Ciąża zmienia wszystko. Jeszcze więcej zmienia przyjście malucha na świat... nie ma znaczenia to co sobie wyobrażaliśmy, na co się nastawialiśmy. Życie i tak weryfikuje nasze plany i pokazuje nam, że nasze oczekiwania nijak miały się do rzeczywistości.
Będąc w ciąży, obiecałam np. sobie, że będę super, wyluzowaną mamuśką, która bez problemu może wyjść sama w domu i nie tęsknić od razu. Która wciąż pamięta o swoich potrzebach, wciąż ma ochotę dbać o siebie 24 na dobę. Rzeczywistość jest nieco inna. Ale wcale nie oznacza to, że jest... gorsza. Jest jednak coś pięknego w tym życiu "dla kogoś". Jest coś fajnego w tym dresie, nieuczesanych włosach i beztrosce u boku małego człowieka. Jest coś pięknego w tej tęsknocie, gdy tylko przekraczamy próg domu i jest coś uroczego w zakupach, podczas których nie kupujemy nic dla siebie i już wcale nas to nie dziwi.
Bycie mamą jest fajne i jestem cholernie dumna z tego, że nadchodzące święto mamy jest już trzeci rok z rzędu moim świętem. Powstaje dużo tekstów o tym, by pamiętać, że wciąż jesteśmy kobietami, że nie żyjemy tylko macierzyństwem. Ja dzisiaj jednak chciałabym skupić się na tym, że wciąż jestem matką - i będę nią do końca życia. A bycie nią, to wcale nie taka prosta sprawa. Dlatego właśnie dzisiaj chciałabym sobie jako mamie życzyć...
1. Cierpliwości - takiej anielskiej. Takiej, która pozwala mi przetrwać najokropniejszy bunt w sklepie i takiej, która pozwala mi przetrwać ciężką noc, kiedy wstaję do mojej córki co jakieś 10 minut. Takiej cierpliwości, która sprawi, że nie wybuchnę, kiedy wybuchnąć mam już ochotę po raz setny... Takiej, która pozwoli mi rozumieć jej emocje, a nie tym emocjom się poddawać...
2. Sprytu - takiego, który pozwoli mi sprytnie, ale mądrze odpowiadać na trudne pytania dziecka. Takiego, by bezszelestnie odwinąć cukierka w ukryciu przed dziećmi. Takiego, by potem się tego papierka pozbyć...
3. Wytrwałości - takiej, która pozwoli mi wytrwać w miłości wtedy, gdy najbardziej będzie wystawiana na próbę. Takiej, która pozwoli mi wytrwać w założonych przez siebie celach wychowawczych. A może po prostu takiej, która pozwoli mi wytrwać podczas jej dorastania.
4. Bezgranicznej wzajemnej miłości - miłości mojej do niej, i jej do mnie. Takiej, która ani na chwilę nie słabnie, a umacnia się każdego dnia. Takiej, która razem pokonuje wszystkie przeszkody... takiej, której wiara w to, że jest nigdy nie gaśnie. Takiej, która pozwala wierzyć i czuć, że na świecie jest ktoś kto wskoczyłby za mną w ogień.
5. Docenienia - np. w formie drobnych przyjemności... takiego docenienia samej siebie, że to co się robi, robi się dobrze. Takiego spojrzenia na siebie i powiedzenia: " Kuuurcze, zasługujesz na wszystko co najlepsze!". Takiego przypomnienia sobie o swoich potrzebach, o tym czego my chcemy, a nie mąż, dziecko, pies. Takiej chwili zapomnienia, odłożenia manii oszczędzania na bok i nagrodzenie siebie czymś co chcemy już od dawna? Rozumiecie o co mi chodzi? Od momentu, w którym na świat przyszła Pola totaaaalnie przestało mi zależeć na nowych ciuchach czy jakichkolwiek rzeczach materialnych "tylko dla mnie". Jeśli już coś robić z pieniędzmi to albo je odkładać albo wydać na dziecko...albo męża. Albo coś do domu... ale nie na mnie! Po co mi nowe buty, albo porządne trampki - z takim przekonaniem 3 lata przebujałam w trampkach kupowanych co sezon za 50 zł - 50 zł co sezon no hmmm...miałabym już dawno jedne porządne na pięć sezonów. Po co mi kurteczka ... czarna ramoneska... skoro można się wszędzie bujać w bluzie nike... i tak zawsze od jakiś 3 lat :) Po co mi wgl coś dla mnie... I on pyta mnie ostatnio: ale czemu sobie tego nie kupisz, skoro potrzebujesz? No... dobre pytanie. Czemu? I tak patrzę na kalendarz, że dzień matki idzie i myślę sobie...że cholernie dobrą mamą jestem. Więc tak - raz na ruski rok, pomyślę też o tym by samej sobie sprawić przyjemność. Raz wydać trochę kasy i cieszyć się, że ma się coś nowego w rękach... ( albo na nogach ) ) - i jak pomyślałam tak zrobiłam.
Co tam się będę zastanawiać - na zalando jak na złość matka musiała napotkać banner " Wszystkiego najlepszego, mamo". A banner zgadnijcie gdzie mnie przeniosł... dział Prezent na dzień matki. Jeszcze się natknęłam na taki z okazji dnia dziecka, ale nie... święto matki to święto matki - koniec kropka! Rozmyślałam się jeszcze jakieś 10 razy, bo w sumie " po co mi? " ;) Ale już nie dajmy się matki zwariować. Trzeba o sobie pomyśleć - szczęśliwa kobieta = szczęśliwa matka. A szczęśliwa matka musi się przecież jakoś prezentować, co nie? Więc chwalę się teraz wszystkim i mówię wprost - że przełamałam barierę i w końcu kupiłam coś DLA SIEBIE. To nic, że dziecko moje przesyłkę przechwyciło i oddać nie chciało - ważne, że zrobiłam krok ku odświeżeniu swojej garderoby... ;)
W dziale z prezentami na dzień matki znajdziecie prawie 10 tysięcy produktów, więc można łatwo przepaść. Mi wiele do szczęścia nie trzeba, więc zadowoliłam się tym czego najbardziej potrzebowałam - oksy i trampki . Może i Wy znajdziecie coś dla siebie. Ja co prawda z moim szczęściem życiowym, trampki zamówiłam za małe, ale spoooko - akurat tutaj zwrot jest banalnie prosty. Wsadzasz produkt z powrotem do pudła, naklejasz na starą naklejkę nową, która była w paczce, a na zalando klikasz "zwróć produkt" i zaznaczasz kiedy ma wpaść kurier - na koszt firmy of kors. Aczkolwiek mam nadzieję, że nie będziecie miały konieczności zwracania niczego - ja trampy zamówię ponownie... rozmiar większe ;)

























Żeby Wam nieco ułatwić zadanie co do wyboru swojego prezentu na dzień matki, przygotowałam Wam trzy zestawienia fajnych produktów w różnych wersjach kolorystycznych, które każda mama powinna w szafie mieć, o! :) No dobra, nie powinna, ale byłoby fajnie, prawda?



Szczęśliwego i pełnego miłości Dnia Matki kochane matule! Wiadomo, że najpiękniejszych rzeczy w życiu nie kupimy za pieniądze, ale sprawcie sobie od czasu do czasu coś tylko dla Was! <3
Uważaj matko, oj uważaj! Bo im dziecko starsze tym gorzej. Miej oczy dookoła głowy i wyczekuj momentów, przed którymi Cię przestrzegali! Wyczekuj, wypatruj, bo jeśli będziesz nieuważna... to możesz ich nawet nie zauważyć. Ja np. nie zauważyłam... ;)
Gdybym miała słuchać rad starszych koleżanek, ciotek i wszystkich doświadczonych mam - to chyba bym się na dziecko nie zdecydowała. Bo skoro cały czas mam uważać, to ile ja tak ujadę?! Dwa, trzy lata? A co potem? Skoro ciągle coś? Nie wiem co te matki tak w macierzyństwie rozczarowuje... może się nastawiały, że kupa jest różowa, ulewanie pachnie fiołkami, a dziecko to laleczka, którą postawi się na miejscu i będzie do nas machać rączką i się uśmiechać allll the time. A tu proszę - kupa to kupa, smrodu od cholery, a zamiast uśmiechu od rana do nocy, to stęki, jęki i wszystko na nie. Oszaleć idzie, z tym się zgodzę. Okno czasem kusi, by przez nie wyskoczyć, ale generalnie ten stan szybko mija. Trwa on mniej więcej do czasu, aż Twoje dziecko nie podejdzie i nie powie czegoś śmiesznego, albo nie przytuli się do Ciebie tak jakby miało nie być jutra.
Ileż to ja się nasłuchałam... uważaj jak zacznie chodzić! O Panie! No uważałam... i wiecie co się stało? Chodzić za dzieckiem musiałam... wózek poszedł w odstawkę - to chodzić za rękę na spacery musiałam. Na placu zabaw to dupa, już nie usiądziesz. Bo woła to małe co chwilę, a to, żeby huśtawkę pobujać, a to na konika razem wsiąść, a to piłkę podać. Straszne rzeczy do cholery! Jak zaczęło chodzić to mi mówili, żebym uważała jak zacznie mówić... no zaczęło tak jakby. NIE to słowo najbardziej wypracowane. Dyskusje nie mają końca. Mały człowiek ma czelność w ogóle do nas mówić! Już nie ma błogiej ciszy, a jest non stop trajkotanie. Aaa... to na to miałam uważać ? No dobra... myślałam, że wydarzy się coś bardziej harkodorowego! No nie wiem, że na przykład język stanie się niebieski jak niebo i pojawi się na nim kolorowa tęcza. A tu dupa... po prostu zaczęło mówić. I gada.
Uważaj jak skończy dwa lata... ooo w tym to odrobina prawdy była. Bo szatanisko wstąpiło w to dziecko niezłe, ale żeby jakieś to spowodowało wielki zmiany, to mi jakoś uwadze umknęło. No trzeba się trochę nagimnastykować, żeby przetłumaczyć, że w zimowych butach będzie jej dziś za ciepło, ale żeby to było jakieś nie do przejścia, to niee. Ja postoję i przeczekam te wszystkie furie, rzucanie się na podłogi. Ba! Jaki to trening dla cierpliwości mojej i sprytu! Jaki to trening dla umiejętności tłumaczenia w taki sposób, by dwulatek ci przytaknął. No daaa się to przejść, choć łatwo wcale nie jest. No i jak już miałam tak uważać... to uważałam. Teraz to jednak dopiero czeka mnie hardkor. Teraz to muszę uważać, aż skończy trzy lata. Chociaż mamy czterolatków mówią, że mam uważać aż skończy cztery. A mamy pięciolatków, że jak skończy pięć. No kuźwa ok, to będę uważać w takim razie co roku! Oczy dookoła głowy! Tylko, że matki dwójki dzieci mówią, że mam uważać, aż dzieci będzie dwójka. Bo ponoć przy jednym to wcale nie mam uważać, bo generalnie luksus, luźne majty i tęcza. A jak będzie dwójka, trójka, czwórka to już wiecie... to już jest na co uważać! Uważaj jak się zaczną bić, uważaj jak zaczną się popychać na schodach,uważaj uważaj...
A ja tak myślę, że jakby tak nie uważać wcale, to nic nas zbytnio w tym macierzyństwie nie zdziwi. Bo zamiast się skupiać na tym co będzie, to będziemy żyć dniem dzisiejszym, a nie tym co będzie jutro, pojutrze czy za 10 lat. I jakby tak sobie normalnie opowiadać o tym co będzie, a nie z tym straszącym słówkiem UWAŻAJ na początku, które świeżo upieczone matki przyprawia o dreszcze - to nawet te opowieści o "strasznym" macierzyństwie byłyby jakoś bardziej przyjazne dla ucha... A tak to nic tylko uważać, bać się i nastawiać na najgorsze - i jak przez to macierzyństwo przejść z uśmiechem, jak już zanim w ciąże zajdziemy to się nasłuchamy jaka to droga przez mękę jest...to bycie matką ma się rozumieć.
A ja Ci tak od siebie powiem, że droga przez mękę to to czasem jest. Ale wierz mi, że ta "męka" warta jest tego co dostaniesz od życia wraz z momentem urodzenia swojej pociechy - najprawdziwszej, bezgranicznej miłości, która wypełni całe Twoje ciało i umysł. I jedyne na co będziesz musiała uważać to to... by tej miłości i pięknej relacji nigdy nie zaniedbać!























Telewizor to grał za głośno, nawet jak nie grał, a ten mój facet... jak on głośno mrugał... o panie. Nosz w łeb bym palnęła i z domu wyrzuciła od razu. Mrugać tak głośno i oddychać jeszcze mu się zachciało. A jak się wiercił...no święty by nie wytrzymał. Przez dwie ściany było słychać każdy ruch! I te dzieci na placu zabaw...czwarte piętro a wciąż słychać. Drą te japy, bo pewnie na dworze pierwszy raz, jakby z zamknięcia wypuszczone. I wczoraj, akurat wczoraj się drzeć musiały. I walizki...no kuźwa wszyscy z walizkami na kółkach. Warszawa z domów zjeżdża. I nie autem do garażu podziemnego, nie z walizką taką do rączki - wszyscy z tymi walizkami na kółkach. Jadą, jadą, a hałas taki jakby czołgi przejeżdżały pod oknami. No i anioł mój - dziecię najdroższe - no wczoraj, akurat wczoraj, po każdym położeniu się do łóżka, jakby radar miało - sekunda i jest i czegoś chce, a to piciu, a to jeść. No a co to do cholery jasnej ma być? Ojca nie ma czy co? No to wstaję i jak nie zaklnę, jak nie rzucę kurwą tak żeby sąsiedzi usłyszeli. A garnka na piecyk to normalnie nie położę, tylko jak pieprznę to tak, żeby każdy wiedział jak mi cholernie źle! I kabel... kabel do laptopa. No specjalnie ktoś mi go rozklekotał. No wsadzam,wsadzam i nie działa. A w dupę z tym wszystkim myślę. Leżę. Leżę. I cisza błoga. Jakby PMS przestawał istnieć, choć wiem, że wcale nie... I nagle jest - muszka. Pieprzona, mała muszka. Ta mała, co lata i złapać jej nie można. I smera mi co chwilę ten nos, ucho, czoło. No wszystko wszystkim, ale jak przy setnym smernięciu nie wstałam...no jak nie wyrzuciłam z siebie do tej muszki, co ja sobie o niej teraz myślę. Jak laczkiem jej nie przywaliłam i nie rozmazałam na ścianie. I ruszyłam. No już nawet mejkapu nie nałożyłam, co mi się przy wyjściach nie zdarza. Ale, że to wyjście takie w moim stylu, aż do żabki w bloku obok, to robię wyjątek. Skoro zawsze chodzę pomalowana, to dziś mnie nikt nie pozna. Przy kasie w żabce podlicza mi kasjer...lody, piwo, baton, chipsy. Na ławce lody i baton, w domu piwo i czipsy. Wchodzę po cichaczu, piwo do lodówki, czipsy do szafeczki. Idę się kąpać - informuję familię. Godzina w wannie. Wychodzę. Odświeżona, nieco uspokojona. Sprzątam trochę w mieszkaniu, po godzinie usypiam Polkę i ... zmierzam. Kierunek - kuchnia. Zmierzam, tak zmierzam i ... oczom nie wierzę. Bo z chipsów, to jedynie paczka do wylizania została, a piwo jak otwierałam, to pół rozlałam. A tej drugiej połowy to mi się już nawet odechciało. A pieprz się ty pe em esie... I spać poszłam.
A dnia dzisiejszego rano wcześnie wstałam... i w podskokach z dzieckiem przez warszawski las skąpany słońcem, rytmicznym, tanecznym krokiem sobie szłam, nucąc cicho pod nosem "oprócz błękitnego nieba"... i ja się do cholery pytam... czy to się leczy? I nie chodzi mi tu wcale o PMS...
Wyrodna matka. Wydaje Ci się, że nią nie jesteś? Wydaje Ci się, że jesteś dobrą i kochająca matką? Masz rację! Wydaje Ci się. Inni na pewno wiedzą lepiej, czy Twoje dziecko jest szczęśliwe, czy nie. Czy jesteś dobra, czy tkwi w Tobie szatan, który nie powinien nigdy mieć dzieci!
Poniżej znajduje się test. UWAGA! Większość osób, która już go rozwiązała, jest w ciężkim szoku! Nie wiadomo, czy majstrowała przy tym władza, nie wiadomo czy będzie powtórka, czy głosy będą jeszcze raz liczone... jedno jest pewne! Coś tu jest nie tak...!
Zanim jednak przystąpisz do stawiania krzyżyków, przy idealnych wg Ciebie odpowiedziach, ostrzegam Cię... nie waż się kłamać! To jest wśród środowiska idealnych mam - NIEDOPUSZCZALNE. Jednak nie zaszkodzi podać Ci małej wskazówki, jak wygląda matka idealna. NIEWYRODNA... otóż... istnieje kilka jej wizji...
Pomogłam? Tak myślałam. Przystąp zatem do poniższego testu. Na koniec podlicz punkty i odszukaj swój wynik...to będzie proste, wierz mi... wyrodna matka czy nie wyrodna? Oto jest pytanie! ;)
1. Jak karmisz?
a) nie karmię - 10 pkt
b) mieszanie - 10 pkt
c) mm - 10 pkt
d) piersią - 10 pkt
2. Jak rodziłaś?
a) siłami natury - 10 pkt
b) przez cesarskie cięcie - 10 pkt
3. Czy dajesz dziecku słodycze?
a) nie, nigdy - 10 pkt
b) czasami - 10 pkt
c) często - 10 pkt
4. Czy pozwalasz dziecku się brudzić?
a) nigdy - 10 pkt
b) czasami - 10 pkt
c) zawsze - 10 pkt
5. Czy Twoje dziecko może oglądać tv lub YT na telefonie?
a) nigdy - 10 pkt
b) czasami - 10 pkt
c) dość często - 10 pkt
d) zawsze gdy tego chce - 10 pkt
6. Czy masz czas wolny dla siebie? (wyrodna matka zawsze ma! ;) )
a) nigdy - 10 pkt
b) czasami - 10 pkt
c) dość często - 10 pkt
d) ciągle - 10 pkt ( pfff wyrodna matka! )
7. Czy czytasz książki na temat wychowania dzieci?
a) nie przeczytałam żadnej - 10 pkt
b) czasami szukam potrzebnych informacji - 10 pkt
c) czytałam bardzo dużo - 10 pkt
8. Czy pijesz alkohol?
a) nigdy - 10 pkt
b) sporadycznie - 10 pkt
c) tylko na imprezach - 10 pkt
d) lubię wypić drinka lub piwo wieczorami przy dobrym filmie, kiedy dziecko śpi - 10 pkt
9. Czy zakładasz dziecku czapeczkę, kiedy wieje lekki wiatr?
a) zależy od temperatury - 10 pkt
b) nigdy - 10 pkt
c) zawsze - 10 pkt
d) zależy kto patrzy - 10 pkt
10. Czy kupujesz dziecku drogie zabawki?
a) nigdy - 10 pkt
b) czasami - 10 pkt
c) ciągle - 10 pkt
....
SZOKUJĄCE DANE! Praktycznie każdy uczestnik ankiety uzyskał ten sam wynik... 100 PUNKTÓW! Co to oznacza?! Wyrodna matka to Ty?!
100 punktów - wow! Niesamowite! Matka wyrodna to Twoje drugie imię! Jesteś tak samo wyrodna jak każda matka na świecie! Kryśka z warzywniaka i Ilona z klatki obok! Nie ma bardziej, nie ma mniej! Wszystkie jesteśmy WYRODNE i przesiąknięte złem. Wyjmujesz cycek w miejscu publicznym? A IDŹ TY! Niechaj Cię spalą na stosie, jak śmiesz?! Wyjmujesz butlę z mm? A puknij się tą butlą w łeb i sama wypijże tą truciznę! Rodziłaś siłami natury? Pozwoliłaś się sobie tak męczyć, narażać dziecko na niebezpieczeństwa? No głupia! Rodziłaś cc?? Osz Ty wygodnicka pindzio! Nie dajesz dziecku słodyczy? Przez Ciebie nie pozna smaku dzieciństwa... Dajesz słodycze?! Jeszcze gorzej! Narażasz swoje dziecko na wszystkie możliwe choroby! Przecierasz dziecko ściereczką kiedy je? Co za chora pedantka... Nie przecierasz? Masz swoje dziecko w dupie, tak?! Pozwalasz dziecku oglądac YT lub bajki? Trzeba było sobie dzieci nie robić, jak nie masz siły i ochoty się z nim bawić 24 h! Nie pozwalasz? Przez Ciebie dziecko skazane jest na nudę i nigdzie tak szybko nie nauczy się EJ BI SI DI jak na jutubje! Masz czas wolny dla siebie? Jak śmiesz? Nie wiesz, że zaraz po urodzeniu liczy się tylko dziecko już do końca Twych dni? Nie myj się, nie czytaj książek, tylko patrz na dziecko! Ach... jednak nie masz czasu dla siebie? Ty głupia, sfrustrowana babo, bez hobby i pasji...matka polka od siedmiu boleści... Czytasz książki o wychowaniu dzieci? NIE?! To nie wiesz, że intuicja się myli?! Jak możesz tak ryzykować?! Czytasz? To nie masz własnego rozumu?! Ktoś musi Ci mówić jak masz żyć?! Śmiesz wypić kieliszek wina, kiedy dziecko śpi, a narzeczony robi kolację? Idiotka! Alkohol to zło! Jeden drink to urwany film, niezdolność do opieki nad dzieckiem, wstyd! Nie pijesz wcale? Odwaliło Ci po porodzie i zgrywasz aniołka... Czapeczka jest? Głupia mamuśka niech założy jeszcze latem... nie ma czapeczki? Pieprzona moda na hartowanie, za grosz swojego rozumu! Kupujesz dziecku drogie zabawki? Głupiutka młoda mamusia, nie szanująca kasy, która myśli, że zabawką kupi dziecka miłość! Nie kupujesz? Jak możesz pozwolić dziecku bawić się tylko shitowym, kiczowatym plastikiem za 10 zł?!
Droga mamo. Tego testu nie da się zdać. Nieważne jakiej odpowiedzi udzielisz - zawsze znajdą się osoby, dla których Twój wybór będzie zły. Przy większym pechu możesz trafić na idiotów, którzy Cię o tym dobitnie poinformują. Przy jeszcze większym pechu, możesz się dowiedzieć, że jesteś głupia, pusta i nie powinnaś mieć dzieci. Zapamiętaj jedno! Świat mamusiek jest zdrowo popieprzony. Jedne są normalne i szanują wybory innych, drugie wraz z porodem zapewne utraciły bardzo ważny element tzw. mózg i nagle stają się wszechwiedzącymi ekspertkami, które roszczą sobie prawo do oceny i krytyki innych. Wykłócają się na forach, wyzywają od bezdusznych suk i w skali od 1 do 10 oceniają Cię jako matkę na mniej niż zero. Dopatrzą się trujących kwiatów na 50 planie zdjęcie za Twoim dzieckiem i wytkną lekko odstający pas w samochodzie. Plastikowy kicz wyśmieją, bo nie jest designerski, ale za to droga zabawka będzie równać się z tym, że nie czytasz dziecku książek.
Recepta na te chwasty? Olać, odciąć się, mieć w dupie zdanie innych. Każda z nas jest najlepszą matką jaką potrafi być. Matką zaangażowaną, która robi dla swojego dziecka wszystko co najlepsze. Więc przestańmy patrzeć na siebie jak na wrogów, przestańmy oceniać nie znając sytuacji, a widząc tylko kilka sekund wyrwane z kontekstu. Przestańmy rzucać się sobie do gardeł i przestańmy kogokolwiek oceniać! Od oceny jest tutaj ktoś inny i ze wszystkich błędów On nas właśnie rozliczy po śmierci. A to jakimi byliśmy rodzicami... cóż. To najlepiej ocenią kiedyś nasze dzieci. A jeśli Tobie nie podoba się to jak postępuje inna matka, jak wychowuje, jak ubiera - ugryź że się w język i spójrz w lustro na siebie i swoje zachowanie. Bo Ci co najgłośniej szczekają, najczęściej za uszami mają najwięcej...
Pisałam Wam już kiedyś o tym. Wieczny strach przed wszystkim, wypalona miłość do horrorów, nawrót choroby lokomocyjnej. Ale z biegiem czasu, mam wrażenie, że tych rzeczy jest coraz więcej! Życie matki zdaje się być momentami przerażające...
Dziecko tyle zmienia! Nie mówimy tu wcale o zwisających cyckach i rozstępach, czy oczywistym braku snu. Normalka! Ale czasem zmieniają się rzeczy, o których bym nawet nie pomyślała. Przecież ja się w ciąży zarzekałam, że total luz będzie, zero stresu, wciąż będę taką samą osobą...tsa... Total luz to ja miałam w podstawówce, ale będąc matką - no nie da się. Kuźwa, nie da! Ciągle coś, jak nie masz na głowie pozbycia się pieluchy, to nagle masz na głowie adaptację w przedszkolu. Dżizus! Toż to o nerwicę bardzo łatwo. Ale do rzeczy. Co się w moim życia zmieniło i zmienia - to powinnam o tym chyba zacząć pisać całą książkę. Ale po co, skoro nigdy nie ujrzałaby światła dziennego, bo dopisywać bym do niej musiała co tydzień inne przypadki. No ostatnio to Wam ich pięć wymieniłam...doszło mi kilka. To też pięć wymienię. Co za dużo nie zdrowo. Lecimy z koksem!
No i generalnie, czadeeerskie i tak to wszystko jest, bo niby człowiek zdaje sobie z tego sprawę, a i tak się sam z siebie teraz śmieje, jak sobie to uświadamia. No nie da się zmian uniknąć, po prostu się nie da. Bo jak już taki mały szkrab na świecie się pojawi, to zapewniam Cię, że absolutnie nic nie będzie już takie samo. Nawet jeśli wciąż będziesz miała czas na książki, to wiedz, że nie będzie to takie samo! Bo nawet jeśli dziecko będzie wtedy spało, to i tak będziesz je słyszeć! A i spod prysznica spokojnego wybiegniesz nie raz, bo dziecko usłyszysz, ale się okaże, że śpi sobie słodko, a to Tylko twoje matczyne schizy! Ach dużo, by pisać, a przecież kto przeżył ten wie. Że los matki jak i piękny, tak i dziwny czasem bywa. I w tym cały jego urok... ;)
A kto przeoczył część pierwszą...
5 rzeczy, które uległy zmianie odkąd urodziłam. Dziwnych rzeczy !
Jakaż ja byłam nieomylna i wszechwiedząca, kiedy urodziłam dziecko. Jak to mi nic powiedzieć nie można było, doradzić, bo ja i tak wszystko wiedziałam najlepiej. A jakże mnie kusiło, żeby matki starszych dzieci pouczać, bo przecież ja ze stażem kilku dni wiem już wszystko o macierzyństwie... tsa...
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Z uśmiechem na twarzy słucham mam maluszków, które jedyne co robią to śpią i jedzą - maluszki w sensie, nie matki. I te kobiety obwieszczają światu o swoich planach, założeniach, o tym jakich błędów nie popełnią, jakie zajebiste będą, wyluzowane. A potem mijają dwa lata i dołączają do grona mam, które znają już "życie" i którym oczekiwania i założenia rozmyły się nieco w brutalnej rzeczywistości. Więc jak to było kiedy Polka była mała, a jak to jest teraz... hmm, pomyślmy...
1. No więc z początku wygląda to mniej więcej tak - Twoje dziecko tylko je i śpi, a ty wpatrujesz się godzinami, czekając z niecierpliwością, aż się przebudzi. Nooo, otwórz te słodkie oczka, uśmiechnij się do mamusi! Jejku, ale to będzie frajda za jakiś czas jak już nie będzie tyle spało! O jaaa, czaad! No i mija czas, snu coraz mniej, a Ty nagle odkrywasz niesamowity fakt - dziecko, które nie śpi = mama, która nie śpi. Wooow! Gratulacje! Odkryć takie coś w stanie, w którym nie wiesz co to są słowa "Ale jestem wyspana!" - to naprawdę coś! No i nareszcie mijają dwa lata! Generalnie jest zajebiście. Dziecko wkracza w stan wygłupów i popisywania się, a ty masz dziennie tysiące powodów do śmiechu. Tylko, że już nie błagasz dziecka o otwarcie oczu z rana. Ale w sumie jest nadal podobnie tylko, że...rano mówisz: no pośpij jeszcze chwilę! W południe mówisz: a może drzemka co? A jak już tej dziennej drzemki nie było to wieczorem prawie płaczesz, mówiąc: zaaaśnij wreszcie!
2. Ha! To jest zajebiste. Śpiący maluszek i matka w 100 % idealna i zajebista. Świecie! Wiedz o tym, że jestem mistrzem organizacji! Czysty dom o powierzchni 300 metrów, 2 godziny domowego SPA, godzina treningu, dziecko nakarmione, czyściutkie, może koleżanka wpadnie na kawkę? Ach! Pouczę się jeszcze! Ten stan trwa zajebiście krótką chwilę. A konkretnie tą, kiedy Twoje dziecko budzi się tylko na possanie Twojego cycka, ewentualnie na przebranie pampersa. Dwa lata później, ja nadal mogę powiedzieć o sobie, że jestem dobrze zorganizowana, nadal mam czystą chatę, tylko czasem doba tak jakby miała za mało godzin. I czasem to jedyne co chciałoby się rzecz to... za ch*j się z tym nie wyrobię. Nie ma takiej opcji!
3. Marzenia matki zapatrzonej w noworodka to marzenia o nowych zabawkach, pięknych nowych śpioszkach w żyrafy, słoniki i serduszka. Och, a ta wanienka jaka fajna! A taki obrazek nad łóżeczko! A ta pościel. Po dwóch latach siedzenia w 4 kątach marzenia zaczynają mieć inny wymiar. Nowy mop, taki fajny. Tu się wykręca, tu składa. A ta rurka taka fajna! Och, i takie stojak na pranie, solidny, kolorowy, a nie te metalowe nogi brzydkie co u mnie. Do kuchni to garnki pastelowe bym chciała, patelnię w kolorze mięty. Zabawki? Dajcie mi spokój z zabawkami! Co chwilę nadeptuję na klocki lego w salonie...o w salonie to bym chciała dywan nowy i do niego takie fajne płyny do czyszczenia...
4. Wyjazd we dwoje, kiedy dziecko ma kilka miesięcy? Spoko! Ja nie z tych matek co mają pierdolca na punkcie dzieci i nie umieją nigdzie wyjść bez wydzwaniania co 5 minut... boże, masakra! Randki we dwoje, wyjazd do Holandii na tydzień, phi, lajtowo! Tęsknota jest, ale taka zdrowa. Dwa lata później, kiedy z dzieckiem spędzasz 365 dni w roku, 24 godziny na dobę, chęć wyjścia bez dziecka jest proporcjonalna do tego jak bardzo tego nie chcesz, bo przecież tylko TY wiesz, że kiedy dziecko pije to się denerwuje, póki nie przykryjesz jego nóżek "kiki" czyt. kocyk i nie dasz ręki koniecznie gołej do miziania. A jak już się zdecydujesz na wyjście, to po godzinie zastanawiasz się, czy ten kto został z dzieckiem, aby na pewno pamięta, że kiki to kocyk, a mynu to mleko...
5. Świeżo upieczona mama jest święcie przekonana, że w życiu wszystko jest czarne i białe. Jak to nie spędzacie czasu we dwoje, jak to dziecko o 21 nie śpi? Kiedy mój maluszek zasypiał w wieku 2 miesięcy ja stawałam się boginią seksu, cudowną kochanką, nikt nie przeszkadzał nam podczas jedzenia CIEPŁEJ KOLACJI, oglądania romantycznego filmu...tak będzie już zawsze! Zawsze przez kilka najbliższych tygodni. Kiedy dziecko kończy dwa lata, nie wiesz nawet kiedy bardziej od seansu we dwoje, jara Cię madagaskar o godzinie 20:00 i walka we troje na poduszki, wspólne tulenie się, a czasem po godzinie żałowanie, że się dziecka nie uśpiło o tej 20, bo teraz jedyne osoby, które oglądają bajkę to rodzice, a najmłodsze w rodzinie jednak chciałoby układać klocki.
Generalnie po dwóch latach zmienia się po prostu wszystko. Choć czasem tęsknisz za byciem mamą noworodka, ewentualnie kilku miesięczniaka, bo dwulatek daje Ci ostro w kość - to koniec końców i tak stwierdzisz, że ... jest coraz lepiej. To nic, że już nie jesteś tak mądra i tak zajebista jak 2 lata temu. To nic, że już doskonale zdajesz sobie sprawę, że wciąż gówno wiesz, bo każdy dzień zaskakuje Cię sto razy bardziej niż poprzedni. To nic, bo nieważne jak lajtowo było kilka miesięcy wcześniej, jak fajnie było drzemać w dzień i mieć czas na trening. My i tak choć padamy wkurwione i zmęczone często grubo po północy - i tak będziemy zasypiać z masą nowych wspomnień, a rano i tak uśmiechniemy się do tego poczochranego małego skrzata, choćby nas wczoraj wyprowadził tysiąc razy z równowagi. I zanim po raz kolejny przeklniesz, że jak ten skrzat był mniejszy to było łatwiej, to pamiętaj, że to gówno prawda. Bo tak jesteśmy już dziwnie skonstruowane, że pamiętamy najwyraźniej te dobre rzeczy, a wcale nie pamiętamy tego, że nie było tak kolorowo, jak teraz to wspominamy. Więc świeżo upieczona matko - nie daj się zastraszyć, że im starsze dziecko tym gorzej. Rzekłabym, że intensywniej. Ale na pewno nie gorzej...









Nic nie dał list, który rozszedł się po internetach. Nic nie dały setki komentarzy, wiadomości, porad. Jest ze mną coraz gorzej!!! Każdego dnia popełniam coraz więcej błędów, każdego dnia moja wyrodność zaczyna przekraczać skalę... Co robić? Czy to da się leczyć?!
Mój pierwszy list pełen rozpaczy i krzyku o pomoc możecie przeczytać tutaj ... Już wtedy myślałam, że jest ze mną cholernie źle, że gorzej się nie da...ale nie. To już nie są danonki i parówki w kryzysowej sytuacji... to już nie poziom uciekania do łazienki i chowania się przed samym dzieckiem. To już poziom o wiele wyższy, o wiele bardziej ekstremalny. To wszystko zaczęło się od niewinnego wyjścia na zakupy. 15 listopada 2015 roku... auchan, wkoło drogerie, komisy i ...mcdonald. Kroczę ja, a obok moja mini wersja. Bez rękawiczek... idę ze łzami w oczach, widząc jak babcie upadają na podłogi niczym domino, wykrzykując ostatkami sił "dziecko, jak ty ją ubierasz...". Biorę głeboki wdech i kroczę dalej. I widzę... McDonald's. Ślinka mi cieknie, tworząc kałużę pod moimi nogami. Tak dawno nie miałam niczego tak bardzo złego w buzi. Uuups. Nie tak to miało zabrzmieć. Widzicie? Ja za siebie nie mogę... na plakacie promocja - 2 cheesy, frytki i cola. Próbuję się powstrzymać, ale nie mogę. Komu dam drugiemu cheesa? I nagle widzę jej oczy... jak oczy kota ze schreka...próbuję wybić sobie tą myśl z głowy, ale ... idę, płacę, odbieram. Rozpakowuję swój i widzę jak ona wyciąga ręce. Spoglądam w niebo jak gdyby w stronę Boga i mówię "Wybacz mi...", wyciągam drugi i jej daję... oczy robią jej się wielkie, bo przecież w domu to tylko fit śniadanka, a tu nagle takie coś. Pokazuje na brzuch i mówi "o mniam, mniam". I znów babcie jak domino. Wszystkie oczy na mnie, ale twardo jemy, uszy nam trzęsą.
Ok... To była piękna chwila, acz ekstremalna. Robi się ciekawie. Ten chees to jednak nic. Bo jak go jadła, to ja przy niej byłam. A nie zawsze jestem. Wiem, wiem! Po co robiłam dziecko, skoro teraz szukam wymówki, by iść gdzieś bez niego, ale to silniejsze ode mnie! Wiem, że powinnam z nią siedzieć jak dotychczas 24 h, siedem dni w tygodniu, ale ja...ja...zadzwoniłam po koleżankę...i wyszłam. I tylko powiedziałam "pa" i uciekłam. To, że wyszłam to jest jednak nic. Ja nie poszłam do lekarza, na zakupy... ja poszłam sobie do kliniki zrobić zabieg na twarz !!! I się zasiedziałam i nie było mnie przy Poli...dwie godziny ! To już nie jest wychodzenie do kibla, chowanie się na balkonie. To już jest po prostu ekstremalna wyrodność, do której trzeba mieć tupet! No i kaszel... sama już nie wiem ... mówią, że to przez te rękawiczki co ich wtedy zapomniałam. Ja tam jestem przekonana, że to na bank przez to, że tak krótko karmiłam! Ten jesienny kaszel mógłby nie istnieć, gdyby mój ssak nadal mógł pić sobie mamine mleczko. Ale nie pije...bo byłam wredna egoistką, która zdusiła sobie cycki i powiedziała "pokarmie przestań lecieć"! I przestał. Ale nie każdy tak umie, więc nawet nie próbuj. Chyba, że jesteś wyjątkowo wredna, to może Ci się uda.
I to wszystko byłoby w miarę do przeżycia, ale nadchodzi sobota...a ja wyjdę. Po prostu wyjdę. W pełnym makijażu, sukience... wejdę do klubu i po prostu będę pić...nie, nie wodę. Nie soki. Drinki będę pić. Wrócę pewnie po północy, a w poniedziałek wsadzę Polę w auto, a ona biedna będzie siedzieć 2,5 godziny na tylnym siedzeniu i NIKT nie będzie siedział obok niej. Bo ja zawsze z przodu... I nie poprawię jej w sekundę pasów, jeśli je sobie zdejmie... i ona tak będzie siedzieć na tym niebezpiecznym miejscu, bo przecież każde miejsce jest zawsze niebezpieczne, ale będąc tak wrednym jak ja - NIC nie dociera do mnie - nic. Co ja mogę za to, że lubimy ryzyko. Lubimy specjalnie odpiąć się z pasów i krzyknąć "Uhhh jak fajnie jest ryzykować". I ja sobie będę siedzieć z przodu, a ona z tyłu jak znudzą jej się książeczki, zwierzątka i mój głos... to ona z tyłu nagle na mnie krzyknie, bo nudno...a ja wtedy...by ją uciszyć...
...
..
.
wezmę do dłoni broń, wymierzę prosto w nią, spojrzę zadziornie i powiem "Masz. Włącz sobie YT"...
Tak wiem, co sobie myślisz. To już nie jest level danonka i 5 minut YT, gdy sikam. To poziom hardkorowej niematki dziecka, z cheesem w buzi, i iphonem w ręku przez pół godziny jazdy drogi. Przecież my tak CODZIENNIE do tej rodziny jeździmy... To poziom niematki, która pije alkohol z koleżankami na densingu i wychodzi do kosmetyczki.
I co ja za to mogę? No co ja mogę, że już nie jestem w stanie siedzieć z nią 24 h, 7 dni w tygodniu tylko 24 h 6 dni w tygodniu, i 12 h siódmego dnia... nie zmienię tego.
Jednak NAJGORSZE dopiero przede mną... bo za rok, moje dziecko pójdzie do p-kola, a ja będę w domu SIEDZIEĆ... powinnam się powstrzymać nie robić tego, przetrzymać ją w domu chociaż do 7 lat...ale sami widzicie. To silniejsze ode mnie. I fakt, że jestem niematką, już wcale, a wcale mnie nie pociesza. Bo ponoć jak już się było prawie przy partych to tak jakby się rodziło trochę naturalnie, ale jednak skończyło CC. Co daje wynik 50/50. Pół matka, pół... człowiek? Więc jest dla nas nadzieja matki cięte, aczkolwiek miana matki z krwi i kością z tą blizną, to my nigdy nie dostaniemy. I może i lepiej. Bo wyobraźcie sobie, co by to było gdyby matka po SN odwalała takie rzeczy jak ja!
Ha...
w końcu byłby ktoś bardziej wyrodny ode mnie...










najpiękniejsza kurtka na świecie i tuniczka mayoral od manolo & manola
Mamo. Ilekroć sięgam pamięcią do czasów mojego dzieciństwa, przypominam sobie Ciebie... Pamiętam kiedy miałaś ochotę na ostatni kawałek ciasta, ale ja po chwili mówiłam, że również chciałabym go zjeść. A Ty mi go oddawałaś. Pamiętam kiedy zmęczona chciałaś usiąść obejrzeć telewizję, ale ja nadal nie mogłam zrozumieć równania z matematyki. I Ty mi je tłumaczyłaś... a ja jakoś nigdy nie dostrzegałam specjalnie Twoich starań i poświęcenia. I tak bardzo wkurza mnie fakt, że musiałam zostać matką, by dopiero pewne rzeczy zrozumieć. Chyba nie jest za późno, prawda?
Dopiero teraz, kiedy założyłam swoją rodzinę i na mojej głowie spoczywają wszystkie obowiązki - zrozumiałam jak wiele czasu moja mama poświęcała, by zadowolić całą rodzinę. By dom był zawsze czysty, by każdy miał ciepły obiad zaraz po przyjściu ze szkoły/pracy. Dopiero teraz kiedy mam dziecko, zrozumiałam ile nerwów i łez kosztowały ją moje choroby, ile nieprzespanych nocy kosztowały ją moje wyjścia na imprezy. Zrozumiałam jak bardzo mogłam ułatwiać jej codzienność.
Mamo. Gdybym znów mogła być dzieckiem...znacznie częściej przychodziłabym spytać czy czegoś nie potrzebujesz. Znacznie częściej spędzałabym z Tobą wieczory przed telewizorem. Myłabym te naczynia zawsze kiedy prosiłaś, a może nawet nie musiałabyś już o to prosić. Mniej bym pyskowała i nie wdawała się w głupie dyskusje. Dzwoniłabym z imprez, wiedząc, że i tak nie śpisz i czekasz. Znacznie częściej przychodziłabym pomagać Ci w sklepie, kiedy pracowałaś. Znacznie częściej bym Ci się zwierzała i prosiła o rady. Zmieniłabym liceum, by zaoszczędzić Ci przykrości i sobie depresji przy okazji... ( jeszcze raz dziękuję dyrekcji TEMPUSA za zniszczenie samooceny i psychiki, obyście się tym chamstwem udławili!). Sprzątałabym swój pokój z taką starannością z jaką teraz sprzątam swój dom. Nie musiałabyś się denerwować więcej tymi tumanami kurzu i stertą kubków przy komputerze. Częściej robiłabym Ci niespodzianki i mówiła, że Cię kocham i rzadziej zamykałabym drzwi do swojego pokoju. Mniej stroiłabym fochy i częściej się do Ciebie uśmiechała. Szybciej zaczęłabym jeździć do szkoły autobusem, żebyś nie musiała mnie codziennie wozić z samego rana i odbierać.
I mogłabym w nieskończoność wymieniać co zrobiłabym inaczej, za co Cię przepraszam...
ale jak się sama domyślasz, liczy się to co tu i teraz. Liczą się nasze codziennie rozmowy przez telefon, moje odwiedziny, rozmowy w domu rodzinnym i wspólne śniadania. Liczy się czułe pożegnanie, kiedy wyjeżdżam i liczy się tęsknota, która pojawia się zaraz po tym jak macham Ci przez szybę auta.
Być może trzeba dorosnąć, trzeba dojrzeć. Może trzeba stać się matką, by zrozumieć ile trudu w nasze wychowanie włożyły nasze mamy. Może nie da się myśleć racjonalnie w wieku lat 16, kiedy hormony buzują, a znajomi i nauka pochłaniają większość Twojego czasu. Może ciężko pamiętać o herbacie dla mamy, kiedy jako nastolatki rozemocjonowane wysyłamy sobie smsy z naszą pierwszą miłością. Może ciężko powstrzymać się od dyskusji, kiedy światopogląd to jedno wielkie "NIE!".
I może właśnie dzięki temu, będę przymykać oko na fochy Poli, więcej z nią rozmawiać. Może postaram się nie zapomnieć jak sama byłam młodą, głupią nastolatką. Może...bo czasem się przecież zapomina.
Dlatego dziękuję Ci mamo, właśnie za to zrozumienie. Za przymykanie oka na niektóre moje występki, a czasem postawienie do pionu. Za bycie mimo tych wszystkich smutków, które Ci sprawiałam. I za które cholernie przepraszam. Coraz częściej dzwonię do Ciebie i mówię "Jejku teraz Cie rozumiem". I jak dobrze, że i ja i Ty jesteśmy jeszcze takie młode. I razem możemy tworzyć nareszcie dojrzałą więź, prowadzić dojrzałe rozmowy. I jak dobrze mieć kogoś, kto wciąż się o Ciebie martwi, mimo, że tego nie wymagasz. Dobrze w końcu samemu być matką i w stu procentach zrozumieć Twój strach o mnie, Twoją troskę, Twoje starania.
Dobrze Cię mieć. Najzwyczajniej w świecie. Ten blog to dla mnie część mojego życia, w który wkładam całe swoje serce. Dlatego powinnaś być jego częścią. Być tutaj...w tym wpisie, obecna już na zawsze.
Dziękuję, że zawsze czytasz, dzwonisz i gratulujesz. Przepraszam i dziękuję. ZA WSZYSTKO mamo.
Tak to już jest, że kiedy nie masz dzieci – zastanawiasz się, jakby to było je mieć. A kiedy już je masz – nie chcesz sobie nawet wyobrażać, jakby to było…gdyby ich nie było. No dobra – może czasem! I choć czasem marzysz o wolnym dniu, o wyjeździe bez nich – to szybko zdajesz sobie sprawę, że ZAWSZE brak ci wtedy jakiegoś elementu…jakiegoś kawałka w twojej duszy. I wtedy zdajesz sobie sprawę, że te wszystkie rzeczy, na które czasem furczysz – czynią z Ciebie tak naprawdę szczęśliwą mamę. A kiedy ich brak – tęsknisz za nimi.
Co to takiego? Mogłabyś zapewne wyjąć teraz kartkę i spisywać całe tomy. Mogłabyś też stworzyć tomy na temat tego, co czyni z Ciebie matkę furiatkę. Ale ja wcale się na tych negatywach skupiać dziś nie chcę – wystarczająco dobija mnie noc o godzinie 16 i samoloty pasażerskie przelatujące nad moją głową co 5 minut. CHOLERNIE NISKO! I głośno… Ale no ja znów nie o tym. O szczęściu miałam pisać! No bo tak to już jest, że jak jakiś człek mnie na spacerze z Polą widzi – to zazwyczaj pomyśli pewnie, że to jakaś cool, starsza siostra, albo opiekunka pełna werwy. Chyba, że ktoś mnie widzi po kolejnej nieprzespanej nocy – wtedy może bać się nawet na mnie zerknąć. Moje oczy mówią wtedy „No podejdź, no wtrąć się – to odrąbię Ci głowę”. Ewentualnie mój wyraz twarzy może mówić: „Zaraz tutaj zemdleję i umrę po cichutku”. Nieważne! Wróćmy może do tych momentów, kiedy wyglądam jak starsza siostra. Krejzi siostra, która skacze razem z dzieckiem, przybija mu piątkę i zamiast „Polciu chodźmy do domku”, krzyczy ” Poldun, cho do domu”. Wiem, istna masakra. Dziecko uczyć się mówi, a ja zamiast chodź mówię „cho”. Wieś z człowieka to jednak nie wyjdzie nigdy… Nawet w stolycy! No i ja tak skaczę z tym Poldunem po tych kałużach i robię mnóstwo dziwnych rzeczy…i tak sobie wieczorem zmęczona myślę – że ja to jednak szczęśliwą mamą jestem. KREJZI wręcz. A składa się na to wiele czynników…
1) „Mama” – tak mnie zazwyczaj budzi, drapiąc moją rękę, z zaschniętym mlekiem na buzi. Przybliża głowę na maksa jak tylko może i jeszcze lekko zaspanym głosem mówi „Mama”. Jak powie „Mamooo” – to już wtedy dzień jest zrobiony totalnie. Miód na serce, uszy, wszystko! Chyba, że budzi się wściekła wyjąc, albo krzycząc „Mynyyyyyyy” – wtedy już sobie daruję dalszy scenariusz. Jest ostrooooo! :D
2) Odpoczywanko – po przebudzeniu godzinka leżenia i wygłupów. Przytulania i robienia głupich min. Przykrywania się i udawania, że śpimy dalej – aaaa love that !!!
3) Wspólne śniadania – zastrzyk energii, zastrzyk dobrego humoru – to jest moc! Pisałam już o tym nie raz, wstawiałam nawet zdjęcia. Ojciec biedny tyra, a my z Polką robimy ucztę – omlety, jajecznice, napoje w słoikach i Pola miziająca się po brzuchu i mówiąca ” Mmmmm mniam!”. No rewelka!
4) Niespodziewane pocałunki i przytulasy – zazwyczaj z dodanym, ukochanym „mamo” – ja to słabeusz jednak jestem, bo mi się oczy od razy łzami wypełniają – nawet teraz, jak o tym piszę ;)
5) „Dobra z Ciebie mama” – usłyszane od …kogokolwiek! Takie słowa to taki kopniak, który skłania do refleksji i sprawia, że pod nosem mówię „Kurczę! Rzeczywiście nią jestem!”
6) Rozwój – nowe słowa, nowe umiejętności, nowe miny – wszystko to napędza mnie w tym macierzyństwie jeszcze bardziej! Na naszych oczach rośnie nowy człowiek – to chyba najpiękniejszy „film”, który przyszło mi w życiu oglądać!
7) Uśmiech – zwyczajny uśmiech. Raz nieśmiały, raz wymuszony, raz od ucha od ucha. UŚMIECH wynagradza wszyyystko. No prawie. Ale rozumiecie o co chodzi, prawda? Pieprzyć te nieprzespane noce, furie, humory – jeden, mały uśmiech i miękniemy, znów kochamy życie, kochamy być mamą. Trochę to aż czasem niesprawiedliwe, bo konsekwentne czasem przez to nie umiemy być, ale… PIEPRZYĆ TO! ;)
ale halo, halo! Nie tylko dziecko i sprawy z nim związane, czynią ze mnie szczęśliwą mamcię. Punkt 8,9 i 10 to takie tam moje egoistyczne przemyślenia…
8) Wspólne wieczory z F. – lub sporadyczne wyjazdy, czy wyjścia, kiedy jesteśmy w rodzinnym mieście – tak! Ten czas dla nas nastraja mnie megaaa pozytywnie, a co najważniejsze – wypełnia tęsknotą! Tęsknotą, po której 1000 razy bardziej doceniam fakt, że mam w domu taki mały skarb, bez którego żyć już nie umiem! Tęcza, tęcza wiem! :P
9) Pasja – w moim przypadku blog. Jeśli tutaj wszytko idzie po mojej myśli, jeśli jesteście, czytacie, komentujecie, a hajs się zgadza… ( no co?) – to przekłada się to też na to, jaką jestem matką! Logiczne, hę?
10) LAMPKA WINA na dobranoc… – a jak brak wina, to może być jakaś szama, spoko! Ale tak… dobry chill nie jest zły, a sączenie sobie słodkiego wina domowej roboty przez godzinkę przy chillującej muzyce – takie coś na pewno sprawia, że obudzisz się szczęśliwsza, bardziej cierpliwa i … uśmiechnięta.
I właśnie tego po tym dołującym dniu życzę sobie i każdej z Was. Właśnie delektując się tymi małymi łyczkami wina i mimo, że godzinę temu chciało mi się wyć – to stuknęłam się w porę w głowę i uświadomiłam…że mimo tych wszystkich słabości, mimo łez, mimo bezsilności – cholernie szczęśliwą mamą jestem. I super się w tej roli odnajduję. I przyrzekam sobie wracać do tych wszystkich punktów, ilekroć zwątpię, ilekroć przejdzie mi przez myśl, że jest beznadziejnie, że się nie nadaję. Nie. Nie jest beznadziejnie. Jest tak jak być powinno. Po prostu musimy przejść przez te chwile słabości i nie spinać się wtedy wcale. Bo po burzy zawsze wychodzi słońce. Moje wychodzi nieśmiało właśnie teraz, w tej chwili!
Podsumowując. Co czyni ze mnie taką, a nie inną mamę? Miłość! Miłość czyni ze mnie szczęśliwą mamę – krejzi mamę – i wcale nie mam zamiaru poważnieć! ;)
kurtka: tutaj
PS: Kochani jeśli chcecie wygrać zestaw lego - zagłosujcie proszę na mój tekst na LEGO KREATYWNIE :) Jeśli znajdziemy się w pierwszej trójce - wygramy dwa zestawy klocków lego - jeden przygarnie Pola - jeden ktoś z Was :) Głosować można codziennie. Pamiętajcie, że macie też pod ręką e-maile męża, rodziny itp :P Z góry dziękujemy!
