Zanim doszłam do punktu, w którym jestem obecnie - praca jaką jest blog - po drodze spróbowałam wielu rzeczy. I zawsze, ale to zawsze chodziło o handel. Zgodnie z zasadą " kupuj taniej, sprzedawaj drożej", próbowałam tego handlu na wiele możliwych sposobów. Gdybym tylko miała możliwości finansowe, od razu otworzyłam jakiś sklep internetowy albo stacjonarny, byle tylko móc sprzedawać coś dalej. Ale to byłby mój drugi interes, a ja wolę skupiać się jednak monotematycznie na jednej, konkretnej rzeczy. Na razie... ;)
Pierwszej pracy posmakowałam już w gimnazjum, kiedy to tata zabierał mnie ze sobą na targ. Każdej soboty stałam na targowisku w Janikowie i podawałam tacie z auta to o co proszą klienci. Czasem na chwilę zostawiał mnie samą, a ja jeszcze wtedy wstydliwa i mało pewna siebie, musiałam wynaleźć w aucie te wszystkie rzeczy o które prosili klienci, zapakować, podliczyć i ewentualnie wydać resztę. Nie zawsze chciało mi się wstawać, ale kiedy już tam byłam - lubiłam to. Bardzo to lubiłam.
Potem przyszedł czas na większą samodzielność. Sprzedawanie brzoskwiń. Początkowo przy ulicy przed moim domem, potem na słynnym inowrocławskim manhatanie. I tak jak w przypadku targowiska - nie chciało mi się czasem okrutnie, ale ważenie tego wszystkiego, pakowanie, noszenie kartonów i podliczanie kasy - to były pierwsze kroki ku samodzielności, które niesamowicie mnie ekscytowały. Gdzieś tam po drodze miałam też swoje epizody ze zrywaniem wiśni, na które jeździłam rowerem kilka km wstając wcześnie rano, z roznoszeniem ulotek, czy z pracą w polu - i choć nie trwało to długo to nauczyło mnie więcej niż jakieś prace biurowe... Ach! Zapomniałabym też o byciu konsultantką avon w gimnazjum - potrafiłam miesięcznie kosić po 3/4 stówki, co dla takiej małolaty było całym majątkiem! Ale nie polegało to na siedzeniu na tyłku - byłam naprawdę bardzo aktywna. Miałam też z siostrą epizod sprowadzania butów ze stanów - najnowsze modele nike i adidasów - wtedy to było naprawdę coś! Jak widzicie... handel, handel i jeszcze raz... handel ;)
W liceum byłam raczej skupiona na nauce i... noo i na tym co nastolatki lubią najbardziej - ciągłymi wyjściami ze znajomymi. Ale mimo wszystko znajdowałam czas na to, by po szkole chodzić do sklepu mojej mamy i tam wczuwać się w rolę ekspedientki. Przyjmowałam towar, wyceniałam, obsługiwałam klientów. Kiedy zakończyłam edukację w liceum w wakacje zatrudniłam się w ogródkach piwnych. To była fajna praca za dnia, kiedy grała muzyka i świeciło słoneczko. Wieczorami bywało gorzej - pijani faceci rzucającymi obrzydliwymi tekstami, toalety w stanie gorzej niż tragicznym, często bójki i pobite szkło. Całe szczęście zwolniono mnie kiedy tylko poprosiłam o dwa dni wolnego. Pracowałam tam od 9/10 rano do... ostatniego klienta. Czasem nawet do 3. Trzeba było dojechać do domu, wykąpać się i za chwilę znów wstać. To była fajna praca, gdybym mogła cofnąć się w czasie mimo wszystko nie poprosiłabym wtedy o wolne. Ale wtedy wielce zakochana nie mogłam znieść tego, że z wakacyjnego okresu pełnego szaleństwa korzysta tylko on. Beze mnie.
Po wakacjach poszłam na studia zaoczne, postanowiłam otworzyć wreszcie coś swojego. Otworzyłam... komis odzieżowy. Uwielbiałam być w tym sklepie. Czułam się tam jak ryba w wodzie. Początkowo wszystko szło dobrze, rzeczywiście znajdywały się tam same perełki. Marynarki, których ceny w sklepach sięgały kilkuset złotych, u mnie można było dostać za ... 40. W stanie oczywiście idealnym. Wszystko zniszczył mój brak asertywności. Ludzie przychodzili i wpychali mi w ręce rzeczy delikatnie mówiąc... przeciętne. A takich to wiecie - wszędzie jest mnóstwo. Wiedziałam, że dłużej tak nie pociągnę, zwłaszcza, że nie były to jeszcze czasy, w których można było bez problemy rozreklamować coś w social mediach. Nie chciałam tego dłużej ciągnąć i zamknęłam sklep. Była to jednak dla mnie ogromna lekcja. O cały sklep dbałam sama. Przyjeżdżałam rano, przygotowywałam sklep do otwarcia, do godziny 17 przyjmowałam towar, wyceniałam, metkowałam, zawieszałam, obsługiwałam klientów, pakowałam to co się nie sprzedało. Podobało mi się to tak bardzo, że na prawdę byłam ogromnie zawiedziona kiedy mi nie wyszło. Dziś znów śmiało mogłabym otworzyć ten sam biznes, nie popełniając błędów, które popełniłam wtedy. Bo naprawdę to lubiłam.
Zaraz po zamknięciu sklepu poszukałam sobie pracy biurowej. Głównie ze względu na to, że był to czas starań o dziecko, więc nie mogłam sobie olać zatrudnienia. W ciąże zaszłam niemalże na początku tej pracy, szybko przechodząc na chorobowe w związku z kilkoma omdleniami i wymiotowaniem 20 x dziennie ... Ale siedzenie w domu bezczynnie nie było dla mnie. Musiałam coś robić! I wtedy założyłam blog, a wraz z nim... YOUR STYLE SCEOND HAND. Wyszukiwałam perełki - kupowałam taniej, sprzedawałam drożej. Same rzeczy w idealnym stanie, unikatowe, pachnące i wyprasowane. Kupowałam, prałam, prasowałam, a następnie robiłam zdjęcia, obrabiałam i wystawiałam - pod każdym zdjęciem znajdowały się wszystkie potrzebne wymiary, firma oraz cena. Uwielbiałam wrzucać nowy towar i patrzeć jak pojawiają się komentarze: rezerwuję! Kupuję! A ja wszystko pakowałam, drukowałam wizytówki, biegałam na pocztę i wysyłałam. O jeju! Jak ja to lubiłam! Im bliżej rozwiązania, tym mniej miałam sił. W ostatnim miesiącu całkowicie zaprzestałam sprzedaży ubrań, zwłaszcza, że kulałam się codziennie na praktyki do Straży Pożarnej w Toruniu. Do podobnej branży wróciłam jeszcze całkiem niedawno, wykonując już równolegle zajęcie, o którym poczytacie poniżej - tym razem jednak załatwiłam sobie dojście do rzeczy sieciówkowych, nowych - które sprzedawałam w znacznie niższej cenie niż w sklepie. Również wspominam miło, ale jednak poniższy "zawód" nie pozwolił mi działać na dwa fronty... ;)
W międzyczasie pisałam blog. Pisałam go i pisałam, zyskując coraz więcej czytelników. Im dłużej pisałam, im więcej czasu na to poświęcałam - tym większych rozmiarów to wszystko przybierało. Wywiad w DDTVN, w radiu, w gazecie... pierwsze wyróżnienia. Zaczęły pojawiać się pierwsze propozycje współprac, początkowo barterowych, potem za pieniądze. Zdarzało się to sporadycznie, ale od jakiegoś półtora roku zaczęło to wyglądać na prawdę poważnie. Spotkania służbowe, telefony, stos umów, rachunków, ustaleń ze zleceniodawcami. Lubiłam to, lubię i ... będę lubiła. Zdecydowanie odnalazłam coś co sprawia mi przyjemność i daje nareszcie pensję jakiej nie dałaby mi pierwsza lepsza praca...
Smykałka do handlu i obserwowanie przez pół życia rodziców, którzy sami byli sobie szefami zaszczepiło we mnie chęć posiadania własnego biznesu. W życiu co prawda nie powiedziałabym, że biznesem okaże się blog, ale... cieszę się, że tak wyszło. I choć praca ta trwa nieprzerwanie 7 dni w tygodniu, 24 na dobę, bo tak to jest z czymś własnym... to nie zamieniłabym jej chyba nigdy na etat.
Tak wyglądała moja droga. Tak wyglądały moje "prace". Jestem ciekawa jak to wyglądało u Was... Czyta mnie wiele dużo starszych ode mnie kobiet, więc założę się, że macie bogatsze ode mnie doświadczenie i związane z tym mniej lub bardziej fajne wspomnienia! Dotarliście już do momentu, w którym metodą prób i błędów nareszcie jesteście w miejscu, w którym chcieliście być? Czy może wciąż zdobywacie doświadczenie, by dopiero być tam gdzie chcecie? A ilu z Was naprawdę robi to co lubi? A ilu z Was zarabia na... na swoim hobby? W dzisiejszych czasach spróbować zarobić na tym co się lubi, to duża odwaga. Zauważam jednak, że coraz więcej osób rzeczywiście bierze życie w swoje ręce i coraz więcej osób postanawia zarabiać na swojej pasji.
Warto pamiętać jednak, że po drodze można załapać dodatkowe źródła przychodów, które możemy polubić. Ja np. od długiego już czasu zbieram na kilku stronach punkty za ankiety. Będę je mogła z czasem wymienić na kasę. Nie za dużą, ale kilkadziesiąt złotych ot tak po pewnym czasie to miła niespodzianka. Takich podobnych sposobów jest całe mnóstwo i ja zawsze się ich łapałam. Nawiązuję do tego po przeczytaniu artykułu Hobby jako sposób na dodatkowy zarobek, w którym autorka genialnie zakończyła swój artykuł stwierdzeniem:
"Dlaczego zatem warto zainwestować w hobby? Bo to ogromna satysfakcja – pozwoli nam nie tylko się rozwijać i zgłębiać swoje pasje. To może być także dobry i bardzo wdzięczny sposób na dodatkowy zarobek (lub, jak w przypadku wielu, którzy postanowili poświęcić danym obszarom zainteresowań całe życie – główny). Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to sposób na zarabianie pieniędzy, na którym zyskuje się podwójnie – bowiem oprócz lepszego stanu konta (potencjalnie lub realnie – wszystko zależy od tego, czy i kiedy spieniężymy naszą kolekcję) robimy coś dla siebie. Angażujemy się w to, co jest dla nas ważne i nas interesuje. A co więcej, możemy się uznawać za znawców danej dziedziny lub ekspertów. I dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa:)"
Jeśli chodzi o mnie - ogromnie się cieszę, że w swoje hobby zdecydowałam się kiedyś zainwestować. I inwestuję wciąż. W lepsze sprzęty, za którymi idzie lepsza jakość. I wiecie co? Dzięki temu, że tak to lubię... lepszej pracy nie mogłabym sobie wymarzyć... Może nie spróbowałam tych prac zbyt wiele, ale jedno jest pewne - siedzenie na tyłku i narzekanie nigdy nie było dla mnie! A takiej pracy, którą lubicie ( czy to pracując dla szefa, czy dla samego siebie we własnym interesie) - takiej pracy Wam właśnie życzę :) Choć doskonale wiem, że w dzisiejszych czasach o taką pracę jest niezwykle trudno...
Chociaż moje życie trwa jedyne 23 lata, to zdążyłam już ostro posiniaczyć sobie nogi. Nieraz kłody rzucał mi los, nie raz konkretni ludzie. Jednak ostatnie lata nauczyły mnie, by nie traktować tego jak porażki, by nie zniechęcać się zawsze kiedy coś idzie nie po naszej myśli. Ostatnie lata nauczyły mnie tego, by zawsze w takich sytuacjach brać rozbieg, przeskoczyć przeszkodę i ... stać się jeszcze silniejszym.
Wiele razy dostawałam od życia po tyłku. Czasem słusznie, czasem mniej. Ale jednak z wszystkiego co się działo - wyciągałam lekcje. Niektóre z nich wyciągnęłam dopiero stając się matką. Kiedy człowiek zakłada rodzinę, zaczyna sam pracować na własny rachunek i zaczyna być odpowiedzialny za drugiego człowieka - zmienia się wszystko. Całe postrzeganie świata, ludzi i problemów. Spojrzenie na wiele sytuacji zmienia się diametralnie. Nie tęsknię za swoją osobą sprzed dziesięciu, pięciu a nawet sprzed dwóch lat! Za to uwielbiam siebie i swoje życie teraz - nareszcie spokojne, nareszcie z gruntem pod nogami, nareszcie bez większych zawirowań. Nareszcie ze spokojem ducha. Bez tej niepewności co do tego kim chcę być, jak chcę przeżyć życie. Za nic nie cofnęłabym się do licealnych czasów, w których nic nie było pewne.
Pamiętam kilka sytuacji w swoim życiu, które podłamały mnie totalnie. O ile z niektórych się teraz śmieję, tak niektóre wciąż wspominam ze łzami w oczach. Kilka głupich, młodzieńczych błędów, depresja w liceum, a nawet targnięcie się na życie - mogłabym tego żałować, mogłabym teraz płakać do poduszki, że mogłam postąpić inaczej, uniknąć niektórych sytuacji, ludzi. Ale... wszystko w życiu dzieje się po coś. Zawsze tłumaczę sobie, że gdyby nie to liceum, które wybrałam - nigdy nie poznałabym kilku fantastycznych ludzi. Nigdy nie poszłabym z nimi na imprezę i nigdy nie poznałabym jego... a gdybym nie poznałam jego - nie miałabym tej pięknej, fantastycznej córki i tego życia, które mam tu i teraz - a teraz to życie jest dla mnie IDEALNE - ze wszystkimi swoimi mniejszymi zgrzytami i drobnymi problemami. Jestem też wręcz przekonana, że z perspektywy czasu, to wszystko co się wydarzyło - ukształtowało mnie taką, jaką jestem teraz - a uważam, że stałam się naprawdę dobrym, lepszym człowiekiem. Założę się, że ma tak większość z Was.
Kiedy rok temu postanowiłam wyprowadzić się z miasta rodzinnego, traktowałam to nieco jako zupełnie nowy początek. Bez toksycznych relacji, fałszywych ludzi. Z dala od miasta, w którym wszystkim się wydaje, że znają Twoje życie lepiej niż ty sama. Jeszcze raz na jakiś czas dosięgały mnie "uroki" tej mieściny, a będąc osobą, która funkcjonuje na tak dużą skalę w internecie było to dla mnie logiczne, że wciąż w tamtym mieście będzie mnie znało coraz więcej ludzi - nie coraz mniej. A co za tym idzie - że zawsze ludzie będą tam gadać. Pogodziłam się z tym faktem i nawet przestały robić na mnie wrażenie coraz rzadziej pojawiające się hejty na moim blogu. Ilekroć pojawiłam się w Inowrocławiu - gdziekolwiek nie byłam: zakupy, pub - zawsze znajdywała mnie jakaś dobra dusza, która postanowiła mi powiedzieć jaki kawał dobrej roboty odwalam. Hejt został stopniowo wypchnięty przez podziw i dobrych ludzi.
Nie to jednak zaprzątało mi głowę, bo los rzucił mi kłody w postaci problemów finansowych, kiedy blog jeszcze nie hulał jak teraz, a wszystkie oszczędności pochłonęła wyprowadzka, kaucje i początek życia w wielkim mieście. Kiedy zaczynają się problemy finansowe, bardzo często ma to negatywny wpływ na relacje w domu. Sytuacja była cholernie napięta, mieliśmy okropny kryzys, z którego całe szczęście wyszliśmy. O tym pisałam Wam już jednak nie raz, nie dwa... Wzięliśmy się w garść, zaczęliśmy ostro pracować, zarabiać i zaczęliśmy nareszcie traktować się jak najlepsi przyjaciele, a nie wrogowie. Kiedy stworzymy w domu tak cudowny nastrój, atmosferę, kiedy zaczniemy się szanować i każdy problem pokonywać RAZEM - wszystko staje się łatwiejsze. Kilka dni temu niepotrzebnie chyba pomyślałam sobie... czy coś złego może mnie spotkać? Choroba? Jakaś chora sytuacja? "Życzliwy człowiek" ? Tak bardzo się przestraszyłam tego niepokoju, który czułam tyle razy. Na przykład wtedy, kiedy rozstałam się z F. albo wtedy kiedy rodzice w gimnazjum odebrali mnie podpitą z komisariatu. Albo wtedy kiedy patrzyłam na chorego dziadka, który mówi do lustra jak do zupełnie obcej osoby i nie może znaleźć wejścia do łazienki... Tego niepokoju, kiedy nie miałam za co opłacić rachunków i musiałam sprzedać swoje wszystkie ulubione rzeczy, albo wtedy kiedy straciłam w ciąży przytomność i tak bardzo się bałam, że coś się stało mojej maleńkiej... o, albo wtedy kiedy moją najlepszą przyjaciółkę praktycznie pod moim domem potrącił rozpędzony samochód... Tak bardzo się przestraszyłam tego uczucia i obiecałam sobie, że zrobię wszystko jak należy. A jeśli pojawi się problem - po prostu go przeskoczę.
Kilka dni temu napisała do mnie administratorka jednej ze stron, na której pojawiła się recenzja mojego wywiadu w DDTVN. Ktoś pod tym wpisem oskarżył mnie o branie narkotyków kiedy byłam w ciąży, o zdradzanie mojego F. i o niepewność co do tego kto jej jej ojcem - bzdury wyssane z palca, więc pierwsza reakcja moja i F. to był wybuch śmiechu. Cel komentarza był taki, by autorka strony przestała uznawać mnie za idolkę. Po wybuchu śmiechu, kiedy F. zajął się swoimi kuchennymi sprawami ( to on u nas gotuje) - ja poczułam znów to dziwne uczucie niepokoju. Poczułam po raz pierwszy, że ktoś rzuca we mnie ... nie hejtem, w którym mówi, że jestem brzydka i głupia. Nie faktem, w którym zdradza, że lubiłam sobie popić w czasach liceum. Nikt nie obraził mnie, mojej rodziny - ktoś po prostu zniesławił moją osobę, wymyślając coś co na dobrą sprawę mogłoby mi zaszkodzić, zaszkodzić mojej opinii publicznej, zaszkodzić mojej rodzinie- na przykład jeśli kiedyś taki komentarz przeczytałaby moja córka. Pomyślałam sobie... dlaczego? To już nie jest głupia obraza, to już nie jest krytyka - to jest coś znacznie gorszego. To jest zrobienie ze mnie kogoś kim nie jestem. Nie byłam święta, w życiu spróbowałam wielu rzeczy - ale scenariusz osoby komentującej, był tak brutalny, że sama bym siebie znienawidziła, gdyby był on prawdą. Zaczęłam więc rozmyślać... czy po raz kolejny to wszystko olać i pozwolić sobie spokojnie żyć... czy po raz kolejny pozwolić jakiejś miernocie czuć się bezkarnie...czy może zgłosić sprawę, odnaleźć tą osobę i wyciągnąć odpowiednie konsekwencje. Wszystko we mnie buzowało. Co wybrać? Spokojne życie, czy odrobina walki o dobre imię i o ukaranie kogoś, kto jest cwaniakiem w internecie i zapewne... pizdą w świecie. Serce mówiło... olej to. Ale rozum mówił: granica została przekroczona. Bo została. Branie narkotyków w ciąży, ojciec nieznany, ciąża to wpadka, bo było ich wielu...jak tak można? Jak z tego okresu, który poprzedzony był całymi miesiącami rozmów, przygotowań i starań - jak można z tego tak po prostu zrobić tak okrutny scenariusz? Miałam mętlik w głowie. Wieczorem wyobraziłam sobie jednak osobę, która to pisała... jakiś spocony człowiek, które klepie na klawiaturze: Alicja Wegner Mamala - i szuka... i wszędzie tam gdzie może stara się udowodnić jaka jestem zła... wyobraziłam sobie jak smutne i beznadziejne życie musi mieć ta osoba. Z jednej strony chciało mi się śmiać i zostawić to w spokoju - już wystarczające puste życie ma ten człowiek. Z drugiej strony miałam ochotę ją ukarać. I wtedy z tych rozmyśleń wyrwał mnie hałas z pokoju obok... głośny śmiech Polci i jego... "kocham tato" ; "Kocha tata Polusię! Idź do mamy i też jej powiedz" - byłam szybsza. Wleciałam do ich pokoju, przytuliłam mocno i powiedziałam - kocham Was ! I tak jak każdego dnia, turlaliśmy się po łóżku, roześmiani aż do łez... Na drugi dzień pędziłam na spotkanie służbowe z teczką pełną dokumentów, a w trakcie tego pędu domawiałam jeszcze przez telefon szczegóły na temat projektu mojego mieszkania. W domu czekał na mnie pyszny obiad ugotowany przez niego i Pola... z kolejnymi słówkami do kolekcji, jeszcze bardziej dorosłym uśmiechem niż wczoraj. Za kilka dni pójdzie do przedszkola...a ja rozwinę swój biznes jeszcze bardziej. Wieczorem powiedziałam do F... "Wiesz co... odpuszczam. Kocham swoje życie, ale ... jeśli ktoś chce wierzyć w to, że jest inaczej i że moja przeszłość wyglądała tak jak ten ktoś sobie uroił... niech tak sobie myśli. To on marnuje czas.". I odpuściłam. Nie tykaj gówna, bo śmierdzi, mówią.
Długo walczyłam o to spokojne, bezproblemowe życie, które mam teraz. Swoje przeszłam i naprawdę... dojrzałam do tego, by wiedzieć kiedy pewne rzeczy olać, zbagatelizować. Nie jestem człowiekiem świętym, ostro poszalałam za czasów licealnych, ale ... nie zrobiłam nic czego mogłabym żałować. Nie zrobiłam nic co mogłoby kogoś zranić. Jeśli ludzie myślą, że to jakim byłam człowiekiem w wieku szesnastu lat - ma odzwierciedlenie w tym jakim teraz jestem człowiekiem, jaką jestem matką i narzeczoną - to świadczy tylko o ich poziomie intelektualnym, który ostro dotyka dna. Jeśli ludzie czują się lepiej, bo przypiszą innym łatkę szmaty i ćpunki. Jeśli czują się lepiej, bo rozgłoszą na cały świat, że jakieś dziecko nie było planowane - jeśli z tym wszystkim czują się lepiej - proszę bardzo. Nie jesteście bezkarni, ale... nie ja tu jestem od karania. Życie... życie jeszcze nie raz Wam pokaże. Życie jeszcze Was nauczy szacunku do drugiego człowieka, tak jak nauczyło mnie. Kiedyś to Wy potkniecie się o rzucane kłody pod nogi i to Wy zostaniecie poturbowani. Ja? Ja już nauczyłam się skakać. Najwyżej jak się da. Mogę bać się wojny, choroby i tego, że nie będę mieć za co kupić chleba - bo to są prawdziwe problemy. Ale nie boję się już ludzi. Tylko JA mam wpływ na swoje życie i nie pozwolę, by ktoś inny rujnował mi to co na co sama zapracowałam. Może pora przestać być skromnym i przyznać: tak. Udało mi się. Mam zajebistą rodzinę, dobrą pracę, pasję i własne mieszkanie w wieku 23 lat. Ktoś inny ma tylko komputer i swoje 5 minut, w którym zrobi ze mnie kogoś najgorszego. Ja mogę w takiej sytuacji, albo żyć dalej... albo załamać się, walczyć o dobre imię, tracić nerwy, stresować się. Nie. Nie zrobię tego. Bo dojrzałam do tego, by wybaczać i iść dalej.
Każdy z nas miewa w swoim życiu problemy. Mniejsze lub większe. To co jednak zaobserwowałam, to fakt, że bardziej od chorób czy tego co naprawdę złe - boimy się innych ludzi. Człowiek drugiemu człowiekowi potrafi zgotować na ziemi piekło. Zniszczyć całe życie, rodzinę, wszystko na co człowiek zapracował. Co chwilę czytam o tym, jak najlepszy przyjaciel wrobił drugiego i zrujnował mu firmę... jak "przyjaciółka" przyjaciółce próbowała rozbić rodzinę. Jeden człowiek, potrafi zniszczyć los kilku ludzi. Tylko dlatego, że razi go to, że mają oni życie lepsze od niego. Tak... teoretycznie powinniśmy bać się siebie nawzajem najbardziej. Ale jeśli mogę Ci dzisiaj coś powiedzieć... to powiem Ci tylko tyle ... Twoją największą siłą jesteś Ty sam. Skoro Ty sam budujesz swoje życie cegiełka po cegiełce - jak możesz pozwolić pierwszemu, lepszemu wandalowi to wszystko tak po prostu zniszczyć.
Wierzę, że każdy z nas jest ponad to. Wierzę, że TY jesteś ponad to. Nie ważne więc co takiego dzieje się właśnie w twoim życiu - nie traktuj tego jak porażki. Wyciągnij lekcję i ... skacz! Przeskocz to cholerstwo, które zatruwa Ci życie i ... zostaw je za sobą. Tak po prostu. I NIGDY przenigdy nie pozwól, by inni ludzie decydowali o tym kim Ty sama jesteś. Nie pozwól też na to, by błędy przeszłości definiowały to kim jesteś teraz...
Czuję, że jestem Wam ten post winna. Niektórzy blogując nie czują potrzeby informowania czytelników o zmianach, spowiadania się z pewnych wyborów. Ja Was jednak traktuję jak najlepsze przyjaciółki, a nie liczby w tabelkach. I myślę, że o pewnych sprawach powinnyście moje drogie wiedzieć... Zwłaszcza, że pojawia się coraz więcej pytań - czemu mnie tak mało?
Ten wpis będzie idealnym podsumowaniem tego co za mną i dobrą zapowiedzią tego co przede mną. Moje życie zmieniło się diametralnie odkąd kupiliśmy mieszkanie. Mam wrażenie, że jestem lżejsza o 10 kilogramów, ale niestety waga mówi, że jest wręcz odwrotnie ;) Życie stało się spokojniejsze i piękniejsze i z dnia na dzień jest coraz lepiej... kryje się jednak za tym kilka innych rzeczy, które mają na to wpływ...
ODCIĘŁAM SIĘ
Na przykład to, że się odcięłam. Jakiś czas temu być może zauważyliście, że większość blogerów dumnie wstawiała zdjęcia z See Blogers - konferencji dla blogerów w Gdyni. Nie miałam ochoty tam jechać, ale wszystko było już zaklepane, więc nie miałam zbytnio wyboru. Dla jednych ten weekend był idealną okazją do nawiązania znajomości, dla innych do naładowania baterii i zyskania wiedzy na przeróżne tematy związane z blogowaniem. Dla mnie był to weekend, podczas którego zadecydowałam, że... to koniec jakichkolwiek znajomości ( prawie ;) ) . Od zawsze byłam osobą, która robiła wszystko na odwrót i nie szła za tłumem. Choć starałam się okrutnie, żeby nie wychodzić na sztywniaka to po raz kolejny na tego typu konferencji chodziłam swoimi ścieżkami, nie robiąc ani jednego zdjęcia, nie szukając żadnych nowych kontaktów. Ponoć wiele osób zawsze uważało, że postępuję wręcz odwrotnie, ale cóż - pozory mylą. Konferencja była na prawdę świetna. Wiele się nauczyłam, wpadłam na nowe pomysły, zaczęłam myśleć dzięki kilku prelekcjom nad nowymi projektami. Zrozumiałam też, że te wszystkie kółka wzajemnej adoracji i obrabianie sobie tyłków, zaraz po tym jak się dało sobie buziaka w polik - to kabaret, w którym nie chcę uczestniczyć w żadnym stopniu. Kilka dni po powrocie usunęłam prywatny facebook, sprawiając, że kontakt ze mną to jedynie telefon - jak za starych dobrych czasów. Nagle moje życie zyskało inny wymiar. Nie rzucają mi się w oczy głupie wpisy, fałsz i nic nie znaczące bzdury. Nie potrzebuję śledzić życia kilkuset osób, a sama wystarczająco dużo pokazuję się w swoich social mediach. Inny wymiar, inny świat. Nareszcie czuję, że rzeczywiście odcięłam się od świata i żyję w swojej bajce. Teraz dopiero widzę, że powinnam była podjąć tę decyzję już dawno. Ale ja wolałam sobie wmawiać, że facebook mnie nie pochłonął, nie zabiera mojego czasu i wcale nie działa mi na nerwy. Lubię swój mały świat, który tworzę ze swoją rodziną we własnych 4 ścianach.
NIC NA SIŁĘ
Pytacie: dlaczego mnie tak mało? Kiedyś po kilka zdjęć na insta, kilka wpisów w tygodniu na blogu. Powodów jest kilka - swoje robią wakacje i to, że wykorzystuję maksymalnie chwile z Polą przed jej pójściem do przedszkola. Przestałam też nareszcie przejmować się tym, co będzie jeśli nie będę tak często pisać wpisów prosto z serducha, a częściej wrzucać wpisy pokazujące mój styl życia. Totalny life style. Wnętrzarskie inspiracje, moje zakupy, jadłospisy. Przestałam się przejmować, bo blog to 100 % mnie. I bezsensu jest pisanie na siłę, byle od serca, byle życiówki, byle refleksje. Od dłuższego czasu nie mam natchnienia na motywacyjne wpisy i refleksje każdego dnia więc ich nie tworzę. Być może byłaby to kwestia czasu zanim ktoś by mi napisał... nie piszesz już jak kiedyś, zmieniłaś się! No właśnie nie zmieniłam się - pozostałam sobą i jestem wobec Was fair. Dlatego jeśli mam całą banię pomysłów na lekkie wpisy, to Wam je funduję. A jeśli nie mam weny na cięższe tematy, to ich nie tworzę, bo stawiam tutaj na jakość. Bylejakość jest na połowie blogów. Tworzenie wpisów co drugi dzień, byle coś napisać. I nieważne, że kilka zdań, temat z dupy, bo właściwie o niczym. Wpis jest? No jest... ja tego nie chcę. Nic na siłę. Jeśli na mamalowym blogu pojawia się wpis, to na 100 % jest on wynikiem natchnienia, stukania w klawiaturę z siłą jakiegoś naćpanego oszołoma - nawet jeśli są to tylko sypialniane inspiracje czy zdjęcia nowych zakupów. Zmieni się to wszystko też trochę kiedy Pola pójdzie do przedszkola, a ja będę miała stałe godziny pracy - wtedy będzie czas tylko dla Was i być może pomysłów do głowy będzie wpadać więcej.
MÓJ STYL ŻYCIA
No właśnie. Ten blog to moje życie, moje wybory, mój lajf stajl. Polecam to co JA LUBIĘ, pokazuję zakupy na które MNIE STAĆ i piszę Wam o wyborach, które JA PODEJMUJĘ. Nikt nie musi się z tym zgadzać, nie musi zdania podzielać, nie musi kupować tego co ja - ale myślę, że powinien to wszystko szanować ;) Zawsze znajdzie się ktoś kto wytknie mi cenę czegoś, wytknie mi chujowy gust, który ponoć jest wynikiem tego, że większość życia mieszkałam na wsi. Zawsze znajdzie się ktoś kto będzie próbował mi narzucić swój styl życia. Tylko nie bardzo rozumiem po co. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy woleliby, żebym wciąż była tą Alicją sprzed roku - której tygodniowy budżet na jedzenie to 150 zł i która trzeci sezon z rzędu lata w tych chińskich, śmierdzących trampkach. Pewnie wielu chciałoby, żebym nadal nie miała grosza przy dupie i nie nosiła torebki MK za osiem stów. Ale głęboko wierzę w to, że większość moich czytelników ma rozum i zdaje sobie sprawę, że człowiek nie zmienia się na gorsze wraz z momentem, w którym wszystko zaczyna mu się układać. Ja tego życia sprzed roku już nie chcę. I zrobiłam wszystko co w mojej mocy, by to życie zmienić o 180 stopni. Nie zamierzam więc mieć z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Nie obrażaj się na mnie o lepsze życie, tak jak nie obrażasz się na reklamy w TV, które pokazują najnowszego mercedesa za pół miliona.
NARESZCIE MAM WSZYSTKO
Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to co najważniejsze już mam. Własne mieszkanie, wspaniałą rodzinę, w której wreszcie nie ma żadnych większych zgrzytów, a jest miłość, szacunek i wzajemnie zrozumienie. Na wszystko inne pracuję sobie teraz w swoim tempie. Nie mam spiny, żeby mieć cokolwiek, nie marzę aż tak bardzo o rzeczach materialnych, bo odkąd tak pokochałam życie i to co mam tu i teraz w zasięgu ręki, nie takie rzeczy mi w głowie. Nareszcie czuję, że mam wszystko. Wszystko co najważniejsze. Reszta to dodatki, które albo będą albo nie... zauważyłam też, że nareszcie wolną gotówkę nauczyłam się wydawać, bo za moment znów zacznie się oszczędzanie na remont, ale... tą wolną gotówkę nauczyłam się inwestować we wspólny czas, książki i rzeczy, które sprawiają mi większą frajdę niż nowa torebka czy spodnie. Takich wydatków jak sushi w 3 rocznicę, basen całą rodziną czy wypad na lody - takich wydatków nigdy nie żałuję...
OBRAŁAM NOWĄ TAKTYKĘ...
... którą jest brak taktyki. Oczywiście, że muszę mieć jakieś założenia, plany, cele - to moja praca, mój biznes, który muszę rozwijać, ale... chcę iść za głosem serca, nie chce robić czegoś wbrew sobie, nie chcę zmieniać całkowicie szablonu tylko dlatego, że profesjonalnie BYŁOBY tak i srak. Nie zawiodłam się jeszcze na tym, że jadę na intuicji i nie podążam za masami - może ma to taki minus, że wciąż pozostaję w pewnej niszy, ale... czy nisza jest zła? Nie muszę być NAJ NAJ NAJ, nie muszę być w nagłówkach gazet - dopóki to wszystko sprawia mi radość i daje taki pieniądz jaki chciałam mieć - nie potrzeba mi jakiegoś fejmu, znam swoją wartość i NIE, nie mówię, że nie było fajnie mieć większej społeczności tutaj - byłoby! Ale nie zaprząta mi to już jakoś specjalnie głowy :) Mam zamiar rozwijać to wszystko na swój własny sposób i wierzę, że ludzie docenią, że robię to co czuję, że chcę robić, a nie robię czegoś co POWINNAM. Gdzieś po drodze zniechęciłam się niedawno widząc jacy blogerzy stali się TOP, przekazując nam ... nic nam nie przekazując. Proste treści, proste memy, za którymi idą masy. Fajnie - super pomysł od strony marketingowej, ale w tym wszystkim gdzieś jednak jest tylko właśnie TAKTYKA i BIZNES bez włożenia tego co najważniejsze - odrobiny serca. Brak taktyki moją nową taktyką. Będę robić jak czuję, po prostu.
ZMIERZAM KU LEPSZEMU
Dokąd więc zmierzam? Zmierzam ku lepszemu. A pozwala mi na to wszystko to co opisałam Wam powyżej. Na to by żyło mi się lepiej składa się właśnie to, że się odcięłam. To, że żyję w zgodzie z samym sobą i to, że piszę to co chcę, pokazuję co chcę, żyję jak chcę, nie robiąc nic na siłę. Zmierzam ku lepszemu, zmieniając się na lepsze. Jak nigdy chłonę to życie, pracuję kiedy chcę, a nie biegnę jak osioł od rana do nocy, wyrzucając sobie potem, że dziecko nie miało co ze sobą zrobić. Kurcze. Jest cholernie dobrze i wybaczcie, ale lubię o tym pisać. Lubię dzielić się swoim szczęściem, tak jak zawsze lubiłam wyrzucać z siebie to co mnie bolało i uwierało. Ale w tym wszystkim nie zapominam też o tym by...
PODZIĘKOWAĆ
Wam oczywiście. To dzięki Wam już nie muszę desperacko sprzedawać swoich ulubionych ciuchów, żeby mieć na rachunek za prąd. To dzięki Wam nareszcie mogę mieć coś o czym zawsze marzyłam ze łzami w oczach - mieszkanie w stolicy. To dzięki Wam, mogę mieć tak cudowną pracą. Dzięki Wam, bo przecież bez Was to wszystko nie miałoby sensu. Dziękuję, że czytacie, jesteście i jak jeszcze się udzielacie to już w ogóle bajeczka! Dziękuję, że szanujecie moją pracę, doceniacie ten kawał roboty, jaką odwalam w internecie. Dziękuję, że jesteście... normalne. Że zdajecie sobie sprawę, że jestem taka jak Wy. Normalna babka, która ma życie, pracę i problemy jak każda z Was. Fajnie jest pisać i widzieć po publikacji jak taka mała mapka Polski z sekundy na sekundę zaczyna się zapełniać małymi plamkami w danych miastach - te plamki to Wy. To ludzie, którzy widząc link na fejsie, klikają z ciekawości i zanurzają się w lekturze. Jestem cholernie dumna. Z Was i z siebie. Tworzymy tutaj fajną ekipę - ja i moje mamaloholiczki.
Więc tak... zmieniać się będzie na tym blogu co chwilę coś, bo zmieniam się ja, moje życie. Jednak to jak bardzo się ono zmieni jest bez znaczenia, bo zawsze będę postępować w zgodzie z sobą. Zawsze będę żyć jak chcę, z dala od fałszu, materializmu i toksycznych relacji. Z dala od obłudy... będę tworzyć swoją własną historię, własną bajkę w moim małym światku, którym będę się dzielić z Wami możliwie jak najdłużej. Może za 50 lat nadal pomarszczoną rączką będę klepać w klawiaturę pisząc jak zajebiście udało mi się przeżyć życie. I wszystkie będziemy czuć jakbyśmy się znały od dawna... choć z większością z was nie znam się przecież wcale. I to jest zajebiste. I za to jestem wdzięczna. Dzięki ludzie. Dzięki świecie.























































Wielu ludzi narzeka na swój los, marudzi i uważa, że życie nie daje im nic w zamian za ciężką pracę. Nic w tym dziwnego. Bardzo łatwo popaść w depresyjne stany, kiedy życie jest jedną, wielką wegetacją. Nie widzisz swojego faceta całe dnie, czasem tygodnie, a i tak gówno z tego macie. Ciężka praca tylko po to, by w miarę godnie przeżyć. To smutne realia...
Wiem jednak, że każdego z nas stać na dużo, dużo więcej. Czasem po prostu punkt w jakim się znajdujemy sprawia, że nie widzimy już żadnych perspektyw na lepsze życie. Jeszcze rok temu kogoś kto klepie biedę i mówi, że inaczej się nie da, nazwałabym nieudacznikiem. Dziś wiem, że nie wszystko jest czarne i białe i nie każdy ma w sobie tyle siły, by z dnia na dzień zmieniać całe swoje życie,, a co najgorsze...ryzykować. Czasem po prostu wolimy stać w miejscu, postępując zgodnie z dewizą: jest chujowo, ale stabilnie.
Kilka miesięcy temu gdzieś w czeluściach instagrama znalazłam piękny dom... duży, z piękną antresolą... Coś mnie mocno ukłuło. Zobaczyłam w nim siebie i moją rodzinę. Zobaczyłam przytulne pokoje, duże lustro w przedpokoju i rodzinę, która przychodzi w odwiedziny z ciastkami. Rozmarzyłam się tak okrutnie i nie mogłam wybić sobie z głowy tego widoku. Szybko jednak racjonalne myślenie sprowadziło mnie na ziemię. Bo stoimy w jakimś martwym punkcie. Niby jest praca, jest grunt pod nogami, ale jakoś tak... bez większego rozwoju, bez większych planów. Oszczędzamy jak możemy to wiadome, ale czy to starczy? I czy całe życie będziemy chcieli robić to co robimy? W tym całym chaosie myślowym czułam się osamotniona. Widziałam, że On jakby uwierzył, że to realne. Wiedziałam jednak, że miną dwa dni, a on powie "nie w tym życiu kochanie...". Usilnie pragnęłam usłyszeć coś innego i choć wiara moja gasła, to projekt mieszkania włączony był cały czas. Tak, bym mogła wizualizować sobie swoje marzenie. I po kilku dniach on usiadł, zaczął liczyć, dzwonić...wiecie co, chyba nawet zaczął wierzyć. W siebie i w swoje możliwości. I rozpisywaliśmy tak kilka dni razem, przeliczaliśmy, analizowaliśmy. Nie koszta mieszkania, nie koszta jakiekolwiek. Nic z tego. Analizowaliśmy własne możliwości i inwestycję w dalszy rozwój. Pracowaliśmy coraz ciężej i wierzyliśmy w siebie coraz bardziej. W imię marzeń. " Boję się ryzyka" - mówił mi. Ja też. Ale nie chcę do końca życia, żyć tylko marzeniami i złudzeniami, że może kiedyś, może coś, może gdzieś.
Nie ma czegoś takiego, że nic od siebie nie dasz, nie zaryzykujesz i manna spadnie Ci z nieba. Nie ma czegoś takiego, że godzisz się na : chujowo, ale stabilnie. Nie ma czegoś takiego, że stoisz w miejscu i oczekujesz, że marzenia spełnią się same. Tak się po prostu nie da.
Jakiś czas później zrozumiałam jednak, że mimo iż dostaliśmy power do działania, mimo iż postawiliśmy sobie poprzeczkę bardzo wysoko, za cel obierając sobie piękny duży dom... zrozumiałam, że mi do szczęścia wcale nie jest potrzebna willa z antresolą, a po prostu własne 4 kąty. Kilka dni później poszukałam z ciekawości nazwę nowego, dopiero budującego się blokowiska... w Inowrocławiu.... Przeglądaliśmy z F. układy mieszkań i coś nas ukłuło. " Patrz jaki tutaj fajny układ!" - "Idealny dla nas" - odparł. " Zapytaj o cenę!" - napisałam więc e-mail z prośbą. Na drugi dzień - lekkie zaskoczenie i ta sama reakcja jego i moja - bierzemy je! Tak podekscytowani zaczęliśmy sprawdzać bardziej szczegółowo projekt, a nawet kombinować, którą ścianę, by tu wyburzyć, co przestawić... Zaczęły się wstępne rozmowy w bankach, sto tysięcy telefonów do dewelopera, teściowej, rodziców. Nagle się okazało, że tak...że jest szansa! Nagle on spytał... czy na pewno w tym miejscu... "Jestem z Tobą tak szczęśliwa, że mogę mieszkać gdziekolwiek...". Kiedy jednak oficjalna decyzja z banku zabrzmiała: TAK, a my jedną stopą byliśmy już u notariusza - zrozumieliśmy jak wielki robimy błąd. Skusiła nas tylko niska cena. Czy zapomnieliśmy już dlaczego uciekliśmy z tego miasta? Jak bardzo się tutaj męczyliśmy? Wycofaliśmy wszystko. Odwołaliśmy notariusza, podziękowaliśmy doradczyni finansowej. I znów... zaczęliśmy od nowa szukać. Nie wierzyłam w to, że możemy znaleźć coś nowego w podobnej cenie w stolicy. Ale jednak wiara znów zrobiła swoje. Droższe, ale jak się okazało - do zdobycia. W tym samym czasie F. zaczął akurat więcej pracować i więcej zarabiać, co automatycznie zapewniło nam nieco wyższą zdolność, akurat na cenę warszawskiego mieszkania. Mieszkanie, które znaleźliśmy było chyba na jednym z najbardziej luksusowych osiedli, jakie mogłam sobie wymarzyć. Miasto w mieście. Jezioro, prywatna plaża, miejsca do grilla, ścieżki do biegania, restauracje, miejsca do jogi. Wszystko czego trzeba do szczęścia. Mnóstwo mieszkań na sprzedaż, a wśród nich kilka nie za dużych w promocyjnych cenach. Tak mocno promocyjnych, że sporo czasu zajęło mi skrupulatne sprawdzenie czy to aby na pewno nie jakiś wał. Ale nie... nie był to wał, a ... chyba dar od Boga, a może wynagrodzenie tej mojej silnej wiary w to, że ... mogę mieć wszystko co tylko sobie wymarzę. I tak znów zaczęliśmy na nowo się starać, wypełniać wszystkie papiery, biegać, załatwiać... i właśnie kilka dni temu... właśnie tego jednego, pięknego dnia usłyszeliśmy: macie to! Mamy to... NAJWIĘKSZE z marzeń stało się dzisiaj rzeczywistością... podpisaliśmy akt notarialny. Za rok będziemy mieszkać w naszym wymarzonym gniazdku. Nie za dużym, ale naszym... w naszym ukochanym mieście...
Fakt, że dowiedzieliśmy się wtedy, że jest szansa na kupno mieszkania i że może wydarzyć się to już niebawem dodał mi wtedy skrzydeł. Jeszcze mocniej postawiłam na swój własny rozwój i zaczęłam sama w domu inwestować w książki i w szkolenia online. Miałam cele co do bloga, nowe plany i projekty, które cały czas realizuję. Wiedziałam też, że jeśli nie teraz to kiedy? Im później weźmiemy się za marzenia, tym gorzej. Z czasem zacznie ograniczać Cię wiek, a może i nawet zdrowie. Mówi się, że ograniczenia nie istnieją, ale bądźmy realistami - pewnych rzeczy nie przeskoczysz. To jest mój rok. To jest nasz rok. Moja wiara ma ogromną siłę. Wierzyłam w wiele rzeczy, które dzieją się tu i teraz, choć wielu się śmiało, że tak się nie stanie. Pora podjąć kolejne decyzje, postawić kropkę nad i, i uwierzyć, że i ja mogę własną pracą osiągnąć co chcę. Kupić mieszkanie, pięknie je urządzić i żyć w nim szczęśliwie. Tak. To mój cel. I już za niedługo wszyscy będziemy patrzeć jak cegiełka po cegiełce, realizuje się moja wizja. Mój dom ze snów. Dlatego właśnie wtedy, kiedy uwierzyłam, że to możliwe - podniosłam swoje 4 litery i zaczęłam działać. Skończyłam z marnowaniem czasu na beznadziejne programy w TV i bezsensowne przewijanie tablicy na fejsie. Obiecałam sobie wtedy zrobić wszystko co w mojej mocy. Bo siedzieć i narzekać to każdy potrafi. Możliwości każdy z nas ma całe mnóstwo. Tylko sił i chęci czasem brak. Tymczasem codziennie widzę ludzi, którzy odbijają się z impetem od dna i pokazują, że...wszystko się da. Ale ilość samozaparcia, której potrzeba, by to osiągnąć jest tak ogromna - że wciąż udaje się to nielicznym. A teraz ja zasilę ich progi, swoją skromną osobą. Witaj świecie. Mam Ci jeszcze wiele do pokazania...










































Ten fantastyczny rowerek, który widzicie na zdjęciu to w naszym domu najnowsza fura od firmy kido. Rowerek znacznie większy i cięższy od naszego pierwszego, który był też hulajnogą, stąd nie miał takich świetnych, pompowanych kół :) Opcja idealna dla dziecka, które już miało styczność z rowerkiem biegowym. Na pewno będzie nam długo służył, patrząc na jego rozmiary i opcje regulacji. Świetnie wykonany, solidny, bezpieczny - raczej ciężko się na nim wywrócić. Design oczywiście 10/10 ! W przypadku Poli prezent pierwsza klasa ( jak każdy) - Pola jest z tych dzieci, które uwielbiają jeździć na rowerku i odkąd dostała swój pierwszy na drugie urodziny - jeździ na nim praktycznie każdego dnia - teraz ten pierwszy wydaje się być tak malutki, że mówi, że to dla dzidzi i przerzuciła się już chyba na stałe na ten, poza dzisiejszym dniem, kiedy trochę zanim zatęskniła. Ale jednak na co dzień, króluje już ten "dla Poli" jak to mawia moja córka - niefortunnie dla mnie, bo ten już taki lekki jak piórko nie jest, ale całe szczęście nie musieliśmy go wcale zbyt dużo nosić - na nim po prostu chce się jeździć non stop! Co najśmieszniejsze, bardziej od dziecka ze sprzętu cieszy się F. który co chwilę mówi: no w końcu ma solidny rower i zobacz jakie pompowane koła! :D Czy produkują może rowerki biegowe dla chłopów 20+ ...? ;)
Ponoć życie to gra pozorów. To iluzja, stwarzanie wrażenia, nakładanie masek... i chociaż wszyscy wmawiamy sobie, że jesteśmy inni, że my nie udajemy, to i tak na pierwszej randce jemy jak damy, a po miesiącu związku rzucamy się na jedzenie jak wygłodniałe lwice.
Jest jednak różnica, między drobnym zakrzywianiem rzeczywistości dotyczącym sposobu jedzenia, w imię upragnionej miłości, a między udawaniem damy, podczas gdy jest się zbuntowaną kobietą rzucającą przekleństwami na prawo i lewo. Trafiłam ostatnio na dyskusję...mam. Bo przecież to matki mimo całego tego pieprzenia o braku czasu, mają go na takie rzeczy najwięcej. Dyskusja... jakie to przeklinanie będąc matką jest złe. Jakie to przeklinanie o zgrozo na blogu, jest złe. Bo jak to... tysiące ludzi czytają, a tu w tekście nagle, coś o pieprzeniu, cholerce jasnej czy nie daj Boże jeszcze inne, gorsze! Takie na K! Nie wiem, doprawdy nie wiem i nie rozumiem, po co udajemy idealnych? Po co udajemy, że nie robimy czegoś, kiedy robimy to może nawet nagminnie. Po co udajemy idealne i po co wymagamy tego usilnie od innych? Ale spokojnie... Bo nie o tym chcę tak naprawdę pisać. Ta sytuacja jedynie skłoniła mnie do pewnych przemyśleń...
Od kilku dni spędzam nieco mniej czasu przy komputerze, ale nie oznacza to, że nie pracuję, choć fakt. Pracuję mniej. Pracuję, ale nieco bardziej staroświecko. Czytając, doszkalając się, a nowe projekty spisując na kartkach papieru. Zmęczyłam się internetem i staram się znaleźć balans. Ciągle go znajduję, potem tracę - wytrącona z równowagi czymś co zdaje się mnie przerastać. W tym całym doskonaleniu swojego bloga, swojej pracy, umiejętności, raz po raz pojawiają się w mojej głowie pytania... czy rzeczywiście powinnam nie używać brzydkich słów na blogu, bo kogoś odstraszę? A może właśnie powinnam być jeszcze bardziej wyluzowana? A może tak, a może srak. Bo wszędzie, gdziekolwiek nie wchodzę, widzę KREACJE. Blogowe kreacje. Jestem dobrym obserwatorem i widzę jak ze wszystkich blogasków robi się jedno wielkie kłamstwo mające na celu zmanipulować widza, przyciągnąć do czegoś co jest fikcją, ale dobrze się sprzedaje. Ja też... ja też myślę strategicznie. Co zmienić, co ulepszyć, czego nowego spróbować ... to normalne. Blog daje mi pieniądze, daje mi chleb, opłaca dach nad głową i pozwala też realizować większe marzenia... ale gram fair.
Wielokrotnie namawiano mnie: rób szokujące tytuły! Dobrze będą pozycjonować się w googlach, będziesz mieć tysiące wejść - tak wiem, wiem. To byłoby świetne. Trzasnąć kilka takich tekstów w miesiącu i mieć statystyki z głowy, bo słupki rosłyby same. Ale nie... ja tak nie umiem. Doradzano mi wiele innych rzeczy i może właśnie przez to, że się do nich nie stosuję wciąż nie jestem aż tak daleko, jak inni - bardziej sprytni. A może po prostu bardziej bezwzględni? Tego nie wiem. Ale wiem jedno - obiecałam sobie kiedyś, że na przekór temu całemu kłamstwu i obłudzie, którą świat coraz bardziej zarasta - ja pozostanę sobą. I mimo, że inni pukają się w głowę, gadają, że jestem naiwna - to ja inaczej po prostu nie potrafię i nie chcę. Kim bym była, gdybym swoją pasję obróciła przeciwko mnie stając się jedynie marketingowcem, człowiekiem, który nagle teksty pisze tylko i wyłącznie dla kasy, a nie ma w nich już grama pasji, zamiłowania... kim bym była, gdybym na siłę tak jak radzą inni - gdybym na spotkaniach blogerskich wciskała nachalnie wszystkim swoje wizytówki, uśmiechając się do osób, których wcale nie lubię - byłabym może bardziej znana i podłapała więcej współprac od koleżanek z własnymi agencjami - ale no właśnie... przestałabym być sobą.
W dzisiejszych czasach "bycie sobą" nie jest już dla niektórych wcale ważne. Niektórzy nakładają na siebie już tak wiele masek, że sami nie wiedzą kim są. Czy bycie sobą nie jest ważne? Jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy samych siebie zatracili na rzecz znajomości, pieniędzy, kariery? Czy to życie byłoby jeszcze cokolwiek warte? Nie... dlatego jestem w punkcie w jakim jestem. Z całą swoją "naiwnością" w to, że moje prawdziwe ja obroni się samo. Bez maski. Że obronią się teksty pisane tak jak je czytacie - lekko. Bo piszę co myślę, nie tworząc planu, punktów, konspektu... I cholernie kocham to co robię. Ale jeszcze bardziej kocham swoje życie, swoje ja, to co dzieje się tu i teraz. A to jest coś czego kupić nie można. I może czasem z lekkim rozczarowaniem patrzę na to jak kłamstwo, obłuda i manipulacja zbiera największe pochwały. Może czasem lekko mi się wtedy odechciewa, bo ja tu całe serce we wszystko wkładam, emocje, a ktoś to później podpatrzy i zrobi z tego nieco barwniejszą historię, która porwie tłumy... a u mnie zaledwie kilka osób. Ale... ale mimo wszystko siedzę sobie tutaj spokojnie, wierząc, że karma istnieje, a kłamstwo ma krótkie nogi. Że może jeszcze nadejdą dni, w którym ludziom opatrzy się ta cała otoczka i kreacja, a zaczną dostrzegać bardziej i więcej. Może... bo póki co widzę tylko, że to co najlepiej się sprzedaje jest okupione zatraceniem siebie samego. A tego nie zrobię nigdy... bo nie mam zamiaru udawać kogoś kim nie jestem. Nie dla zasady, a z szacunku do samej siebie, swojej rodziny i ludzi, których wkoło siebie mam... a także z szacunku do Was. Bo zajmujecie w moim sercu naprawdę dużo miejsca... gdyby nie Wy, ten blog, to wszystko - nigdy nie byłabym w miejscu, w którym się teraz znajduję. I za to po stokroć dziękuję...
Przenosząc się do Warszawy nie byłam pewna niczego. Ani tego czy uda mi się rozwinąć tutaj skrzydła, ani tego czy będę tutaj szczęśliwa. Bywało różnie. Raz lepiej, raz gorzej. Choć kocham to miejsce, to zdarzało mi się go nienawidzić. Może przez to, że doba jest tutaj zbyt krótka. Może przez to, że pięć dni w tygodniu jestem tutaj praktycznie sama z dzieckiem. Może przez to, że czasem jest po prostu ciężko. Ale... wszystko co dzieje się w naszym życiu, jest pewnego rodzaju lekcją. I tylko od nas zależy czy z tej lekcji cokolwiek wyniesiemy. Ja wyniosłam dużo. Czy życie w dużym mieście może nas czegoś nauczyć? Mnie nauczyło... na przykład...







No i jak widzicie - wszystko co dzieje się w naszym życiu jest dla nas lekcją. Mogę śmiało powiedzieć, że życie w dużym mieście pozwoliło rozwinąć mi skrzydła i zacząć doceniać więcej rzeczy w moim życiu - ale czy zostanę tutaj na zawsze? Tego nie wiem... skrzydła rozwinęłam... teraz mogę być już gdziekolwiek zechcę. Ale póki co... dobrze mi właśnie tutaj.




















Za tak cudowne, klimatyczne i pełne wiosennego klimatu zdjęcia dziękuję najbardziej utalentowanej Marii z Whale Photography. Idealnie trafia w mój gust, ma niesamowite wyczucie, tworzy niesamowite ujęcia... Na zdjęciach od niej zawsze wychodzę tak jak właśnie bym chciała - zawsze mi się wydaje, że pewnie wyszłam tragicznie, ale Maria Wydobywa z człowieka to co najlepsze. Podpowiada jak stanąć, gdzie spojrzeć...nie czeka, aż modelka sama się domyśli - zwłaszcza taka jak co to pisać umie, ale przed obiektywem to już nie bardzo... ;) Maria dziękuję za wszystko! A Wy koniecznie odwiedźcie jej profil i dajcie jej "lajka", bo zasługuje dziewczyna!
W swoim krótkim dość życiu, miałam "przyjemność" poznać wielu ludzi, których poznanie nie nauczyło mnie niczego. Poza świadomością, że na tym świecie było, jest i będzie całe mnóstwo osób, które najchętniej nic nie robiąc, chciałyby podbić cały świat, przygarnąć kilka walizek hajsu, a jeszcze najchętniej zrobić karierę w telewizji. Choć patrząc na to kto w niej funkcjonuje, rzeczywiście wcale nie tak trudno się tam dostać. Czasem wystarczy skąpo ubrać się na jakiś event, na którym foto zrobią nam podstawieni papparazzi. Ot, cała robota.
Z tą karierą w TV, którą zapoczątkowało się pokazaniem cycka, tyłka czy silikonowej wary to jest też tak, że mogłaby to zrobić co druga laska na tym świecie. Tylko połowa z nich nie chce w taki sposób, a druga połowa cholernie by chciała, ale ... przecież co inni powiedzą. Tutaj sprawa jest prosta: albo chcesz tak zaistnieć i masz predyspozycje, albo nie chcesz choć masz co pokazać, albo nie masz co pokazać, więc tutaj już nie masz zbytnio wyboru. Jednak kiedy w życiu chcemy osiągnąć coś więcej i to nie za sprawą wyglądu, sprawa zaczyna się komplikować. Bo jak to do cholery zrobić? Chęci i ambicje są ogromne - dopóki życie nie kopnie nas w zad i nie zaśmieje się szyderczo, pytając: "I ty słabeuszu chcesz coś osiągnąć". Połowa osób wtedy mówi PAS - jeszcze zanim tak naprawdę spróbuje. Druga połowa śmieje się losowi w ryj: " Tak ja! Ja chcę coś osiągnąć! Pokazać Ci jak to się robi?!" - i bierze życie w swoje łapy. Część z tej połowy odpada i tak. Czasem w 1/4 drogi, czasem w połowie, czasem tuż przed końcem. Ja się wcale nie dziwię. W dzisiejszych czasach, kiedy nikt nam tej drogi wcale nie ułatwia, ciężko mieć w sobie tyle pokładów determinacji i siły żeby dotrzeć do końca. Do końca, do którego dochodzą Ci nieliczni, najwytrwalsi. Na mecie są oni często posiniaczeni, wyczerpani, a jednocześnie silni jak nigdy - bo samemu przed sobą udowodnili, że się da. My tych zwycięzców widzimy na co dzień - są spełnionymi ludźmi, którzy non stop realizują swoje cele i marzenia. Nie widzimy już u nich siniaków, a jedynie pewność siebie. Często tą pewność odbieramy jako coś złego. Mylimy ją z zarozumiałością i innymi podobnymi cechami. Nie widzimy drogi do sukcesu - widzimy jedynie sukces. Który tak kurewsko razi po oczach tego, który się poddał, lub tego, który po sukces idzie, ale wciąż nie widzi mety. Opcje są dwie: albo widok osoby, która odniosła sukces Cię zmotywuje, bo stwierdzisz: " Też tak chcę!". Albo Cię zdemotywuje... bo pojawi się w Tobie frustracja, zawiść i zazdrość. Że ktoś ma lepiej. Bardzo często rodzi się w nas wtedy niechęć. Dopisujemy sobie swoje teorie, dzięki którym robi się nam lżej. Ktoś się pewnie dorobił na jakimś wałku, albo skapło mu od bogatych rodziców. Bogate kobiety otwierające własne biznesy to na sto procent żony "karków", a "karki" to na sto procent dilerzy amfetaminy. No cóż. Czytając dyskusje ludzie w internecie, a nawet słuchając ich w rzeczywistości, takie myślenie to normalka wśród ludzi, którym się nie chciało. Bo nie mówię tu o ludziach, którym jest dobrze jak jest i nie potrzebują więcej. Zadowala ich mała choć stabilna pensja i spokojne życie w małym mieszkanku. Ale niestety tych ludzi jest jak na lekarstwo. Pozostali z nich albo chcą więcej od życia i po to konsekwentnie idą, albo by chcieli, ale iść im się nie chce. Wszystko jest za trudne, wszystko jest zbyt czasochłonne. Chcielibyśmy WIELKICH efektów, dając od siebie tak mało...
Kilka dni temu usiadłam nad swoim blogiem i pomyślałam: co zrobić, żeby było lepiej? Żeby zarabiać więcej, ale nie na siłę, a pisząc o tym co lubię? Jak bardziej się przebić, a może jakie drzwi sobie otworzyć, żeby już nie liczyć tak skrupulatnie każdego grosza, a może nawet wyjechać za rok na wymarzone wakacje? Jak to zrobić, żeby rzeczy, które umówmy się, nie są jakimś marzeniem ściętej głowy - jak to zrobić, żeby te rzeczy stały się realne? Nie mówię tu przecież o najnowszym mercedesie w salonu, czy torebce za 10 koła - nie rajcują mnie już takie marzenia, choć nie ukrywam byłoby super móc takie rzeczy mieć. Jednak priorytety człowieka zmieniają się wraz z wiekiem i dojrzałością. Może nie marzę o ekskluzywnym apartamencie i jachcie, ale małe mieszkanko i jego urządzenie też kosztuje - więc jak... jak przeżyć to życie i jak ułożyć je sobie tak, by ze spokojem ducha, urządzić sobie mieszkanie i wyjechać na wakacje. Opłacić dziecku przedszkole, kupić dwa razy do roku fajną odzieżową wyprawkę, bez ciągłego liczenia i martwienia się... JAK. Zrozumiałam, że przede mną jeszcze długa droga. Magisterka, kursy, ciągła edukacja, szkolenia. Daję od siebie dużo, ciągle więcej oczekując - ale czy daję wystarczająco wiele? A może robię dużo, ale ciągle to samo - jak więc oczekiwać lepszych efektów, jeśli czyny wciąż pozostają bez zmian. Czasem sami sobie wmawiamy, że nic więcej już dać od siebie nie możemy. Że wykorzystaliśmy wszystkie możliwości. Tymczasem KAŻDY z nas może dużo, dużo więcej, niż mu się wydaje. Nie jest to jakieś pieprzenie z dupy wzięte, które nie ma w sobie żadnej racji. Nie jest to gadka : możesz wszystko, wmawiająca osobie bez nogi, że noga mu odrośnie jak będzie bardzo wierzył. Życie jest cholernie trudne i ciężko o wiarę we własne możliwości, kiedy ledwo wiąże się koniec z końcem. Ale jakby nie było... ciężko nie zgodzić się z twierdzeniem, że każdy z nas jest kowalem własnego losu. Ciężko co prawda odbić się od dna, na które się spadło, bo po drodze dokonało się złych wyborów - nie czyni to z nas nieudaczników - każdy z nas ma prawo upaść, źle wybrać. Grunt to znaleźć potem w sobie siłę, która pozwoli nam odbić się od dna i metodą małych kroków wyjść na prostą. Czasem wydaje się to nierealne, wiem. Ale pisząc to sama powoli łapię bakcyla. Cofam się nawet o rok wstecz i widzę w jakim punkcie życia byłam, a w jakim jestem. Przed chwilą na facebooku wyświetliła mi się propozycja wylotu do Miami na osiem dni. Jeszcze niedawno popłakałabym się i przewinęła, nie sprawdzając nawet ceny. Dzisiaj sprawdziłam i choć nie mam obecnie nawet złotówki przy dupie, bo właśnie wszystkie moje życiowe oszczędności czekają na oficjalne wieści odnośnie mieszkania... to sprawdziłam i powiedziałam sobie... przecież to realne. Kiedyś Cie tam zabiorę - powiedziałam do F. Bo zabiorę. Bo tak cholernie wierzę w siebie, w swoje możliwości i w to, że mogę zrealizować każdy swój cel - jeśli tylko odpowiednio zabiorę się za realizację tego, co potrzebne mi jest do jego zaliczenia.
A Ty? O czym marzysz? Być może tylko i aż o tym, by wypłata starczała na coś więcej niż opłaty...być może o tym, żeby mieć kasę na wymarzone studia...a być może o tych pieprzonych wakacjach w miami - nieważne. Dla wszechświata "rozmiar" nie ma znaczenia. Wiara - wiara to wszystko czego potrzebujesz. Jeśli będziesz wierzyć - rozwiązania przyjdą same. Ale nie myl rozwiązań z manną z nieba. Wiara nie uczyni, że walizka z kasą spadnie z nieba wprost pod Twoje nogi. Wiara sprawi, że droga do celu stanie się dla Ciebie jasna. Zrozumiesz co musisz zrobić i jak bardzo się postarać, by swoje marzenia spełnić. Wiara sprawi, że ciężka praca stanie się dla dla Ciebie przyjemnością, bo będziesz wiedział po co to robisz.
Więc tak...możesz siedzieć i narzekać. Możesz nadal pozostawać w sferze marzeń, tłukąc sobie do łba, że się nie da. A możesz w tym czasie pomyśleć też co zrobić, żeby jednak się dało... Wierz mi. Narzekanie jeszcze nikomu w niczym nie pomogło. Myślenie - już owszem. Choć inni mogą Ci wmawiać, że myślenie samo w sobie nic nie daje, to nie wierz im - czasem i pisarz musi posiedzieć kilka tygodni nad czystą kartką, by w końcu wpaść na pomysł na najlepszą książkę w jego życiu...
PS: I chyba to jakiś znak, bo akurat robiąc przerwę w tym wpisie, przeczytałam artykuł o facecie, który wprowadził na rynek kamerę GoPro... fragment artykułu" Zebranie pieniędzy na taki biznes nie było jednak łatwe. Jak zdradził Woodman, fundusze na start firmy pozyskał ze sprzedaży... korali i pasków z muszelek. Gdy był na Bali – oczywiście, na surfingu – jego dziewczyna Jill przyszła właśnie w takim stroju. Gdy usłyszał, jak tanie były te rzeczy, postanowił zamówić je hurtem. Dwa miesiące później wróciłem do Kalifornii z misją sprzedawania tego jak najwięcej, ile się da. Sprzedaliśmy większość i wtedy wróciłem do rodziców już z gotówką potrzebną do wystartowania GoPro – opowiadał Woodman. Ostatecznie zainwestował ok. 175 tys. dolarów." ( źródło: natemat.pl)
I fakt. Może i Woodman musiał tak czy siak, mieć jakiś hajs na te muszelki, ale czy nie widać tutaj determinacji i pomysłowości, której tak często nam brak? W końcu i ja na iphone uzbierałam kupując coś taniej, sprzedając drożej. Zainwestowałam wtedy jedynie 50 zł, z których zrobiłam 100, i tak dalej i tak dalej... Aż doszłam do 2 tysięcy. Da się? Wszystko się da! Ale trzeba jeszcze chcieć. A nam przecież tak często i chcieć się nie chce...























zdjęcia: Whale Photography
Niby chcemy być lepszym człowiekiem, a jednak u kogoś wady potrafimy wytknąć natychmiastowo. Potrafimy stwierdzić, że ludzie są źli, potrafimy nawet w głowie wydać "wyrok". A co z nami? Czy tak samo krytyczni jesteśmy wobec swojego charakteru, gdy patrzymy w lustro?
A gdyby tak być lepszym człowiekiem? Tak po prostu. Dla siebie samego, dla bliźnich, dla przykładu, który dzieci z nas biorą. Gdyby tak częściej patrzeć w to lustro i na swoje wady, a nie tylko na innych... Gdyby tak przestać oceniać innych, krytykować, że tamta to wcale nie powinna śpiewać, a tamta to beznadziejne rzeczy wypisuje w internecie i w ogóle jakaś taka szara jest i nijaka. Gdyby tak przestać myśleć o tej Pani co idzie, że klnie przez telefon, a my to przecież nigdy nic, nawet "cholerka" nie powiedzieliśmy. Gdyby tak dać tą złotówkę bezdomnemu, a jeśli kasy się nie chce dać, to kupić bułkę lub dwie. Gdyby tak smutną mamę na placu zabaw, która chyba z trzy noce nie spała, poklepać po ramieniu, poczęstować ją ptasim mleczkiem i uśmiechnąć się mile. Gdyby tak iść przed siebie, nie oceniać, lecz rozglądać się, by ludzkiej krzywdy i smutku nie przeoczyć. Gdyby tak zająć się też swoim życiem, zrobić rachunek sumienia, spisywać swoje wady i rzeczy do ulepszenia, a nie wytykać tylko innym.
Bo łatwo przecież wytknąć tak kogoś, powiedzieć, że beznadziejnością kipi ta małolata co kasę ciągnie od rodziców i próżna na pewno jest i głupia. A ta z kolei co w domu w dresach się z dzieckiem zapuściła to na pewno jakaś niezdara, co to ją mąż jutro zdradzi z inną - i dobrze jej przecież, bo sama sobie winna! A ten chłop co tyra za granicą to nieudacznik, co ma drugą rodzinę na boku, ta z kolei co w Polsce z dziećmi to głupia pinda, która sobie lata po imprezach, gdy mąż haruje, by słać jej ełrosy. A ta co na chodniku się prawie przewróciła, bo jak co drugi człowiek zagapiła się w smartfon to już w ogóle tępak, przecież książkę, by mogła czytać, a ona pewnie jakieś instagramy.
Nie wiem... sama już nie wiem, dokąd zmierza ten świat, dokąd zmierzają ludzie. Choć świadomość wzrasta, bo niby każdy chce być lepszym człowiekiem, tak wzrasta też głupota. I nie wiem ile jeszcze trzeba apeli, samobójstw i rozpaczy, by ludzie zrozumieli jak krzywdzące są ich oceny. Jak krzywdzący jest ich okropny charakter. I Ci ludzie krzyczący "Mam prawo krytykować! Mam prawo oceniać! Wolność słowa jest! I trzeba się z tym liczyć" - tylko ja się czasem zastanawiam, komu tak naprawdę ta krytyka jest potrzebna? Krytykującemu, czy temu kto jest krytykowany?
Im dłużej żyję na tym świecie, tym częściej widzę, jak zatracana jest zdolność pięknej dyskusji, w której ma się odmienne zdanie, ale szanuje się drugiego człowieka. W której gryzie się w język, zanim się powie nic nie znaczące słowa. Bo co mi po tym, że ktoś podejdzie i powie, że jestem brzydka... Albo się załamię, albo to oleję. W obu przypadkach jednak nic z tym nie zrobię. Fakt to fakt, twarzy nie zmienisz. Więc po co komu to mówić, po co komu to pisać. Po co być wrzodem na tyłku, bezmózgim hejterem. Po co komuś wyliczać, że ta to głupia, bo z rodzicami mieszkała, a im się do rachunków nie dokładała. A tamta to za grosz wartości nie ma, bo dziecku ciuchy drogie kupuje. Po co mówić jakie tamta ma tłuste włosy, a tamten to w ogóle spasła świnia i powinien się za siebie wziąć, bo ten brzuch to po oczach razi.
Wczoraj pierwszy raz od długiego czasu, wybrałam się na kilkugodzinne spotkanie razem z Polą. Mimo, że były to warsztaty kulinarne, ja miałam w głowie myśli nie tylko na temat tego co w kuchni. Patrzyłam na te wszystkie kobiety, które uśmiechały się serdecznie, dobierały w drużyny, chodziły na zmianę patrzeć jak bawią się dzieci. Wielka kuchenna wyspa, a wkoło niej my. Każda inna, każda na swój sposób wyjątkowa. W pewnym momencie zrobiło mi się trochę głupio. Bo w ostatnim czasie kipiałam trochę nienawiścią do ludzi...stałam się nie ufna, może trochę zawistna. Wkurzałam się na zło na świecie, ale czy ja sama go nie przyciągałam, skoro tak często tym złem emanowałam? Czy nie stałam się taka jak Ci źli, skoro o tych "złych" tak często, niepochlebnie myślałam?
Mam swoje zamknięte grono przyjaciółek i to z nimi zawsze naginałam zasady. Pozwalałam sobie pożartować z innych, na innych coś powiedzieć.Bo wiecie - ze swoimi tak robi prawie każdy. W takim zamkniętych gronie, czasem mamy własną lożę szyderców. Wczoraj swojemu gronu napisałam, że ...wiem, że z nimi mogę, ale czuję się przez to gorszym człowiekiem. Czuję się źle z samą sobą. Wierzę, że wszystko co robimy w życiu do nas wraca. Wiem, że niechęć do ludzi, nieufność wynikła u mnie z tego, że mnie zawiedli nie raz. Kiedy ja ufałam, oni kopali mnie po tyłku. Człowiek odchodzi wtedy w cień, usuwa się i nie wychyla się poza swój zaufany krąg. Każdy inny wydaje mu się podejrzany... Dziś nadal o tym wiem i nadal się tego boję, ale chyba po raz kolejny zaufam ludziom. Choć prawdziwą próbą będzie dla mnie, gdy napotkam na drodze człowieka, który niestety nie wybrał takiej drogi jak ja. Drogi do bycia lepszym.
Robię dzisiaj czystą kartkę, wymazuje wszystkie uprzedzenia i urazy. Życie jest na to zbyt krótkie i zbyt kruche. Chcę być lepszym człowiekiem. Pieprzyć różnice. To, że ktoś postępuję inaczej. Spójrzmy na siebie przychylniejszym okiem i zastanówmy się: czy warto się na siebie wkurzać, oceniać, gadać bzdury na swój temat? Ponoć świat jest takim jakim go sobie tworzymy - może ciężko do końca się z tym zgodzić w czasach, w których za nasze macice chcą decydować podstarzali posłowie. Może ciężko zgodzić się z tym w czasach, w których naszą samoocenę burzą osoby, które wcale nas nie znają. Ale mimo wszystko - nadal jestem w tym duża szczypta prawdy.
Wierzę, że dobro wraca i coraz częściej postępuję zgodnie z tym co mówi nam pojęcie karmy. Popełniłam w życiu wiele błędów. Jeszcze kilka lat temu częściej byłam tą złą niż dobrą, choć doskonale wiem, że nic nie dzieje się bez przyczyny, ale nie jest to żadne usprawiedliwienie.Świata nie zmienię. To wiem na pewno. Ale siebie mogę - i od tego zacznę. Cel: być lepszym człowiekiem. Tak po prostu.
zdjęcie: Whale Photography <3
Wreszcie! Wreszcie żyję tak, że nie wiem czasem, która to już godzina na spacerze, a w weekendy o pracy nie pamiętam. Wreszcie żyję życiem, tym co mam je tu i teraz pod nosem. Obiadem, nie w pośpiechu robionym, a podczas rozmów i siedzenia na blacie...
Wreszcie żyję tak, że na podłodze z nią leżę i nie myślę o niczym wcale. Wreszcie bez tej gonitwy myśli, chaosu i wiecznego poczucia, że jak tak poleżę, to czegoś nie zrobię. Żyję z nim, z nią siedząc, gapiąc się w tv i wreszcie wspólnie zasypiając, a nie pięć godzin po nich. Pijąc sok w knajpie i jadąc metrem z rozładowanym telefonem, przybijając sobie z córką piątki. W dresie i bez makijażu, nie przejmując się tym wcale. Wreszcie w kółko nie liczę, nie analizuję, nie martwię się, a pozwalam życiu się toczyć. Wreszcie spełniona się czuję w 100 % robiąc co robię, a nie przytłoczona obowiązkami. Wreszcie rozumiem, że szczęśliwa mogę być gdziekolwiek, byle być z nimi. Wybieram rozwiązania, które szybciej pozwolą mi poczuć się jeszcze lepiej. Wreszcie zaczynam czuć, że łapię te "chwile ulotne jak ulotka", chłonę je. Nie pogrążam się w smutku, nie pragnę już wielu zer na koncie, a jedynie spokoju ducha, własnych czterech kątów, w których wieczorami siądę z książką i odpocznę. Wreszcie z uśmiechem na twarzy sprzątam, robię zakupy, oglądam seriale bez wyrzutów, że praca, że zlecenie, że coś... bo wreszcie umiem to wszystko tak ogarnąć, że jak pracuję to pracuję, jak trzeba to zarywam noc... żeby potem nie "jak trzeba", a jak chcę - wyjść i mieć to całe "muszę" w 4 literach...
Gdybyś zapytał mnie kilka miesięcy temu jaki mam cel w życiu, zapewne odpowiedziałabym Ci - spełniać się w tym co robię, w blogowaniu. Bo to daje mi kasę, szczęście i poczucie, że robię to co kocham. I było w tym sto procent racji. Doskonale wiedziałam, że jak monotematycznie będę się skupiać tylko na tym... to pozwoli mi to dojść do punktu, w którym jestem - do życia życiem. Tu i teraz. Nie osiądę na laurach, nie powiem stop, nie zacznę roboty odwalać na pół gwizdka. Nie będę Wam serwować marnych wpisów, byle były, nie oleję wszystkiego. Bo wszystko to co tutaj zbudowałam, pozwala mi teraz przystopować... Wszystko to co tu zbudowałam, pozwoliło mi zrozumieć, że praca to praca, ale życie to życie i te dwie rzeczy należy umieć oddzielić ( lub sprytnie ze sobą połączyć ;) ) Nie marzą mi się już zera na koncie, nie marzą mi się drogie sukienki i auta. Marzy mi się jedynie życie pełne miłości...w małym mieszkanku, być może w mieście rodzinnym - kto wie. Tam gdzie będzie możliwość, tam znajdę swój kąt. Byle własny, byle mój, mojej rodziny. I jeśli zapytasz mnie czy kocham życie - odpowiem Ci, że tak. Ale dopiero teraz z ręką na sercu wiem jak z niego korzystać i jak w nie "grać". To niesamowite jak na własnych oczach moich zmienia się moje postrzeganie - świata, ludzi, wartości. Że coś za czym biegłam do niedawna, dziś nie ma najmniejszego znaczenia. Coś co było zmartwieniem, dziś jest czymś nie wartym uwagi... coś o czym marzyłam, dziś już mam, albo mieć mogę, a wcale mieć tego już nie chcę.
Zrozumiałam wiele, zwłaszcza w momencie, w którym zaczęłam tracić zdrowie i czuć jak uchodzi ze mnie życie. Coś co zawsze stawiałam na ostatnich miejscach, bo przecież "nie choruję, jest luz", dziś jest na piedestale. Zdrowie fizyczne i psychiczne dziś stawiam na pierwszym miejscu, podobnie jak i relacje rodzinne. Te wspólne śniadania, spanie we troje i uśmiechy o poranku. Nawet to klęcie pod nosem, przy setnej pobudce w nocy i nawet ten płacz kiedy po raz kolejny on nie kończy pracy o 18, a dużo później, a ja znów czuję jak wszystko na mojej głowie, och jak nikt mnie nie rozumie i takie tam inne pierdoły co matce po głowie siedzą, kiedy nie ma się odezwać do nikogo poza dwulatką, która niewiele z jej nastrojów rozumie...
Bo nawet te smutki i rozczarowania to znak, że jesteśmy ludźmi i że żyjemy, odczuwamy emocje. I trzeba wpisać w scenariusz gry, zwanej życiem wszystkie niepowodzenia, złości i smuteczki.
I wiecie co poradziłabym dzisiaj wszystkim tym, którzy czują się jak ja kilka miesięcy temu? Zróbcie sobie bilans... uświadomcie sobie co sprawia Wam radość, co tak naprawdę Was niepokoi i uruchomcie cały łańcuch. Co musicie robić krok po kroku, by odczuć szczęście, a co powoduje, że czujecie się zagrożeni - i wyeliminujcie te przyczyny... Ja tak zrobiłam. Dlatego być może dzisiaj czuję, że nie trzeba mi już niczego...
Więc nie moi drodzy...nie osiadłam na laurach, nie zapomniałam o Was - ja po prostu zwolniłam, zrozumiałam i wybrałam to co ważniejsze. Rozgraniczyłam pewne sprawy i odzyskałam równowagę, której tak bardzo było mi brak. Stawiam na jakość, nie ilość. Nie kręcą mnie tabelki, nie zależy mi na tysiącach udostępnień głupich obrazków na fejsie. Skoro blog to praca i pasja to chcę temu poświęcać konkretne godziny, stawiając na wysokiej jakości treść, zdjęcia, wiedzę - nie zatracając przy tym życia i siebie. I to już nawet nie postanowienie...to już się dokonało. Samoistnie, bez postanowień, bez zarzekania się, że przystopuję. Po prostu życie pochłonęło mnie w najmniej oczekiwanym momencie. I czuję się z tym cholernie dobrze...






































PS: KOCHANI PILNE! Wypadłam z pierwszego miejsca... Wiecie, że lubię podejmować się wielu wyzwań. Tym, którego podjęłam się teraz to plebiscyt KIK – kobieta roku. Startuję ponieważ … no właśnie – dlaczego startuję? Bo jestem kobietą spełnioną, taką która robi coś co ma wartość – często motywuje innych do zmiany swojego życia na lepsze, rozbawia do łez, wzrusza. Nie uważam się za nikogo wyjątkowego, ale czasem robię „wyjątkowe” rzeczy.
Głosowanie jest internetowe. Żadnych smsów, kosztów. Jedyne co musicie zrobić to kliknąć „zagłosuj”, wpisać swój e-mail i potwierdzić głos, który przyjdzie na waszą skrzynkę. Sprawdźcie SPAM, bo to tam może wylądować wiadomość.
Będę Wam moi drodzy ogromnie wdzięczna. Wszystko co tutaj robię, robię dla Was, dla Was tworzę coraz wyższej jakości teksty, zdjęcia. To z Wami tworzę piękną społeczność i chciałabym byście poświęciły mi teraz kilka sekund… Mogę na Was liczyć?!
