Ten miesiąc nie do końca wyglądał tak jakbym tego chciała. On wcale nie wyglądał tak jakbym chciała... czy można jednak powiedzieć tutaj coś o porażce? Raczej nie, bo tym razem nie zawaliłam z mojej winy. O ile pierwsze dwa tygodnie, były super aktywne i spędziłam sporo czasu na siłowni - tak dwa ostatnie tygodnie były tylko jazdą bez trzymanki - najpierw chore dziecko, potem chora ja. System jedzenia mocno mi się wtedy zaburzył, bo rano na jedzenie najzwyczajniej w świecie nie było czasu, a przez wirusa na ćwiczenia nie było siły, ale w ostatnim tygodniu jedzeniem zajął się już ktoś inny, więc chociaż z tym poszło mi łatwiej. Ale o tym napisze Wam zaraz.
Moja metamorfoza z założenia miała trwać trzy miesiące, choć jeśli mam być szczera - ma ona trwać cały czas. Trzy pierwsze miesiące mają być po prostu załapaniem dobrych nawyków, zrzuceniem kilogramów oraz wypracowaniem sobie takiego systemu, który stanie się moją codziennością, a nie przykrym obowiązkiem.
Jak zatem sprawa z jedzeniem i ćwiczenia wyglądała we wrześniu? Dwa pierwsze tygodnie spędziłam aktywnie na siłowni, robiąc trzy razy w tygodniu po 5 km na orbitreku - trening siłowy robiłam tylko raz w tygodniu - pół godziny, głównie na uda i pośladki. Auto i autobus zamieniłam na ... nogi. Do Poli przedszkola mam ok. 2km. Wyjęłam więc zakurzony, dawno nie używany wózek i codziennie trasę 2 km pokonuję... cztery razy. Co daje nam piękne 8 kilometrów szybkiego marszu. A, że to nie jedyne trasy, które pokonuję, czasem wychodzi tych kilometrów ok. 10, a nawet 12 !!! Takie liczby robią wrażenie, to takie ukryte cardio, po którym mam zakwasy :)
Jeśli chodzi o jedzenie - oczywiście starałam się jeść zdrowo i regularnie - mocno ograniczyłam słodycze i nabiał, właściwie na coś słodkiego pozwalałam sobie tylko raz w tygodniu i nie dbałam wtedy o kaloryczność, czy skład produktu. Niebawem zobaczycie na blogu nawet moją relację z odwiedzin w Pijalni Czekolady Wedel - wyznaję zasadę, że jeśli robić sobie cheat day, to niech to będzie jeden posiłek, w którym absolutnie nie obchodzi nas co tam jest zawarte, niż cały dzień obżarstwa. Nie polecam tego zwłaszcza osobom początkującym, bo po takim dniu łatwo można się poddać. Dlatego - jeden posiłek, raj dla podniebienia i wracamy do zdrowych nawyków.
Trzeci tydzień września był dla mnie najbardziej okrutny, bo w nim było ciężko o regularność, a ruchu nie było wcale. Przez ten tydzień wyjęty z życia, właściwie to miałam wrażenie, że zrujnowałam efekty poprzednich dwóch tygodni. Ale w ostatnim tygodniu przyszedł czas na ogromne zmiany... Do mojego projektu, dołączył rewelacyjny partner...
Przez ostatni tydzień września oraz przez kolejne dwa miesiące - październik i listopad - codziennie od poniedziałku do piątku, pod moimi drzwiami ląduje i będzie lądowało 5 posiłków na cały dzień. Zastanawiacie się jak to wszystko wygląda? No więc tak... razem z dietetykami z DietBox.pl wybraliśmy dla mnie posiłki o łącznej kaloryczności 1500 kcal na dzień. Uznaliśmy, że będzie to najlepszy sposób, na zrzucenie tylu kilogramów ile chcę jeszcze zrzucić. Zastanawiałam się jak to będzie... w końcu przede mną naprawdę dużo posiłków i nie ma opcji, żeby wszystko zawsze mi smakowało. Cóż - jestem obecnie po tygodniu diety pudełkowej i tylko raz trafiłam na kolację, której nie przełknęłam i o dziwo, były to kotleciki z kaszy gryczanej, którą kiedyś lubiłam - był to jednak czas, kiedy jadłam ją do obiadu prawie codziennie, więc bardzo prawdopodobne, że po prostu mi się znudziła. Raz trafiłam też na drugie śniadanie, którym była sałatka z oliwkami i kaparami i sosem miodowo - musztardowym - również dla mnie nie do przejścia. A poza tym - niebo w gębie. Fajna różnorodność, super smaki, w końcu coś innego, niż codzienny kurczak na obiad i jajecznica na śniadanie. Najfajniejsze posiłki na które trafiłam i który były dla mnie strzałem w dyszkę to:
To były takie dania, które po prostu rozwaliły mnie pozytywnie na łopatki. Dzisiaj z kolei na śniadanie zjadłam pastę z pieczonego kalafiora podaną z roszponką, papryką i pieczywem chrupkim. Naprawdę pyszne.
Posiłki tak jak DietBox.pl sugeruje, spożywam równo co trzy godziny. W między czasie piję wodę niegazowaną ( ok. 2 litrów dziennie) oraz raz dziennie zieloną herbatę - przy chorobie hashimoto, pozwala mi ona pozbywać się zalegający wody w organizmie.
Ale może jeszcze trochę więcej konkretów na temat DietBox.pl. Firma została założona przez małżeństwo dietetyków, którzy postanowili podzielić się swoją pasją, jaką jest zdrowe odżywianie i stworzyć miejsce, w którym zespół wykwalifikowanych ludzi, będzie przygotowywał smaczne i zdrowe posiłki dla swoich klientów. To co widać na pierwszy rzut oka, kiedy otrzymuje się pudełka, to fakt, że produkty rzeczywiście są świeże. DietBox.pl ma w swojej ofercie nie tylko cateringi, dla osób chcących zrzucić kilogramy, ale też dla sportowców, dla osób chorych, dla mam karmiących i tych w ciąży. Istnieje również opcja dobrania indywidualnej diety. Wszelkie informacje na ten temat znajdziecie na stronie cateringu. Ja póki co jestem naprawdę zadowolona i przede wszystkim - teraz mając pudełka w lodówce, łatwo pilnować mi tylko godzin - gotując samemu, bywało różnie - a to stwierdzałam, że dojem coś z dnia poprzedniego, a to nie zdążyłam w biegu zjeść obiadu i automatycznie chodziłam "na głodzie"- takie coś nie sprzyjało mojej diecie i regularności. Teraz jedyne co muszę robić, to zerkać na zegarek - nie podjadam nic między tymi posiłkami, od poniedziałku do piątku pudełka to jedyne posiłki, które jem.
No, ale pora przejść do konkretnego podsumowania, czyli... pomiary. Sprawdźmy jak różnią się one od tych z poprzedniego miesiąca... Czy coś w ogóle drgnęło? Przyznam, że im starsza jestem, tym coraz ciężej, zrzucić mi chociaż kilogram. Kiedyś potrafiłam w kilka dni wrócić do płaskiego brzucha, teraz przy nasileniu choroby, jest to niezwykle ciężkie, ale nie oznacza to, że jest to niemożliwe. Oto pomiary robione miesiąc temu i robione teraz.
Jak widać nie udało mi się osiągnąć wagi 66 kg, a zatrzymałam się na 67, jednak jak pokazują pomiary urosły też mięśnie, mogę więc chyba się z tym pogodzić ;) Waga mimo wszystko poszła w dół i patrząc na to, że aktywna byłam tylko przez dwa tygodnie - jestem zadowolona ze spadku chociaż tych dwóch kilogramów. Poza tym - szybkie spadki wagi, zawsze kończyły się tym, że tak samo szybko do wagi początkowej wracałam. Wolę więc chyba, by tym razem ten proces trwał dłużej, ale skuteczniej.
A jakie są moje cele na październik?
Na koniec chciałabym też przypomnieć, że codzienne relacje dotyczącego tego co jem itp. znajdziecie na moim instagramie na INSTASTORY czyli takim instasnapie. Dodatkowo, sami możecie wstawiać na instagram zdjęcia pokazujące Wasz zdrowy styl życia - wystarczy, że otagujecie je hashtagiem akcji #fitchallengebymamala - a ja pod koniec miesiąca nagrodzę zawsze JEDNĄ osobę, która wg mnie zasługuje na docenienie swojej pracy. Zwyciężczynią września jest... @malgorzatastryjecka ! Brawo kochana! Jeśli mam być szczera, to nieraz to TY dawałaś mi kopa do ciężkiej pracy. Czułam się przy Tobie momentami jak leń :) To się nazywa DOBRA robota! :) Czekam na Twój kontakt priv, mam dla Ciebie niespodziankę!
A Wy trzymajcie kciuki za moje dalsze postępy i na kolejną relację z podsumowaniem października! We wrześniu nie dałam z siebie wszystkiego, ale ten miesiąc to będzie coś! :)
Już chyba się domyślacie, że zdjęciami zajęła się Maria z Whale Photography. Ogromnie się cieszę, że mogę współpracować z tak zdolną osobą!!! :)
Przepiękną bluzę, która ma motyw pomponików ( obecnie dość modny) znajdziecie tutaj.
Pomysł na kolację, a właściwie pomysły, które Wam dzisiaj przedstawię to propozycje, które pojawiają się u mnie najczęściej. Może nie należą do najszybszych, tak jak kanapki, ale na nie chyba nie muszę podawać jakiegoś specjalnego przepisu. Ale... nie są też dania, które wymagają nie wiadomo ile czasu - co to to nie! Już nie raz Wam przecież wspominałam, że za takie rzeczy się nawet nie zabieram. Kolacja powinna być ... no właśnie - jaka powinna być? Na pewno nie powinna być ciężka. Powinniśmy jeść rzeczy lekkie, łatwe do trawienia. No i przede wszystkim w rozsądnej ilości. Ostatni posiłek zjadam na około 2-3 godziny przed snem. Szczerze mówiąc - wolę czuć lekki głód idąc spać. Wtedy rano czuję się lekka i rozpromieniona i przede wszystkim - mam ochotę na jak najszybsze śniadanie, które przecież jest najważniejszym posiłkiem w ciągu dnia. Ale dobra... nie o tym przecież chcecie czytać. Niech zatem będzie krótko i treściwie.
Poniżej przedstawiam Wam trzy propozycje kolacji. Ale... kolacją to wcale być nie musi. Równie dobrze możecie zjeść to jako obiad czy przekąskę. Noo może trzecia propozycja niekoniecznie pasuje na porę obiadową, ale pamiętajcie, że najważniejsza jest jakość posiłku i jeśli macie do wyboru niezdrowy kebab na obiad, a w miarę zdrową, dużą kanapkę - wybierzcie kanapkę, mówię Wam! A teraz patrzcie co ja Wam dzisiaj zaserwuję.
- ok. 120 gramów piersi z kurczaka lub indyka
- 1 pomidor
- garść roszponki
- odrobina fety ( półtłusta)
- pestki dyni
- olej kokosowy
- kiełki brokułu lub rzodkiewki



- opakowanie czerwonej soczewicy (250 g)
- kurkuma ( 1 łyżeczka)
- curry ( 1 łyżeczka)
- mleczko kokosowe ( 400 ml)
- wywar z warzyw
- szczypta chilli
- 1 cebula
- 1 łyżka oliwy
- sól, pieprz
- sezam
- nasiona słonecznika
Soczewicę zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na 15 minut. Na patelni rozgrzewamy oliwę i wrzucamy na nią drobno posiekaną cebulkę, następnie odsączoną z wody soczewicę. Po chwili dodajemy przeprawy ( sól, chilli, kurkumę, curry). Wszystko przekładamy do garnka i zalewamy wywarem z warzyw aż do przykrycia soczewicy. Gotujemy na wolnym ogniu, przez ok 15 minut po czym dodajemy mleczko kokosowe i gotujemy jeszcze ok. 7 minut. Tak przygotowaną zupę miksujemy. Na koniec dodajemy sezam i słonecznik ( można wcześniej uprażyć na suchej patelni).
Ale... nie musicie robić tego wszystkiego, bo pudełko zupy z soczewicy z chilli, dostaniecie też w lidlu za 4 ziko. Jeśli i tak tylko Wy jecie to w domu, to opcja gotowca ( ze zdrowym składem! ) - jest po prostu genialna.


- pełnoziarnista bułka z pestkami dyni
- 50 g wędzonego łososia
- rukola
- kilka rzodkiewek
- kiełki rzodkiewki albo brokułu
- plaster pomidora
- pestki dyni
Wszystkie składniki układamy na bułce, delikatnie posmarowanej masłem.
SMACZNEGO!
Sklep ze starociami - tyle czasu szukałam w internecie, na forach... tyle czasu rozglądałam się na dzielnicy Ursynów za miejscem, w którym będę mogła pogrzebać w starych zabawkach, zastawie i innych pierdołach. A wystarczyło zaprowadzić Polę do przedszkola i podczas dreptania w jego obrębie, przypadkowo natknąć się na taki właśnie sklep...
Pamiętacie jak niedawno wstawiłam zdjęcia Poli bawiącej się w fontannie? No to robiąc te zdjęcia, miałam ten sklep centralnie za plecami. Widziałam tylko jakieś napisy sugerujące, że jest tam pełno jakiś pierdół, gadżetów, ale myślałam, że to coś w stylu jakiegoś chińskiego sklepu. Ale nie... to coś jak lumpeks, ale ... bez ciuchów ;) Mnóstwo zabawek, książek, zastawy, kaset, płyt... raj dla osoby takiej jak ja. Dostawa co dwa tygodnie i cholernie żałuję, że nie byłam pierwszego dnia, kiedy dojechał nowy towar. Trafiła mi się cena chyba 5 dych za kg. Zastawy więc nie kupowałam, bo jednak jak już jestem w takich sklepach to chcę naprawdę niskie ceny, zwłaszcza że dolary nie wysypują mi się z portfela ;)
Pamiętam, że łupy z SH ogromnie Was zainteresowały, stąd myślę, że i takie zakupy Was zaciekawią. Tego typu shopping to dla mnie sama przyjemność. Szperanie w poszukiwaniu perełek, a nie pójście na łatwiznę i kliknięcie "kup teraz" w sieci. Te zakupy co prawda nie są jakimś totalnym sztosem, bo nie jest tego wiele, ale uważam, że 50 zł za to wszystko to naprawdę super sprawa, zwłaszcza, że wybrałam rzeczy, które naprawdę chciałam mieć. Darowałam sobie to co kusiło, ale nie byłam do końca do tego przekonana. Wiem z góry, że taki zakup, który do końca nas nie przekonuje, nie przekona nas do siebie bardziej gdy już go kupimy.
No i co najważniejsze - ten sklep ze starociami pozwolił mi przetrwać pierwsze dwie godziny Poli w przedszkolu już bez mamy - pewnie niektórzy z Was czekają na wieści jak to przeszła - no więc... przeszła znakomicie - poza kwiknięciem przy rozstaniu, nie uroniła przez cały pobyt ani jednej łzy, które za to masowo płynęły w domu... bo chciała wrócić do "kola". Także tego... dziecko mi dorasta. I nie można tego zatrzymać! Ale dobra... dzisiaj nie o tym mowa. O przedszkolu opowiem Wam szczegółowo za kilka dni.
Poniższe łupy, może nie zachwycą dorosłego, ale... ja widząc każdy z nich wiedziałam, że zachwycą moje dziecko. A zwłaszcza ten duży, różowy ... ktoś ;) Sami zobaczcie.
Polcia ma co prawda już jedną, ale no hello! Nie z takimi rączkami! Wiedziałam, że dziecię moje uwielbia wszystko co ma jakiekolwiek buźki, więc... nie mogłam przejść obojętnie.



Kiedy ostatni raz była u nas teściowa, Polcia dostała od niej małe karty myszki miki. Od tamtego czasu Pola bawi się nimi codziennie. Kiedy zauważyłam te - większe i to z księżniczkami i w takiej ilości (!!!) - wiedziałam, że Poldun będzie skakać z radości!



Od malutkiego zbieraliśmy Poli przeróżne malutkie figurki. Plastikowe, gumowe, teraz nawet... gipsowe. Pamiętam jak układała je wszystkie w domku, teraz tworzy im przeróżne budowle z klocków lego, układa w rządku i odgrywa z nimi scenki. Fajny widok. Zawsze jak jestem w jakimś secondhandzie czy sklepie z takimi pierdołkami, wyszukuję jej właśnie takie cudeńka. Mam nadzieję, że kiedyś zapełnimy nimi mnóstwo półek... ;)




Kolejna rzecz, której nie wiecie o mojej córce, to fakt, że jest maniaczką naklejek. Mamy w domu już całe sterty zeszytów z naklejkami, książeczek, notesów... od czasu kiedy tak szybko stała się w moich oczach dużą dziewczyną i zaczęła większą uwagę przywiązywać do takich czynności, w których trzeba być precyzyjnym - naklejki są ratunkiem wszędzie tam gdzie dopada nuda - w metrze, w aucie, czy w oczekiwaniu na autobus czy ciacho w knajpie.




Tego u nas również nigdy za wiele... Pola uwielbia rysować i jak wspomniałam wcześniej - przyklejać naklejki. Stąd leży u nas całe mnóstwo kartek i zeszytów, a notesu jakoś było brak... zwłaszcza takiego, no! No nie powiecie, że nie jest piękny! Jest... <3 I na dodatek jest w rewelacyjnym stanie!




No jak nie ma w domu kubeczka z motywem dziecięcym i to z uchem... to chyba najwyższy czas kupić prawda? Cudowny, delikatny i lekki. Piękna rzecz!



Dobra, dobra. Wiem, że zajeżdża kiczem, ale ... mi się podoba :D No co zrobić. Nie jest zbyt wygodny i raczej nie na co dzień, ale na weekendowe, wieczorne wyjścia ( wiem, całe mnóstwo ich) - będzie idealny! Siedem ziko, kto by tam się zastanawiał. No może ktoś tak, ale ja chwyciłam od razu, krzycząc radośnie: mój Ci on! ( tak w duchu, no ale zawsze to krzyk jednak... )



No i na koniec... główny bohater tego shoppingowego "szaleństwa"... proszę Państwa...
oto...
Piękna, różowa, mięciutka, a teraz po pranku - pachnąca! Najbardziej ze wszystkiego zawróciła Poli w głowie - i ja się wcale jej nie dziwię. Peppa codziennie podbija całe mnóstwo malutkich serduszek. Jest mała, kochana, słodka i jak widać dzieciaki doskonale rozumieją co do nich mówi. Peppa nie ma żadnego wypełnienia, z tyłu jest odpinana na rzecz i można coś do niej spakować. Bomba!




No i jak?! Można? No pewnie, że można. Ja to nawet wychodzę z założenia, że można WSZYSTKO, co to więc za sztuka upolować takie cacka?! No cóż... 5 dych to też nie mało, ale patrząc na to co za to kupiłam - nie wydałam majątku. Wraz z 1 września został nam już TYLKO rok, by uzbierać pieniądze na wykończenie mieszkania - a co za tym idzie - zaczynamy maksymalne oszczędzanie. Trochę ciężko wrócić do takiego trybu po wakacjach podczas których w końcu, po wpłaceniu prawie wszystkiego na wkład własny, trochę poszaleliśmy w Warszawce po kinach, basenach i restauracjach - warte to było tych wszystkich wspomnień, nie żałuję ani złotówki, ale pora zejść na ziemię i znów skupić się na CELU jakim jest mieszkanie, a konkretnie jego wykończenie. Czy się uda? Innej opcji nie widzę!
Dajcie znać czy i Wy jesteście łowcami, którzy lubią dreszczyk emocji przy szukaniu perełek w takich sklepach. A jeśli jesteście z Warszawy, koniecznie dajcie znać o podobnych miejscówkach!
Projekt metamorfozy. Chciałabym napisać o nim od razu tu i teraz, ale... po kolei. Nadszedł taki moment w moim życiu, kiedy potrzebuję chwili poza domem. Doskonale wiem, że potrafię ćwiczyć w domu, bo pamiętam jaką formę zrobiłam rok temu z dzieckiem u boku, wykorzystując pół godzinne drzemki w ciągu dnia i spinając tyłek, żeby zdrowo jeść. Da się? Da! Wszystko się da. Ale ja już nie chcę... nie chcę być bohaterką na siłę, która nie wydaje ani złotówki na siłownię i robi rzeźbę nie wytykając nosa poza swoje mieszkanie. Pola poszła właśnie do przedszkola, a przede mną cholernie ciężkie zadanie: nauczyć się organizacji. Ktoś może powiedzieć - przy dziecku dałaś radę pracować, ćwiczyć to bez dziecka co za problem. Otóż taki, że jak się ma nagle tyle czasu sam na sam - to prościej nic nie robić, delektować się ciszą, kąpielą czy ulubionym filmem. Ale... ale nie po to załatwiałam przedszkole, by teraz poddać się tej błogiej wolności. Przedszkole było głównie dla potrzeb Poli, na drugim miejscu był rozwój mojej pracy. Postanowiłam, że warto w ten "wolny" czas wbić też czas dla siebie, ale w taki sposób, który nie będzie polegał na lenistwie, a na czymś co da mi też korzyści - i to jest właśnie ta siłownia.
Projekt metamorfozy, który nazwałam projektem #fitchallenge - miał pozostać początkowo tylko w moim prywatnym notesie. Wiem jednak, że nie ma większej motywacji, niż powiedzenie A przed publiką, po to by potem nie wymigać się od powiedzenia B. Poza tym... pokazując Wam, że mi się chce, że ja tego dokonuję - mogę zmobilizować też i Was. Nieważne czy będziecie ćwiczyć w domu, na siłce czy na placu zabaw. Nevermind. Liczy się efekt. Oczywiście ćwiczenia ćwiczeniami - nie zapominajmy, że to co jemy odgrywa w tym wszystkim główną rolę. Jak wiecie choruję na hashimoto, więc tym bardziej mam motywację, by micha była czysta jak najczęściej - ilekroć skuszę się na chleb, jakiekolwiek ziarno czy za dużo nabiału - puchnę, zatrzymuje mi się woda i generalnie czuję się jakbym była styraną przez życie 50 letnią kobietą. Ta choroba nie jest fajna i mocno żałuję, że tak ją zbagatelizowałam. Ale... nie jest to koniec świata i zdrową dietą i aktywnością można naprawdę zdziałać cuda!
Kiedy zauważyłam w swoim projekcie potencjał, miałam z niego zrobić naprawdę coś wielkiego. Znaleźć partnerów do współpracy, załatwić nagrody dla czytelników - zamiary były, plan projektu powstał, niestety czasu zabrakło. Wzięłam się za to zbyt późno, a szkoda. Wszystko jednak dzieje się po coś. Wierzę, że jeśli projekt już wystartuje i będzie dobry - to obroni się sam. Być może wtedy przyciągnie on kogoś, kto zobaczy w nim potencjał i zechce do niego dołączyć. Póki co - działam w pojedynkę!
Ale konkretniej. #fitchallenge to moja metamorfoza. Zarówno fizyczna jak i psychiczna. Na Waszych oczach będę Wam pokazywać jak zmienia się moja waga, ciało. Będziecie śledzić to jak się odżywiam, co ćwiczę, jak zmienia się moje samopoczucie. Na instagramie i FB będziecie mogli być z projektem na bieżąco, z kolei blog będzie służył do miesięcznych podsumowań.
Tak! I Ty możesz dołączyć i stworzyć swój własny projekt metamorfozy. Jeśli ugotujesz czy przyrządzisz coś zdrowego, jeśli wyjdziesz na świeże powietrze pobiegać, jeśli będziesz czytać książkę czy gazetę o zdrowym stylu życia - cyknij fotkę i wstaw ją na instagram tagując hashtagiem #fitchallengebymamala. Możesz też oznaczyć mój instagram na zdjęciu, będę wtedy dostawać powiadomienia. W każdym miesięcznym podsumowaniu na blogu, wskażę zwycięskie zdjęcie, które obdaruję nagrodą, która przyda Wam się i w Waszej metamorfozie.
A więc... startujemy. Pierwszy września - nowa energia, nowy power, nowe wyzwanie, mój projekt metamorfozy, która ma zmienić mnie i moje życie. Z jakiego punktu startuję? Napiszę Wam najważniejsze parametry, które za miesiąc porównamy...
Tak to mniej więcej wygląda. Pamiętam, że jedząc wcale nie tak zdrowo, a mniej i ćwicząc w domu jedynie przysiady (!!!) miałam tłuszczu poniżej 25 % ! Nie wiem w jak szybkim tempie mogę dobrnąć do 25 %, ale byłoby fajnie osiągnąć to przez miesiąc. Wolę stawiać sobie mniejsze, ale realne cele i pozytywnie się zaskoczyć niż rozczarować...
Pisząc zdrowe posiłki nie mam tutaj na myśli bułki pszennej i twarogu na śmietanie. Czasem kiedy widzę, co ludzie tagują jako zdrowe posiłki czy dietę mam wrażenie, że są na tym etapie co ja w liceum - kiedy myślałam, że zdrowe odżywianie to bułka, jogurt i schabowy, ale przecież z zieloną sałatą...
Co do treningów - głównie chodzi o to, by podjąć jakąś aktywność fizyczną. Nie zawsze musi być to trening siłowy. Przykładowo dzisiaj, zaliczyłam w pół godziny 5 km na orbitreku - spaliłam 200 kcal. Po takiej rozgrzewce zrobiłam pół godzinny trening siłowy, głównie na uda i pośladki. Co będzie dalej? Nie wiem... mam nadzieję, że będzie tylko lepiej!
A teraz... wesprzyj mnie dobrym słowem, dodaj sił i jeszcze większej energii. A jeśli zdecydujesz się dołączyć do mojego wyzwania - będzie mi niezmiernie miło! Udostępnij ten post dalej znajomych, by dowiedzieli się o projekcie, w którym sami mogą się maksymalnie zmotywować i przy okazji... coś wygrać! ;) Aktywność popłaca, zatem rusz ze mną już teraz!


na zdjęciu z Martą z TOMITOBI

Pomysł na obiad w moim wykonaniu jest zawsze prosty, bez zbędnych kombinacji i udziwnień. Wybieram rzeczy szybkie, proste w przygotowaniu i w miarę zdrowe. Nie lubię mięs ociekających tłuszczem, ale lubię raz na jakiś czas roztopiony ser czy to feta czy mozarella, który idealnie nadaje się do sałatek czy mięs. I właśnie to ten ser zagości w naszym dzisiejszym przepisie.
Jak zwykle w kuchni rządził głównie F. - potrawy przygotowane przez niego są zawsze przede wszystkim idealnie doprawione. Od maleńkiego eksperymentował on w kuchni, pomagał mamie, obserwował. Ta sama rzecz przygotowana przeze mnie byłaby podana i przyrządzona totalnie inaczej i niestety nie mam tutaj na myśli, że lepiej.
Długo zastanawiałam się nad kolejnym przepisem, który mógłby wylądować na blogu, aż w końcu przypomniałam sobie jak kiedyś naszła mnie ochota na devolaya, ale... stwierdziłam, że ... nie chcę panierki, bo nie zdrowa, nie chcę masła, nie chcę smażenia... i z devolaya wyszła kieszonka, która rozpływała mi się w ustach. Poprosiłam F. żeby i tym razem przygotował coś podobnego. Postawiliśmy na kieszonki z piersi kurczaka, nadziewane tym co lubimy najbardziej. Zaraz dowiecie się czym.
No ale... mieliśmy też mętlik co do wyboru mięsa. Przy moim hashimoto nie powinnam jeść kurczaków nafaszerowanych antybiotykami, a odkąd mieszkam w Warszawie to kupuję właśnie tacki wyłącznie w marketach. Brakowało mi opcji, w której będę mogła na tacce dostać coś ze sprawdzonego źródła. No, ale... jest. Bohater naszego dzisiejszego wpisu: Kurczak Zagrodowy. Dla mnie to jedno z tych odkryć, o którym musiałam poinformować od razu swoją mamę, która w końcu uspokoiła się, że zaprzestałam jedzenia tych gigantycznie wielkich kurczaków. Kurczak Zagrodowy chowany jest w rodzinnych gospodarstwach. Żywiony jest wyłącznie karmą roślinną. Początkowo chciałam kupić całego kurczaka, ale razem z F. stwierdziliśmy, że kieszonki są dla nas o wiele fajniejszą opcją. Filet to najdelikatniejsze mięso Kurczaka Zagrodowego. Tacka z tym mięsem znacznie wyróżniała się na tle innych: maksymalna waga mięsa na tacce do jakiej udało mi się dokopać to 380 gramów przy dwóch filetach, gdzie normalnie nafaszerowane kurczaki to waga 500 gramów czyli 250 gramów na jeden filet! Różnica zauważalna jest gołym okiem. W smaku i dotyku również. Zawsze zresztą widziałam ogromną różnicę między kurczakiem ze sprawdzonego źródła, a tym, który sami wiecie jaką drogę przeszedł. Teraz już nie ma wymówki, że nie mamy czasu jeździć na targowiska czy do lokalnych dostawców. Teraz to wszystko mamy pod nosem.
Ale... my tu gadu-gadu, a Wam ślinka już pewnie cieknie i zastanawiacie się co nam z tego gotowania wyszło. No to lecimy!
(przepis na dwie duże kieszonki)
Piersi z kurczaka rozbijamy. Opruszamy solą i pieprzem. Odcinamy ogonki liściom szpinaku. Na patelni rozgrzewamy oliwę, przeciskamy 3 ząbki czosnku i wrzucamy szpinak. Doprawiamy solą i pieprzem wedle smaku. Kładziemy plastry mozzarelli na rozbite filety. F. na swój położył paprykę, ja na swój podsmażony szpinak i pokruszoną fetę oraz szczypiorek. Ziemniaki podgotowujemy, a następnie mieszamy w oliwie z oliwek z dodatkiem przyprawy do ziemniaków i słodkiej papryki. Układamy w naczyniu żaroodpornym razem z pociętymi szalotkami. Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni na czas ok. 25/30 minut. Piersi z kurczaka zamykamy, zawijamy/tworzymy kieszonkę. Zapakowujemy w folię aluminiową posmarowaną delikatnie masłem, w której robimy dziurki. Wrzucamy na patelnię z grilla i grillujemy przez ok 4 minuty z jednej i 4 minuty z drugiej strony. Po tej czynności przekładamy je do piekarnika na ok. 20 minut. Jabłko ścieramy do miski, por tniemy wzdłuż na pół, następnie drobno kroimy. Dorzucamy do miski i mieszamy z dwoma łyżkami majonezu. Surówki nie przyprawiamy. Upieczoną pierś kroimy na pierścienie szerokości ok. 1,5 cm. Podajemy z upieczonymi ziemniaczkami i surówką.
Gotowe! Co prawda nie jest to maksymalnie zdrowe danie - mamy tutaj majonez i trochę sera, ale... wszystko jest dla ludzi, a tłuszcz też jest człowiekowi potrzebny :) Zawsze można kupić majonez light, albo dać go mniej, a ser w takiej ilości też nie robi tutaj jakieś katastrofy żywieniowej.
Wyszło na prawdę... smacznie! Mięso był tak delikatne i pyszne, że rozpływało się w ustach. Surówka to przepis, który wyniosłam z domu. Kiedyś kiedy mama kładła ją na stół, nie tykałam jej nawet końcem widelca. Połączenie jabłko, por, majonez wydawało mi się nie do przyjęcia. Kiedy jednak się przełamałam i spróbowałam jak smakuje... byłam totalnie zaskoczona. Ekstra fajny smak, ostry, który przełamywany jest delikatnym jabłkiem. Idealna na niedzielny obiad. Co do kieszonek, jest to o tyle fajna sprawa, że możecie włożyć do nich to co lubicie najbardziej. Może to być brokuł, mogą to być pieczarki. Opcji jest wiele. Pieczone ziemniaczki to z kolei małe odejście od rutyny czyli gotowanych ziemniaków. Przygotowane w podany przez nas sposób nadają wyrazisty smak całemu daniu.
Poniżej efekty naszego kucharzenia. Mam nadzieję, że ktoś z Was skusi się na wypróbowanie naszej propozycji.



























Jadłospis na cały dzień - jeszcze do niedawna takie sformułowanie było dla mnie przerażające. Na cały dzień = pół dnia gotowania. A jeszcze pudła trzeba ze sobą nosić, jeśli ten cały dzień spędza się poza domem.
Odkąd wiem, że chcieć to móc, staram się pokazywać Wam, że dla chcącego nic trudnego. O ile będąc upartym można byłoby mi zarzucić, że mam jedno dziecko i pracuję w domu, więc mogę sobie gadać, tak nie można tego zarzucić moim koleżankom, które dzieci mają... troje, czworo, a nawet pięcioro - że " one mogą sobie gadać ;) ) - bo to one udowadniają mi na każdym kroku, że jak się chce to można wszystko.
Coraz bardziej zajarana tematem "fit", odkrywam coraz to nowsze smaki i przepisy. Doba jest krótka, więc nie lubię marnować zbyt wielkiej jej części na gotowanie. Zazwyczaj wybieram rzeczy banalne, ale pyszne. Jeśli większość dnia spędzam poza domem, to na mój jadłospis najczęściej wybieram posiłki takie jak: bułka, jogurt z owocami, ryż z warzywami i kurczakiem x 2, sałatka. To najprostsza kombinacja, którą można zrobić w pół godziny. W kuchni należy nauczyć się organizacji. Pierwszą rzeczą, którą należy zrobić jeśli robimy sobie posiłki na cały dzień to wstawienie wody na wszystko to, co wymaga dłuższego gotowania np. ryż czy warzywa. W momencie, w którym będzie nam się to wszystko gotować przygotujemy sobie pozostałe rzeczy: pieczywo i przekąski takie jak owoce czy sałatki. Kiedy już je zrobimy, wszystko to co było we wrzątku będzie można już wyjąć i wrzucić tam gdzie trzeba. Wybierając najprostsze kombinacje, przygotowanie posiłków na cały dzień, nie powinno nam zająć więcej niż pół godziny. Ja dzisiaj wybrałam nieco "trudniejszą" opcję, wymagająca ciut więcej czasu. ale naprawdę tylko CIUT ;) Ryż z brokułem czy kurczakiem, byłby chyba zbyt banalny i każdy wie jak to zrobić, dlatego postanowiłam dzisiaj pokazać nieco bardziej "skomplikowane" propozycje.
Poniższy jadłospis jest idealny, by przygotować go sobie na cały dzień zarówno w domu jak i poza pracą. Darowałam sobie przekładanie z talerzy do pudełek na potrzeby zdjęć - musicie mi po prostu zaufać, że pokazałam Wam jedzenie, które idealnie nadaje się do przechowywania w pudełkach. Mam nadzieję, że cokolwiek z tych opcji przypadnie Wam do gustu - pamiętajcie, że mają one służyć jako inspiracje - składniki możecie dowolnie zamieniać, przepisy modyfikować pod siebie. Nie rezygnujcie z jakiegoś przepisu tylko dlatego, że jakiś składnik Wam nie odpowiada. Tak naprawdę wszystko to co ja gotuję w kuchni to przepisy z książek takich osób jak Ewka czy Ann - po prostu zrobiłam je pod siebie, usuwając z nich to czego ja nie lubię i dodając to co wręcz kocham.
1. ŚNIADANIE - omlet z rukolą i chlebkiem razowym
To jedno z szybszych śniadań, choć dopóki tego nie spróbowałam, byłam przekonana, że musi być ono pracochłonne. A jednak nie - jego przygotowanie to niecałe 5 minut. Roztrzepanie jajka z rukolą, wrzucenie na patelnię i minutka z jednej strony, pół minutki z drugiej. I gotowe!
Jajka wrzucamy do miski razem z rukolą i roztrzepujemy. Przyprawiamy solą, pieprzem, można dodać ząbek czosnku. Na rozgrzanej patelni ( 1 łyżeczka oliwy) wlewamy zawartość miski i smażymy ok. minutki z 1 strony i ok. pół minutki z drugiej.



2. DRUGIE ŚNIADANIE - owocowo - jogurtowy mix
Na drugie śniadanie nie widzę inne opcji niż owocowe kombinacje. U mnie są to zazwyczaj 3 różne opcje: pudding chia, koktajl lub właśnie... jogurt z owocami. Tutaj również przygotowanie posiłku to kwestia 2/3 minut ;)
Wlewamy jogurt, a na nim kładziemy pokrojone owoce takie jak np. banan, brzoskwinia czy jabłko lub nektarynka. Całość posypujemy jeszcze innymi mniejszymi owocami takimi jak borówki. Na koniec dodajemy swoje ulubione dodatki, w moim przypadku są to wiórki kokosowe i płatki migdała.



3. OBIAD - kotleciki mięsno-warzywne
Tutaj właśnie coś CIUT bardziej skomplikowanego niż najsłynniejszy posiłek do lunchboxu : kurczak, brokuł, ryż. Choć ja ten najsłynniejszy posiłek uwielbiam ogromnie! Czasem jednak trzeba sobie życie urozmaicić, dlatego dzisiaj pokażę Wam kotleciki, które po prostu urwały mi tyłek. Przepis na nie, znalazłam w nowej książce Ani Lewandowskiej. Podam Wam przepis tak jak w książce na 4 osoby, bo i ja sama robiłam je nie tylko dla siebie, a dla całej rodziny.
Boczniaki, cukinię starłam na tarce, por drobno posiekałam. Wymieszałam starte warzywa z mięsem i przyprawami ( sól himalajska, pieprz świeżo zmielony, oregano) - uformowałam kotleciki i zgrillowałam je na patelni grillowej, na którą dodałam odrobinę oleju kokosowego. Dodatkowo na patelni grillowej przyrządziłam kilka słupków cukinii . Zjadłam z ugotowanym ryżem ( pół woreczka).



4. PRZEKĄSKA - warzywny mix
Do miski wsypałam umytą rukolę. Fasolkę wrzuciłam do wrzącej wody. Awokado obrałam ze skóry i pokroiłam na drobne, krótkie słupki. Ułożyłam na rukoli. Wsypałam groszek i ugotowaną fasolkę. Całość posypałam kiełkami.


5. KOLACJA - szaszłyk
Tutaj również szybka opcja, bo musimy jedynie nadziać na patyk to co lubimy najbardziej - ja uwielbiam pieczarki i kurczaka dlatego skromnie i bez szału były to jedyne dwa składniki, które wybrałam. Przyprawiłam solą, pieprzem i szczyptą oregano i wsadziłam do rozgrzanego na 180 stopni piekarnika. Były tam ok. 20 minut. Warto zrobić więc to na samym początku przygotowań. Wyjmiemy je akurat w połowie, albo pod koniec robienia posiłków. Ja zrobiłam dwa szaszłyki - na zdjęciu składniki z jednego są po prostu luźno ułożone na talerzu.


Ile zajęło mi przygotowanie? Myślę, że ok. 45 minut, z czego obiad robiłam dla całej rodziny, a co za tym idzie formowałam jakieś 9 kotlecików nie dwa. Myślę, że przygotowanie to kwestia dość indywidualna, jednak jeśli chodzi o powyższe posiłki, myślę, że nie zajmie nam to mniej jak 30 minut, ani więcej jak 45 ... :) Myślę, że dla osoby, której zależy na zdrowym odżywianiu i na tym, by posiłki zabrać ze sobą na cały dzień poza domem - nie jest to jakiś wielki wyczyn. Patrząc na to ile czasu tracimy czasem na bzdurne rzeczy, chociażby przewijanie fejsa w telefonie - 45 minut w tak ważnej sprawie, nie jest naprawdę niczym wielkim. Znam osoby, którym zależy do tego stopnia, że robią to w środku nocy, albo o 4 nad ranem zanim wstaną wszystkie dzieci - myślę więc sobie, że z mojej strony taki wyczyn to żaden wyczyn ;) Pamiętajmy też, że niektóre rzeczy warto robić na dwa dni, na przykład takie kotleciki, mixy warzywne czy szaszłyki. Ja osobiście nadal będę wierną fanką zmieszanego ryżu z warzywami i kurczakiem, ale od czasu do czasu nie zaszkodzi pokombinować.



Osoby, dla których w dobie nie ma już miejsca nawet na pół godzinne gotowanie, zawsze mogą poszukać idealnego dla siebie cateringu dietetycznego - popularnego zwłaszcza w dużych miastach. Jeszcze do niedawna cateringi kojarzyły nam się jedynie z obsługa dużych imprez - dzisiaj korzysta z nich całe mnóstwo osób: zabieganych, zapracowanych czy dbających o sylwetkę. Początkowo cateringi były dla większości osób nieosiągalne ze względu na cenę. Obecnie sytuacja nieco się zmieniła. Warto sprawdzić ceny jakie proponują firmy cateringowe, które pojawiają się na mapie polski jak grzyby po deszczu, bo wraz z rosnącą konkurencją, maleją też ceny. W ostatnich latach zmalały one tego stopnia, że gdybym była singielką i miała zamawiać tylko jeden catering (nie trzy) - sama bym skorzystała. Jest prosty sposób, by wszystkie cateringi w Polsce porównać i znaleźć coś dla siebie. Cateromarket to miejsce w sieci, w którym możecie wybrać catering dietetyczny najlepiej pasujący do Waszych potrzeb.

Nie jest to wcale głupie, bo sama pamiętam ile czasu zajęło mi, by prześledzić wszystkie firmy z Warszawy - pff, wszystkie! Pewnie nie była to nawet połowa. Koniec końców i tak nie pamiętałam, gdzie było taniej, gdzie było smaczniej i gdzie najkorzystniej. Na Cateromarket bez problemu znajdziecie interesujący Was catering dietetyczny ( np. bezglutenowy, wegetariański, wegański, paleo i wiele, wiele innych ) w najniższej cenie. Na stronie możecie poza cenami zobaczyć również oceny i opinie, oraz bez problemu przejść na bezpośrednią stronę interesującego Was cateringu. Dla mnie bomba - może będzie mi niebawem dane samemu poszukać czegoś dla siebie, kto to wie :)



Pomysł na obiad - czasem tak ciężko o to, by wymyślić coś czego już dawno nie jedliśmy. Słowo obiad - cóż - kiedyś na pewno nie kojarzyło mi się z czymś co można wykonać szybko. Dziś wiedząc jak doba potrafi być krótka i wiedząc, że... czas to pieniądz - ułatwiam sobie życie jak najbardziej mogę i nie marnuję go na robienie czegoś co za chwilę i tak zjem.
Ilekroć słyszę jak ktoś mi mówi, że nie ma czasu, by robić obiady i dlatego je fastfoody - mam ochotę policzyć tej osobie ile właśnie czasu zmarnował, żeby mi o tym opowiedzieć na fejsie. Ja przed chwilą w 10 minut zrobiłam obiad. Gdybym tylko podwoiła porcje, miałabym ten obiad na dwa dni. A to oznacza, że jutro nie gotowałabym wcale. Staram się też jak mogę, by to co jem, nie było tylko szybkie, ale też... zdrowe i przede wszystkim smaczne. Bo co z tego, że będzie zdrowe i szybkie, jak po jednym kęsie każdy odejdzie od stołu i nawet już nie zerknie w stronę potrawy, próbując wymazać jej smak z pamięci. Ale zdrowie zdrowiem, smak smakiem ... musi też być w miaro tanio. I nie dam sobie wmówić, że żeby odżywiać się zdrowo, trzeba nie wiadomo jak dużo pieniędzy. Jedyne czego trzeba to instynktu łowcy, który wie gdzie i kiedy szukać promocji, oraz wie za co nie warto przepłacać. Wysoka cena kochani nie zawsze idzie w parze z jakością. Ja należę do osób bardzo oszczędnych i nie wydaję kasy na rzeczy niepotrzebne. Do sklepu chodzę najczęściej po to, czego akurat potrzebuję. To ile wydaję miesięcznie na jedzenie jest dla niektórych czymś absolutnie niemożliwym. Mi też się kiedyś tak wydawało. Potem życie przycisnęło mnie do muru i zaczęłam wydawać dwa razy mniej - nie z powodu widzimisię, a z konieczności. I tak już mi zostało.
Dzisiejszy wpis będzie na pewno przydatny dla wielu osób, które cenią sobie czas oraz zdrowie, ale lubią też dobrze zjeść. Tych siedem obiadów potraktujcie oczywiście jak zawsze - jako bazę, inspirację. Jeśli jakiś składnik Wam przecież nie pasuje - zamieńcie go na inny, ten który lubicie.
To jedziemy! Oto mój pomysł na obiad... tfu! Pomysły! Siedem pomysłów na obiady, na caaały tydzień! :)
1. Kotleciki ryżowe - to dobry pomysł na obiad również dla dzieci, które nie przepadają za ryżem - łatwo można go tutaj przemycić :)
Ryż gotujemy wg instrukcji na opakowaniu. Po ugotowaniu mieszamy go ze zmielonym mięsem i formujemy kotleciku. Wrzucamy na patelnię grillową i smażymy z oby dwóch stron. Cukinię i cebulę kroimy w plasterki, mieszamy z łyżeczką oliwy, doprawiamy ulubionymi przyprawami i wrzucamy na patelnię grillową. Po zdjęciu z patelni, mieszamy z roszponką i posypujemy nasionami słonecznika.

2. Spaghetti bolognese - przepis na 4 osoby
Makaron gotujemy wg instrukcji na opakowaniu. Mięso podsmażamy na patelni, dodajemy sos, puszkę pomidorów i pociętą bazylię. Wszystko mieszamy i nakładamy na makaron.

3. Kurczak w sosie koperkowym
Ziemniaki podgotowujemy ok. 10 min w garnku następnie układamy je razem z pociętym kurczakiem w naczyniu żaroodpornym. Doprawiamy wedle uznania ulubionymi przyprawami. Jogurt naturalny mieszamy z otrębami oraz pociętym koperkiem. Otrzymanym sosem zalewamy ziemniaki i kurczaka, oraz stawiamy do rozgrzanego piekarnika ustawionego na 180 stopni. Pieczemy ok. 40 minut, aczkolwiek najlepiej co jakiś czas sprawdzać stopień wypieczenia kurczaka i twardość ziemniaków. Szparagi gotujemy w osolonej wodzie, następnie wyjmujemy z wody i albo jemy je ugotowane, albo dodatkowo grillujemy na patelni. Jeśli mam być szczera ten pomysł na obiad, przypadł najbardziej do gustu mojemu F. Dumna jestem, no!

4. Pieczony indyk z warzywami
Kalafior delikatnie podgotujemy we wrzącej wodzie, następnie układamy go razem z indykiem w naczyniu żaroodpornym oraz przyprawiamy pieprzem, solą, curry. Naczynie wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni, na ok. 40 minut. Ryż gotujemy według instrukcji na opakowaniu. Ugotowany ryż podajemy na talerzy z upieczonym indykiem, kalafiorem i rzodkiewkami pociętymi na plasterki.

5. Dorsz w sosie pomidorowym - z racji, ze jest to danie z rybą, koszt potrawy jest nieco droższy. Nie jest to jednak łosoś, więc ... raz w tygodniu, można sobie pozwolić ;) Takie obiady to fajna odskocznia od kurczaka, indyka itp.
Fasolkę szparagową gotujemy w osolonej wodzie, ryż gotujemy wg instrukcji na opakowaniu. Filet z dorsza myjemy, a po osuszeniu skrapiamy sokiem z cytryny, nacieramy czosnkiem, przyprawiamy solą, pieprzem, oregano. Tak przyprawionego dorsza wstawiamy do lodówki na około godzinę. Po godzinie wkładamy go w naczyniu żaroodpornym do piekarnika o temp. 180 stopni na 25 minut. Sok pomidorowy doprawiamy solą morską i bazylią. Po 25 minutach rybę zalewamy sosem, a naczynie przykrywamy folią aluminiową. Wstawiamy do piekarnika ponownie na ok. 10 minut. Na koniec całość posypujemy pokruszoną fetą i wstawiamy do piekarnika na dosłownie chwilkę, tak, żeby feta się roztopiła. Po wyjęciu z piekarnika, całość posypujemy posiekaną natką pietruszki. Ugotowaną fasolkę posypujemy uprażonym sezamem. Podajemy z ugotowanym ryżem.

6. Ryż z kurczakiem i cukinią
Tym razem pomysł na obiad idealny dla fanów dań w stylu chińskich. Wszystko ze sobą wymieszane.
Ryż gotujemy wg instrukcji na opakowaniu. Cukinię tniemy na plasterki, przyprawiamy rozmarynem i polewamy łyżką oliwy, następnie wrzucamy na patelnię grillową. Pierś z kurczaka kroimy w kostki ok 1,5 cm, doprawiamy pieprzem i solą wedle uznania i smażymy na łyżce oliwy. Podsmażone mięso, grillowaną cukinię i ugotowany ryż, wrzucamy na jedną patelnię i wszystko ze sobą mieszamy.

7. Zupa krem z brokułów - ( przepis na 4 porcje) - osobiście kiedy zupę jem tylko ja, wybieram opcję gotowej zupy od Martwitt - w lidlu kosztuje 4 zł. Jeśli jednak macie ciut więcej czasu i lubicie zupy gotować sami, mam dla Was genialny przepis, który znalazłam kiedyś w książce z przepisami bez pszenicy. Idealny pomysł na obiad, dla osób, które chcą odsapnąć od mięsnych potraw.
Brokuł dzielimy na małe różyczki. Łodygi obieramy z włóknistej skórki i siekamy je. W garnku na niewielkim ogniu rozgrzewamy olej i wrzucamy por pokrojony w plasterki - smażymy i mieszamy od czasu do czasu, przez ok. 7 minut aż por zmięknie. Dodajemy łodygi brokułów i bulion. Kiedy całość zacznie wrzeć, zmniejszamy ogień, przykrywamy i gotujemy przez 15 minut. Dodajemy różyczki brokułów i gotujemy na wolny ogniu przez 10 minut. Zupę przelewamy do miksera i rozdrabniamy na gładką masę. Wlewamy z powrotem do rondla i ustawiamy na średnim ogniu. W małej misce ubijamy na gładką masę 1/4 filiżanki mleka kokosowego i mąki kokosowej. Uzyskany płyn wlewamy do zmiksowanych brokułów stale mieszając. Dolewamy pozostałe mleko kokosowe i wsypujemy tymianek. Gotujemy jeszcze przez 3 minuty, cały czas mieszając - do czasu aż zgęstnieje. Na patelni prażymy mieszankę sezamy, migdała i nasion słonecznika i taką mieszanką posypujemy zupę przed podaniem.

I jak? Znalazłaś wśród moich przepisów swój pomysł na obiad? Jeśli podobają Ci się moje przepisy i chcesz więcej, albo masz ciekawe pomysł na ich modyfikację - podziel się ze mną swoją opinią! A jeśli chcecie znać jeszcze jedno fajne miejsce, z którego korzystam w celu inspiracji, zajrzyjcie tutaj.
"Nie ma bardziej szczerej miłości niż miłość do jedzenia." - George Bernard Shaw
Moje problemy z cellulitem to coś z czym zmagałam się od lat. Gwałtowne utraty wagi spowodowane chorobą, potem nagłe skoki wagi w górę. Dodajmy do tego olanie zasad zdrowego żywienia i kompletny brak zainteresowania kondycją swojego ciała - i oto mamy nogi pokryte szpecącym cellulitem. Jak zlikwidować cellulit? To pytanie spędzało mi sen z powiek.
Ponoć niektórym kobietom on nie przeszkadza. Wygląd nie jest najważniejszy, ale zdecydowanie lepiej i pewniej czuję się w ciele, które lubię. Kocham swoją bliznę po cesarce, bo jest ona dla mnie sentymentalna. Cellulit - nie. Mogę śmiało powiedzieć, że był on wynikiem mojego lenistwa i pociągu do niezdrowego jedzenia. Napoje gazowane w młodości i tony chipsów zrobiły swoje. Choć wciąż na tylnej części nóg mam kilak dziurek, to jednak to jak było, a jak jest to niebo a ziemia...
Nawet kiedy intensywnie ćwiczyłam i stosowałam różnego rodzaju specyfiki - cellulit był nie do pokonania. Postanowiłam spróbować czegoś jeszcze. Jakieś trzy miesiące temu postanowiłam odpowiednio przygotować się do lata i rozpoczęłam sesje zabiegów w Klinice Murano. Wybrałam zabiegi endermologii i karboksyterapii. Niedawno zakończyłam oby dwie sesje i... TAK! Tak, tak, tak. Warto o tym mówić i polecić to innym...
Nie raz słyszałam: Ala po co Ci to? Przecież jesteś zgrabna, szczupła. Kochani - widzicie tylko zgrabne ciało pod ubraniem, ewentualnie z odsłoniętym brzuchem. Nie widzicie mnie na żywo, z bliska, bez ubrań. Cellulit to okropna menda, ale całe szczęście nie widać jej przez jeansy. Mam lustro i uda pokryte dziurami, które widziałam nie były moim wymysłem. Przejdźmy jednak do konkretów.
ENDERMOLOGIA
Tego zabiegu będzie mi brakować. Już mi go brakuje. Od zawsze uwielbiałam intensywne masaże i sama podsuwałam mojemu F. przeróżne rollery, którymi miał rozbijać mi mój cellulit na nogach i pośladkach. Ta intensywność była dla mnie zawsze fajna, bo czułam, że coś się tam dzieje. Że coś się tam rzeczywiście może rozbić. Podobne uczucie dały mi zabiegi endermologii. Zabieg ten ma za zadanie wymodelować sylwetkę i ujędrnić skórę. Jest to jedna z najskuteczniejszych metod walki z cellulitem! Zabieg ten jest całkowicie bezbolesny i w 100 % bezpieczny. Wykonuje się go na całe ciało. Czas trwania to ok 45 minut. Żeby zabiegi miały sens należy wykonać ich min. 10 , 1 do 2 razy w tygodniu. Zawsze po tym zabiegu było mi mało. Rewelacyjne odprężenie i wrażenie, że po zakończonym zabiegu nasze łydki są jakieś takie cieńsze, mniej obrzęknięte. Im mocniej urządzenie "zasysało" moją skórę tym bardziej czułam, że daje to efekt, szczególnie na pupie i udach. Więcej o zabiegu możecie poczytać tutaj.






KARBOKSYTERAPIA
Największy przełom w medycynie estetycznej. Zabieg polega na wprowadzaniu pod naszą skórę dwutlenku węgla. Samo ukłucie nie jest oczywiście bolesne. Moment rozchodzenia się dwutlenku węgla pod skórą jest z kolei... dziwny. Czuć takie charakterystyczne rozpieranie, czasem całkowicie bezbolesne, czasem jednak czuć lekki dyskomfort. Ja jestem jednak jedną z tych osób, które wiedzą doskonale, że ból to tylko wytwór naszej głowy. Wystarczy uwierzyć w to, że charakterystyczne rozpieranie jest tak naprawdę przyjemne i to lubimy i nagle okazuje się, że i podczas niego możemy się śmiać i rozmawiać. ( zupełnie jak podczas mojego porodu ;) ). O ile ja stosowałam karboksyterapię tylko w obszarze ud i pośladków, tak można ją zastosować nawet pod oczami, by usunąć denerwujące cienie! Zabieg ten przywróci Wam nawet jędrność wiotkiej skóry twarzy czy dekoltu. Jak to stwierdziłyśmy z P. Alą - osobą, która wykonywała mi zabieg: dwutlenek węgla jest dobry na wszystko! W przypadku karboksyterapii również wybrałam pakiet 10 zabiegów, wykonywanych raz w tygodniu. Dwutlenek węgla podawany jest przy pomocy oryginalnego urządzenia do karboksyterapii C.D.T. Evolution. Zapomniałabym - kiedyś karboksyterapię wypróbowałam również na moich obrzękniętych łydkach - efekt naprawdę był świetny. Ból i opuchlizna - jak ręką odjął.








 l


EFEKTY
Na efekty musiałam trochę poczekać. Przykładowo fałdki pod pośladkami zaczęły zmniejszać się mniej więcej po 6 zabiegu karboksyterapii. Musimy oczywiście pamiętać o tym, że zabiegi pójdą na marne, jeśli wciąż będziemy siedzieć na kanapie i jeść fast-foody. Z kolei łącząc sport z w miarę rozsądnym żywieniem i serią takich zabiegów - możemy się spodziewać naprawdę dużych efektów. Jak więc zatem z tymi efektami jest u mnie? Cellulit nie znikł do zera - to jest pewne. Niestety nie pilnowałam jakoś ściśle diety, zdarzały mi się grzeszki, a i sport nie był uprawiany codziennie. Jednak jak już wcześniej pisałam - kondycja mojego ciała przed zabiegiami, a po jest naprawdę zauważalna, zwłaszcza na tylnej części ud i pośladkach. Choć robiłam sobie zdjęcia to jednak zdjęcia tyłka jakoś nie idą w parze z moim zmysłem estetycznym stąd wpadłam na pomysł, że zrobię tego lata po prostu fajną estetyczną sesję w bikini w jakimś nadmorskim klimacie. Fotki z ręki własnych czterech liter, raczej nie byłyby tutaj na miejscu.
Że ja zauważyłam zmiany w swoim ciele - to zrozumiałe. Ale sporo z Was już po zdjęciach w krótki spodenkach z zoo, pytało czy takie efekty są właśnie po zabiegach?! Tak, są! Cellulit był moim największym wrogiem i kompleksem... Nie lubiłam swoich nóg i dostawałam drgawek na myśl o wrzuceniu na siebie stroju kąpielowego. Efekty po zabiegach dały mi jeszcze większa motywację, by swoje ciało teraz pięknie wymodelować i wyrzeźbić. Czy polecam? Zdecydowanie. A na endermolegię wybiorę się z pewnością jeszcze nie raz.
Podkreślać jednak będę na każdym kroku! ZDROWE ŻYWIENIE to podstawa! Nie możecie oczekiwać, że jakikolwiek zabieg zrobi za Was całą robotę. Ćwiczenia również nie dadzą nic, jeśli będziecie wcinać po nich pizzę i hamburgery. Jeśli wciąż zadajesz sobie to jedno pytanie. Jak się pozbyć cellulitu? To wiedz, że najpierw musisz zacząć od zmiany swojego życia. Potem dopiero możesz pomyśleć i zainwestowaniu kasy w tego typu zabiegi. Ja nie żałuję! :)








Za zdjęcia dziękuję najlepszej Whale Photography !!! :)
Jadłospis na cały dzień to coś, z czego mogłabym zrobić całą serię wpisów. Im bardziej wkręcam się w świat zdrowego odżywiania, zdrowego stylu życia - tym bardziej kombinuję, szukam nowych smaków i rozwiązań.
Coraz bardziej fascynuje mnie jak można łączyć niektóre smaki, jak przyprawić dania. I czasem naprawdę żałuję, że nie mam więcej czasu i kasy - wtedy mogłabym naprawdę eksperymentować, piec jaglane ciasta, zaopatrzyć się w cały zapas zdrowych mąk, makaronów i wszystkiego co zdrowe. Mając jednak ograniczony budżet i czas - trzeba sobie radzić z tym co łatwo dostępne w sklepach i tym co... tanie. Całe szczęście wcale nie jest tak źle, jak niektórzy mówią. Wystarczy odrobina wiedzy na temat tego co jest zdrowe, wystarczy poznać swoje smaki - i szybko dojdziecie do wniosku, że to co wydawało Wam się drogie i niedostępne - jest tak naprawdę na wyciągnięcie Waszej ręki. I wcale nie musicie nadszarpnąć Waszego budżetu.
Zapewne niektórzy z Was zastanowią się czy taki wpis, w którym pokazuję Wam jadłospis na cały dzień, w którym są zdjęcia, dania powstają akurat na potrzeby bloga. Nie. Prawda jest taka, że zazwyczaj jeśli zrobię na spontanie coś do zjedzenia, co super wygląda na talerzu - automatycznie robię zdjęcie aparatem. Te zdjęcia sobie tam na karcie czekają i czekają...aż przyjdzie taki moment jak dziś - kiedy zrobię z nich użytek. Dzisiejsze propozycje to moje hity ostatniego tygodnia. Na cukinię załapałam smak, zaraz po tym jak pokazałam Wam ją w ostatnim jadłospisie dziennym. Od tamtej pory jem chyba codziennie ... A jaki jadłospis na cały dzień przygotowałam na dzisiaj? Sprawdźcie sami!
1. ŚNIADANIE - naleśniki z mąki razowej z musem jagodowym

Jajko roztrzepujemy razem z mlekiem i wodą. Dodajemy mąkę. Naleśniki smażymy na dosłownie "kapce" oleju. Do jogurtu naturalnego dodajecie jakiś owoc i mieszacie. Ja dodałam jagody ( jak na słoika przystało, mam kilka słoiczków od mamy z takimi cudami jak jagody). Ale jogurt można zmieszać tak naprawdę z czymkolwiek: rozgnieciony banan, maliny, truskawki. Tak zrobionym musem, polewacie naleśnik, lub smarujecie i zawijacie w rulonik.
2. DRUGIE ŚNIADANIE - owocowy mus z siemieniem lnianym

Owoce obieramy i miksujemy razem z siemieniem lnianym i opcjonalnie z łyżeczką nasion chia i łyżeczką migdału. Górę posypujemy odrobiną zmielonego migdału.
3. OBIAD - grillowany kurczak z warzywami

Pierś z kurczaka przyprawiamy wedle smaku. Warzywa doprawiamy najlepiej przyprawą rozmarynową i kapką oliwy. Wszystko kładziemy na patelnię grillową ( ziemniaczek pocięty w plastry, cukinia również, cebulka w całości). Liście sałaty lodowej mieszamy w jogurtem naturalnym. Jadłospis na cały dzień, który zawiera taki obiadek, będzie IDEALNY!
4. PODWIECZOREK - ciasteczka orkiszowe - przepis na 25 ciastek. Powinno Wam starczyć na kilka dni ;)

Miękkie masło, ucieramy z cukrem na gładką masę. Dodajemy jajko, wanilię i sól. W drugiej misce mieszamy mąkę z sodą. Zawartość jednej i drugiej miski łączymy ze sobą i miksujemy. Wsypujemy nasiona słonecznika i drobno posiekane migdały i czekoladę. Z ciasta formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego i układamy na blaszce wyłożonej papierem. Każdą kulkę lekko spłaszczamy łyżką. Czas pieczenia to ok.15-20 minut w 180 stopniach – zależy jakiej wielkości i jak grube zrobiliście ciastka.
5. KOLACJA - rukola z rzodkwią i migdałem

Rzodkiew kroimy na drobne plasterki i mieszamy z pozostałymi składnikami.
I jak podoba Wam się mój jadłospis na cały dzień ? Proste? No proste! Smaczne? I to jak! Pamiętajcie, że to tylko propozycje, inspiracje - które mają na celu pokazać Wam jak fajnie można łączyć składniki. Sami widzicie, że praktycznie wszystkie składniki możecie sobie zastępować czymś co lubicie. Najgorsze co można zrobić, to widząc jeden składnik, którego nie lubicie powiedzieć "Eee tam, nie lubię tego" - to dodaj coś co lubisz!
Sami widzicie, że posiłki są dość syte, są pełnowartościowe - nie ma opcji, byście chodzili po tym głodni. A świadomość, że jecie zdrowo, jest naprawdę cudowna. Z kolei fakt, że to zdrowie podane na talerzu jest takie smaczne - sprawia, że wkrótce sami zaczniecie kombinować, próbować i samemu sobie udowadniać, że mitem jest gadanie, że na to wszystko trzeba mieć kupę kasy i czasu. Z tym czasem mi kitu nikt nie wciśnie. Jak komuś bardzo zależy to znajdzie czas i w nocy, żeby zrobić sobie posiłki do pracy.
Przykładów znam całe mnóstwo, więc wcale nie piszę tego tylko dlatego, że ja akurat pracuję w domu, więc mogę sobie na to pozwolić. A nawet jeśli brak czasu na gotowanie, to przypominam, że kupienie niezdrowego batona w sklepie, zajmuje tyle samo ile zrobienie zdrowej kanapki lub... jej kupienie. Wiele razy miałam dni, w których cały dzień byłam na służbowych spotkaniach - może ciężej było wtedy o regularność i zdrowy obiad, ale należy się nauczyć w takich momentach, kupować zamiast słodkiego lub fast-foodów, coś zdrowego, a tego dzisiaj w sklepach jest całe mnóstwo. Zawsze warto mieć pod ręką jakiś owoc, jogurt naturalny, czy ciasteczka owsiane.
Wymówki są zawsze dobre, ale patrząc na to ile czasu ludzie tracą pisząc w sieci komentarze " Nie mam czasu" - doskonale widzę, że czas jest - ale najzwyczajniej w świecie marnotrawiony... :) Często temat czasu, poruszany jest w rozmowach o śniadaniu. Ludzie wstają mega wcześnie do pracy, często na pół śpiąco wychodząc z domu. Często w weekendy, kiedy Pola jest z F. wykorzystuję ranki na spotkania, których nie udało mi się zrealizować w tygodniu. Zrywam się wtedy, często jeszcze w sennym nastroju, zerkając na zegarek i robiąc wszystko na szybko. Ale ludzie! Nie dajmy się zwariować. Zdrowa kanapka z kiełkami to kwestia minuty. Pół minuty ją robimy, drugie pół jemy. Nikt nie oczekuje, że codziennie będziemy robić sobie naleśniki. Sami tego nawet od siebie nie oczekujmy :)
Pamiętajcie, że czas jedzenia niezdrowych rzeczy, a tych zdrowych jest taki sam. Przyrządzania również - o ile nie porywacie się na posiłki, które robi się godzinę. Czas nie jest tu więc żadną wymówką.
Jeśli chodzi o ilość posiłków - u mnie z racji późnego śniadania, posiłków jest cztery, nie pięć. Jednak dla osób, które dość wcześnie wstają i dość późno chodzą spać - pięć posiłków musi być. Pamiętajcie, że najważniejsza jest REGULARNOŚĆ!!! Jak się okazuje - przez wielu bagatelizowana!
Mam nadzieję, że dzisiejszy jadłospis na cały dzień przypadł Wam do gustu i będziecie czekać na więcej. Jeśli nie przypadł - może trafię z kolejnym. Bo tym oto jadłospisem otwieram całą serię wpisów z kulinarnymi inspiracjami. Zdrowe, pyszne, dzienne jadłospisy. A tymczasem zajrzyjcie do poprzednich inspiracji...
Wpadajcie też na mój insta, gdzie co prawda jadłospis na cały dzień nie będzie w jednym wpisie, ale wrzucam tam często szybkie propozycje dań i przekąsek: tutaj :)
Zdrowy jadłospis na cały dzień + alternatywa dla cateringu dietetycznego!
