To nie będzie zwykła recenzja, to nie będzie krótki opis książeczki. Już po kilku stronach tej literatury, wiedziałam, że wpis na jej temat będzie wpisem tak naprawdę o mnie i o moim życiu. Że będzie to jeden z ważniejszych wpisów, które pozwolą czytelnikom spojrzeć na swoje życie nieco inaczej...
Agnieszka Maciąg to osoba, o której nie wiedziałam zbyt wiele. Wiedziałam o czym pisze na swoim blogu, ale nie znałam jej historii, nie znałam drogi jaką przeszła. A żeby zrozumieć czyjś styl życia, a przede wszystkim czyjeś podejście do życia - trzeba lepiej poznać samego człowieka. Kiedy jakiś czas temu jedno z wydawnictw wysłało mi tą książkę, pierwsze co pomyślałam : jezu! Ile stron! Przeczytałam to co zawsze znajduje się na tyle okładki - to coś dla mnie - pomyślałam. Droga do lepszego życia, podróż w poszukiwaniu siebie, wyzbycie się palącej pustki w sercu i zastąpienie jej spokojem i szczęściem - tak. Tego zdecydowanie wtedy potrzebowałam... Nie wiedziałam jednak wtedy, że będzie to początek mojej nowej drogi, mojego nowego życia. Myślałam, że życiową rewolucję mam już za sobą, ale jak się okazało, czeka mnie jeszcze wiele pracy.
Kto uważnie czyta mój blog, wie doskonale, że jestem niepoprawną optymistką i na nic nie poświęcam tyle czasu, ile poświęcam na ... polepszanie jakości swojego życia. Pozytywne myślenie, optymizm, nie przejmowanie się i wychodzenie z uśmiechem z najgorszych sytuacji, to coś czego człowiek uczy się latami. Stanie się przy tym lepszym człowiekiem - to jeszcze więcej nauki. Kiedyś non stop pisałam Wam o książce, która wyciągnęła mnie z depresji. Tym razem - książka, która wpadła mi w ręce, nie musiała mnie wyciągać z depresji. Ta książka sięgnęła o wiele dalej. W głąb mojej duszy. Ale do rzeczy...
Agnieszka Maciąg... piękna, sławna, zjawiskowa osoba. To jedna z tych osób, które kojarzymy z telewizji, wiemy jaką robią karierę, ale ... rzadko wiemy coś więcej. Często zazdrościmy światowej sławy, pieniędzy, rozwoju - ale nie zastanawiamy się nad jednym. Czy to wszystko daje temu człowiekowi szczęście? Otóż... nie zawsze daje. Pierwszy rozdział w książce, jest o życiu Agnieszki. O tym jak ogromna pustka i paląca dziura w sercu, towarzyszyły jej przez długie lata. O tym, jak te wszystkie rzeczy, których my tak często zazdrościmy, tej dziury nie wypełniały. Pierwszy rozdział pokazuje nam drugą stronę tego pozornie pięknego i cudownego świata, pełnego pieniędzy, luksusowych samochodów, restauracji, bogatych mężczyzn... Ta druga strona to zepsucie, pustka i... pozory. Pierwszy rozdział jest opisem życia Agnieszki, w którym mimo sukcesów, fajnej rodziny - wciąż jest obecne uczucie, że ... czegoś jednak brak. Uczucie wewnętrznego bólu, który co by się nie działo - wciąż jest obecny i wciąż narasta. Ile tak można żyć, ile można błądzić? Bardzo długo. Książka pokazuje nam moment, w którym na takie życie, autorka nie ma już sił. I wtedy jej życie... się zmienia. Autorka rozpoczyna najważniejszą podróż swego życia. Podróż w głąb siebie. I tak nazywa się rozdział pierwszy - MOJE PODRÓŻE... Kiedy docierałam do jego końca, chciałam więcej! Miałam nadzieję, że kolejne rozdziały, będą już konkretnymi wskazówkami, jak osiągnąć ten błogi stan szczęścia. Po pierwszej części, zrozumiałam, że szczęścia nie możemy szukać na zewnątrz. Najpierw musimy odnaleźć je w sobie. Tak bardzo chciałam więcej szczegółów, które pozwolą mi zrozumieć, jak to szczęście odszukać. Nie zawiodłam się...
Rozdział drugi nosi tytuł: MOJE MAPY. Sporo wiedzy z kolejnych kartek, miałam już wdrożonej w życie... wizualizacje, mapy marzeń. Ale dowiedziałam się znacznie więcej. I to nie było tak, że zaczęłam stosować się do wiedzy zawartej w tej książce automatycznie, na siłę. Zdania, które przyswajałam - metody, o których czytałam - to wszystko jakoś tak naturalnie stawało się z każdym dniem sposobem mojego życia. Nie postępowałam w stu procentach tak jak autorka opisuje swoje czyny w tej książce, ale nagle zaczęłam odczuwać potrzebę robienia rzeczy opisanych w książce, których wcześniej nie robiłam i nie czułam, że powinnam je robić. Na przykład... zaczęłam się modlić. Do tej pory chodziłam do kościoła tylko gdy czułam, że chcę, że mam taką potrzebę. Nie uczestniczyłam jednak w Mszy Świętej, lubiłam po prostu od czasu do czasu, porozmawiać z Bogiem sam na sam, w pustym kościele, bez publiki. Jednak codzienna modlitwa była dla mnie czymś o czym nie tyle co zapominałam, ale nie miałam takiej potrzeby, by ją odmawiać. Po przeczytaniu książki Agnieszki, zaczęłam wieczorami czuć, jakby czegoś mi brakowało. Jakby w pięknej układance brakowało mi jednego elementu. Okazało się, że brakowało mi... Boga. Moje modlitwy i rozmówki z nim, dają mi teraz dużo sił, a przede wszystkim oczyszczają mój umysł i sprawiają, że moja dusza jest spokojna jak nigdy przedtem... ale wydarzyły się jeszcze inne rzeczy.
Jakiś czas temu, pokazywałam Wam na blogu swoje łupy z TK Maxx. Był tam zeszyt. Piękny, duży, z wyjątkowym napisem... Kupiłam go, bo czułam wtedy, że muszę go mieć. Wiedziałam, że będę notować w nim rzeczy wyjątkowe. Jednak nie miałam pomysłu na to, jakie to miałyby być rzeczy. Owszem mogłam sobie wymyślać, ale to... wszystko to byłoby na siłę. Czułam, że musi on poczekać w szafie na coś naprawdę ... dobrego. Podczas czytania książki i dotarcia do punktu, w którym Agnieszka proponuje pisanie scenariusza swojego życia... poczułam, że to jest to. Że ten zeszyt i hasło na nim, są idealne. Przecież dążenie do szczęścia i tworzenie dobrego scenariusza swojego życia, to rzecz najbardziej wyjątkowa, jaką mogłam sobie wymarzyć prawda? W zeszycie powstał więc piękny scenariusz mojego życia, opis moich relacji z dzieckiem, partnerem, opis mojej pracy. Powstała strona z kopertą na oszczędności i wyznaczonym celem... i powstanie tam jeszcze wiele pięknych rzeczy...
Dzięki książce nauczyłam się oczyszczać atmosferę w swoim mieszkaniu, nauczyłam też oczyszczać siebie samą ze złej energii, którą naładowali mnie inni ludzie. Niestety, ale najbliższa rodzina, którą odwiedzam, bardzo często "zmusza" mnie do słuchania czarnych scenariuszy, do słuchania narzekania. Kocham swoich najbliższych, ale są pewne schematy, w których są oni zamknięci i jest w nich coś takiego co sprawia, że w większości tematów się po prostu nie rozumiemy - ja jestem pełna dobrej energii, przepełniona optymizmem i wierzę... a właściwie wiem, że można wszystko. Oni nazywają siebie realistami... Tylko zgadnijcie komu... im czy mi... spełniają się wszystkie te nawet najbardziej nieosiągalne cele i marzenia. No więc właśnie... dość długo nosiłam w sobie żal do nich. Przepełniał mnie smutek, bo bardzo wyraźnie niektórzy bliscy dawali mi zawsze odczuć, że jestem oderwana od ziemi... próbowali na siłę wmawiać mi, że nie wszystko może być takie piękne, dobre i kolorowe. Ze wszystkich jednak tych rzeczy najbardziej bolał mnie ten dziwny wzrok, kiedy na negatywne sytuacje reagowałam: no i co z tego? Trzeba żyć dalej. Jakby ich martwienie się, często na zapas, było poprawne, ale mój optymizm już nie. Po przeczytaniu książki, pozbyłam się tego żalu, a przy ostatniej wizycie, kiedy to dziesiątki razy usłyszałam coś negatywnego - po prostu brałam głęboki wdech, w duszy obracałam sytuację w pozytywną i zachowywałam spokój. Pewnych zachowań ludzkich nie zmienimy, biadolenia i narzekania nie przestaniemy słyszeć. Musimy się nauczyć tego, by nie miało ono jednak jakiegokolwiek wpływu na nas. Jeśli o moich bliskich chodzi... pragnę głęboko wierzyć w to, że jednak dadzą się oni zarazić tą wiarą w dobry świat, dobrych ludzi i dobre sytuacje. Właściwie, mam głęboką nadzieję, że zmiany, które zachodzą w moim życiu, mi samej pozwolą takie dobre rzeczy do siebie przyciągać...
Ostatni rozdział książki, nosi tytuł: MOJE ODKRYCIA. Jest dość krótki, ale sprawił, że na wiele rzeczy w swoim życiu spojrzałam inaczej. Na swój związek, na mój dom, kuchnię, czy nawet na seks... I tutaj chciałabym się podzielić z Wami fragmentem książki, w której Agnieszka pisze na temat seksu. Te kilka zdań sprawiło, że przestałam uważać, że coś ze mną nie tak... wręcz przeciwnie. Zaczęłam uważać, że coś jest nie tak z tymi, którzy nad pewnymi rzeczami tak bardzo ubolewają, bo mają zakorzenione, że ... wszystko musi być tak jak dawniej...
"Nietrudno jednak zauważyć, że nasza cywilizacja z seksu uczyniła coś bardzo... karykaturalnego i smutnego. Wiele par zastanawia się, czy w ich życiu seks występuję wystarczająco często. Naukowcy z różnych dziedzin obliczają, jak często tę fizyczną czynność powinien wykonywać "zdrowy" człowiek. (...) sporo osób nie bierze pod uwagę, że "zapotrzebowanie na seks" nie zawsze może być takie samo. Prowadzi to niestety do wielu dramatów z związkach, zwłaszcza gdy na świat przychodzą dzieci. Rodzice są zwyczajnie zmęczeni i nie mają na zbliżenie fizyczne ani siły, ani ochoty. Po prostu. Mnóstwo par robi z tego jednak gigantyczny problem. "Kiedyś kochaliśmy się codziennie, teraz najwyżej raz w miesiącu!" I co z tego? Czy tu jest jakaś norma do wyrobienia? A przecież wraz z pojawieniem się dzieci pojawiają się inne wspaniałe uczucia! To właśnie te chwile są najbardziej ulotne, bo dzieci dorastają. Te niezwykłe momenty zaraz przeminą! Czasem mam ochotę krzyczeć: ludzie, ocknijcie się, chwytajcie te chwile, przeżywajcie je, cieszcie się nimi! Przestańcie się skupiać na tym, czego teraz nie ma. Jest coś innego. Doceńcie to! Napełnijcie się tym po brzegi. Zanurzcie się w tym. Przestańcie zastanawiać się nad seksem, który był, a którego nie ma. Wróci w odpowiednim czasie. I jeśli nauczycie się razem cieszyć tym, co jest, przeżywać te przecudowne nowe emocje, to na tym fundamencie wyrośnie nowa wartość i zupełnie nowa jakość seksu. Taka, której smaku nawet sobie nie wyobrażaliście!"
Agnieszka ma niesamowitą zdolność... coś takiego co sprawia, że człowiek nagle rzeczy skomplikowane zaczyna postrzegać zupełnie odwrotnie. Nagle wszystko staje się lepsze, prostsze i łatwiejsze. Człowiek z każdą kartką czuje, jak zaczyna rozumieć otaczający nas świat, ludzi, a przede wszystkim... siebie. Wszystko staje się jaśniejsze, bardziej zrozumiałe. Minęło niewiele czasu od przeczytania książki "Pełnia życia", a ja już widzę kolosalne zmiany w swoim życiu i jeszcze piękniejsze do niego podejście... Już wkrótce na moim facebooku, będziecie mogły wygrać książki Agnieszki Maciąg.
Kobiety moje kochane... pozytywne podejście do życia, zrozumienie swoich potrzeb, podróż w głąb siebie - to nie są infantylne hasła. Te rzeczy odmieniają CAŁE życie. Doświadczyłam tego kilka lat temu na własnej skórze i doświadczam obecnie każdego dnia. To ciągła praca nad samym sobą, ale w pewnym momencie będziecie to postrzegać nie jako pracę, a styl życia. Jeśli chcecie być szczęśliwe - to po prostu róbcie wszystko, by takie być. A jeśli są rzeczy takie jak ta książka, które są na wyciągnięcie naszej ręki - to dlaczego ich nie spróbować? Ja Agnieszce z całego serca dziękuję. Zaczynam dzięki niej po raz kolejny - nowe lepsze życie. Tym razem mam łatwiej. Wskakuję w to "nowe" ze starego, ale już wtedy bardzo dobrego. Wierzę jednak, że może być jeszcze lepiej. I będzie.
Książkę możecie kupić tutaj : Oprawa twarda ; Oprawa broszurowa
Od zawsze polskie filmy budzą moją ciekawość dużo bardziej niż zagraniczne, bo można w nich zobaczyć naszych rodaków, z których jedni grają gorzej, inni lepiej... fajnie jest obserwować rozwój polskiego kina, ale też rozwój aktorów, różnorodne role, wschodzące talenty. Mimo wielu słabych komedii w ostatnich latach, zawsze daję szansę nowym pozycjom w kinach, zawsze kibicuję i mam nadzieję, że tym razem to będzie coś. Ciężko jednak pobić polskie filmy, stare klasyki, takie jak "Chłopaki nie płaczą", czy "Poranek Kojota". To był zupełnie inny styl, mniejsza komercja, wybitni aktorzy, mega ciekawa fabuła i przede wszystkim - dobry żart, jeśli chodzi o komedie. Jednak skłamałabym, gdybym powiedziała, że obecnie dobre filmy nie powstają - bo powstają! Nadeszły czasy, kiedy ludzie jak nigdy wcześniej stawiają na swój rozwój, karierę i własny biznes zamiast etatu za biurkiem - a to daje nam Polakom, niesamowitych reżyserów, scenarzystów, pisarzy i coraz więcej aktorskich talentów.
Polskie filmy, powstają ciągle, jest ich naprawdę wiele, więc logiczne jest, że nie obejrzałam ich wszystkich. Taka lista zawsze będzie subiektywna, ale o to chodzi - chcę podzielić się z Wami tym co mi najbardziej utkwiło w pamięci, tym co mi najbardziej się spodobało. Ciężko było wybrać kilka pozycji, dlatego stwierdziłam, że podzielę ten wpis na kilka części.
Zaczniemy od klasyków, których myślę, że nikomu nie trzeba przedstawiać, ale kto wie. Może trafi na ten wpis młode pokolenie, które za klasyki się dopiero weźmie... ;)
No klasyk, po prostu KLASYK. Na prawdę jest tutaj ktoś komu w ogóle trzeba ten film opisywać? Genialna obsada, świetne teksty, które wielu z nas, zna na pamięć do dziś. Mądrości laski, pech skrzypka Kuby, świetna gra aktorska Cezarego Pazury, czy sweterek Gruchy. Ten film pozostanie w pamięci Polaków już na zawsze. Mnóstwo śmiechu za każdym razem. To się po prostu nie nudzi!
Nie wiem czemu, ale odkąd pamiętam motywy z tego filmu, ciągle mylą mi się z motywami z "Chłopaki nie płaczą" - i bardzo często wydaje mi się, że to co zdarzyło się w pierwszym, zdarzyło się tak naprawdę w drugim. Być może to przez podobny styl, być może przez powtarzających się aktorów. Styl ten sam, bo i reżyserem tutaj również był Olaf Lubaszenko. Poranek Kojota podobał mi się chyba jeszcze bardziej niż "Chłopaki nie płaczą".
Jeszcze do niedawna ten film był dla mnie tylko rozmytym wspomnieniem w starym telewizorze i nie za bardzo pamiętałam o co w nim chodziło. Kilka miesięcy temu, trafiłam na ten film na jednym z kanałów w telewizji i... wstrząsnął mną po raz kolejny, tym razem w sposób inny, bo jednak oglądała go tym razem kobieta, matka, a nie dziecko. Genialna gra aktorska Lindy i Doroty Segdy. Nie potrafię oglądać takich filmów na chłodno, odkąd jestem mamą, dlatego raczej tej pozycji już świadomie nie obejrzę po raz kolejny. Ale RAZ w życiu ten film trzeba zobaczyć.
Chociaż dla mnie to obowiązkowa pozycja, jeśli chodzi o kino polskie, a w tym przypadku nawet międzynarodowe - to jeden raz był wystarczający. Jestem zbyt wrażliwa, by świadomie zapodawać sobie takie emocje. Za każdym razem kiedy ten film leci w telewizji - przełączam. Niesamowita historia polskiego pianisty Władysława Szpilmana, który podczas II Wojny Światowej stara się przeżyć w okupowanej Warszawie. Adrien Brody zagrał tą rolę wg mnie IDEALNIE, choć to nie oddaje nawet w małym stopniu jego talentu.
Razem z F. obejrzeliśmy to już chyba setki razy ! Za każdym razem śmieszy nas tak samo. Świetny obraz Polski w latach 70. Jeśli mam być szczera, film jak dla mnie pokazuje życie tak naprawdę o wiele szczęśliwsze, bez tego pędu, który mamy teraz, wyścigu pełnego zazdrości i zawiści. Chciałoby się pożyć w tamtych czasach, przy starej meblościance i charakterystycznej szklance z herbatą.
Genialny dramat mojego ulubionego reżysera Patryka Vegi. W Polsce zostają zlikwidowane Wojskowe Służby Informacyjne, a do życia zostaje powołana nowa organizacja wywiadowcza. Ten film obejrzałam w kinie razem z F. i jeśli mam być szczera - najzwyczajniej w świecie mną wstrząsnął i cholernie przeraził. Cisza, która była na sali kinowej przy końcowych napisach mówiła sama za siebie. Dlaczego film przeraża? Może dlatego, że wiele z tego co widzimy na ekranie, dzieje się tuż obok nas, dzieje się naprawdę. Wizja tego, że ludzie w realnym świecie potrafią być tak bezwzględni i okrutni w obliczu władzy, może naprawdę zszokować. W filmie pojawiają się postacie i nawiązania do prawdziwych zdarzeń, a aktorzy którzy te postacie odgrywają mają za zadanie przypominać znane osobowości z Polski takie jak A. Macierewicz ( aż strach pisać) , który likwiduje WSI, B. Blida, która popełnia samobójstwo, czy A. Lepper, którego samobójstwo w filmie zostaje upozorowane.
Genialny film, na który trafiłam kiedyś przypadkiem w telewizji, a teraz oglądam za każdym razem gdy jest na którymś kanale. Główna bohaterka w noc sylwestrową, stwierdza przed lustrem, że żałuje, że nie poznała swojego obecnego mężczyzny kilka lat wcześniej. Kiedy się budzi zdaje sobie sprawę, że ... cofnęła się w czasie :) Genialne zderzenie mentalności głównej bohaterki z mentalnością i życiem schematami, którymi żyli ludzie w latach 80.
Długo zwlekałam z obejrzeniem tego filmu, tak jak zawsze zwlekam z tym o czym wszyscy trąbią. Gdyby nie przypadkowe trafienie na ten film w TV, pewnie sama z siebie bym go nie obejrzała - i nie wiedziałabym co tracę. To jeden z tych filmów, który zapisał się w mojej pamięci wyjątkowo wyraźnie, zwłaszcza, że mój czas spędzony w liceum nie był usłany różami, a pod wieloma względami był najgorszym czasem w moim życiu, choć wbrew pozorom, niektórzy mogliby stwierdzić, że najszczęśliwszym. Film opowiada o zagubionym nastolatku, który miota się w swojej samotności i bezsilności. W sieci poznaje dziewczynę, która wprowadza go do tytułowej Sali Samobójców. Film jest genialny w swej brutalności, wczułam się w niego zarówno jako nastolatka, która jeszcze 4 lata temu siedziała w ławie szkolnej i jako matka. Film jest przestrogą dla rodziców, ostrzeżeniem, że zmarnowane lata na zawsze pozostaną zmarnowanymi, a miłości i zaufania nie zbudujemy w kilka dni. Film jest strzałem w dziesiątkę, by ukazać ogrom problemów z jakimi na co dzień zmierza się nastolatek, a które bagatelizowane są przed dorosłych. Alienacja, która dotyka głównego bohatera, dotyka większości młodych ludzi i jak widać, niestety nie wszyscy umieją z niej wyjść. GENIALNY film, zasłużona dyszka.
Na film namówił mnie mój F. Po pół godziny powiedziałam, że idę spać. Nie dawałam rady. Sceny były dla mnie za mocne, zbyt brutalne, na dodatek ścieżka dźwiękowa nadawała temu wszystkiemu mega niespokojny klimat. Całe szczęście zostałam, po kilku scenach było już nieco spokojniej, a właściwie nie aż tak intensywnie jak w pewnym momencie. A że Patryk Vega to mój ulubiony reżyser i polskie filmy nabrał dzięki niemu nowego znaczenia - musiałam ten film obejrzeć, nie było wyjścia. Spodziewałam się jazdy bez trzymanki, ale chyba nie do tego stopnia. Odkąd urodziłam Polę jakoś dużo ciężej patrzeć mi na ludzką krzywdę. Duży plus za postacie i dialogi, które rozluźniały atmosferę i wywoływały uśmiech na twarzy, mam tutaj na myśl Maję Ostaszewską i Tomka Oświecińskiego. Najbardziej przerażający, zresztą podobnie jak w Służbach Specjalnych jest fakt, że takie rzeczy dzieją się naprawdę.
Na koniec coś luźnego i przyjemnego. Kocham święta, a jeszcze bardziej świąteczny klimat jaki panuje wtedy zwłaszcza w większych miastach. Mnóstwo ozdób, piękne, świąteczne piosenki w głośnikach, prószący śnieg. Na ten film wybrałam się razem z F. do kina i było to wtedy dopełnienie całego zimowego nastroju i humoru jaki w nas wtedy był. Miałam trochę obaw, bo jeśli chodzi o polskie filmy, to nieufnie podchodzę do polskich komedii w ostatnich latach - nie oszukujmy się, większość z nich była po prostu klapą. Tutaj miłe zaskoczenie. Kilka różnych historii miłosnych, świąteczny czas, piękna muzyka i świetna fabuła. Trochę wzruszeń, trochę śmiechu - równowaga zachowana. Choć sceny w filmie nie są od A do Z radosne, to cały klimat nadany przez muzykę i otoczenie sprawia, że człowiek wprawia się w niesamowity nastrój. Miło wspominam wyjście do kina na ten film i wracam do niego za każdym razem kiedy mam okazję. Chociażby dla mojego ukochanego Maćka Stuhra i Agnieszki Dygant. Spotkałam się z opiniami, że film jest mdły i nic nie wnosi do naszego życia - wiecie... nie wszystkie filmy muszą mieć nie wiadomo jakie przesłanie, nie każdy film musi być na skalę pianisty, poruszać wątki ważne dla Polski itp. Komedia romantyczna ma za zadanie rozśmieszyć, trochę wzruszyć i człowieka odprężyć, nie zmuszając go do myślenia i analizowania. Jak ktoś ma potrzebę ciągłej analizy to niech sobie poogląda filmy psychologiczne... Dla każdego coś dobrego, jak to mówią.
To by było na tyle jeśli chodzi o najlepsze polskie filmy ! Lista już dużo dłuższa, dlatego niebawem na pewno pojawią się kolejne części tego wpisu. Niektóre tytuły, które plasują się w listach najlepszych polskich filmów, omijam celowo. Mowa tutaj głównie o dramatach, którym wiem, że po prostu nie udźwignę, bo już sam ich opis jest dla mnie zbyt przerażający. Niestety, od czasów porodu muszę dawkować sobie emocje, zwłaszcza te, które udzielają mi się po filmach, w których jest wątek dziecka, które jest chore, któremu dzieje się krzywda. Matki powinny mnie zrozumieć ;)
A jakie polskie filmy Wam najbardziej przypadły do gustu? Skłaniacie się raczej ku starym klasykom czy dajecie szansę nowościom? Czekam na Wasze komentarze i propozycje ciekawych tytułów. Z miłą chęcią obejrzę coś dobrego!
Najlepsze seriale to takie, które zapadają człowiekowi w pamięci na ... zawsze. Ja mam takich kilka. Czasy szkolne, choć pełne obowiązków i nauki, miały to do siebie, że mimo wszystko... czasu i tak było sporo. Zwłaszcza kiedy człowiek usilnie upierał się przy tym, że zapamiętał wszystko z lekcji ;) Któż w wieku nastu lat kładł się spać o 22? Nawet jeśli lekcje i nauka trwały do 20, to przecież później pozostawało jeszcze wiele godzin do spożytkowania. Z racji, że mieszkałam pod miastem, gdzie komunikacja jeździła co półtorej godziny, w tygodniu raczej nie wychodziłam z domu, a jeśli wychodziłam ( na swoją słynną komaszycką wieś) to i tak musiałam dość wcześnie wrócić. Mama trzymała rękę na pulsie i zawsze, ale to zawsze punktualnie o godzinie, o której miałam być już w domu - dzwoniła. I wtedy okazywało się, że kilometr można przebiec naprawdę szybko. Ale nie odchodźmy zbyt daleko od tematu. Bo widzicie ja już tak mam, że niby wpis o serialach, ale trochę życia i historii wpleść trzeba - to chyba dobrze, co? Dobra, dobra, już przechodzę do sedna!
Miłość do seriali i do dobrych filmów pojawiła się wraz z miłością mojej siostry do takiego tam jednego... chłopaka. No dobra nie takiego tam, bo ten chłopak jest teraz jej mężem, ale to nieistotne. Maniak filmowy był z niego totalny, serialowy również. I tak zaraził tym o to i moją siostrę i mnie. Zawsze podrzucał fajne tytuły, a ja przepadałam z nimi na dobre. Ogromnie brakuje mi tych wieczorów, kiedy chodziłam do siostry do domu i wspólnie odpalaliśmy coś dobrego - tradycyjnie przy chipsach, piwku lub dobrym kebabie - kto się wtedy martwił o kalorie... nikt. A seriale... jedne się kończyły, kolejne zaczynały. Wszystkie, które obejrzałam od A do Z były warte tych nocnych maratonów, zarwanych nocy i wpatrywania się w monitor całymi godzinami. Serialowe szaleństwo urwało się wraz z urodzeniem Poli - ale wróciło, jakieś dwa miesiące temu. Co prawda nie były to już maratony, ale spokojnie znajdowałam czas na jeden odcinek dziennie. I tak oto jakiś czas temu, nareszcie udało mi się dokończyć House'a, którego "męczyłam" dobre kilka lat. Ale przed House'em było jeszcze ... wiele innych, równie dobrych seriali. Najpiękniejsze w ich oglądaniu jest to, że człowiek tak bardzo poznaje bohaterów, że można nawet powiedzieć o zżyciu się z nimi. I potem ten "uczuć" kiedy serial się kończy, a my nie wiemy co dalej zrobić ze swoim życiem. Zupełnie jak po skończeniu dobrej książki!
Pora zatem przejść do tego, co w tym wpisie najważniejsze - oto najlepsze seriale zagraniczne, które obejrzałam od A do Z - i uważam, że powinien je obejrzeć absooooolutnie każdy!
Ojjj jak ja się zżyłam z tymi bohaterkami. Ileż ja się przy tym serialu naśmiałam i napłakałam. Ileż to cytatów bohaterki, która była narratorem, użyłam na swoim starym facebook'u. Genialny serial, ukazujący życie czterech przyjaciółek, które mieszkają w miasteczku pełnym tajemnic. Raz na sezon, do rozwikłania jest jedna "duża" tajemnica, ale po drodze mniejszych jest całe mnóstwo. Równolegle z tym obraz prawdziwego życia, codziennych problemów. Ukazanie jak różni są ludzie, jak różne są rodziny i z jak różnymi sprawami się zmagają. Świetny balans pomiędzy sytuacjami dramatycznymi, a humorystycznymi. I przede wszystkim - świetny przekaz, które na koniec każdego odcinka funduje nam narratorka, którą jest nieżyjąca bohaterka. Chciałoby się rzecz, że daję 10 na 10, ale musiałabym taką notę dawać przy każdej pozycji - stwierdzam więc, iż jest to bezsensu. Aha! Warto też wspomnieć, że jest mega fajna gra "Gotowe na wszystko", którą oczywiście całą przeszłam - jak na fankę tego serialu przystało.
W okresie licealnym, ten serial był strzałem w dziesiątkę. Historia młodych ludzi, mieszkających w Beverly Hills. Intrygi, miłości, rozczarowania. Głównymi bohaterami w serialu jest rodzeństwo, które po przeprowadzce do Beverly Hills, musi przywyknąć do nowego miejsca i panujących obyczajów. Dla mnie bomba, choć wiadomo - z wiekiem preferencje się zmieniają, to co podobało mi się w liceum, bo było dla mnie historią moich rówieśników, być może niekoniecznie porwałoby mnie teraz, kiedy mam inne priorytety i inne postrzeganie świata. Ale sądzę, że fabuła, przy której nie można się nudzić jest zapewne dla każdego.
Tooo było dopiero coś! W liceum nie oglądały tego tylko moje koleżanki, ale i koledzy. Serial przyciągał nie tylko fabułą i genialnymi aktorami, ale też ukazaniem totalnie innego życia, innego środowiska - pełnego bogactwa i totalnie innych zachowań społeczeństwa. Tytuł plotkara, nie wziął się znikąd - w serialu narratorem jest osoba o nieznanej tożsamości, która anonimowo opisuje życie uczniów szkoły na Upper East Side. A życie tych uczniów jest dość... specyficzne i pełne skandali. No i ten Chuck Bass...
I znów szkoła, znów liceum, znów nastolatkowie - zdecydowanie adekwatne seriale do wieku, w którym je oglądałam. Aczkolwiek w tym serialu akcja dzieje się na tyle długo, że na naszych oczach bohaterowie dorastają i... zakładają rodziny. Bohaterami serialu jest dwóch przyrodnich braci - chociaż żyli w tym samym mieście, nigdy nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Rodziny braci znacznie się różnią sytuacją materialną, ale też podejściem do drugiego człowieka, co stwarza niepewną atmosferę, którą chce się śledzić.
To jeden z tych seriali, na którego oglądanie czekałyśmy z siostrą i jej mężem każdego tygodnia. Aaaa co to były za emocje! Gra aktorska głównego bohatera na najwyższym poziomie. Serial opowiada o mężczyźnie, który można powiedzieć, że prowadzi podwójne życie. Oficjalnie jest analitykiem śladów krwi - nieoficjalnie... seryjnym mordercą. Czemuż więc wszyscy i tak go lubią? A bo taki morderca jak on to wiecie - więcej dobrego, niż złego czyni :P Mega świetny serial, przy którym człowiek może się pośmiać, ale tak poza śmiesznymi momentami, raczej jedzie na bezdechu ;) Każdy odcinek trzyma w napięciu i UWAGA! Sprawia, że ciężko oglądać jeden dziennie. Już nie wspomnę o jednym na tydzień.
Tutaj już pozycja, przy której nic tylko się śmiać. Co prawda nigdy nie lubiłam seriali w stylu tych, które lecą na Comedy Central, ale w tym jest coś co sprawia, że znacznie różni się od reszty. Może pojedyncze odcinki, jeśli serial ogląda się wyrywkowo, nie będą aż tak śmieszne, bo najzwyczajniej w świecie sporo żartów i zwrotów ma jakieś odniesienie do odcinków poprzednich - warto więc oglądać to od 1 odcinka, zwłaszcza, że często serial pokazuje najpierw jakieś zdarzenie, a dopiero potem cofa się w historii i nam ją opowiada. Serial jest o paczce przyjaciół mieszkających w Nowym Jorku - pokazuje ich życie i całe mnóstwo śmiesznych zdarzeń, które im się przytrafiają. Jest też wątek miłości, który mimo zabawnego charakteru serialu, potrafi mocno wzruszyć. Ach! No i przede wszystkim, żeby poznać odpowiedź na pytanie zawarte w tytule, trzeba oczywiście przebrnąć przez CAAAAŁY serial. Tylko wtedy ten tytuł będzie miał sens!
Tutaj już serial, który raczej nie jest dla wszystkich. Na pewno nie dla tych, dla których seks jestem tematem tabu. Bohaterem jest boski David Duchovny w roli znanego pisarza zwącego się Hank Moody. Serial śmieszny, sprośny, ale też dramatyczny - dość dobitnie przedstawia nam skomplikowane relacje miłosne ( i nie tylko) oraz świat używek, przygodnego seksu i generalnie... jazdy bez trzymanki.
Tutaj znów coś do śmiechu - i to dużego śmiechu. Serial to opowieść o grupie nastolatków, przyjaźniących się ze sobą. Akcja rozgrywa się w latach 70, co nadaje fajny oldschoolowy klimat, który przyjemnie się ogląda. Świetna gra bohaterów, u których już sama mimika twarzy powala, a co dopiero ich dialogi między sobą. Nie wiem co tu więcej napisać... po prostu musicie to sprawdzić :)
Pozycja obejrzana już w gimnazjum. Obiecałam wtedy sobie, że jak tylko za kilka lat zapomnę o co tam chodziło - obejrzę wszystkie odcinki od nowa. I tak zrobiłam, chyba pod koniec liceum. Niestety jest to jeden z tych seriali, który skończył się za szybko, bo po 3 sezonach. Wierzcie lub nie, ale znów do cholery nie pamiętam, jak się to wszystko skończyło! Bohaterką jest Veronica Mars - młoda dziewczyna, która po skończeniu liceum, wybiera się na studia posiadająć... licencję detektywa. Firmę detektywistyczną prowadzi razem ze swoim tatą - otworzyli ją tuż po śmierci najlepszej przyjaciółki Veroniki - Lily. Świetna gra aktorska głównej bohaterki, ale też warty uwagi podkład muzyczny - kilka kawałków z serialu, miałam na swojej pierwszej mp3.
Świetna propozycja, przy której można się nieźle pośmiać. Serial opowiada historię złodziejaszka imieniem Earl, który po wygraniu dużej sumy w loterii, gubi kupon i uznaje, że dopadła go karma. Postanawia spisać wszystkie złe uczynki i naprawić wszystko co może oraz przeprosić i wynagrodzić wyrządzone krzywdy wszystkim ludziom. Jak się jednak okazuje, nie będzie to takie proste...
I taram tadam taraaaaam! Jest i on! Jeden z lepszy aktorów na całej kuli ziemskiej! Odegranie roli House'a jest totalnym sztosem! W życiu nie sądziłabym, że serial, w którym jest tak wiele zagadnień medycznych, może być tak cholernie ciekawy. No i, że w ogóle dziedzina medycyny, może być przedstawiona w tak niebanalny sposób. Co do tego serialu wspomnienia mam najświeższe, bo ostatni odcinek obejrzałam kilka dni temu. Im więcej prywatnego życia bohaterów z każdym sezonem - tym większe zainteresowanie oglądającego - przynajmniej tak było u mnie. Kazdy odcinek, to historia jednego pacjenta Dr House'a i jego załogi. Dr House jest diagnostą i wybiera tylko te przypadki, które są wg niego interesujące - to w jaki sposób dochodzi do prawdy zarówno oburza jak i imponuje. House to człowiek niezwykle charakterystyczny, z pozoru pewny siebie mężczyzna, wewnętrznie jest nieszczęśliwym wrakiem człowieka, w dodatku uzależniony od vicodinu. Dyszka tutaj to za mało!
No właśnie - co teraz? Na oku mam Breaking Bad, ale jeszcze do końca nie jestem przekonana, muszę obejrzeć chociaż dwa odcinki i zobaczyć czy mnie wciągnie. Powyższe seriale, które Wam pokazałam, były dla mnie IDEALNE - gdyby nie były, po prostu bym z nich zrezygnowała. Są też może z dwa seriale, których nigdy nie dokończyłam: Lost i The L World. Lost czyli zagubieni - obejrzałam wszystkie sezony prócz ostatniego. Tak z tym zwlekałam, że koniec końców zapomniałam o co tam chodziło i musiałabym przebrnąć przez wszystkie odcinki od nowa. The L World - serial pokazujący życie lesbijek rozpoczynałam z dwa razy, nigdy nie wiedziałam na czym skończyłam, a zawsze miałam jakiś serial, który był numerem jeden, więc ten zawsze szedł w odstawkę. Może pora go dokończyć?
A jakie są według Was najlepsze seriale, które każdy powinien obejrzeć? Macie swoje ulubione, które obejrzeliście od A do Z, lub takie, które właśnie oglądacie? Jeśli chodzi o mnie tematyka jest obojętna - jeśli serial w ciekawy sposób przedstawia historię, wciąga i toczy się w nim akcja - to nie ważne czy jest o medycynie, o seksie, czy o seryjnym mordercy - jest wtedy warty obejrzenia.
Czekam na Wasze propozycje i życzę Wam miłego oglądania! Jestem też ciekawa czy znaliście wszystkie pozycje z mojego dzisiejszego zestawienia, hmm?
Kosz na zabawki czy inne pudła, powinny chyba być u nas w ilości większej niż ... 10. Powoli się w tym mieszkaniu nie mieścimy. Pola co chwilę dostaje jakieś zabawki, których mimo, że większość chowamy, to i tak nie mamy już gdzie kłaść. Brak nam najważniejszego - własnego pokoju Poli. W nim będzie już ona miała regał, półki, biurko i wszystko będzie można ładnie poukładać, wszystko będzie miało swoje miejsce. Obecnie jej kąt w sypialni jest już zawalony, a w szafach też zaczyna brakować wolnych półek. Dlatego raczej na razie skończymy na tym co się pojawiło i nie będziemy dorzucać nic więcej... no chyba, że trafią się naprawdę mega okazje cenowe, które trzeba będzie rozpakować, bo w kartonach nie będzie gdzie ich trzymać.
W tematyce dziecięcych wnętrz i zabawek, jestem raczej spontaniczna. Nie mam ulubionych kolorów i stylu, ale po zdjęciach da się zauważyć, że jednak skłaniam się ku pastelom i... różu - czego kompletnie bym się nie spodziewała! Nie uważam, że pokój Polki jest mało dziecięcy - zwłaszcza kiedy jest w nim bałagan, można dostrzec w nim absolutną magię i misz-masz, który obok sterylnych, chłodnych wnętrz z jedną zabawką nawet nie stał. Na zdjęciach nie dostrzeżecie całości, bo Poli rzeczy takie jak wózek czy krzesełko do karmienia dla lali, stoją na ścianie, na której stoi nasze łóżko. Ze ściany zniknęły plakaty, nie chciałam, żeby zniszczyły się do czasu wyprowadzki, a są na tyle piękne, że powieszę je i w nowym mieszkaniu.
Ale... przejdźmy do konkretów. Nowości w pokoju, o których chciałam Wam dzisiaj napisać, to moje kolejne łupy z Westwing . Ten klub zakupowy stał się moim uzależnieniem, ale obecnie robię już na nim zakupy naprawdę przemyślane, z myślą o nowym mieszkaniu - np. nowa, porządna kołdra, poduszki, ręczniki do łazienki czy zestaw sztućców. Obiecałam sobie, że metodą małych kroków, będę kupować rzeczy naprawdę porządne za większą sumę, a nie będę pokuszać się na okazje cenowe, które na dłuższą metę nie będą się sprawdzać. Zwłaszcza jeśli mówimy tutaj o rzeczach, które jednak się zużywają, a nie o dodatkach, które tylko wyglądają i za nie naprawdę ludzie często przepłaca.
Należy jednak pamiętać, że każdych zakupów należy się nauczyć. Na Westwing , musimy być przede wszystkim obeznanym i wiedzieć co rzeczywiście opłaca się kupić. Czasem zniżki są małe, a czasem gigantyczne - tak jak patelnia, którą widziałam kiedyś za ok. 1000 zł - na Westwing upolowałam ją za... ciut ponad stówkę. Ale trzeba być naprawdę szybkim, bo na takie okazje ludzie czatują od samego rana. Dla niezorientowanych przypomnę, że w tym klubie zakupowym, nowe kampanie pojawiają się każdego dnia. Jak dla mnie to zdecydowanie najlepsza strona, jeśli jesteśmy konkretnymi i zdecydowanymi osobami, które wiedzą co chcą kupić i ile mogą na to przeznaczyć.
Jeśli jeszcze nie macie konta na Westwing - koniecznie kliknijcie tutaj i załóżcie je absolutnie za free w kilka sekund - nic Was to nie kosztuje, a uzyskacie dostęp do wszystkich kampanii, które pojawiają się każdego dnia. Jeśli macie w planach zakup czegokolwiek do mieszkania, zwłaszcza jeśli chodzi o rzeczy takie jak sprzęt do kuchni, jakiś konkretny mebel, zastawa - to wierzcie mi, że czasem naprawdę warto poczekać aż coś takiego pojawi się w jakiejś kampanii. Cierpliwość popłaca serio!
A co zmieniło się w pokoju Polki? Poza wspomnianymi nowościami tj. kosz na zabawki i dywanik, doszło nam trochę zabawek, między innymi nowa barbie czy limitowane klocki Nivea ( na stronie nivea możecie wygrać takie same). Największym zaskoczeniem był prezent od Monster High. W pudełku wypełnionym setkami styropianowych kuleczek, były ukryte maleńkie figurki Monster High. Mimo, że nie cierpię bałaganu, to pozwoliłam Poli bawić się pudełkiem do woli, a kuleczki... pewnie są jeszcze i takie, które uciekły przed ... odkurzaczem ;) Choć za Monster High nigdy nie przepadałam, to jednak do małych figurek ( jakichkolwiek) mam razem z Polką słabość. Te są wręcz... urocze!
Co do konkretów, które są bohaterami tego wpisu. Pozwolę sobie napisać o nich kilka słów...

Brakowało mi w pokoju Poli dywaniku - chyba głównie dlatego, że nienawidzę parkietu jaki znajduje się w obecnym mieszkaniu i najchętniej zakryłabym całą jego powierzchnię. Wiedziałam, że głupotą będzie wydawać kilka stów na dywan i dawać go Poli już teraz - nie dotrwałby do czasu wyprowadzki, a właściwie dotrwałby, ale nie byłby już pierwszej świeżości. Upolowałam więc na Westwing coś co spełni swoją rolę przez najbliższy rok - dywanik firmy Eight Mood - kosztował o ile się nie mylę coś ok. 90 zł. Jest fajny, łatwo go utrzymać w czystości, nie łapie szybko brudu. Jak widać, wkomponował się w całość idealnie!

Właściwie w opisie było, że znajdujący się na zdjęciu kosz na zabawki, to kosz na... pranie. Ja jednak zaważyłam w nim idealnego kandydata na kolejny kosz, w którym będziemy składować maskotki, poduszki itp. Poza tym... czy ten wzór nadaje się na łazienkowy...? Mi tu od razu zaleciało dziecięcym klimatem i tak też to wykorzystałam. Kosz na zabawki ma fajny materiał, delikatny, subtelny wzór i jako, że teoretycznie jest koszem na pranie - można go u góry zawiązać. Jego cena to było coś koło 100 zł. Może nie jest za duży, ale zdecydowanie nie jest tandetny co czuć już przy pierwszym dotyku.
Reszta w pokoju nie uległa zmianom. Raczej prócz prezentów, które Polka dostaje, ja sama z siebie już nic nie dokupię do czasu wyprowadzki. Nie przykładam jakoś szczególnie uwagi, by to wszystko wyglądało, było spójne itp. - cały wystrój pokoju, a właściwie kąciku w sypialni - ten cały wystrój wyszedł totalnie spontanicznie. Dochodziły nam kolejne rzeczy, które gdzieś kładliśmy i tak oto powstał taki, a nie inny klimat. Robi się tutaj jednak naprawdę ciasno i pod tym względem chciałabym, żeby najbliższy rok minął naprawdę szybko... Pod innymi względami mam jednak nadzieję, że będzie płynął jak najwolniej ( o tym napiszę Wam we wpisie dotyczącym przedszkola Poli...).
Czy kącik Poli wpisuje się w obecne "trendy"? Tego nie wiem, wiem jednak, że wpisuje się idealnie w mój gust i z tego co widzę gust Poli - uwielbia spędzać tam czas, bawi się ABSOLUTNIE WSZYSTKIMI zabawkami i sama wybiera sobie, pod którym kocykiem i na której poduszce dzisiaj śpi. Co do sprzątania pokoju, niestety to wciąż moja działka. O ile Poldun rwie się do rozwieszania prania, wyjmowania naczyń ze zmywarki i układania butów w przedpokoju, tak schowanie klocków do pudła jest dla niej niezwykle ciężką czynnością. Doprawdy nie wiem po kim to ma... ;)
A teraz coś dla Waszego oka. Mam nadzieję, że całkiem miły widok. Do następnego!
















































Przenosząc się do Warszawy nie byłam pewna niczego. Ani tego czy uda mi się rozwinąć tutaj skrzydła, ani tego czy będę tutaj szczęśliwa. Bywało różnie. Raz lepiej, raz gorzej. Choć kocham to miejsce, to zdarzało mi się go nienawidzić. Może przez to, że doba jest tutaj zbyt krótka. Może przez to, że pięć dni w tygodniu jestem tutaj praktycznie sama z dzieckiem. Może przez to, że czasem jest po prostu ciężko. Ale... wszystko co dzieje się w naszym życiu, jest pewnego rodzaju lekcją. I tylko od nas zależy czy z tej lekcji cokolwiek wyniesiemy. Ja wyniosłam dużo. Czy życie w dużym mieście może nas czegoś nauczyć? Mnie nauczyło... na przykład...







No i jak widzicie - wszystko co dzieje się w naszym życiu jest dla nas lekcją. Mogę śmiało powiedzieć, że życie w dużym mieście pozwoliło rozwinąć mi skrzydła i zacząć doceniać więcej rzeczy w moim życiu - ale czy zostanę tutaj na zawsze? Tego nie wiem... skrzydła rozwinęłam... teraz mogę być już gdziekolwiek zechcę. Ale póki co... dobrze mi właśnie tutaj.




















Za tak cudowne, klimatyczne i pełne wiosennego klimatu zdjęcia dziękuję najbardziej utalentowanej Marii z Whale Photography. Idealnie trafia w mój gust, ma niesamowite wyczucie, tworzy niesamowite ujęcia... Na zdjęciach od niej zawsze wychodzę tak jak właśnie bym chciała - zawsze mi się wydaje, że pewnie wyszłam tragicznie, ale Maria Wydobywa z człowieka to co najlepsze. Podpowiada jak stanąć, gdzie spojrzeć...nie czeka, aż modelka sama się domyśli - zwłaszcza taka jak co to pisać umie, ale przed obiektywem to już nie bardzo... ;) Maria dziękuję za wszystko! A Wy koniecznie odwiedźcie jej profil i dajcie jej "lajka", bo zasługuje dziewczyna!
Mieszkanie na wynajem ma swoje minusy. Nie można wbić gwoździa, nie można sobie zmienić podłogi, nie można wielu rzeczy. Trzeba cieszyć się tym, że w ogóle ma się dach nad głową, zaakceptować kolor parkietu, którego nie lubimy, brzydki kącik w salonie, kolor ścian... I trzeba sobie tak w tym gniazdku wszystko urządzić, żeby mimo tego, że gniazdo nie nasze, a podłoga nie ta - czuć się w nim komfortowo. Nigdy w życiu nie pomyślałabym nawet, że salon można rozświetlić za pomocą jedynie KILKU dodatków. Kilku, idealnie dobranych rzeczy, które kupuje się z rozwagą, po dokładnej analizie, czy na pewno będzie to potrzebne i czy na pewno będzie to pasowało do reszty.
Kącik w salonie to w moim przypadku miejsce, w którym odgrywa się całe nasze życie. To w nim jemy kolację, oglądamy wspólnie seriale, czytamy bajki. To w nim pracuję, notuję, czytam książki. Zaległam na tej kanapie jak taki leniuszek i nawet ćwiczę w tym kąciku - stolik przesuwam, matę rozkładam i jazda. Może gdybym nie pracowała zdalnie, to wygląd mieszkania nie miałby aż takiego znaczenia. Ale, że spędzam tutaj tyle godzin dziennie - ma znaczenie i to ogromne.
Wprowadzając się do tego mieszkania, zastałam w salonie jedynie brzydką ikeowską lampę - tą najtańszą, stojącą - i zamszową, pomarańczową kanapę. ZAMSZ + dwuletnie dziecko - to nie był dobry pomysł. Szybko na jej miejscu pojawił się narożnik, o którym pisałam Wam już przy okazji wstępnych planów na kącik w salonie oraz przy okazji jego pierwszej odsłony. Brakowało mi czegoś na ścianach. Brakowało mi też dywanu i pięknego pledu, oraz kilku drobniejszych dodatków. Warto jednak było być cierpliwym i poczekać aż wszystko stworzy idealną całość.
Poniżej przedstawiam Wam zdjęcia zarówno całości jak i pojedynczych rzeczy, oraz opisy dodatków, które doszły:
1.PLAKATY - wierzcie lub nie, ale chyba miesiąc albo i więcej szukałam strony, na której znajdę coś innego niż tylko topowe hasła, które są już wszędzie. No i znalazłam! Miało być motywująco i w rodzinnym klimacie - i jest. Te trzy hasła to nie jakieś tam zwykłe literki, nic nie znaczące wyrazy. To coś czym kierujemy się w naszym codziennym życiu i co pozwala nam tworzyć wspaniałą, pracującą nad sobą rodzinę. Plakaty początkowo zamówiłam bez ramek - byłam pewna, że przyczepię je na ozdobną taśmę. Taśma jednak narobiła więcej złego niż dobrego, więc ... zainwestowałam w ikeowskie ramki i taśmę tessa. No i jeśli chodzi o firmę, która wykonała plakaty - posterilla.pl - pokazywałam Wam już na facebooku jak pięknie i z sercem pakowane są plakaty dla klienta. Niby to "tylko" opakowanie", ale o wiele milej dostać je w pięknej tubie z kokardką niż w brzydkich foliach... :) Dzisiaj mam dla Was fajny prezent od firmy, a mianowicie... 30 % RABATU na plakaty, na hasło MAMALLA! :)
2. PLED - no marzył mi się od zawsze no... taki duży, milutki... taki do oglądania telewizji z kubkiem herbaty w ręce. Taki do leniwych wieczorów i do pracy przy komputerze... no i mam! Po raz kolejny jak i w przypadku poduszek wybrałam firmę decovena - a jeśli wybieram coś z tego sklepu po raz drugi, to świadczy tylko o tym, że za pierwszym razem się nie zawiodłam. I tym oto sposobem we wpisie dzisiaj widzicie aż trzy produkty z tej strony: pled, ściereczka z napisem" Good moms..." i poduszki, które gościły tutaj już nie raz, nie dwa...
3. DYWAN od SUKHI - oooo tak! Jest kącik w salonie, musi być i dywan. To jest ten moment, w którym mam ochotę pokazywać go każdemu i każdemu o nim opowiadać. To właśnie na niego tak długo czekałam... I już zaraz napiszę Wam dlaczego... Dywan pochodzi ze sklepu SUKHI - nie ma on ani magazynów, ani sklepów stacjonarnych. Wszystkie dywany powstają na zamówienie konkretnej osoby, a czas oczekiwania wynosi od czterech do sześciu tygodni. Zdecydowałam się na dywan z filcowych kulek - stworzony przez rzemieślników z Nepalu. Dywan jest stworzony z czystej wełny 100%, importowanej bezpośrednio z Nowej Zelandii. Kiedy mój dywan był gotowy dostałam e-mail z informacją u ukończeniu dywany oraz ze zdjęciem, imieniem i nazwiskiem jego twórcy - mój dywan wykonała Binita Khadka. Produkty w sklepie sukhi są tańsze niż w innych sklepach, głównie dlatego, że nie ma tutaj żadnych pośredników, drogi do sklepu czy magazynu. Produkty sprzedawane są jedynie za pośrednictwem internetu. Co jest w tym wszystkim przepiękne to fakt, że kobiety, które tworzą te dywany zarabiają 2-3 razy więcej niż wynosi płaca w ich regionie. Dzięki temu standard ich życia znacznie się podniósł. Piękne jest to, że zamawiając dywan, dostajemy czyjeś serce włożone w pracę i przyczyniamy się do polepszenia jakości życia twórców... To w dzisiejszych czasach coś niesamowicie wyjątkowego i innego od realiów jakie panują w wielkich fabrykach pełnych dzieci, zmuszanych do niewolniczej pracy... Dywan, na który tyle czekałam okazał się czymś, z czym nie miałam jeszcze do czynienia. Cudowny w dotyku, wykonany PERFEKCYJNIE. Kolory, które wybrałam to oczywiście stonowane odcienie szarości i bieli. Zgrywa się to idealnie z całą resztą kąciku.
Całą resztę z mojego salonu już znacie. Jyskowy stolik i narożnik od meblejana.pl, którego wciąż sama sobie zazdroszczę. Nic nie uległo zmianie - wciąż zalegam na nim całymi wieczorami i nie wyobrażam sobie siedzieć teraz na jakiejś kanapie, na której się tak wygodnie nie rozłożę - moje miejsce jest oczywiście w rogu, z wyciągniętymi nogami, chyba logiczne co? :P Etażerkę widzieliście już w pokoju Polki - cudo od Lilu Shop. A takie piękne kwiatki dorwałam dzisiaj w Lidlu. Ach! Jakbyście pytali o te przepiękne lniane króliczki to dzieło wspaniałej Pani Gosi. Jej produkty znajdziecie na stronie Lniany Dom.
Koniec końców... Stworzyłam w wynajmowanym mieszkaniu klimat, który pozwala mi czuć się tak, jakby był to mój dom. Skrzydła rozwinę w 100 % jak już osiądę na swoim, ale póki co skupiam się na miejscu, w którym mieszkam i które musi być dla mnie przyjemne. Czy efekt końcowy jest zadowalający? To kwestia gustu, ale dla mnie jest idealnie. Nawet z tym ciemnym parkietem, które już zaczynam TOLEROWAĆ... :)
Ogłaszam zatem, że projekt salon, a właściwie projekt: kącik w salonie - dobiegł końca. I zakończył się powodzeniem!













































taca, na której są truskawki to cudo od smukke.pl
Zobaczcie jak powstawał mój kącik w salonie...
Wreszcie! Wreszcie żyję tak, że nie wiem czasem, która to już godzina na spacerze, a w weekendy o pracy nie pamiętam. Wreszcie żyję życiem, tym co mam je tu i teraz pod nosem. Obiadem, nie w pośpiechu robionym, a podczas rozmów i siedzenia na blacie...
Wreszcie żyję tak, że na podłodze z nią leżę i nie myślę o niczym wcale. Wreszcie bez tej gonitwy myśli, chaosu i wiecznego poczucia, że jak tak poleżę, to czegoś nie zrobię. Żyję z nim, z nią siedząc, gapiąc się w tv i wreszcie wspólnie zasypiając, a nie pięć godzin po nich. Pijąc sok w knajpie i jadąc metrem z rozładowanym telefonem, przybijając sobie z córką piątki. W dresie i bez makijażu, nie przejmując się tym wcale. Wreszcie w kółko nie liczę, nie analizuję, nie martwię się, a pozwalam życiu się toczyć. Wreszcie spełniona się czuję w 100 % robiąc co robię, a nie przytłoczona obowiązkami. Wreszcie rozumiem, że szczęśliwa mogę być gdziekolwiek, byle być z nimi. Wybieram rozwiązania, które szybciej pozwolą mi poczuć się jeszcze lepiej. Wreszcie zaczynam czuć, że łapię te "chwile ulotne jak ulotka", chłonę je. Nie pogrążam się w smutku, nie pragnę już wielu zer na koncie, a jedynie spokoju ducha, własnych czterech kątów, w których wieczorami siądę z książką i odpocznę. Wreszcie z uśmiechem na twarzy sprzątam, robię zakupy, oglądam seriale bez wyrzutów, że praca, że zlecenie, że coś... bo wreszcie umiem to wszystko tak ogarnąć, że jak pracuję to pracuję, jak trzeba to zarywam noc... żeby potem nie "jak trzeba", a jak chcę - wyjść i mieć to całe "muszę" w 4 literach...
Gdybyś zapytał mnie kilka miesięcy temu jaki mam cel w życiu, zapewne odpowiedziałabym Ci - spełniać się w tym co robię, w blogowaniu. Bo to daje mi kasę, szczęście i poczucie, że robię to co kocham. I było w tym sto procent racji. Doskonale wiedziałam, że jak monotematycznie będę się skupiać tylko na tym... to pozwoli mi to dojść do punktu, w którym jestem - do życia życiem. Tu i teraz. Nie osiądę na laurach, nie powiem stop, nie zacznę roboty odwalać na pół gwizdka. Nie będę Wam serwować marnych wpisów, byle były, nie oleję wszystkiego. Bo wszystko to co tutaj zbudowałam, pozwala mi teraz przystopować... Wszystko to co tu zbudowałam, pozwoliło mi zrozumieć, że praca to praca, ale życie to życie i te dwie rzeczy należy umieć oddzielić ( lub sprytnie ze sobą połączyć ;) ) Nie marzą mi się już zera na koncie, nie marzą mi się drogie sukienki i auta. Marzy mi się jedynie życie pełne miłości...w małym mieszkanku, być może w mieście rodzinnym - kto wie. Tam gdzie będzie możliwość, tam znajdę swój kąt. Byle własny, byle mój, mojej rodziny. I jeśli zapytasz mnie czy kocham życie - odpowiem Ci, że tak. Ale dopiero teraz z ręką na sercu wiem jak z niego korzystać i jak w nie "grać". To niesamowite jak na własnych oczach moich zmienia się moje postrzeganie - świata, ludzi, wartości. Że coś za czym biegłam do niedawna, dziś nie ma najmniejszego znaczenia. Coś co było zmartwieniem, dziś jest czymś nie wartym uwagi... coś o czym marzyłam, dziś już mam, albo mieć mogę, a wcale mieć tego już nie chcę.
Zrozumiałam wiele, zwłaszcza w momencie, w którym zaczęłam tracić zdrowie i czuć jak uchodzi ze mnie życie. Coś co zawsze stawiałam na ostatnich miejscach, bo przecież "nie choruję, jest luz", dziś jest na piedestale. Zdrowie fizyczne i psychiczne dziś stawiam na pierwszym miejscu, podobnie jak i relacje rodzinne. Te wspólne śniadania, spanie we troje i uśmiechy o poranku. Nawet to klęcie pod nosem, przy setnej pobudce w nocy i nawet ten płacz kiedy po raz kolejny on nie kończy pracy o 18, a dużo później, a ja znów czuję jak wszystko na mojej głowie, och jak nikt mnie nie rozumie i takie tam inne pierdoły co matce po głowie siedzą, kiedy nie ma się odezwać do nikogo poza dwulatką, która niewiele z jej nastrojów rozumie...
Bo nawet te smutki i rozczarowania to znak, że jesteśmy ludźmi i że żyjemy, odczuwamy emocje. I trzeba wpisać w scenariusz gry, zwanej życiem wszystkie niepowodzenia, złości i smuteczki.
I wiecie co poradziłabym dzisiaj wszystkim tym, którzy czują się jak ja kilka miesięcy temu? Zróbcie sobie bilans... uświadomcie sobie co sprawia Wam radość, co tak naprawdę Was niepokoi i uruchomcie cały łańcuch. Co musicie robić krok po kroku, by odczuć szczęście, a co powoduje, że czujecie się zagrożeni - i wyeliminujcie te przyczyny... Ja tak zrobiłam. Dlatego być może dzisiaj czuję, że nie trzeba mi już niczego...
Więc nie moi drodzy...nie osiadłam na laurach, nie zapomniałam o Was - ja po prostu zwolniłam, zrozumiałam i wybrałam to co ważniejsze. Rozgraniczyłam pewne sprawy i odzyskałam równowagę, której tak bardzo było mi brak. Stawiam na jakość, nie ilość. Nie kręcą mnie tabelki, nie zależy mi na tysiącach udostępnień głupich obrazków na fejsie. Skoro blog to praca i pasja to chcę temu poświęcać konkretne godziny, stawiając na wysokiej jakości treść, zdjęcia, wiedzę - nie zatracając przy tym życia i siebie. I to już nawet nie postanowienie...to już się dokonało. Samoistnie, bez postanowień, bez zarzekania się, że przystopuję. Po prostu życie pochłonęło mnie w najmniej oczekiwanym momencie. I czuję się z tym cholernie dobrze...






































PS: KOCHANI PILNE! Wypadłam z pierwszego miejsca... Wiecie, że lubię podejmować się wielu wyzwań. Tym, którego podjęłam się teraz to plebiscyt KIK – kobieta roku. Startuję ponieważ … no właśnie – dlaczego startuję? Bo jestem kobietą spełnioną, taką która robi coś co ma wartość – często motywuje innych do zmiany swojego życia na lepsze, rozbawia do łez, wzrusza. Nie uważam się za nikogo wyjątkowego, ale czasem robię „wyjątkowe” rzeczy.
Głosowanie jest internetowe. Żadnych smsów, kosztów. Jedyne co musicie zrobić to kliknąć „zagłosuj”, wpisać swój e-mail i potwierdzić głos, który przyjdzie na waszą skrzynkę. Sprawdźcie SPAM, bo to tam może wylądować wiadomość.
Będę Wam moi drodzy ogromnie wdzięczna. Wszystko co tutaj robię, robię dla Was, dla Was tworzę coraz wyższej jakości teksty, zdjęcia. To z Wami tworzę piękną społeczność i chciałabym byście poświęciły mi teraz kilka sekund… Mogę na Was liczyć?!
Dopiero teraz kiedy zwolniłam, wyluzowałam i pozwolić życiu się toczyć... dopiero kiedy przestałam wyjmować telefon przed zrobieniem posiłku i przed wyjściem z domu...dopiero kiedy zrozumiałam, że życia nie można odkładać na jutro... dopiero wtedy zaczęłam żyć... szczęśliwie.
Raz na jakiś czas strzelało mnie coś w główkę, niczym piorun z jasnego nieba... strzelało i mówiło "Zwolnij nareszcie kobieto, zacznij żyć, nie gap się w ten telefon!" - no i ja się tak zrywałam, że tak! Teraz zacznę żyć, tak na 100 procent. Niby żyłam, ale ciągle z jakimś wewnętrznym niepokojem. Ciągle z poczuciem, że muszę pracować więcej, bo nigdy nie będę mieć tego wymarzonego mieszkania. To jedno marzenie spędzało mi sen z powiek. Ilekroć odzyskiwałam spokój ducha, tak nagle wszystko zaczynało mi się psuć i rujnować mój portfel. Nagle znów czułam, że muszę biec, bo jeśli nie pobiegnę to marzenia znów odłożą się w czasie. I tak odpoczywałam, by zaraz potem znów ruszyć sprintem. A pod koniec roku już tak się zmęczyłam, że przystopowałam na stałe...
Bo wszyscy tak bardzo się spieszą i rzucają w pośpiechu te 3 klasyczne słowa: zaraz, później, nie teraz. Nie ma żadnego zaraz, nie ma później. Mówi się, że lepiej późno niż wcale, ale nie sprawdza się to raczej w przypadku dzieci, czasu czy uczuć. Pewnych rzeczy nie odkłada się na później, bo straci się je bezpowrotnie. Czasu z dziećmi nie odpracujemy, nie nadrobimy. Bo nie można nadrobić czegoś czego nie ma. Na ratowanie miłości też czasem jest już zbyt późno, choć ponoć jeśli jest prawdziwa, to zawsze się narodzi na nowo. Może i tak, ale czy ten fakt sprawia, że warto więc sobie ją olać na 20 lat, by znów ją wskrzeszać... stracone lata, na zawsze pozostaną straconymi. Zranione osoby, już zawsze będą zranione, a my... my już nigdy nie będziemy mieli tyle lat co 2,5, czy 10 lat temu. Wszystko co materialne, bo to dla tego tak biegniemy... wszystko to zostawimy kiedyś odchodząc na drugą stronę. To nie mieszkanie będzie za nami płakało, nie samochód i droga zastawa. To najważniejsze co zostawimy to wspomnienia w głowach naszych bliskich. Wypracowane relacje, uczucia i wartości, które wpoiliśmy. To to należy budować całe życie, bo choć nie wymaga to naszych pieniędzy, to wymaga wysiłku i cierpliwości.
I gdybym miała z tych najważniejszych rzeczy tu i teraz powiedzieć za co najbardziej jestem wdzięczna... powiedziałabym, że za nią. Nie ma w tym zbędnego lukru i tęczy. To czysty fakt. Bo to Ona pozwoliła mi postrzegać świat tak jak teraz. Widzieć więcej i dalej. Ze smutkiem patrzę na ludzi, którzy błądzą. Na ludzi, którym wartości materialne przysłaniają wszystko to co ważne. Na ludzi, którzy rujnują wszystko co mają wkoło. Swoje rodziny przyjaźnie, życie. Każdy z nas czasem błądzi, ale to ludzka rzecz. Grunt, by w labiryncie wątpliwości, nareszcie odnaleźć wyjście. Grunt to zrozumieć, po co tak naprawdę żyjemy i dla kogo. Grunt to zrozumieć, że dla pewnych rzeczy nie ma jutra. Jest tu i teraz. Wierz mi... jutro nigdy nie nadchodzi. Szkoda tylko, że to co powinno być priorytetem jest zazwyczaj odkładane na półkę z tymi 3 cholernymi napisami: zaraz, później, nie teraz. Równie dobrze moglibyśmy nazwać je NIGDY. A po co odkładać życie na jutro? Po co gonić za czymś co tylko napędza nas do szybszej gonitwy. Będziesz mieć dom, zapragniesz auta, będziesz mieć auto, zapragniesz wycieczki w ciepłe kraje. Prawdziwej radości z życia nic z tego Ci nie da. Szczęście możesz odnaleźć tu i teraz w sobie, w uśmiechach bliskich. Czasem wystarczy po prostu zrobić się offline pod każdym względem. Wyłączyć myśli, wyłączyć wszystko to co nas rozprasza i odnaleźć radość w tych wszystkich małych rzeczach, które są wkoło. Ludzie mają w zwyczaju mówić, że dorosłe życie zabija w nas radość z małych rzeczy. Z kałuży na chodniku, z zapachu choinki, z biedronki na trawie. To nie dorosłość to zabija, ani życie, a nasze ograniczenie w głowie. A wystarczy przyjrzeć się wszystkiemu bardziej niż zwykle, dotknąć, poczuć. Nadal mamy tą zdolność. Ale skoro w gonitwie życie potrafimy, rujnować wszystko co powinno być dla nas najważniejsze... to jakim cudem znajdziemy chwilę, by zachwycić się zwykłą małą biedronką...?





























Wyniki LEGO !!! Zwyciezców proszę o kontakt w przeciągu 3 dni - w przypadku braku odzewu losuję kolejne osoby :) a zestawy lecą do ... Magdaleny Zgóreckiej i Pauliny Modrzejewskiej ! :) gratulacje !
Sprzątanie nagle stało się dla mnie codziennością. Konkretnie od momentu, kiedy siedzenie w bałaganie zaczęło znacznie wpływać na moje samopoczucie. Być może wpływało na nie zawsze, ale nie umiałam tego powiązać. W sieci znajduję setki obrazków, mówiących, że idealne mamy mają klejące podłogi, pozasychane piekarniki i szczęśliwe dzieci. Cóż - nie wiem jaka jest analogia, ale z tych 3 rzeczy posiadam tylko szczęśliwe dziecko. A jest ono szczęśliwe wtedy gdy i ja jestem. Z klejącą podłogą i upieprzonym piekarnikiem - cóż... niekoniecznie. Od zawsze wyznaję zasadę, że zlew pełen naczyń poczeka - oczywiście, że poczeka. Ale coś jest chyba nie tak, kiedy czeka tam sobie od dwóch tygodni i liczy jakieś 1,5 metra. Pora powiedzieć to głośno - te wszystkie internetowe bzdury, to nasze wymówki! Wymówki na lenistwo. Nikt nie wmówi mi, że przyjemnie jest siedzieć przy uwalonym od jedzenia stoliku. Nikt też mi nie wmówi, że ekstra sprawą jest przyklejanie się naszych stóp do poklejonej podłogi. Nie jest!
Kobiety często mówią " Jutro posprzątam". Jutro jednak odkłada się w czasie, a wraz z nim nasze sprzątanie - a my w prezencie otrzymujemy zapuszczone mieszkanie, które należy generalnie wysprzątać. Dlatego podstawowym punktem, od którego należy zacząć bycie "perfekcyjną panią domu" ( z przymrużeniem oka, of kors!) jest...
I tak naprawdę na tym punkcie ten wpis mógłby się zakończyć, bo to właśnie ten punkt jest główną zasadą, dzięki której utrzymuję porządek w moim mieszkaniu, a sprzątanie nie jest przykrym obowiązkiem. Systematyczności od zawsze uczyła mnie moja mama. Wkurzało mnie to niesamowicie " Jeju, przecież nic się nie stanie jak umyję to później". Teoretycznie nic się nie działo, ale talerzyk nigdy nie leży samotnie przez kolejne godziny. Dochodzą do niego kolejne i kolejne, a blat zaczyna wyglądać jakby nie był myty od roku, a nie od godziny. Tak po prostu jest.
Najbardziej brudzącym się miejscem jest łazienka i kuchnia. W łazience non stop myje się ręce, zęby po każdym posiłku. Z rana robi się makijaż, bierze prysznic, wieczorem zmazuje się makijaż, znów bierze prysznic. W kuchni za to, toczy się całe życie. Śniadania, przekąski, obiady, kolacje - ich przyrządzenie i spożywanie. Każda czynność zostawia ślad. I możesz wybrać dwie opcje: albo po każdej czynności, olać system i nie robić nic, zostawiając to na później - albo zrobisz to od razu. Na pierwszy rzut oka lepiej wszystko zrobić wieczorem za jednym zamachem. W rzeczywistości obraca się to przeciwko nam. Po pierwsze - cały dzień siedzimy w syfie. Po drugie - wieczorem gromadzi nam się tego tyle, że kiedy zmęczone chcemy usiąść - szorujemy blaty, myjemy naczynia i klniemy pod nosem. Opcja druga to opcja, dzięki której w mieszkaniu czuję się komfortowo. Robię śniadanie - sprzątam po śniadaniu. Od jakiegoś czasu nauczyłam się też gospodarować przestrzeń czyli kłaść na blat serwetę bądź kuchenny ręcznik, a na niego deskę, tak by ograniczyć brudzenie się całego blatu. Mama non stop w domu rodzinnym powtarzała mi, żeby brudzić w jednym miejscu, a nie w każdym zakątku kuchni, kiedy coś robimy. Nareszcie kiedy jestem na swoim, doceniam tą radę jak żadną inną.
Tak samo z łazienką - od lat po każdym myciu rąk w zlewie, czy po kąpieli w wannie - suchą szmatką przecieram cały zlew i wannę. Weszło mi to od małolata tak bardzo w krew, że robią to automatycznie. Tak samo z lustrem - jeśli przy myciu zębów, coś niechcący poleci na lustro - z automatu biorę szmatkę, płyn i czyszczę. To wszystko brzmi tak, jakby całe życie miało ograniczać się tylko do sprzątania. NIE! To są sekundowe czynności, ale trwają one chwilę tylko jeśli robimy je od razu. Jeśli wszystko odkładamy na POTEM - z sekund robią się godziny, a sprzątanie trwa ... wiecznie.
To samo tyczy się zabawek - jeśli skończyłyśmy bawić się klockami - klocki lądują na swoim miejscu, a wyjmowane są kolejne zabawki. Do szału doprowadza mnie salon pełen zabawek, wszystkich ze sobą wymieszanych, bo dziecku co 30 minut chce się bawić czym innym. Tym samym uczę młodą porządku i zawsze jej powtarzam, że jeśli przestała się bawić zabawką, to zanim sięgnie po kolejną - ma schować tą, której już nie chce. Nie pomyślcie sobie, że moje dziecko takie posłuszne i tak mnie słucha w tej kwestii. Gdybym tylko jej pozwoliła, wywróciłaby dom do góry nogami. Potwierdzić to może moja siostra. Zawsze kiedy do niej jadę, dziewczyny bawią się same w pokoju Milli. Wejdźcie tam po pół godziny. WSZYSTKO dosłownie wszystko jest na podłodze wymieszane ze sobą. Dlatego, nie dopuszczam do takich akcji na co dzień w swoim domu. Oczywiście nie weźcie mnie za frika - nie jest to jakaś żelazna zasada i wciąż zdarza się, że wszystko jest wywalone na podłogę jak leci. Staram się jednak tego unikać - ani się w takim otoczeniu człowiek fajnie nie czuje, ani niczego to nie uczy.
Gdyby więc tak streścić przekaz punktu pierwszego, brzmiałby on: NIE ODKŁADAJ NICZEGO NA POTEM!
Kiedy napisałam na facebooku o tym, że spędza mi się dnie znacznie lepiej w 4 ścianach, odkąd dbam o porządek, padło pytanie: kiedy znajdujesz czas na sprzątanie? Rano czy wieczorem? Cóż... Przyznam, że te opcje muszą się ze sobą łączyć, by w ogóle działały. Osobno jakoś nie ma to racji bytu. Aczkolwiek jeśli zastosujecie SYSTEMATYCZNOŚĆ, to tak naprawdę wieczorne i poranne sprzątanie będzie można nazwać jedynie kosmetycznymi poprawkami. Jeśli chodzi o mnie, to staram się, wieczorem zostawić mieszkanie w takim stanie, by rano jedynym moim obowiązkiem było pościelenie łóżka. Nie robię już błędu typu: wieczorem po kolacji w salonie, zostawiam wszystko na stoliku, na narożniku zostawiam rozwalone pledy i poduszki, a rano dostaję zawału. O wiele bardziej wolę to wszystko ogarnąć i rano usiąść sobie w piżamie w czystym salonie.
Jeśli już bierzesz się za większe porządku, albo nawet te małe typu sprzątnięcie kuchni po posiłki - zrób to RAZ A DOBRZE. Nie rób błędu typu: umyję kubeczek, usiądę, potem wyczyszczę blat. Lepiej poświęcić 10 min i mieć z głowy, niż męczyć się z tym przez godzinę, bo nam się nie chce od razu. Właśnie z takiego podejścia rodzi się efekt ciągłego sprzątania bez efektu.
Ja traktuję tą czynność, jako czynność, która jest krokiem do dobrego samopoczucia. Wiem, że w czystym mieszkaniu czuję się komfortowo i dobrze - dlatego nie traktuję sprzątania jako przykry obowiązek.
Skończyłaś czytać książkę? Odłóż ją na regał. Wypiłaś kawę? Umyj kubek i odłóż na półkę. Przebrałaś się w inne rzeczy? Złóż je w kostkę i i schowaj na swoje w miejsce do szafy. Drobne rzeczy rzucane gdzie popadnie, w mgnieniu oka stają się bałaganem nie do ogarnięcia. Tutaj kubek, tam książka, tu kilka ciuchów, tam jakaś zabawka, którą nikt się nie bawi. A najbardziej na nerwy to działają mi...ciuchy na krzesłach. Za młodu krzesło było moją garderobą, ale teraz kiedy widzę...ten męski t-shirt przewieszony na jednym krześle, a spodnie na drugim...a jeszcze nie daj Boże, kurtkę na trzecim - muszę wziąć solidne 3 wdechy, by nie wybuchnąć.
Nie kieruj się zasadą: "Może się jeszcze przyda" - zastanów się po co realnie, to coś miałoby się przydać. Jeśli już jesteś typem, który usilnie wierzy, że za dwa miesiące TO COŚ będzie nam niezbędne - stwórz miejsce, w którym możesz to wszystko składować.
Takich mniejszych zasad, mogłabym tutaj wymienić o wiele więcej, ale uważam, że jeśli zrozumiecie i wdrożycie w życie punkt 1 - to będzie to już duży sukces. Kolejne punkty to punkty pomocnicze, choć niezwykle ważne. Dopiero w tym momencie, kończąc ten wpis, postanowiłam sprawdzić jakie rady można poczytać w sieci. Cóż - te znalezione, nie zadowoliły mnie wcale. Wszędzie banalne rady, ale nigdzie wzmianki o najważniejszym - o systematyczności. To ona jest kluczem do czystego mieszkania i do tego, by sprzątanie nie wywoływało w nas frustracji.
Zatem jeśli za godzinę, dwie czy trzy masz zamiar iść położyć się do sypialni - ogarnij salon i kuchnię do takiego stanu, w jakim rano chciałabyś przebywać, by czuć się dobrze. Wynieś kubeczki po piciu, wsadź do zmywarki, lub umyj. Popraw kocyk na kanapie, odłóż książkę na miejsce...
Tak więc, drogie Panie - nie dajmy sobie wmówić, że wysprzątane mieszkania oznaczają zmarnowane życie albo że mieszkania blogerek sprzątane są na potrzeby zdjęć, bo NORMALNI ludzie tak nie mają. Zapewniam Was, że niektórzy po prostu lubią czystość i choćbyście wpadli do nich z niezapowiedzianą wizytą - byłoby tam czysto. I nie jestem jakąś pedantką, która ma fioła na punkcie sprzątania, broń Boże - po prostu nie lubię siedzieć w syfie. Ani to przyjemne, ani zdrowe... :)
Systematyczność to klucz. Nie ma drogi na skróty. Ludzie ciągle chcą iść na łatwiznę. Ze wszystkim. Chcą szybko i bez wysiłku osiągnąć efekty. Tak się nie da. Dlatego jeśli lubisz w miarę szybkie i proste rozwiązania - zastanów się czy wolisz sprzątać dwa dni po tygodniu nie sprzątania, czy systematycznie, regularnie czyścić to co się "ubrudziło"?
Dobra organizacja, wdrożenie powyższych zasad w życie, a zapewniam Cię, że z najgorszego bałaganiarza staniesz się (prawie) perfekcyjną panią domu. Sama przeszłam taką metamorfozę, także... potwierdzone info! ;)
