to śmiesznie, bo jesteśmy tylko wirtualną społecznością - to ja mam to gdzieś. Świat wirtualny to tylko początek, który może już wkrótce przeobrazić się w prawdziwą herbatę i lody na mieście.
Dzisiaj już nie dbam o pozory. Jestem jaka jestem. Zmieniam się, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Znalazłam w sobie pokłady niesamowitej energii, która pozwala mi w tej czasochłonnej pracy, wygospodarować czas dla Was - dla ludzi takich jak ja - którzy chcą pogadać o pierdołach, a czasem o sprawach wielkiej wagi. Czuję jakąś misję, by być dla Was zawsze, kiedy tego potrzebujecie. Bo jakby nie patrzeć - dzięki Wam, jestem tu gdzie jestem.
Odkąd zobaczyłam, jak relacje, w których nie zastanawiamy się jaką maskę założyć, wpływają na moje samopoczucie - zaczęłam brzydzić się fałszem i internetowymi kreacjami. Choć mój blog rozwija się w ekspresowym tempie i do niszowych zdecydowanie już nie należy, to ja jednak nadal pozostaję z boku, podtrzymując ścianę. Nie ma sensu robić z siebie na siłę przebojowej laski, która podchodzi do wszystkiego dopiero po tym jak rozpisze sobie plan korzyści i strat. Dobrze mi w swoim zaciszu domowym i w swoim małym świecie marzeń. Dobrze mi w ciszy, pracując nad nowymi projektami, w których skupiam się na jakości, a nie na tym, by przyniosły mi sławę. Dobrze mi czytając książki, rozwijając się, zgłębiając coraz to inne tajniki szczęśliwego życia. Zrozumiałam, że życie, którego kiedyś pragnęłam - intensywne, bogate, przebojowe - nie jest dla mnie, bo nie przynosi mi spełnienia. Każdy z nas jest inny. Ja odnajduję się w harmonii i w prostym życiu, w którym osiągam swoje mniejsze i większe cele. Czasem celem jest rodzinny weekend przed telewizorem, a czasem zarobienie na kurtkę. Może kiedyś celem będzie wyjazd za granicę, a innym razem spacer z dzieckiem i rozmowa o marzeniach. Nieważne co nim będzie - jego spełnienie ma przynieść mojej osobie satysfakcje. Mojej osobie, a nie światu... światu, który byłby piękny, gdyby każdy z nas żył dla siebie, a nie dla innych, nie dla pozorów, nie dla iluzji...
Bycie sobą się opłaca. A za możliwość bycia sobą i czucie się z tym dobrze, jestem ostatnio niezwykle wdzięczna. Bo dopiero teraz czuję, że ... mogę wszystko. Nie zastanawiając się czy wypada, czy nie wypada, czy to wpasowuje się w czyjeś oczekiwania, czy nie. Idę za tym co czuję, robię tak jak chcę i wierzę, że pozwoli mi to być szczęśliwym człowiekiem.
I trochę mi jedynie szkoda, że w dzisiejszych czasach, bycie normalnym i bycie sobą, jest jak towar deficytowy. Blask kłamców i przebojowości na pokaz, stawia nas gdzieś w cieniu, pod ścianą. Ale wiecie co? My w tym cieniu jesteśmy, bo jest nam w nim dobrze. I to nas odróżnia od pajaców, którzy czy w cieniu czy w blasku - zawsze będą tylko "kreacjami", które żyją na pokaz. Żyjemy w czasach kiedy zwyczajne osoby i zwyczajne życia przestają się liczyć. W dobie internetu wszyscy nagle chcą wieść życia, które do tej pory widzieliśmy tylko w telewizji i gazetach. A instagram stał sie narzędziem, które pozwala wykrzywiać rzeczywistość i pokazać się światu jako ktoś zupełnie inny. Ale czy lepszy? Czego tak naprawdę chcesz od życia? Stada baranów, które podziwia Cię, bo masz kasę i śpisz w drogich hotelach? Ciemnej masy, która gratuluje Ci faceta bo dostałaś bukiet za 5 stów, a jakbyś dostała jedną różę, to już niekoniecznie? A może chcesz po prostu ludzi, którzy lubią Cię po prostu... za Twój całokształt. Za to jaka jesteś, a nie za przedmioty, którymi się otaczasz, nie za bogatego faceta, nie za urodę. Po prostu. Za wnętrze, uśmiech, życzliwość, naturalność.
Więc... zanim zaczniesz czegokolwiek komu zazdrościć. Zanim spojrzysz w lustro, zastanawiając się, co jest z Tobą nie tak. Zanim uwierzysz w obrazek szczęśliwej, bezproblemowej rodziny, zanim uwierzysz w bajki i baśnie pisane przez internetowych twórców - zanim przez te wszystkie obrazki bezproblemowych żyć, popadniesz w kompleksy - spójrz w lustro i powiedz sobie... " Ja też umiem pisać bajki. Ale w międzyczasie wolę realnie tworzyć swoją własną. Najlepszą na świecie. Która nie ma sobie równych." - bo wszystkie nasze życia mogą być piękne i wartościowe - i w przeciwieństwie do bajek, którzy niektórzy nam codziennie serwują - będą prawdziwe...
Przeprowadzka do Warszawy była jedną z moich wielu spontanicznych decyzji. Miałam wyjechać sama, z Polą. Zmęczona kłótniami w związku, słabą sytuacją finansową, toksycznymi ludźmi - powiedziałam "żegnaj" swojemu ukochanemu, usunęłam listę kontaktów, na której miałam milion znajomych z rodzinnego miasta, sprzedałam większość swoich rzeczy, wypowiedziałam mieszkanie, wsadziłam w kieszeń niewiele swoich oszczędności, zatankowałam auto i... ruszyłam. Całe szczęście on ruszył też. Ruszyliśmy wszyscy. Pojechaliśmy w stronę lepszego świata.
Dla dziewczyny z małego miasta, Warszawa była ... światem. Światem luksusu, pieniędzy, sławy. Jednak nie po to tam jechałam. Jechałam tam po to by odzyskać... siebie. By zyskać możliwości i rozwinąć skrzydła. Mimo takiego zamiaru przechodziłam przez różne etapy. Od zachłyśnięcia się stolicą, licznymi zaproszeniami na ważne eventy, po coraz bardziej słabnące parcie na cokolwiek związanego ze znajomościami, istnieniem w jakimkolwiek światku. Im więcej pracowałam, tym coraz bardziej zaczynałam rozumieć mechanizmy jakichkolwiek biznesów. Fałsz i obłuda everywhere. Zaczęłam się alienować. Coraz częściej uciekać w swój mały, nieznany nikomu świat. Być może stałam się nudna, ale przestało mi zależeć na robieniu wokół siebie sztucznego zamieszania. Mój blog był najbardziej "popularny" kiedy miałam lat 21, maleńkie dziecko, a kontrowersje budziły u mnie rozstania z narzeczonym, zjedzenie czegoś złego podczas karmienia piersią, czy zostawianie dziecka wieczorami i chodzenie na siłownię. Przyciągałam do siebie dziwnych ludzi, ale najwidoczniej taką energią emanowałam. Może lubiłam ten szum i bycie "na językach". Dziś dziękuję Bogu, że z tego wyrosłam, że dojrzałam. Nie mam do siebie żalu o tamten czas, bo każdy człowiek przechodzi przez różne etapy i wszystkiego musi spróbować. Grunt, by na końcu wybrał dobrze, zrozumiał co jest warte zachodu, a co nie. Warszawa z czasem w moich oczach stała się wielkim światem, ale nie takim, w którym liczy się tylko $$$. Ja zaczęłam tutaj doceniać możliwości rozwoju intelektualnego i duchowego. Poznawałam nowe kultury, różnych ludzi, różne narodowości. Poznawałam nowe budynki, różnorodną architekturę. A przez to wszystko poznawałam ... siebie.
Zrozumiałam, że nieważne co się w życiu dzieje, najważniejsza jest rodzina. I być może wszyscy w tym momencie krzykną: dla mnie też! Ale czy na pewno tak jest? Łatwo olać to co najważniejsze, kiedy jak dzik pędzi się po wymarzone mieszkanie, po pieniądze na to mieszkanie, po rozwój, niektórzy po fejm - takich przykładów wkoło coraz więcej... Dlatego zaczęłam uczyć się równowagi, a przede wszystkim wytłumaczyłam sobie, że mimo iż czasem trzeba zapieprzać ostro pod górkę, żeby za chwilę z tej górki zjechać i odetchnąć... to trzeba wiedzieć kiedy wciskać pauzę, by nie umknęło nam to co najważniejsze! I by w tej całej gonitwie nie przegapić momentu, w którym nasze relacje z najbliższymi zaczynają się rozpadać.... Ja pod górkę pędziłam całkiem ostro, nasze życie to był jakiś kosmos. Praca od świtu do nocy, w tym wszystkim dziecko, brak jakiejkolwiek pomocy. Nie raz wątpiłam, miałam dość, chciałam wracać, chciałam rzucać blog. Ale nie dałam się. Pracowałam ostro, czasem rozmywały mi się priorytety, ale koniec końców, zawsze szłam za głosem swego serca, nie robiłam nic przeciwko sobie samej. Każdego rana budził mnie widok najdroższych mi osób, które wynagradzały mi WSZYSTKO. Wiedziałam, że dla nich warto. Ale nie warto ich kosztem.
To co wciąż nie dawało nam spokojnie funkcjonować, to brak własnego "M". To w jaki sposób udało nam się uzbierać pieniądze na wkład własny to efekt zaciśnięcia pasa do tego stopnia, że nie raz chciało mi się wyć. Nie pozwalaliśmy sobie absolutnie na nic, poza tym co potrzebne do przetrwania. To był dobry sposób, ale tylko wtedy jeśli w głowie miało się odpowiedź na pytanie: po co to robisz. My mieliśmy cel, wiedzieliśmy po co to robimy. Wiedzieliśmy, że może teraz nie pozwolimy sobie nawet na batonik za 2 zł, ale kiedyś, kupimy tych batoników nawet 20 na raz... Chodziłam w jednych, podartych już trampkach, starym płaszczyku, a tubkę od fluidu męczyłam tak długo, aż nie mogłam jej już pociąć na mniejsze kawałki i nie mogłam dostać się już do żadnego zakamarka. Opłaciło się. Kiedy uzyskaliśmy zdolność kredytową, mieliśmy odłożone pieniądze, dzięki którym mogliśmy ruszyć z wszystkimi formalnościami. Warszawa pomogła nam tym, że F. nie narzekał na brak pracy, a ja nie narzekałam na brak zleceń. Możliwość spotkań "face to face" z firmami zainteresowanymi współpracą ze mną, sprawiła, że na koncie miałam znacznie więcej współprac, a co za tym idzie - pieniędzy, które mogłam odłożyć. I mimo ogromnego rozwoju mojej strony...
Stolica ma to do siebie, że charakteryzuje się biegiem. Nieważne w jakiej pracujesz branży - na pewno nie jesteś w niej niezastąpiony. Żeby utrzymać się na powierzchni musisz się nagimnastykować, bo na Twoje miejsce jest 1000 takich osób jak Ty. Ja miałam ten komfort, że sama sobie byłam ( i jestem) szefem. Ale i w mojej branży ludzie urządzają sobie wyścigi. Sama chciałam kiedyś w niech biec... Wszystko się zmieniło w momencie, kiedy na naszym stole wylądował akt notarialny. Poczułam w sobie jakąś lekkość, jakbym uwolniła się od największego, życiowego ciężaru. Grunt pod nogami jaki zyskałam, wraz z kupnem mieszkania, poczucie bezpieczeństwa - te rzeczy sprawiły, że wszystko stało się łatwiejsze. Stwierdziłam, że jakoś nic więcej nie jest mi już potrzebne. Nareszcie mogę odetchnąć. Jakiś czas później, udało nam się wysłać Polę do przedszkola, a ja mogłam pracować jeszcze więcej, a co najśmieszniejsze - wcale nie dało to skutku, zachłyśnięcia się pracą i pieniędzmi, a wręcz odwrotnie - jeszcze bardziej zaczęłam doceniać rodzinę, drobne przyjemności i całkowicie zrezygnowałam z wyścigu szczurów, biznesplanu, jakiegokolwiek konkurowania z kimkolwiek i ogólnie postrzegania swojej pracy w kategorii inwestycji, marketingu itp... Poszłam za głosem serca.
Po raz kolejny przewartościowałam swoje życie. Usunęłam prywatny facebook, kiedy Pola była w p-kolu pisałam w przypływach weny, odpisywałam na Wasze wiadomości, myślałam nad fajnymi rzeczami, które mogę Wam pokazać, wydurniałam się na instastory i pokazywałam Wam prawdziwą siebie. Wymyślałam ciekawe projekty, latałam na służbowe spotkania i realizowałam to, na co miałam ochotę. Przestałam odczuwać potrzebę chwalenia się tym co osiągam, a skupiłam się na tym, by robić to co lubię, nieważne czy dotrze do 100 czy do 10 000 osób. Ilość przestała mieć dla mnie znaczenie. Rzeczy materialne również zmalały w moich oczach i przestały być dla mnie rzeczami wielkiej wagi. Olałam wyścig szczurów, przestałam śledzić rankingi, plebiscyty blogowe, sprawdzać tabelki. Nie mogłam pozwolić na to, by jeszcze kiedykolwiek coś takiego, przysłoniło mi to co najważniejsze. Nigdy więcej przedkładania pasji czy pracy nad rodzinę i prawdziwe emocje. Wystarczy, że moja praca daje mi jakieś pieniądze, pozwalające godnie żyć. Blichtr nie jest mi potrzebny...
Stolica wymaga od nas wiele. O ile w małym mieście wszystko płynęło wolniej i spokojniej, doba zdawała się być długa, a wydatki dzisiaj zdają się być dla mnie śmieszne - tak w stolicy nagle rzucono nas na głęboką wodę, wymagając od nas harówki, jakiej nie znaliśmy, organizacji i masy wyrzeczeń na początku drogi. Ale to wszystko ma swój cel - uczy nas pokory. Stolica trochę mnie rozczarowała, bo pokazała mi dwa różne od siebie światy: świat, w którym nie liczy się nic poza hajsem, i świat, w którym są ludzie, którzy żyją tu i teraz, bez parcia na kasę i fejm. Warszawa pokazała mi brutalnie, że najbardziej liczy się ten pierwszy świat, a władzę mają ludzie, którzy się w nim znajdują. Ta wyraźnie ukazana skrajność, sprawiła, że zaczęłam brzydzić się tym wyścigiem, zaczęłam brzydzić się próżnością, a nawet trochę tym co materialne. Postanowiłam, że NIGDY nie stanę się taka jak oni. Stałam się innym człowiekiem, który świadomie zrezygnował z wielu pozornie zajebistych rzeczy. To co najbardziej zajebiste w życiu każdego z nas, to ludzie, z którymi żyjemy, emocje, które z nimi tworzymy, wydarzenia, które z nimi celebrujemy. Ale teraz przed nami już...
I choć czeka nas jeszcze trochę pracy, rewolucji zwłaszcza u mojego F. i sajgonu związanego z pójściem na swoje - to jak tylko zamkniemy drzwi od naszego mieszkania i dopniemy kilka innych naszych spraw w tym roku - odetchniemy i zaczniemy wieść nasze wymarzone życie. To ostatnia prosta, w której podejmiemy kilka najważniejszych życiowych decyzji. To ostatnia prosta, w której już zdecydowaliśmy co jest dla nas najważniejsze. Świadomie zrezygnowaliśmy z rzeczy, które być może wypchałyby nasze portfele po brzegi i pozwoliły nam się obracać w "wyższych sferach" tylko pytanie co nam to da. Wybraliśmy siebie. Zamiast tyrki po nocach, granie razem w gry na xboxie po nocach. Zamiast eventów i ścianek, śniadania w łóżku. Zamiast spisywania biznesplanów, spisywanie marzeń... Wyścig szczurów szczurów zamieniliśmy w spokojną podróż w głąb siebie, podróż w stronę szczęścia. I będzie to...
Tak. Stolica zdecydowanie zmieniła nas na lepsze, uratowała naszą rodzinę, priorytety i wartości. Rajem nie jest teraz Warszawa, tylko nasze życie w niej. Stolica otworzyła nam wiele drzwi, pokazała możliwości, nauczyła ciężkiej pracy i pokazała nam, że... w niej, że w tym mieście jest nasz dom. A tego domu nie stworzą nigdy przedmioty, obcy ludzie, fejm czy kasa. Dom stworzą ludzie i uczucie między nimi. I taki dom tworzymy już teraz my. A teraz rozpoczyna się dla nas najpiękniejsza podróż w naszym życiu. I w tą podróż zapraszam również Was... Mam nadzieję, że jeszcze wiele razy Was wzruszę, rozśmieszę, zainspiruję, a może skłonię do zastanowienia nad własnym życiem... Dziękuję, że jesteście! Wkrótce przygotuję dla Was wpis, z konkretnymi już informacjami i "radami" dla osób, które rozważają przeprowadzkę do wielkiego miasta. Bądźcie cierpliwi! Ściskam. A.
Dlatego tak cholernie doceniam WSZYSTKO co się dzieje w moim życiu, a oczywiste zamieniam w niezwykłe. A o czym marzyłam? Właśnie o tym, by nie musieć ciągle zaczynać od nowa - choć rok temu jeszcze to lubiłam, ale chyba wynikało to z tego, że z każdym rokiem chciałam wielkich zmian, rewolucji - a dziś pragnę jedynie kontynuować to wszystko, co udało mi się w zeszłym roku rozpocząć, zrealizować, unormować, naprawić. Nie chcę już zaczynać życia od nowa, tylko kontynuować tą piękną książkę, zwaną życiem, którą zaczęłam tak naprawdę pisać w zeszłym roku.
Pozmieniało się wiele... to był dla mnie przełomowy rok. Pełen wyrzeczeń, często pełen płaczu i kłótni - jak to często bywa, kiedy liczy się każdy grosz. Ale mniej więcej w połowie 2016 roku, te wszystkie wyrzeczenia, to noszenie jednych poddartych już spodni, kupowanie tylko tego co potrzebne, chodzenie z kalkulatorem po markecie, i ta ciężka praca i zarwane noce - to wszystko zaowocowało pięknym aktem notarialnym, który wylądował pewnego dnia na stole w naszej kuchni. Kiedy przypomnę sobie tą motywację, tą konsekwencję w odkładaniu każdego grosza, w liczeniu każdej złotówki - kiedy przypomnę sobie ten power, to życie na pełnych obrotach - jestem tak cholernie dumna. Ze mnie, z niego, z nas. I z niej, że tak często była dla mnie wyrozumiała, kiedy jeszcze nie chodziła do przedszkola. I choć mieszkanie to rzecz nabyta, to rzecz materialna - to była mi cholernie potrzebna do tego, by czuć grunt pod nogami, by czuć się bezpiecznie i żyć ze świadomością, że zainwestowaliśmy w przyszłość. Dla siebie, dla naszego dziecka.
To był nie tylko rok, w którym udało nam się kupić mieszkanie. Udało nam się także wejść w inny wymiar związku i miłości. Uczucie między nami ewaluowało i wkroczyło na wyższy poziom. Bardziej dojrzały i świadomy. Mam wrażenie, że kocham tego gościa coraz mocniej i mocniej, choć czasem mam ochotę go udusić i teleportować na drugi koniec świata. Ale może tak musi być?
I to piękne, że udało mi się spełnić największe marzenie, że udało mi się kochać w sposób o jakim zawsze marzyłam. Ale to wszystko nie wydarzyłoby się gdybym... gdybym w tym roku tak mocno nie wierzyła, tak mocno nie postawiła na uczenie się samej siebie, uczenie się motywacji, zgłębienie tajników i sekretów tych ludzi, którzy tak konsekwentnie realizują swoje cele. Dzisiaj już wcale nie obchodzi mnie, czy ktoś śmieje się ze stosu moich książek o pozytywnym myśleniu, czy ktoś moją paplaninę uważa za pranie mózgu. Na własnej skórze odczułam i zrozumiałam, że wiara i odpowiedni kierunek naszych myśli, to klucz do sukcesu na każdej płaszczyźnie życia. Wydawało się to kiedyś zbyt proste. Wystarczy zmienić myślenie i już... a jak się okazało, to najcięższa praca jaką człowiek może wykonać. Praca nad samym sobą. Dlaczego najcięższa? Bo nie trwa dnia, tygodnia, miesiąca, a nawet roku. Trwa całe życie.
Wiem, że jeszcze wiele przede mną. Dużo rzeczy można ulepszyć, dużo rzeczy można jeszcze rozwinąć. Ale jest już dużo lepiej niż było dwa lata temu. Ba! Jest dużo lepiej niż było nawet rok temu. Dotyczy to sytuacji materialnej, która nareszcie nie zmusza mnie do rezygnowania ze zbyt drogiej szynki w sklepie. Sytuacji materialnej, która wreszcie pozwala mi bez wyrzutów sumienia kupić kurtkę zimową za więcej niż 200 zł... Dla kogoś to może być norma, ale dla mnie jeszcze niedawno kupienie sobie czegokolwiek, nawet za 20 zł, odkąd żyjemy na własny rachunek, było naprawdę wyczynem... Nadal nie szastam kasą, bo wydatków mamy teraz całą masę i niewiele zostaje, ale przy odrobinie chęci, udaje mi się wygospodarować pieniądze na większą ilość ciuchów dla dziecka, czy jeden lepszy ciuch dla siebie. Polepszenie mojego życia dotyczy też kontaktów z ludźmi, a właściwie ich ograniczenia. Zrezygnowania z ludzi, z którymi w kontaktach ja tylko wkładałam, ale nic nie wyjmowałam. Odcięłam macki i bez żadnych sentymentów zrezygnowałam z ludzi, którzy nic nie wnoszą do mojego życia, którzy próbują coś ugrać, albo próbują grać mi na emocjach.
Poczyniłam wiele postępów, ale najpiękniejszym jest to, że z ręką na sercu mogę powiedzieć: stałam się lepszym człowiekiem. Człowiekiem nie chowającym urazy, człowiekiem, który nie zazdrości. I właśnie dlatego, nie chcę już niczego zaczynać od nowa. To był piękny, przełomowy rok, który choć wiele razy mnie załamał, wiele razy podciął mi skrzydła, wiele razy zmusił do płaczu - to mimo wszystko pokazał mi, że życie jest piękne. A to co w nim najważniejsze to nie pieniądze, sława, drogie torebki w szafie i zakupy w luksusowych butikach. Najważniejsze w życiu to kochać i być kochanym. Wierzyć w siebie i wierzyć w innych. Dbać o siebie i swoich bliskich. Być dobrym, czynić dobro, i otaczać się dobrem... najważniejsze w życiu to być człowiekiem, który może być przykładem dla innych.
Czego życzę sobie na ten rok? By był tak samo dobry jak poprzedni, a nawet jeszcze lepszy... A Wam? Wam życzę, byście dążyli co sił do spełnienia swoich najskrytszych marzeń. Byście osiągnęli swoje cele, nawet te, które wydają Wam się nieosiągalne. Byście swoje życie przepełnili dobrem... Życzę Wam tego, czego Wy sami sobie skrycie życzycie. Dobrego roku kochani. Dobrego życia!
Nie wydarzyło się w naszym życiu nic tragicznego, prócz chorowania w ostatnich dniach, ale zdecydowanie nie były to dla nas najlepsze dni... Mimo podpisanych umów, musiałam wstrzymać się z pewnymi przedsięwzięciami i po prostu pomyśleć o sobie i o niej. Tylko, że z nią z dnia na dzień było coraz lepiej, a ze mną z niewiadomych powodów wręcz odwrotnie. Chodziłam po ścianach z gorączką 40 stopni, która po lekach schodziła tylko na chwilę. Całe szczęście dziecko okazało się nad wyraz wyrozumiałe i leżało razem ze mną, oglądając bajki na zmianę na telewizorze i na telefonie... Oczywiście wstawać musiałam, a to opróżnić nocnik, a to zrobić piciu, ale... będąc matką nie można inaczej, wie to każda z Was.
Ten tydzień spędzony z nią znów jak kiedyś 24 na dobę, choć w amoku, był mi potrzebny, by dostrzec rzeczy, których odkąd chodzi na tyle godzin do przedszkola nie dostrzegałam. Być może to był Boży plan, byśmy znów były obok siebie non stop i byśmy cieszyły się przytulaniem od rana do noc. Mimo fajnego przedszkola, cieszyłam się, że nie musimy zrywać się rano, nie musimy się żegnać, a ja nie muszę gnać pracować... mimo okropnego samopoczucia i niejednokrotnie wycia z bólu, co u mnie jest rzadkością - czułam, że wszystko inne wygląda jak należy, bo mam ją obok. Chyba naprawdę za nią tęskniłam, a przecież miałam ją przy sobie każdego dnia. Widocznie to było za mało. A może podświadomie chciałam, by wydarzyło się coś, co zmusiłoby nas do wrócenia do trybu przed pójściem do przedszkola. A może ... może to był test? Test cierpliwości, której ostatnio tak bardzo mi do niej brakowało?
Przyznam to szczerze... czułam ostatnio, że tracę nad sobą kontrolę. Bunt Poli dawał mi tak mocno w kość, że niejednokrotnie musiałam uciekać do łazienki, żeby po prostu nie wybuchnąć. Ileż można słuchać furii o nic, ileż można tłumaczyć, rozmawiać na spokojnie i mieć wrażenie, że to wszystko na nic. Wiedziałam, że to przejściowe, ale czułam, że z pewnych powodów, cierpliwość zaczyna być coraz mniejsza... A przecież chodzi do przedszkola i nie spędzam z nią całych dni. Jak ja dawałam radę, kiedy tak było?!
Kiedy na izbie nosiłam ją na rękach, sama mając gorączkę, analizowałam wszystko, cofałam się pamięcią do poprzednich miesięcy i próbowałam zrozumieć, gdzie tkwi błąd. Miałam dziwne wrażenie, że trochę się od siebie oddaliłyśmy i zrozumiałam w tym momencie co czują matki, kiedy ich dzieci wyprowadzają się z domu. Mimo zdrowego rozsądku, który zachowuję w macierzyństwie, chyba jednak trochę zafiksowałam się na jej punkcie, na tym, że jesteśmy dla siebie najważniejsze, a przecież nie zawszę w jej życiu będę tylko JA. Już nie jestem, jest przecież tata, babcie, a teraz to już przyjaciele z przedszkola... może gdzieś w środku nie potrafiłam się z tym pogodzić? A może zrodził się we mnie jakiś smuteczek, że ten mały człowiek, dla którego jestem w stanie zrobić i oddać wszystko, potrafi pokazać mi jak ma mnie dość, a ja z naturą człowieka wrażliwego ponad ogólnie przyjętą normę, nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak takie coś może na mnie wpłynąć. Nie wiem.
Wiem natomiast, że prócz przemyśleń w tych dniach, sporo się jej przyglądałam. Sama nie wiem, czy tak szybko się rozwija i rośnie w oczach z dnia na dzień, czy może coś mi po prostu umknęło. Niesamowite o ilu rzeczach potrafi opowiedzieć mi całymi zdaniami i ile rzeczy rozumie.
Odkąd obie się rozchorowałyśmy, wszystkie rzeczy, które chciałam sfotografować, by po powrocie do zdrowia Wam je pokazać, leżały na stole. Zrobiła się z tego ogromna góra, a Pola czując się już dzisiaj baaardzo dobrze, zapytała mnie czy może ubrać swoje nowe ubranka... ubrała się i wyglądała jak aniołek. Z kolejnego pudła wyjęła coś, co chciałam Wam zarekomendować we wpisie, którego nie udało mi się stworzyć w poprzednich dniach - wodę musti. Siedziała tak i psikała a to na szyję, a to na rączki. Nie miałam siły robić zdjęć, ale ona sama powiedziała... mamo, zrobisz mi zdjęcia? Nie dowierzałam, ale widocznie przywykła już do tego, że większości rzeczy, które ona dostaje, robimy od razu zdjęcia. Rekomendację wody, miałam po prostu przełożyć, ale uznałam, że z takimi zdjęciami, po prostu napiszę o niej dzisiaj, póki mogę Wam jeszcze polecić cokolwiek przed świętami. Odetchnijmy więc od moich przemyśleń i... zainspirujmy się delikatnie... :)
Ten piękny flakonik, który zobaczycie zaraz na zdjęciach Polka dostała jakiś czas temu. To MUSTI pielęgnacyjna woda perfumowana dla dzieci. Nigdy nie miałam do czynienia z czymś takim, jeśli chodzi o dzieci, więc bezpiecznie podeszłam do tematu. Woda o dziwo, może być używana już od pierwszych dni życia! Woda baaardzo delikatnie perfumuję skórę dziecka i jest idealnym uzupełnieniem w dbaniu o higienę dziecka. Nanosząc wodę na skórę, mamy do czynienia z łagodnym aromatem róży i bzu i do tego... nuta bursztynu! Woda ma właściwości kojące dzięki wyciągom z miodu i rumianku i jak domyślać się można... nie zawiera alkoholu. Jeśli mam być szczera, dla mnie jako mamy był to zdecydowanie bardzo fajny i zaskakujący prezent, zważając na to, że od urodzenia jeśli chodzi o pielęgnację, dostajemy przeróżne balsamy i płyny do kąpieli, ale taka woda, to dla nas zdecydowana nowość. Kosmetyki były przetestowane pod kontrolą dermatologów i pediatrów, więc jako rodzice możemy być spokojni o skórę naszych maluszków, lub maluszków mam, których chcecie takie cudo podarować :) Więcej przeczytacie na stronie Mustelli.
Kończąc ten post, chciałabym Wam napisać, że Pola ma się już całkiem dobrze, z kolei u mnie jest jeszcze baaaardzo dużo osłabienie i nie chce się za bardzo zrywać z pracą, zanim do końca nie wydobrzeję. Dziękuję za wszystkie komentarze, wiadomości, e-maile zarówno te z życzeniami zdrowia jak i inne - na wszystko na pewno odpiszę w przyszłym tygodniu! W weekend przy pomocy F. stworzę dla Was jeszcze inspiracje prezentowe, które zobaczycie przed świętami, następnie blogowo "zobaczymy się" dopiero w Nowym Roku... ale zanim to nastąpi na pewno jeszcze dorwę Was w swoich mediach społecznościowych. Życzę Wam już teraz wszystkiego dobrego i pamiętajcie... wszystko w życiu dzieje się po coś!
Wielokrotnie moje starsze ode mnie znajome, mówiły mi: po trzydziestce przestajesz martwić się pierdołami, zaczynasz żyć naprawdę... nie rozumiałam o co chodzi z tą magiczną trzydziestką, ale teraz wiem, że mentalnie taki stan można osiągnąć dużo wcześniej. Właściwie osiąga się go po prostu, stając się matką i w wieku 21 lat robiąc te wszystkie rzeczy, które Twoja znajoma, kobieta po 30, zaczęła robić dopiero niedawno.
Kiedy przypominam sobie siebie na początku przygody z macierzyństwem, odczuwam jednak... niepokój. Tak! Niepokój. Próbowałam wtedy tylu rzeczy, łapałam kilka srok za ogon, zarywałam noce, ciągle biegłam. To całkiem normalne - musiałam wtedy odnaleźć w życiu to co kocham. Musiałam próbować, sparzyć się nie raz, by być w punkcie w jakim jestem teraz. Miałam dziwne priorytety, marzyłam o wielu rzeczach materialnych, czasem aż zbyt obsesyjnie. Żyłam też jakąś wyidealizowaną wizją związku, przez co... ciągle było mi źle, było mi mało. Dopiero poznawałam życie, próbowałam go i starałam się je zrozumieć.
Obecnie tkwię w punkcie, w którym mogłabym śmiało powiedzieć, że przekroczyłam swoją magiczną trzydziestkę. Może metryczka mówi coś innego, ale mentalnie... mentalnie czuję, że tak jest. Potrafię dogadać się z rówieśnikami, a nawet z osobami młodszymi ode mnie, ale ... coraz częściej zaczynam się czuć w ich towarzystwie jak stara baba ;) Rzeczy o których dyskutują, ich marzenia, ich priorytety całkowicie rozmywają się z tym co siedzi w mojej głowie. Za to kiedy dopadam się z moimi znajomymi 30+ , mam wrażenie, że nadajemy na identycznych falach.
Zamiast bieganiny wybieram spokój, grunt pod nogami. Zamiast zarwanych nocy, spokojny wieczór, modlitwę i zasypianie w łóżku dużo wcześniej niż przed północą. Zamiast oczekiwania, że mój książę zaskoczy mnie bukietem róż, doceniam jego wariacje w kuchni, których widok jest dla mnie czymś, przy czym mięknę. Zamiast żalu do ludzi, którzy mnie skrzywdzili, wybieram przebaczenie, czystą kartkę. Grubą kreskę, która oddziela to co było, od tego co jest. Moje ego wciąż próbuje mówić mi, że coś wiem lepiej od kogoś, że nie ma innej racji od mojej. Zagłuszam je jak tylko mogę, bo ego ma to do siebie, że ciągle domaga się pieszczot, a to wcale nie wychodzi nam na dobre...
Łupie mnie też czasem w kościach i trochę się wściekam, że mój świetny tyłek nie jest już tak świetny jak pięć lat temu, a cycki bardziej niż na wprost zaczynają patrzeć w dół. Piwo, które trzy lata temu wypijałam w pięć minut, teraz męczę godzinę jeśli w ogóle mam na nie ochotę, a jeśli zdarza mi się wyjść i popić, to kac trwa kilka dni, a kiedyś to się piło, spało, a na drugi dzień od nowa.
To co było tak ważne jeszcze dwa lata temu, dziś nie ma znaczenia. To co wtedy znaczenia nie miało, dziś ma znaczenie największe. Zmieniamy się, zmieniają się nasze potrzeby, priorytety. I niech się zmienia wszystko. Jeśli z biegiem czasu mam odczuwać coraz większy spokój, coraz większy luz... jeśli każdego dnia coraz bardziej pragnę być, nie mieć, coraz mocniej kocham, coraz mocniej wierzę i doświadczam dzięki tej wierze - to czemu nie cieszyć się z tego biegnącego czasu, skoro działa on na naszą korzyść? Skoro z jego biegiem, stajemy się coraz lepsi... kiedyś miałam wiele marzeń i celów, dziś mam kilka, a jeden najważniejszy... być lepszym człowiekiem. Reszta... przyjdzie sama. Ot taka ze mnie...
To nie będzie zwykła recenzja, to nie będzie krótki opis książeczki. Już po kilku stronach tej literatury, wiedziałam, że wpis na jej temat będzie wpisem tak naprawdę o mnie i o moim życiu. Że będzie to jeden z ważniejszych wpisów, które pozwolą czytelnikom spojrzeć na swoje życie nieco inaczej...
Agnieszka Maciąg to osoba, o której nie wiedziałam zbyt wiele. Wiedziałam o czym pisze na swoim blogu, ale nie znałam jej historii, nie znałam drogi jaką przeszła. A żeby zrozumieć czyjś styl życia, a przede wszystkim czyjeś podejście do życia - trzeba lepiej poznać samego człowieka. Kiedy jakiś czas temu jedno z wydawnictw wysłało mi tą książkę, pierwsze co pomyślałam : jezu! Ile stron! Przeczytałam to co zawsze znajduje się na tyle okładki - to coś dla mnie - pomyślałam. Droga do lepszego życia, podróż w poszukiwaniu siebie, wyzbycie się palącej pustki w sercu i zastąpienie jej spokojem i szczęściem - tak. Tego zdecydowanie wtedy potrzebowałam... Nie wiedziałam jednak wtedy, że będzie to początek mojej nowej drogi, mojego nowego życia. Myślałam, że życiową rewolucję mam już za sobą, ale jak się okazało, czeka mnie jeszcze wiele pracy.
Kto uważnie czyta mój blog, wie doskonale, że jestem niepoprawną optymistką i na nic nie poświęcam tyle czasu, ile poświęcam na ... polepszanie jakości swojego życia. Pozytywne myślenie, optymizm, nie przejmowanie się i wychodzenie z uśmiechem z najgorszych sytuacji, to coś czego człowiek uczy się latami. Stanie się przy tym lepszym człowiekiem - to jeszcze więcej nauki. Kiedyś non stop pisałam Wam o książce, która wyciągnęła mnie z depresji. Tym razem - książka, która wpadła mi w ręce, nie musiała mnie wyciągać z depresji. Ta książka sięgnęła o wiele dalej. W głąb mojej duszy. Ale do rzeczy...
Agnieszka Maciąg... piękna, sławna, zjawiskowa osoba. To jedna z tych osób, które kojarzymy z telewizji, wiemy jaką robią karierę, ale ... rzadko wiemy coś więcej. Często zazdrościmy światowej sławy, pieniędzy, rozwoju - ale nie zastanawiamy się nad jednym. Czy to wszystko daje temu człowiekowi szczęście? Otóż... nie zawsze daje. Pierwszy rozdział w książce, jest o życiu Agnieszki. O tym jak ogromna pustka i paląca dziura w sercu, towarzyszyły jej przez długie lata. O tym, jak te wszystkie rzeczy, których my tak często zazdrościmy, tej dziury nie wypełniały. Pierwszy rozdział pokazuje nam drugą stronę tego pozornie pięknego i cudownego świata, pełnego pieniędzy, luksusowych samochodów, restauracji, bogatych mężczyzn... Ta druga strona to zepsucie, pustka i... pozory. Pierwszy rozdział jest opisem życia Agnieszki, w którym mimo sukcesów, fajnej rodziny - wciąż jest obecne uczucie, że ... czegoś jednak brak. Uczucie wewnętrznego bólu, który co by się nie działo - wciąż jest obecny i wciąż narasta. Ile tak można żyć, ile można błądzić? Bardzo długo. Książka pokazuje nam moment, w którym na takie życie, autorka nie ma już sił. I wtedy jej życie... się zmienia. Autorka rozpoczyna najważniejszą podróż swego życia. Podróż w głąb siebie. I tak nazywa się rozdział pierwszy - MOJE PODRÓŻE... Kiedy docierałam do jego końca, chciałam więcej! Miałam nadzieję, że kolejne rozdziały, będą już konkretnymi wskazówkami, jak osiągnąć ten błogi stan szczęścia. Po pierwszej części, zrozumiałam, że szczęścia nie możemy szukać na zewnątrz. Najpierw musimy odnaleźć je w sobie. Tak bardzo chciałam więcej szczegółów, które pozwolą mi zrozumieć, jak to szczęście odszukać. Nie zawiodłam się...
Rozdział drugi nosi tytuł: MOJE MAPY. Sporo wiedzy z kolejnych kartek, miałam już wdrożonej w życie... wizualizacje, mapy marzeń. Ale dowiedziałam się znacznie więcej. I to nie było tak, że zaczęłam stosować się do wiedzy zawartej w tej książce automatycznie, na siłę. Zdania, które przyswajałam - metody, o których czytałam - to wszystko jakoś tak naturalnie stawało się z każdym dniem sposobem mojego życia. Nie postępowałam w stu procentach tak jak autorka opisuje swoje czyny w tej książce, ale nagle zaczęłam odczuwać potrzebę robienia rzeczy opisanych w książce, których wcześniej nie robiłam i nie czułam, że powinnam je robić. Na przykład... zaczęłam się modlić. Do tej pory chodziłam do kościoła tylko gdy czułam, że chcę, że mam taką potrzebę. Nie uczestniczyłam jednak w Mszy Świętej, lubiłam po prostu od czasu do czasu, porozmawiać z Bogiem sam na sam, w pustym kościele, bez publiki. Jednak codzienna modlitwa była dla mnie czymś o czym nie tyle co zapominałam, ale nie miałam takiej potrzeby, by ją odmawiać. Po przeczytaniu książki Agnieszki, zaczęłam wieczorami czuć, jakby czegoś mi brakowało. Jakby w pięknej układance brakowało mi jednego elementu. Okazało się, że brakowało mi... Boga. Moje modlitwy i rozmówki z nim, dają mi teraz dużo sił, a przede wszystkim oczyszczają mój umysł i sprawiają, że moja dusza jest spokojna jak nigdy przedtem... ale wydarzyły się jeszcze inne rzeczy.
Jakiś czas temu, pokazywałam Wam na blogu swoje łupy z TK Maxx. Był tam zeszyt. Piękny, duży, z wyjątkowym napisem... Kupiłam go, bo czułam wtedy, że muszę go mieć. Wiedziałam, że będę notować w nim rzeczy wyjątkowe. Jednak nie miałam pomysłu na to, jakie to miałyby być rzeczy. Owszem mogłam sobie wymyślać, ale to... wszystko to byłoby na siłę. Czułam, że musi on poczekać w szafie na coś naprawdę ... dobrego. Podczas czytania książki i dotarcia do punktu, w którym Agnieszka proponuje pisanie scenariusza swojego życia... poczułam, że to jest to. Że ten zeszyt i hasło na nim, są idealne. Przecież dążenie do szczęścia i tworzenie dobrego scenariusza swojego życia, to rzecz najbardziej wyjątkowa, jaką mogłam sobie wymarzyć prawda? W zeszycie powstał więc piękny scenariusz mojego życia, opis moich relacji z dzieckiem, partnerem, opis mojej pracy. Powstała strona z kopertą na oszczędności i wyznaczonym celem... i powstanie tam jeszcze wiele pięknych rzeczy...
Dzięki książce nauczyłam się oczyszczać atmosferę w swoim mieszkaniu, nauczyłam też oczyszczać siebie samą ze złej energii, którą naładowali mnie inni ludzie. Niestety, ale najbliższa rodzina, którą odwiedzam, bardzo często "zmusza" mnie do słuchania czarnych scenariuszy, do słuchania narzekania. Kocham swoich najbliższych, ale są pewne schematy, w których są oni zamknięci i jest w nich coś takiego co sprawia, że w większości tematów się po prostu nie rozumiemy - ja jestem pełna dobrej energii, przepełniona optymizmem i wierzę... a właściwie wiem, że można wszystko. Oni nazywają siebie realistami... Tylko zgadnijcie komu... im czy mi... spełniają się wszystkie te nawet najbardziej nieosiągalne cele i marzenia. No więc właśnie... dość długo nosiłam w sobie żal do nich. Przepełniał mnie smutek, bo bardzo wyraźnie niektórzy bliscy dawali mi zawsze odczuć, że jestem oderwana od ziemi... próbowali na siłę wmawiać mi, że nie wszystko może być takie piękne, dobre i kolorowe. Ze wszystkich jednak tych rzeczy najbardziej bolał mnie ten dziwny wzrok, kiedy na negatywne sytuacje reagowałam: no i co z tego? Trzeba żyć dalej. Jakby ich martwienie się, często na zapas, było poprawne, ale mój optymizm już nie. Po przeczytaniu książki, pozbyłam się tego żalu, a przy ostatniej wizycie, kiedy to dziesiątki razy usłyszałam coś negatywnego - po prostu brałam głęboki wdech, w duszy obracałam sytuację w pozytywną i zachowywałam spokój. Pewnych zachowań ludzkich nie zmienimy, biadolenia i narzekania nie przestaniemy słyszeć. Musimy się nauczyć tego, by nie miało ono jednak jakiegokolwiek wpływu na nas. Jeśli o moich bliskich chodzi... pragnę głęboko wierzyć w to, że jednak dadzą się oni zarazić tą wiarą w dobry świat, dobrych ludzi i dobre sytuacje. Właściwie, mam głęboką nadzieję, że zmiany, które zachodzą w moim życiu, mi samej pozwolą takie dobre rzeczy do siebie przyciągać...
Ostatni rozdział książki, nosi tytuł: MOJE ODKRYCIA. Jest dość krótki, ale sprawił, że na wiele rzeczy w swoim życiu spojrzałam inaczej. Na swój związek, na mój dom, kuchnię, czy nawet na seks... I tutaj chciałabym się podzielić z Wami fragmentem książki, w której Agnieszka pisze na temat seksu. Te kilka zdań sprawiło, że przestałam uważać, że coś ze mną nie tak... wręcz przeciwnie. Zaczęłam uważać, że coś jest nie tak z tymi, którzy nad pewnymi rzeczami tak bardzo ubolewają, bo mają zakorzenione, że ... wszystko musi być tak jak dawniej...
"Nietrudno jednak zauważyć, że nasza cywilizacja z seksu uczyniła coś bardzo... karykaturalnego i smutnego. Wiele par zastanawia się, czy w ich życiu seks występuję wystarczająco często. Naukowcy z różnych dziedzin obliczają, jak często tę fizyczną czynność powinien wykonywać "zdrowy" człowiek. (...) sporo osób nie bierze pod uwagę, że "zapotrzebowanie na seks" nie zawsze może być takie samo. Prowadzi to niestety do wielu dramatów z związkach, zwłaszcza gdy na świat przychodzą dzieci. Rodzice są zwyczajnie zmęczeni i nie mają na zbliżenie fizyczne ani siły, ani ochoty. Po prostu. Mnóstwo par robi z tego jednak gigantyczny problem. "Kiedyś kochaliśmy się codziennie, teraz najwyżej raz w miesiącu!" I co z tego? Czy tu jest jakaś norma do wyrobienia? A przecież wraz z pojawieniem się dzieci pojawiają się inne wspaniałe uczucia! To właśnie te chwile są najbardziej ulotne, bo dzieci dorastają. Te niezwykłe momenty zaraz przeminą! Czasem mam ochotę krzyczeć: ludzie, ocknijcie się, chwytajcie te chwile, przeżywajcie je, cieszcie się nimi! Przestańcie się skupiać na tym, czego teraz nie ma. Jest coś innego. Doceńcie to! Napełnijcie się tym po brzegi. Zanurzcie się w tym. Przestańcie zastanawiać się nad seksem, który był, a którego nie ma. Wróci w odpowiednim czasie. I jeśli nauczycie się razem cieszyć tym, co jest, przeżywać te przecudowne nowe emocje, to na tym fundamencie wyrośnie nowa wartość i zupełnie nowa jakość seksu. Taka, której smaku nawet sobie nie wyobrażaliście!"
Agnieszka ma niesamowitą zdolność... coś takiego co sprawia, że człowiek nagle rzeczy skomplikowane zaczyna postrzegać zupełnie odwrotnie. Nagle wszystko staje się lepsze, prostsze i łatwiejsze. Człowiek z każdą kartką czuje, jak zaczyna rozumieć otaczający nas świat, ludzi, a przede wszystkim... siebie. Wszystko staje się jaśniejsze, bardziej zrozumiałe. Minęło niewiele czasu od przeczytania książki "Pełnia życia", a ja już widzę kolosalne zmiany w swoim życiu i jeszcze piękniejsze do niego podejście... Już wkrótce na moim facebooku, będziecie mogły wygrać książki Agnieszki Maciąg.
Kobiety moje kochane... pozytywne podejście do życia, zrozumienie swoich potrzeb, podróż w głąb siebie - to nie są infantylne hasła. Te rzeczy odmieniają CAŁE życie. Doświadczyłam tego kilka lat temu na własnej skórze i doświadczam obecnie każdego dnia. To ciągła praca nad samym sobą, ale w pewnym momencie będziecie to postrzegać nie jako pracę, a styl życia. Jeśli chcecie być szczęśliwe - to po prostu róbcie wszystko, by takie być. A jeśli są rzeczy takie jak ta książka, które są na wyciągnięcie naszej ręki - to dlaczego ich nie spróbować? Ja Agnieszce z całego serca dziękuję. Zaczynam dzięki niej po raz kolejny - nowe lepsze życie. Tym razem mam łatwiej. Wskakuję w to "nowe" ze starego, ale już wtedy bardzo dobrego. Wierzę jednak, że może być jeszcze lepiej. I będzie.
Książkę możecie kupić tutaj : Oprawa twarda ; Oprawa broszurowa
Kiedy dwa miesiące temu napisałam wpis o naszej drodze po wymarzone mieszkanie, o tym jaki power dostaliśmy do pracy, kiedy wizja mieszkania okazała się nawet osiągalna - kiedy napisałam o tym wszystkim dość wyczerpujący i motywujący wpis - nie spodziewałam się, że wśród setek gratulujących osób, znajdzie się kilka, którym szczegółów będzie mało, którzy doszukiwać się będą wszystkiego najgłębiej jak się da i drążyć, bo przecież jak to tak... mi się nie udaje, a Tobie się udało? Albo kłamiesz albo... albo masz jakiś patent, który musisz mi zdradzić! Znaleźliśmy się oto w czasach, kiedy ludzie chcą mieć przepis na wszystko: na sukces, na karierę, na piękną urodę, na wyższe zarobki - ludzie chcą mieć przepis od a do z. Krok po kroku, najlepiej z listą kontaktów i workiem pieniędzy, tak na zachętę. Chcą mieć złotą receptę, która pozwoli im znaleźć się w tym samym punkcie co inni, ale przeskakując jeden najważniejszy etap. Ten etap to dokopywanie się do wszystkiego w pojedynkę. Ludzie stali się leniwi. I nie chodzi mi tutaj o to, że siedzą i nic nie robią. Mogą harować jak woły po 12 godzin dziennie, ale by zmienić swój los, na który tak narzekają - na to nie poświecą po godzinach ani minuty. Po co. Jednak kiedy na horyzoncie pojawi się ktoś komu się udało zmienić całe swoje życie na lepsze - nagle okaże się, że jesteśmy głodni wiedzy: jak to zrobić?! Mało tego - pojawi się wyrzut - bo jak to tak?! Ja tyle haruję jak wół i nie mam, a Ty masz? Bo wiecie... mi to z nieba spadło...
I nie chodzi mi tutaj wcale o ludzi, którzy podpytują o drobne szczegóły, o "formalności". Nie chodzi mi o ludzi, którzy pytają: jak starać się o kredyt na umowach o dzieło. Nie chodzi mi o ludzi, którzy pytają: czy doradca finansowy jest za darmo. Chodzi mi o ludzi, którzy przychodzą do Ciebie z całą listą pytań: począwszy od tego - jaka będzie rata Twojego kredytu, po pytanie w jakiej firmie należy się zatrudnić, żeby zarobić tyle, by móc dostać taki kredyt. Aż po dogrzebywanie się do informacji, jakie razem z F. mamy pensje... Chcemy wiedzieć wszystko. Widzimy efekt czyjejś pracy i chcemy wiedzieć tu i teraz, co zrobić krok po kroku, by też taki efekt osiągnąć. A przecież to w jaki sposób do tych efektów człowiek dochodzi, to jak szuka, błądzi - to jest właśnie najcięższy etap, który przejść MUSI każdy. To jest nawet porównywalne do takiej sytuacji... grupa A na studiach zakuwa od dwóch miesięcy jak szalona, na teście dostaje piątki za CIĘŻKĄ PRACĘ. Grupa B, ma test na drugi dzień i dowiaduje się od jednej osoby z grupy A, jakie były odpowiedzi. Nie uczyli się wcale, bo wiedzieli, że tak będzie. Też dostaje piąteczki. Czy widzicie tutaj sprawiedliwość? Ja nie.
Osobom, które w danej dziedzinie życia, chcą osiągnąć podobne efekty - można podpowiedzieć, można coś zasugerować, doradzić. Ale nie można ot tak po prostu, pomóc przejść komuś "po łebkach" na ten sam level. Każdy pracuje na siebie...
Mieszkanie, które za rok odbierzemy jest tak dużą satysfakcją dla nas, bo cholernie ciężko na nie pracowaliśmy i nadal musimy pracować... Wciąż nie możemy uwierzyć w to, że jeszcze nie tak dawno praktycznie z niczym zawitaliśmy do stolicy, a za rok zrobimy parapetówkę we własnym mieszkaniu w Warszawie. Nie mamy bogatych rodziców, dziadków, cioć. Nie mamy znajomości. W Warszawie zaczynaliśmy od zera nie znając NIKOGO. Nadal właściwie prawie nikogo nie znamy. Nie ma na to czasu. F. trzy razy w pierwszych miesiącach zmieniał pracę, co nie każdemu się podobało. Słyszałam, że jest wybredny i leniwy. A on po prostu szukał pracy, która pozwoli nam godnie żyć, ale też pracy, w której będzie traktowany jak człowiek, a nie jak maszyna, która nie potrzebuje snu i jedzenia. I to był właśnie jeden z powodów naszej wyprowadzki. MOŻLIWOŚCI. Człowiek nie musi tutaj kurczowo trzymać się jednej pracy. Nie ta to inna. W mniejszym mieście, dyrektor "może" traktować pracownika jak ... jak gówno - bo wie, że gdzie indziej ten człowiek pracy nie znajdzie. Nie zdecydowaliśmy się na wyjazdy F. w miesięczne trasy. Mimo, że pieniądze były nam potrzebne, to wiedzieliśmy jednak od zawsze, że nigdy nie postawimy ich ponad tym co najważniejsze: ponad rodziną. Nie byliśmy postawieni pod ścianą, pracy w stolicy jest całe mnóstwo, więc serio... woleliśmy mieć mniej, ale mieć siebie na co dzień. Więc tak - zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy. Kupiliśmy mieszkanie, ale co najważniejsze, możemy bez wyrzutów sumienia spojrzeć w swoje twarze w lustra. Bo nie doszliśmy do celu po trupach. Nie udawaliśmy przyjaźni z tymi, którzy są już w lepszym punkcie od nas i mogliby nam pomóc. Nie kupiliśmy sobie mieszkania za czyjeś pieniądze. Choć byłoby fajnie mieć bliskich, którzy zrobiliby nam taki prezent, gdyby tylko moi rodzice mieli pieniądze, na pewno by mi je kupili, a ja na pewno bym je przyjęła, ale... wiecie co? Pamiętam, że kiedyś byłam wściekła na świat, że nie mamy nikogo, kto mógłby nas bardziej wesprzeć, ale teraz właściwie jestem zadowolona z takiego obrotu spraw... kiedy liczy się tylko na siebie, owszem jest ciężko. Ale satysfakcja z osiągniętego celu jest po prostu... magiczna. Nie doświadczy się jej, gdy wszystko dostajemy w prezencie.
Praktycznie co drugi dzień kiedy z F. siedzimy wieczorem i oglądamy telewizję... praktycznie co drugi dzień, jak nie każdego dnia, rozmawiamy o tym, że... że to jest jakaś bajka. Cholera! Dokonaliśmy tego! Ale na tym nie kończymy. Na tym nie możemy skończyć.
Przed nami cholernie ciężki rok. Właściwie wszystkie nasze oszczędności wydaliśmy co do grosza na wkład własny, więc... zaczynamy od zera. CEL? Chyba oczywisty - wykończenie mieszkania. Suma do odkładania miesięcznie, która nam wyszła to kosmos. Co powiedziałaby ponad połowa społeczeństwa, gdyby zobaczyła tą kwotę? Że to niemożliwe. Co mówimy MY? Nie mamy innego wyjścia, więc... więc to musi być możliwe. Nawet jeśli nie mieści się nam to w głowach. Dzisiaj na stronie jednej z blogerek, przeczytałam komentarz czytelniczki: "wszystko takie piękne, szkoda, że mnie nigdy nie będzie na to stać..." - zrobiło mi się gorąco... CHOLERA JASNA! Jak z takim podejściem można zmienić swoje życie na lepsze? Jak można się godzić na to jak jest, pragnąc więcej? Wiem, to nie są lekkie czasy, ale ... nikomu kto coś osiągnął nie było lekko! Osoby, które często podziwiacie, domy, które Wam się podobają - czasem nie mamy nawet pojęcia ile za tym stoi pracy, ile porażek, ile poświęceń... Ja nawet w momencie, w którym nie miałam grosza przy tyłku, wiedziałam, po prostu wiedziałam, że ten ciężki czas po prostu musi się skończyć. I że zrobię wszystko, żeby skończył się jak najszybciej...
Wyliczenie kosztów wykończenia dało efekt podobny do tego, kiedy dowiedzieliśmy się, że może będzie szansa na własne mieszkanie - efektem tym jest niesamowity POWER i motywacja do działania. Nie załamaliśmy się po wstępnym kosztorysie, tylko spojrzeliśmy na wyliczenia i powiedzieliśmy: MUSIMY TO ZROBIĆ! Ja dostałam również power, żeby zaplanować masę świetnych projektów dotyczących wnętrz, które być może pozwolą znaleźć mi wielu partnerów i zminimalizować koszta. Co prawda projekty te będą bardzo pracochłonne, ale przecież na to wszystko co dostanę ( jeśli dostanę) muszę odpowiednio zapracować ;) Za darmo drodzy Państwo nie ma nic... :)
Obraliśmy też metodę małych kroków odnośnie zaopatrywania się w rzeczy takie jak nowe sztućce, kołdry, poduszki itp. Jak już zapewne wiecie z relacji na insta czy z wpisów na blogu - zaopatrujemy się na Westwing - w klubie zakupowym, w którym wyszukuję tylko to co najbardziej mnie interesuje i to co najbardziej opłaca się nabyć. Dzięki zawziętości, udało mi się upolować ostatnio kołdrę z dzikiego jedwabiu. Oczywiście wszystkie te rzeczy na pewno Wam pokażę, ale póki co mam masę innych tematów i pokazuję Wam jedynie te najdrobniejsze, które są w użytku już teraz. Reszta nabytków z Westwing leży sobie spokojnie w kartonach... Koniecznie kliknijcie tutaj i w kilka sekund załóżcie sobie konto, dzięki któremu będziecie mogli obserwować codziennie pojawiające się nowe kampanie. Mega frajda mówię Wam! Ale wracając do do tematu...
W momencie, w którym odbierzemy klucze do mieszkania, na naszej głowie będą DWA mieszkania do opłacenia. Nie pociągniemy z takimi wydatkami dłużej niż miesiąc, ewentualnie dwa, więc chyba rozumiecie teraz, dlaczego nie mamy innej opcji, jak po prostu na to wszystko zarobić przez rok, prawda?
Pewnie zastanawiacie się, czy czasem się boję. Czy nie mam momentów, w których mówię sobie: to się nie uda. Pewnie, że mam. Szybko jednak wybijam je sobie z głowy. Takie nastawienie nic człowiekowi nie daje, a tylko wpędza w niepotrzebne doły. Lepiej ten czas spożytkować na konkretne działania, które pozwolą nam dany cel zrealizować. Będzie ciężko. Ale wiem, że... damy radę. Nie powiem, bo kiedy we wrześniu blogowo miałam mały przestój, na własne życzenie - ciężko było mi się zorganizować, odkąd Pola poszła do przedszkola - załamałam się, że nie mam tyle zleceń co zawsze, a wydatków mam 10 x więcej... koperta, w której za rok powinno być bardzo dużo pieniędzy, zamiast urosnąć, zaczęła świecić... pustką. I właśnie wtedy, kiedy pewnego ranka wstałam i powiedziałam, że pora wziąć się w garść i zacząć zarabiać... właśnie tego samego dnia, wieczorem, świętowałam z F. mój największy blogowy kontrakt... taki, o którym zawsze marzyłam. JEDEN kontrakt, który sprawił, że zmartwienia odnośnie wykończenia mieszkania, jakby odleciały gdzieś daleko... ekscytacja była i jest tak silna, że nie straszne jest mi to, że ten kontrakt będzie bardzo pracochłonny, będzie potrzebował dużo mojej inwencji, kreatywności i sił. Na wszystko trzeba w życiu zapracować. Cieszę się, że dostaję w tej branży szansę na to, by móc doświadczać sytuacji, w których człowiek zaczyna rozumieć, że im więcej chce zarabiać i im więcej zarabia - tym samym coraz ciężej musi pracować, główkować, tworzyć. Bycie samemu sobie szefem, to wieczny rollercoaster. Jeśli zwalniasz i się nie rozwijasz - Twoja pensja zacznie maleć... jeśli wciąż otwierasz nowe drzwi, szukasz nowych rozwiązań - na pewno odbije się to pozytywnie na Twoich zarobkach. Nie od razu, ale... odbije.
Mam nadzieję, że za rok będę do Was nadawać z nowego gniazdka. Tego wymarzonego, urządzonego tak jak chcę. Tego, w którym czuję, że jest moim domem. Trzymajcie kciuki. Przydadzą się nam bardzo!
Ostatnio jednak rozmowa z jedną z czytelniczek znacznie różniła się od pozostałych. Usłyszałam, że... ludzie mi zazdroszczą. Odpowiedziałam, że nie mam idealnego życia, że zdjęcia to tylko zdjęcia. Nie pamiętam czy powiedziałam coś jeszcze, ale wiem, że w mojej głowie były wtedy myśli, że owszem skupiam się na tym co dobre, ale to nie oznacza, że nie mam swoich problemów. Mam, ale inaczej do nich podchodzę. Usłyszałam jeszcze, że tworzę swoje wpisy w taki sposób, że ludzie i tak i tak mi zazdroszczą, czy mam problemy czy nie. Trochę nie po myśli była wtedy moja rozmowa, bo nigdy nie chciałam żeby ktoś mi czegoś zazdrościł. Mało tego... kiedy ta dziewczyna mi to mówiła, byłam akurat w ... czarnej dupie. Dostałam po twarzy problemem, którego bałam się chyba najbardziej w życiu. Zraniona, rozgoryczona spotkałam się tamtego dnia z przyjaciółką, która zna moje wszystkie tajemnice. Tylko ona je zna... Słowa czytelniczki rozbrzmiewają w mojej głowie do teraz, bo uświadomiła mi, że rzeczywiście - nie o wszystkich problemach piszę, bo o niektórych po prostu nie mogę - a moje podejście do życia, które polega na skupianiu się na tym co dobre, może być często odbierane jako właśnie przedstawianie mojego życia jako bezproblemowego. Kto namiętnie czyta blog wie, że w moim życiu bywało różnie. Ale nie ważne jak bywało i jak bywa - chciałabym, żeby ten blog nie powodował w nikim zazdrości, a jedynie dawał power do działania, żeby i swoje życie zmienić na lepsze.
To co działo się w ostatnim miesiącu w moim życiu to pasmo rozczarowań. Utracone zaufanie, zagubienie samej siebie, stracenie sensu, działania "na automacie" i cholernie mnóstwo łez. Wiecie... siłę człowieka poznaje się nie po tym jak sobie radzi, kiedy wszystko idzie po naszej myśli, ale jak sobie radzi, kiedy wszystko się sypie. Ja w ostatnich tygodniach poddałam się smutkowi totalnie. Owszem, powinnam była się wypłakać, złościć, smucić, ale ... to trwało zdecydowanie za długo. Sama siebie katowałam smutnymi piosenkami, uciekałam w samotność, pisałam najgorsze z możliwych scenariuszy. I tak oto tkwiąc początkowo w smutku, a potem w jakimś marazmie, zaczęłam ściągać na siebie coraz to "lepsze" atrakcje. Było coraz gorzej, miałam wrażenie, że totalnie nic nie idzie po mojej myśli, więc nie miałam też zapału do pracy, nie miałam ochoty nawet na wyskrobanie kilku słów do Was. Czułam się beznadziejna i całe moje życie, którego ponoć tak wiele osób mi zazdrości - było dla mnie totalnie bezwartościowe. Przestało cieszyć mnie mieszkanie, praca, wszystko. Nie miałam głowy do tego, by... żyć. Gdyby nie fakt, że Polka zachorowała, zapewne skuliłabym się w kłębek i nie wynurzała nosa spod kołdry przez pół dnia. Tak zresztą było w pierwszych dniach. Jeszcze przed jej choróbskiem, po odprowadzaniu jej do przedszkola, szłam po prostu spać. Żeby nie myśleć, żeby się nie denerwować. Pamiętam, że pewnego ranka poczułam, że już tak nie mogę, że muszę odsapnąć, wyjść d z domu. Ten płacz i ciągłe spanie przypomniały mi mój najgorszy czas w szkole licealnej. Tamtego ranka szykując się na śniadanie z Marią ( moją fotograf ) - zobaczyłam jak bardzo moje oczy spuchnięte są do płaczu. Stwierdziłam : koniec z tym. Po śniadaniu, odebrałam Polkę z p-kola, a następnie ruszyłam sama do miasta rodzinnego... Po powrocie jednak wcale nie było lepiej. Ciągle coś było nie tak, ciągle pewne rzeczy nie dawały mi spokoju. I wtedy Pola zachorowała, ja również, a kiedy myślałam, że gorzej już być nie może, dostała jeszcze jelitówkę. Całą noc czuwałam przy jej łóżku, podkładając jej miskę i piorąc wszystko co zostało wkoło zarzygane. Kiedy rano cała chata śmierdziała, a Pola przeszła na kolejny etap jelitówki - wysiadła mi pralka, a kiedy próbowałam odkręcić filtr - zalało mi całą łazienkę. Z wymiotującym ( i nie tylko ) dzieckiem pod pachą, prałam ręcznie wszystkie śmierdzące ręczniki, materac i próbowałam uporać się z zalaną łazienką. Kiedy wieczorem myślałam, że to już koniec i pędziłam po schodach z kartonem wypełnionym obrzyganymi szmatami, resztkami jedzenia , karton zmiękczył się od spodu i wszystko po prostu... pierdolnęło. I wtedy zrozumiałam, że od momentu kiedy Pola zaczęła wymiotować, ani razu nie rzuciłam przekleństwem, nie uroniłam ani jednej łzy. Ja nawet nie byłam smutna. Byłam wykończona, zmęczona, ale potrafiłam jeszcze ósmą ręką kręcić snapy, które Was zarówno śmieszyły jak i wzbudzały współczucie. Dostałam milion wiadomości od kobiet, które stwierdziły, że już dawno by się w kącie popłakały... i wtedy uświadomiłam sobie, że nauki Sekretu nie poszły na marne. Przestałam w dużej mierze przejmować się i wściekać na rzeczy, na które nie mam wpływu. Nie mam wpływu na chorobę dziecka, a swoim spokojem mogłam jedynie pomóc przejść Poli przez ten wyczerpujący dla niej czas, nie stresując jej swoim płaczem czy krzykiem. Ona nie była temu winna, więc i na nią nie czułam złości. Na siebie też nie. Na nikogo. Na co miałam się wściec? Na pralkę? Na martwy sprzęt?? Na wodę w łazience? Nie miałam powodów do wściekłości. Byłam wściekła jedynie na to, że tym swoim marudzeniem i smutkiem, ściągnęłam na siebie jeszcze więcej.
I to nie działa tak, że będziemy sobie mówić "wszystko jest ok, nie wściekam się", podczas gdy będziemy czuć zupełnie odwrotnie. Na początku owszem trzeba się wręcz trochę zmuszać, ale sukces jest wtedy, kiedy my naprawdę się złymi rzeczami nie martwimy, bo wiemy, że to i tak nic nie da, wręcz pogorszy sytuację. Nie zrozumcie mnie źle - smutek i negatywne emocje są potrzebne i jeśli są to nie powinniśmy ich dusić, bo to wpłynie na Was naprawdę fatalnie... to, że wybuchamy płaczem, kiedy okazuje się, że jesteśmy chorzy, albo ktoś nas oszukał - to świadczy tylko o tym, że jesteśmy ludźmi i mamy emocje - grunt to wiedzieć, kiedy powiedzieć stop. Przecierpieć swoje, ponarzekać, posmucić się - ale po chwili wziąć się w garść. Bo... życie ucieknie nam przez palce. Będziemy trwać w smutku, marazmie... i nawet się nie obejrzymy, a okaże się, że straciliśmy kawał cennego czasu na nic, zamiast spożytkować go na coś, co polepszy jakość naszego życia. W życiu jak w biznesie, trzeba czasem ostro kalkulować, co nam się opłaca, a co nie.
Czy pozytywne myślenie jest jak magiczne pstryknięcie palcami, po którym wszystkie smutki znikają? Nie. Nie oszukujmy się, to tak nie działa. Ale mimo wszystko warto się go nauczyć. Odmienia on całe życie. I choć wciąż powtarzam, że przede mną jeszcze daleka droga to wiem, że sporo jest już za mną. I wierzcie mi, że w tyle za mną, bardzo daleko, zostało bardzo wielu ludzi, którzy z tego mojego optymizmu się śmiali. Ileż to było na moim fanpage'u czytelniczek, które twierdziły, że wiem gówno o życiu, a one wiedzą najwięcej. Jak bardzo próbowano mi wmawiać, że jak dopadnie mnie życie, to już nie będę patrzeć na wszystko przez różowe okulary. Mówili mi tak, bo życie zrobiło z nimi cokolwiek chciało. Poddawali się wszystkim nieszczęściom, złym wypadkom - i nie mogą teraz znieść myśli, że ktoś kto optymistycznie patrzy na świat, mógł przejść przez to samo co oni. Jeszcze kawał życia przede mną, ale bagaż doświadczeń mam już spory. A im więcej złego się dzieje - tym bardziej motywuję się do tego, by coś jeszcze w życiu zmienić. Mogłabym usiąść, narzekać i wytykać palcami tymi, którym się udaje. Mogłabym się doszukiwać u nich oszustw, kłamstwa - ale zamiast tego inspiruję się tymi, którzy są dalej i ... robię swoje. I naprawdę życie byłoby piękne, gdyby robił tak każdy...
Zdjęcia do tego wpisu, wybrałam takie, a nie inne, bo to co na nich widać - miłość matki do córki i miłość córki do matki - to jak to określiłam w DDTVN - mój motor napędowy, siła do działania. Może być w naszych życiach cholernie źle, ale dzieci... dzieci zawsze trzymają nas w ryzach, sprawiają, że mamy dla kogo żyć, mamy dla kogo się starać. Za uwiecznienie tych pięknych chwil dziękuję ukochanej Marii z Whale Photography - to cudowna osoba, która zatrzymuje na fotografiach najważniejsze chwile... Koniecznie odwiedźcie jej profil i go polubcie - ciągle pojawiają się tam sesje narzeczeńskie, ślubne, rodzinne - Maria to specyficzny fotograf, bo kojarzy się z ujęciami pełnymi miłości i dobrej aury. Cieszymy się, że towarzyszy naszej rodzinie już od dłuższego czasu :* Maria love u !
Szczególne podziękowania należą się też wspaniałej ... hmmm.... ciężko mi powiedzieć, że firmie. Nie lubię tego określenia, zwłaszcza jeśli kiedy mam styczność nie z firmą, a z człowiekiem, za którym stoi bardzo często niezwykle inspirująca historia, która daje mi power do działania ( Karolina Ty wiesz... :* ) - jeśli mam więc wybór pomiędzy FIRMĄ, dla których klient to klient i statystyki - to wybieram biznesy tworzone z pasją, z sercem, gdzie nie ma klientów, tylko są ludzie. Biznesy takie jak Lovely Shop . Przez moje ręce przewinęło się wiele tiulowych spódniczek i tutaj z ręką na sercu mogę Wam polecić spódniczki widoczne na zdjęciu - będę odpowiedzialna za Wasz wybór, jeśli się za nie zdecydujecie i nie mam w sobie żadnych obaw, że te cudowności mogłyby Was zawieźć. Genialna jakość, cudowne wykonanie i kawał serca włożony w ich w wykonanie spódniczek, do których dołączono nam również... prześliczne bransoletki dla mamy i córki! Dziękujemy raz jeszcze!
butki Mamalowe - DeeZee.pl // butki Poli , body - h&m // pazurki - Beautiko
