Że ja, matka parentingowa, lifestylowa, zacznę brać udział w jakiś kulinarnych kampaniach, to bym się nie spodziewała. Bo niby co miałabym zaprezentować? Omlet po raz 1010388484, a może schabowego z ziemniakiem? No ale życie bywa zabawne i tak oto wzięłam udział w #KuchennePojedynki dla Netto Polska. Temat iście letni, toteż nagrywać materiał pojechałam do rodziców, których kuchnia na tarasie zdawała się wpasowywać w klimat akcji ideeeealnie. Moją konkurentką była kochana Basia Szmydt, która w głosowaniu na fanpage netto, znokautowała mnie totalnie, ale co tam... ludzi się po prostu nie znajo, o! :P Gdyby wiedzieli ile trudu kosztowało mnie stanie cały dzień przy garach i robienie każdego ruchu po kilka razy, żeby zrobić i foty i jeszcze to nagrać, to może daliby lajka z litości, ale nie wiedzą! No!
Pojedynek mój i Basi podzielony był na dwie rundy/kategorie. Pierwsza dotyczyła letniego obiadu, a druga kosza piknikowego na wycieczkę rowerową. Swoją drogą marzy mi się taka wycieczka z prawdziwego zdarzenia niemiłosiernie, ale póki co ujeżdżam veturilo po warszawskich chodnikach i jedyne co mam z mojej wymarzonej wycieczki to pedałowanie. Ale zawsze coś!
Ale co ja Wam tutaj będę więcej pisać, jak Wy po przepisy tutaj przyszliście. No to macie. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy i oby Wam smakowało tak jak mi i mojej rodzince :)
Czas przygotowania: 45 minut
Liczba porcji: 2

Pstrąga dokładnie myjemy i osuszamy. Nacinamy go w litery X i smarujemy przygotowaną marynatą z oliwy z oliwek, soli, pieprzu, słodkiej papryki. Do środka również wlewamy marynatę i wkładamy cząstki cytryny. Blachę wykładamy papierem, kładziemy na niego rybę, a na niej kilka gałązek świeżego tymianku. Pstrąga pieczemy 30 minut w 180 stopniach.
W międzyczasie gotujemy bób ( tak by był średnio miękki). Ucinamy końcówki szparagów i wrzucamy je do gorącej wody. Podgotowujemy kilka minut. Rzodkiewki i cukinię kroimy w zapałki. Tak pokrojoną cukinię doprawiamy wedle uznania i podsmażamy na oliwie z oliwek. W misce mieszamy ugotowany bób, roszponkę, kiełki, rzodkiewkę i cukinię. Całość lekko skrapiamy oliwą i układamy na szparagach. Na tak skomponowaną sałatkę kładziemy upieczone pstrągi. Całość posypujemy prażonymi orzeszkami laskowymi, które wcześniej drobno pokruszyliśmy.




Rybka wyszła naprawdę przeeepysznie. Delikatna w smaku, lekka - tak jak i warzywa. Nie wiem czy mój zachwyt podzielałaby męska część społeczeństwa, ale dla tych, którzy lubią takie zdrowe, lekkie jedzonko, taka ryba byłaby idealna. Warzyw było pod rybą naprawdę sporo, więc jeśli tak jak ja, kochacie te wszystkie szparagi, bób itp. to gwarantuję Wam kulinarny orgazm!
Czas przygotowania: ok. 15 minut
Liczba porcji: 10 małych kanapek

Kromki chleba smarujemy lekko masełkiem i nakładamy sałatę, plaster szynki, plaster sera, ogórka i rzodkiewkę. Kanapki składamy i kroimy na trójkąty.



Co tu dużo będę mówić o kanapkach. Kto mnie zna, ten wie, że Alicja + kanapki to duet idealny. Jeśli kiedykolwiek pojedziecie ze mną na jakąś wycieczkę i będziecie mieć kanapki z ogórkiem, to uwaga bo... możecie się nie spostrzec, a będą już w moim brzuchu :D Od dzieciaka byłam kanapkowa i tak mi już zostało, mimo, że staram się unikać pieczywa to jednak miłość często wygrywa w tej kwestii z rozumem. Nie ma nic lepszego niż pajda chleba, trochę masełka, sałata, szyneczka i koniecznie OGÓRECZEK. Nie ma ogóreczka, nie ma kanapeczki...
Czas przygotowania: ok. 10 minut + 2 godziny w lodówce
Liczba porcji: 8 batoników

Miód rozpuszczamy razem z masłem orzechowym w rondelku na małym ogniu. Dodajemy pokruszone orzeszki i orkisz. Keksówkę wykładamy papierem i nakładamy na całość powstałą masę. Do garnuszka wlewamy wodę, a na garnek kładziemy miskę, w której rozpuszczamy całą tabliczkę czekolady. Czekoladą polewamy orzechową masę w keksówce, a następnie wkładamy ją na ok. 2 godziny do lodówki. Po dwóch godzinach wyjmujemy papier z keksówki i kroimy całość na batoniki. Dla efektu, możemy zawinąć ok ⅓ batonika w papier i obwiązać sznurkiem.






Te batony to jest SZTOS, niebo, raj i wszystko razem wzięte. Niech no tylko zrobią mi kuchnię, to będę je robić chyba codziennie! Serio - lepsza cała keksówka zdrowych batonów homemade, niż jeden naładowany E, sre i kto wie czym jeszcze. Jeśli myślicie, że smak przegrywa z jakąś tam kupną princeską, to się mylicie, bo smak wygrywa wszystko co potwierdzam ja, moja rodzina, dzieci ( te moje i te cudze) - każdy kto spróbował, przepadł! Pięć minut roboty, a czteroosobowa rodzinka może sobie wszamać po dwa batony - i to bez żadnych wyrzutów sumienia!
I jak? Dla mnie bomba. Myślę, że wszystkie przepisy są totalnie proste i nie wymagają jakiś niezwykłych kulinarnych zdolności - no a kanapki to już w ogóle :D Na koniec mam dla Was jeszcze kilka kadrów z mojego gotowania na tarasie moich rodziców no i... filmik! Zarówno filmik jak i zdjęcia, wykonała moja siostra Patrycja znana niektórym jako Ładna Chata. Dziękuję Ci dobra kobieto!
Wszystkie #KuchennePojedynki, możecie zobaczyć na stronie Netto . Mega się cieszę, że mogłam być częścią tak fajnej akcji i naprawdę... nie sądziłam, że będę się przy tym tak świetnie bawić, seeerio!





















var __collector_config = {
publisher: '0D611106-749C-4ED5-9353-C821F1A5623A',
contentid: 'NETTO',
title: 'Mamala',
author: 'Mamala',
category: 'Netto',
tags: 'Mamala, Netto'
};
(function() {
var s = document.createElement('script');
s.async = true;
s.type = 'text/javascript';
s.src = document.location.protocol + '//connect.islay.tech/analyzer/collector.min.js?x='+(new Date().getTime());
(document.getElementsByTagName('head')[0] ||
document.getElementsByTagName('body')[0]).appendChild(s);
})();
Nie zrozumcie mnie źle. Kocham życie w stolicy i kocham SWOJE życie. Od tego, co miałam tutaj, świadomie uciekłam. Ale im jest człowiek starszy tym bardziej docenia. Przyjaciół, rodzinę, ich obecność. Nawet jeśli wcześniej częściej nas ona irytowała niż sprawiała radość ;) W stolicy jestem trochę samotna, to jest fakt. Mam wspaniałą córkę, ale nikt nie wpada do mnie na spontaniczne pogaduchy, a ja w chwilach słabości nie mogę nikogo odwiedzić i wypić herbatki. Jeszcze dwa lata temu przyjeżdżałam do rodzinnego miasta i po jednym dniu byłam chora - zbyt duże różnice charakterów i inne podejścia do życia były dla mnie nie do przeskoczenia. Dziś staram się będąc tutaj, spędzić z każdym trochę czasu. Z przyjaciółką, z siostrą, z rodzicami, z teściową, dawną znajomą.
Obecność obecnością, ale najbardziej jednak brakowało mi czasu, w którym leżę i pachnę i nic nie robię. Dziecko biega sobie po ogrodzie, a ja mogę poleżeć i popatrzeć w niebo. Tak wyglądała właśnie niedziela... jedyny dzień, który spędziłam tak beztrosko w ogrodzie moich rodziców. Zrywałam czereśnie w sadzie za domem, myłam pomidory w zlewie na tarasie. Gotowałam szparagi, bób i jadłam je na świeżym powietrzu. Dziś, zdrowe żywienie to dla mnie gra kolorów i rozsądek - bez większych wyrzeczeń. Większość z nas doskonale wie, że warzywa i owoce stanowią podstawę diety. Ale czy wiecie, że dziennie powinniśmy ich spożywać min. 400 g? Szklanka soku może stanowić jedną z pięciu zalecanych porcji tych produktów dziennie. Biorąc pod uwagę to, że warzywa i owoce można spożywać pod różnymi postaciami, wydaje mi się, że możemy zjeść ich nawet więcej niż zalecane minimum. Najważniejsze, żeby było zdrowo i kolorowo :) Nie bez powodu mówi się często o warzywach, że to "zdrowie na talerzu". Warzywa i owoce prócz oczywistych zalet takich jak utrzymanie prawidłowej masy ciała, pełnią również ogromną rolę w profilaktyce zapobiegania nowotworom czy chorobom takim jak Parkinson, Alzheimer.

No ale... skoro gra kolorów to i kolorowe soki. Wbrew krążącym po świecie mitom, że do soków dodaje się cukier, ogłaszam wszem i wobec, że do soków owocowych, 100% warzywnych i pomidorowych cukru się NIE DODAJE... :) Zabrania tego europejskie i polskie prawo. Mało tego, w związku z tym, że soki powstają z warzyw i owoców, to zachowują podobny poziom składników odżywczych co te produkty.
I ja, i moja mama często przekomarzamy się w swoich racjach w wielu, naprawdę wielu tematach. Ona ma swoje racje, ja mam swoje. Koniec końców - obie się wzajemnie od siebie uczymy. Ona przekazuje mi wiedzę z książek, które kupuje - ja przekazuję jej wiedzę, którą nabywam na spotkaniach z ekspertami czy z materiałów naukowych. Kiedy kilka lat temu przeszłam na dietę, odrzucałam jej wszystkie pomysły i rady. Nie słuchałam się jej w wielu kwestiach, które teraz w dorosłym życiu okazują się jednak ważne. Jeszcze kilka lat temu, to o co mama suszyła mi głowę, np. recycling, było dla mnie nie do pomyślenia. Kiedyś recycling ogólnie nie miał aż takiego znaczenia jak teraz, ale dziś, kiedy świadomość ludzi wzrasta, bardziej zwracamy na to uwagę, zwłaszcza, że jest to ważny element dbania o środowisko. Np. opakowania kartonowe nie obciążają środowiska i mogą być bardzo łatwo poddane recyclingowi. Są wykonane z odnawialnych materiałów pochodzenia roślinnego i pomagają zredukować ilość marnowanej żywności. Dodatkowo chronią produkty bez stosowania konserwantów.

Przykładem są właśnie soki dostępne w opakowaniach kartonowych. Jak się okazuje, zachowują one świeżość i jakość bez użycia konserwantów, a dzieje się to za sprawą tego, że kartoniki składają się z kilku warstw, które chronią żywność przed niepożądanym działaniem czynników zewnętrznych takich jak wilgoć, tlen czy światło. Przed światłem, chroni cienka warstwa aluminium, dzięki której sok zachowuje swoją barwę, fakturę, a także składniki odżywcze. Szczelne opakowanie to także bariera przed drobnoustrojami. Dlatego na przykład szklanka soku pomarańczowego, także tego pasteryzowane w kartonie, zabezpiecza dzienne zapotrzebowanie na witaminę C w ok. 50-60%. Witamina ta na przykład pomaga w utrzymaniu prawidłowego funkcjonowania układu odpornościowego i ochronie komórek przed stresem oksydacyjnym oraz w prawidłowej produkcji kolagenu w celu zapewnienia właściwego funkcjonowania naczyń krwionośnych, kości, chrząstki, dziąseł, skóry i zębów. Mama miała rację... :P
Mój czas spędzany w ogrodzie rodziców, nie mógł się ograniczyć co prawda do jednego soku, bo przy takiej ilości domowników, raczej jeden rodzaj nie zadowoliłby wszystkich. Ja z Polą, preferuję raczej sok pomarańczowy, a moja siostra sok jabłkowy. Pamiętam też, że jak miałam może z 11 lat, to moja mama codziennie piła z Patrycją sok marchwiowy, bo przecież beta-karoten i te sprawy, a opalenizna wchodziła wtedy "na salony" :P
Dzisiaj bardziej niż na opaleniźnie, nam wszystkim zależy po prostu na zdrowiu. Czas w w ogrodzie przypomniał mi czasy, w których rodzice zawsze byli tymi, którzy wszystko wiedzą najlepiej. Choć wtedy drażnili mnie swoimi naukami, to jednak zakorzeniły się gdzieś one w mojej głowie i teraz wychodzą mi na dobre. Nawet banalny przykład opakowań kartonowych - czy wyobrażacie sobie, że "nauki" z tym związane mogły jakkolwiek zainteresować 16 latkę? Nie było o tym w ogóle mowy. Dziś zainteresowana tematem, przeczytałam o opakowaniach kartonowych kilka stron, starając się zrozumieć, w jaki sposób nam nie szkodzą, a wręcz przeciwnie. A kiedyś... kiedyś nie kumałam, jak takie coś jak karton, może w ogóle być tematem do rozmowy czy przemyśleń. Wtedy to wszystko mnie denerwowało, ale dziś mogę podsumować to jedynie dwoma słowami: na zdrowie.
Tej ostatniej niedzieli u rodziców, odłożyłam laptop i postanowiłam po prostu delektować się chwilą. Dzieciaki od rana do nocy szalały na zielonej trawie, pałaszowały czereśnie i popijały soki. Wszechobecna natura - tego było mi trzeba...
Materiał sfinansowany ze środków Funduszu Promocji Owoców i Warzyw. Organizator Stowarzyszenie Krajowa Unia Producentów Soków.








Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach mimo tego, że społeczeństwo stawia coraz mocniej na rozwój - to wciąż musimy się zderzać ze zdziwieniem na temat rzeczy, które powinny raczej budzić podziw, a nie coś odwrotnego. Za każdym razem kiedy wstawiam na stories migawki dotyczącego np. treningu, zawsze ktoś odpisuje mi: "Ala nie przesadzasz? Przecież dobrze wyglądasz!". A kiedy wstawiam zdjęcia zdrowego jedzenia: "Nie ma sensu się męczyć, szczupła jesteś!". Zastanawiam się, kiedy do ludzi dotrze wreszcie fakt, że ruch i zdrowe żywienie to najlepszy zastrzyk zdrowia jaki możemy sobie sprawić - i ma on działanie długoterminowe. Owszem, ćwiczę również po to, by dobrze wyglądać, ale zdrowie jest u mnie na pierwszym miejscu - i nie ma to nic wspólnego z kompleksami czy próbą wpisania się w instagramową, wyidealizowaną sylwetkę, bo nią i tak się zbyt często nie "chwalę". Wszystko co robię w swoim życiu, robię dla siebie! A jeśli to robię, to znaczy, że albo sprawia mi to radość, albo sprawia mi radość efekt, który osiągam robiąc to. Bo tak - ciągle widzę u siebie coś, co mogłoby wyglądać lepiej. Ale nie zawsze tak było. Na początku robiłam to nieco z przymusu i była to walka z moimi słabościami.
Nie pomagało mi zatem nigdy kuszenie bliskich: no co Ty, od jednego ciastka nie umrzesz. Albo : jezu już nie przesadzaj, zaraz nie przytyjesz. Kiedyś ciężko było mi zachować umiar i zdrowy rozsądek. Miałam skończyć na dwóch kawałkach pizzy, a budziłam się po dwóch tygodniach, o 10 kilogramów cięższa. Hashimoto nie ułatwia. Jeden dzień jedzenia czego popadnie, skutkuje u mnie dosłownie zalaniem się wodą - moje nogi wyglądają wtedy na dwa razy grubsze! Świadkiem tego była moja siostra, która kiedyś w 3 city widząc mnie w stroju kąpielowym, powiedziała: jaka Ty jesteś chuda! A tydzień później kiedy opalałam się w ogrodzie rodziców, powiedziała: matko, ale Ci się przytyło.

Teksty typu: po co to robisz, przecież dobrze wyglądasz ; albo : no nie przesadzaj, zamówimy małą pizzę - skutkowały tym, że niezwykle ciężko było mi się trzymać moich celów zdrowotnych i żywieniowych, a co za tym idzie, ciągle siebie nie lubiłam. Dlaczego? Bo albo byłam niezadowolona ze swojej sylwetki, albo z tego jak się czuję. Dobijał mnie jeszcze mój brak konsekwencji.
Dzisiaj, kiedy ktoś zadaje mi pytanie: po co Ty to robisz - odpowiadam z uśmiechem: dla siebie! Na własnej skórze doświadczyłam, że nasze samopoczucie, a co za tym idzie, nasze życie ( !!! ) w dużej mierze zależy od tego, jak wyglądają nasze posiłki, jak wygląda nasza aktywność! Owszem, jeśli nie poukładamy sobie tego i owego w głowie, to niższa waga nic nam nie da. Ja w swojej głowie już sobie poukładałam, ale i tak czuję się ze sobą po prostu źle, kiedy zalewam się tłuszczem. Bo waga może mi skakać do góry, ale ciało powinno dla mnie wyglądać zdrowo. Kiedy nie wygląda, nie czuję się atrakcyjnie. Dlatego właśnie nie dopuszczam do totalnego zapuszczenia się.
Nie powiem, bo dojście do tego gdzie teraz jestem, czyt. do takiej świadomości, zajęło mi parę dobrych lat. Wciąż się siebie uczę, słucham swojego organizmu i... rzadziej słucham innych. Od momentu przeprowadzki, wciąż nie mamy kuchni, a w takim schemacie bardzo łatwo o nie regularne posiłki często zamawiane na sam wieczór. Muszę się mocno pilnować, ale wciąż staram się szukać nowych źródeł motywacji i pamiętać o tym, jak strasznie źle zaczyna się dziać w moim życiu, kiedy przestaję się pilnować. Złe jedzenie prowadzi do złego nastroju, potem do złego wyglądu... to wszystko prowadzi potem do moich zaburzeń samooceny , a później odbija się to już na... wszystkim.
I właśnie dlatego, że życie z hashi to ciągła kontrola, sporo wyrzeczeń i walka z samą sobą - nie chcę, by ktokolwiek utrudniał mi to swoimi dziwnymi tekstami, tylko dlatego, że sam nie potrafi się oprzeć! Ja jestem już na dobrym etapie, w którym wypracowałam sobie w miarę silną wolą, ale takie teksty czy kuszenie, zawsze wystawia mnie nie jako na próbę. A co dopiero kiedy w takiej sytuacji znajduje się ktoś, kto jeszcze sobie tej woli nie wypracował i nie zrozumiał, że trzeba się w końcu nauczyć mówić NIE i przestać tłumaczyć z własnych wyborów.
A jeśli TY, moja droga, towarzyszysz komuś, kto naprawdę chciałby zmienić swoje nawyki - nieważne, czy to ze względów zdrowotnych czy innych - nie dobijaj tej osoby swoimi przytykami. Wiem, często o tym nie myślimy. Rzucamy jakimiś tekstami, nie zdając sobie sprawy z tego, że może mało w tym taktu. Ale ja doskonale wiem czemu tak się dzieje - nie potrafimy zrozumieć sytuacji, w której nigdy nie byliśmy. Nie potrafimy zrozumieć, że ktoś może od wielu lat boryka się z niską samooceną wynikającą ze złej sylwetki czy złego samopoczucia pochodzącego ze złego odżywiania. Nie potrafimy zrozumieć, że ktoś od wielu lat, nie potrafi być konsekwentny, bo na przyjęciach domowych ciotki śmieją się, że mu odwaliło i w imię mody nie je glutenu. A potem nachodzą inne przyjęcia i domówki, gdzie ciężko sobie odmówić. A wyobraźcie sobie, że mogłoby być na świecie tak, ze wszyscy sobie to życie ułatwiamy? Że koleżanki na diecie nie wyciągamy na kebsa. Że szczupłej przyjaciółce nie mówimy wciąż, żeby się ogarnęła, bo od jednej pizzy nic jej się nie stanie. Czy życiowe przyjemności, muszą ograniczać się do alkoholu, fast-foodu i oglądania filmów na kanapie? Dodam od razu, że lubię wszystkie z trzech wymienionych rzeczy, ale teraz decyduję się na nie świadomie i w ramach zdrowego rozsądku. Nie są już dla mnie przeszkodą ludzie, którzy nie umieją inaczej. Liczy się to, że ja nawet przy nich... umiem inaczej! I cholernie mi z tym dobrze.
Wspierajmy się wzajemnie w swoich wyborach i jeśli widzimy, że komuś z tymi wyborami dobrze - nie zadawajmy bezsensownych pytań i nie zarzucajmy, że robi źle. Przestańmy zaglądać innym do talerza, obśmiewać tych, którzy ćwiczą, bo moda. Obśmiewać tych, którzy nie jedzą pszenicy, bo to też według Was przez modę. Przestańmy krytykować wybory innych, tylko dlatego, że są inne od naszych. Krytyka najczęściej pochodzi z braku świadomości, z niewiedzy, lub z zazdrości - wyzbądźmy się z siebie tych uczuć i nie patrzmy z zawiścią na tych, którym się chce o siebie walczyć. Nie znamy ich intencji i nie wiemy po co to robią - czy dla mody, czy dla fejmu. Dla siebie czy dla zdrowia. I szczerze? To nie nasz interes! Ja zamierzam odpalić teraz Turbo Spalanie i zapić je zdrowym koktajlem. Bo chcę. A to co Ty zrobisz dla siebie... to już tylko Twoja sprawa! A innym nic do tego! Prawda? ;)
Tak jeszcze tylko wspomnę, że Natural Mojo wypuściło teraz nowy smak swoich fit shake - smak truskawkowy. Od razu mówię, że tym którzy posmaku zbyt słodkiego nie tolerują, nie przypadnie on do gustu. Ale łasuchom takim jak ja, już owszem :) Smak jest obłędny, taki letni i na dłuuugo zaspokaja nasz apetyt na słodkie. Wciąż ważny jest kod MAMALA25, na który macie 25 % zniżki na wszystko w NM :)








Jest kilka rzeczy, które mnie uspokajają i wyciszają. Najważniejszą z nich jest pobyt w kościele. To działa na mnie najbardziej. Pobyt w kościele ( byle nie na Mszy dla dzieci! ) jest dla mnie lekiem na całe zło. Zaraz po tym, na mojej liście uspokajaczy znajdują się książki, mantry, relaksacyjna muzyka, świecie i gorąca kąpiel. Całe szczęście, wszystkie z wymienionych można ze sobą połączyć w jedno.
W moim domu, mam swoje prywatne, domowe SPA. Mówcie co chcecie - wcale nie trzeba się nagimnastykować, żeby sobie takowe u siebie urządzić. Wystarczy odrobina chęci, kilka prostych ruchów, kilka minut na przygotowanie - efekt jest tak nieziemski, że mogłabym na przygotowanie czegoś takiego poświęcić nawet godzinę. I też byłoby warto.
Kiedyś nie umiałam radzić sobie ze swoimi negatywnymi emocjami. Uciekałam się do głupich rzeczy, które przynosiły ukojenie jedynie na chwilę. Od kilku lat zgłębiam tajniki pozytywnego myślenia, metod oddychania i czerpania z życia wszystkiego co najlepsze. Zsynchronizowałam się z samą sobą i nauczyłam się słuchać swojego organizmu. Dziś wiem, że wiele z naszych schorzeń, lęków czy stresów, można wyleczyć i zwalczyć naturalnie - najważniejsza jest jednak siła woli. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział w stresującej sytuacji: weź idź się wykąp, zapal sobie świecę, wycisz się - to bym go obśmiała. Niestety, ale wyśmianie to najczęstsza reakcja na coś czego nie rozumiemy, czego nie znamy. Powierzchowna wiedza nie pozwala nam zrozumieć tematu. A wystarczy chociaż spróbować...
Moje domowe SPA, to przede wszystkim atmosfera. Łazienka musi być czysta i nie mogą się w niej znajdować żadne rozpraszacze, pozwijane ręczniki, gumowe zabawki. Krok pierwszy to przede wszystkim wywalenie z łazienki wszystkich niepotrzebnych rzeczy, tak żebyśmy naprawdę mogli odpocząć w ciszy, spokoju i porządku. Następny krok, to że tak powiem: oczywista oczywistość. Żeby sobie przyjemnie poleżeć, nie ma bata - trzeba się w wodzie zanurzyć po samą szyję. A żeby było w tej wodzie "przytulnie" to trzeba się jeszcze w dodatku przykryć pianą. Obecnie nie mam żadnych soli do kąpieli, ale i na to przyjdzie pora. Póki co, starcza mi zwykły płyn.
Ogólnie, preferuję ciszę. Ale zauważyłam, że kiedy jestem w wannie, to cisza wręcz mnie rozprasza. Z kolei przy muzyce - rozpływam się. Wystarczy wpisać na You Tube "meditation music" i w sekundę wyskoczą Wam setki propozycji. Niektóre melodie, mają dziesiątki milionów wyświetleń i tysiące komentarzy w różnych językach, w których ludzie opisują jak zbawiennie te melodie działają na nich, ale też na ich życie! Jeśli chodzi o świecie - zapachowe, lub bez zapachowe - decyzja należy do Ciebie. Wpatrywanie się w płomień świecy to rodzaj medytacji, który niesamowicie uspokaja i redukuje stres. Możecie spróbować od wpatrywania się przez minutę, dwie, a z każdą kolejną kąpielą pomału możecie wydłużać ten czas, aż dobijecie do 10 minut. Taki rodzaj medytacji niesamowicie pomógł mi w zeszłym roku, w jednej z bardziej stresujących sytuacji jakie miały miejsce w moim życiu.
Podczas kąpieli , warto wybrać jakąś lekką lekturę, przy której nie trzeba zbytnio myśleć, która działa na nas kojąco. Dla mnie taką pozycją, wciąż jest Manufaktura Codzienności, po którą sięgam zawsze, kiedy dopada mnie nawet delikatny stres. Kilka wersów i wszystko wkoło zdaje się być bardziej przyjemne... Nasze domowe SPA, nie ma już konkurencji, na stówę!

Nie od dziś wiadomo, że jednym z najlepszych przyjaciół kobiety, są maseczki i inne cuda, dzięki którym jesteśmy piękniejsze. Domowe SPA, nie mogłoby istnieć bez rytuału oczyszczania twarzy, a po kąpieli, wklepywania w nią kremów. Opowiadałam Wam wczoraj, że jakiś czas temu, odezwała się do mnie dziewczyna, z którą współpracowałam przy okazji wnętrzarskiego projektu, rok temu. Tym razem, odezwała się jako część tematu KOI cosmetics. Wobraźcie sobie, że razem z mamą i siostrą, otworzyły rodzinny biznes i zajęły się produkcją i sprzedażą swoich naturalnych kosmetyków. Bajka, co?! Klaudyna wysłała mi kilka kosmetyków na próbę i do jakiś dwóch tygodni, jestem tak bardzo nimi zajarana, że dla podbicia efektu ich stosowania, praktycznie przestałam się malować.

Kosmetyki są obłędnie zapakowane. Dziewczyny ręcznie pakują wszystkie prezenty, paczuszki i pudełka w swoim małym biurze w Warszawie. Kosmetyki produkują pod Warszawą. Wszystko wymyślają i tworzą same! I w takiej rodzinnej, przyjaznej atmosferze... A wiecie co jest najciekawsze? Że na pomysł KOI wpadły z dwóch powodów: niezadowolenia z sieciówkowych kosmetyków i zbyt wysokich cen dobrej jakości kosmetyków naturalnych. Co więc zrobiły? Stworzyły własne. Genialne, co nie? Takim oto sposobem, tworzą dobrej jakości kosmetyki, które można kupić w naprawdę dobrej cenie. Serio, kiedy na początku zerknęłam zobaczyć co takiego te dziewczyny tworzą, byłam pewna, że za moment wyskoczą mi ceny ok. 200 zł za jeden produkt. A ceny są znacznie niższe...
Tym wspaniałym trzem kobietom należą się ogromne brawa. Stworzyły świetną linię łagodzącą-nawilżająca i w planach mają dużo, dużo więcej.
"Plany na przyszłość? Właśnie jesteśmy w fazie tworzenia kolejnych produktów, olejków, hydrolatów, maseczek, a być może nawet pojawi się płyn micelarny do demakijażu. Staramy się bardzo aby nasze kosmetyki były z najlepszych składników i świetnej jakości. Lubimy, jak jest w nich dużo olejków, m.in. z awokado, oliwek, masło shea itd. Przy naszych kosmetykach już od pierwszego użycia czuć, że działają.Najciekawszy produkt? Naszym zdaniem eliksir. Jest genialną bazą pod krem, dzięki której nie ma szans na uczucie suchości czy ściągnięcia skóry. Kwas hialuronowy świetnie nawilża i przez cały dzień skóra jest miękka i gładka. Dodatkowo jest to produkty tylko wodny, a wielu takich nie ma na rynku."
Pewnie zastanawiacie się, co takiego stosuję ja. Ja akurat stosuje póki co 3 produkty: tonik z nanozłotem, krem pod oczy i dwufazowe serum. Z racji, że zmarszczek pod oczami nie mam, to oczywiście faworytami jest tonik i serum. Chyba po raz pierwszy tak bardzo uzależniłam się od jakiegoś kosmetyku - stosuję dosłownie codziennie i mało tego - sprawia mi to przyjemność. Tonik jest taki fajny, orzeźwiający i przemywam nim buzię rano i wieczorem. Serum nakładam na twarz wieczorem i lekko go wmasowuję w buzię.



Miałam dla swojej mamy uszykowany cudowny zestaw idealny na prezent, ale stwierdziłam, że lepiej domówię jej jeszcze jeden, a ten zostawię sobie no i przy okazji go Wam pokażę. Nic jeszcze z niego nie testowałam, więc żeby w tych "testach" nie być samotną, dwa takie zestawy rozdam wśród Was.
Wystarczy, że pod tym postem konkursowym na blogu, napiszecie mi bez czego nie wyobrażacie sobie swojego domowego SPA. Liczę na luźne i proste odpowiedzi, bez wierszy i poematów :)
Bawimy się calutki tydzień, czyli do końca dnia 16 maja. Chciałabym, żeby przesyłki dotarły do Was przed dniem mamy, bo taka nagroda to prezent idealny na to właśnie święto - i nie tylko.
W zestawie znajduje się herbatka ziołowa, eliksir i krem ultra nawilżający. Wszystko jest obłędnie zapakowane i myślę, że jako prezent dla mamy, siostry czy przyjaciółki, nada się idealnie!
Dziękuję wszystkim za udział w zabawie! Nagrody lecą do komentarzy autorstwa: Magand06 ; Klaudia Młotkiewicz i Katarzyna Niemyjska - swoje adresy wraz z numerem telefonu, wyślijcie mi proszę na adres e-mail: alicja.wegner.blog@gmail.com
Dziękuję za zabawę, gratuluję wygranym, a reszta niech się nie zniechęca - wkrótce kolejne nagrody do wygrania ! : )




Na koniec zapraszam Was do obejrzenia kilku kadrów przedstawiających moje domowe Spa. Mam nadzieję, że wpis Was trochę natchnie i następnym razem jak mąż albo dzieci wyprowadzą Was z równowagi - spróbujecie mojego prostego sposobu i doświadczycie na własnej skórze jego zbawiennego działania. Na ciało i duszę :)









W tym samym czasie, moje inne koleżanki uczęszczające do innych ginekologów, słyszały od nich: proszę kupić jakiekolwiek witaminy, wszystkie mają podobny, zbliżony do siebie skład. kiedy szły z taką informacją do apteki, farmaceuci utwierdzali ich w przekonaniu, że rzeczywiście to wszystko jedno i to samo. Niestety nawet prośby o poradę pokazywały, że ich wiedza w tym zakresie nie była szczególnie rozwinięta. Dzisiaj będąc bardziej świadoma, przy okazji współpracy z marką Prenatal, mam okazję do zgłębienia tematu witamin na tyle, by w końcu wyrobić sobie swoje własne zdanie. Myślę, że to bardzo przydatne, by nie polegać tylko na swoim ginekologu, ale też co nieco w temacie dotyczącym przecież naszego zdrowia, wiedzieć.
Bardzo duża część społeczeństwa, bierze albo to co jest im podsuwane pod nos, albo nie bierze nic, bo: po co? Wciąż zderzam się z twierdzeniem, że witaminy to wymysł farmaceutyczny, że wystarczy dobra dieta. Czy naprawdę wystarczy? W większości przypadków niestety nie, ale o tym pisałam już we wcześniejszym artykule, w którym rozprawiłam się z mitem, jakoby zdrowe odżywianie samo w sobie miało ciężarnej wystarczać. Przygotowując się do tego wpisu, poza opieraniem się na opinii ekspertów, przestudiowałam również wpis Pana Tabletki, który dokonał analizy składu witamin dostępnych na polskim rynku i wnioski są jednoznaczne: wybór witamin nie może być przypadkowy, bo to wcale nie jest jedno i to samo. Różnice są znaczne. Tylko skąd my, kobiety, mamy o tym wszystkim wiedzieć? I na czym mamy się opierając, szukając dla siebie witamin idealnych?
Wydaje mi się, że należałoby wyjść od znajomości tego, w jakim zakresie powinnyśmy dane witaminy i minerały suplementować. Możemy się tego dowiedzieć m.in. ze Stanowiska Zespołu Ekspertów Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego. Poniżej podam Wam konkretne zalecenia dotyczące dziennych dawek. Schemat zrobiłam w oparciu o dwa niezależne dokumenty:

źródło:
Stanowisko Zespołu Ekspertów Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego w zakresie suplementacji witamin i mikroelementów w ciąży ;
Witamina D: Rekomendacje dawkowania w populacji osób zdrowych oraz w grupach ryzyka deficytów - wytyczne dla Europy Środkowej 2013 r.
Są też zalecenia interdyscyplinarne dla choliny – możemy się o tym dowiedzieć ze stanowisk eksperckich takich jak PTG czy inne towarzystwa naukowe. Zgodnie z zaleceniami Amerykańskiego Instytutu Medycyny dzienna, zalecana dawka choliny wynosi 450 mg na dobę - aż 90% kobiet ciężarnych nie spożywa takiej dawki.
Panuje ogólne przekonanie, jakoby dobry skład witamin, miał się ograniczać tylko do pięciu składników, co ma się nijak do zaleceń, które przedstawiłam powyżej. Ciekawe jest to, że firmy, które promują tę teorię, promują ją we własnym zakresie, bo choć składników mają po 5, to jednak nie są one wszędzie takie same. Występują cztery podstawowe składniki: jod, witamina D, kwas foliowy i DHA, a piąty składnik... każdy ma inny. U jednych jest to żelazo, u jednych cynk, jeszcze u innych magnez. Do tego wszystkiego dochodzi fakt, że tych pięć składników, ma kupić mamy takimi hasłami jak: mała kapsułka zawierająca wszystko co potrzebne. Ale czy tak jak naprawdę? Wystarczy spojrzeć na wpis Pana Tabletki, w którym np. przy opracowaniu Pregny widać, że tak nie jest, a "magiczna" mała kapsułka najczęściej nie zawiera wszystkiego co potrzebne. W niektórych preparatach ilości omegi, witaminy D i jodu są o wiele za małe.
Podsumowując, najważniejsze to znać dzienne, zalecane dawki i skonfrontować je ze składem witamin, które chcemy zakupić. To MY, musimy dokonać tego wyboru i to my musimy być tego wyboru świadome. Bez słuchania haseł reklamowych, mitów przekazywanych przez ginekologów, farmaceutów czy społeczeństwo. Opierajmy się na faktach i badaniach i czytajmy składy - to najbardziej wiarygodne źródło, które pomoże nam podjąć słuszną decyzję. Wybór witamin nie może być przypadkowy i przede wszystkim musi być dopasowany indywidualnie do Was. Co innego sprawdzi się u Ciebie, a co innego u mnie. Każda z nas inaczej się odżywia i każda z nas inaczej przechodzi ciążę. Badania robione na bieżąco wyraźnie wskazują nam niedobory i wtedy możemy lepiej dobrać dla siebie preparat.
Bardzo ważne jest, byśmy pamiętały o kwestii, którą poruszył poprzedni wpis z cyklu mitomanii, dotyczący odżywiania. Mimo trendów na wszystko co fit, wciąż jakość diety naszego społeczeństwa jest słaba, a co za tym idzie - nie dostarczamy sobie wszystkiego co niezbędne. Nie możemy rozprzestrzeniać mitów, że zdrowe odżywianie wystarcza, że wszystkie preparaty to jedno i to samo, bo robimy sobie krzywdę. Nie możemy takich spostrzeżeń opierać na jedynie założeniu, że wszystkie ciężarne kobiety, będą miały na tyle zróżnicowaną dietę, by zapewnić sobie zapotrzebowanie na wszystkie potrzebne składniki odżywcze. Tak nigdy nie było, nie jest i nie będzie.
Czy zatem wszystkie witaminy to jedno i to samo? I czy wystarczy jedynie pięć składników, zamkniętych w magicznej małej kapsułce? Nie. Jak zatem dokonać wyboru? Tak, jak pisałam o tym wcześniej. Poznać zalecenia i poznać składy. Można oczywiście zerknąć też na Wpis Pana Tabletki, który nam co nieco rozjaśni. Pamiętajcie też, by mimo wszystko swój wybór oprzeć na swoich badaniach, konsultacjach z lekarzem i z dietetykiem. Świadomość to połowa sukcesu, dobry wybór - to druga połowa. Ale czego się nie robi dla zdrowia swojego i swoich dzieci, prawda?
Ogólnie to nie wiem jak mogłam kiedyś żyć, bez takich "eksperymentów". Odkąd odkryłam na ile różnych sposobów można robić naleśniki, musy czekoladowe, pancakesy moje życie jest piękniejsze :D No jestem łasuchem, nie da się tego ukryć. Kocham wszystko co słodkie i jeśli tylko jest możliwość, żeby zamiast batona naładowanego chemią, zjeść coś zdrowego, słodkiego i pożywnego, to logiczne, że wybieram to drugie. No dobra, czasem też wybieram to pierwsze, bo nie zawsze o godzinie 23 na ciężkim gastro, ma się ochotę robić fit desery ;) Ale spoko, wszystko jest dla ludzi i nie robię sobie już z tego powodu wyrzutów sumienia.
Dzisiaj mam dla Was patent na genialną pankejkową wieżę pełną dobroci, którą spokojnie najecie się razem ze swoim dzieckiem, a może i jeszcze coś zostanie. Wszystkie produkty jakich użyłam są zdrowe, wysokiej jakości i naprawdę tanie. Ale pamiętajcie, że możecie sobie to dowolnie modyfikować. Nie odkryłam tym "przepisem" Ameryki, ale wcale nie miałam takiego zamiaru. Chwytam się rzeczy prostych i w miarę szybkich i wiem, że takich osób jak ja jest całe mnóstwo. Choć wieżyczka na pierwszy rzut oka może przerażać, to uwinęłam się z nią w jakieś ... piętnaście minut. Logiczne, że nie robię sobie takich śniadań każdego dnia, ale w niedzielne, leniwe poranki - czemu nie? Uważam, że jemy także oczami, dlatego coraz większą wagę przykładam do estetyki, której pomału uczę się od mojego F. Ale zaraz zaraz - takiej wieży to on nigdy nie zrobił, ha! W końcu kulinarnie zaczynam się czymś przy nim wyróżniać :P

Składniki na pancakes:
Składniki na mus:
Dodatki:
Oczywiście dodatki wybieracie wedle uznania :)
Na początku przygotowujemy sobie mus. Wszystkie wymienione wyżej składniki na mus blendujemy ze sobą. Odstawiamy na bok i zabieramy się za nasze pancakes. Najpierw ubijamy białka na sztywną pianę ( !!! ) i dopiero do takiej piany, dodajemy pozostałe składniki. Wszystko ze sobą mieszamy. Na patelni rozgrzewamy olej i wlewamy mniej więcej po płaskiej łyżce. Jeśli chcecie bardziej płaskie, musicie rozsmarować z masy nieco większe kółko, jeśli grubsze - nic nie róbcie. Ja lubię i takie i takie. Smażymy z oby dwóch stron, aż lekko się zarumienią. Możemy smażyć pod przykryciem, wtedy wychodzą bardziej pulchniutkie. Z podanych przeze mnie składników, wychodzi około 8-10 placuszków.
Dodatki dobieramy wedle uznania. Ja posmarowałam pancakes'y musem i przełożyłam plastrami banana. Na górze ułożyłam maliny i całość delikatnie obsypałam jagłami. Można też polać sobie wszystko jogurtem naturalnym, ale nie chciałam już przesadzać :P
Wszystko smakuje... o jeny... obłędnie to mało powiedziane. Można tutaj dowolnie kombinować z dodatkami i tworzyć przeróżne kompozycje. Jeśli chodzi o mąkę, to już dawno przerzuciłam się na ryżową - najbardziej mi odpowiada, można ją dostać w dobrej cenie, na przykład w biedronce czy w auchan. Jeśli chodzi o odżywki to dodaję je do pulchniejszych omletów czy właśnie pancakes'ów.

Podobny mus czekoladowy, można zrobić też z ciecierzycy - przepis na takie cudo pokazywałam w tym wpisie --- > KLIK . Szczerze mówiąc, smaki są nawet podobne. Wyobraźcie sobie tylko taki czeko-mus w połączeniu z truskawkami, awrrr! Dla mnie to duet idealny. Z niecierpliwością czekam na truskawki w tym sezonie, może dorobię się do tego czasu kuchni, to poszalałbym trochę z jakimiś ciastami. Póki co jakoś sobie radzę w swojej kartonowej kuchni z mini płytą na garnki :D Nie jest źle, ale pomału pomału zaczynam się męczyć. Ale... wszystko w swoim czasie. Póki co, chwale się - łazienka jest już dokończona na bum cyk cyk, także na dniach pokażę Wam efekty. A póki co, życzę Wam smacznego - mam nadzieję, że wypróbujecie pancakes'y z powyższego przepisu i że również u Was staną się one miłą częścią leniwych niedziel. A może i innych dni ? ;)




W kwestii pielęgnacji Polci, nigdy nie musiałam mieć całego arsenału kosmetyków – jeśli coś jest dobre, wystarczy nam zawsze ok. trzech produktów. Zazwyczaj jest to balsam, coś do mycia i kosmetyk do nawilżania skóry, który zawsze można mieć przy sobie.
Od jakiś dwóch miesięcy testujemy nowości od La Roche-Posay, które pokazywałam Wam już na InstaStories, ale obiecałam Wam też zrobić wpis, który nie będzie w sieci jedynie przez 24 godziny. Produkty, które stały się naszymi hitami, nie są tylko dla czterolatki. Można je stosować od pierwszych dnia życia naszego maluszka. Właśnie ten temat, a konkretnie temat pielęgnacji od pierwszych dni, został poruszony na warsztatach La Roche-Posay, na których z wiadomych przyczyn osobistych nie mogłam się pojawić… Kosmetyki na szczęście do mnie dotarły i to jest w tym wszystkim najważniejsze. Szczególnie dlatego, że problemy skórne pojawiają się u nas zazwyczaj w sezonie zimowym, a nasze zapasy zaczęły się pomału kończyć.
Odpowiednia pielęgnacja malucha to bardzo ważny element tej całej macierzyńskiej, a raczej rodzicielskiej, układanki. Od samego początku przywiązywałam dużą wagę do masowania Polci, smarowania jej balsamami, nawilżania ciałka. Skóra to największy organ człowieka, więc wybór odpowiednich kosmetyków powinien być przemyślany. Kondycja skóry i jej potrzeby zmieniają się wraz z wiekiem. Poza tym, codziennie narażana jest na działanie wielu czynników takich jak mróz, wiatr, słońce, suche powietrze, smog. Ostrożnym trzeba być zwłaszcza przy niemowlaczkach, których skóra jest dużo bardziej wrażliwa, cieńsza i podatna na uszkodzenia.
O skórę powinniśmy dbać wielowymiarowo. Oczywiście poprzez dobór odpowiednich dla skóry dziecka kosmetyków, ale również musimy pamiętać o właściwym żywieniu, o pilnowaniu stopnia nawilżenia powietrza w domu i przede wszystkim o styczności dziecka z takimi rzeczami jak gąbki czy inne bajery do kąpieli, które najczęściej są po prostu jednym, wielkim siedliskiem bakterii. Nie będę tutaj już wspominać o styczności dziecka np. z dymem papierosowym – narażenie dziecka na coś takiego to skrajna nieodpowiedzialność i mam nadzieję, że większość polskich rodzin o tym wie.
Ważny jest też dobór odpowiednich kosmetyków. Najważniejsze w pielęgnacji tak, dzieci, jak i dorosłych jest uzupełnianie poziomu lipidów w skórze. Dzięki temu skóra nie traci wilgoci i tworzy barierę ochronną, która przeciwdziała przedostawaniu się przez nią szkodliwych substancji, wywołujących między innymi uczucie swędzenia i czasem wręcz nieznośnie piekące i dokuczliwe podrażnienia. A teraz czas na przybliżenie Wam produktów z gamy Lipikar AP+, które po dwumiesięcznych testach są dla nas numerem jeden!

Ma bardzo przyjemną konsystencję – żadnego uczucia lepkości czy długiego wchłaniania. Balsam lekko i przyjemnie rozprowadza się po ciałku dziecka i ekspresowo się wchłania, zostawiając jedynie uczucie nawilżenia i ukojenia (jeśli skóra była podrażniona). No dobra, testowałam też na sobie, macie mnie! Zimą razem z Polcią mamy nieco przesuszone ręce i nóżki, a Polcia również buźkę, dlatego mogę potwierdzić, że z balsamem wszystkie nasze problemy znikają.
Jeżeli wasze pociechy mają skórę atopową Lipikar Balsam AP+ to produkt, który zdecydowanie powinnyście wziąć pod uwagę. Kilka moich koleżanek, które mają dzieci z AZS, używają tylko i wyłącznie balsamu marki La Roche-Posay i potwierdzają jego skuteczność.

To krem myjący, który również uzupełnia poziom lipidów i zapobiega swędzeniu oraz podrażnieniom skóry. Radzi sobie nawet ze skrajnie suchą skórą, bardzo dobrze nawilża i sprawia, że jest miękka w dotyku. Krem rozprowadzamy na zwilżonej skóry, wmasowujemy w ciałko i spłukujemy wodą. Lipikar Syndet AP+ nie szczypie w oczy, a u mnie największej furie podczas kąpieli były zawsze spowodowane właśnie podrażnieniem oczu. Oczywiście krem myjący nie zastąpi balsamu, którego trzeba użyć zaraz po umyciu.
Do tej pory, poza powyższymi dwoma, używałyśmy Lipikar Lait, który w składzie ma masło Shea (kocham!) i wodę termalną, a na samej stronie La Roche-Posay ma ok. 100 opinii i wciąż… 5 gwiazdek! Mamy również sztyft przeciw podrażnieniom Lipikar Stick AP+, który można z powodzeniem wrzucić sobie do torebki czy nawet włożyć starszakowi do kieszeni kurtki. Polka ma już od dawna nawyk, że jeśli tylko coś ją zaswędzi to sama sięga sobie po sztyft i smaruje dane miejsce. Zawsze mi mówi: „jus nie swędzi”.
Więcej o produktach przeczytacie oczywiście na stronie La Roche-Posay.







Ale jak można się dziwić, że ludzie łykają coś takiego, skoro wciąż połowa społeczeństwa wierzy ( i to dzięki "wspaniałym" lekarzom!"), że lampka wina w ciąży to nic złego. Nie dziwmy się więc, że są tacy, którzy uwierzą w to, że ich dziecko, które urodziło się z wagą ponad 4 kg, waży tyle ile waży tylko dlatego, że mama w ciąży dbała o siebie i łykała witaminki.
Z mitem tego typu zderzyłam się na własnej skórze, kiedy to jedna z osób typu "ciocia dobra rada", zrobiła wielkie oczy na moje pudełko z witaminami, które brałam w ciąży i powiedziała: matko, po co ty to bierzesz? Wiesz, że od brania tych wszystkich witamin, możesz urodzić (uwaga!) WIELKIE dziecko? Wielu rzeczy wtedy nie wiedziałam i wielu rad, które powinnam była przyjąć - nie przyjmowałam. Ale były pewne rzeczy, w które nie wierzyłam ani przez chwilę, na przykład takie jak wspomniane przed chwilą. Nie wierzyłam, bo byłam wręcz przekonana, że między jednym a drugim, nie ma żadnego związku. Ale to było przekonanie niczym nie poparte. Może jedynie moją intuicją. Przygotowując się do tego artykułu, miałam szansę zagłębić się w temat bardziej i nareszcie mieć jakiekolwiek poparcie mojej tezy, że duże dzieci po witaminach to nic innego jak mit.
Kilka dni temu na facebooku, pytanie dotyczącego dzisiejszego mitu zadałam również Wam. Dostałam sporo wiadomości i komentarzy, w których mamy pisały mi, że nie sądzą, by witaminy miały jakikolwiek wpływ na wagę, bo przykładowo w ciąży nr 1 witamin nie brały, a dziecko ważyło ok 4 kg, a w drugiej ciąży przy braniu witamin urodziły kruszynę poniżej 3 kg. To był dla mnie pierwszy znak, że rzeczywiście witaminy z urodzeniową masą dziecka raczej nie mają większego związku. Związek między nimi jest taki, że dzieci rodzą się o właściwiej wadze, bo ciąża jest utrzymana. Co jeszcze ma związek z masą urodzeniową? I co na nią wpływa? Przede wszystkim geny, ale też waga matki przed ciążą. U kobiety otyłych istnieje aż 20% większe ryzyko urodzenia dużego dziecka. Otyłość matki może wpłynąć nie tylko na masę dziecka, ale również na występowanie cukrzycy ciążowej czy hipoglikemii noworodków. Przeprowadzono również badania, które wyraźnie pokazały, że otyłe matki rodzą dzieci o najwyższej średniej masie ciała, niezależnie od przyrostu masy ciała.
Można by się tutaj posprzeczać, że dziecko dziecku nie równe, i co właściwie znaczy urodzić "duże dziecko"? Moja Polka, w dniu narodzin ważyła 3740 i rzeczywiście do kruszyn nie należała. Średnia masa urodzeniowa dla polskich dzieci to między 3250 a 3400. Z kolei dużym dzieckiem w położnictwie określa się dzieci ważące powyżej 4 kilogramów.
Śledząc uważnie badania, można zauważyć, że w grupach kobiet biorących witaminy, zauważa się wyższą masę urodzeniową, jednak po pierwsze są to niewielkie przyrosty, po drugie nie dotyczą one nawet masy urodzeniowej przekraczającej 4 kilogramy. Przykładowo w badaniu przeprowadzonym na grupie 400 kobiet, zaobserwowano, mamy biorące witaminy, rodziły dzieci o mniej więcej 129 g cięższe od kobiet biorących placebo. Nie mówimy tutaj o zakresie wagi bliskiej 4 kilogramów, a o wadze 3270 g dla dzieci z grupy kobiet biorących witaminy i wadze 3141 g dla dzieci kobiet biorących placebo. To wciąż waga urodzeniowa, którą uznaje się za średnią masę dzieci rodzonych w Polsce. Różnice, które widać na tego typu badaniach wskazują raczej na to, że witaminy pozwalają uniknąć zbyt niskiej masy urodzeniowej dziecka, aniżeli że wpływają na zbyt wysoką masę urodzeniową.
Ciekawe badanie przeprowadzono również w Chinach na rzekłabym dość spore grupie kobiet, bo liczącej aż 5000 ciężarnych. W grupie osób, które zażywały witaminy, wzrost masy urodzeniowej wskazywał 42 g - to jest tyle co nic i poświadcza o braku związku między zażywaniem witamin a dużym dzieckiem. Największy przyrost masy urodzeniowej zaobserwowano w badaniu we Francji i wskazywał on już znaczną różnicę bo 250 g, ale wciąż nie dotyczyło to masy urodzeniowej ponad 4 kilogramów a wagi 3030 g bez suplementacji i 3300 g przy braniu witamin. To wciąż mniej niż waga przykładowo mojej córki, która jak wspominałam bliżej była 4 kg, niż 3. To już zasługa "dużych" rodziców :P Może będzie dobra w koszykówkę ;)
Zatem badania analizując związek pomiędzy stosowaniem witamin a masą urodzeniową noworodka wskazują JEDNOZNACZNIE, że po witaminach nie rodzą się duże dzieci, a raczej dzieci o prawidłowej masie ciała, co nie powinno martwić a cieszyć. To niska masa urodzeniowa jest przyczyną wielu problemów, a dzieci ważące poniżej 2500 są podatniejsze na choroby i są częściej hospitalizowane.
Oczywiście, fajnie byłoby zgonić, że duże dzieci rodzą się po witaminach, nieco ciężej jest spojrzeć obiektywnie na samego siebie i zrozumieć, że być może wina tkwi w naszym odżywianiu. Wysoka masa urodzeniowa dziecka to najczęściej lata złych nawyków u ciężarnej i zbyt duże ilości cukru spożywane w ciąży - szkoda, że nie myślałam o tym kiedy Pola była w brzuchu. Wtedy miałam ochotę na słodkie praktycznie non stop, ale na szczęście powstrzymywała mnie chęć pozostania jednak szczupłym mimo brzucha. No i panicznie bałam się rozstępów - których swoją drogą uniknęłam.
Obecnie wiedza medyczna na ten temat jasno wskazuje, że za urodzenie tzw dużych dzieci (co fachowo nazywa się makrosomią – dla ciekawości :) ) odpowiada cukrzyca ciążowa i nadmierne wydzielanie insuliny i hormonu wzrostu w odpowiedzi na spożywany cukier! Możecie o tym przeczytać np. tutaj.
W Polsce nie słyszy się raczej o skrajnych przypadkach naprawdę wielkich dzieci, a większość kobiet zażywa przecież witaminy. Owszem, w wiadomościach słyszymy nie raz o naprawdę dużych dzieciach, takich jak dziecko z Chin ważące 6,7 kg - otyła matka z cukrzycą ciążową.
Wszystkie badania jakie można zresztą znaleźć w sieci, jak i nawet literatura, w której nie ma żadnej wzmianki o związku witamin z dużym dzieckiem, wystarczająco rozprawiają się z mitem jakoby po witaminach rodziły się duże dzieci. Jak już wcześniej wspominałam suplementacja dba o prawidłowy rozwój dziecka i PRAWIDŁOWĄ masę urodzeniową dziecka.
Przesłanką o tym, że dzieci po witaminach rodzą się duże to mit, mogą być też komentarze moich czytelniczek, z których wynika, że można brać witaminy hurtowo i urodzić kruszynkę, a można nie brać ich wcale i urodzić dziecko ważące ponad 4 kilogramy. No bo mam nadzieję, że żadnej z nas się 7 kilowe dziecię nie przytrafi.
Czy po witaminach rodzą się duże dzieci? Zdrowe na pewno... Duże? Niekoniecznie. Jestem ciekawa jak było u Was? Czy mit się sprawdził, czy okazał kompletną nieprawdą? Czy w ogóle kiedykolwiek zderzyłyście się z takim stwierdzeniem? Zapewne tak. My matki, zderzamy się z podobnymi mitami całe życie. Musimy mieć naprawdę głowę na karku, żeby nie dać się zwariować i nie dać się ponieść tym wszystkim faktom i mitom. Najważniejszy jest zdrowy rozsądek, a ciociom dobrym radom trzeba zwyczajnie podziękować i zapomnieć o tym co przed chwilą do nas mówiły - oczywiście jeśli wiemy, że to co mówią nijak ma się do rzeczywistości. Na dziś to już koniec, ale już wkrótce rozprawimy się z kolejnym mitem - i zapowiada się całkiem ciekawie!
Tymczasem zapraszam Was do obejrzenia ciekawego filmiku na temat zażywania witamin w ciąży. Miłego seansu!
Teraz celebrować nadchodzącą wiosną i ogólnie celebrować życie nauczyłam się w sposób bardzo prosty. Choć rok temu wydawało mi się, że przede mną jeszcze masa materialnych wielkich pragnień do zrealizowania, tak teraz widzę, że stały się one po prostu jakimś tam rozmytym obrazem, który nie jest mi potrzebny do pełni szczęścia. By naprawdę być szczęśliwym, trzeba jedynie odnaleźć siebie - nie ma czegoś takiego, że : będę szczęśliwa, jak już będę miała kasę. Będę szczęśliwa, jak już kupię auto, dom, wyjadę na wakacje. To wszystko daje tylko chwilową radość, nie daje trwałego szczęścia. To piękne dodatki, które przy spokoju ducha i życiu pełnią życia, mogą je uczynić jeszcze bardziej ekscytujące. Ale jeśli nie ma tego spokoju, jeśli w głowie nie wszystko jest poukładane - otoczka będzie tylko odskocznią.
Dlatego tak bardzo zwracam obecnie uwagę na to co jest tak blisko, co jest na wyciągnięcie ręki. Żyję z dnia na dzień, wiedząc, że jedyne co jest prawdziwe i ważne to tu i teraz. Nie ma już dla mnie przeszłości i przyszłości. Nie uzależniam już swoich nastrojów od sytuacji materialnej, choć wiadomo - ciężko być optymistą, kiedy nie starcza człowiekowi na podstawowe potrzeby. Ale jeśli tylko to co podstawowe jest zaspokojone - nie trzeba mi czegoś większego do szczęścia. Co nie oznacza, że w jakimś stopniu do tego nie dążę - bo dążę. Lubię się rozwijać, iść do góry, a co za tym idzie, zgarniać za to profity i żyć lepiej. I to w jakiś sposób uszczęśliwia również. Ale to tylko dodatek. Wiecie. Odkąd pamiętam, ale teraz dużo bardziej nauczyłam cieszyć się i i być wdzięczną za każdą nawet maleńką rzecz, która wywołuje uśmiech na mojej twarzy, lub po prostu sprawia, że czuję się dobrze. Roztaczanie wokół siebie aury takiej wdzięczności i sympatii, do chwil, momentów, ludzi, a nawet przedmiotów - sprawia, że świat zaczyna Ci sprzyjać. Otwierasz na niego swojego serce, a on otwiera się na Ciebie. I to jest piękne. Nauczyłam się kochać siebie najbardziej na świecie i traktować siebie najlepiej jak potrafię. Nie ma już ciuchów po domu, nie ma niedbałych posiłków, kiedy jestem sama. Dlaczego mam siebie traktować gorzej od innych, skoro sama dla siebie powinnam być najważniejsza?
Staram się celebrować każdą chwilę w moim życiu, choć wiadomo - nie zawsze jest to możliwe. Mam swoje fazy na pewne rzeczy. W jednym miesiącu wolę czytać książki, w drugim odpocząć przy serialu na netflixie. W jednym wolę się modlić w kościele, w innym w domowym zaciszu. Marzec rozpoczął się najpiękniej jak tylko mógł - uroczystością rodzinną, pięknymi prezentami, wspaniałą pogodą. Dziś chciałabym Wam przedstawić swoje maleńkie przyjemności, które w marcu są mi szczególnie bliskie, stały się moimi hitami i sprawiły, że się uśmiechnęłam. A uśmiech jest wart naprawdę wiele.

Tę książkę dostałam od swojej siostry na nowe mieszkanie. Już przy słowie: codzienność, wiedziałam, że to coś dla mnie. Dlatego, że właśnie tę codzienność uważam za życie. Dopiero zaczęłam czytać, a już wiem, że przepadnę dzisiejszego wieczora i przez kilka następnych. Nie chcę poznać wszystkich kartek w moment, bo magia, której dostarczają mi słowa z nich płynące, powinna trwać dużo dłużej. Kilka kartek. Każdego dnia. By żyć lepiej, pięknieć, zatracać się w chwilach, w momentach. Joasiu z Manufaktury Splotów - twoja książka będzie jedną z tych, które przyczyniają się do tego, że jestem coraz bardziej szczęśliwym i wolnym człowiekiem. Manufaktura Codzienności to kolejna książka, która jest ważnym momentem w mojej podróży w głąb siebie...

Jakiś czas temu szłam sobie wolny krokiem do kościoła. Najbardziej lubię chodzić do niego rano. Pola chodziła jeszcze do swojego starego przedszkola, więc jak zwykle przy kościele mijałam tłum ludzi, czekających na otwarcie sklepu ze starociami. Raz na dwa tygodnie, w poniedziałek jest dostawa towaru, a w kolejce już godzinę przed otwarciem czatują Ci, którzy zajmują się wyłapywaniem tego, co można upolować i sprzedać drożej. Ja spokojnie w tym czasie uczestniczyłam we Mszy Świętej, po jej zakończeniu poszłam jeszcze upolować coś do lumpeksu obok, a potem ryyyyn - do staroci. Niczego za bardzo nie dostrzegałam no i jeszcze ten tłum ludzi, który nie za bardzo mi sprzyja :P No i coś tak mi się w oko rzuciło - drzewko szczęścia. Nie mam czegoś takiego, ale... lubię takie rzeczy. Lubię coś, co się ze szczęściem kojarzy, niekoniecznie myśląc, że ma mi to szczęście przynieść, ale jednak skoro się kojarzy - to będzie na mnie dobrze wpływać. No i biorę do ręki, oglądam. Odkładam. Znów biorę, znów odkładam. Myślę: a po co mi to. Ale jakoś tak ruszyć z miejsca nie mogłam, więc myślę: może jednak powinnam wziąć. I już się wiele nie zastanawiałam, wzięłam, położyłam na wagę, wyszło 6 zł, rewelacja. F. stwierdził, że wygląda raczej jak drzewko nieszczęścia, ale co on tam wie. Jest trochę powykrzywiane, a ja tam wcale nawet nie kombinowałam, żeby mu te gałęzie tam wyginać w inną stronę. Takie dorwałam i niech takie będzie. Spoglądam na nie i jakoś tak sobie w głowę wbiłam, że ten symbol szczęścia piękną aurę w mojej sypialni rozsiewa.

Zapach tej herbaty roznosi się po całym domu prawie każdego wieczora. Nawet mój F. stwierdził, że pięknie pachnie, choć zazwyczaj moje herbaty czy kosmetyki zawsze mu śmierdzą. Owocowa herbatka, w której znajdziemy wszystko co najlepsze dla skóry, włosów, paznokci: płatki róży, maliny, trawa cytrynowa, hibiskus, owoce dzikiej róży i nie tylko... Pięknie pachnie, jeszcze lepiej smakuje. Zdecydowanie najlepsza z herbat, jakie ma w swoim asortymencie moje ukochane Natural Mojo. Co bardzo ważne, herbaty Natural Mojo posiadają logo Fair Tea co oznacza wsparcie pracowników np. z Afryki czy Chin. Fair Tea to finansowanie projektów na rzecz szkół i opieki nad dziećmi. Nie dosyć, że spijam obłędną herbatę, to jeszcze czynię dobro. Piękna sprawa.
Od teraz do środy na hasło MAMALA30 macie 30% zniżki przy zakupach za min. 230 zł.

Kiedy w zeszłym roku w lipcu, ścięłam włosy i odstawiłam w kąt prostownicę, obiecałam sobie, że kupię sobie jakieś rewelacyjne kosmetyki do włosów. W Rossku, dorwałam jednak za dużo niższą niż przewidywałam cenę złotą odżywkę i złoty szampon, firmy wtedy mi nie znanej. Kto ogląda InstaStory ten wie, że przypadkowy zakup, okazał się strzałem w dziesiątkę. Po długim czasie chciałam wypróbować inną odżywkę i wzięłam tą koloru białego. OMG - strzał w dziesiątkę po raz kolejny, a nawet i lepiej, bo zapach jest... awrrr obłędny. Nawet teściowa powiedziała, że czuć w całym domu. Odżywkę wmasowuję w umyte, wilgotne włosy i wystarczy jej dosłownie kropelka, przynajmniej na moją długość włosów. Może dlatego starcza na tak wiele miesięcy. Odżywka, którą kupiłam teraz zawiera olej babassu, które odpowiada za nawilżenie, wzmocnienie i zmiękczenie włosa. Zawiera też pył diamentowy, który nadaje włosom blask ; no i olej pequi, który przeciwdziała mierzwieniu się włosa, a także pomaga zachować jego dobrą kondycję. Damn, szkoda, że ten akapit to nie współpraca, tylko moja dobra wola, by Wam to polecić, bo to jest po prostu... DOBRE! Ba. Bardzo dobre. A stosunek jakości do ceny...ajjj nie będę mówić, że za tanie, bo jeszcze ceny podwyższą :P

Jego w tym wpisie miało nie być, miał być miłym dodatkiem do zdjęć, ale czyż nie jest uroczy? A przynajmniej na tyle uroczy, bo o nim wspomnieć, poświęcić mu kilka zdań? Upolowałam go na akcji #VIPshopping w sklepie KIK. Jest miłym, wielkanocnym akcentem w mojej sypialni no i jest przesłodki, no. Nie wiem czy sklep KIK jest w Waszym mieście, ale jeśli szukacie wielkanocnych ozdób za niską cenę, to będzie to dobre miejsce. Ja zaopatrzyłam się w biało-złote świeczki, wielkiego białego zająca, drewnianą tackę w kształcie zająca i kilka innych rzeczy, które pokażę Wam już niebawem w iście wielkanocnym wpisie.
Ach, dużo więcej chciałam Wam pokazać, ale w sumie zostawię to sobie na inne wpisy. Swoją drogą, podoba mi się taka forma pokazywania Wam moich drobnych radości, które dają mi takie właśnie rzeczy. Przecież radość i celebrowanie codzienności, to własnie zapachy, smaki, litery, przedmioty, które cieszą oko. Czy tak właśnie nie jest? No i oczywiście jakże mogłabym zapomnieć - mamo, dziękuję Ci za tą piękną, marmurową tacę - robi robotę, zwłaszcza na zdjęciach! Psss- to też prezent na nowe mieszkanie. Fajnie mam, co?
A jakie są Wasze marcowe hity i drobne przyjemności? :)








