Po praktycznie trzech miesiącach spędzonych z Polą w domu, od marca wreszcie zaczynamy normalny tryb czyli Pola idzie do przedszkola ( nowego!), a ja znów ruszam z robotą na pełen etat. Jak mi tego brakowało, seeeerio! Lubię swoją pracę, ale największą radochę daje mi ona wtedy, kiedy mogę się na niej skupić w 100 %. A do tego potrzebuję ciszy i spokoju i żadnych domowników na chacie.
Postanowiłam, że odrobinę się zmobilizuję, bo brak mi jakiegoś punktu zaczepiania, którym mogłabym zarazić i Was! No więc wpadłam na pomysł czterotygodniowego planu, który będzie mnie motywował - a może i Wy z niego skorzystacie ;) Nie chcę tutaj stawiać sobie jakiś nierealnych wyzwań, fundować wyrzeczeń, bo tak jak Wam już ostatnio pisałam, chcę żeby ten cały zdrowy światek, był dla mnie czymś normalnym. Ale przez te cztery tygodnie chcę się naprawdę przyłożyć i nie chodzi mi tutaj tylko o zdrową szamkę i treningi.
Chcę odzyskać swoją totalnie odlotową energię po tych trzech tygodniach chorowania. Dosyć się już należałam i pora znów się nieco rozciągnąć, rozprostować kości i ujędrnić to i owo. To najlepszy czas na to, by przygotować się na wiosnę - zacząć wstawać coraz wcześniej, by kłaść się niezbyt późno. Zacząć znów wychodzić co ranek odprowadzając Polkę do przedszkola, robić zakupy i trening z rana. Pomodlić się, wyciszyć, popracować w skupieniu, a później wejść w tryb offline, spędzić czas z rodziną i zakończyć dzień z dobrą książką w wannie pełnej piany. Tak cholernie brak mi tych przeprowadzkach i chorobach właśnie normalnego trybu, codziennych przyjemności. Ach, to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że naprawdę lubię swoje życie i swoje codzienne rytuały, które choć są tak proste - dają mi ogrom szczęścia.
Mój czterotygodniowy plan, podzieliłam na trzy części - duchowy, treningowy i żywieniowy. Każdy z nich dotyka innego obszaru, a wszystkie razem tworzą totalną bombę energii, dzięki której zawsze realizuję wszystko na 1000 % i zamiast tracić siły, podwajam je. To się nazywa cudowny balans.
Chciałabym fajnie zarysować plecy i brzuch, wyszczuplić uda i ujędrnić pośladki. Waga - nie jest to dla mnie wyznacznik, ale nie może to też być powyżej 65 kg - nie ma takiej opcji! ;) Najlepszym wyznacznikiem jest dla mnie lustro - od razu wiem, czy są efekty, czy lekko przytyłam, czy muszę jeszcze trochę popracować.
W tym miesiącu, zdecydowałam się na malutkie ułatwienie zadania, czyli MojoBox - program 4 tygodniowy zawierający produkty, przepisy, plan dnia, a nawet wsparcie eksperta. Mój plan na cztery tygodnie, wygląda następująco:
W dni treningowe:
W dni bez treningu:
Moim głównym założeniem jest mega dużo warzyw, nieco mniej owoców. Raz dziennie, na kolację, tradycyjny posiłek będę zastępować Fit Shakiem. W skład Mojo Box wchodzą: 3 x Fit Shake, ActiviTea, PuriTea, BeauTea, Fit Caps, Carb Blockers, filtry do herbaty i shaker.
Na hasło MAMALA25 macie 25 % zniżki na cały asortyment od Natural Mojo.
W marcu czeka mnie sporo pracy i energia zdecydowanie będzie mi potrzebna. Będę miała też trochę służbowych ( i nie tylko) rozjazdów. Czekają mnie też pierwsze rodzinne wakacje we trójkę. W połowie miesiąca jedziemy do Ustki trochę odpocząć i złapać oddech. Nareszcie mamy taką możliwość i bez zastanowienia z tego skorzystamy... będzie mimo wszystko aktywnie, bo mamy zamiar wyszaleć się na basenach, spocić w saunach i pospacerować po plażach. Nie mogę się doczekać, no! Kiedyś z F. jeździliśmy spontanicznie do Sopotu, Warszawy, Mielna i nie liczyliśmy ani czasu ani pieniędzy. Teraz odkąd Polka jest na świecie mieliśmy obroty nie z tej ziemi, nie było czasu ani kasy na wakacje, więc te cztery dni urlopu w Ustce jarają mnie tak, jakbym miała spędzić miesiąc na Majorce, seriooo!
Tymczasem, drukuję sobie swoje założenia na kartce A4 i kładę ją na swoim noooowym biureczku w sypialni. Każdego dnia będę zerkać, żeby pamiętać jak powinien wyglądać mój dzień, żebym wieczorem kładła się spać spełniona. Oczywiście na liście mogłoby się znaleźć dużo więcej rzeczy, ale ich ilość mogłaby bardziej przerażać niż motywować. Pewnie myślicie - po co zapisywać sobie coś takiego jak modlitwy? A ja Wam mówię - każdy z nas tak pędzi, że czasem z jednego dnia bez organizacji, robi się tydzień, miesiąc albo rok. Warto zerkać sobie na taką listę i pamiętać o tym, o czym łatwo w biegu i ferworze obowiązków zapomnieć, w końcu... wszyscy jesteśmy tylko ludźmi ;)
Aktywnego marca Wam życzę ludziska! Pamiętajcie, że forma to nie tylko zdrowe ciało, ale też zdrowy umysł. Pielęgnujcie swoje myśli, przesiewajcie je, nie ładujcie w siebie negatywnej energii, bo ta ma przełożenie na całe nasze życie - i to nie jest jakiś wymysł, tylko sprawdzone info ;) Stwórzcie wokół siebie świat pełen dobra, pozytywnej energii, cudownych ludzi, a zobaczycie jak nagle zacznie Wam sprzyjać los... Pięknego życia kochani :*
Czy w ciąży wystarczy tylko zdrowo się odżywiać? Dla mnie wszystko w tym świecie jest jedną wielką złożonością. I nie ważne czy mowa o ciąży, chorobie, związku, pracy czy pasji - na wszystko, dosłownie na wszystko składa się masa czynników. I nie wiem szczerze mówiąc co w tym świecie zależne jest tylko od jednego czynnika. Nic mi nawet nie przychodzi do głowy.
Zachodząc w ciążę w wieku 20 lat, mimo, że byłam gotowa na zostanie mamą - do pełnej świadomości siebie, swojego zdrowia, było mi naprawdę bardzo daleko... szczerze mówiąc, gdybym teraz miała znów zostać ciężarówką - wiele rzeczy zrobiłabym inaczej. Wtedy nie za bardzo uważałam na to co jem, zwłaszcza, że przez pierwsze cztery miesiące wymiotowałam, więc kiedy po czwartym miesiącu udręka się skończyła, nie miałam zamiaru pościć o chlebie i wodzie ( jeszcze wtedy nie kumałam, że zdrowa dieta to nie suchary i jogurty). Owszem, moje dziecko urodziło się zdrowe, i Bogu dzięki, ale to nie świadczy o tym, że nie popełniłam błędów. Najgorszym, powtarzanym przez matki jak mantra sloganem jest właśnie: a ja nie robiłam tego i owego i moje dziecko urodziło się zdrowe. To jest kompletna bzdura, nieumiejętność przyznania się do tego, że coś mogło zrobić się lepiej. Równie dobrze osoby, które spróbowały w swoim życiu narkotyków, mogłyby mówić swoim dzieciom: ja tam brałem kiedyś narkotyki i zobacz na mnie! Jestem zdrowy! - czy to, że ten człowiek jest zdrowy, świadczy o tym, że narkotyki są dobre? Nie. Logiczne. Podobnie ze sloganami mam.
W dzisiejszych czasach jest trochę tak, że lansuje się modę na to co zdrowe, a po drugiej stronie barykady stoją Ci, którzy z tej mody się śmieją, robiąc zupełnie na odwrót - za nic mając sobie zdrowie, co niestety nie wynika z mądrości a z braku świadomości, edukacji. Złoty środek? Wiedzieć co jest dobre, a co złe, i częściej wybierać to pierwsze. Celowo mówię częściej, bo wszyscy jesteśmy tylko ludźmi - i grzeszki są wpisane w naszą ludzką naturę.
Zdrowe żywienie w ciąży to jedno, ale niestety nie jest to jedyny czynnik, na który powinniśmy zwrócić uwagę. W swojej pierwszej ciąży miałam zdecydowanie za dużo stresów - a spokój jest jednak kolejnym kluczowym elementem w ciążowej układance. Nie tylko dlatego, że tak ktoś kiedyś powiedział, ale są na to liczne badania. Stres w ciąży to naprawdę poważne zagrożenie dla dziecka. Nie bez powodu wiele osób mówi o tym, by starać się nie denerwować przyszłej mamy. Kiedy w ciąży doświadczamy stresu, osłabia się nasz układ odpornościowy, a przez to stajemy się bardziej podatne na wszelkiego rodzaju infekcje. Silny stres może mieć nawet wpływ na rozwój mózgu dziecka, zwłaszcza w kluczowych momentach tj. ok 10 tygodnia ciąży i między 24 a 30 tygodniem ciąży, kiedy kształtują się połączenia nerwowe między neuronami. Wniosek? Na czas ciąży warto zrobić sobie detoks... od zmartwień ;)
Moje odżywianie pozostawiało wiele do życzenia, smutków też miałam trochę za dużo - ale jest jedna rzecz, o której bezwarunkowo pamiętałam, chyba dlatego, że niezwykle sumiennie słuchałam swojego lekarza, który był dla mnie guru w tych tematach. Otóż... produkty rekomendowane przez lekarza. I to od samiuśkiego początku, kiedy to postaraliśmy się o naszą pociechę. Celowo mówię, postaraliśmy, a nie "podczas starań", bo jak większość dobrze wie, udało nam się za pierwszym razem, ha :P Ale wracając do suplementów. Miałam już mega doświadczenie w sprawach dotyczących badań, niedoborów - w młodości bardzo wiele chorowałam i byłam mega wyczulona na takie rzeczy. Wiedziałam jak na organizmie potrafi się odbić nawet mały niedobór żelaza, a co dopiero kiedy nosisz w sobie małą kruszynę. Chociaż w czymś byłam uświadomiona.
Zapewne masa kobiet pomyśli sobie teraz: ja tam nie brałam żadnych suplementów i moje dziecko jest zdrowe. Eh... przeszperałam masę forów i to stwierdzenie jest chyba zaraźliwe. Masz rację. TWOJE dziecko jest zdrowe. A kogoś innego może już nie być. To, że jest zdrowe, nie oznacza, że nie miałaś niedoborów np. witaminy D - a na jej niedobór cierpi - UWAGA ( ! ) od 97% do 100 % kobiet ciężarnych w okresie zimowym, a w okresie letnim - 68 do 95%. A witamina D to nie jest jakaś tam witaminka, której może brakować. Witamina D to realny wpływ na prawidłową masę urodzeniową i znaczna redukcja ryzyka nawracających infekcji dróg oddechowych dziecka w późniejszym okresie życia. Tak więc, to, że dziecko urodziło się zdrowe, jeszcze o niczym nie świadczy. Niektóre nawyki ciążowe lub ich brak, wychodzą w późniejszych latach. Mało tego, na początku ciąży, witamina D odpowiada za jej utrzymanie. Nadal uważasz, że suplementy nie są Ci potrzebne? Pozostając w temacie witamin, żeby pomóc bardziej Ci zobrazować, po co nam ten "farmaceutyczny wymysł" - nie trzeba daleko szukać. Jod - odpowiada za prawidłowy wzrost organizmu dziecka oraz rozwój układu nerwowego. Ile kobiet otrzymuje zalecaną dzienną dawkę jodu? 50% ciężarnych kobiet...
Cierpimy nie tylko na niedobory powyższych składników. Często brak nam również witaminy B6 i B12 - zapewniających maksymalną ochronę DNA dziecka.
Sama dowiedziałam się o niej niedawno. To składnik, który odgrywa bardzo ważną rolę w zdrowiu i funkcjonowaniu dziecka. I to nie tylko na etapie kiedy nasz maluch jest w brzuszku, ale nawet wtedy gdy nasz maluch jest już... dorosłym. Cholina pełni funkcje takie jak:
Jednak badania mówią same za siebie:
Naturalne źródła choliny to jaja, podroby i mleko. Niestety najczęściej nie są nam one w stanie zagwarantować dziennej, zalecanej dawki. Zgodnie z zaleceniami Amerykańskiego Instytutu Medycyny, wynosi ona dla kobiety w ciąży 450 mg dziennie, dla matki karmiącej - 550 mg dziennie. Tymczasem średnie dzienne spożycie to ok. 370 mg. W Polsce, Prenatal jest preparatem, który zawiera cholinę w dawce, która zapewnia uzyskanie jej dziennego zapotrzebowania. W świetle najnowszych badań AMA, w przypadku jakichkolwiek zaburzeń przetwarzania choliny w organizmie, ryzyko Zespołu Downa wzrasta aż 8-krotnie !!!
Produkty witaminowo-mineralne możemy, a właściwie powinniśmy brać już na etapie przygotowania do ciąży. Niestety na tym etapie mało która z nas wiedziała z czym to się je i na co zwrócić uwagę. Oczywiście, teraz jestem 10 x mądrzejsza i od razu chwyciłabym np. po Prenatal Uno, który jako jedyny zawiera imbir - może wtedy moja przygoda z mdłościami nie trwałaby czterech miesięcy... a może wcale by jej nie było? Kto wie. Inne składniki też są dobrane w taki sposób, by wesprzeć organizm na początku naszej ciążowej przygody. Co ciekawsze - Prenatal uno nie ma w sobie żelaza. Ale to akurat dobra wiadomość. Tyle się mówi o żelazie w ciąży, ale szkoda, że kiedy ja w niej byłam, nikt mi nie powiedział, że w 1 trymestrze nie powinno się go stosować. Cóż - następnym razem będę bardziej świadoma ;)
W drugim i trzecim trymestrze warto sięgnąć po Prenatal duo - ten z kolei żelazo już zawiera, bo na tym etapie, jest ono już niezbędne. Zawiera też selen. Teoretycznie znajdziemy go w czosnku, czy cebuli, ale litości... nie chcemy chyba odstraszyć od nas połowy osiedla? Preparat zawiera również wysoką dawkę DHA, bo aż 600 mg. Wysoka dawka DHA pozwala uniknąć przedwczesnego rozwiązania, co jak wiemy jest ogromnie ważne. Dla malucha, każda doba w łonie matki to chwila, która decyduje o jego zdrowiu, a nawet przeżyciu. DHA jest też szczególnie istotne jeśli chodzi o rozwój mózgu dziecka. Preparat zawiera też inne składniki: witaminy D, B6, Metyl B12 i oczywiście cholinę, która na tym etapie rozwoju płodu wspiera rozwój mózgu dziecka, często decydując o inteligencji dziecka w przyszłości.

Jak widać... w ciąży trzeba czegoś więcej niż tylko marchewki na talerzu. Żeby dostarczyć sobie wszystkiego co niezbędne, tylko poprzez jedzenie, dla samego żelaza, musiałybyśmy zjeść jakieś 30 jajek... dodajmy do tego 5 jajek, żeby osiągnąć zapotrzebowanie na cholinę i 1 litr mleka, żeby osiągnąć dzienną zalecaną dawkę wapnia. Dodajmy do tego szereg innych potrzebnych witamin... chyba musiałybyśmy tylko jeść... jeść... i jeszcze raz jeść ;) A przecież nie o to chodzi. Odpowiednio dobrany preparat to podstawa, a jednak wciąż tak wiele kobiet, błędnie przekazuje sobie informacje: eee tam ciotka, kup cokolwiek! To wszystko jedno i to samo - a to raczej też zaliczyłabym do kategorii naszych mitów. Przegadałam temat ze swoim ginekologiem i farmaceutką i zgodnie stwierdzili, że Prenatal na naprawdę mądrze ułożony skład. Jeśli już po coś sięgać, to nie warto robić tego byle jak. W końcu płacimy nie tylko za pudełko, ale jakby nie patrzeć - za własne i dziecka zdrowie. W takim wypadku, chyba nie warto sięgać "po cokolwiek" byle było. Tutaj znajdziecie mega fajny explainer, który jest takim podsumowaniem w pigułce dzisiejszego tematu.
Nadal uważam, że nasze życie powinno toczyć się normalnie i nie powinnyśmy dać się zwariować, ale jednak noszenie w sobie nowego życia to odpowiedzialność i same od siebie powinnyśmy wymagać nieco większej troski i zaangażowania już nie tylko w swoje, ale NASZE zdrowie. Zdrowe żywienie, spokój, zminimalizowanie stresów, regularne badania, branie suplementów, radość z życia - gdybym raz jeszcze była w ciąży, wypisałabym sobie te reguły na kartce i przyczepiła na lodówce. Czy muszę dodać coś jeszcze, by rozprawić się z tym mitem? Nie sądzę. Jesteście ciekawi z czym rozprawie się następnym razem? Dowiecie się tego już niebawem!
W sieci nie znalazłam żadnego porządnego artykułu, a jeśli już coś znajdywałam, nie wyjaśniał mi on wszystkiego na tyle przejrzyście, bo cokolwiek z niego wynieść. Porady: unikaj pszenicy to zbyt mało by zrozumieć chorobę i zrozumieć co należy z nią zrobić. Magda jest w tym ( i w wielu innych ) temacie moim guru. To prawdziwa skarbnica wiedzy i cieszę się, że mam na swoim blogu właśnie takiego eksperta. Poprzednie dwa artykuły ze Strefy Eksperta możecie znaleźć w zakładce Zdrowie i Uroda. Tymczasem zapraszam Was do przeczytania mojej rozmowy z Magdą.
wywiad z Magdaleną Dorko-Wojciechowską – dietetykiem klinicznym i założycielką Instytutu Medycyny Funkcjonalnej
Cześć Madziu. W ostatniej naszej rozmowie, opowiedziałam Ci o tym, że jako nastolatka, nie byłam uświadomiona przez żadnego z lekarzy odnośnie żywienia w hashimoto. Słyszałam jedynie "proszę brać leki" - i nic więcej. Tymczasem wywiad z tobą wyraźnie podkreśla, że dieta jest wręcz kluczowym elementem w walce z tą chorobą. Ale czy dla każdego? Czy może być tak, że jedna osoba może przy hashimoto jeść śmieciowe jedzenie i wcale się to na niej nie odbije, a druga przytyje kilka kg w kilka dni, bo się trochę zapomni? Skąd się biorą aż tak duże skoki wagi u chorych na hashimoto?
O jej. Dużo pytań na raz. Przede wszystkim musimy wiedzieć, że w każdej chorobie żywienie to podstawa. Zapewne zgodzisz się ze mną, że dzisiejsza żywność bardziej szkodzi niż odżywia i wiele osób kwestionuje zasadność wprowadzenia zmian w dotychczasowym odżywianiu. Nie zmienia to faktu, że każdy z nas, kto zmaga się z jakąś dolegliwością musi rozważyć wprowadzenie tych zmian. Nie dla tego, żeby pastwić się nad sobą i odmawiać przyjemności lecz dlatego, by pomóc organizmowi w procesach zdrowienia. Śmieciowe jedzenie szkodzi każdemu. Czy ma Hashimoto czy nie, wpływa ono bardzo obciążająco na organizm i przyczynia się do zmian w metabolizmie. Dlatego odstawienie tego typu pożywienia to pierwszy rok na zrobienie miejsca na detoks. I nie chodzi tu tylko o wagę. Owszem, osoby z Hashimoto charakteryzuje niekontrolowany przyrost masy ciała, który wcale nie wynika z obżarstwa a raczej z zaburzonych procesów fizjologicznych i biologicznych.
Czy istnieje zatem jakaś uniwersalna dieta, która na pewno każdemu pomoże? Wystarczy zdrowo się odżywiać, czy są produkty teoretycznie zdrowe, ale wyjątkowo szkodliwe przy tej chorobie? Ja po sobie widzę, że beznadziejnie reaguję na pszenicę, ale koleżanka z hashimoto już nie ma tego problemu. Czy zrobienie testów pokarmowych jest tutaj podstawą, by zacząć ustalać jakąkolwiek dietę?
Nie istnieje jedna dieta dla wszystkich. Tyle ile mamy dzisiaj przypadków choroby Hashimoto tyle mamy ich przyczyn i możliwości żywienia. Każdy z nas ma inną florę jelitową, inne geny, inną grupę krwi. Jesteśmy wrażliwi na inne pokarmy i zmagamy się z innymi dolegliwościami, które zawsze towarzyszą Hashimoto. Czasami o nich wiemy. Bardzo często jednak nie. Zdrowe odżywianie dla mnie jest czymś innym niż dla Ciebie, dlatego nie możemy mówić ogólnikowo. Nadużywamy tego zwrotu i robimy z niego skrót myślowy, który wprowadza wiele zamieszania w głowach pacjentek i przekazie. W Hashimoto jest paleta produktów dozwolonych i zakazanych jak w każdej chorobie.
To, co łączy wszystkie diety w Hashimoto to duża podaż kwasów tłuszczowych omega3, zdrowe białka, które pomagają organizmowi odbudować to, co zostało uszkodzone i mnóstwo antyoksydantów, głównie w postaci witamin i minerałów pozyskiwanych z warzyw. Dzisiejsza pszenica jest problematyczna dla każdego z tą różnicą, że jedni mają objawy a inni nie. Testy pokarmowe mogą być dobrym rozwiązaniem w przypadku dzieci i osób starszych jednak nie są one rozwiązaniem problemu. Oczywiście, mogą ułatwić powrót do zdrowia, gdyż udzielą nam informacji z czym nasz organizm ma trudności w tym momencie. Musimy natomiast wziąć pod uwagę, że ich swoistość i czułość jest różna, bywają przesadnie drogie i w dodatku są zmienne. Na przykład dzisiaj Twój organizm może mieć problem z trawieniem pszenicy a za miesiąc może okazać się, że pszenicę dobrze toleruje a zaczął reagować nadaktywnie na kukurydzę, bo akurat zamieniłaś jedno na drugie i częściej zaczęłaś ją stosować.
Czy dobierając odpowiednio dietę i suplementację, istnieje szansa, że moglibyśmy zaprzestać brania leków? Większość z nas jest chyba świadoma konsekwencji długotrwałego przyjmowania hormonów i wolałaby tego uniknąć.
I tak i nie. Wszystko zależy od etapu choroby. Jeśli Hashimoto jest wcześnie wykryte, zanim pojawią jakiekolwiek widoczne zmiany w badaniach laboratoryjnych, mam tutaj na myśli wyniki „w normie”, które tak naprawdę nie są w normie fizjologicznej a bardziej w zakresach referencyjnych ustalanych w laboratorium, wówczas mamy ogromne szanse na powstrzymanie choroby i nawet jej wyeliminowanie. Jeśli proces chorobowy jest przewlekły i trwa na przykład 2 lata i dłużej wówczas zatrzymanie postępu choroby jest trudniejsze. W momencie, gdy Hashimoto towarzyszy nam 10 lat i są już widoczne zmiany w tkance tarczycy, do tego dochodzą inne dolegliwości, np. RZS czy zespół jelita drażliwego wówczas zupełny powrót do zdrowia może być nie możliwy. Przyjmowanie syntetycznych hormonów czasami jest podstawą aby doprowadzić do remisji choroby. Wszystko zależy od etapu, na którym choroba się rozwija.
Gdybyś mogła zrobić nam krótką ściągawkę i napisać, czego w diecie w hashimoto się szczególnie wystrzegać, a co jest jak najbardziej wskazane - co by to było? Czytelniczki wielokrotnie pytają, czy nie zrobią sobie krzywdy wieczorem z drinkami z przyjaciółmi. Teoretycznie wszystko jest dla ludzi, ale czy dla hashimotek? Osobiście jestem za piciem jak największej ilości wody, soki i napoje gazowane mogą dla mnie nie istnieć - a co z herbatami? Słyszałam kiedyś o szkodliwym fluorze, który jest na przykład w zielonej herbacie. Czy naprawdę musimy uważać na tak wiele rzeczy, czy znów jest to kwestia mocno indywidualna?
Przede wszystkim musimy wystrzegać się glutenu, nabiału i tłuszczów trans. To są produkty kompletnie nie przydatne organizmowi a siejące spustoszenia w każdym obszarze funkcjonowania organizmu – począwszy od układu pokarmowego, poprzez układ odpornościowy a na nerwowym kończąc. To, co warto wprowadzić, to mnóstwo warzyw w każdej postaci, koktajle, soki, dania warzywne, najlepiej trzy razy dziennie z dodatkiem dobrej jakości mięs i tłuszczów omega 3. To bardzo złożony temat, dlatego tez zapraszam Was na webbinar, który poprowadzę 15 marca o godz 19:00 właśnie w temacie odżywiania w Hashimoto. Więcej poczytacie tutaj http://imf.pl/produkt/hashimoto-twoje-zywienie-w-chorobie/ Co do alkoholu, to namawiam do odstawienia go, kiedy poważnie myślimy o powrocie do zdrowia. Nie chcę nikogo umoralniać, oczywiście, że wszystko jest dla ludzi i jednocześnie nie wszystko dla Hashimotek.
Herbaty mogą być dobrym rozwiązaniem na początek, szczególnie, kiedy jesteśmy przyzwyczajeni do kawy i pracujemy nad tym, by je odstawić. Wówczas zielona herbata czy guarana mogą z powodzeniem zastąpić dotychczasowe produkty. W dłuższej perspektywie jednak nie polecam, z uwagi na zanieczyszczenia i formę ich produkcji. W zamian proponuję konkretne zioła, adaptogeny i mieszanki chińskie. Fluor jest poważnym zagrożeniem dla każdego, nie tylko dla Hashimotek. To realne zagrożenie dla tarczycy, mózgu i układu odpornościowego. Oczywiście, że musimy uważać. Przede wszystkim musimy zacząć myśleć. O tym, czy szynka jest naprawdę szynką i co kryje jej skład. O tym, czy jako dorosła kobieta rzeczywiście Twój organizm potrzebuje mleka, czy jest to bardziej Twoje przyzwyczajenie smakowe. O tym, co kryją Twoje kosmetyki, z którymi Twoje dziecko ma ciągły kontakt i je najzwyczajniej w świecie zjada. Czym myjesz podłogę, po której raczkuje Twoje dziecko wkładając przy tym rączki do buziu. Życie nie polega tylko na dawaniu sobie przyjemności. Życia trzeba się uczyć i Ci co wiedzą więcej, będą żyli dłużej.
Diety paleo, low carb, wysoko białkowe - mogłabym wymieniać bez końca. Czy któraś z diet szczególnie dobroczynnie wpływa osoby z hashimoto?
Tak. Jest kilka diet, które warto zastosować w powrocie do zdrowia, oczywiście nie wszystkie na raz J. Z moich ulubionych i sprawdzonych, które przynoszą bardzo dobre rezultaty to dieta niskoglikemiczna, dieta paleo, protokół autoimmunologiczny, low FOODMAP i czasami dieta ketogeniczna. Wszystko zależy od Twojego organizmu.
Gdybyś mogła stworzyć 5 złotych reguł, które każda hashimotka, powinna powiesić... no najlepiej na swojej lodówce - w końcu mówimy o jedzeniu. Co by to było?
Po pierwsze ureguluj poziom glukozy we krwi. Bez tego nikt z nas nie wróci do pełni sił. Po drugie zadbaj o spokój ducha. Jeszcze nikomu nie udało się wrócić do zdrowia w permanentnym stresie. Po trzecie zanim zaczniesz przyjmować jakiekolwiek suplementy, naucz się dobrze jeść i pić. Po czwarte dbaj o stałe pory kładzenia się do łóżka i wyrzuć z sypialni wszelką elektronikę, z zegarkiem włącznie nawet wtedy, gdy nie jest elektroniczny. Niech Twoja sypialnia będzie świątynią, w której śpisz i uprawiasz seks. I po piąte edukuj się w dziedzinie swojej choroby. Tylko Ty znasz swój organizm i tylko Tobie najbardziej zależy na długim i szczęśliwym życiu. Po prostu dbaj o siebie z miłością.
Ufff. Na dzisiaj to chyba tyle, co? Dziękuję Ci za wszystkie odpowiedzi. Mam nadzieję, że ten wywiad pomoże zarówno mi jak i wielu moim czytelniczkom, nieco lepiej zrozumieć swoją chorobą i podjąć odpowiednio kroki by z nią walczyć. Dziękuję za Twoje wsparcie!
Jak widać, nie ma złotej recepty, ale są złote reguły. Każda choroba jest inna, każdy z nas jest inny. Grunt to znaleźć odpowiednią osobę, która przeprowadzi nas przez tą chorobę i potraktuje nas indywidualnie. Nie jak kolejną hashimotkę, której trzeba po prostu zapisać lek i po sprawie. Jeśli jesteśmy dziś w temacie diety, to pamiętajcie, że Magda prowadzi również swojego autorskiego bloga www.paleolifestyle.pl na którym znajdziecie masę zdrowych i pysznych przepisów.
Zapraszam Was do nadrobienia artykułu Hashimoto - przyczyny, objawy i leczenie. Zachęcam również po raz kolejny do podsuwania swoich tematów, które chciałybyście zobaczyć w Strefie Eksperta. Ściskamy i życzymy Wam dużo zdrowia! Dbajcie o siebie!
Kuuurcze... tyle się teraz wszędzie trąbi o tych fit posiłkach, o treningach... że nawet człowiek, który ten cały fit światek lubi, zaczyna nim pomału rzygać. Samo słowo "fit" obrzydło już nawet mi. Może dlatego, że ostatnie miesiące pokazały mi, że jak we wszystkim, i tutaj najważniejszy jest zdrowy rozsądek. Ile to ja się kiedyś nakombinowałam, żeby zdrowo, żeby nie tłusto... a tak naprawdę nie trzeba się trudzić, żeby dobrze się czuć i dobrze wyglądać. No - pomijając kwestię treningów. Kto śledzi moje blogowe posty czy InstaStories, ten doskonale wie, że czasu mam mało i nie lubię go tracić na coś takiego jak np. gotowanie. Dlatego zawsze wybieram najprostsze na świecie rzeczy, które można zrobić w kilka minut. I takimi banałami dzielę się też z Wami. Dlaczego? Dlatego, że widzę jak wiele osób, wciąż tkwi w błędnym przekonaniu, że zdrowo tzn. dłuuuugo i ... drogo. A guuuzik prawda kochani! Nie musicie robić omletów z 30 rodzajów mąk i nie musicie dla jednej przekąski piec całego ciasta. Jeśli naprawdę zależy Wam na szybkich, zdrowych posiłkach, nie zrażajcie się do tego, przez godziny spędzone w kuchni. Im więcej się kombinuje, tym gorzej to wychodzi, coś o tym wiem! Najlepsze rozwiązania są... najprostsze!
Zanim pokażę Wam swój jadłospis, który królował w ostatnim miesiącu, napiszę jeszcze o kwestii treningów i posiłków. W listopadzie wróciłam do treningów. Ćwiczę skalpel Ewki Chodakowskiej, czasem pięć razy w tygodniu, czasem dwa razy w tygodniu - zależy. Z żywieniem jest różnie, ale nie zaprzątam sobie tym za bardzo głowy. Mam ustaloną granicę wagową, której nie chcę przekroczyć i mam lustro, które każe mi się zastanowić, kiedy nie widzę żadnego progresu. Obserwuję swój organizm i staram się reagować, kiedy zaczynam się źle czuć. Przede wszystkim stawiam na umiar. Jem nie za duże porcje, ale za to piję mnóstwo wody. Moją siłą napędową jest obraz mojej sylwetki o jakiej marzę i efekty... które zaczęłam dostrzegać już po dwóch tygodniach! Szczególnym momentem był dla mnie weekend w hotelu, gdzie F. na 43 piętrze z basenem, zrobił mi kilka zdjęć w stroju kąpielowym... Byłam w szoku, jak przez 3 tygodnie zarysowały mi się plecy, brzuch i jak ładne zrobiły się moje nogi. Obszar tyłka to wciąż zbyt duży obszar, by wypracować go w miesiąc. Zawsze będę mieć tyłek ala J.Lo i z racji jego wielkości, trochę mi zejdzie, żeby go delikatnie podnieść i ujędrnić. Ale i tak go kocham i uważam, że można się z takim tyłem czuć naprawdę wyjątkowo. Co więc takiego Mamalka jadła, że tak sobie ciałko ulepszyła? A no nic takiego... ale najważniejsze, że smakuje... i działa!
Naleśniki z mąki ryżowej ( przepis na 5 naleśników)
- 100 gramów mąki ryżowej
- 2 jajka
- 250 ml mleka ( ryżowe lub krowie, ja używam krowie)
- twarożek naturalny grani
- mały banan
Mąkę przesiewamy i dodajemy szczyptę soli. Obecnie używam mąki ryżowej beglutenowej z firmy Balviten - dorwałam w auchan. Wcześniej używałam nieco innej, również ryżowej i naleśniki były zupełnie inne, nie były tak miękkie jak teraz. Teraz są zdecydowanie lepsze i zbliżone smakiem oraz konsystencją do naleśników z mąki pszennej. Do przesianej mąki dodajemy jajka i mleko i mieszamy ( ja miksuję). Patelnię rozgrzewamy, możecie smażyć na kapce normalnego oleju, lub dodać kroplę do masy na naleśniki. Z podanych proporcji wychodzi pięć naleśników. Ja na śniadanie zawsze robię sobie dwa, ale z wkładem z twarożku i banana, szczerze mówiąc, jeden zapycha mnie totalnie i zazwyczaj drugi wcina Pola. Masa do naleśników to nic innego jak zwykły, naturalny twarożek grani, zmieszany z pociętym w kawałeczki bananem. Banan robi tutaj całą robotę jeśli chodzi o cukier, nie potrzeba ani dosładzać cukrem twarożku, ani naleśników. Można delikatnie posypać wiórkami kokosowymi. Niebo w gębie !!!
Shake białkowy FIT COCO lub FIT VANILA
- 250 ml mleka
- 4 miarki białka
Takim koktajlem, zastępują sobie jeden, czasem dwa posiłki dziennie. Shake tego typu zastępuje nam pełnowartościowy posiłek. Nie jestem po tym głodna przez jakieś 2 do 2,5 godzin. Smak i zapach są obłędne. Osobiście nie traktuję tego napoju jako jakiegoś przymusu, a wręcz przeciwnie - nie mogę się zawsze doczekać momentu, w którym mogę go wypić. Uważam jednak, że jak ze wszystkim jest to kwestia smaku. Nie gwarantuję, że posmakuje to każdemu, ale póki co wszystkie moje czytelniczki i znajomi, którzy skusili się na zakup któregoś ze smaków fit shake - wszyscy są jednego zdania: SZTOS. Zarówno pod względem smaku jak i efektów.
Kasza orkiszowa z brokułem, kurczakiem i fetą
- ok. 120 gramów piersi z kurczaka
- pół woreczka kaszy orkiszowej
- pół małego brokuła
- opcjonalnie dodatki: feta lub sezam lub słonecznik ( lub jeszcze coś innego ;) )
Kaszę ( taką jaką lubicie najbardziej) gotujemy wg instrukcji na opakowaniu. Brokuł parzymy w lekko osolonej, gorącej wodzie. Kurczaka kroimy na małe kawałki bądź podłużne paski, przyprawiamy wedle uznania i wrzucamy na rozgrzaną patelnię grillową. Wszystko razem mieszamy ze sobą, dodajemy przeciśnięte przez praskę dwa małe ząbki czosnku. Można posypać fetą, można posypać sezamem, nasionami słonecznika - wybierzcie to co lubicie !
Koktajl warzywno-owocowy
- pół banana
- 1 małe jabłko
- garść jarmużu
- 1 łyżeczka siemienia lnianego
Jabłko i banana kroimy na nie za duże kawałki. Jarmuż opłukujemy. Wszystko razem wrzucamy do blendera, dodajemy łyżeczkę siemienia, wlewamy odrobinkę wody i... miksujemy! GOTOWE! Jak ja kocham takie smaczne, zdrowe banały! Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że kiedykolwiek w życiu wypiję jakiś zielony koktajl - nie uwierzyłabym. Sporo osób, kiedy pokazuję na InstaStories swoje koktajle, pisze do mnie - i to naprawdę smakuje?! Ależ no naprawdę! Co prawda na smak wpływa wiele czynników - kiedy dodamy zbyt dużo jarmuży, koktajl może już nie być tak słodziutki. Trzeba dopasować proporcje pod siebie, ale dla mnie te podane powyżej, są IDEALNE.
Warzywny mix
- ok. 6 pomidorków koktajlowych
- 1 pasek fety
- 1/4 ogórka zielonego
- garść roszponki
- odrobina nasion słonecznika
- łyżeczka jogurtu naturalnego
Pomidorki kroimy na połówki, fetę i ogórka na drobne kwadraciki. Roszponkę opłukujemy. Całość mieszamy ze sobą i posypujemy ( lub nie) nasionami słonecznika. Można je delikatnie podprażyć na patelni. Całość możemy wymieszać z łyżeczką jogurtu naturalnego - ja zazwyczaj tak robię, choć na zdjęciu jest wersja bez jogurtu ( ładniej wygląda).
Banał prawda? Banał, który naprawdę genialnie mi służy i się sprawdza. Widzę to w lustrze i czuję to na co dzień. Naleśniki są dla mnie obłędne i idealnie sycą na początek dnia. Sałatka to zakończenie, które pozwala czuć się lekko i pozwala uniknąć przejedzenia przed snem. Czy jest coś jeszcze co uwzględniam w swoim jadłospisie? Tak. Moje wspomagacze, głównie fit caps i diet caps od Natural Mojo. Fit Capsy w ilości sztuk 1 biorę po każdym z trzech posiłków ( rano, południe, wieczór) - w dzień bez treningu. W dzień kiedy trenuję, biorę jednorazowo trzy kapsułki po posiłku, na godzinę przed treningiem. Kapsułki te zawierają składniki takie jak chilli czy zielona herbata. Dzięki takiemu składowi, przyspieszamy spalanie naszej tkanki tłuszczowej. Diet Capsy to kapsułki, które spożywa się w ilości sztuk 2, na ok. pół godziny przed posiłkiem. Zmniejszają one łaknienie, dzięki czemu najprawdopodobniej zjemy mniej. Na cały asortyment od Natural Mojo, wciąż
macie zniżkę 25 % na hasło MAMALA25.
Prócz tego... nie stosuję raczej nic specjalnego. Stawiam na zdrowy rozsądek i postępuję wg kilku prostych wytycznych:
Postanowiłam nigdy więcej nie robić ze zdrowego stylu życia jakiegoś nieziemskiego wyzwania, a stworzyć z tego coś naturalnego, coś co nie kojarzy się z wyrzeczeniami, z bólem, ze smutkiem. Jest mi teraz lżej i jakoś tak... fajniej. Co do moich prostych przepisów i łatwo dostępnych produktów - jest mi to na rękę, ale kusi mnie czasem, by poszaleć, zrobić jakieś brownie z fasoli, jakąś zdrową pizzę. Ale... myślę, że pokuszę się i o takie jadłospisy, jak wreszcie będę już na swoim! Kto wie ;)
Na koniec chciałam Wam jeszcze uświadomić, że robiąc na przykład naleśniki, możecie śmiało wrzucić ich zdjęcie na instagram i mnie na nim oznaczyć - w Nowym Roku opowiem Wam o moim autorskim projekcie, w którym takie Wasze działania, będą miały szansę zostać zauważone i docenione :* Jeśli kiedykolwiek kupicie coś z mojego polecenia, ugotujecie coś, skorzystacie z czegoś, właśnie dzięki mnie i podzielicie się tym w social mediach - oznaczcie mnie! Będzie mi niezmiernie miło :* Tymczasem... smacznego!
Potrzebowałam naprawdę poświęcić sobie czas, by zrozumieć, że to ja sama dla siebie powinnam być najważniejsza. By nie zwariować i nie dać się zmieść z powierzchni ziemi przez szalejący huragan w moim życiu, musiałam jak nigdy dotąd skupić się na medytacji, mantrach, ale także drobniejszych przyjemnościach. Wiecie... takich, które nie wymagają jakiegoś wielkiego zachodu, a jednak sprawiają, że czujemy się jakoś tak błogo. No bo kto nie lubi się tak czuć, co kobietki? Wiecie, że jestem takim człowiekiem, który nie czerpie żadnej przyjemności z mega fajnych rzeczy, jeśli nie śle ich dalej w świat. No bo jaka to do jasnej cholery frajda, jeśli układamy sobie swoje klocki najpiękniej jak umiemy, a nie pokazujemy innym jak osiągnąć podobny efekt, hmmm? ;) Więc z ogromną radochą, chciałabym Wam przekazać te wszystkie drobnostki, które sprawiły, że listopad mimo szarości i deszczu za oknem, próbującymi wdzierać się do mojej duszy - pozostanie mimo wszystko w mojej pamięci niesamowicie radosny i spokojny.
Przede wszystkim postawiłam na uzdrawiającą mantrę RA MA DA SA, która automatycznie mnie uspokaja i sprawia, że wszystko co złe, zdaje się nagle jakoś słabnąć w moich oczach, przestaje mieć znaczenie. Mantrę możecie odnaleźć na YT, a na blogu Agnieszki Maciąg, macie dokładne instrukcje w jaki sposób należy ją śpiewać, w jakiej pozycji itp. Mantry mają silne działanie i realny wpływ na nasze życie i naszą duchowość. Kiedyś totalnie nie interesowałam się takimi rzeczami, a moja niewiedza kwitowała wszystko tego typu słowem: ściema. Miałam lat naście, można mi wybaczyć :P Pamiętam, że kiedy pierwszy raz, rok temu, włączyłam sobie powyższa mantrę na słuchawkach, cała drżałam, a z oczu leciały mi meeega wielkie łzy. Dziś mantry wyzwalają we mnie jedynie błogie uczucie spokoju i cudowne uzdrowienie mojej duszy. To coś, czego nie byłam w stanie pojąć, póki tego nie spróbowałam i nie poczułam na własnej skórze! Naprawdę, musicie tego spróbować! Wczujcie się i same zobaczycie, że to naprawdę jest jakiś kosmos, magia !!! Postaram się kiedyś napisać o tym osobny wpis - dajcie znać, czy ten temat Was w ogóle interesuje :)
Mantry mantrami, ale to o co pytacie najczęściej to książki. A listopad to przecież najlepszy miesiąc na książki czytane pod kocykiem! Cały instagram Wam to powie! No więc nie odstaję od reszty i czytam książkę za książką. W listopadzie zainwestowałam wreszcie w książkę Reginy Bret, pt: " Bóg nigdy nie mruga" no i... okazała się idealną literaturą na ten niezwykle ciężki i wymagający czas. Wpasowała się w moją sytuację życiową IDEALNIE. Wiecie, że książki tego typu mają szczególne znaczenie w moim życiu, bo to właśnie dzięki wiedzy w nich zawartych, jestem tu gdzie jestem. Po raz kolejny uzmysłowiłam sobie, że droga, którą zmierzam jest dobra. Że warto pomimo wszystko czerpać z tego życia najmocniej jak się da, nawet jeśli los nie jest dla nas szczególnie łaskawy... Zawsze dziwi mnie podejście ludzi objawiające się tonem: ja tam nie wierzę, że książka może zmienić moje życie. No oczywiście, że książka sama w sobie nie zmieni niczyjego życia. Zmienić życie możemy jedynie my, wykorzystując np. właśnie wiedzę zawartą w danej książce. Te, które wybieram, nie przedstawiają żadnych nowoczesnych sposobów na życie. To nie są gotowe przepisy na to jak żyć. To uniwersalne prawdy, które stosowano już w czasach, o których my możemy jedynie czytać w Piśmie Świętym. To uniwersalne prawdy, które pokazują nam prawdziwy sens życia, pokazują nam to co najważniejsze. Po "Bóg nigdy nie mruga", automatycznie zabrałam się za kolejne dzieło Reginy czyli "Jesteś cudem", jestem już mniej więcej w połowie. Totalnie oczarowana i po raz kolejny naładowana pozytywną energią !!! Życzę takiej energii każdemu z Was, naprawdę! Ja jestem pod wrażeniem samej siebie każdego dnia. Bo o ile kiedyś moje zmiany były krótkotrwałe, tak teraz uzmysłowiłam sobie ( w obliczu problemów), że szczęście to mój styl życia. I jest we mnie nawet wtedy, gdy wszystko wokół się wali. To jest tak cholernie piękne!
Mówiłam Wam ostatnio na InstaStories, że od jakiegoś czasu mam totalnego bzika na punkcie dbania o siebie, swoje ciało, swoją urodę. O ile jako nastolatka wolałam towarzystwo kumpli i nie rozumiałam tych rozmów koleżanek o kosmetykach - tak teraz, zaczynam to naprawdę solidnie nadrabiać. Lubię być kobietą, lubię kosmetyki, lubię testować nowości. Po prostu lubię o siebie dbać i podoba mi się to coraz bardziej. Wklepywanie maseczek i smarowanie się balsamami kiedyś było dla mnie najgorszą karą - no lepiej mnie obierzcie ze skóry, niż każcie mi wklepywać w siebie jakieś mazidła!!! Dzisiaj ... inna bajka ! Te wszystkie balsamy i inne cuda to dla mnie przekozacka i niesamowita przyjemność, w której nareszcie jestem systematyczna.
Hity, które przetestowałam w listopadzie to nowości od Hello Body (dżiiiizaasss, kocham! ) - maska do włosów Coco Shine, balsam do ust Coco Rich oraz krem do twarzy na noc Coco Soft. Tym oto sposobem moja rodzinka Hello Body powiększyła się i na pewno będzie się jeszcze powiększać. O kosmetykach od HB pisałam Wam już we wpisie #hityinternetu - kosmetyki Hello Body. Jeśli chodzi o nowości czyli maskę do włosów - jest to absolutnie HIIICIOR, który powinna przetestować każdy z Was. Niesamowite odżywienie dla włosów, które po odżywce są lśniące, gładkie i naprawdę zdrowo wyglądają. Odkąd ścięłam włosy, mam naprawdę bzika na punkcie ich pielęgnacji! Krem do twarzy stosuję systematycznie od jakiś dwóch tygodni, ale nie będę Wam tutaj opowiadać o rewolucji w wyglądzie mojej twarzy, bo moja cera jest w dobrej kondycji już od kilku miesięcy. Krem na pewno świetnie nawilża i rano spokojnie mogę wyjść bez makijażu z domu. Nie wiem ile będzie mi jeszcze dane go używać, bo zabierają mi go wszyscy domownicy. F. regularnie wklepuje krem przed pójściem spać, Pola to sama nie wiem kiedy mi to zabiera, ale ciągle krzyczy : "Mamo! To tak pięknie pachnie! Jak kokosowe lody!" - no dacie wiarę? Niespełna 4latka? Co to będzie jak będzie nastolatką... kosmetyki będę chyba trzymać w sejfie. A, że F. podkrada to chyba jednak największe zdziwienie. Bo podkrada mi jeszcze balsam do ust. No to jest dopiero sztosik. RE WE LA CJA! Nigdy chyba nie miałam tak cudownie nawilżonych i mięciutkich ust. Jeeezu i to wszystko jeszcze tak bosko pachnie! Na hasło MAMALLA20 mam dla Was zniżkę 20% na wszystko od Hello Body. Niebawem postaram się rozdać jakiś zestaw wśród Was, żebyście mogły poczuć na własnej skórze, że to jest naprawdę warte swojej ceny :) Swoją drogą, uwielbiam Wam rozdawać prezenty, no kocham!
No i tak już pomału kończąc. Wiecie... staram się w miarę zdrowo odżywiać, ale natury nie oszukam. Czekolada to moja druga połówka. Można wziąć ślub z czekoladą? Bo słyszałam, że ludzie biorą śluby z jakimiś różnymi dziwnymi rzeczami. Ja mogłabym właśnie z czekoladą. O ile ktoś mnie już nie ubiegł. To z czym w listopadzie nie rozstawałam się na krok, to zdecydowanie mój the best of the best... boski napój poprawiający humor natychmiastowo czyli CHOCO DREAM! Można na ciepło, można na zimno... jedno jest pewne - można czekoladowo i zdrowo. A to chyba spełnienie marzeń wszystkich z nas, co nie? Co prawda w listopadzie stosowałam dużo więcej produktów od NM na przykład Diet Caps, przed każdym posiłkiem, Fit Caps po posiłku lub przed treningami i oczywiście moje ukochane herbaty i szeeeejki zwłaszcza o smaku wanilii i kokosu. Ale Choco Dream w jesienną aurę wpasowuje się najbardziej. Kakao jest wegetariańskie, bez dodatku laktozy i glutenu i bez dodatku... cukru!!! Wszystkie moje czytelniczki są zauroczone produktami od Natural Mojo i ja się im wcale nie dziwię ;)
Nadal mam dla Was zniżkę 25% na wszystko od NM - hasło MAMALA25, ale DZISIAJ do godziny 23:59 możecie też wykorzystać kod BLACKTUESDAY, dzięki któremu przy zakupie za min.250 zł, dostaniecie zestaw 3 herbatek gratis :)
Oczywiście nie mogłam pominąć mojego pierwszego w dorosłym życiu... swetra! Jest cudowny, typowo jesienny, ciepły no i szary! Trochę to dziwne, ale mimo, że w mojej duszy jest milion pięćset kolorów, to jeśli chodzi o ubrania czerń i szarość nie mają dla mnie konkurencji! Zawsze wydawało mi się, że takie swetry to wiecie... mało kobiece itp. Ale jak się kobiecość swoją czuje, to się nią emanuje nawet w worku, co nie? Dostałam o ten sweterek sporo zapytań, a to nic innego jak zaaaara. Nie że zara Wam powiem, tylko ZARA :P ( ale suchar )
Ha! To co najważniejsze, zostawiłam na sam koniec. Chyba największą listopadową przyjemnością, a właściwie nie chyba, a na pewno, była dla mnie noc, kiedy miejsce miał... nów księżyca. Byłam co prawda totalnie rozłożona na łopatki, chora i kaszląca jak gruźlik, ale że rodzinka szybko zasnęła, a ja w końcu trafiłam na ten nów ( sobotni wieczór), postanowiłam jak najlepiej wykorzystać energię :) Nów księżyca to bardzo silna energia. ( ta to je nawiedzona dopiro). To właśnie podczas nowiu powinniśmy siać w głowie i na kartkach swoje marzenia. Rozpaliłam więc świeczki, włączyłam wspomnianą na początku wpisu mantrę i otworzyłam swój magiczny notatnik o tytule " Amazing things can happen" - to takie w moim stylu, prawda? ;) No i wzięłam długopis do ręki i zaczęłam... marzyć. Na dwóch kartkach, drobnym druczkiem, zapisałam jak wygląda moje wymarzone życie. Zapisałam to w czasie teraźniejszym, jakby już tak wyglądało. Poruszyłam wszystkie kwestie. Związku, rodziny, relacji z ludźmi, pracy, pasji, wyglądu, samopoczucia. Tworzę takie wizualizacje od jakiś dwóch lat i to naprawdę niesamowite, ale wszystko się spełnia, wszystko co zapisuję, zamienia się w rzeczywistość! Afirmacje to nie jest jakiś wymysł dzisiejszych czasów, to coś o czym warto poczytać i się w to zagłębić, jeśli w naszym życiu nic nie zmienia się na lepsze. Wszystkie takie "metody" ograniczają się jak dla mnie do jednego stwierdzenia - jesteśmy tym, czym są nasze myśli. I tyle w tym temacie moi drodzy!
Nieważne jakie problemy Was napotykają, jaka jest Wasza sytuacja życiowa - starajcie się szukać pozytywów we wszystkim i dążcie do zmiany swojego nastawienia. W życiu można wybrać dwie drogi: być szczęśliwym, lub być nieszczęśliwym. Wybór należy do Ciebie. Pamiętaj! Czasem wystarczy zmienić jedynie perspektywę... a wtedy nawet smutny listopad, który prawie zmiótł mnie z powierzchni ziemi, może okazać się piękny. Ściskam Was serdecznie, wysyłam moc energii i z niecierpliwością czekam na Wasz "znak"! :*
Strefa Eksperta, jak już pisałam Wam wcześniej, będzie poruszać tematy nie tylko zdrowia, ale również psychologii czy na przykład związków. Ale my zaczniemy sobie od czegoś, co ja znam z autopsji - choroby hashimoto. Choroby, która dopadła mnie jako nastolatkę. Choroby, która dopada coraz więcej kobiet w coraz młodszym wieku. Nie ma już prawie nikogo, kto nie spotkał się z nazwą tej przypadłości. Ale mimo tego jak ogromna jest skala zachorowań - nasza wiedza w tym temacie wciąż jest znikoma. Endokrynolodzy rozkładają ręce, zapisują magiczną tabletkę i... po sprawie. Ale czy to rozwiązuje nasz problem? Nie. Wszyscy dobrze wiemy, jak z pozoru nie groźne hashimoto, sieje spustoszenie w naszych organizmach. Skąd się bierze? Jak je leczyć? Jak sobie poradzić? O tym opowie Wam Magda, która współtworzy razem ze mną Strefę Eksperta. Magda przedstawiła Wam się już w poprzednim wpisie, do którego odsyłam tych, którzy go przeoczyli.
Wpisów o hashimoto będzie kilka, dlatego nie chciałyśmy dzisiaj wyczerpać tematu. Chcemy Was na razie oswoić z najważniejszymi zagadnieniami i wprowadzić w świat choroby jaką jest hashimoto. Postanowiłam zadać Magdzie kilka podstawowych pytań, by zrozumieć z czym mamy do czynienia. Zachęcam serdecznie do przeczytania pierwszego wywiadu.
wywiad z Magdaleną Dorko-Wojciechowską - dietetykiem klinicznym i założycielką Instytutu Medycyny Funkcjonalnej
O hashimoto słyszymy już niemalże wszędzie... w radiu, telewizji. Czytamy o tym w gazetach. Praktycznie co trzecia kobieta oznajmia mi w rozmowie, że zdiagnozowano u niej właśnie tą chorobę. Niestety mały ułamek tych właśnie kobiet, wie w ogóle z czym ma do czynienia. Skąd bierze się hashimoto? Dlaczego rozprzestrzenia się na tak wielką skalę?
Hashimoto to choroba układu odpornościowego, polegająca na produkcji przeciwciał skierowanych przeciwko komórkom tarczycy. Bierze się z naszego życia a dokładniej z zanieczyszczonego powietrza, nadmiernej konsumpcji leków, śmieciowego odżywiania, wszechogarniającej nas chemii w domu, w pracy, sztucznych i syntetycznych przedmiotów, z którymi obcujemy na co dzień i mamy z nimi kontakt poprzez dotyk, smak czy węch, stres, używki i na końcu geny. Pacjentami są głównie kobiety, chociaż coraz częściej spotykam w swoim gabinecie, niestety dzieci i mężczyzn. Głównie dlatego, że to właśnie one bardziej eksponują swoje organizmy na działanie toksyn poprzez kosmetyki, farby, lakiery, środki antykoncepcyjne oraz dietę bogatą w żywność przetworzoną.
Można chyba zatem powiedzieć, że po części sami jesteśmy sobie winni. To wszystko co wymieniłaś, może mieć przeróżne skutki. Skąd mamy wiedzieć, że to akurat hashimoto? Oczywiście zanim je zdiagnozujemy - co powinno nas zaniepokoić, zwrócić naszą uwagę? Tak, byśmy mogły zasugerować lekarzowi, że powinniśmy przebadać się w tym kierunku (o ile sam lekarz tego nie zrobi).
Wachlarz jest bardzo szeroki i tak naprawdę to bardzo indywidualna sprawa każdej z nas. Do najważniejszych należą problemy z utrzymaniem prawidłowej masy ciała. To może być jej niekontrolowany wzrost ale też spadek, jak w moim przypadku (śmiech). Sucha skóra, nadmiernie wypadające włosy, które są również matowe, łamliwe i słabo układające się. Problemy z zachowaniem rytmu dobowego. Bardzo często Hashimki długo rozbudzają się rano po czym wieczorami buszują do północy albo i dłużej. Oprócz objawów zewnętrznych wyróżniamy także objawy fizjologiczne, które manifestują się poprzez problemy jelitowe, jak biegunki, zaparcia, przelewanie w brzuchu, gazy, wzdęcia oraz odbijania. Mogą towarzyszyć temu nietolerancje, nadwrażliwości i alergie, które zazwyczaj są pierwszą oznaką dysfunkcji układu odpornościowego. Musimy wiedzieć, że objawy choroby są bardzo mocno skorelowane z przyczyną jej powstania oraz zależą od ogólnych predyspozycji naszego organizmu.
I zapewne o tym, że ma hashimoto myśli teraz 90% kobiet czytających ten tekst. Powyższe objawy są dość "popularne" u kobiet... tym bardziej powinniśmy się zastanowić, czy nie powinniśmy nieco zmienić swoich nawyków, żywienia. Ale zanim do tego przejdziemy - jeśli już czujemy, że to jest właśnie ta choroba, co dalej? Jakie badania wykonać, by mieć 100% pewność, że to właśnie to?
Najważniejsze są hormony tarczycy, następnie przeciwciała oraz dodatkowe parametry oceniające pracę pozostałych narządów, głównie nadnerczy, wątroby i przysadki mózgowej. Inne badania będą wykonywali pacjenci, którzy jeszcze nie mają postawionej diagnozy a inne osoby, które są w trakcie leczenia. Pacjenci Instytutu Medycyny Funkcjonalnej wykonują badania podstawowe i rozszerzone, w zależności od potrzeb, etapu powrotu do zdrowia oraz zasobności portfela. Niestety to ostatnie wiedzie prym, gdyż NFZ nie refunduje wielu badań. Wiele badań z kolei możemy wykonać tylko na wniosek lekarza specjalisty, z którym spotkanie możemy odbyć raz w roku. Takie standardy panują na przykład w szpitalu wolskim w Warszawie. Reasumując – jeśli chcemy monitorować podstawowy stan zdrowia wykonujemy oznaczenia TSH, FT3, FT4, anty TPO, antyTG i USG. Wykonanie tych badań dla wielu z nas bywa trudne do osiągnięcia w krótkim czasie, no chyba że sami sobie je sfinansujemy wówczas musimy liczyć się z kosztem około 150 -200 zł.
Przypuśćmy, że zrobiłyśmy badania i wyszło, że to hashimoto. Co dalej? Kilka razy zmieniałam swojego endokrynologa i żaden z nich nie powiedział mi nic więcej prócz tego, że mam brać tabletkę. Nikt nie powiedział mi skąd wzięła się ta choroba, co powinnam robić prócz zażywania leków. A przecież lekarz jest w tej kwestii bardzo istotny. Czym się kierować przy jego wyborze, gdzie znaleźć w ogóle osobę, która naprawdę będzie chciała nam pomóc, a nie tylko wystawić receptę i mieć nas z głowy.
Przede wszystkim musimy być „pod opieką” lekarza endokrynologa, który latami przyswajał wiedzę o tarczycy, nadnerczach i całym układzie dokrewnym. Nie zmienia to jednak faktu, że dzisiejsze metody leczenia Hashimoto bardzo mocno odstają od zachodnich standardów, głównie amerykańskich. Hashimoto jest chorobą układu odpornościowego a nie tarczycy zatem wskazane jest, by swoją uwagę w powrocie do zdrowia skoncentrować właśnie na nim. Przede wszystkim, zanim zaczniemy szukać osób, które mogą nam pomóc, zacznijmy sami inwestować swój czas w wiedzę na temat nas samych. Dzisiaj większą pomoc otrzymamy od naturopaty, ajurwedysty czy dietetyka klinicznego niż od lekarza niestety. W momencie otrzymania wyników musimy je przede wszystkim dobrze zinterpretować a następnie uruchamiamy google (śmiech) i szukamy specjalisty w swojej okolicy, który specjalizuje się w chorobach układu odpornościowego i który nie musi być lekarzem. Lekarza warto mieć oczywiście, nawet trzeba mieć, gdyż jest to jedyna osoba decyzyjna w kwestii ewentualnej podaży przez nas leków i jednocześnie miejmy obok siebie kogoś jeszcze. Pamiętajmy, że medycyna akademicka ma opłakane rezultaty leczenia chorób przewlekłych, czego nie możemy powiedzieć o transplantologii rzecz jasna.
Jak zatem leczyć tą chorobę? Skoro endokrynolog decyduje o podaży leków, o czym zadecydują inni? Czy chodzi tutaj głównie o kwestię żywienia? Co ma wpływ na nasilanie się się tej choroby, lub przeciwnie - na jej wyciszenie?
Absolutnie, leki są ostatecznością dlatego tez bardzo ważne jest do kogo trafimy z naszymi wynikami. Przede wszystkim dieta oraz suplementacja tej diety w mikro i makroskładniki. Hashimoto jest chorobą deficytową, które to deficyty objawiają się właśnie chorobą. To błędne koło, z którego możemy wyjść tylko dzięki sumiennemu przestrzeganiu pewnych zasad życia w zgodzie naturą. Chcąc doprowadzić do remisji choroby musimy zaangażować się we własne zdrowie. Jeśli będę tylko „zdrowo” jadła a codziennie będę nakładała na siebie mnóstwo chemicznych produktów, jak kremy, pomadki do ust, tusze do rzęs, które bogate są w ołów, to z jednej strony będę dbała o siebie a z drugiej będę miała to w głębokim poważaniu. Powrót do zdrowia to zintegrowany model zmiany życia i czasami nawet otoczenia, ludzi, miejsca. Jeśli chcemy zdrowieć musimy zmieniać dotychczasowe przyzwyczajenia, gdyż to właśnie one doprowadziły nas do miejsca, w którym obecnie się znajdujemy.
Myślę, że idealnie wyjaśniłaś nam czym jest hashimoto i wprowadziłaś nas w świat tej choroby. Znamy przyczyny, wiemy jak zdiagnozować chorobę i co robić dalej - myślę, że czytelniczki, które już w tym "siedzą" same dadzą nam tematy do kolejnych rozmów i będziemy wspólnie mogły znów rozwiać ich wątpliwości i im pomóc. Dziękuję Ci ogromnie za podzielenie się z nami Twoją wiedzą.
A Wy kochani - pamiętajcie, że razem z Magdą jesteśmy tutaj dla Was. W kolejnych wpisach postaramy się skupić już na konkretach i Wy oczywiście możecie jak najbardziej znów zadawać pytania, na które chciałybyście poznać odpowiedź. Jestem pewna, że nie mogłam znaleźć lepszego eksperta niż Magda. Pamiętajcie, że prowadzi ona autorskiego bloga www.paleolifestyle.pl, na którym znajdziecie mnóstwo artykułów i badań naukowych.
Wracając do hashimoto - wierzę i rozumiem wszystkie kobiety, które zmagają się z wszystkimi utrudniającymi codzienność objawami. Senność, wieczne zmęczenie, wahania nastrojów, ciągłe skoki wagi. Jestem jednak głęboko przekonana, że aby pokonać wroga, trzeba go najpierw poznać i też w jakiś sposób zrozumieć. I całym sercem wierzę w to, że wspólnie uda nam się to zrobić. Czekamy na Wasze komentarze i historie opowiadające o Waszym doświadczeniu z hashimoto. A może macie inne tematy, o których chciałybyście przeczytać w Strefie Eksperta? Czekamy na Was!
A tak poza tym, to nie zazdroszczę tej rzekomo "silnej" płci absolutnie niczego! No dobra. Jest jedna rzecz, której im cholernie zazdroszczę. Na przykład fakt, że starsi, siwawi już mężczyźni, nawet po 50, potrafią być cholernie seksowni, a kobiety już niekoniecznie... Tak, tak! Takie mam zdanie o starszych facetach i mogłabym tutaj śmiało wymienić sporo przykładów zarówno telewizyjnych jak i bardziej przyziemnych, gdzie siwy włos ( albo nawet jego brak) to nie znak starości, a chooooolernie kuszącej męskości ( rozmarzyłam się... ).
Tymczasem my kobiety, przepadłyśmy w tonach kosmetyków, szafach pełnych ubrań, w salonach kosmetycznych i na siłowniach. Nie robimy nic - jest źle. Robimy zbyt wiele - będzie jeszcze gorzej. Bo wiecie - przesada w żadną stronę nie jest dobra. Nie ma nic dobrego w zaniedbaniu, jak i nie ma nic dobrego w zbyt mocno przesadzonym dążeniu do perfekcji. Cenię sobie równowagę i znam granice, ale zdaję sobie sprawę, że te granice każdy ustala sobie indywidualnie sam. Dlatego nie oceniam, choć jakieś swoje zdanie w tym temacie mam.
Osobiście nie demonizuję ani medycyny estetycznej ani nawet chirurgii plastycznej. Możliwe, że sama skorzystam nawet z tego drugiego i może w końcu będę mieć wymarzony nosek - mniejszy i bez garbka. Czy widzę w tym coś złego? Absolutnie nic. Tak samo jak nie widziałam nic złego w tym, że zrobiłam sobie makijaż permanentny brwi i z czystej ciekawości wstrzyknęłam sobie 1ml kh w usta. Wszystko jest dla ludzi! Czy mój wygląd diametralnie się zmienił? Nie. Poprawiłam jedynie swój mankament, a zarazem usunęłam kompleks, który spędzał mi sen z powiek. Nieregularne, rzadkie brwi były dla mnie czymś czego nie mogłam u siebie znieść, a usta... usta zawsze miałam ( moim zdaniem) ładne i pełne. Ale ciekawość zwyciężyła i nie żałuję. Nie wyglądam jak glonojad, a jedynie delikatnie podkreśliłam to co już było samo w sobie piękne. Jeśli chodzi o zabiegi na ciało czy twarz - tutaj nie mam jakiegoś wielkiego doświadczenia. Nie robiłam nigdy nic mocno inwazyjnego. Jedynym zabiegiem na ciało, do którego była już potrzebna igła - była karboksyterapia. Co do twarzy, poddałam się jedynie mikrodermabrazji diamentowej z infuzją w głąb skóry i wspominam to bardzo miło. Fajny, krótki zabieg i bardzo fajny efekt.
Obecnie jestem wierna endermologii, na którą chodzę systematycznie już od prawie dwóch lat. Na ten czas wykonuję go w gabinecie beauty4ever równolegle z dość nowym dla mnie zabiegiem Vela Shape, o którym mówiłam Wam już setki razy na swoim InstaStories. Jeśli chodzi o endermologię, to jest to dla mnie absolutny sztos, który nie dosyć, że pięknie rozbija nam tkankę tłuszczową to jest dla mnie jeszcze czasem totalnego wyciszenia i relaksu. To jest po prostu cudowny i rozluźniający zabieg, po którym wstajemy wypoczęte, zrelaksowane i jakieś takie... smuklejsze ;)
Endermologia intensywnie pobudza naszą skórę, dzięki głowicy, która delikatnie zasysa nasze ciało i je masuje, rozbijając naszą tkankę tłuszczową i przywracając skórze gładkość i jędrność. Oczywiście ZAWSZE, ale to ZAWSZE (!!!) podkreślam, że na nic wymyślne zabiegi, jeśli zaraz po nich nagrodzimy się pizzą i colą. Dla mnie jakiekolwiek zabiegi na ciało to uzupełnienie w moim zdrowym stylu życia. Wykonując systematycznie endermologię i zdrowo jedząc, a jeszcze do tego włączając ruch - działamy kompleksowo i dbamy o nasze ciało w każdy, możliwy sposób. To o czym warto pamiętać, jeśli będziecie szukać w swoim mieście gabinetu, który wykonuje endermologię, to fakt, że zabiegi zabiegowi nie równy... dopytajcie o sprzęt, jakiego dany gabinet używa. Ja, korzystałam z najnowszej technologii, a mianowicie Alliance CELLU M6 - i byłoby super, gdybyście właśnie taki sprzęt znalazły, bo daję Wam słowo, że wtedy na pewno zobaczycie efekty. Zabieg może zostać przeprowadzony na partiach ciała, które najbardziej Was interesują. Ja wybrałam dolne partie czyli łydki, uda i pośladki. Więcej o endermologii możecie poczytać tutaj.
Kolejnym zabiegiem, który wykonywałam praktycznie przez cały lipiec i wrzesień raz w tygodniu, to zabieg Vela Shape. Wykonywałam go głównie na jednym obszarze, mianowicie pod pośladkiem. Walczyłam z ogromnym zgrubieniem, które mam już od prawie 10 lat. Zgrubienie zeszło w jakiś 50%, tymczasem jeśli chodzi o cellulit to w obszarze poddanym zabiegowi - pod obydwoma pośladkami - zniknął on całkowicie. Vela Shape zastosowany na przedniej części ud, dał efekt już po JEDNYM RAZIE, gdzie skóra natychmiast została wygładzona. Absolutny SZTOS i zdecydowanie najlepszy pogromca cellulitu.
Ten zabieg polega na wykonaniu masażu sprzętem, którym podgrzewa naszą tkankę tłuszczową i dzięki temu powoduje przyspieszenie krążenia w tkance tłuszczowej oraz pobudzenie metabolizmu. Nie należy to do najprzyjemniejszych zabiegów ever, i można nieco odczuć wysoką temperaturę na obszarze, na którym wykonywany jest zabieg, ale dla mnie to i tak był można powiedzieć żaden ból. Zresztą... czego kobieta nie zrobi w imię piękna, prawda? ;) Więcej o tym zabiegu możecie poczytać tutaj. Na potrzeby zdjęć strój prywatny nie został zabezpieczony - zawsze, w innym przypadku jest.
Beauty4ever ma w swojej ofercie znacznie więcej zabiegów niż te dwa, którym się poddałam, ale myślę, że to jeszcze nie koniec. Jestem otwarta na nowe wrażenia i testowanie tego typu rzeczy sprawia mi ogromną frajdę i sprawia, że coraz bardziej kocham bycie kobietą, serio! Gdybym miała worek kasy, najchętniej co drugi dzień leżałabym plackiem w tego typu gabinetach, gdzie profesjonaliści wklepywaliby we mnie rozmaite maseczki i masowali mnie od stóp do głów. Pozostawiam jednak tą wizję w sferze marzeń i korzystam z tego typu rzeczy w miarę swoich możliwości.
Nie boję się jednak otwarcie przyznać do tego, że takie coś sprawia mi ogromną radochę i często wychodząc z gabinetu, mówiłam sobie: tak to można żyć... ;) Czy jest w tym jakaś przesada? Nie ma absolutnie żadnej! Świat byłby piękny, gdybyśmy wszystkie mogły dostawać od niego możliwie najwięcej, chodzić zrelaksowane, wypoczęte i dopieszczone absolutnie maksymalnie! Nie jestem jednak pewna, czy tak samo myślałam o tym, kiedy nie było mnie stać nawet na lakier do paznokci za 20 zł - zapewne ze swoim starym charakterem, reagowałam wtedy na takie zabiegi tekstem, że ludziach się w tyłkom przewraca, ale... stare dzieje! Dziś każdemu, a w tym samej sobie, życzę z całego serca wszystkiego co najlepsze, w tym tego właśnie typu relaksu. Bo komu jak komu, ale nam pełnoetatowym mamom, które prócz wychowania dzieci, często prowadzą jeszcze własne biznesy i zajmują się domem - nam, trzeba tych "pieszczot" najbardziej! Naprawdę... dobrze być kobietą!
Będąc jeszcze w liceum, nie piłam wody praktycznie wcale. Piłam soki. Litrami. Wszystko zmieniło się w momencie zajścia w ciąże, a już na pewno kiedy Pola pojawiła się na świecie. To wtedy zaczęłam zgłębiać tajniki zdrowego żywienia i bardziej zwracać uwagę na to co jem i piję. Stopniowo zaczęłam przekonywać się do wody, najpierw nastawiając budziki ( żeby nie zapomnieć), potem w nawyk zaczęło mi wchodzić kupowanie butelek z wodą przy każdym wyjściu z domu. Ot tak, żeby zawsze mieć wodę w torebce. Kilka lat budowałam ten nawyk, aż nareszcie z ręką na sercu mogę powiedzieć, że od około roku, jest to dla mnie normalna rzecz, bez której nie wyobrażam sobie życia. Soki czy napoje gazowane mogą stać w lodówce ( dzięki F... ), a ja po nie nie sięgnę. Za to po wodę... piję ją NON STOP. Staram się nie dopuszczać nawet do uczucia pragnienia, do minimalnego odwodnienia. Woda to po prostu coś, bez czego organizm nie jest w stanie normalnie funkcjonować. I każdy, dosłownie KAŻDY powinien to sobie w końcu uświadomić.
Niestety, wciąż, na każdym kroku widzę, jak wielu ludzi, totalnie nie pamięta o piciu wody i jeszcze w dodatku nic sobie z tego nie robi. Wiecie... ja lubię pomagać ludziom i nie widzę nic złego w zwróceniu im uwagi, w zbudowaniu ich świadomości. Nie rozumiem jednak, kiedy takie coś spotyka się z reakcją dorosłego człowieka, który mówi mi: oj tam, przesadzasz. To wygląda mniej więcej tak, jakby dorosły człowiek, który sporo już przeżył i zaliczył kilka szkół po drodze - wciąż do tej pory nie dowiedział się, że bez wody... nie da się żyć. Szkoda, że tak wiele osób o piciu wody, przypomina sobie dopiero wieczorem.
Jeśli chodzi o mnie, nie pamiętam kiedy ostatni raz kupiłam wodę butelkowaną do domu. Odkąd na świecie są urządzenia filtrujące, a u siebie w Warszawie mam przepyszną kranówkę - nie kupuję wody do domu. Nawet na wyjścia staram się brać wodę z kranu w swój bidon, ale najczęściej jest to zbyt mała ilość, więc wtedy kupuję jakąś zdrową wodę, w małej butelce. Na co dzień jednak piję kranówkę i nie widzę potrzeby, by to zmieniać. W przekonaniu, że robię dobrze, utwierdziło mnie uczestnictwo w warsztatach kulinarnych Grohe, na których zaprezentowano nam innowacyjny produkt - baterię Grohe Blue Home, która jest prywatnym źródłem wody. Wszystko kryje się w jednostce chłodzącej, której rozmiary pozwalają na ukrycie jej w kuchennej szafce pod zlewem. Sprzęt ten pobiera wodę, filtruje, chłodzi i jeśli chcemy- nasyca bąbelkami. Sprzęt ten współdziała z baterią GROHE Blue Home, która posiada przyciski dzięki którym wybierzemy czy chcemy otrzymać wodę gazowaną, niegazowaną czy lekko gazowaną. Możemy też przygotować wodę z dodatkową zawartością magnezu. To zdecydowanie innowacyjne rozwiązanie, dzięki któremu nie tylko zaoszczędzimy, ale też zadbamy o środowisko i o swoje zdrowie. Grohe duży nacisk kładzie na dbanie o środowisko i szczególną uwagę zwraca na minusy wody butelkowanej - jednym z nich jest fakt, że do wyprodukowania litrowej butelki potrzeba 7 litrów wody. To naprawdę smutna rzeczywistość...
Na Warsztatach pod hasłem Zero Waste poruszyliśmy również tematy nie marnowania żywności. Pod okiem Grzegorza Łapanowskiego przyrządziliśmy kilka wspaniałych potraw, które z wielką ochotą spróbowaliśmy - tuż po zrobieniu setki zdjęć telefonami ;) Ale bloger jak matka - zawsze je zimne!
Ale wracając do tematu wody - jak się do niej przekonać? Możemy to zrobić na kilka sposobów. Przede wszystkim, musi nam to wejść w nawyk. Na początku zacznijmy od ustawiania sobie budzików i zawsze wtedy wypijmy szklankę wody. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, ja nie rozumiałam kiedyś jak można lubić smak wody, a teraz nie potrzebuję do niej żadnych dodatków. Kolejną pomocną rzeczą są tabelki, w których odhaczacie szklanki wody wypite w ciągu dnia. Jest ich mnóstwo do pobrania w sieci. Jeśli jednak smak wody jest czymś czego nie możecie znieść - mam dla Was kilka patentów od Grohe, które urozmaicą ten jakże niesmaczny dla niektórych płyn. Oto one:
1/4 ananasa
3 łodyżki melisy
2 łyżeczki soku z cytryny
1 pomarańcza
Ananas musimy obrać, wyjąć twardy środek, a owoc pokroić. Pomarańczę dzielimy na dwie części - z jednej połowy wyciskamy sok, drugą kroimy w plasterki. Sok wraz z plasterkami i ananasem wrzucamy do butelki/karafki. Dorzucamy opłukaną melisę i dodajemy dwie łyżeczki soku z cytryny. Dolewamy ok 1 l wody i wsadzamy napój do lodówki na pół godziny.
1/2 ogórka
2 łodyżki bazylii
2 plasterki cytryny
Ogórek opłukujemy, obieramy i kroimy w cienki słupki. Cytrynę myjemy i kroimy sobie dwa plasterki. Opłukaną bazylię, cytrynę i słupki ogórka wsadzamy do karafki, napełniamy wodą i wsadzamy do lodówki.
1 jałbko
1 łyżeczka nasion fenkułu
2 łodyżki mięty
Umyte jabłko kroimy na pół. Usuwamy gniazdo nasienne i cienko kroimy obie połówki. Do karafki wrzucamy łyżeczkę nasion fenkułu, opłukaną miętę i plasterki jabłka. Zalewamy wodą i odstawiamy na 30 minut.
To tylko trzy propozycje, ale tak naprawdę do wody możecie dorzucić absolutnie wszystko, co Wam smakuje. Truskawki, borówki, maliny, miętę, pomarańczę - jeśli ma Wam to ułatwić jej picie, kombinujcie. Pamiętajcie, że woda odgrywa znaczną rolę w żywieniu. Woda usuwa toksyny z naszego organizmu, pozwala nam odpowiednio trawić pożywienie, wpływa na termoregulację organizmu. Mogłabym wymieniać bez końca. Człowiek dziennie powinien pić od 2,5 do 3 litrów wody. Ile Ty pijesz? No właśnie... mało kto wie, że odwodnienie 2 czy 3 % masy ciała już wpływa na obniżenie naszej sprawności fizycznej. To dlatego tak wiele osób narzeka na to, że nie ma sił i że szybko się męczy. Przy 5 % dochodzi już do poważniejszych zaburzeń: kręci nam się w głowie, jesteśmy osłabieni. Ma to również wpływ na naszą psychikę, o czym mówi się niewiele. To co bardzo ważne - istnieje pewne minimum, które powinniśmy dostarczać absolutnie bez żadnego ale, by uniknąć zmian patologicznych. Jest to mniej więcej litr wody na dzień. A niektórzy nie piją nawet tyle - nic dziwnego, że jesteśmy tak osłabieni i pozbawieni życia. Pamiętajmy, że woda znajduje się również w produktach, którymi możemy wzbogacać swoją dietę, np. owoce, warzywa kapustne czy okopowe - to są produkty zawierająca najwięcej wody. Pozostałe typu pieczywo, kasze itp, zawierają już tylko śladowe ilości.
Podsumowując: bez wody nie da się normalnie funkcjonować i powinien to sobie uświadomić każdy człowiek. Nie chodzi tutaj o pstryczka w nos i pokazanie jak to teraz jestem mądra, bo piję tyle wody - chodzi o budowanie świadomości, o edukowanie w tym temacie i zwracanie uwagi każdemu jak leci - pamiętajcie nie tylko o sobie, ale i o innych. Upominajcie nie po to, by wytknąć komuś błąd, ale po to by o niego zadbać.
Na koniec mam dla Was jeszcze małą porcję zdjęć z warsztatów pod hasłem Zero Waste. Było ciekawie, inspirująco i smacznie. Oby więcej takich spotkań, które niosą ze sobą tak ogromną wartość!
Pierwszy raz, zrobienia burgerów podjęłam się kiedy mieszkaliśmy jeszcze na Bemowie. Zrobiłam wtedy je dość "prosto", bo skład był bardzo pospolity: sałata, ogórek, pomidor, kawałek mięcha. Tym razem trochę podniosłam sobie poprzeczkę, ale tylko TROCHĘ. Wiecie, że u mnei to musi być prosto, tanio i w miarę szybko. W kuchni jestem amatorem, ale przecież żeby coś smakowało, trzeba mieć choć ciut umiejętności - i myślę, że to ciut wystarczyło, bym stworzyła coś prostego, a... nieziemsko dobrego! Bo jeśli facet, który gotuje w domu niemalże każdego dnia i jest w tym po prostu mistrzem - chwali Cię i mówi, że to co zrobiłaś, było smaczne, pycha i w ogóle och i ach - to wiedz, że włożyłaś w to naprawdę kawał swojego serducha i nie mogło po prostu wyjść inaczej. Ale dobra. Bo ja tu pitu pitu jak zawsze, a Wam pewnie język do tyłka ucieka i czekacie na te nieziemskie przepisy... no to jedziemy.
Burgery zrobiłam na dwa sposoby. Jeden był totalnym eksperymentem, bo zmieszałam różne smaki, których nie łączyłam nigdy wcześniej. To był oczywiście... mój burger. Burger mojego F. był z kolei dość klasyczny, ale nadal z zachowaniem wszystkim norm, by pozostał FIT. Wstrzeliłam się w gusta swoje i jego I D E A L N I E. Najpierw zdradzę Wam patent na burger nr 1 czyli mój.
Składniki:
Na początku przygotowujemy sobie pastę z groszku. Polega to na niczym innym jak jego zmiksowaniu. Mój wyszedł trochę rzadki, ale właściwie nie na tyle, by wyciekał z burgera. Jednak w domyśle, miało to mieć konsystencję typowej pasty do smarowania. Rozgrzewamy piekarnik, w którym przez kilka minut będziemy robić chipsy z jarmużu. Musimy skropić jarmuż oliwą i posypać solidnie solą morską lub przyprawami wedle uznania, np. różnorakie zioła. Ja rozgrzałam piekarnik do ok. 100 stopni i ... zawsze piekę wszystko na oko. Pilnowałam, żeby się nie spaliły i patrzyłam czy są chrupkie. Mięso - mięso rozbiłam i przyprawiłam solą himalajską, pieprzem i curry. Wrzuciłam na patelnię grillową, na której było ciut ciut oleju kokosowego. Kilka plastrów cukinii również skropiłam lekko oliwą i przyprawiłam solą, pieprzem i majerankiem. Jeśli chodzi o sól, używam jej naprawdę w mega śladowych ilościach. Bułkę możecie podpiec w piekarniku lub na patelni grillowej - jeśli wybieracie opcję drugą, pamiętajcie, żeby odbywało się to bez tłuszczu, bo bułka Wam nasiąknie. Musicie zrobić to na sam koniec! Ja osobiście podpiekłam bułkę na patelni grillowej, a później wrzuciłam na chwilę do piekarnika. Sos robimy wedle uznania - ja zmieszałam jogurt naturalny z posiekanym koperkiem, dodałam trochę soli, pieprzu, cukru trzcinowego i jeden ząbek czosnku.
Poniżej na zdjęciach, macie wszystko po kolei :)
Mój burger wyszedł... obłędnie! Idealne połączenie smaków, aromat groszku, chrupiący jarmuż i soczyste mięso. No i moja ukochana cukinia... nie mogło wyjść inaczej!
Składniki:
I tak jak poprzednio. Robimy sos wedle uznania, u mnie tak samo jak w powyższej opcji. Myjemy rukolę. Mięso z kurczaka... zmieliłam! Nie mam maszynki do mielenia, po prostu pocięłam mięso na mniejsze kawałki i zmiksowałam w swoim sprzęcie do ... koktajli :D Zmielone mięso wymieszałam z solą, pieprzem i majerankiem i uformowałam "placek" do burgera. Pieczarki przyprawiłam tak samo jak mięso i wrzuciłam na patelnie grillową ( na olej kokosowy). Ogórek małosolny pokroiłam na 3 grubsze plastry. Na koniec podpiekłam bułkę ( chwilę na grillowej, chwilę w piekarniku).
I poniżej zdjęcia pokazujące powyższy schemat:
I jak ? Podoba Wam się efekt? Burgery tylko wyglądają na bombę kaloryczną, ale tak naprawdę wypchane są ... warzywami! Co przecież widać. Domowy fit burger tego typu, nie dosyć, że jest posiłkiem w pełni wartościowym, dostarczającym nam to co najlepsze - to jeszcze w dodatku obłędnie smakuje! Podsumowując, burgery i ich skład były moim "wymysłem" i uznaję to za mój autorski przepis. Amatorka, bo amatorka, ale nie jest to też z drugiej strony ryż z kurczakiem. Jakie są moje spostrzeżenia? F. twierdzi, że w swoim burgerze nic by nie zmienił. Nie wspomniał nawet słowem o serze, którego sądziłam - będzie mu brakowało. Co do mojego zielonego burgera - nieco pokombinowałabym ze smakiem jarmużu, to był mój debiut. Myślę, że następnym razem dodam mu nieco więcej ziołowego i pieprznego aromatu. Całość - dla mnie wyszła bombowo. Lubię rzeczy, które smakują zdrowo i biją na łeb, swoje fast-foodowe odpowiedniki. Może nie przygotujemy tego w pięć minut, ale jeśli ma to być pomysł na przykład na romantyczną kolację... to chyba warto postać w kuchni ciut dłużej.
Ja jestem wniebowzięta, że wszystko wyszło tak smacznie i że mój F. spałaszował to ze smakiem. Jeśli Twój mężczyzna drży na myśl o zdrowych posiłkach - zrób mu burgera po męsku. Śmiem twierdzić, że to go przekona.
Tymczasem życzę Wam smacznego. Jeśli macie chęć odtworzyć mój przepis i podzielić się nim w mediach społecznościowych - pamiętaj, by oznaczyć mnie na zdjęciu - sprawi mi to ogromną radość! Tymczasem... zainspirujcie się i stwórzcie swój burger idealny. Czekam na Wasze propozycje innych składników i kombinacji. Pokaż mi swój idealny domowy fit burger!
