Pamiętacie głosowanie na projekty? Ten, który wybrałam, zmodyfikowałam do tego stopnia, że jest do siebie w ogóle nie podobny. A już nawet tak hardkorowo zmodyfikowaną wersję, co chwilę zmieniałam, bo a to jednak inne płytki tu, a to inne tam. Koniec końców, po zaakceptowanej wizualizacji i tak zdecydowałam się zobaczyć wszystko co wybrałam - na żywo. A konkretnie w salonie łazienek BLU w Białymstoku. Przy projektach nie chciałam Wam za dużo pisać o miejscu, w którym tworzę swoją wymarzoną łazienkę, dlatego postanowiłam napisać o tym w osobnym wpisie, tuż po mojej wizycie w salonie.
Calutka łazienka została zaprojektowana przez projektantkę z salonu BLU w Słupsku - Martę Wierzchowską. To jej "wizja" była mi najbliższa, choć finalnie... i tak wyszło z tego coś zupełnie innego. Do projektów zostały użyte tylko i wyłącznie produkty, które można zakupić w salonach BLU. Wyjątek stanowić będzie zabudowa pralki i szafka nad WC - to jest już robota dla stolarza; i lustro oraz oświetlenie, którego w sumie wciąż bezskutecznie poszukuję i wciąż nie wiem na co się zdecydować.
Sieć Salonów Łazienek BLU, współpracuje z czołowymi polskimi producentami. W salonie w Białymstoku, w którym byłam, znajdowało się wszystko co potrzebne nam do stworzenia swojej wymarzonej łazienki. I właśnie wtedy zrozumiałam, że totalnie nie jestem na czasie. Z niczym. Kiedyś nie było aż takiego wyboru, teraz... teraz mam wrażenie, że tego wszystkiego jest aż za dużo! Jestem pod ogromnym wrażeniem - asortymentu, profesjonalizmu osób pracujących w salonie jak i ich chęci pomocy, bym dokonała jak najlepszego wyboru. Jeden z panów, który oprowadzał mnie po salonie, musiał się wykazać na prawdę dużą dawką cierpliwości i to wcale nie do Poli :P Ale ja musiałam, po prostu musiałam płytkę do płytki przyłożyć, żeby sobie jakoś to wszystko wyobrazić. A co szłam dalej i widziałam kolejne propozycje, tym większy mętlik miałam. Wiedziałam jednak, że pierwsza ( no powiedzmy, że pierwsza, po stu poprzednich) myśl jest najlepsza, więc zostałam przy produktach, które zaakceptowałam na ostatniej wizualizacji mojej łazienki.
Koniec końców, postawiłam na płytkę szarą, białą i drewnopodobną. W salonie pokazano mi kilka kombinacji, w różnych odcieniach padającego światła i mam nadzieję, że po skończeniu mojej łazienki, wszystko będzie wyglądało tak jak sobie wyobraziłam. Jestem ogromnie zadowolona z wyboru wanny - jest właściwie identyczna jak mam teraz, czyli prosta, bardzo wygodna i długa. Choć patrząc na wzrost domowników, nie wiem czy istnieje taka długość wanny, która byłaby dla nas odpowiednia. A tak serio - 170 cm jest idealne. Można się wygodnie położyć i zrelaksować. Nie wyobrażam sobie życia bez wanny, serio! Rewelacją jest to, że dzięki temu, że zdecydowałam się na parawan nawannowy, będę mieć również opcję prysznicu. To było moje marzenie!
To czym nie interesowałam się wcale to podwieszana miska. No wiecie, to nie jest jakiś najbardziej atrakcyjny element łazienki. Ale jak usłyszałam i na własne oczy zobaczyłam, że nowoczesne ubikacje nie mają teraz kołnierza, a co za tym idzie - czyszczenie jest dużo prostsze - to się już tym naprawdę zainteresowałam. Rewelacja! Najbardziej znienawidzona czynność, odejdzie w niepamięć. Woda wylatuje tylko z tylnej części, ale obmywa całość. Bajer.
Wiecie czego jeszcze nigdy nie lubiłam czyścić? Baterii! Wszystko zawsze na tym widać. Zacieki, kropki, brud. A ja... a ja będę miała baterie, na których przeważa biel, ha! Cieszyłam się jak dziecko, jak pokazano mi je w salonie na żywo. Zresztą pokazano mi praktycznie wszystko to co wybrałam i jeszcze więcej. Nigdy chyba nie byłam miejscu o tak dużym asortymencie łazienkowym, z tak pięknymi aranżacjami boxów łazienkowych. Po wyjściu z salonu i zaakceptowaniu zamówienia, moja projektantka zapewne odetchnęła z ulgą, że przestanę ją zamęczać coraz to inna wizją, która uroiła mi się w głowie.
Salon łazienek BLU posiada markę własną AZARIO. Są to produkty unikalne, których nie ma wszędzie i nie są produkowane masowo. To również duży plus dla osób, które chcą postawić na oryginalność swojego projektu. Azario w swojej gamie posiada płytki ścienne, podłogowe, gresy i nie tylko. Oferta wciąż jest rozszerzana w taki sposób, by sprostać wymaganiom klientów. Ja z kolekcji Azario, wybrałam płytki ścienne AZARIO ZANZIBAR - płytka ta została wyróżniona Perłą Ceramiki 2017 ; płytkę AZARIO CEMENTI BLANCO oraz płytkę podłogową - gres AZARIO SUPER WHITE. "White" chyba nikogo nie dziwi w moim przypadku, prawda? ;) Wanna o której Wam pisałam, to z kolei AZARIO MORENA, a miska WC bezkołnierzowa to AZARIO ARGUS. O wszystkich produktach będę szczegółowo pisać jeszcze w poście z realizacją łazienki, ale nie zaszkodzi zdradzić już nazw kilku produktów.
Nie wiem. Sama nie wiem, jak to wszystko będzie finalnie wyglądało, ale wiem jedno - pierwsze partia zamówienia przyjdzie już za kilka dni, a mój fachowiec zacznie działać. Na pewno wprowadzamy się przed nowym rokiem. Nie martwię się na zapas, że coś nie dojdzie, że coś nie będzie pasowało - choć straszą mnie tym wszyscy wkoło. Najgorsze było dla mnie podjęcie decyzji odnośnie samych produktów - teraz będzie już z górki. Wiecie - kwestia nastawienia. Byle pieniędzy na wszystko starczyło :P
Podsumowując. Cały projekt i całe wyposażenie to zasługa BLU salony łazienek. Jestem pewna, że jeśli stoi przed Wami zadanie urządzenia łazienki, to mogę Wam polecić to miejsce z ręką na sercu. Duży wybór, pomocni i profesjonalni pracownicy i przede wszystkim - projektanci z świetną wizją, którzy na pewno wstrzelą się w to, co siedzi Wam w głowach. W salonie jest kącik, w którym możecie się swobodnie rozsiąść, zastanowić nad projektami, wypić kawkę. Dzieci mogą w tym czasie pokolorować i zająć się sobą. Wszystko na plus!
Za jakiś czas pokażę Wam na blogu ostateczny projekt, który zaakceptowałam i od którego nie ma już odwrotu. Mam nadzieję, że nie będę żałować :) Widzimy się niebawem, w mojej nowej łazience! Na pewno pokażę Wam wszystko na zdjęciach i w relacji na żywo. Ależ to będzie emocjonujące - relacja na żywo z mamalowej łazienki. Szaleństwo! Bądźcie cierpliwi, to wszystko już lada moment. Trzymajcie się ciepło.
No bo wieeecie jak to jest. Wynajmowanie i takie cackanie się, żeby czasem czegoś na domówce doszczętnie nie zdemolować. Żeby czasem dziury w ścianie nie zrobić. I żeby czasem z chałupy nie wylecieć, jak się właścicielom zachce wrócić. To nie jest tak, że się na co dzień myśli o tym, że to mieszkanie nie jest nasze, bo się o tym nie myśli. Ale w głębi serducha się wie, że się ładuje mega duże pieniądze, a nie tworzy się z tego żadnego kapitału. Po prostu - płacisz komuś za to, żeby udostępnił Ci dach nad głową, a mógłbyś płacić tyle samo, albo nawet mniej i ładować już w swoje. I to wynajmowanie na start było super. Spędziliśmy tutaj przepiękne dwa lata naprawdę! Na zawsze będę mieć w pamięci to mieszkanie i zawsze już będę pamiętać co czułam, kiedy weszliśmy do niego pierwszy raz. Dla mnie Warszawa i zamieszkanie tutaj, było jak jakiś american dream, serio. To wyrwanie się ze schematów, ta różnorodność ludzi, te możliwości, ta przestrzeń. Odżyłam tutaj, zaczęłam żyć na nowo, zrozumiałam, że świat jest w moich rękach! Ja wiem, wiem, że możesz to czytać i myśleć: przesada! Ale ja tego potrzebowałam, nie tylko po to, żeby zarabiać tutaj dużą kasę, ale głównie po to, żeby poczuć, że żyję. Uwolnić się od przeszłości, w której trochę narozrabiałam i trochę się pogubiłam. Potrzebowałam nowego startu, nowej przestrzeni. Potrzebowałam zrozumieć, że mogę być wolnym i świadomym człowiekiem, jeśli tylko sobie wszystko poukładam. I poukładałam. Nie dziw się więc, że jestem teraz jaka jestem. Że prędzej porozmawiasz ze mną o wierze niż o imprezach. Że nie zacznę z Tobą narzekać, tylko będę wszędzie dopatrywać się jasnych stron. Jestem teraz właśnie taka i taka chcę być. I nigdy więcej nie chciałabym wrócić do świata, w którym jestem pogubiona, mam poprzestawiane priorytety, wiecznie się zamartwiam, wbijam innym szpilkę i widzę świat w czarnych barwach. Poukładałam sobie życie i samą siebie. Na nowo. Kawałek po kawałeczku. Stałam się silna i niezależna. A wystarczyło tylko powiedzieć spontanicznie: wyprowadzam się. Do Warszawy.
I stało się. Jazda bez trzymanki, praca na pełnych obrotach, wzloty i upadki, ale w końcu dopięliśmy swojego. Ekscytacja rośnie z dnia na dzień, a jednocześnie jakiś żal w sercu się pojawia, bo o ile mieszkanie i osiedle piękne, to jednak tu gdzie mieszkam obecnie... tu jest chyba nasze miejsce na ziemi. Ten las obok, te klimatyczne bloki, pomiędzy którymi wojażowaliśmy rowerami z F. w letnie wieczory... i tak sobie myślimy, że to dobrze, że przeprowadzamy się tylko jakieś 5 km dalej. Bo wciąż będziemy tutaj pewnie zaglądać każdego dnia, a ja wciąż odwożąc Polę do przedszkola, będę kupować wędlinę obok mojego obecnego bloku. Człowiek się przyzwyczaja. Do wszystkiego. Ale pierwsze razy są najpiękniejsze. Jako pierwszy raz, traktuję naszą przygodę właśnie w tym wynajmowanym mieszkaniu, przy ulicy wręcz filmowej, bo Alternatywy... więc cieszę się jak nienormalna, że już zaraz idę na swoje, a jednocześnie z małym smutkiem żegnam się pomału z tym co tak dobrze poznałam i co tak mocno pokochałam. Od początku mieliśmy szczęście jeśli chodzi o mieszkania i lokalizację. Na początku było Bemowo i cudowne białe mieszkanie - wiecie, że kocham sterylną biel? ;) Wszystko wkoło było piękne. I może nie zachłysnęłabym się tak stolicą, gdybym właśnie trafiła gorzej. Gdybym trafiła np. na Pragę czy na Białołękę. Niech się nikt, kto tam mieszka, teraz nie obraża. To po prostu nie są moje klimaty, a przynajmniej nie klimaty, w którym mogłabym mieszkać. Ubolewałam strasznie, kiedy właścicielka po dwóch miesiącach musiała wrócić do mieszkania na Bemowie, ale jak widać, wszystko dzieje się po coś. Po Bemowie trafiliśmy tutaj, a tutaj zrozumieliśmy, że Ursynów to nasze miejsce na ziemi. Nie zrozumie tego nikt, kto tym klimatem nie przesiąknie, kto nie pozna wszystkich zakamarków, architektury. Nie zrozumie tego ten, kto nie przejdzie się między wszystkimi starszymi blokami i nie zobaczy jak bardzo są one charakterystyczne. Dobrze, że będziemy mieszkać tak blisko tego miejsca... że Pola wciąż będzie chodziła do tego samego przedszkola. Dobrze, że w pewnym sensie, wciąż pozostajemy na Ursynowie. No i nareszcie, będę mieć pod nosem wielką galerię. Tego było mi trzeba! ;)
Odbijając od ursynowskich sentymentów. Odebrałam ostatnio te wymarzone klucze... przeszłam się po mieszkaniu, po osiedlu... i zrozumiałam, że dla osoby, która pracuje w domu - jest to miejsce idealne. Zobaczyłam plac zabaw pod samym balkonem. Wyobraziłam sobie Polę bawiącą się z dziećmi i nas, spijających herbatkę na balkonie. Zobaczyłam jeziorko. Wyobraziłam sobie moje wieczory przy nim, z słuchawkami na uszach i relaksującą mantrą. Zobaczyłam ławki, zasadzone rośliny. Wszystko, mimo, że jeszcze nie skończone - przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Bóg chyba czuwa nad tym, bym żyła w miejscach, które mimo, że są w mieście, to są odseparowane od hałasu i tłumu. Tak mieszkam obecnie i tak będę mieszkać już za moment. Od roku, mój mózg ciągle wytwarza obrazy tego, jak będzie wyglądać moje życie w nowym mieszkaniu. Jak będą wyglądać wspólne posiłki przy okrągłym stole. Jak będą wyglądać spotkania z przyjaciółmi w naszym bialutkim salonie. Jak będą wyglądać moje kąpiele w mojej odjazdowo sterylnej łazience. Jak będzie wyglądać moje malowanie się, przed wielkim, okrągłym lustrem. Jak będzie wyglądać życie... w tych naszych nowych, czterech kątach. Już niedługo być może klapniemy tyłkami na podłodze, bo zapewne nie będziemy jeszcze mieć mebli, otworzymy szampana i wypijemy za nasze kolejne, wspólne lata, spędzone już w NASZYM miejscu... Wiesz. Możesz mi mówić, że przesadzam, że z czego ja się tak cieszę, że mieszkanie nie jest moje, bo jeszcze przez jakiś czas banku, bla bla bla. Włożyliśmy w to mnóstwo wysiłku, pracy i pieniędzy. Zrezygnowaliśmy z wielu przyjemności i nawet nie wiesz ile razy się potknęliśmy i prawie dotknęliśmy dna. Dla mnie to sukces. Nie porównuję się z innymi. Nie obchodzi mnie, że w dzisiejszych czasach, większość jest na swoim. Patrzę tylko na siebie. Na to ile od siebie dałam. Ile osiągnęłam. I co dzięki temu zyskałam. To nie są tylko cztery ściany. To nasz dom. To nasze miejsce na ziemi. To nasz grunt pod nogami. To nasza praca. To nasz kapitał. To efekt.
I ja od początku czułam, że to nowe mieszkanie, będzie dla mnie na każdej płaszczyźnie, drzwiami do lepszego życia. I każdy kto mnie zna i wie, jakie mam podejście do pracy, mówił mi: Ty dopiero jak będziesz na swoim, to pokażesz na co Cię stać. Nie chcę wchodzić w szczegóły. Ale już czuję energię, która przypływa do mnie z każdym dniem, im bliżej jestem wejścia na swoje. Ja po prostu muszę być na swoim, by dać z siebie 100 %. Nie umiem tego wytłumaczyć. Po prostu muszę... i niebawem poczujecie na pewno tę samą energię i zrozumiecie, że miałam rację! Ale jeszcze trochę kochani. Jeszcze trochę...
Marzyłam o tym... choć tak naprawdę projektów nie miało być żadnych, a jedynie własne wizje w głowie, to jednak jeśli chodzi o łazienkę, miałam naprawdę spory dylemat i kompletnie nie wiedziałam od czego zacząć. Mała łazienka w bloku, która na dobrą sprawę nie ma nawet 6 metrów to wyzwanie. Obecnie mam łazienkę o takich właśnie wymiarach i szczerze mówiąc, dziękuję Bogu, że nie jest większa, bo ... wiecie... kto miałby to wszystko sprzątać ;) Ale na takiej powierzchni, trzeba już się trochę nagimnastykować, żeby wyszło ładnie, praktycznie i jeszcze po mojemu. No bo hello - to ja mam się czuć w tej łaźni dobrze. I reszta domowników oczywiście.
Jako człowiek, naprawdę nie mam wielkich wymagań, zwłaszcza jeśli chodzi o pomieszczenie takie jak łazienka. To co dla mnie jest ważne - musi być jasno. Naprawdę, nie chodzi mi tutaj o modę, a o własne samopoczucie. Nie cierpię ciemnych pomieszczeń. Czuję się w nich źle i nie czułabym się jak u siebie. Weźmy też pod uwagę metraż - 5 metrów z kawałkiem wręcz krzyczy o to, by nie robić z tego małej, ciemnej klitki. Jasne kolory sprawiają, że przestrzeń wydaje się większa, bardziej przestronna. I za to kocham właśnie biel.
Ale kurcze - nie tak miałam zacząć ten wpis! Bo przecież dzisiaj, bohaterem wpisu są tak naprawdę projektanci, którzy uważam, że odwalili kawał dobrej roboty. A wierzcie mi, że projekty zobaczyłam nie wiele wcześniej niż Wy, bo wczoraj wieczorem. I wciąż nie mogę wyjść z podziwu. A któż projektów się podjął i skąd w ogóle weźmiemy z F. całe wyposażenie łazienki? Bo na to pewnie czekacie, prawda? :) A no już Wam mówię. W końcu mam Was tutaj zainspirować.
Jeśli chodzi o łazienkę, to zgodnie z F. wybraliśmy salony BLU. To tam pojedziemy po całe wyposażenie i to właśnie projektanci z salonów BLU dostali za zadanie, wykonanie projektów mojej wymarzonej łazienki. O salonach BLU, napiszę Wam więcej i bardziej szczegółowo, tuż po wybraniu się po całe wyposażenie do jednego z salonów, bo przecież dzisiaj wszyscy czekacie na coś zupełnie innego, niż tego typu "opowieści". Przejdźmy zatem do kwestii projektów. Jak to się wszystko zaczęło.
Oczywiście wizja tego, jak to wszystko ma wyglądać, gdzieś tam od roku kiełkowała w mojej głowie. Przeglądałam internet, szukałam inspiracji, a te najlepsze zapisywałam na komputerze. Mała łazienka w bloku to zdecydowanie ciężka sprawa i internet w pewnym momencie zawodził. Miałam jednak jeden taki projekt, który niemalże idealnie wpasowywał się w potrzeby moje jak i F. Projekt bazował głównie na bieli i szarości, ze sprytnie wplecionym elementem drewna. Obydwoje byliśmy zakochani w tym projekcie i choć co chwilę znajdywałam nowe - ten był takim moim punktem zaczepienia, do którego ciągle wracałam. Projektanci musieli jednak wiedzieć, na czym mają bazować, w jakich kolorach czy fakturach wybierać - oraz znać moje ogólne wytyczne.
Szczerze mówiąc... przedstawić mogłam im jedynie ulubione, bazowe kolory, których jestem pewna... ale jeśli chodzi o całość - tak naprawdę pozwoliłam projektantom "poszaleć". Powiedziałam, że jeśli ktoś z nich ma swoje wizje i uważa, że mogą one iść w parze z moim gustem - to proszę kombinować. No i wczoraj zobaczyłam efekty tych kombinacji. To co zobaczycie poniżej, to projekty, w które nie ingerowałam. Nie widziałam ich w trakcie, nie były "modyfikowane". Dopiero teraz, kiedy zdecyduję się na jeden z tych projektów, dopracuję całość z projektantem i wniosę ewentualne zmiany i poprawki, tak by było już perfekcyjnie czyli tak jak JA chcę.
No dobra... to teraz najważniejsze. Projekty mojej łazienki. Pod każdym projektem znajdziecie opisy kolekcji, użytych produktów, a także ceny. Kwota, na której mieli bazować projektanci to ok. 9500 zł brutto. Pod każdym projektem, znajdziecie również moją opinię, spostrzeżenia, uwagi. Na samym końcu zaproszę Was do głosowania, w którym wskażecie mi najlepszy Waszym zdaniem projekt. Ale to, jaki projekt wybiorę ja, i jaki jest moim faworytem - o tym dowiecie się dopiero po zakończonym głosowaniu :) No to patrzcie!
cena brutto: 9 453,95 zł
cena brutto: 9 414,67 zł + ok 2 000 zł brutto meble na wymiar i blat
Nie wiem czemu, na samym początku nie zwróciłam uwagi na tą łazienkę, bo jest po prostu przepiękna. Jasna, spójna. Wszystko tutaj ze sobą gra. Pięknie wbudowana szafka nad WC i mega praktyczne rozwiązanie z przedłużeniem blatu nad pralką, gdzie ukryta jest sprytnie szczotka do ubikacji i inne tego typu rzeczy. Przy szufladach jest dużo miejsca, więc albo dodałabym tam blat, albo zostawiła to miejsce, żeby mieć tam fajny, duży kosz na pranie. Albo na dwa kosze. Może czas nauczyć domowników oddzielania brudów ciemnych od jasnych? Dla mnie będzie to duuuże ułatwienie. Kto pierze, ten wie. Wydaje mi się, że to najbardziej praktyczna propozycja ze wszystkich.












cena brutto : 9 428,43 zł + jakieś 1 300 zł na podwieszany sufit niebo (300 zł / 1m2)
+ ok 2 000 zł brutto meble na wymiar i blat
Podwieszany sufit to zdecydowanie nie moja bajka, ale mozaika na wannie wydaje się być całkiem atrakcyjna. Zdecydowanie wolę wersję tej łazienki taką jak na pierwszych zdjęciach - z normalnym sufitem. Również duży plus za ukryta pralkę i za miejsce na szczotkę itp. Bardzo podoba mi się wkomponowanie szafki nad ubikacją. Wanna - zdecydowanie musiałaby być większa. Motyw drewna nad wanną również nadaje ciekawego uroku.











cena brutto: 8 558,20 zł
cena brutto: 8 848,60 zł
cena brutto: 8 835,02 zł
Wobec tego projektu mam identyczne uwagi, jak do poprzedniego. Łazienka różni się właściwie kolorystyką. Ta, mam wrażenie, nadaje łazience charakter mocno luksusowy, ale jednak wciąż pozostaje on przytulny. Wszystko pięknie się tutaj zgrywa, a gdyby zagospodarować ścianę naprzeciwko lustra tak jak wspominałam wcześniej - wzbogacić o szafkę i jakiś słupek, ale tak by tworzyło to gładką powierzchnię - mogłoby to wyjść nie dosyć, że pięknie to jeszcze praktycznie.
I... to już koniec propozycji moi drodzy. Teraz ogłaszam najfajniejszą część!
Możecie oddać głos na najlepszy Waszym zdaniem projekt. Która mała łazienka jest wg Was najlepsza? Nie chodzi o to, że musi ona spełniać Wasze wymagania w 100%. Wyobraźcie sobie, że możecie wybrać łazienkę i później wnieść w niej delikatne modyfikacje. Który byłby to projekt? Będę wdzięczna nie tylko za głos, ale również za uzasadnienie. Wasze wskazanie, co można byłoby zmienić, jakie rozwiązanie zastosować - oraz wskazanie co już teraz wydaje Wam się super - będzie dla mnie baaardzo pomocne. Zapewne sami wiecie już, kto jest moim faworytem, ale pamiętajcie, że łazienkę wybieram razem z F. A jego wizje troszkę odbiegają od moich. Trzeba znaleźć jakiś kompromis. To będzie ciężki orzech do zgryzienia, ale wierzę, że nasza mała łazienka będzie w 100% taka jak sobie wymarzyliśmy. Uważam, że wszyscy projektanci dali czadu i naprawdę wybór jest okropnie trudny.
Głosowanie potrwa od teraz do końca dnia 4 października. Spośród wszystkich głosujących jedna z osób zgarnie ode mnie mały upominek. Projekt wybrany przez Was jak i przeze mnie ( już zmodyfikowany pod moje potrzeby) zostanie opublikowany w osobnym wpisie na blogu w drugiej połowie października. Liczę na Wasze rady i pomoc!
Wszystkie produkty, wyżej wymienione, asortyment oraz adresy salonów sieci BLU możecie zobaczyć na ich stronie o tutaj. Wybór jest naprawdę ogromny, a projektanci jak sami widzicie - uzdolnieni. Już niebawem pokażę Wam foto-relacje z jednego z salonów BLU, gdzie wspólnie z F. wybierzemy się po wyposażenie naszej wymarzonej łazienki. Wiecie co? Nie mogę się doczekać! Jeśli i przed Wami zostało postawione wyzwanie urządzenia łazienki i gorączkowo wpisujecie w wyszukiwarce frazy: mała łazienka w bloku - z nadzieją, że w końcu znajdziecie coś dla siebie - to mam nadzieję, że swoimi projektami choć odrobinę Wam pomogłam. Tymczasem czekam na Wasze głosy - zarówno tutaj jak i na fb i instagramie. Do dzieła!
Kosz na zabawki czy inne pudła, powinny chyba być u nas w ilości większej niż ... 10. Powoli się w tym mieszkaniu nie mieścimy. Pola co chwilę dostaje jakieś zabawki, których mimo, że większość chowamy, to i tak nie mamy już gdzie kłaść. Brak nam najważniejszego - własnego pokoju Poli. W nim będzie już ona miała regał, półki, biurko i wszystko będzie można ładnie poukładać, wszystko będzie miało swoje miejsce. Obecnie jej kąt w sypialni jest już zawalony, a w szafach też zaczyna brakować wolnych półek. Dlatego raczej na razie skończymy na tym co się pojawiło i nie będziemy dorzucać nic więcej... no chyba, że trafią się naprawdę mega okazje cenowe, które trzeba będzie rozpakować, bo w kartonach nie będzie gdzie ich trzymać.
W tematyce dziecięcych wnętrz i zabawek, jestem raczej spontaniczna. Nie mam ulubionych kolorów i stylu, ale po zdjęciach da się zauważyć, że jednak skłaniam się ku pastelom i... różu - czego kompletnie bym się nie spodziewała! Nie uważam, że pokój Polki jest mało dziecięcy - zwłaszcza kiedy jest w nim bałagan, można dostrzec w nim absolutną magię i misz-masz, który obok sterylnych, chłodnych wnętrz z jedną zabawką nawet nie stał. Na zdjęciach nie dostrzeżecie całości, bo Poli rzeczy takie jak wózek czy krzesełko do karmienia dla lali, stoją na ścianie, na której stoi nasze łóżko. Ze ściany zniknęły plakaty, nie chciałam, żeby zniszczyły się do czasu wyprowadzki, a są na tyle piękne, że powieszę je i w nowym mieszkaniu.
Ale... przejdźmy do konkretów. Nowości w pokoju, o których chciałam Wam dzisiaj napisać, to moje kolejne łupy z Westwing . Ten klub zakupowy stał się moim uzależnieniem, ale obecnie robię już na nim zakupy naprawdę przemyślane, z myślą o nowym mieszkaniu - np. nowa, porządna kołdra, poduszki, ręczniki do łazienki czy zestaw sztućców. Obiecałam sobie, że metodą małych kroków, będę kupować rzeczy naprawdę porządne za większą sumę, a nie będę pokuszać się na okazje cenowe, które na dłuższą metę nie będą się sprawdzać. Zwłaszcza jeśli mówimy tutaj o rzeczach, które jednak się zużywają, a nie o dodatkach, które tylko wyglądają i za nie naprawdę ludzie często przepłaca.
Należy jednak pamiętać, że każdych zakupów należy się nauczyć. Na Westwing , musimy być przede wszystkim obeznanym i wiedzieć co rzeczywiście opłaca się kupić. Czasem zniżki są małe, a czasem gigantyczne - tak jak patelnia, którą widziałam kiedyś za ok. 1000 zł - na Westwing upolowałam ją za... ciut ponad stówkę. Ale trzeba być naprawdę szybkim, bo na takie okazje ludzie czatują od samego rana. Dla niezorientowanych przypomnę, że w tym klubie zakupowym, nowe kampanie pojawiają się każdego dnia. Jak dla mnie to zdecydowanie najlepsza strona, jeśli jesteśmy konkretnymi i zdecydowanymi osobami, które wiedzą co chcą kupić i ile mogą na to przeznaczyć.
Jeśli jeszcze nie macie konta na Westwing - koniecznie kliknijcie tutaj i załóżcie je absolutnie za free w kilka sekund - nic Was to nie kosztuje, a uzyskacie dostęp do wszystkich kampanii, które pojawiają się każdego dnia. Jeśli macie w planach zakup czegokolwiek do mieszkania, zwłaszcza jeśli chodzi o rzeczy takie jak sprzęt do kuchni, jakiś konkretny mebel, zastawa - to wierzcie mi, że czasem naprawdę warto poczekać aż coś takiego pojawi się w jakiejś kampanii. Cierpliwość popłaca serio!
A co zmieniło się w pokoju Polki? Poza wspomnianymi nowościami tj. kosz na zabawki i dywanik, doszło nam trochę zabawek, między innymi nowa barbie czy limitowane klocki Nivea ( na stronie nivea możecie wygrać takie same). Największym zaskoczeniem był prezent od Monster High. W pudełku wypełnionym setkami styropianowych kuleczek, były ukryte maleńkie figurki Monster High. Mimo, że nie cierpię bałaganu, to pozwoliłam Poli bawić się pudełkiem do woli, a kuleczki... pewnie są jeszcze i takie, które uciekły przed ... odkurzaczem ;) Choć za Monster High nigdy nie przepadałam, to jednak do małych figurek ( jakichkolwiek) mam razem z Polką słabość. Te są wręcz... urocze!
Co do konkretów, które są bohaterami tego wpisu. Pozwolę sobie napisać o nich kilka słów...

Brakowało mi w pokoju Poli dywaniku - chyba głównie dlatego, że nienawidzę parkietu jaki znajduje się w obecnym mieszkaniu i najchętniej zakryłabym całą jego powierzchnię. Wiedziałam, że głupotą będzie wydawać kilka stów na dywan i dawać go Poli już teraz - nie dotrwałby do czasu wyprowadzki, a właściwie dotrwałby, ale nie byłby już pierwszej świeżości. Upolowałam więc na Westwing coś co spełni swoją rolę przez najbliższy rok - dywanik firmy Eight Mood - kosztował o ile się nie mylę coś ok. 90 zł. Jest fajny, łatwo go utrzymać w czystości, nie łapie szybko brudu. Jak widać, wkomponował się w całość idealnie!

Właściwie w opisie było, że znajdujący się na zdjęciu kosz na zabawki, to kosz na... pranie. Ja jednak zaważyłam w nim idealnego kandydata na kolejny kosz, w którym będziemy składować maskotki, poduszki itp. Poza tym... czy ten wzór nadaje się na łazienkowy...? Mi tu od razu zaleciało dziecięcym klimatem i tak też to wykorzystałam. Kosz na zabawki ma fajny materiał, delikatny, subtelny wzór i jako, że teoretycznie jest koszem na pranie - można go u góry zawiązać. Jego cena to było coś koło 100 zł. Może nie jest za duży, ale zdecydowanie nie jest tandetny co czuć już przy pierwszym dotyku.
Reszta w pokoju nie uległa zmianom. Raczej prócz prezentów, które Polka dostaje, ja sama z siebie już nic nie dokupię do czasu wyprowadzki. Nie przykładam jakoś szczególnie uwagi, by to wszystko wyglądało, było spójne itp. - cały wystrój pokoju, a właściwie kąciku w sypialni - ten cały wystrój wyszedł totalnie spontanicznie. Dochodziły nam kolejne rzeczy, które gdzieś kładliśmy i tak oto powstał taki, a nie inny klimat. Robi się tutaj jednak naprawdę ciasno i pod tym względem chciałabym, żeby najbliższy rok minął naprawdę szybko... Pod innymi względami mam jednak nadzieję, że będzie płynął jak najwolniej ( o tym napiszę Wam we wpisie dotyczącym przedszkola Poli...).
Czy kącik Poli wpisuje się w obecne "trendy"? Tego nie wiem, wiem jednak, że wpisuje się idealnie w mój gust i z tego co widzę gust Poli - uwielbia spędzać tam czas, bawi się ABSOLUTNIE WSZYSTKIMI zabawkami i sama wybiera sobie, pod którym kocykiem i na której poduszce dzisiaj śpi. Co do sprzątania pokoju, niestety to wciąż moja działka. O ile Poldun rwie się do rozwieszania prania, wyjmowania naczyń ze zmywarki i układania butów w przedpokoju, tak schowanie klocków do pudła jest dla niej niezwykle ciężką czynnością. Doprawdy nie wiem po kim to ma... ;)
A teraz coś dla Waszego oka. Mam nadzieję, że całkiem miły widok. Do następnego!
















































Mieszkanie na wynajem ma swoje minusy. Nie można wbić gwoździa, nie można sobie zmienić podłogi, nie można wielu rzeczy. Trzeba cieszyć się tym, że w ogóle ma się dach nad głową, zaakceptować kolor parkietu, którego nie lubimy, brzydki kącik w salonie, kolor ścian... I trzeba sobie tak w tym gniazdku wszystko urządzić, żeby mimo tego, że gniazdo nie nasze, a podłoga nie ta - czuć się w nim komfortowo. Nigdy w życiu nie pomyślałabym nawet, że salon można rozświetlić za pomocą jedynie KILKU dodatków. Kilku, idealnie dobranych rzeczy, które kupuje się z rozwagą, po dokładnej analizie, czy na pewno będzie to potrzebne i czy na pewno będzie to pasowało do reszty.
Kącik w salonie to w moim przypadku miejsce, w którym odgrywa się całe nasze życie. To w nim jemy kolację, oglądamy wspólnie seriale, czytamy bajki. To w nim pracuję, notuję, czytam książki. Zaległam na tej kanapie jak taki leniuszek i nawet ćwiczę w tym kąciku - stolik przesuwam, matę rozkładam i jazda. Może gdybym nie pracowała zdalnie, to wygląd mieszkania nie miałby aż takiego znaczenia. Ale, że spędzam tutaj tyle godzin dziennie - ma znaczenie i to ogromne.
Wprowadzając się do tego mieszkania, zastałam w salonie jedynie brzydką ikeowską lampę - tą najtańszą, stojącą - i zamszową, pomarańczową kanapę. ZAMSZ + dwuletnie dziecko - to nie był dobry pomysł. Szybko na jej miejscu pojawił się narożnik, o którym pisałam Wam już przy okazji wstępnych planów na kącik w salonie oraz przy okazji jego pierwszej odsłony. Brakowało mi czegoś na ścianach. Brakowało mi też dywanu i pięknego pledu, oraz kilku drobniejszych dodatków. Warto jednak było być cierpliwym i poczekać aż wszystko stworzy idealną całość.
Poniżej przedstawiam Wam zdjęcia zarówno całości jak i pojedynczych rzeczy, oraz opisy dodatków, które doszły:
1.PLAKATY - wierzcie lub nie, ale chyba miesiąc albo i więcej szukałam strony, na której znajdę coś innego niż tylko topowe hasła, które są już wszędzie. No i znalazłam! Miało być motywująco i w rodzinnym klimacie - i jest. Te trzy hasła to nie jakieś tam zwykłe literki, nic nie znaczące wyrazy. To coś czym kierujemy się w naszym codziennym życiu i co pozwala nam tworzyć wspaniałą, pracującą nad sobą rodzinę. Plakaty początkowo zamówiłam bez ramek - byłam pewna, że przyczepię je na ozdobną taśmę. Taśma jednak narobiła więcej złego niż dobrego, więc ... zainwestowałam w ikeowskie ramki i taśmę tessa. No i jeśli chodzi o firmę, która wykonała plakaty - posterilla.pl - pokazywałam Wam już na facebooku jak pięknie i z sercem pakowane są plakaty dla klienta. Niby to "tylko" opakowanie", ale o wiele milej dostać je w pięknej tubie z kokardką niż w brzydkich foliach... :) Dzisiaj mam dla Was fajny prezent od firmy, a mianowicie... 30 % RABATU na plakaty, na hasło MAMALLA! :)
2. PLED - no marzył mi się od zawsze no... taki duży, milutki... taki do oglądania telewizji z kubkiem herbaty w ręce. Taki do leniwych wieczorów i do pracy przy komputerze... no i mam! Po raz kolejny jak i w przypadku poduszek wybrałam firmę decovena - a jeśli wybieram coś z tego sklepu po raz drugi, to świadczy tylko o tym, że za pierwszym razem się nie zawiodłam. I tym oto sposobem we wpisie dzisiaj widzicie aż trzy produkty z tej strony: pled, ściereczka z napisem" Good moms..." i poduszki, które gościły tutaj już nie raz, nie dwa...
3. DYWAN od SUKHI - oooo tak! Jest kącik w salonie, musi być i dywan. To jest ten moment, w którym mam ochotę pokazywać go każdemu i każdemu o nim opowiadać. To właśnie na niego tak długo czekałam... I już zaraz napiszę Wam dlaczego... Dywan pochodzi ze sklepu SUKHI - nie ma on ani magazynów, ani sklepów stacjonarnych. Wszystkie dywany powstają na zamówienie konkretnej osoby, a czas oczekiwania wynosi od czterech do sześciu tygodni. Zdecydowałam się na dywan z filcowych kulek - stworzony przez rzemieślników z Nepalu. Dywan jest stworzony z czystej wełny 100%, importowanej bezpośrednio z Nowej Zelandii. Kiedy mój dywan był gotowy dostałam e-mail z informacją u ukończeniu dywany oraz ze zdjęciem, imieniem i nazwiskiem jego twórcy - mój dywan wykonała Binita Khadka. Produkty w sklepie sukhi są tańsze niż w innych sklepach, głównie dlatego, że nie ma tutaj żadnych pośredników, drogi do sklepu czy magazynu. Produkty sprzedawane są jedynie za pośrednictwem internetu. Co jest w tym wszystkim przepiękne to fakt, że kobiety, które tworzą te dywany zarabiają 2-3 razy więcej niż wynosi płaca w ich regionie. Dzięki temu standard ich życia znacznie się podniósł. Piękne jest to, że zamawiając dywan, dostajemy czyjeś serce włożone w pracę i przyczyniamy się do polepszenia jakości życia twórców... To w dzisiejszych czasach coś niesamowicie wyjątkowego i innego od realiów jakie panują w wielkich fabrykach pełnych dzieci, zmuszanych do niewolniczej pracy... Dywan, na który tyle czekałam okazał się czymś, z czym nie miałam jeszcze do czynienia. Cudowny w dotyku, wykonany PERFEKCYJNIE. Kolory, które wybrałam to oczywiście stonowane odcienie szarości i bieli. Zgrywa się to idealnie z całą resztą kąciku.
Całą resztę z mojego salonu już znacie. Jyskowy stolik i narożnik od meblejana.pl, którego wciąż sama sobie zazdroszczę. Nic nie uległo zmianie - wciąż zalegam na nim całymi wieczorami i nie wyobrażam sobie siedzieć teraz na jakiejś kanapie, na której się tak wygodnie nie rozłożę - moje miejsce jest oczywiście w rogu, z wyciągniętymi nogami, chyba logiczne co? :P Etażerkę widzieliście już w pokoju Polki - cudo od Lilu Shop. A takie piękne kwiatki dorwałam dzisiaj w Lidlu. Ach! Jakbyście pytali o te przepiękne lniane króliczki to dzieło wspaniałej Pani Gosi. Jej produkty znajdziecie na stronie Lniany Dom.
Koniec końców... Stworzyłam w wynajmowanym mieszkaniu klimat, który pozwala mi czuć się tak, jakby był to mój dom. Skrzydła rozwinę w 100 % jak już osiądę na swoim, ale póki co skupiam się na miejscu, w którym mieszkam i które musi być dla mnie przyjemne. Czy efekt końcowy jest zadowalający? To kwestia gustu, ale dla mnie jest idealnie. Nawet z tym ciemnym parkietem, które już zaczynam TOLEROWAĆ... :)
Ogłaszam zatem, że projekt salon, a właściwie projekt: kącik w salonie - dobiegł końca. I zakończył się powodzeniem!













































taca, na której są truskawki to cudo od smukke.pl
Zobaczcie jak powstawał mój kącik w salonie...
Moja mama, ani nawet ja sama, nie uwierzyłabym jeszcze rok temu w to, że "moje" mieszkanie może być perfekcyjne w każdym calu. Czyste, estetyczne, gustownie urządzone... a tu proszę. Coś mnie trafiło pewnego szarego dnia, niczym piorun. Że przecież w czystym i schludnym jakoś tak lepiej się myśli, lepiej się funkcjonuje. Lepiej się żyje po prostu...
Wstaję ostatnio codziennie rano. Sprzątam, przestawiam. Tu coś przestawię, tu coś dodam, tu coś zmienię. A no bo, zmiany są dobre i dla oczu i dla naszej psychiki. Mówi się, że szczęśliwe mamy mają brudne piekarniki, lepkie podłogi...cóż. Chyba jestem kiepską mamą. A może po prostu funkcjonuję nieco inaczej. Dziwna moda nastała. Czyta się na forach komentarze "Wolę spędzać czas z dzieckiem, niż przejmować się brudną podłogą". A ja wolę mieć czystą podłogę i czyścić ją śpiewając z dzieckiem i tańcząc. A wymówki? Są dla leni. I mówię z autopsji, bo takim leniem byłam jeszcze kilka miesięcy temu. Czystość czystością, ale jakoś tak nagle wyrobiło mi się poczucie estetyki. Najfajniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że zrozumiałam, że nie muszę mieć mieszkania jak z magazynu, żeby stworzyć w nim klimat dla mnie idealny. I tak tworzę go sobie każdego dnia. I cieszy mnie to jak za czasów gdy byłam dzieckiem i wszystko robiłam stopniowo. Uzbierałam na jedną rzecz - kupowałam. Długo potem zbierałam na kolejną - kupowałam. I wszystko tak bardziej jakoś cieszyło niż jakby ktoś mi rzucił gotówką i powiedział "kup co chcesz." No dobra. To też byłoby fajne, ale rozumiecie o co chodzi? Głupi stolik za 100 zł. A ja czekałam jakieś dwa miesiące, by sobie na niego pozwolić. Kiedy wreszcie go kupiłam, w aucie powiedziałam "Kolejne marzenie spełnione". A F. spojrzał na mnie jak na kosmitkę. No bo co ja za marzenia mam...i jeszcze ten stolik taki beznadziejny - wyjaśnię z góry: F. zachwyca się kiczowatymi rzeczami, na które ja reaguję "A fuuu!". On tak reaguje na moje wybory... A potem sam z nich korzysta i głupio mu przyznać, że jednak były słuszne. No dobrze...ale dosyć tej pisaniny. Przejdźmy do konkretów. Do historii jak stworzyłam swój kąt. Kąt perfekcyjnej pani domu...
Zazwyczaj wychodzę z założenia, że mniej znaczy więcej. Ciężko jednak do salonu wybrać jeden dodatek. Tutaj musi być "więcej" co nie oznacza wcale, że musi to źle wyglądać i rzucać się w oczy. Więcej w tym przypadku oznacza jedynie "przytulniej" i "cieplej" - a nie ukrywajmy, że o tej porze roku, temu ciepłu trzeba trochę pomóc.
Początkowo wiedziałam jedynie, że na pewno podstawą będzie ...stolik. Jest to absolutny must have, a jego brak dawał się we znaki bardzo często, kiedy wieczorami nie było na czym postawić przekąsek czy chociażby szklanki z napojem. Szukałam długo, a w głowie wciąż miałam jeden obrazek: biały blat i drewniane nogi. Ideał znalazłam, ale cena...okrutna. Od 700 zł wzwyż to istne szaleństwo. Ok - gdybym miała kupiłabym nawet za 10 tysięcy. Nie mam, więc szukałam alternatywy. I nagle JEST! Za cenę naprawdę niezłą. JYSK nie zawiódł. Cena 120 zł za właściwie identyczny stolik jak w innych sklepach, po szybkim namyśle zapisanie się do newslettera i otrzymanie 20 zł zniżki co daje nam stówkę :P A jeszcze fajniejszy jest fakt, że newsletter wcale się nie przydał, bo akurat w dzień, w który pojechaliśmy po stolik, okazało się, że jest przeceniony na ... 95 zł. No po prostu bomba. Wygląda idealnie, a wyobrażając go sobie w moim białym mieszkaniu, które kiedyś będę mieć - wygląda perfekcyjnie.
Stolik stolikiem, ale coś na nim powinno być. Jakiś czas temu miałam przyjemność trafić na świetną, profesjonalną firmę DREWNIANE DODATKI, które tworzy jak sama nazwa mówi... drewniane dodatki do domu. Firma dopiero się rozwija, ale ja już wróżę sukces. Od razu wpadłam na pomysł, by zrealizowali dla mnie... podkładki pod kubki. Takie z fajnymi napisami, które umilą nam dzień od razu po wstaniu z łóżka. Moja wizja została zrealizowana, a teraz i Wy możecie kupić takie podkładki właśnie w tym sklepie. Oprócz podkładek na kawę, zaopatrzyłam się również w dwa spersonalizowane serca, które mają zawsze przypominać nam o tym co jest najważniejsze. O tym, że dom jest tam gdzie my. Tam gdzie nasza trójka. Właśnie dlatego na jednym sercu widnieje napis "home", a na drugim są nasze inicjały. Jeśli chodzi o realizację zamówienia i jakość produktów - jest to zdecydowanie firma, którą z czystym sercem mogę Wam polecić. To właśnie takie drobiazgi jak te, które tworzą nadają naszym wnętrzom wyjątkowego ciepła. Moment odpakowania przesyłki był tutaj jednym z tych momentów, po którym bierze się telefon w dłoń, automatycznie robi zdjęcie i wysyła wszystkim koleżankom pisząc: " Zobacz jakie świetne". Nie muszę chyba mówić, że podkładka z moim logo wycisnęła z moich oczu łzy?
Kolejną kwestią był narożnik. Teoretycznie miał on swoje poduchy, ale jednak od zawsze byłam zakochana w tych kanapach z filmów, całych zawalonych różnego rodzaju poduchami. Z firmą DECOVENA miałam już do czynienia podczas organizowanego przeze mnie spotkania blogerskiego, gdzie po raz pierwszy mogłam na żywo zobaczyć ich produkty i już wtedy podbiły one moje serce. Wysoka jakość, świetne kolory, super wykonanie. Wydaje mi się, że kolory idealnie pasują do narożnika i świetnie się z nim komponują. Koniecznie zajrzyjcie na stronę, bo poza poduszkami znajdziecie tam wiele innych świetnych produktów jak pledy czy dywany. I ja taki dywan, wylosowałam na swoim spotkaniu blogerskim. Początkowo był on schowany w szafie. Dziś z ciekawości jednak go wyjęłam, by sprawdzić jak będzie się prezentował pod stolikiem - na okres tymczasowy - pasuje jak ulał!
Jeszcze jednym elementem, którego mi brakowało był jakiś dodatek na pustą ścianę za naszymi plecami. Zwróciłam na to uwagę już podczas ostatniej sesji. Tutaj do akcji wkroczyła bliska mi osoba. Przyjaciółka i blogerka, która oprócz tego, że robi świetne zdjęcia, to jeszcze tworzy zapierające dech w piersiach grafiki, które trafiają idealnie w mój gust. Z racji, że jest jesień, postanowiłam dobrać plakaty tematycznie i wybrałam te adekwatne do obecnej pory roku. Serdecznie zapraszam do działu GRAFIKA na blogu Marty - może i Wy znajdziecie coś dla siebie. Co do metody przywieszenia ich do ściany - wspominałam Wam już przy okazji kącika do spania dla Poli, że z racji, że jest to mieszkanie wynajmowane, nie chcę robić w ścianach żadnych dziur itp. I właśnie dlatego zainwestowałam w papierniczym sklepie w kolejną taśmę washi-tape. Koszt - 6,60 zł.
Zapewne zauważyliście też wiklinowy stolik w rogu kąciku. Jest to stolik, który jest w kąciku zabaw Poli, ale w ramach eksperymentu, wzięłam go do zdjęć obok narożnika i stwierdziłam, że chyba tam zostanie, a jeśli nie to na pewno w najbliższym czasie w coś podobnego zainwestuję, bo jednak nie chcę w tym miejscu pustej przestrzeni. Dobrą opcją byłoby w tym miejscu postawienie oprócz stolika jakiejś gustownej lampki, ale jednak wolałabym mieć pod ręką np. książkę, której nie będę stawiać na stoliku, gdzie jest miejsce na napoje czy przekąski. Wiklinowy stolik to oczywiście niezawodna ekipa Lilushop. Więcej nowości od nich zobaczycie w jednym z kolejnych wpisów.
Z pokoju Poli podkradłam też świecące kule od qule.pl. I tak to w salonie spędzamy teraz całe wieczory, a Pola razem z nami - więc zdecydowanie przydają się teraz bardziej tutaj niż przy jej łóżeczku. Lustro zyskało nowy look, a my fajny klimat podczas jesiennych wieczorów. Co do kul - z czasem mam nadzieję będą i w salonie i przy łóżeczku.
Co do narożnika od Meble Jana - mam go miesiąc i póki co sprawuje się idealnie. Nie śpimy na nim, a w dzień kiedy Pola wariuje staram się bunkrować go jakimś kocykiem. Mimo to ostatnio kiedy pakowałam się do wyjazdu, Pola wykorzystując moją nieuwagę, porozlewała sobie na odsłoniętej części ... mleko. Mocno potarłam ręcznikiem namoczonym zimną wodą - nie ma ani śladu.
Czego jeszcze brak? Zdecydowanie jakiegoś pięknego pledu, a z czasem innego dywanu, w jakiś delikatny, nie nachalny wzór. A póki co... to chyba wszystko! :)
Efekt? Kwestia gustu - dla mnie jest idealnie!
Pozostałe rzeczy widoczne na zdjęciach to:
czajnik, patera, koszyk druciany - smukke.pl
klamerki - home&you
lustro - ikea
wianek - dzieło wspaniałej i utalentowanej Ani
oh! zapomniałam o bluzce! ma na łokciach taki słodki zarys kotka - fanką tych zwierząt nie jestem, ale wygląda to całkiem fajnie ;) możecie ją zamówić o tu
Tak to już w życiu bywa - jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Ja mam wynajmowane mieszkanie, więc póki stan rzeczy zmianie nie ulegnie - chcę stworzyć w nim przyjemne miejsce, w którym odpoczywam wieczorami. Marzyłam o pięknym, prostym narożniku w salonie - no to sobie wymarzyłam. A i resztę z czasem sobie wymarzę...
Od jakiegoś czasu z F. śmiejemy się, że przynajmniej o wyposażenie mieszkania, które kiedyś kupimy nie będziemy musieli się martwić. Bo zanim je kupimy to już wszystko będziemy mieli. Alicja myśli przyszłościowo, więc i wszystkie dodatki do domu dobiera mając w głowie jej własne, piękne, śnieżnobiałe mieszkanie... Strach pomyśleć co ja bym z tych wszystkich rzeczy miała, nie mając bloga - prawie nic...! Ale nie ma co gdybać - bo ciężka praca popłaca i mieszkanie jakoś tak z każdym dniem, wyposaża się jakby...samo. I w momencie, w którym tak wszystko łatwo przychodzi i nagle ktoś wciska przycisk STOP - czuję totaaalne zdenerwowanie. Bo nagle się okazuje, że fajnie byłoby być przy kasie i sobie ten salon za jednym zamachem wyposażyć od A do Z. Z drugiej strony - ile satysfakcji daje uzupełnianie go stopniowo! Krok po kroku, poduszka po poduszce. Więc jakby to ująć... mój salon to tort, a wisienką na torcie jest...narożnik. I wszystko byłoby spoko, tylko, że nic prócz tej wisienki już nie mam...ale będę mieć... ;) Może przy odrobinie szczęścia zarobię, a może ktoś wyrzuci na śmietnik jakiś stary stolik, z którego ja zrobię odjechany DIY. Kto to wie?! Ale nie wybiegając za bardzo w przyszłość... Dzisiaj pochwalę się Wam swoją wisienką i powiem co jeszcze bym sobie do niej wymarzyła... A wy będziecie śledzić uważnie jak poooomału realizuję swój plan. Pasuje?
A więc moja wisienka na torcie była jednym, wielkim znakiem zapytania. No bo co lepsze: kanapa czy narożnik? Teoretycznie kanapa zajmuje mniej miejsca. Z drugiej jednak strony narożnik nadaje taki fajny klimat. Odgradza nas tak jakby od reszty pokoju i tworzy mały azyl, w którym spokojnie możemy odpocząć. Z kolei taka kanapa - i lepiej się ją przewiezie i mniej miejsca zajmuje...no ale tak jakby czegoś było mi w niej brak. Decyzję zmieniałam jakieś 10 razy, a kiedy w końcu podjęłam decyzję ostateczną - narożnik! To nie mogłam rozkminić czy lewo czy prawostronny. Serio - ja to nie wiem, czy ciąża odmóżdża już tak na zawsze? Czy te wszystkie szare komórki się nie odradzają? Mam czasem wrażenie, że w moim przypadku obumarły już bezpowrotnie. Nevermind. Kiedy doszłam już do porozumienia, z osobą, która realizowała dla mnie zamówienie - przez wszystkie dni oczekiwania tysiąc razy mówiłam do F. że podjęłam złą decyzję. Rozmowy o narożniku były niczym rozmowy na tematy o najważniejszych decyzjach w życiu. Kobietą być... zrozumie, kto przeżył te wszystkie rozterki. Od wyboru koloru sukienki, po wybór jaką zjeść dziś czekoladę. Ach! Nie ogarniam tej mojej dzisiejszej gonitwy myśli. Do rzeczy!
Internet jak wiecie to całaaaaa gama produktów. Do wyboru, do koloru. Mam wrażenie, że wszystko co sobie człowiek wyśni - to mu jakaś firma zrealizuje. U mnie założenie było jedno - ma być prosto, bez udziwnień. Lubię proste, klasyczne rzeczy, którym blasku nadają dodatki. Tak jak z ubiorem. Lubię klasyczne, gładkie bluzki, kurtki - a dopiero szalem czy biżuterią, nadaję całości fajny efekt.
Jak to wszystko się zaczęło? Przyciągnęłam narożnik siłą umysłu :P Podczas wyprowadzki w okresie wakacyjnym, a konkretniej podczas szukania następnego mieszkania - był czas, że znalazłam takie w sam raz dla mnie, ale ... puste. I wtedy już wiedziałam, że najważniejsze to znaleźć łóżko. Na resztę przyjdzie czas. I wtedy właśnie zaczęłam poszukiwania. W międzyczasie znalazłam jednak mieszkanie obecne - umeblowane, a wtedy z nieba trochę za późno spadła mi firma Meble Jana . I olałabym sprawę, bo przecież kanapę w salonie mam - gdyby nie fakt, że ta prostota mebli, które oferują, tak przypadła mi do gustu, że nie mogłam przejść obojętnie. Początkowo wybrałam kanapę, ale jednak jak już pisałam po wszystkich za i przeciw padło na narożnik. Wszystko ładnie, pięknie, ale w asortymencie rzuciły mi się w oczy same ciemne kolory. Szybko jednak dowiedziałam się o możliwości wyboru innej tkaniny i padło na klasyczną, jasną szarość. Myślę, że w połączeniu z fajnymi poduszkami w czerni i bieli - będzie to dawało niezły efekt.
Jeśli chodzi o porównanie - nie mam tutaj szerokiego pola do popisu. Miałam w swoim życiu tylko jeden narożnik i oczywiście jakąś kiczowatą kanapę, której nie biorę pod uwagę. Postanowiłam zatem porównać mój nowy mebel z poprzednim, który miałam w mieszkaniu w Inowrocławiu i rzeczywiście - choć nie wiem ile tamten kosztował - to na tle nowego wypada blado. Nowy narożnik ma zdecydowanie wyższej jakości tkaninę i znacznie wygodniej się nam nim siedzi. Nie jest zbyt twardy, ani zbyt miękki, jest wprost idealny.
Ceny - pozwoliłam sobie zrobić mały research w sieci i rzeczywiście - ceny nie należą do najwyższych. Podobne narożniki w innych sklepach kosztują nawet 500 zł więcej - to jest już dla mnie kolosalna różnica. Więcej o firmie możecie przeczytać tutaj. Proces dostawy, bo zapewne takie kwestie też Was interesują - bezproblemowy. Mimo, że firma transportowa nie ma obowiązku wnoszenia mebli to jednak pan okazał się pomocny i razem z F. wniósł nasz nowy mebel do mieszkania.
Czy jestem zadowolona? Ogromnie! Jest to jedna z tych rzeczy, która na pewno stanie w moim nowym mieszkaniu i będzie służyć mi latami. Ale, ale... na koniec jeszcze Was trochę wykorzystam - jak takie cuda najlepiej czyścić? Samodzielnie czy może raz na jakiś czas zatrudnić do tego kogoś, kto zrobi to profesjonalnie? Narzuta załatwiłaby sprawę, ale trochę słabą opcją jest zakrywanie czegoś co tak ładnie się prezentuje... HELP! :)
A teraz zobaczcie sami moją wisienkę na torcie, a już za kilka dni przygotuję wpis z fajnymi gadżetami, które również w salonowym projekcie chciałabym mieć...
Tak to już czasem bywa, że to na co codziennie patrzymy zaczyna nam się najzwyczajniej w świecie nudzić. Tak też było z kącikiem Poli - kącikiem do spania. Postanowiłam zatem szybko i prosto to zmienić. Tu coś dodać, tu zabrać - i gotowe!
Kiedy kilka tygodni temu po raz kolejny się przeprowadziliśmy, a Pola zaczęła lepiej sypiać - stwierdziłam, że miejsce, w którym zasypia powinno być...milsze. Tymczasem było takie gołe. Na ścianach nic, no bo sama nawet nie wiem czy mogę na wynajmowanym wbijać w ściany jakieś gwoździe. No i właściwie nie skupiałam się szczerze mówiąc na tej części mieszkania, bo i tak całe życie toczy się praktycznie 24 h ... w salonie ! Ale skoro wieczory i czas zasypiania to czas takiego wyciszenia się, przystopowania to czemu by nie umilić tego przyjemnym dla oka otoczeniem?
Jeszcze jakiś czas temu kącik wyglądał tak: łóżko, pościel i... tyle. Żadnych dodatków. Szaro, buro i ponuro. Wokół tylko puste, jasne ściany. Poli kącik znajduje się w naszej sypialni, ale mimo to miałam do zagospodarowania całą ścianę. Wiedziałam, że zmieszczę tam łóżeczko, stolik, zabawki, a i ściany jeszcze jakoś zagospodaruję. Tylko jak to zrobić, żeby wyprowadzając się stąd kiedyś nie pozostawić na nich żadnego śladu? Zacznijmy jednak od początku.
Łóżeczko z racji, że : a) drogie ; b) piękne - nie zmieni się przez najbliższe lata. Ale jego "wnętrze" - jak najbardziej.
1) Pościel. Mam dwa zestawy. Jeden kolorowy, jeden szarawy. Póki jednak zimy jeszcze nie ma, Pola i tak rozkopuje się z kołderki lub woli przykryć się kocem. Znalazłam jednak fajną alternatywę, którą polecam kaaażdemu! Zarówno mamom maluszków jak i średniaków, a nawet starszaków. Wszystkim. Lniany komplet od Fabulo - przyjemna w dotyki poduszka i kocyk. Z jednej strony - mięciutka bawełna. Z drugiej - moja miłość - len. Co ciekawe, komplety od fabulo wyróżniają się motywami...z bajek! Poznajecie nasz motyw? To pchła szachrajka. Dodatkowo możecie zaopatrzyć się też w przytulanki sensoryczne czy przywieszki do smoczka. Zajrzyjcie koniecznie na stronę i sprawdźcie inne, równie cudowne motywy.
2) Oświetlenie - mimo, że jesteśmy zaopatrzone w lampkę beaby, to jednak daje ona tylko malutkie światło w jednym miejscu. Z racji, że wierna jestem cottonowym kulom od qule.pl, pomyślałam, że przywieszone u boku łóżeczka, będą nadawały cudowny klimat, sprzyjający wieczornemu wyciszaniu się. Nie myliłam się. Wybrałam pastelowe kolory, które nie są krzykliwe i intensywne.
3) Ściany - tutaj od początku miałam jedną wizję. Pompony i plakaty. Pompony co prawda już miałam, ale brakowało mi właśnie jakiś fajnych grafik. Pamiętacie przewijające się co jakiś czas na blogu - słoneczko w ramie? Z racji, że jestem z tego wyboru zadowolona niesamowicie, postanowiłam po raz kolejny postawić na Humpty Dumpty Room Decoration. Wybrałam 3 ( moim zdaniem) najfajniejsze plakaty. Pozostawała jedynie kwestia powieszenia ich. Słyszeliście o taśmach ozdobnych washi tape? Nie pozostawiają żadnych śladów na ścianie, a przy okazji pięknie wyglądają. Z góry mówię - nie kupujcie ich na stronach www czy allegro. Jest 2,3 a nawet 4 razy drożej niż w stacjonarnych sklepach. Wątpiłam właściwie, że dostanę je w sklepach papierniczych, ale znalazłam. 6 zł za sztukę. Co prawda trafiłam na ostatnie dwa wzory, ale myślę, że się sprawdziły. Do tego kupiłam najzwyklejszy sznurek za 2 zł i małe opakowanie mini klamerek za bodajże 3 zł. Mogę w sikrecie powiedzieć, że jeśli jesteście z Warszawy i z okolic Ursynowa to zaoszczędzę Wam poszukiwań - sklep Gumka i myszka na ul.Dereniowej 2c.
Cała reszta w pokoju to już rzeczy, które widzieliście niejednokrotnie. Teraz pozostaje mi tylko kwestia jakiegoś małego uroczego dywanu, które postawię przed łóżeczkiem. Pokoik nie jest jakimś szczytem marzeń, ale ma swój klimat, który widać zwłaszcza wtedy, gdy jest już ciemno. Przy ograniczonych funduszach i w wynajmowanym mieszkaniu, nie miałam zbyt dużego pola do popisu, ale jak widać...da się. Grunt to mieć pomysł i łapać inspiracje skąd się da. Na końcu wpisu pod zdjęciami znajdziecie linki bezpośrednio do rzeczy, które widzicie na zdjęciu, a nie tylko do sklepu.
Cotton Ball Lights - klik
komplet pchła szachrajka - klik
pozostałe rzeczy:
wiklinowy wózek i etażerka - Lilu Shop
drewniana girlanda przy łóżeczku - fayne
Odkąd przeprowadziliśmy się do Warszawy, Pola nie ma już swojego pokoju. Mimo, że mieszkanie ma ten sam układ - byliśmy zbyt bardzo zmęczeni jedzeniem, spaniem i życiem w jednym pokoju. Mało tego - Pola mając swoje 4 kąty i tak znosiła wszystko do salonu, no bo...no bo tak. Czemu to wie tylko ona. Tym razem postanowiliśmy mieć razem z nią wspólną sypialnię, a zabawki...no właśnie? Gdzie one mają się teraz podziać?
Początkowo w rogu salonu rozłożyliśmy matę i na niej poustawialiśmy zabawki. Gdzieś tam w róg wcisnęliśmy kuchenkę, a ja po miesiącu tego syfu, który wciąż był na podłodze powiedziałam : dość! No dobra. Nie do końca tak było. Dalej bym się z tym wszystkim bujała, gdyby nie fakt, że na potrzeby pewnego filmiku musiałam stworzyć reprezentatywny kącik do zabawy. Ok. Tylko gdzie?
Zaznaczę, że nigdy, ale to przenigdy nie pomyślałabym, że pozwolę sobie na zabawkowy, dziecięcy nastrój w salonie. Dziecko jednak jest nieodłącznym elementem mojego życia i wcale nie przeszkadza mi cała jedna ściana salonu w zabawkach. Wręcz przeciwnie. Czuję, że w domu jest dziecko, nawet gdy ono śpi. Co prawda, taka sytuacja nie miałaby miejsca przenigdy, gdyby Pola miała swój pokój. Na pewno zabawki i tak pałętałaby się po pokoju dziennym, ale raczej wynosiłabym je na swoje miejsce przy wieczornym sprzątaniu. Obecnie jednak nie mam ich gdzie wynosić, więc musiał powstać kącik, który będzie praktyczny, przejrzysty i całość nie będzie walała się po podłodze.
Idealnym rozwiązaniem okazał się podłogowy, poziomy regał i dwie półki nad nim. Mieliśmy tam swoje płyty, czasopisma, świeczki i książki. Zagryzłam zęby i pochowałam dosłownie wszystko co na nim było do szafki. I zaczęłam ustawianie. Tu maskotki, tu domek, tu kuchenka, tu klocki. Efekt? Dla mnie bombowy. Co jest jednak w tym wszystkim najlepsze? Wszystko ma swoje miejsce, swoją półkę. Pola nie rozwala wszystkiego po podłodze, książki nareszcie są na górnej półce, a nie są porozwalane po całym mieszkaniu. Naprawdę nie wiem jak to się stało, ale Pola wraz z metamorfozą kąciku, zaczęła bawić się stojąc przed regałem, zdejmując i odkładając na swoje miejsce rzeczy. Nagle w domu zapanował jakiś cudowny porządek, a ja nie muszę nareszcie codziennie czyścić maty i układać na niej zabawek co w efekcie wyglądało beznadziejnie. Całość dopełniło nam krzesełko i etażerka. Co prawda etażerka raczej wyląduje obok łóżeczka Poli zamiast stolika nocnego, a przy krzesełku być może niedługo pojawi się praktyczny stoliczek, przy którym Pola będzie mogła uprawiać swoje ulubione ostatnio zajęcie - rysowanie.
Uwielbiam detale, takie jak stylowe klamerki, pompony, czy królik zgrywający się kolorystycznie z klamerkami w pudrowym różu. Domek zdecydowanie przyozdobiłabym świecącymi kulami, ale to już niebawem... Musiałam tutaj kombinować z rzeczy, które mam. Co najciekawsze - prawie wszystkie są albo z blogowych współprac, albo są to prezenty, albo łupy z SH. Bardzo lubię ten fakt, że chociaż na takie rzeczy nie muszę wydawać pieniędzy - jest to dla mnie ogromne ułatwienie w życiu, a jednocześnie satysfakcja, że moja praca daje taki owoc - moje dziecko ma dzięki niej to czego ja nigdy nie miałam.
Czy to wszystko co widzicie na zdjęciach jest używane? Będę z Wami szczera - wszystko. Wszystko inne jest głęboko w szafie. Stosuję zasadę, że jeśli coś się nudzi, chowam to do szafy i wyjmuję coś innego. Pola stęskniona za dawno nie widzianą rzeczą, bawi się nią ponownie. Muszę jednak przyznać, że domek, kuchenka, a przede wszystkim sorter i książki - nie były chowane nigdy. Kilka dni temu wyjęłam drewniane układanki w rybki i puzzle czuczu. Wcześniej Pola po 1 nie kumała, jak to układać, po 2 rozrzucała to po całym mieszkaniu z nerwów, że nie wie o co w tym chodzi. Jeśli chodzi o rzeczy takie jak wózek - jest w użytku codziennie. Pola co chwilę jeździ nim po mieszkaniu mówiąc mi "papa" i wychodząc z pokoju. Fajnie zaczął się sprawdzać na tym etapie domek z netto za całe 30 zł, do którego co jakiś czas dokupuję figurki znalezione w sh. W domku znajdziecie też zwierzątka, które o ile się nie mylę, można dostać w rossmanie i serię ludzików little people z fisher price. Plakat ze słoneczkiem, wciąż pozostaje zafoliowany. Jest tak cudowny, że nie może się zniszczyć do czasu, aż kiedyś kupię sobie mieszkanie... Czy potrafiłabym z tych zabawek wybrać najbardziej ulubioną? Zdecydowanie drewniany sorter z klockami od pikinini.pl . Nawet kiedy mam dość porozrzucanych klocków i stawiam to gdzieś na górę, Pola zaraz nabiera chęci na ponowne układanie klocków w odpowiednich miejscach. Na tym etapie wychodzi jej to już bezbłędnie.
Taki kącik był strzałem w dziesiątkę. Poziomy, podłogowy regał jest idealną opcją, która zaoszczędza miejsce. Zabiera o wiele mniej powierzchni niż wiecznie rozłożona mata. Wszystko jest ładnie ustawione pod ścianą, a zabiera jedynie 30/40 cm z szerokości podłogi.
Niestety mam też smutną ( dla mnie ) wiadomość - z przyczyn ode mnie niezależnych, będę musiała poszukać innego mieszkania, więc nie nacieszę oka zbyt długo tym stanem rzeczy. Nie zawsze wszystko układa się w życiu po naszej myśli, ale wychodzę z założenia, że wszystko dzieje się po coś. Trudno mi na razie zrozumieć, po co konkretnie, ale warto się łudzić, że wyjdzie to nam na dobre. Nikt nie mówił, że początki w wielkim mieście będą łatwe. Dlaczego mi przykro? Pokochałam to mieszkanie i kompletnie nie odczuwałam, że jest "czyjeś". Pokochałam te bloki, widok z balkonu na miejską dżunglę i pokochałam każdy skrawek otoczenia. Bardzo szybko się przyzwyczajam, ale bardzo ciężko radzę sobie z porzucaniem czegoś, gdzie czułam się tak swobodnie jak tutaj. To mieszkanie było moim ideałem i ledwo zdążyłam powiedzieć, że jest dla mnie idealne, ledwo zdążyłam zaplanować metamorfozę balkonu, ledwo zdążyłam urządzić kącik dla Poli i...bum. Niestety poszukiwania nowego kończą się płaczem - wiem, wiem zachowuję się jakby umarł mi ktoś bliski, jednak przerzucenie się z wysokie standardu na niższy, oraz fundowanie Poli kolejnej zmiany miejsca w tak krótkim czasie to dla mnie hardkorowa sprawa. Żegnam więc swoją ukochaną białą kuchnię, jasne ściany, białe meble i wielką szafę w przedpokoju. Znów czeka mnie skok w nowe, nieznane i przerażające. I oczywiście ograniczenie zawsze jest jedno - pieniądze...
wózek, etażerka, krzesełko - Lilu shop
t-shirt Polduna - Little Gold King
kuchenka, sortery ( klocki, do rączki, biedronka) - pikinini.pl
króliczek z wyszytym imieniem - Titi
królik z lnu - Lniany Dom
pompony - pomponove.pl
bolek i lolek - Kreatywna Igiełka
sówka - Stinky Dog Production
plakat - Humpty Dumpty Room Decoration
