Nie zrozumcie mnie źle. Kocham życie w stolicy i kocham SWOJE życie. Od tego, co miałam tutaj, świadomie uciekłam. Ale im jest człowiek starszy tym bardziej docenia. Przyjaciół, rodzinę, ich obecność. Nawet jeśli wcześniej częściej nas ona irytowała niż sprawiała radość ;) W stolicy jestem trochę samotna, to jest fakt. Mam wspaniałą córkę, ale nikt nie wpada do mnie na spontaniczne pogaduchy, a ja w chwilach słabości nie mogę nikogo odwiedzić i wypić herbatki. Jeszcze dwa lata temu przyjeżdżałam do rodzinnego miasta i po jednym dniu byłam chora - zbyt duże różnice charakterów i inne podejścia do życia były dla mnie nie do przeskoczenia. Dziś staram się będąc tutaj, spędzić z każdym trochę czasu. Z przyjaciółką, z siostrą, z rodzicami, z teściową, dawną znajomą.
Obecność obecnością, ale najbardziej jednak brakowało mi czasu, w którym leżę i pachnę i nic nie robię. Dziecko biega sobie po ogrodzie, a ja mogę poleżeć i popatrzeć w niebo. Tak wyglądała właśnie niedziela... jedyny dzień, który spędziłam tak beztrosko w ogrodzie moich rodziców. Zrywałam czereśnie w sadzie za domem, myłam pomidory w zlewie na tarasie. Gotowałam szparagi, bób i jadłam je na świeżym powietrzu. Dziś, zdrowe żywienie to dla mnie gra kolorów i rozsądek - bez większych wyrzeczeń. Większość z nas doskonale wie, że warzywa i owoce stanowią podstawę diety. Ale czy wiecie, że dziennie powinniśmy ich spożywać min. 400 g? Szklanka soku może stanowić jedną z pięciu zalecanych porcji tych produktów dziennie. Biorąc pod uwagę to, że warzywa i owoce można spożywać pod różnymi postaciami, wydaje mi się, że możemy zjeść ich nawet więcej niż zalecane minimum. Najważniejsze, żeby było zdrowo i kolorowo :) Nie bez powodu mówi się często o warzywach, że to "zdrowie na talerzu". Warzywa i owoce prócz oczywistych zalet takich jak utrzymanie prawidłowej masy ciała, pełnią również ogromną rolę w profilaktyce zapobiegania nowotworom czy chorobom takim jak Parkinson, Alzheimer.

No ale... skoro gra kolorów to i kolorowe soki. Wbrew krążącym po świecie mitom, że do soków dodaje się cukier, ogłaszam wszem i wobec, że do soków owocowych, 100% warzywnych i pomidorowych cukru się NIE DODAJE... :) Zabrania tego europejskie i polskie prawo. Mało tego, w związku z tym, że soki powstają z warzyw i owoców, to zachowują podobny poziom składników odżywczych co te produkty.
I ja, i moja mama często przekomarzamy się w swoich racjach w wielu, naprawdę wielu tematach. Ona ma swoje racje, ja mam swoje. Koniec końców - obie się wzajemnie od siebie uczymy. Ona przekazuje mi wiedzę z książek, które kupuje - ja przekazuję jej wiedzę, którą nabywam na spotkaniach z ekspertami czy z materiałów naukowych. Kiedy kilka lat temu przeszłam na dietę, odrzucałam jej wszystkie pomysły i rady. Nie słuchałam się jej w wielu kwestiach, które teraz w dorosłym życiu okazują się jednak ważne. Jeszcze kilka lat temu, to o co mama suszyła mi głowę, np. recycling, było dla mnie nie do pomyślenia. Kiedyś recycling ogólnie nie miał aż takiego znaczenia jak teraz, ale dziś, kiedy świadomość ludzi wzrasta, bardziej zwracamy na to uwagę, zwłaszcza, że jest to ważny element dbania o środowisko. Np. opakowania kartonowe nie obciążają środowiska i mogą być bardzo łatwo poddane recyclingowi. Są wykonane z odnawialnych materiałów pochodzenia roślinnego i pomagają zredukować ilość marnowanej żywności. Dodatkowo chronią produkty bez stosowania konserwantów.

Przykładem są właśnie soki dostępne w opakowaniach kartonowych. Jak się okazuje, zachowują one świeżość i jakość bez użycia konserwantów, a dzieje się to za sprawą tego, że kartoniki składają się z kilku warstw, które chronią żywność przed niepożądanym działaniem czynników zewnętrznych takich jak wilgoć, tlen czy światło. Przed światłem, chroni cienka warstwa aluminium, dzięki której sok zachowuje swoją barwę, fakturę, a także składniki odżywcze. Szczelne opakowanie to także bariera przed drobnoustrojami. Dlatego na przykład szklanka soku pomarańczowego, także tego pasteryzowane w kartonie, zabezpiecza dzienne zapotrzebowanie na witaminę C w ok. 50-60%. Witamina ta na przykład pomaga w utrzymaniu prawidłowego funkcjonowania układu odpornościowego i ochronie komórek przed stresem oksydacyjnym oraz w prawidłowej produkcji kolagenu w celu zapewnienia właściwego funkcjonowania naczyń krwionośnych, kości, chrząstki, dziąseł, skóry i zębów. Mama miała rację... :P
Mój czas spędzany w ogrodzie rodziców, nie mógł się ograniczyć co prawda do jednego soku, bo przy takiej ilości domowników, raczej jeden rodzaj nie zadowoliłby wszystkich. Ja z Polą, preferuję raczej sok pomarańczowy, a moja siostra sok jabłkowy. Pamiętam też, że jak miałam może z 11 lat, to moja mama codziennie piła z Patrycją sok marchwiowy, bo przecież beta-karoten i te sprawy, a opalenizna wchodziła wtedy "na salony" :P
Dzisiaj bardziej niż na opaleniźnie, nam wszystkim zależy po prostu na zdrowiu. Czas w w ogrodzie przypomniał mi czasy, w których rodzice zawsze byli tymi, którzy wszystko wiedzą najlepiej. Choć wtedy drażnili mnie swoimi naukami, to jednak zakorzeniły się gdzieś one w mojej głowie i teraz wychodzą mi na dobre. Nawet banalny przykład opakowań kartonowych - czy wyobrażacie sobie, że "nauki" z tym związane mogły jakkolwiek zainteresować 16 latkę? Nie było o tym w ogóle mowy. Dziś zainteresowana tematem, przeczytałam o opakowaniach kartonowych kilka stron, starając się zrozumieć, w jaki sposób nam nie szkodzą, a wręcz przeciwnie. A kiedyś... kiedyś nie kumałam, jak takie coś jak karton, może w ogóle być tematem do rozmowy czy przemyśleń. Wtedy to wszystko mnie denerwowało, ale dziś mogę podsumować to jedynie dwoma słowami: na zdrowie.
Tej ostatniej niedzieli u rodziców, odłożyłam laptop i postanowiłam po prostu delektować się chwilą. Dzieciaki od rana do nocy szalały na zielonej trawie, pałaszowały czereśnie i popijały soki. Wszechobecna natura - tego było mi trzeba...
Materiał sfinansowany ze środków Funduszu Promocji Owoców i Warzyw. Organizator Stowarzyszenie Krajowa Unia Producentów Soków.








Właśnie w ten weekend, kiedy nareszcie temperatura przekroczyła 15 stopni, a słońce wyłoniło się zza chmur, poczułam, że żyję... nie wiem jak Wy, ale ja dostaję jakiegoś fioła czując wiosenne powietrze. Coraz częściej stwierdzam, że nie nadaję się do mieszkania w Polsce, gdzie tylko przez jakieś cztery miesiące w roku jest ciepło. No tak się nie da żyć, serio! I taki jest potem efekt, że jak tylko można zrzucić zimową kurtkę i wystawić twarz na słońce, to człowiek wariuje! A już tym bardziej wariuję ja, która spędza właśnie swoją pierwszą wiosnę w nowym mieszkaniu... i tak jak przypuszczałam, dbanie o to mieszkanie i dopieszczanie go, by było adekwatne do pór roku i by sprzyjało mojemu nastrojowi - to właśnie stało się jakąś mega, niewyobrażalnie miłą przyjemnością.
Muszę Wam powiedzieć, że miniony, wiosenny weekend to były dla mnie dwa dni, w których znalazłam czas na wszystko: na basen, na pracę ( jeden dzień wolnego wzięłam we wtorek i zaległości tyle, że nie pytajcie), na książkę, na spacery, na plac zabaw, na zakupy ( służbowe O.o ) , na dobry film, na sprzątanie, na kupno świeżych kwiatów, na zabawę z dzieckiem, na wyjście na obiad... no serio. Mam wrażenie, że ten weekend trwał jakieś 5 dni. Tyle wspólnie zrobiliśmy! Ale efekt jest... mamy naładowane akumulatory, zrobiliśmy wspólnie z F. sporo blogowej roboty, nacieszyliśmy się sobą baaardzo mocno i jeszcze w dodatku mamy wysprzątane mieszkanie. No i pozbyliśmy się Polkowego wózka, ha! Pola przy swoim wzroście wyglądała w nim już co najmniej dziwnie. Co prawda używany był już tylko w nagłych przypadkach, raz na ruski rok, ale jak już był używany, to wyglądałam tak, jakbym wiozła dziecko do szkoły. Takie to moje dziecko długie. Po rodzicach.
No ale dobra - jak przygotowaliśmy to nasze mieszkanie do wiosny i co nas jeszcze czeka? Bo czeka nas jeszcze wiele... Przede wszystkim...
Działka mojego F. to mycie okien, ale mycie podłóg czy mebli zostawiam sobie - no jakimś cudem nawet to lubię. Mam wrażenie, że przy sprzątaniu nie myślę, nie zawracam sobie głowy pierdołami, skupiam się na tym, żeby dobrze zrobić robotę. Poza tym - wiecie, wszystko w mieszkaniu jest nowe, więc sprzątanie to póki co sama przyjemność. Pytałyście o rozłożony stół od Vox - przyznam, że nawet go jeszcze sama nie rozkładałam, ale zrobię to i Wam pokażę ( już niedługo). Jeśli chodzi o jego czyszczenie to wypucowałam go... ściereczką marki Kolorado namoczoną wodą. Tak samo krzesła Closer. Kiedyś w poprzednich mieszkaniach bawiłam się jakimś specyfikami, ale przy tych meblach nic prócz wody nie trzeba, serio.


Kuchnię wciąż mamy kartonową, toteż wszystkie gary i wszystko co na wierzchu non stop się brudzi i trzeba to myć... w łazience. Trochę się ostatnio wycwaniłam i do rzeczy, które są po prostu zakurzone, mają jakieś lekkie zabrudzenia, biorę sobie małą miskę wody i czyszczę je wszystkie przy stole. Swoją drogą, nienawidziłam kiedyś mycia patelni, ale w zeszłym roku w necie, upolowałam dwie takie duże i myją się rewelacyjnie. Można z nimi w sumie robić wszystko. Wstawić do piekarnika, do lodówki, do zmywarki. No i łatwo się myje, a już najlepiej używać zmywaków, które są skuteczne a nie szorują powierzchni. Wypucowaliśmy w weekend wszystkie garnki, pochowaliśmy te niepotrzebne i mało używane do kartonów i trochę tak się obluźniło. Ale i tak brak kuchni zaczyna mocno uwierać... i już byśmy ją mieli, gdyby nie to cholerne, absurdalne ubezpieczenie... ( 7 tysięcy... o Panie!!! :( )



Narożnik Repos póki co się nie brudzi, mało tego, można z niego zdjąć siedziska i odkurzyć wszystko to co wpadło pod nie. Jest wysoki, więc to co pod nim, na podłodze, też na bieżąco wciągam. Muszę przyznać, że wybór mebli to był jednak przemyślany. Aha no i w mieszkaniu panuje bezwzględny zakaz jedzenia i picia na narożniku. Jest on jednak trochę łamany, kiedy dziecko idzie spać, a starsi chcą pochrupać sobie chipsy. Ale wszystkie dowody zbrodni są szybko usuwane, toteż młodzież nie widzi i nie przyswaja tych absurdalnych zachowań :P
Tak jak w poprzednim mieszkaniu, nawet kwiaty nie wyglądały dobrze we wszechobecnym brązie, tak na nowym, w bieli, wszystkie wyglądają obłędnie i proszę mi dać tylko worek pieniążków, a będę kupować je codziennie. Szczerze? To tak cudowna przyjemność, że już nie wyobrażam sobie bez niej życia. Kwiaty to życie, natura, wiosna przeniesiona z łona natury do wnętrz. Na początku ma się bzika na punkcie kwiatów, później na punkcie wazonów do tychże kwiatów. Dlatego już się boję ilości wazonów, które przyjdzie mi kiedyś kupić... na razie mam trzy. Szklany w łazience myję normalnie wodą z płynem do naczyń, a te biało szare na stole w "kuchni" taką fajną gąbczastą ściereczką marki Kolorado. Są pakowane po trzy i starczają na baaardzo długo.



No jakieś muszą być. Na stole zadomowiły się dwa motyle, a na stoliku kawowym napis SPRING, co by nie było wątpliwości jaką porę roku teraz celebruję. Obok napisu spring wylądował jeszcze odświeżacz powietrza Aromella - również marki Kolorado. Mam kilka zapachów i wyobraźcie sobie, że mój F. który za żadnymi zapachami tego typu nie przepada, chodził ostatnio i wąchał, mówiąc "coś tu tak ładnie pachnie...". A potem jeszcze powiedział, że powinnam rozstawić ich więcej ... O.o Ale w sumie coś w tym jest. Zapach jest, ale delikatny. A jednak daje efekt. Tu odświeżacz, tu świeże kwiaty i proszę - żaden smród nam nie straszny :P



Najlepszy łup tej wiosny, 13 ziko za dwie sztuki, gdzie normalnie były chyba po 15 zł za jedną? Ale, że Alicja ma szczęście, to zawsze w marketach wyłapuje ostatnie sztuki, zapomniane, rzucone w kąt, których nikt już nie chce. I zobaczcie - tak się marnowały i tak chodziłam i je oglądałam, aż w końcu wzięłam i co? No przecież bez nich to ja sobie już tej wiosny nie wyobrażam. Dla mnie efekt jest boski!!! To nic, że tylko dwie. Lepsze dwie takie niż, cztery byle jakie. No, wiecie o co mi chodzi. Jakość nie ilość, o!

Nooo kocham no! Ja wiem, że można je jeść 365 dni w roku. Ale wiosną i latem smakują jednak najbardziej. U mnie króluje tradycyjny pudding chia, choć przyznam, że ten ze zdjęć, to bardziej mleko z chia, bo bez lodówki jakoś ciężko, żeby nam to wszystko zgęstniało. Ale coś tam nasionka i tak napęczniały i było smaczne. Deserek jest banalny. Wsypujemy do szklanki dwie łyżeczki nasion chia, zalewamy mlekiem ( ale tak maluuutko tego mleka, tak na "dwa palce" :D Mieszamy, wstawiamy do lodówki. Niby w necie piszą, żeby wstawić na całą noc, ja wstawiałam zawsze na pół godziny i było ok. Niebawem znów będę wstawiać, jak tylko dostarczą mi lodówkę :P Ach, no i jak taki deser wyjmiecie to sobie wrzucacie do niego co tam chcecie - banany, borówki, truskawki, wiórki kokosowe - no co Wam się tylko podoba.
Do porannych śniadań czy właśnie do takich deserów spijam też sobie drugą, zaraz po BeauTea, ulubioną herbatkę ActiviTea. Ta owocowa herbatka z dodatkami super-food ma smak pomarańczowo-imbirowy i zdecydowanie nadaje się na przejściowe pory roku takie jak jesień czy zima. Na hasło MAMALA25 macie 25% na wszystko w Natural Mojo.


Jakoś tak wiosennie, to najbardziej mi podchodzi do relaksu Manufaktura Codzienności. Taka lekka, nastraja mnie do życia, budzi we mnie wszystkie pozytywne emocje, wyzwala spokój. Kocham swój salonowy kącik, a jeszcze bardziej pokocham balkon, choć pewnie nie uda nam się go zagospodarować w tym roku. Zbyt dużo wszystkiego do zrobienia jeszcze... Ale już sobie to wyobrażam. Jakaś bujawka czy wygodny fotel, promienie słońca i ja... zaczytana, zamyślona. W swoim własnym, harmonijnym świecie. Już to czuję, wiecie?

A wiecie co w tym wszystkim jest najlepsze? Że przy tej wiośnie to aż się chce... chce się marzyć, planować, sprzątać, po prostu coś robić. Jeszcze wiele mamy do zrobienia - musimy zamontować szyny do zasłon, kupić i powiesić zasłony i firanki. Chcielibyśmy kupić dywan do salonu, szafkę rtv, zawiesić telewizor na ścianie. Chcielibyśmy dostać zastrzyk gotówki, zrobić kuchnię i nareszcie normalnie gotować obiady. I chcielibyśmy kiedyś na balkonie zrobić sobie swoją małą oazę spokoju, natury, miejsca wypoczynku, wieczornych pogaduszek. I to wszystko na razie kiełkuje tylko w mojej głowie, ale już się tym cieszę - jakby było moje, jakby już tu było. Ot moc przyciągania. Wizualizacje, które stosuję już od dzieciństwa, zanim wiedziałam, że powstaną o tym książki i że jest to sekret, który kiedyś znali tylko nieliczni. Skąd ja to wiedziałam, będąc małym dzieckiem? Skąd miałam tą umiejętność i świadomość, że życie moje będzie toczyło się tak, jak ja sobie to wyobrażę? Nie wiem, ale jestem za tę umiejętność niezwykle wdzięczna!
Póki co... jutro zabieram się za sprzątanie sypialni. W niej też jeszcze sporo do zrobienia. W ogóle, w całym domu trzeba w końcu zagospodarować łyse ściany przecież! Ale najpierw to sprzątanie... i Wam nie jest ono straszne, kiedy za oknem taka pogoda, a do domu przez uchylone okienko wpada takie orzeźwiające, wiosenne powietrze? Chcę wierzyć, że tak! Zainwestujcie w świeże kwiaty, kupcie jakiś mały nawet, wiosenny akcent do mieszkania. Wysprzątajcie sobie wszystko i zobaczycie, że od razu lepiej się człowiekowi wstaje.
Ach, no i może Wam się przydać informacja, że w dniach 11-17.04 w sieciach sklepów Mila, będzie promo na produkty Kolorado - na pewno Wam się przydadzą do bezstresowego sprzątania.
To jak? Wiosenne porządku już za Wami, czy przed Wami? A może potrzebowaliście jakiegoś bodźca, żeby się za to zabrać? Mówcie co chcecie, ale w bałaganie to się żyje naprawdę słabo. Porządek = harmonia, spokój, czyste myśli. Tylko w porządku można te rzeczy odnaleźć. I z tego miejsca pragnę podziękować mojej mamie, którą tyle lat obserwowałam i dzięki temu mogę teraz ją naśladować i tak jak ona, dbać o atmosferę w domu. Pewnie jestem trochę wkurzająca dla Poli i dla F. mówiąc, żeby łapali za uchwyty ( jak moja mama mówiła mi) i żeby odkładali wszystko na swoje miejsce ( tak jak moja mama... ) ale wierzę, że ma to sens i że jest potrzebne, by w dziecku od maleńkości zaszczepiać zamiłowanie do estetyki i porządku. Ja co prawda nauczyłam się tego dopiero na swoim, bo wcześniej to byłam śmierdzącym leniem, który robił rodzicom na przekór, ale... lepiej późno niż wcale.
Pięknej wiosny kochani!












Wielu rzeczy nauczyłam się od moich rodziców. Ale od mojej mamy nauczyłam się czegoś, co mi teraz naprawdę ułatwia życia - stawianie na jakość. Nawet jeśli miałoby się na tą jakość robić dużo więcej niż na byle co. Odkąd pamiętam, mimo, że nam się jakoś super nie przelewało, moja mama wolała kupić mi raz na rok jedne porządne buty, niż co kilka miesięcy kupować byle jakie z targu. Ja wręcz odwrotnie - jarałam się, że coś ma niskie ceny, nawet jeśli rozwalało się po miesiącu i znów musiałam kupować nowe. W miarę upływu lat zaczęło mi się odmieniać. Kiedy szłam na nowe mieszkanie, postanowiłam sobie, że nie będę wydawać pieniędzy na tandetę. Wolę nie mieć czegoś w ogóle, niż mieć coś, na co za chwilę nie będę mogła patrzeć. Dlatego jestem jeszcze bez zasłon, a zamiast kryształowych żyrandoli wiszą nade mną żarówki. Zapewne będę to wszystko urządzać latami, patrząc na to ile kosztują rzeczy, które sobie ubzdurałam w głowie, ale... satysfakcja będzie przeogromna.
W ostatnim czasie za cel, wzięłam sobie łazienkę. To na niej całkowicie się skupiłam i chciałam ją dokończyć tak w 100%. Żeby już w ogóle potem o niej nie myśleć. Matko. Kiedy już myślałam, że najgorsze za mną, czyt. płytki, wanna itp - to okazało się, że głupiego kosza na pranie szukałam po nocach przez... miesiąc. Ale ostatecznie... wszystko już jest. Wszyściutko. Nie dodałam do łazienki koloru, prócz różowego jabłka, ale za to kupuję co kilka dni świeże kwiaty, która rozświetlają całą biało-szarą łazienkę. Dla mnie? Spoko. Lepiej być nie mogło!
Chciałabym Wam dzisiaj wszyściutko opisać, ale oczywiście tak w miarę sprawnie, co by Was nie zanudzić. Zacznę chyba od podstaw, czyli płytki, armatura, a na końcu pokażę Wam dodatki. Które jak Boga kocham, mam nadzieję, że wybierałam ostatni raz w życiu. No dobra. Przedostatni. Zapewne z moją głową pełną pomysłów, jeszcze kiedyś zmienię miejsce zamieszkania.
W sumie, w całej łazience jest 5 rodzajów płytek. Na podłogę, wybrałam wielkie białe płytki podłogowe Super White marki Azario. Ich rozmiar to 80 x 80 . Jest to gres polerowany, impregnowany w technologii NANO. Dzięki takiej technologii kolor produktu jest bardziej uwydatniony, a sam produkt jest bardziej odporny na działania z zewnątrz.

Na ścianie z wanną i z lustrem położony jest mój faworyt, czyli hiszpański gres Cement Blanco od Azario o wymiarach 60 x 60. Jest piękny, nie widać na nim żadnych zacieków. Można go położyć zarówno na podłogę jak i na ściany. W przypadku mojej łazienki, na ścianie z wanną, na tym szarym gresie, jest zrobiona jeszcze taka ścianka ledowa. Ona wyłożona jest dekoracyjną płytką Zanzibar White Leafs ( Azario) o wymiarach 90 x 30. Płytka ta jest bardzo delikatna, ale mojemu fachowcowi udało się pięknie wszystko połączyć i stworzyć cudną, dekoracyjną ściankę, która świeeeeci w ciemnościach :P


Na ścianie naprzeciwko lustra, znajduje się płytka Zanzibar White Plain. Nie jest to śnieżna biel. Różnice w kolorze widać przy połączeniu płytki z szafką w zabudowie. Wymiar płytki to 90 x 30.

No i element, która nadaje łazience nieco przytulności, to płytki Cerrad, a konkretnie Mattina Sabbia - drewnopodobna płytka, która znajduje się u mnie na ścianie z drzwiami. Nie jest jej za dużo, ale przebywając w łazience, ociepla ona cała pomieszczenie.

Jeśli chodzi o wannę, to nie miałam jakiś specjalnych wymagań. Ma być prosta i ... długa ;) Wybrałam wannę do zabudowy, bo jednak w tak małym pomieszczeniu wanna wolnostojąca musiałaby być naprawdę malutka. Może taka mała wanna, sprawdziłaby się, gdybyśmy z F. mieli po 160 cm wzrostu, ale przy naszych długich nogach, długość wanny 170 cm to tak naprawdę absolutne minimum. Wanna jest szersza tam gdzie opierają się nasze plecy i lekko zwęża się w miejscu, w którym są nasze nogi. Wygląda to naprawdę fajnie. Wanna to MORENA od Azario, a jej wymiary 170x70.



Do wanny dobraliśmy zestaw prysznicowo-wannowy Rain Altar White od Excellent. Niektóre zestawy elementu np. słuchawka są w kolorze białym co znacznie ułatwia czyszczenie, bo w tych miejscach nie widać zacieków i są łatwiejsze w utrzymaniu czystości. Zamówiliśmy również parawan nawannowy, który widzieliście na wizualizacji, ale stwierdziliśmy, że niestety wejście do wanny będzie mocno ograniczone - z jednej strony parawan, z drugiej ubikacja. Tak czy siak przekręciłam sobie głowicę deszczownicy i śmiało jej używam, mimo, że trochę nachlapię. Pola też uwielbia deszczyk jak siedzi w wannie, więc nie mam w głowie czegoś takiego, że mogliśmy sobie to darować. Owszem, trochę nie przemyśleliśmy wejścia do wanny, ale koniec końców i tak wyszło super.




Nie skorzystałam z rad, żeby na ubikacji sobie usiąść, zanim się ją kupi. Wzięłam w ciemno i wybór okazał się dobry. Zresztą - no chyba już producenci WC wiedzą jak je robić, żeby człowiek nie czuł, że siedzi na czymś na czym siedzieć się nie da :P Przecież nie będę się na tym tematem tutaj rozwodzić :D

Wybrałam miskę podwieszaną Azario Argus , bez kołnierza, z deską wolnoopadającą. BEZ KOŁNIERZA - to jest dopiero wygoda w utrzymaniu czystości, serio. A tą gównianą robotę trzeba przecież sobie jakoś ułatwiać, co nie? O stelażu wam zbyt wiele nie napiszę - widziałam tylko karton i nie pytałam o szczegóły. Wiem, że jest to stelaż podtynkowy Roca Duplo.
Przycisk do WC, jest bardzo prosty, nowoczesny i... biały :P To przycisk Roca PL1 Dual biały, ale nie mogę go znaleźć na stronie. To identyczny przycisk jak ten tutaj, tyle że ten na stronie jest w chromie.

Zakochałam się w niej już wtedy, kiedy dostałam rzuty wizualizacji, ale szczerze? Na żywo jest jeszcze piękniejsza. Mam wrażenie, że nadaje tej łazience takiego szyku, takiej ... elegancji. Duża, solidna, śnieżno biała. Umywalka Oristo Opera 2 jest meeeega długa, bo ma aż 120 cm i bardzo szerokie ranty - 20 cm. Połączyliśmy ją z szafką Oristo Silver, która ma dwie naprawdę wielkie szuflady, pomiędzy którymi jest taki wąski, lustrzany "pasek". W pierwszej szufladzie trzymam wszystkie ręczniki, a w drugiej całą chemię, a mam jej naprawdę sporo.



Bateria to Omnires Sacramento również z dodatkiem bieli.
Te zwykłe drabinki, które zastaje się w mieszkaniach w stanie deweloperskim, nie wydawały mi się aż takie złe, dopóki nie zobaczyłam projektów łazienki, do których takie zwykły grzejnik totalnie nie pasował. Wymieniłam go więc na bardziej zgrabny i nowoczesny grzejnik Terma Quadrus Slim. Bardzo fajnie się go czyści, bez ryzyka utknięcia palca między żeberkami ;) Wygląda naprawdę zgrabnie i jest bardzo prosty. I o to chodziło.


Wszystkie powyższe rzeczy zamawiałam z salonu BLU. O całym procesie pisałam Wam we wpisie na temat wizyty w BLU salony łazienek.
Tutaj to już się nagimnastykowałam i to tak naprawdę... konkretnie. Bo weź w głowie sobie wyobraź i przyczep oświetlenie z internetowego obrazku do tego co masz przed oczami - swojej łazienki. Jak już znajdywałam jakieś fajnie oświetlenie sufitowe, to nie znajdywałam kinkietu, który będzie w miarę z tym sufitowym współgrał. Pamiętacie jak wspominałam Wam o stylu glamour? Trochę potem odeszłam od tych sztywnych ram glamu i stwierdziłam, że po prostu będę kupować co mi się podoba, niezależnie od stylu, byle ze sobą współgrało. Ale to oświetlenie jednak musiało być w tym stylu glamour, jakoś tak mocno się na to nakręciłam. Wiecie jak to jest z oświetleniem. Tego wszystkiego jest po prostu tak mnóstwo, że nie zliczę godzin jakie przesiedziałam w necie, żeby się na coś zdecydować. Kojarzę już tyle plafonów i tyle kinkietów, że głowa mała.
Na oświetlenie sufitowe wybrałam piękną lampę sufitową Casino. Szczerze mówiąc, zdjęcia nie oddają jej uroku. Lampa posiada cztery źródła światła i jest zrobiona z metalu i kryształu. Metal to oczywiście ta chromowa podstawa. Producentem lampy jest Spotlight. Ja zamówiłam ją na stronie mlamp.pl.


Jeśli chodzi o kinkiet, to nie wiem jakim cudem, ale udało mi się znaleźć, coś co wygląda niemalże jak z tej samej kolekcji co lampa Casino, a wcale z niej nie jest... ba. Nawet producent jest inny, bo kinkiet jest od producenta Zuma Line. Zamówiony również na mlamp.pl. To czym oświetlenia się różnią to to, że u dołu kinkietu wiszą kryształowe breloki - cudnie to wygląda.


Moje wymarzone... duże i okrągłe. O takim Wam non stop mówiłam, prawda? No jest! Wyśnione! :) Lustro Tondo, z białą ramą z lakierowanego MDFu ma aż... 90 cm średnicy! Możecie je dostać też w mniejszych rozmiarach: 50, 60, 70 i 80 cm. Mi oczywiście zależało na jak największym , toteż decyzja o 90 cm. Lustro jest naprawdę wysokiej jakości, o czym świadczy duża przejrzystość i wysoki połysk, na którym mega mi zależało. Wyglądałoby pięknie również na przedpokoju. Wyobraźcie sobie... piękna szklana konsola, świeże kwiaty w wazonie, a nad nią takie piękne, okrągłe lustro.


Lustro zamówiłam ze strony LePukka. Jest na niej jeszcze kilka faworytów, których widziałabym w swoim mieszkaniu, ale... pomalutku. Nie wszystko od razu.
O drzwiach pisałam już w tym wpisie - KLIK. To drzwi ASILO PERTINI 4 bezprzylgowe z mleczną szybą. Ościeżnice są regulowane bezprzylgowe. Zamówiłam je w salonie VOX w Jankach. Klamki ( Voltare) , które wybrałam robią w tej łazience mega efekt. Komponują się z całą resztą idealnie. No i nie wiem jak Wam, ale mi mega się podoba ich połączenie z tą drewnopodobną płytką. Drzwi mają na dole podcięcie wentylacyjne.



Szafkę robiłam w bardzo profesjonalnej, warszawskiej stolarni na zamówienie - pod wymiar. W środku są 4 półeczki, więc nie dosyć, że każdy ma swoją, to jeszcze wszystkie takie ogólne rzeczy jak mydło, pasta do zębów itp. mają też swoje miejsce. Namiary mogę podać na priv jeśli ktoś chce, ja jestem bardzo zadowolona. Czas oczekiwania też nie był długi, bo ok. 2 tygodni.

Jeśli chodzi o dodatki to największy problem miałam... ze wszystkim :D A tak serio to tak naprawdę, największa rozkminę miałam odnośnie zapełnienia przerwy między pralką a ubikacją. Żebyście widzieli moje zrezygnowanie... każdej nocy, jak już wszyscy posnęli z 1,5 h przeszukiwałam internet, mierzyłam i ... albo za drogie, albo jednak nie pasuje, albo za szerokie... albo niedostępne! Ale koniec końców, znalazłam szafeczkę robioną jak dla mnie, bo akurat mieście się na styki w tej szczelnie i w dodatku jest praktyczna. Pochowałam w niej chusteczki higieniczne, szczotki, grzebienie, prostownice, suszarki itp. Na szafce postawiłam taką betonową miseczką, która pierwotnie była do wacików, ale jednak wylądowała tutaj i jest w niej zawsze rolka papieru. Pod ręką, a co. Postawiłam też dwa ozdobne jabłuszka, mimo, że nie wiem w jaki sposób odwołują się one do klimatu łazienki - ale niech tam na razie będą :P

Kamienny zestaw na umywalce poruszył moje serce, choć tak jak wcześniej wspomniałam początkowo na waciki było to, w czym teraz jest papier. To w czym obecnie znajdują się waciki pojawiło się w Zarze jakiś czas później. Dokupiłam, zrobiłam podmiankę i wygląda to o niebo lepiej. Na pralce postawiłam sobie dwa druciane koszyki, w jednym są ręczniczki do rąk, w drugim again... papiiir. Na wannie w iście wielkanocnym klimacie stoi sobie śnieżno biały zajączek i kto wie, może będzie tam stał tak 365 dni w roku. Ładny jest. Jeśli chodzi o kosz na pranie, to tu już nawet nie wspomnę ile się go naszukałam. Znam już wszystkie modele i wymiary każdego kosza w internecie. Dacie wiarę, że kosz na bieliznę może kosztować nawet 800 zł? Ja dam, bo to własnie ten, który mi się jako jedyny spodobał, ale no serio... nie wydam takiej kwoty, choćbym miała tam wrzucać gacie ze złota. Noł łej. Ostatecznie wybrałam taki prosty, beżowy, który można u góry zawiązać i ma po bokach śliczne, skórzane rączki.
A teraz co by Was dłużej nie zanudzać, wypiszę Wam wszystkie dodatki i napisze skąd są, jakby ktoś chciał sobie ich poszukać :) No ale oczywiście najpierw je Wam pokażę.









Szafka z szufladami - Zara Home
Kamienne akcesoria łazienkowe - Zara Home
Mydło na sznurku ; dywanik, kosz na pranie - WestwingNow
Ręczniki - Westwing
Zając; jabłka - KiK
Łazienka przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Fakt, że tak długo na nią czekałam, tyle razy zmieniałam koncepcję, a w ostatnim czasie każdy grosz wkładałam właśnie w nią - sprawia, że widzę w niej nie tylko wiecie... piękno, ale też mój wysiłek, moją radochę, moją bieganinę za każdą najmniejszą pierdołą. Zrobiłam ją totalnie pod siebie, tak żeby podobała się mi, a nie spełniała oczekiwania innych ludzi. Kiedy wybierałam produkty, ludzie robili oczy, że wszystko takie jasne... i ja się przez chwilę nad tym wahałam. Czy robię dobrze? Ale teraz kiedy do niej wchodzę, wiem, że warto iść za głosem własnego serca, a nie patrzeć na innych :)
Kto by pomyślał, że do stworzenia tak pięknej łazienki przyczyni się tylu ludzi... mój fachowiec, który odwalił kawał dobrej roboty i zrobił wszystko jak należy, a tego bardzo się bałam! Mogę Wam oczywiście podać namiary na priv jeśli tak jak ja cykacie się, że traficie na majstra z piwkiem, który nie wiem co to jest poziom, a co to jest pion ;) Ekipa z salonu łazienek BLU w Białymstoku, która pokazała mi cały asortyment, doradzała. Projektantka Marta z salonu BLU w Słupsku, która zniosła dzielnie jakieś 248580303 telefonów i e-maili i zrobiła dla mnie najlepszy projekt o jakim nawet nie śniłam. Wdzięczna jestem też mojemu F. że dał mi wolną rękę i pozwolił wybrać wszystko pod siebie - kocham tego gościa, no! No i samej sobie też przybiję piątkę, bo jakby nie patrzyć, to wszystko to moje wybory, których finalnie nie żałuję. Wręcz przeciwnie - jestem z nich naprawdę zadowolona! :)
Wiem, wiem. Jaram się tak, jakbym pisała Wam co najmniej o jakimś luksusowym apartamencie, ale dla mnie to wszystko to jest spełnienie marzeń o własnym kącie i serio... jakoś nie umiem ukrywać tej radości. Nie z chęci jakiegoś chwalenia się, a zwyczajnie z chęci podzielenia się tym co mnie tak cieszy... i bardzo mi miło, że mogę dzielić się z Wami swoimi czterema kątami i że tak wiele z Was cieszy się z tego tak jak i ja. Jesteście niezastąpione!
A teraz jeszcze kilka ujęć z łazienki... oglądajcie, a ja zabieram się za plany co do dalszej części mieszkania... będzie się działo!



















Ostatnie z wynajmowanych mieszkań było w większości brązowe, a ja tego koloru we wnętrzu nienawidzę, toteż nie dekorowałam nigdy stołu, bo i tak wyglądał wg mnie beznadziejnie. Nie miałam też do tego motywacji, właśnie przez to, że mieszkanie nie było moje. Teraz jest inaczej. Każda zakupiona rzecz, nawet głupia szklanka to radość nie do opisania, serio! Dzisiaj kupiłam kwiaty do wazonu w łazience i co chwilę chodzę, spoglądam, zachwycam się. Nareszcie jestem na swoim, nareszcie wszystko robię pod siebie. I nareszcie mam motywację, a wręcz przeogromną chęć, by sobie to gniazdko dopieszczać w każdym tego słowa znaczeniu. Nie mam umiejętności dekoratorskich, nie mam za bardzo zmysłu estetycznego, ale zauważyłam, że w tym mieszkaniu trochę rozwijam skrzydła. Dacie wiarę, że przez ponad 20 lat swojego życia, nigdy nie przygotowywałam stołu na żadną okazję? A dzisiaj przygotowałam ten mój nowiuśki stół w kuchni, po kilku godzinach łażenia po galerii za podkładkami, szklankami itp. Kilka rzeczy miałam zakupionych już wcześniej, np. wazony, paterę. Sztućce i zastawę miałam w kartonach już od kilku miesięcy, ale nie otwierałam, bo bez kuchni zapewne szybko by mi się to wszystko poniszczyło. No ale dziś otworzyłam i... dla mnie jest pięknie :) Celowo tytuł tego wpisu zaczyna się od słów: mój pomysł, bo żadna ze mnie dekoratorka i nie poczuwam się do tego, by Was tutaj jakoś wielce inspirować. Chcę się jedynie podzielić, a nóż jakieś rzeczy wpadną Wam w oko i będą pasować i na Wasze stoły. Najpierw pokażę Wam kilka fot, a później napisze skąd jest co :)

















Zacznę może od podstawy tego wszystkiego, czyli stół z krzesłami. Stół to kolekcja Simple z Vox. Padło o niego wiele pytań na stories, głównie o to, czy jest rozkładany. No więc - jest. Rozkłada się do owalnego kształtu. Średnica stołu złożonego to 110 cm. Blat po rozłożeniu mierzy 160 lub 210 cm - w zależności od tego iloma wkładkami go przedłużymy. Stół dostępny jest w czterech kolorach: dębowy ( mój), szary, czarny i biały.
Mega rewelacyjne są krzesła Closer z kolekcji 4 You. Posiadają obrotowe siedziska, dzięki czemu nie trzeba obracać się z całym krzesłem przy zmianie pozycji. Są naprawdę wygodne i każdy z mojej rodziny kto już mnie odwiedził podziela mój zachwyt :) Na krzesła można dokupić pokrowce w innym kolorze - ja sobie ten dodatek darowałam.
To co na stole wymienię Wam poniżej. Jeśli macie jakieś pytania o ceny czy inne szczegóły - śmiało piszcie w komentarzach, na wszystko jak zwykle odpowiem :* A jakie Wy macie pomysły na swoje świąteczne stoły?
Zastawa - Villeroy & Boch upolowane na Westwing
Sztućce - HardangenBestikk z Westwing
Szaro-białe wazony, mała patera, biały zajączek, srebrne jajeczka, podstawki na jajka - KiK
Ozdoba z jajeczek i sianka - biedronka
Serwetki materiałowe ( 100 % len), szklanki - Zara Home
Pierścienie na serwetki - Primavera Home
Podkładki pod talerze - Home and You
Teraz celebrować nadchodzącą wiosną i ogólnie celebrować życie nauczyłam się w sposób bardzo prosty. Choć rok temu wydawało mi się, że przede mną jeszcze masa materialnych wielkich pragnień do zrealizowania, tak teraz widzę, że stały się one po prostu jakimś tam rozmytym obrazem, który nie jest mi potrzebny do pełni szczęścia. By naprawdę być szczęśliwym, trzeba jedynie odnaleźć siebie - nie ma czegoś takiego, że : będę szczęśliwa, jak już będę miała kasę. Będę szczęśliwa, jak już kupię auto, dom, wyjadę na wakacje. To wszystko daje tylko chwilową radość, nie daje trwałego szczęścia. To piękne dodatki, które przy spokoju ducha i życiu pełnią życia, mogą je uczynić jeszcze bardziej ekscytujące. Ale jeśli nie ma tego spokoju, jeśli w głowie nie wszystko jest poukładane - otoczka będzie tylko odskocznią.
Dlatego tak bardzo zwracam obecnie uwagę na to co jest tak blisko, co jest na wyciągnięcie ręki. Żyję z dnia na dzień, wiedząc, że jedyne co jest prawdziwe i ważne to tu i teraz. Nie ma już dla mnie przeszłości i przyszłości. Nie uzależniam już swoich nastrojów od sytuacji materialnej, choć wiadomo - ciężko być optymistą, kiedy nie starcza człowiekowi na podstawowe potrzeby. Ale jeśli tylko to co podstawowe jest zaspokojone - nie trzeba mi czegoś większego do szczęścia. Co nie oznacza, że w jakimś stopniu do tego nie dążę - bo dążę. Lubię się rozwijać, iść do góry, a co za tym idzie, zgarniać za to profity i żyć lepiej. I to w jakiś sposób uszczęśliwia również. Ale to tylko dodatek. Wiecie. Odkąd pamiętam, ale teraz dużo bardziej nauczyłam cieszyć się i i być wdzięczną za każdą nawet maleńką rzecz, która wywołuje uśmiech na mojej twarzy, lub po prostu sprawia, że czuję się dobrze. Roztaczanie wokół siebie aury takiej wdzięczności i sympatii, do chwil, momentów, ludzi, a nawet przedmiotów - sprawia, że świat zaczyna Ci sprzyjać. Otwierasz na niego swojego serce, a on otwiera się na Ciebie. I to jest piękne. Nauczyłam się kochać siebie najbardziej na świecie i traktować siebie najlepiej jak potrafię. Nie ma już ciuchów po domu, nie ma niedbałych posiłków, kiedy jestem sama. Dlaczego mam siebie traktować gorzej od innych, skoro sama dla siebie powinnam być najważniejsza?
Staram się celebrować każdą chwilę w moim życiu, choć wiadomo - nie zawsze jest to możliwe. Mam swoje fazy na pewne rzeczy. W jednym miesiącu wolę czytać książki, w drugim odpocząć przy serialu na netflixie. W jednym wolę się modlić w kościele, w innym w domowym zaciszu. Marzec rozpoczął się najpiękniej jak tylko mógł - uroczystością rodzinną, pięknymi prezentami, wspaniałą pogodą. Dziś chciałabym Wam przedstawić swoje maleńkie przyjemności, które w marcu są mi szczególnie bliskie, stały się moimi hitami i sprawiły, że się uśmiechnęłam. A uśmiech jest wart naprawdę wiele.

Tę książkę dostałam od swojej siostry na nowe mieszkanie. Już przy słowie: codzienność, wiedziałam, że to coś dla mnie. Dlatego, że właśnie tę codzienność uważam za życie. Dopiero zaczęłam czytać, a już wiem, że przepadnę dzisiejszego wieczora i przez kilka następnych. Nie chcę poznać wszystkich kartek w moment, bo magia, której dostarczają mi słowa z nich płynące, powinna trwać dużo dłużej. Kilka kartek. Każdego dnia. By żyć lepiej, pięknieć, zatracać się w chwilach, w momentach. Joasiu z Manufaktury Splotów - twoja książka będzie jedną z tych, które przyczyniają się do tego, że jestem coraz bardziej szczęśliwym i wolnym człowiekiem. Manufaktura Codzienności to kolejna książka, która jest ważnym momentem w mojej podróży w głąb siebie...

Jakiś czas temu szłam sobie wolny krokiem do kościoła. Najbardziej lubię chodzić do niego rano. Pola chodziła jeszcze do swojego starego przedszkola, więc jak zwykle przy kościele mijałam tłum ludzi, czekających na otwarcie sklepu ze starociami. Raz na dwa tygodnie, w poniedziałek jest dostawa towaru, a w kolejce już godzinę przed otwarciem czatują Ci, którzy zajmują się wyłapywaniem tego, co można upolować i sprzedać drożej. Ja spokojnie w tym czasie uczestniczyłam we Mszy Świętej, po jej zakończeniu poszłam jeszcze upolować coś do lumpeksu obok, a potem ryyyyn - do staroci. Niczego za bardzo nie dostrzegałam no i jeszcze ten tłum ludzi, który nie za bardzo mi sprzyja :P No i coś tak mi się w oko rzuciło - drzewko szczęścia. Nie mam czegoś takiego, ale... lubię takie rzeczy. Lubię coś, co się ze szczęściem kojarzy, niekoniecznie myśląc, że ma mi to szczęście przynieść, ale jednak skoro się kojarzy - to będzie na mnie dobrze wpływać. No i biorę do ręki, oglądam. Odkładam. Znów biorę, znów odkładam. Myślę: a po co mi to. Ale jakoś tak ruszyć z miejsca nie mogłam, więc myślę: może jednak powinnam wziąć. I już się wiele nie zastanawiałam, wzięłam, położyłam na wagę, wyszło 6 zł, rewelacja. F. stwierdził, że wygląda raczej jak drzewko nieszczęścia, ale co on tam wie. Jest trochę powykrzywiane, a ja tam wcale nawet nie kombinowałam, żeby mu te gałęzie tam wyginać w inną stronę. Takie dorwałam i niech takie będzie. Spoglądam na nie i jakoś tak sobie w głowę wbiłam, że ten symbol szczęścia piękną aurę w mojej sypialni rozsiewa.

Zapach tej herbaty roznosi się po całym domu prawie każdego wieczora. Nawet mój F. stwierdził, że pięknie pachnie, choć zazwyczaj moje herbaty czy kosmetyki zawsze mu śmierdzą. Owocowa herbatka, w której znajdziemy wszystko co najlepsze dla skóry, włosów, paznokci: płatki róży, maliny, trawa cytrynowa, hibiskus, owoce dzikiej róży i nie tylko... Pięknie pachnie, jeszcze lepiej smakuje. Zdecydowanie najlepsza z herbat, jakie ma w swoim asortymencie moje ukochane Natural Mojo. Co bardzo ważne, herbaty Natural Mojo posiadają logo Fair Tea co oznacza wsparcie pracowników np. z Afryki czy Chin. Fair Tea to finansowanie projektów na rzecz szkół i opieki nad dziećmi. Nie dosyć, że spijam obłędną herbatę, to jeszcze czynię dobro. Piękna sprawa.
Od teraz do środy na hasło MAMALA30 macie 30% zniżki przy zakupach za min. 230 zł.

Kiedy w zeszłym roku w lipcu, ścięłam włosy i odstawiłam w kąt prostownicę, obiecałam sobie, że kupię sobie jakieś rewelacyjne kosmetyki do włosów. W Rossku, dorwałam jednak za dużo niższą niż przewidywałam cenę złotą odżywkę i złoty szampon, firmy wtedy mi nie znanej. Kto ogląda InstaStory ten wie, że przypadkowy zakup, okazał się strzałem w dziesiątkę. Po długim czasie chciałam wypróbować inną odżywkę i wzięłam tą koloru białego. OMG - strzał w dziesiątkę po raz kolejny, a nawet i lepiej, bo zapach jest... awrrr obłędny. Nawet teściowa powiedziała, że czuć w całym domu. Odżywkę wmasowuję w umyte, wilgotne włosy i wystarczy jej dosłownie kropelka, przynajmniej na moją długość włosów. Może dlatego starcza na tak wiele miesięcy. Odżywka, którą kupiłam teraz zawiera olej babassu, które odpowiada za nawilżenie, wzmocnienie i zmiękczenie włosa. Zawiera też pył diamentowy, który nadaje włosom blask ; no i olej pequi, który przeciwdziała mierzwieniu się włosa, a także pomaga zachować jego dobrą kondycję. Damn, szkoda, że ten akapit to nie współpraca, tylko moja dobra wola, by Wam to polecić, bo to jest po prostu... DOBRE! Ba. Bardzo dobre. A stosunek jakości do ceny...ajjj nie będę mówić, że za tanie, bo jeszcze ceny podwyższą :P

Jego w tym wpisie miało nie być, miał być miłym dodatkiem do zdjęć, ale czyż nie jest uroczy? A przynajmniej na tyle uroczy, bo o nim wspomnieć, poświęcić mu kilka zdań? Upolowałam go na akcji #VIPshopping w sklepie KIK. Jest miłym, wielkanocnym akcentem w mojej sypialni no i jest przesłodki, no. Nie wiem czy sklep KIK jest w Waszym mieście, ale jeśli szukacie wielkanocnych ozdób za niską cenę, to będzie to dobre miejsce. Ja zaopatrzyłam się w biało-złote świeczki, wielkiego białego zająca, drewnianą tackę w kształcie zająca i kilka innych rzeczy, które pokażę Wam już niebawem w iście wielkanocnym wpisie.
Ach, dużo więcej chciałam Wam pokazać, ale w sumie zostawię to sobie na inne wpisy. Swoją drogą, podoba mi się taka forma pokazywania Wam moich drobnych radości, które dają mi takie właśnie rzeczy. Przecież radość i celebrowanie codzienności, to własnie zapachy, smaki, litery, przedmioty, które cieszą oko. Czy tak właśnie nie jest? No i oczywiście jakże mogłabym zapomnieć - mamo, dziękuję Ci za tą piękną, marmurową tacę - robi robotę, zwłaszcza na zdjęciach! Psss- to też prezent na nowe mieszkanie. Fajnie mam, co?
A jakie są Wasze marcowe hity i drobne przyjemności? :)








I owszem, kilka razy coś mnie od tej myśli odciągało, że może jednak jakiś cieplejszy kolor, ale no... jednak pierwotny pomysł wygrał. Miałam żałować, miałam przeklinać. I tak też nawet przez chwilę było. Było, bo skończyło się w momencie, w którym mieszkanie zaczęło już jakoś wyglądać. Przez pierwszy miesiąc, a nawet ponad byliśmy bez drzwi i listew, więc non stop robił się syf i właściwie nie dało się ocenić, czy ta podłoga jest dobrym wyborem czy nie, bo bez listew to wyglądało tragicznie. Wiecie, na początku ekscytacja, ale gdzieś po miesiącu zaczęłam się męczyć i wkurzać, zwłaszcza na syf, który non stop się robił. W ogóle jeszcze przed jakimkolwiek położeniem paneli, rozważałam jeszcze opcję parkietu, ale stwierdziłam, że to jednak nie na moją kieszeń. O tym kiedy lepiej jest położyć parkiet a kiedy panele przeczytacie tutaj - klik.
Koniec końców, w połowie lutego odbył się montaż drzwi i listew, a już minutę po jego zakończeniu, obdzwaniałam całą rodzinę i wysyłałam zdjęcia. I to był dopiero moment, w którym poczułam, jak to jest mieć piękne, własne gniazdko. Właściwie to czułam się tak, jakbym nigdy na oczy nie widziała czegoś takiego jak drzwi, serio. Do tej pory się nimi jaram. Bo własne, bo białe, bo solidne, bo piękne.
Ale do brzegu. Drzwi, podłogi - dostałam o to kilkadziesiąt zapytań i wciąż dostaję. I z całą przyjemnością Wam o tym wszystkim napiszę, bo wybór jest trafiony, a moja uśmiechnięta facjata mówi chyba sama za siebie. Oczywiście wiele z tych pytań jest o koszta i nie dziwi mnie to wcale. Jakiekolwiek nawet plany należy zacząć od przeczytania artykułu : Ile kosztuje położenie paneli lub parkietu? . Kiedy już sobie to wszystko mniej więcej przeliczycie, będzie wiedzieć w czym pozwala przebierać Wam budżet.
Ta cudna biała podłoga w moim mieszkaniu, to laminowane panele IMPRESSIVE, które są wodoodporne. Cudownie widać na nich słoje drewna i ogólnie... cała ich faktura jest boska, a reakcje wszystkich, którzy widzieli ją u mnie na żywo mówią same za siebie. W salonie Vox w Jankach, specjalista od podłóg upewnił mnie, że wybór jest dobry, że panele rzeczywiście są wodoodporne, a nie że to tylko jakieś nic nie warte zapewnienia producenta. Na podłogę czekałam stosunkowo krótko, bo już na następny tydzień od zamówienia, czekała sobie spokojnie w magazynie. Zamówiłam opcję z montażem, więc nie musiałam po nią jeździć, tylko w dzień montażu, po prostu ją przywieziono i zamontowano. Z tego co pamiętam pan od montażu ma chyba ponad 10 letnie doświadczenie, więc w sumie byłam spokojna, że powierzam to mu, a nie przypadkowej ekipie.
Odbiór podłogi był jeszcze w czasie robienia łazienki i przed malowaniem salonu. W mieszkaniu było pełno sprzętów i... brudu. No i ciężko było mi ocenić, czy ta podłoga wygląda fajnie czy nie. Bo była zwyczajnie brudna, mimo wielokrotnego mycia. W sumie w pierwsze dni, kiedy chodziłam oglądać mieszkanie, chciało mi się ryczeć :D Ewidentnie myślałam, że ta podłoga nie jest wcale biała i że nie można jej doczyścić :D Dopiero w miarę upływu czasu, jak już zamieszkaliśmy i zakończono całą brudną robotę, podłoga przejrzała i z dnia na dzień, z każdym kolejnym myciem zmyłam z niej chyba wszystkie osadzone na niej pyły itp. I co się dzieje teraz? To samo co z każdą inną podłogą. Trzeba odkurzyć, trzeba umyć i tyle. Oczywiście, że paprochy rzucają się w oczy bardziej niż na ciemnej podłodze, ale mając tak cudny efekt, nie jest to dla mnie absolutnie żadnym problemem. Podłoga wygląda obłędnie, a już zwłaszcza, jak jest świeżo umyta i do salonu wpada słońce. Jej faktura doprowadza mnie do pozytywnego szaleństwa i jaram się nią każdego dnia :D Tyyyyle o niej marzyłam no i mam! A co do sprzątania - z każdym kolejnym meblem, mam go coraz mniej. Wystarczy spojrzeć na to, ile podłogi zabrał mi sam narożnik, a dojdzie jeszcze kuchnia, szafka rtv, witryna, dywan... Chociaż aż mi szkoda zasłaniać dywanem tych paneli, ale jakoś tak nie wyobrażam sobie kącika w salonie bez dywanu ;)
Tak więc - jestem zadowolona. Podłoga jest śliczna, zdecydowanie nie wygląda jak większość paneli, które widujemy w sklepach. Na pierwszy rzut oka widać tutaj wysoką jakość i nikogo za specjalnie nie muszę nawet do tego przekonywać. Do podłogi dobrałam klasyczne listwy LAGRUS CLASSIC - białe, malowane.
Na drzwi kompletnie nie miałam pomysłu. No że miały być białe to oczywiste, ale nie miałam totalnie rozeznania. Je również wybierałam w salonie Vox w Jankach i dzięki Bogu, że trafiłam na tak cudowną Panią, która wszystko mi pokazała i wyjaśniła, bo sama to bym sobie totalnie nie poradziła. Nie wiem ile czasu wtedy spędziłam w salonie, ale ostatecznie zdecydowałam się na drzwi ASILO PERTINI 4 bezprzylgowe z mleczną szybą. Ościeżnice są regulowane bezprzylgowe. Na drzwi czekałam ok. 6 tygodni, ale... było warto. Baaardzo, ale to bardzo podoba mi się efekt końcowy jaki uzyskałam przy ościeżnicach do sypialni i pokoju Poli - było tam bardzo mało miejsca, te dwie pary drzwi tworzą ze sobą kąt prosty. Koniec końców - wyszło IDEALNIE.
Szczerze mówiąc większy problem niż z drzwiami miałam... z klamkami. Totalnie nie wiedziałam co będzie pasowało do mojego wnętrza, i kiedy się już zdecydowałam, a Pani wklepywała zamówienie do systemu, w ostatniej chwili zobaczyłam klamkę w katalogu, o której pomyślałam: to jest to! Z tego co pamiętam, klamka była nowością i nie było jej jeszcze w salonie, więc nie mogłam obejrzeć jej w realu, ale czułam, że to dobry wybór i zaryzykowałam. Nawet pan monter, który był montować mi drzwi ( ten sam co podłogi) powiedział, że montuje ją po raz pierwszy i że jest "kozacka!" - i ja się z panem monterem totalnie zgadzam. Model klamki to VOLTARE :)
Zacznijmy od podłogi. Nie należała do najtańszych, ale uważam, że jej jakość idzie w parze z ceną. 33 opakowania paneli, na powierzchnię ok. 60 metrów to koszt 5,846. Do tego trzeba zawsze doliczyć listwy, które umieszcza się pomiędzy pomieszczeniami, tutaj był to koszt 230 zł i podkład: płyta eko-por + folia paroizolacyjna - 509 zł .
Montaż paneli i podkładu z folią - 1,188 zł. Ja brałam opcję montażu, która jest przy zakupie produktów VOX, ale to nie jest koniecznie, możecie poszukać fachowca na własną rękę. Ile to wtedy będzie kosztowało? Stawki są różne, choć można sobie to "mniej więcej" wyliczyć. U mnie jak widzicie za ok. 55 metrów, na których znalazła się podłoga, wyszły niecałe 2 tysiące. Łącznie z wyżej wymienionymi kosztami za wszystko wyszło ok. 7700 zł.
Najlepiej przed podjęciem decyzji o tym komu chcecie powierzyć montaż, zróbcie rozeznanie: niech wyceni to Wam kilku fachowców, byście mogli sobie porównać ich oferty. Zanim jednak się na cokolwiek zdecydujcie, zapoznajcie się z poradnikiem Ile kosztuje położenie paneli lub parkietu? , który wyjaśni Wam od czego zależą stawki i jak one mniej więcej wyglądają.
Jeśli chodzi o koszt drzwi ( x3 ) , ościeżnic, klamek, zamków itp - za całość wyszło niecałe 7 tysięcy już z montażem. Z kolei listwy wraz z montażem to koszt ok. 1600 zł.
Po pierwsze - wielki ukłon w stronę ekipy z Salonu Vox w Jankach w tym monterów. Ich pomoc w wyborze, w przeprowadzeniu przez produkty, asortyment itp. była nieoceniona, a wierzcie mi, że kompetentna obsługa przy tak poważnych wyborach, jest nieoceniona. Na prawdę czuć było, że każdy troszczy się o klienta i traktuje jego "rozterki" jak swoje własne. Naprawdę szacun, bo nie wszędzie można się spotkać z takim podejściem.
Po drugie - jestem totalnie zszokowana efektem końcowym. Nareszcie mam JASNE mieszkanie, o jakim marzyłam. Podłoga pięknie się domywa i nie ma z nią takich problemów, przed jakimi wszyscy mnie ostrzegali. Drzwi są na zamek magnetyczny, więc ich zamykanie to po prostu bajka no i... nie da się nimi trzasnąć :P O żesz, no i właśnie sobie uświadomiłam, dlaczego moje dziecko nie trzaska już drzwiami :D Muszę też przyznać, że nawet moja rodzina, która była przeciwna przeważającej bieli, była oczarowana kiedy zobaczyła jak podłoga i drzwi wyglądają w gotowym już wnętrzu.
Wiadomo, o gustach się nie dyskutuje, ale dla mnie - miłośniczki bieli i szarości, to mieszkanie jest idealne. Oczywiście nie sugerujcie się tym, że jest jeszcze dość łyso, bo zapewne jeszcze wiele miesięcy urządzania przed nami, ale uważam, że baza jaką stworzyłam, daje mi wielkie pole do popisu. No i cieszę się, że jakość widać tutaj gołym okiem. To było dla mnie ogromnie ważne ;) Jestem ciekawa jakie kolory przeważają w Waszych mieszkaniach i czy jest wśród Was śmiałek, który też zdecydował się na białą podłogę :P Dajcie znać i podsyłacie mi ciekawe pomysły na zagospodarowanie ścian - sklepy z fajnymi plakatami, ramami itp - wszystko się przyda, bo już niebawem kolejne kadry z mojego gniazdka. Pamiętajcie, by na instagramie śledzieć hashtag MamalowegoDomu, pod którym pojawiają się wszystkie foty z mieszkania.
Ile kosztuje położenie paneli lub parkietu? - TUTAJ
Asortyment salonów VOX - TUTAJ
To zabawne, ale kiedyś wydawało mi się, że czteroletnie dzieci to takie małe bobaski z butlą mleka, smoczkiem w buzi. Dziś moja czterolatka stroi się do przedszkola, pije herbatkę ze szklanki, a raz na jakiś czas krzyknie na mnie i pobiegnie do pokoju. Etap trzaskania drzwiami minął, może dlatego, że przez dwa miesiące ich nie mieliśmy ;) Nie wiem sama jak to wszystko podsumować. Te cztery lata, te przeróżne okresy i etapy, przez które wspólnie przechodziłyśmy. Od momentów, kiedy nie mogła się ode mnie odlepić, po etapy, w których wszystko było na nie. Setki nieprzespanych nocy, trochę mamino córkowych kłótni, trochę wylanych maminych łez w wannie wieczorem. Pamiętam te wszystkie wieczory kiedy padałam na twarz ze zmęczenia i w dodatku nie sprzyjał mi cały wszechświat. Kilka razy zdarzyło mi się wyjść, trzasnąć drzwiami i zrobić kilka rundek wkoło bloku. Wybiegałam przeklinając w głowie swoje życie i pragnąc uciec na bezludną wyspę, a po pięciu minutach wracałam i dziękowałam Bogu za to, że mam to co mam. Te wszystkie złe momenty, powoli odchodzą w niepamięć, tak samo jak wspomnienie skurczy podczas porodu. Za to wyraźnie i dokładnie pamiętam wszystko to co dobre. A przez cztery lata trochę się tego nazbierało.
Macierzyństwo mnie ukształtowało. Sprawiło, że narodziłam się na nowo ( choć kilka razy miałam wrażenie, że zaraz zdechnę :P ). Bycie matką nauczyło mnie wrażliwości i sprawiło, że pomału zaczynam otwierać się na świat i ludzi. Kiedy byłam w DDTVN nazwałam Polę swoim motorkiem napędowym. Od początku dawała mi siłę i motywację, do tego, by się rozwijać, by się spełniać. Robiłam i robię to z myślą o sobie i o niej. Chcę jej pokazać, że w życiu nie ma rzeczy niemożliwych, że słowo "niemożliwe" powinno wykreślić się ze słownika. Chcę jej pokazać, ze świat jest pełen barw, pełen możliwości. Że niebo może być pełne gwiazd, a ziemia usłana kwiatami. Chcę, by wierzyła w siebie i w ludzi. By wszędzie dostrzegała dobro, wyciągała je z każdej najmniejszej rzeczy. Chcę by była po prostu szczęśliwa, o zdrowiu nie wspomnę - bez niego nie ma nic. Czy można chcieć czegoś więcej dla swojego dziecka? Może można, ale najważniejsze, by nasze dzieci były szczęśliwe i w siebie wierzyły. A my rodzice - byśmy nigdy nie pozwalali, by umarła ich dziecięca radość, by umarły ich marzenia, by umarła ich pewność siebie i wiara.
Od jakiegoś czasu stałam się mocno sentymentalna. Właściwie to do mnie wróciło, bo kiedyś byłam, przestałam, a teraz znów... na nowo. Wracam do zdjęć na komputerze, gorączkowo odkopuję starocia w czeluściach facebooka i zapisuję chronologicznie. Odkąd blogowanie stało się moją pracą, przestałam wyciągać aparat wtedy, kiedy spędzam czas z rodziną. Teraz nadrabiam zaległości. Chodzę po mieszkaniu z kamerą, łapię za aparat. Chcę upamiętnić jak najwięcej. Nie dla publiki, nie dla bloga, bo tutaj prywaty ląduje od dawna tyle to nic i mi z tym dobrze. Dla samej siebie. Dla moich bliskich. Dla Poli. Tak byśmy za kilka lat mogli odświeżyć pamięć, przypomnieć sobie, wrócić do tych chwil... w Święta Bożego Narodzenia, siedzieliśmy w domu rodzinnym moich rodziców i wszyscy śmialiśmy się i wzruszaliśmy oglądając kasety wideo. Pomyślałam sobie wtedy, że ja mało co filmowałam. I obiecałam sobie to nadrobić. W tym roku kamerę odpaliłam na urodzinach Poli tych w domu, aparat na urodzinach w knajpie. Pora jeszcze zainwestować w dysk twardy, porobić kopie no i nadrobić zaległości w albumach. Przechowuję bilety do kin, czasem nawet paragony, prace Polci z przedszkola. Sama mam swoje liściki ze szkoły i do tej pory ryczę kiedy to przeglądam. Chcę, żeby Pola też miała co wspominać kiedy dorośnie. Ale póki co to JA muszę o to zadbać.
Cztery lata. Przed nami jeszcze całe życie. Oby udało nam się przeżyć je jak najlepiej. Teraz wspólnie, kiedyś osobno. Ale zawsze będzie między nami to niewidzialne coś co łączy matki ze swoimi dziećmi. Oby udało się nam zawsze być tak blisko, nawet kiedy nie będziemy ze sobą mieszkać. Obyśmy zawsze były dla siebie najlepszymi przyjaciółkami, córeczko. Obyśmy zawsze się tak bezgranicznie kochały, nawet kiedy będę krzątać Ci się po domu i dawać Ci wskazówki, których nie chcesz. Ale o czym ja mówię. Teraz masz cztery lata. Jesteś obok i grzebiesz mi właśnie w smartfonie, bo powiedziałaś, że "dasz mi poplacować". Nie zepsujemy tego nigdy, prawda?
Pierwsze zakochanie. Nawet jeśli głupie, młodzieńcze, naiwne - to jednak wyjątkowe. Bo wtedy, dla dzieci takich jak ja czy Ty, mocniejsze bicie serca na widok zbliżającego się właśnie JEGO, równa się z dzisiejszymi emocjami, jakie przynosi nam najlepszy seks. Wtedy wystarczyło ulotne spojrzenie, albo ewentualnie zapytanie " Mogę spisać od Ciebie zadanie domowe?". Do dziś pamiętam to jak Bartka poznałam i do dziś pamiętam jak mocno piekły mnie poliki i jak prawie zemdlałam z ekscytacji, kiedy jego kolega Rudy powiedział mi, że Bartek chce ze mną chodzić. I spytał czy ja też tego chcę. Ach jak nogi miękły, kiedy wchodziło się na boisko i on szedł nie do kolegów, a do Ciebie. Jak nogi miękły, kiedy na starą motorolę C200 przychodziły smsy albo chociaż sygnał. ON puścił mi sygnał. To było coś na miarę dzisiejszego usłyszenia "Kocham Cię" od połówki, która mówi Ci to raz na pół roku, a Ty wtedy czujesz, że wygrałaś na loterii, bo normalnie to Ty musisz mówić pierwsza, a on tylko odpowiada " Ja też... ". Wzięliśmy z Bartkiem ślub po jednym z dniu rekolekcji. Pod kościołem, pod krzyżem, przyjaciel Bartka zaplótł nam dłonie smyczą, którą od Bartka dostałam - w serca. Miałam ją w pudełku z pamiątkami przez kilka lat, później wyrzuciłam, bo w sumie to ważniejszy był i jest ten miś. Figurka obtoczona futerkiem i to nie byle jaka... Pierwszy prezent od pierwszego chłopaka. Od jakiegokolwiek chłopaka. Bartek był pierwszym, w którego się wtuliłam, a było to podczas balu kończącego podstawówkę. Czułam wtedy, że mam w swoich ramionach cały swój świat. W wieku dwunastu lat zapytanie: czy jesteśmy na to gotowi, ze wspólną decyzją: przemyślmy to - dotyczyło ... chodzenia za rękę. Nie pamiętał kto zerwał, choć chyba on i to chyba przez sms'a. Nie wiem czy rzucił mnie dla innej, czy po prostu mu się znudziłam, a może jakaś Kryśka z bloku obok miała więcej okazji do spotkań niż Alicja ze wsi pod miastem. Tak czy siak. Bolało. Bolało tak cholernie, że świat się skończył i nic już nie miało nigdy być takie samo. Ale przeżyłam.
Dziś Bartek jest ulotnym wspomnieniem. Nie pamiętam jakie nosił ciuchy i nie pamiętam jaki miał telefon, ale pamiętam emocje jakie dał mi, jako małej jeszcze dziewczynce i pamiętam, że pierwszy raz pozwolił mi poczuć się tak ważną i kochaną. Wtedy wszystko było takie proste. Liczyło się po prostu uczucie, a nie milion innych czynników, listy za i przeciw i konfrontacje serca z rozumem. Wtedy wystarczyło, że spośród tłumu na boisku, po prostu to z tym jednym chciało się spędzać przerwy i z tym jednym chciało się kupować czipsy w sklepiku. Wspominając dziś Bartka, nie chodzi mi wcale o Bartka a o czystą, niewinną relację. O uczucie, o coś nowego i mało skomplikowanego, kiedy myśli się o tym z perspektywy czasu. Bo wtedy to było COŚ. Wtedy to był cały świat, to były najważniejsze decyzje i najpoważniejsze zmiany w życiu dwunastolatki. Może i dziś to co przeraża, za dziesięć lat będzie ulotnym wspomnieniem. Może po tych, których dziś kochamy, za dziesięć lat pozostanie jedynie figurka, zdjęcie. To co po każdym pozostanie na pewno to emocje, które się z tym człowiekiem tworzyło. Nie będziemy pamiętać czy buty były z Louis Vuitton czy może chłop miał jedynie laczki kuboty. Nie będziemy pamiętać, czy jedliśmy policzki wołowe w restauracji czy kebsa na dworcu. Ale zawsze będziemy pamiętać uczucia, które nam towarzyszyły. Zawsze będziemy nosić w sercu wszystkie uśmiechy, godzinne rozmowy i wygłupy. Nieważne czy z facetem, przyjaciółką, siostrą czy mamą. Nieważna jest otoczka, ważne jest to czym emanujemy, co od siebie dajemy i co dostajemy. Ważne jest to, co w sercu. Cała otoczka to tylko dodatki. Podbijają wygodę i komfort, ale nie dają ciepła i nie rozpalają naszych serc.
Świat pełen jest Bartków z 6a. Lub 6 b. Pojawiają się w naszym życiu na krótsze lub dłuższe momenty. Dają nam emocje, pozwalają czegoś doświadczyć, coś zobaczyć, coś poczuć. Zwyczajni ludzie, których może i nie ma już w naszych życiach, ale nie można ich zwyczajnie zapomnieć i nie należy zapomnieć, bo dzięki nim jakaś chwila w życiu była piękna. A właśnie z takich chwil złożone jest życie. Pojedynczych, pięknych, zapierających dech w piersiach. I każda osoba, dzięki której choć chwilę czuliśmy się szczęśliwi jest warta zapamiętania.
Jak Bartek z 6a. Bartek od pierwszego misia. Pierwszego splecenia rąk. Pierwszego tańca przytulańca.
Jak Marta z 6d. Ta od liścików. Od pierwszej przyjaźni, która miała być na zawsze. Od pierwszych wagarów. Od pierwszych przekleństw.
Jak Kamil. Od pierwszego pocałunku.
Jak koleżanka ze szpitala w Bydgoszczy, której nie pamiętam imienia, ale pamiętam jak radość z tego, że jest obok i nasze całonocne wygłupy pozwoliły mi przetrwać czas bez rodziców, w szpitalu, w obcym mieście...
I jak masa innych osób. Dzięki którym choć raz się uśmiechnęłam, choć raz poczułam dobrze. Wszyscy oni mają miejsce w moim sercu, nawet jeśli nasze drogi rozeszły się nie tak jak trzeba.
Przypomnij dziś sobie wszystkich Bartków, Tomków, Józków. Wszystkie Krysie, Zosie i Kaśki. Wszystkich, którzy choć na moment pozwolili Ci poczuć, że jesteś metr nad ziemią. Wszystkich, którzy rozpalili ogień w Twoim sercu. Wszystkich, którzy okazali Ci szacunek, którzy wsparli dobrym słowem. Wszystkich, którzy Cię rozbawili. Wszystkich, którzy sprawili, że czułaś, że Twoje życie wtedy, w tamtej jednej, prostej chwili było piękne. To mogła być zwyczajna chwila, jeden krótki moment. Przypomnij to sobie wyraźnie. I zrozum, że właśnie po to żyjemy. Dla tych, krótkich niepozornych chwil. I właśnie do tego będziemy wracać na starość i za tym będziemy tęsknić. Za tym czego dzisiaj nawet nie dostrzegamy...
To strasznie utrudniało mi życie. Bez sojusznika u boku, stawałam się kimś zupełnie innym. Cichym, źle nastawionym, zniechęconym. A może wtedy po prostu byłam sobą? W liceum miałam jedna przyjaciółkę na śmieć i życie, i kilka takich wciąż ważnych, ale z którymi różnie bywało. Byliśmy tak zżyci i tak bojowo nastawieni do świata. Całe życie byłam spragniona uwagi i miłości więc szybko uzależniałam się od ludzi którzy mi jedno z tych dwóch dawali. Najpierw dla przyjaciół olewałam rodzinę, później dla facetów olewałam przyjaciół, sądząc że to oni olewają mnie, a na końcu olewałam mężczyzn, bo okazywało się, że w tym rozpaczliwym poszukiwaniu uwagi nie odnajdowałam ukojenia. A może w tym wszystkim chodziło o to, że odkąd pamiętam moi najbliżsi zawsze w dziwny sposób wypowiadali się o kręgach przyjaciół, kręgach matek w przedszkolu czy szkołach... ogólnie o skupiskach ludzi tak, jak gdyby rozmaite kontakty międzyludzkie były czymś złym - uznając wiec rodzinę za autorytet i nie znając niczego innego myślałam, że tak należy myśleć i żyć. Nie wiem.
Kiedy poznałam mojego F. byłam zrozpaczona jak ogromną wartością są dla niego jego przyjaciele. Nie lubiłam większości z nich bo ... wszyscy wydawali mi się beznadziejni. Dziś wiem, że chodziło o coś innego - nie mogłam znieść faktu, że niektórzy ludzie w życiu mają więcej niż kilku sojuszników na krzyż - niektórzy maja całe stada dobrych dusz, bo cenią sobie wszystkich tych których spotykają na swojej drodze i z którymi znajdują wspólny język. Dbają o każdą relację, która jest tego warta. Ja ... nie dbałam. Uważałam, że nie potrzebuję ludzi, że wystarczy mi on, córka i przyjaciółka. A reszta mnie nie obchodzi. Wszystko zaczęło się zmieniać wraz z moją przemianą. Zaczęłam otwierać się na ludzi blogując, pomagając im, a także zauważając jak wielkie mam wsparcie w osobach, które nawet mnie nie znają. Ale wciąż na swój sposób byłam aspołeczna. Owszem, pomagałam staruszkom przejść przez ulicę, pomagałam niewidomym osobom dotrzeć do domu, robiłam zakupy potrzebującym - ale kontakty z ludźmi takie wiecie... trwałe - u mnie mocno kulały.
Kilka miesięcy temu zaczęłam jednak zauważać, że to nie ludzie są źli i nie oni popełniają błędy w relacjach ze mną - to ja na silę wyszukuję u nich wad, by się zbyt mocno nie zaprzyjaźnić. Myślałam, że może w tym wszystkim chodzi o strach ... nie. Kiedyś nagle mnie oświeciło i zrozumiałam. Chodziło o to, że już na tyle obdarłam się ze swojej prywatności w sieci i każdego dnia gadałam wirtualnie z tyloma ludźmi których nie znam, mówiłam do nich, zwierzałam się, radziłam. .. że po takim byciu dla wszystkich tak naprawdę zamykałam się na prawdziwe emocje, które są poza internetem. Gadałam do telefonu, motywowałam tyle kobiet, byłam non stop na łączach, że potem w sklepie nie chciało mi się już nawet otworzyć gęby do ekspedientki. Od kilku miesięcy każdego dnia nachodziły mnie myśli o ile relacji mogłam bardziej zadbać, zawalczyć. Każdego dnia przypominałam sobie wszystkie osoby które od siebie odsunęłam albo których nawet do siebie nie dopuściłam.
Zawsze chciałam sojusznika na śmieć i życie, a kiedy to życie jakoś nas rozdzielało byłam zawiedziona i zrażona do ludzi. A potem znów zamiast tworzyć relacje, ale tak wiecie na chłodno, to ja znów wierzyłam w relacje do końce życia , oddawałam się im i znów po pewnym czasie rzucałam się w otchłań rozpaczy, bo coś zawiodło. Od jakiegoś czasu wiem, że nie mam już 15 lat i nie potrzebuje przyjaźni typu best friends forever. Nie potrzebuję deklaracji i rzucania się w ramiona. Potrzebuje normalnych ludzi, którym wzajemnie na siebie zależy, ale którzy maja również swoje życia i umieją znaleźć balans. Potrzebuję szacunku, szczerego telefonu z zapytaniem czy wszystko dobrze, od czasu do czasu. Potrzebuję ludzkiego wsparcia, normalnej zdrowej i dojrzałej relacji i to samo pragnę i potrzebuje dawać.
Kiedyś kiedy zarzucałem F. coś złego na temat jego przyjaźni, odpowiadał mi : nie masz przyjaciół to tego nie rozumiesz. Bolało, ale tylko dlatego, że trafiało w sedno. Dziś to rozumiem. Dziś wiem, że nie ma na świecie nic cenniejszego niż ludzie wokół ciebie . Nie ma nic cenniejszego niż szczere relacje, w których nie ważne są słowa, a czyny. Kiedyś napisałam na facebooku, że chyba nie mam już przyjaciół i chyba mi z tym dobrze. Cieszę się, że ten okres debilizmu mi minął i że doszłam ze sobą do jako takiego porządku. Od ponad roku jestem już na cudownej drodze, w której rozwijam się duchowo i to niesamowite ile rzeczy przez ten czas pojęłam i zrozumiałam. W 2018 roku stawiam na rozwój. To już mówiłam. Ale przed wszystkim stawiam jednak na ludzi. Bo spodobało mi się życie pełne uśmiechów, rozmów i czasu z bliźnimi. A wiecie co do tego wszystkiego doprowadziło? Cenna rada płynąca z jednej z tych moich magicznych książek - by w każdym człowieku, którego napotykamy na swojej drodze widzieć Boga ... wtedy wszystko jest znacznie łatwiejsze i lepsze.
W tym roku stawiam na ludzi. Bo to oni są najważniejsi...
PS: A dbając o relację z Wami, przekazuję Wam kod zniżkowy do NA-KD - sklepu, z którego mam tą piękną sukienkę ze zdjęć... Zauroczyła Was już na pierwszych relacjach na InstaStories i wierzę, że teraz poruszyła Wasze serca jeszcze bardziej :) Kod zniżkowy 20% brzmi : Alicja20 i obejmuje cały asortyment. Sukienka jest najpiękniejszą jaką miałam w życiu, a jej wygląd zdecydowanie idzie w parze z jakością. Dajcie znać jak coś wybierzecie, jestem ciekawa co wpadnie Wam w oko. Ciuszków jest tam naprawdę mnóstwo i sama już mam oczopląs wybierając coś do kolejnej sesji :) Korzystajcie! Aha - najważniejsze! Tutaj link bezpośrednio do sukienki - klik!
