Kiedyś jedna z czytelniczek napisała mi, że chciałaby, by przed porodem ktoś powiedział jej jak to wygląda naprawdę. To całe macierzyństwo, to życie z dzieckiem pod pachą. Zdziwiłam się, bo zazwyczaj kobiety nie chcą słuchać jak będzie ciężko. Uznają to za straszenie i obruszają się jakby właśnie ktoś zmieszał je z błotem. Wiem, bo sama tak robiłam. Wiem też jednak, że czytanie jakie macierzyństwo jest słodkie, różowe i bezproblemowe sprawia, że po porodzie często rzeczywistość uderza nas niczym kubeł zimnej wody wylany na głowę.
Kiedyś sama byłam tą, która o macierzyństwie wypowiadała się tylko w pozytywny sposób. Nie było to oszustwo, a raczej podejście do życia. Dziecko było też małe, więc o trudach mogłam nie wiele powiedzieć. Wolałam skupiać się na pozytywach, ale z czasem zrozumiałam, że jestem odpowiedzialna za to jak kreuję siebie na blogu. I jestem odpowiedzialna za to, że ktoś może pomyśleć, że macierzyństwo to tylko ten lukier. Słodziutki lukier, różowe króliczki, kolorowa tęcza i lizaki w kształcie kwiatków.
Więc dziś odpowiadam na pytanie czytelniczki. Być może nie była jedyną, która chciała wiedzieć. Jak to jest naprawdę. Nie przeraź się więc początkiem, ale nie będę ściemniać.
Macierzyństwo to cholernie trudna rzecz. To całe morze łez, bezsilności i samotnych wieczorów w wannie, gdy mamy wszystkiego dość. To czasem krzyk w głębi duszy i wołanie o pomoc. To często osamotnienie. Bycie sam na sam z wszystkimi obowiązkami, kolkami i kupami robionymi co 3 godziny. To nieprzespane noce, depresje i słanianie się na nogach po tygodniu kolek. To walka z krwawiącymi piersiami i zalanymi koszulami nocnymi od mleka w nocy. To wiszenie na cycku dziecka często co 5 minut po półtorej godziny i zastanawianie się kiedy w końcu znajdziemy 5 minut na wysikanie się w spokoju lub zjedzenie ciepłego posiłku. Macierzyństwo to nerwy, które dusimy w sobie aż w końcu wybuchamy. Macierzyństwo to jedna wielka misja i trzeba dużo sił i cierpliwości, by misję przeprowadzać jak należy. Ale spokojnie moja droga... Zanim spojrzysz na swój brzuch z oczami pełnymi łez i zastanowisz się czy dobrze zrobiłaś powiem Ci czym jeszcze jest bycie matką. To pierwszy płacz zaraz po porodzie i pierwsze spojrzenie sobie w oczy. To bezzębny, mleczny uśmiech, który pojawia się w pierwszych miesiącach zaraz po oderwaniu od piersi matki. Wtedy nie czujesz już bólu. Wtedy nie widzisz tej krwi i strupów. Widzisz tylko uśmiech z kącikiem białym od mleka. Macierzyństwo to tysiące przytulasów i całusów kiedy w nocy pędzisz do płaczącej pociechy. To wtulanie się małego ciałka w Twoje ciało - jakby było całym światem. Macierzyństwo to słowo "mama", które wypowiedziane sprawia, że Twoje oczy zalewają się łzami. Macierzyństwo to piosenki o poranku, poczochrane czuprynki i buziaki w policzek. Macierzyństwo to pierwsze kroki stawiane pod domem i bieganiny po łące wśród kwiatów. Macierzyństwo to upadki dziecka, które kwitujemy zdaniem "Daj mama pocałuje". Macierzyństwo to kółko graniaste i puszczanie baniek leżąc na kocu w parku. Macierzyństwo to szaleństwo w wannie przed snem, żółte kaczki i coraz dłuższe włosy, z których robimy córkom kitki i warkocze. Macierzyństwo to kołysanie przed snem, tulenie i mówienie "Kocham Cię". Macierzyństwo to patrzenie sobie w oczy i świadomość, że mamy pod dachem najpiękniejszy skarb jaki mogłyśmy sobie wymarzyć.
Zapewne zapomniałaś już droga, przyszła mamo o pierwszych zdaniach mówiących o trudach macierzyństwa, prawda? I tak właśnie jest w życiu. Możesz płakać z bezsilności, słaniać się na nogach i myśleć, że gorzej już być nie może. Ale wystarczy jeden, niewinny uśmiech. Wystarczy jedno słowo "mama" i wtulenie się w Ciebie tak jakby świat miał się zaraz skończyć...i zapominasz. O smutkach, o trudzie i o bezsilności. I to jest właśnie magia macierzyństwa. A jej doświadczanie to najlepsze co mogło mnie w życiu spotkać.
bluzka - tutaj // spódniczka - tutaj // zegarek - Daniel Wellington // trampki - sinsay // torebka , sweterek Poli - szafiarka.net
Ostatnio rozmawiałam ze znajomą o tym, że stara się ona swojemu nastolatkowi zapewniać pewnego rodzaju swobodę i prywatność, której już potrzebuje. Rozmawiałyśmy o tym jak często nastolatkowie mówią nam, że w pewne rzeczy mamy się nie wtrącać. I wtedy my matki mamy dylemat. Bo albo jest to sygnał, że coś się dzieje, albo najzwyczajniej w świecie wszystko jest normalnie, a my jesteśmy zbyt nadopiekuńcze. Jak być zatem pewnym, że zamknięte drzwi pokoju nastolatka czy zapewnienie "Wszystko jest ok" jest rzeczywiście sygnałem, że jest spoko, a nie że jest fatalnie?
Pewnie to dziwne, że o nastolatkach pisze ktoś kto ma 15 miesięczne dziecko. Ale szybko wyprowadzę Was z tego zdziwionego stanu. O nastolatkach wiem obecnie dużo więcej niż niektóre mamy nastolatków. Głównie dlatego, że jeszcze całkiem niedawno sama nią byłam. I byłam mistrzynią kłamstwa, pozorów i udawanego szczęścia. Wszystko po to, by odwrócić uwagę rodziców od nastoletnich tragedii, które musiałam przeżywać sama.
Moi rodzice choć wspaniali i kochają mnie z całego serca - rozmawiać kiedyś ze mną nie umieli. Jeśli popełniałam błąd był krzyk i zero szansy na moje słowa wyjaśnienia. Z czasem więc przestałam im zwierzać się z czegokolwiek i żyć na własną rękę. Byłam przykładną córką i uczennicą. Stwarzałam pozory, że zawsze wszystko jest zajebiście. W ich oczach nie miałam problemów. Jeśli zamykałam się w pokoju to dlatego, że chcę chwili spokoju. Jeśli kładłam się spać to dlatego, że niby jestem zmęczona po szkole. A jeśli wychodziłam na dwór to zaczerpnąć powietrza. A gówno prawda. Kładłam się spać, bo miałam dość życia. Zamykałam się w pokoju, bo nienawidziłam ludzi. Wychodziłam na dwór wypić piwo, po czym pół godziny zabijałam jego smak, bo moja mama miała dobry węch, wzrok i intuicję. Z czasem jednak nauczyłam się być krok przed nią. Zakochiwałam się szybko i tak samo szybko dostawałam ciosy w serce. Cierpiałam każdego, pojedynczego dnia. Przez zawody miłosne, przez fałszywe przyjaciółki. Ale chyba najbardziej cierpiałam przez przez problemy w szkole, o których pisałam tutaj. Jeśli czytaliście ten post to doskonale pamiętacie, że szkoła zrujnowała mi poczucie własnej wartości. Przeżywałam wiele rzeczy, które na tamten czas były dla mnie końcem świata. Miewałam myśli samobójcze, a kiedyś nawet spróbowałam opuścić ten świat. Byłam rozchwiana emocjonalnie. Byłam po prostu...chora.
Nie mam pretensji do rodziców, że nie reagowali. Nie mieli na co. Zawsze reagowałam szybciej niż oni. Jeśli dzień wcześniej się upiłam, to rano sama szłam się spytać czy ten wczorajszy obiad był na pewno dobry, bo chyba mi zaszkodził. Jeśli nie mogłam powstrzymać łez szłam i mówiłam, że chyba coś zaczyna pylić na dworze i dostanę zaraz szału. Byłam sprytna. I byłam też w tym całym cierpieniu samotna. Wiedziałam, że oni nie zrozumieją. Wiedziałam, że z nimi nie można usiąść i pogadać i powiedzieć "Boże mamo jestem tak nieszczęśliwa. Wypiłam wczoraj kilka piw, przepraszam". Z tego wszystkiego oni usłyszeliby tylko " kilka piw", a następnie nie daliby mi dojść do słowa. To nie tak, że mnie zawiedli. To nie tak, że byli złymi rodzicami, bo obecnie mam z nimi taki kontakt i jest między nami tak bardzo dobrze, że często wieczorami płaczę z tęsknoty. Oni po prostu nie wiedzieli jak... Byli wychowani tak, a nie inaczej. Przez rodziców, którzy wiecznie nie mieli czasu. Przez rodziców, którzy od najmłodszych lat gonili ich do pracy. Nie mieli takich problemów jak ja, bo nie mieli na nie czasu. Pewnych rzeczy nie da się zrozumieć, jeśli rzeczywistość, w której się żyło była zupełnie inna.
Nie mam żalu i nie mam pretensji. Mimo wszystkich młodzieńczych tragedii wyszłam na ludzi i śmiem stwierdzić, że jest ze mną wszystko ok. Spełniam się, realizuję, a każda porażka była dla mnie lekcją. Wiem jednak, że dzięki swoim doświadczeniom będę o wiele bardziej uważną matką. Nie przewidzę wszystkiego to oczywiste. Ale postaram się o jedną najważniejszą rzecz, o którą proszę też Was. Bądźcie dla swoich dzieci przyjaciółmi. Jeśli na ich błędy chociaż raz zareagujecie krzykiem - one więcej nie przyjdą. Nikt nie lubi zwierzać się po to, by być za to skarconym. Chociaż zamykamy się w pokojach i udajemy, że jest ok to potrzebujemy Was rodziców cholernie. Nie dla głupich pytań wkraczających w naszą prywatność, a dla swobodnych rozmów o wszystkim i o niczym. Potrzebujemy Waszego nagłego uścisku nawet jeśli odpowiemy "No weź przestań". Po prostu Was potrzebujemy, nawet jeśli udajemy, że tak nie jest. Nie musicie wiedzieć wszystkiego o swoich nastoletnich dzieciach. Nie na tym rzecz polega, by wiedzieć o nich wszystko. O pewnych rzeczy dorastające dzieci nie mówią. Ale więź, którą wytwarzacie z dzieckiem, poczucie bezpieczeństwa, które mu dajecie sprawi, że przy popełnianiu błędów będzie myśleć o tym czy to Was nie zrani. A jeśli już je popełni to przyjdzie do Was, bo będzie wiedziało, że zrozumiecie. A nawet jeśli nie zrozumiecie - to będziecie przy nich mimo wszystko. I być może ten wpis dla większości z Was jest oczywisty... Są jednak tacy, którzy obserwują za mało, rozmawiają za mało i zapominają. Zapominają, że kiedyś też byli młodzi. Obserwuj, wspieraj i bądź. Po prostu...
tunika - tutaj // kurtka - tutaj
W realnym życiu rzadko kiedy słyszę to o czym Wy często opowiadacie - rady czy pouczenia od obcych osób. Często słyszę je za to od mamy/teściowej/siostry czy jeszcze dalszych cioć i babć, ale traktuję to raczej jako rady z dobrego serca. Zresztą rodzina to rodzina. Ma mówić to co myśli, nawet jeśli mam to w dupie.
Zawsze dziwiłam się jak bardzo my matki bierzemy wszystko do siebie. Nic nam powiedzieć nie można, a przecież można czyjejś "rady" wysłuchać i olać - tak po prostu. Ostatnio kiedy zdawałam klucze od mieszkania, pewien pan spojrzał na Polę ze smoczkiem i powiedział "Jeszcze chodzi ze smoczkiem?" - " No chodzi" - odparłam. I słyszę..." Oj to niedobrze, zresztą ona nie jest już mała. A to bardzo źle, bo to dla zgryzu źle " i takie tam pierdoły, jakbym nie wiedziała. Coś tam jeszcze mamrotał i poszedł. " A Twoja córka ma 3 lata i mówi mniej od Poli" - cicho powiedziałam pod nosem kiedy zniknął mi już z pola widzenia. Uruchomiła się we mnie mała wredna istotka. Po chwili powiedziałam do F. : " Co za typ. Będzie chciała to będzie do 5 lat nosiła smoczek. Przynajmniej mówić już zaczyna". Kilka dni później ktoś pouczył mnie, że powinnam zacząć sadzać Polę na nocnik. No spoko. Tylko po co? O ile się nie mylę ma to sens od jakiegoś 18 miesiąca. A poza tym - jestem zbyt leniwa. Przyjdzie czas - wyjmiemy nocnik. Kiedyś coś tam próbowałam, ale nawet jak w nocniku z sukcesem coś się pojawiało to sorry, ale był to raczej zbieg okoliczności.
I tak sobie myślę jacy my rodzice jesteśmy czasem chorzy. Spinamy się, by odpowiednio wcześnie zacząć uczyć: chodzić, sikać, mówić, czytać, liczyć jakbyśmy zapomnieli, że dzieci i tak się tego nauczą. Jedne szybciej, inne później, ale się nauczą. To, że przeoczycie dobry moment nie znaczy, że dziecko już zawsze do 60 będzie sikać w pampersy. Chociaż to złe określenie, bo powyżej 60 pampersy znów mogą zawitać w naszych życiach. Ale rozumiecie o co chodzi? Straszymy siebie nawzajem - dziecko nie mówi w wieku półtora roku pełnymi zdaniami to najlepiej idź do logopedy bo już pewnie nigdy nie odezwie się ani słowem, a jak nie umie chodzić w wieku roku to weź idź do lekarza, bo pewnie coś nie tak. A czym ty się kurrrrka spieszyć mi powiedzcie? Co to wyścig szczurów jest? Fajnie obserwować nowe umiejętności u dziecka, ale niech wszystko dzieje się w swoim czasie. Dziecko samo wie kiedy jest gotowe na daną rzecz, a kiedy nie. Możemy podpowiadać, pokazywać. Możemy uczyć, to nie tak, że jestem przeciwna nauce, bo byłoby chyba ze mną coś nie tak. Ale należy pamiętać o jednej, najważniejszej rzeczy: nie spinajcie się! Wasze nerwy to presja na dziecku, które nie rozumie co wg Was robi źle. Cholernie nie lubiłam kiedy rodzic z niecierpliwością czekał aż się czegoś nauczę i głupio komentował " Ja nie rozumiem jak Ty możesz tego nie umieć." Tak jak na nerwy działało mi kiedy siostrzeniec uczył się jeździć na rowerze, a rodzina jak chora komentowała, że nie rozumie jak on może się przewracać. Skrajny idiotyzm. Nawet jeśli dziecko POWINNO teoretycznie już coś umieć, to skoro tak się nie dzieje to pomyśl czy wina nie tkwi w Tobie - jego osobistym nauczycielu. Bo wszystkiego da się nauczyć. I nawet najtrudniejsze rzeczy są proste do zrozumienia kiedy okraszone są dużą dawką cierpliwości, miłości i zrozumienia.
kurtka: tutaj
Tytuł wpisu pewnie niektórych przeraża. Jak można tego żałować? Zwłaszcza wtedy jeśli decyzja o dziecku była świadoma. No jak? A no można... Okropne doświadczenie, do którego większość z nas się nie przyznaje, bo niemal natychmiastowo zostałby dokonany na nas publiczny lincz. A ja się przyznam. Miałam to uczucie całkiem niedawno. Dokładnie wtedy kiedy przestałam wstawiać zdjęcia Poli i pisałam Wam, że motywacja mnie opuściła... Mam nadzieję, że był to pierwszy i ostatni raz.
Wyobraźcie sobie sytuację kiedy zaczynają spływać na Was niesamowite propozycje rozwoju, wyjazdów, świetnej pracy - wszystko o czym do niedawna marzyłyście zaczyna "spadać" Wam z nieba. A Wy siedzicie w domu z małym dzieckiem i nagle zaczyna Wam ono przeszkadzać. Nie daj Boże dołóżcie do tego rozstanie z facetem i brak opieki dla dziecka, która byłaby niesamowicie pomocna w rozpoczęciu jakiegoś nowego życia z kimś innym. Powodów może być mnóstwo. Czasem może być to po prostu... zmęczenie. Mija pół roku, mija rok. I nagle macierzyństwo z przyjemnej rzeczy staje się obowiązkiem, który zaczyna nas męczyć. Zdarza się również tak, że zaraz po porodzie dopada nas coś w stylu baby-blues. Rzeczywistość nas zaskakuje - jeśli planujemy dziecko nastawiamy się na same najpiękniejsze aspekty macierzyństwa tymczasem rzeczywistość weryfikuje nasze wyobrażenia... Najczęstszym jednak przypadkiem jest żałowanie w momencie gdy nie sprawdzamy się w roli matek. Gdy chcemy karmić, a nie możemy, gdy chcemy zająć się dzieckiem, a ktoś inny musi nam pomóc. To całkiem normalne, ale niestety same sobie stawiamy za duże wymagania. Chcemy być najlepsze, samodzielne...i kiedy coś nie idzie po naszej myśli - zaczynamy żałować, że w ogóle zostałyśmy matkami - bo przecież się nie nadajemy.
Piękny słoneczny dzień. Pola budzi mnie delikatnym muśnięciem po policzku. Myślę sobie "Cholera. Co tak wcześnie". Pokazuje, że chce jeść. Z wkurwieniem wymalowanym na twarzy wstaję robię jej kanapkę z serem i daję do ręki. Przez cały dzień jakakolwiek zabawa z nią ani przez chwilę mnie nie cieszy. Wręcz przeciwnie. Spacer, karmienie jej, wszystko co z nią związane męczy mnie okrutnie. W głowie wciąż mam wizję siebie nie mającej dziecka. W głowie wciąż mam obraz siebie, która może w każdej chwili wyjechać i znaleźć pracę marzeń. Zaczynam skupiać się na samych negatywach więc dziecko zaczynam postrzegać jako jedną wielką przeszkodę. We wszystkim. Przestaję trenować, przestaję się zdrowo odżywiać, przestaję robić cokolwiek. Mam ochotę tylko leżeć i zasłaniać się kolejnymi wymówkami "nie mam jak". Z osoby zorganizowanej, poukładanej i radzącej sobie ze wszystkim - staję się sfrustrowaną kurą domową. Chociaż nie. Ja staję się sfrustrowanym leniem, który całymi dniami marzy o rozwoju kariery i o kupie hajsu, ale zamiast o to walczyć leży i płaczę w poduszkę, bo dziecko mu w tym nie pozwala. Rzygam swoim obrazem z tamtego okresu. Nie chcę więcej tego czuć, nie chcę więcej tego przeżywać. Nie mówiłam o tym nikomu. Dusiłam w sobie. Po jakimś czasie powiedziałam siostrze. Stwierdziła, że to normalne. Po jakimś czasie pojawia się również komentarz czytelniczki, która jakby między wierszami wyczytała co się dzieje. Mówi, że po roku wiele par, wiele mam ma kryzys. Bo mija rok i nic się nie zmienia.
Dziś stwierdzam, że i te gorzkie chwile czegoś mnie nauczyły. Stało się to o czym zawsze Wam trąbiłam. Jedna zła myśl sprowadza na nas kolejne. Po jakimś czasie budzimy się w dole negatywnych emocji, z których nie możemy się wydostać. Śmiem stwierdzić, że wtedy byłam już na skraju depresji. Waliło mi się wszystko co tylko mogło. Było kiepsko finansowo, walił mi się związek, straciłam przyjaciół. Byłam tylko ja i Pola i "stracone" szanse. Brak organizacji i lenistwo potęgowało we mnie negatywne emocje. Wstałam jednak pewnego dnia i powiedziałam "dosyć tego!". Pragnęłam tego dziecka i tak jak wielokrotnie pisałam - nie ogranicza mnie ono w niczym. Jedyne co nas ogranicza to my sami - my i nasza ograniczona wyobraźnia. Nie ma rzeczy niemożliwych, a już na pewno dziecko nie jest jedną z "rzeczy", która mogłaby stanąć nam na drodze do ich realizacji.
Życie jednak kopie nas czasem po dupce zbyt mocno. Problemy finansowe, problemy w związku, problemy z samym sobą przysłaniają nam czasem radość z bycia matką, radość z macierzyństwa. Zaczynamy błądzić w zakamarkach swego umysłu i widzieć macierzyństwo tylko i wyłącznie w czarnych barwach. Siedzimy cicho i dusimy to w sobie, czasem gdy już chcemy wykrzyczeć to całemu światu to podpytujemy cicho innych czy tak mają i zazwyczaj co słyszymy " Ja? Nigdy!" - i wpadamy w jeszcze większy dół, bo czujemy się jak najgorsze w świecie matki, które czują coś czego nikt inny nigdy rzekomo nie poczuł...
Jestem za tym, by mówić o takich rzeczach otwarcie. Rozmowa to najlepsza terapia, najlepsze oczyszczenie. Ciężko jednak przyznać się do takich myśli w dobie mam idealnych, nigdy nie zmęczonych, zawsze uśmiechniętych...
Postanowiłam więc podpytać wśród blogerek - nie było łatwo. Większość zgodnie stwierdziła, że nigdy nie żałowała. Czemu więc w internecie pod ksywą "anonim" takich kobiet są tysiące? Szukałam więc uparcie, aż znalazłam.
1) MamaLoliPoli była jedną z tych zawstydzonych, ale mimo wszystko postanowiła się przyznać. U niej co prawda żal nie pojawił się po długim okresie macierzyństwa, a krótko po porodzie.
"Razem ze swoim jeszcze wtedy partnerem, oczekiwaliśmy na córkę jak na zbawienie. Każde zdjęcie z USG mamy oprawione w ramce, z czego stworzyliśmy piękną galerię na jednej ze ścian mieszkania. Każdy jej ruch w moim brzuchu powodował motyle szczęścia, a bicie jej serce, które słyszeliśmy na badaniu, powodowało szybsze bicie serca w Naszym ciele. (...) 22 stycznia poprzez cesarskie cięcie przyszła na świat nasza Pola. Mój poród nie należał do łatwych, jednak po dwóch dobach po porodzie czułam się już naprawdę dobrze. W szpitalu czułam się nieźle. Karmienie butelką, przewijanie, spanie, odpoczynek. Partner był cały czas przy mnie. Opiekował się małą, pomagał mi. Po powrocie do domu wszystko się zmieniło. Zamykałam się w łazience i płakałam. Szlochałam tak bardzo, że w pewnym momencie zabrakło mi po prostu łez. Gdy tylko przekroczyłam próg Naszego mieszkania, coś we mnie wstąpiło. Tu nasuwa się określenie słynnego baby blues, jednak to nie było to samo. Ja czułam, że to nie to samo. Jak matka, która pragnie, kocha od samego początku swoje dziecko, może żałować, że nią została? Czułam do siebie wstręt, jednak nie potrafiłam zrozumieć dlaczego nie mam wyrzutów sumienia gdy w myślach rzucałam hasło: ,,Po co mi to było?!’’. Czułam, że coś się ze mną dzieje, że nie potrafię opanować swoich emocji. Nie rozumiałam, że dziecko potrzebuję jedynie Naszej miłości, wsparcia. Każdy jej płacz wieczorem, nocą powodował u mnie wybuch złości, płaczu i kilkuminutowego zamknięcia w łazience. Wychodziłam również na balkon, tak żeby z wszystkiego się otrząsnąć. Gdy tylko zamykałam oczy, widziałam krzyczące dziecko, które jak się okazuje nigdy nie miało prawa płakać! Potrafiłam przesiedzieć na kanapie kilkanaście minut wpatrzona w jednej punkt. Było mi wtedy tak dobrze, po mimo tego, że ona płakała. Mój stan trwał 2 tygodnie. Najdłuższe dwa tygodnie mojego życia. Wewnętrznego piekła, którego sama się bałam. Pamiętam ten dzień, gdy ojciec Poli musiał wrócić do pracy. Zostałam z Nią sama. Dopiero wtedy zrozumiałam, że moje macierzyństwo dopiero do mnie zapukało. Otworzyło moje serce i przegoniło ten cały wstręt do samej siebie, żal do całego świata i tą straszną bezradność, z którą walczyłam tak długo. Dwa tygodnie, walki która wygrałam dzięki mojemu mężowi, oraz aktualnie 2,5 letniej Poli, która lada moment zostanie starszą siostrą ."
2) U szalonookiej było trochę inaczej - i jest to bardziej powszechne. Ona nie widziała w dziecku przeszkody. Przerastała ją niemoc - dlatego żałowała, że w ogóle została mamą .
" Oczywiście że miałam taki moment w życiu. Każda matka ma. A jeżeli twierdzi że nie, zwyczajnie wstyd jej się do tego przyznać. Pierwszy taki moment pojawił się kiedy młody miał zaledwie 3 tygodnie. Zachorowałam. Przez dwa tygodnie miałam gorączkę czterdziestodniową. Nie byłam w stanie zajmować się dzieckiem, nie miałam siły karmić. Koniec końców trafiłam do szpitala. straciłam pokarm. Zewsząd słyszałam gromy, że mam walczyć o mleko- bo to takie ważne dla dziecka. A ja nie miałam siły. Wtedy pierwszy raz pomyślałam o tym, ze nie nadaje się na matkę. Że nie powinnam mieć dziecka. To nie był raz. tych razów w tamtym okresie było wiele. Zamiast wsparcia dookoła słyszałam tylko podkopywanie mojego poczucia wartości. Udało mi się z tego wyjść. Później podobną sytuację miałam kiedy poddałam się plastyce brzucha. Na tydzień byłam wyłączona z opieki nad młodym, a później przez jakiś czas mocno ograniczona. Miałam wyrzuty sumienia, że egoistycznie zajęłam się sobą. Wtedy znowu pomyślałam że nie nadaje się na matkę. Po miesiącu wróciłam do pełnej sprawności i zmieniło się całe moje życie. Nigdy więcej nie pożałowałam że zostałam matka. Jasne nie jestem terminatorem. Czasem mam ochotę wystrzelić się w kosmos i odpocząć, ale wystarczy jeden dzień separacji z młodym i zaczynam tęsknić. Każda z nas ma chwile słabości, ale stereotypy matek polek nie pozwalają nam się do tego przyznawać. Bo każda chciałaby być matką idealną"
3) Paulina z potwory wózkowe tkwiła w takim stanie ponad pół roku...była to depresja. Dziś widok jej z córką sprawia, że na twarzy pojawia się uśmiech a serce mięknie. Miłość bije od nich na kilometr.
"Nie wiem co było gorsze - myśl, że jestem złym i pozbawionym uczuć człowiekiem, czy fakt że siedzę po uszy w gównie (dosłownie i w przenośni). Wszystko mnie irytowało, każdy płacz, jęk, z czasem nawet uśmiech, powodowały u mnie złość. Nie potrafiłam sobie poradzić z emocjami i żeby się rozładować sprawiałam sobie fizyczny ból, psychicznego miałam pod dostatkiem. Krzyczałam, płakałam. Często płakałyśmy razem, ja i moja córka. Ja przez to, że jej nigdy w życiu nie chciałam, a ona... nie wiem. Zostawałyśmy same, razem i płakała. Pewnie czuła, że jej nie chcę. Wszystko było nie tak. Żałowałam, że nie podjęłam innej decyzji, że nie postanowiłam postawić egoistycznie na siebie. Że muszę to znosić, poświęcać się i skończyć w szarym mieszkaniu bez marzeń. Trwało to ponad pół roku, zdiagnozowałam depresję. Tak sie czasami zdarza, że nie do końca mamy kontrolę nad tym jak odbieramy rzeczywistość. Dzisiaj idziemy ramie w ramie przez życie, z uśmiechem, z przepełnionym bagażem pozytywnych doświadczeń. Dzisiaj nie żałuję, że jestem mamą, bo paradoskalnie dzięki córcę mogę więcej. Mogę wszystko."
Widzicie to? Wszędzie to samo zakończenie. Dziecko, które odbierało radość dziś jest siłą napędową. Tak jak mówiłam w DDTVN - to taki motorek, który napędza nas jeszcze bardziej. To taka siła, która motywuje i sprawia, że mamy ochotę przenosić góry. To dzieci sprawiają, że chcemy być lepsze, chcemy się rozwijać. Ich uśmiech motywuje jak nic innego na świecie. I to co jest tak piękne... czasem się urywa. Czasem zaczyna działać w drugą stronę. Pochłania nas nasza głowa i nasze myśli. Czy istnieje recepta na skrócenie cierpienia i zobaczenie w dziecku na nowo siły, motywacji i szczęścia? Tak. Mów o tym. Walcz z tym. Najgorsze co możesz zrobić to się temu poddać i coraz bardziej oddalać się od dziecka. A przecież macierzyństwo...to jedna z piękniejszych przygód jaką my matki możemy odbyć...całkowicie za darmo. Zysk? Miłość, której siły nie da się zmierzyć? Straty? Jeśli zrobisz wszystko jak należy - jedyne co stracisz to wiele godzin snu.
Walcz, rozmawiaj, szukaj pomocy u tych, którzy to przeszli. Nie miej wyrzutów - tak się zdarza. Nikt nie chce tego czuć, nikt nie robi tego specjalnie... tak się po prostu zdarza...
Wiem. Dziwnie brzmi. Dziecko - nie pozwala. Dziecko nie pozwala?! Rozwydrzone jakieś chyba i myśli sobie, że wszystko może. A matka bezsilna to sobie pozwala wejść na głowę. Eee tam. Pierdoły takie. Przecież to całkiem normalne, że dziecko wywraca nam świat do góry nogami, jest naszym szefem i czasem (hehe widzicie to? CZASEM) - czasem czy tego chcemy czy nie - musimy się mu podporządkować. Przynajmniej gdy jest takie małe jak Pola.
Wczoraj F. bezczelnie śmiał się wspominając jak to mówiłam kilka miesięcy temu o tym, jak cudownie to będzie gdy dziecko zacznie chodzić. " Ach wyobrażasz sobie. Sama sobie pójdzie do pokoju i zajmie się chwilę sobą, a ja w spokoju będę mogła się pouczyć bez noszenia na rękach" - co ja sobie myślałam? Sama sobie pójdzie? Sama się sobą zajmie? Jaki człowiek przy pierwszym dziecku jest nieświadomy...piękne to i okrutne zarazem. O ile na głowę sobie wejść nie daję i twardo pokazuję Poli, że to ja tu jestem od mówienia co wolno, a co nie - tak plan dnia często, gęsto muszę dostosowywać do jej zachcianek, a wszystkie obowiązki poza tymi dotyczącymi dziecka często są wykonywane w warunkach hardkorowych. Wiecie o czym mówię prawda? Laptop na wysokości kiedy skaczące dziecko próbuje Ci go przełamać, a ty musisz wysłać ważny e-mail. Uciekanie do WC żeby choć raz w tym tygodniu zrobić siku bez wścibskiego zaglądania dziecka, które chce wiedzieć co tam się dzieje. A kiedy już uda Ci się uciec to sikasz widząc małe, niemowlęce oko w dziurkach od drzwi...
Dzieci chcą być takie jak my. To normalne. Naśladują, są ciekawe jak to jest robić to co my w tej danej chwili. I dlatego wszystko co robię muszę robić albo razem z Polą, albo...nie robić tego wcale. Na co nie pozwala mi dziecko ?
1) Tablet, laptop, telefon - nie ma mamo takiej opcji! Przestań się ciągle w to gapić! Albo nie...lepiej daj to mi. Co masz ciekawego? Gry poki ? Dawaj! To przecież o niebo lepsze niż te Twoje durne blogi i notatki na studia... Przynajmniej poudaję sobie w gierce, że umiem gotować ( nie to co Ty) . Oh... chcesz mnie oszukać zepsutym telefonem? Mamo daj spokój, nie wygłupiaj się. Nie jestem już dzieckiem...
2) Kosmetyki - oh. Chcesz się w spokoju pomalować? Poczekaj rozwalę Ci wszystkie pudry i wysmaruję wc Twoją nową pomadką, a potem możesz ewentualnie szybko coś tam zmalować.
3) Książki - jest 21 i chcesz poczytać tak? Musisz dzisiaj? Dobrze przeczytaj 3 wyrazy, a teraz oddaj. Muszę sprawdzić czy warto. Ok znudziłam się. Przeczytaj dwa kolejne wyrazy. Już, już, już! Co za dużo to nie zdrowo! Daj, przejrzę jeszcze raz.
4) Nauka - mamo wcale nie musisz się uczyć. Oddaj mi te notatki! Nie chcesz po dobroci? Czekaj zacznę wydzierać Ci je siłą - delikatnie podszczypując, gryząc i ciągnąc za włosy.
5) Gorące napoje - w tej chwili pozwól mi się pobawić tym wrzątkiem, który pijesz! Oddaj mi ten gorący kubek! Nie oszukuj mnie i nie wciskaj mi tego bez herbaty!
6) Jedzenie - chyba oszalałaś, że chcesz przy mnie cokolwiek zjeść! nie obchodzi mnie, że mam to samo na talerzu. Oddaj mi swoją cześć. Najlepiej daj cały talerz. I swoje sztućce. Ok. A teraz spokojnie, po cichu...odejdź od stołu...
Na razie zabrania mi tego wszystkiego czynami. Strach się bać co to będzie, gdy zacznie mówić...
torebka - tutaj
t-shirt - tutaj
spodenki - tutaj
O ile z krytyką swojej osoby się już pogodziłam i spływa to po mnie totalnie, tak chyba nigdy nie pogodzę się z jadem kierowanym w stronę ludzi, którzy coś osiągają; ludzi, którzy są piękni, którzy są utalentowani czy po prostu w stronę...ludzi - jakichkolwiek. Nie zniosę i koniec. Nie godzę się na to. Ponoć walka z hejterami jest walką z wiatrakami, ale jak można do cholery na to przyzwalać? Jak można siedzieć bezczynnie i nie reagować na to, że z dnia na dzień coraz więcej ludzi jest gnębionych czy to w sieci czy w realnym świecie? Ja takiego świata dla swojej córki nie chcę...
Odkąd założyłam blog spotkałam się już z wieloma przykrymi sytuacjami. Początkowo reagowałam płaczem, potem złością. Na końcu wybrałam najgorszą opcję z możliwych: wdawanie się w dyskusję z komentującym idiotą. Dowiedziałam się wielu rzeczy. Że moje dziecko jest obleśnym bękartem, że powinnam podciąć sobie żyły i zdechnąć. Drastyczne? Wtedy takie było. Dziś jestem odporna na tyle, że czytam i usuwam i nie odczuwam żadnych emocji. Czasem czuję się wręcz rozbawiona. Wiem jednak, że każdego dnia tysiące ludzi, niekoniecznie prowadzących blogi czy jakieś publiczne życie są gnębieni czy to w sieci czy smsowo. O ile problem nas nie dotyka - to udajemy, że go nie ma. Osobom publicznym pieprzymy farmazony " No musisz liczyć się z krytyką" - dając tym samym przyzwolenie idiotom, którzy roszczą sobie prawo do "krytykowania" wszystkich i wszystkiego. Przecież mamy pieprzoną wolność słowa. Więc napiszmy koleżance z klasy, że wygląda jak bezdomna, a koledze, że ma obleśną twarz. Przecież mamy prawo!
Wczoraj na pewnym FP wstawiono zdjęcie dziewczynki - młodej aktorki z polskiego serialu. Z komentarzy dowiedziałam się między innymi, że dziecko jest brzydkie jak noc, ma oczy wyłupiaste jak ropucha i zarabia na rodziców, którzy się byczą. Najsmutniejsze było to, że pisały to matki...
Blogerzy na co dzień stykają się z setkami komentarzy " Nie odbierz tego jako hejt, ale uważam, że wyglądasz strasznie grubo w tej sukience". Hejt czy nie? Teoretycznie nie. Tylko po co to pisać? Co nam to daje? Czy na prawdę musimy pisać ludziom takie rzeczy? Czy w realu pozwalamy sobie na tyle samo? Czy podchodzimy do obcych osób i mówimy: "Wiesz strasznie niekorzystnie wygląda w tych spodniach Twój tyłek"; " Wiesz nie obraź się, ale te kozaczki były modne 10 lat temu". Najbardziej przesrane mają jednak chyba osoby, która odnoszą sukcesy, są utalentowane i takie, którym generalnie w życiu wychodzi. Działają one na nerwy pewnej grupie osób - nieudacznikom życiowym. Ich misją jest zniszczenie poczucia wartości, tak by ktoś taplał się w takim gównie jak oni. Niejednokrotnie się im to udaje. Ludzie często rezygnują z pisania blogów czy publicznego życia, bo najzwyczajniej w świecie ich psychika tego nie wytrzymuje... Nie jest przecież łatwo słuchać wiecznej krytyki i dopieprzania się o każdy najmniejszy szczegół. Swoją drogą to śmieszne. Ludzie chcą, by gwiazdy były normalne, takie jak one, ale kiedy takie są, to zaraz wytyka się im błąd - miała źle pomalowany paznokieć, albo krzywe zęby. Z tymi zębami to w ogóle zabawna rzecz. Kiedy jakaś gwiazda ma je krzywe i żółte - krytykujemy. Kiedy ma krystalicznie białe i proste - wkurzamy się, że sodówa strzeliła do głowy i teraz wszystko sobie celebryci w wyglądzie poprawiają... Tak źle , tak niedobrze. Krytyka zaczyna przybierać jakieś monstrualne rozmiary. Jest dosłownie wszędzie. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że nie muszę słuchać nawet konstruktywnej krytyki jeśli tylko nie mają na to ochoty. Jeśli nie podoba nam się, że ktoś w zdaniu użył za dużo wykrzykników mamy prawo to usunąć - nasze podwórko. Czy w realu też słuchamy wszystkiego, nawet tego co nas w jakimś stopniu dotyka, lub co nam się nie podoba? Nie. Dlaczego więcej pozwalamy sobie "słuchać" tego w internecie?
Nie chodzi tutaj już nawet o typowe hejterstwo, ale czepianie się wszystkich i wszystkiego. Wieczne wpieprzanie się w życie innych, komentowanie czyjegoś stylu życia, jakbyśmy nie mogli wszyscy żyć po swojemu... Przewijam fanpage rzekomo profesjonalnych blogerów i co widzę na co drugim? "Dzisiaj widziałam w sklepie kobietę, która dziecku kupiła czekoladę, a mogła przecież jakiś owoc." No i co? Co z tego? Co nas obchodzą inni? Czemu komentujemy, wypisujemy bzdury, podniecamy się pierdołami zamiast skupić się na pożytecznych rzeczach? Czepialstwo i hejterstwo to chyba drugie imię polaków niestety...
A ja takiego świata dla swojej córki nie chcę. Nie chcę by musiała w przyszłości słuchać od "życzliwych", że jest brzydka i głupia. Nie chcę, by ktoś rujnował jej poczucie własnej wartości przez swoje pieprzone zachcianki. Kocham ludzi, ale nieudaczników życiowych nienawidzę. Dlaczego jest ich coraz więcej? Dlaczego tak wielu ludzi za życiowy cel obiera stukanie na klawiaturze hejtów? Ja już sobie z tym radzę...ale nie mam wpływu na to czy ktoś nie będzie rujnował mi życia mojego dziecka. Patrzę na nią i jest taka słodka, niewinna. Patrzę i mam ochotę uchronić ją przed całym złem, które jest na tym świecie. Chciałabym móc ją chronić całe życie, wiedzieć wszystko, być zawsze na czas. Dlaczego muszę w tych czasach martwić się o takie rzeczy? Dlaczego w takich czasach należy walczyć o to, by człowieka człowieka szanował? Dlaczego w imię tego co powinno być normalne, trzeba wypruwać sobie flaki? I dlaczego ta cała walka z idiotami nigdy się nie kończy... Ponoć najlepszą walką z hejtarami jest ignorowanie ich. Ja uważam, że to zamiatanie problemu pod dywan... O problemach trzeba pisać, trzeba rozmawiać, trzeba z nimi walczyć. I ja wierzę, że jest jakiś sposób. I nawet jeśli po przeczytaniu tego tekstu choć jedna osoba poczuła, że powinna się czasem przymknąć i nie pisać więcej bzdur to warto wiecie... Dla siebie już nie muszę walczyć o lepszy świat, ale dla swojego dziecka będę walczyć tyle ile będzie trzeba...
Kiedyś tylko takimi wpisami żył ten blog. Kto śledzi od początku, na pewno odczuł, że Poli jest teraz tutaj bardzo, bardzo mało. Nie jesteście już nie bieżąco z jej rozwojem, a ja nie odczuwam potrzeby, by ciągle o tym pisać. Dostając jednak masę wiadomości z zapytaniami czy Pola robi już to i tamto, co je, jak się zachowuje stwierdziłam, że dzisiejszy dzień, w którym kończy 14 miesięcy będzie idealny, by poczynić wpis z małym podsumowaniem.
WYGLĄD: Jeszcze nie tak dawno wszyscy z niecierpliwością oczekiwaliśmy, aż to ziółko postanowi pokazać się światu. Było to zaledwie 14 miesięcy temu, a ja już nie pamiętam jak to jest spać z małym zawiniątkiem na klacie. Obecnie ten mały szkrab waży całe 10 kilogramów i sama nie wiem ile mierzy, ale jest mega długa ( za rodzicami ). Włosy ostatnio zaczęły rosnąć dość szybko + zyskały na objętości. Z tyłu głowy zazwyczaj tworzy się mini afro, a Pola zyskała pseudonim : pirzolek.
MOWA: Słowniczek mowy jest coraz bardziej bogaty. Mama, tata, baba, dzidzia, myny lub mniam co oznacza jedzenie lub picie i totalny hit : DA, które jest wymawiane w momencie, gdy dziecko chce by coś mu dać, lub coś od niego wziąć. DA wymawiane jest chyba setki razy dziennie i jest to jedyna rzecz, która doprowadza mnie do dzikiego szału, który nauczyłam się tłumić w sobie. Słynne da, jest czasem jak efekt zaciętej płyty. Da,da,da,da,da - pokazując palcem na : ścianę, okno, niebo, kubek z gorącą herbatą, śmieci itp. Absolutny hit, który zna każdy kto ze mną przebywa lub rozmawia ze mną przez telefon.
SEN: Jakiś miesiąc temu Pola znów zaczęła sypiać w dzień. Jest to czas ok 2 godzin, ale nie jest to regułą. Nadal zdarzają się dni kiedy jest to 20, lub 40 minut. Wieczorami chodzi spać około 20, a wstaje ok 7. W nocy budzi się około północy, by zagrzać miejsce w naszym łóżku. Mimo tego, że śpi z nami i nas czuje, przebudza się czasem na przytulenie, wodę, lub ok 4 na mleko.
JEDZENIE: MM - jakieś 2 razy na dzień. Rano i przed snem. Do picia tylko i wyłącznie woda. Przykładowy jadłospis na cały dzień:
ok. 5:00 - 210 ml MM
ok.8:00 - jajecznica, kromka chleba
ok. 12:00 - jogurt naturalny z owocami
ok. 16:00 - łosoś gotowany na parze z puree z groszku i ryżem.
ok: 19:00 - 210 ml MM
Pomiędzy posiłkami Pola podjada owoce i inne przekąski.
CHARAKTER I ZACHOWANIE: obecnie jesteśmy w jakimś mega krytycznym punkcie. Furie, bunty, płacz, kopanie, bicie i gryzienie. Często wieczorami jestem totalnie wyczerpana godzinami tłumaczeń dlaczego czegoś nie wolno robić, lub czegoś nie wolno wziąć. Czasem jestem już kłębkiem nerwów, a potem przychodzi sobie taki mały człowiek, który zjadł przed chwilą pomidorka, otwiera szafkę i do kosza na śmieci wyrzuca skórkę od pomidora, bo doskonale wie, że nie może jej zjeść. Zaczynam pomału wydawać polecenia jak np. Polciu przynieś mi pampersa - przynosi. Co mnie zaskakuje to fakt, że każdą drobną rzecz, którą znajdzie : grosik, kamyczek, cokolwiek - przynosi od razu do mnie.
ZABAWA: nadal numerem 1 są dla Poli książeczki. Uwielbia je oglądać i zawsze rano kiedy ogarniam się w WC, ona przegląda każdą po kolei i mruczy coś pod nosem. Odkąd skończyła roczek jest też małą fanką klocków duplo. Uwielbia zamykać ludziki w okienkach. Razem ze zwierzętami - powinnam się martwić? ;)
SPRAWNOŚĆ: Pola zaczęła dość szybko chodzić, bo w wieku 9 miesięcy. Była jednak ostrożna i mimo wszystko, wolała więcej raczkować. Raczkowanie porzuciła jednak wraz z nadejściem nowego roku czyli mając 10 miesięcy. Wtedy zaczęło się bieganie po całym mieszkaniu. Jeśli chodzie o takie sprawy jak wchodzenie i schodzenie z łóżka, wchodzenie na krzesła, kanapy itp to nie mamy z tym raczej problemu. W wieku 10 miesięcy ten mały czort tak sprawnie poruszał się po wysokościach, że mogłam bez obaw wyjść do WC nie martwiąc się, że spadnie. Ze schodzeniem nie było problemów. Od maleńkiego kiedy Pola próbowała spadać z kanapy na głowę, przekręcałam ją i pokazywałam, że schodzi się tyłem na nóżki. Robiłam to odruchowo, ale najwidoczniej zaprocentowało, bo pewnego dnia po prostu sama tak zeszła i tak schodzi do teraz. Łóżeczko niemowlęce przekształciliśmy na tapczanik. Ma on jednak boki, dzięki którym Pola nie wypadnie, ale ma też normalne wejście przez co może wchodzić i schodzić kiedy chce.
Właściwie to czas, który teraz przeżywamy jest chyba dla mnie najcięższym, a jednocześnie najpiękniejszym. Bo mimo, że ciągłe miączenie i płacz wykańcza to wkroczyłyśmy w etap, w którym możemy siedzieć całe dnie na placu zabaw, możemy się gonić po trawie, skakać wieczorami po łóżku, wydurniać w wannie i robić mnóstwo innych rzeczy. A im będzie starsza tym będzie ich coraz więcej... I tak mija mi życie z 14 miesięczniakiem u boku. Mimo wielu wylanych łez, warto przechodzić przez ten trud macierzyństwa chociażby dla takiego przytulenia przez nią jak przed chwilą...
Wpisu o tej kontrowersyjnej ze względu na cenę ( wciąż mnie to bawi ) zabawce miało nie być. Ani nikt mi za to nie zapłaci, ani nikt z pistoletem nade mną nie stoi. Ale już Wam kiedyś pisałam. Jak coś jest warte polecenia to muszę polecić to całemu światu. A przynajmniej malutkiej jego części, która mnie czyta. No więc zacznijmy od początku, czyli od poszukiwań idealnego gwiazdkowego prezentu.
W dzień świąt Pola była świeżym 10 miesięcznym dzieckiem, które coraz bardziej interesuje wszystko co się rusza. W sumie to co się nie rusza również. Poszukiwania rozpoczęłam jakiś miesiąc wcześniej, mając na uwadze to, że kolejne książeczki kontrastowe albo kolejny świecący, nic nie wnoszący do rozwoju Poli plastik raczej nie będzie tym co chciałabym dać swojemu dziecku, zaczęłam intensywnie myśleć: jak wybrać coś, co nie znudzi się dziecku po 5 minutach, nie będzie całe z plastiku, ale nie będzie też zwykłym drewienkiem, które nie ma żadnych funkcji. Jak dla 10 miesięcznego dziecka znaleźć coś co będzie równie fascynujące jak święcący, grający ( na nerwach ) plastik, ale plastikiem nie będzie i nie będzie służyło jedynie do ukończenia pierwszego roku życia. A gdzie tu jeszcze wpleść w wymarzony prezent funkcje, które mogłyby posłużyć teraz, za rok, a nawet za kilka lat. 2 tygodnie myślenia, szukania. I wpadłam na "genialny pomysł". Interaktywny piesek, wyglądający jak żywy. Nie wiem co ja sobie myślałam. Że będzie mi to latać przez dzień po domu i szczekać, a po tygodniu znudzona Pola rzuci go w kąt? I czego niby ten pies miał jej nauczyć? No może opiekuńczości, ale tego to się nauczy jak będzie mieć rodzeństwo, sztuczny pies raczej nie będzie nam do tego potrzebny. Skoro i tak psa idealnego nie znalazłam, a jedynie jakieś tandetnie wyglądające szczeniaki, szukałam dalej. Nic, nic i jedno wielkie nic. Totalny znak zapytania w głowie. Aż tu nagle - jest!
Wielkie! Kolorowe! Funkcjonalne! Rozwijające! Centrum aktywności. W sumie sama nie wierzyłam, że te wszystkie wymogi przeze mnie postawione mogą serio zostać spełnione i to przez jeden produkt. A właściwie bardziej nie mogłam uwierzyć, że udało mi się do takiego czegoś dotrzeć. Cena nie była dla mnie przeszkodzą, bo odrobina zaradności i kreatywności pozwoliła mi ją zmniejszyć i rozłożyć na kilku członków rodziny. W końcu lepiej jest dać dziecku jeden konkret od wszystkich niż pierdyliard mniejszych od każdego z osobna, bo przecież nie lecimy na ilość a na jakość, nieprawdaż? Szybkie spojrzenie na wymiary i byłam już pewna. To cacko musi być moje. Ekhm. Poli.
Wymiary, wymiarami...a mimo to, kiedy kurier zawitał w moich drzwiach szczęka mi opadła. Większe niż sobie wyobrażałam i o niebo piękniejsze niż na zdjęciu. Funkcji całe mnóstwo, kolorów również. Wykonanie - mega solidne. Z racji, że szybko przeliczyłam sobie w głowie ile musimy dać pieniędzy za jedną taką zabawkę z funkcją jaką ma "pojedyncza ściana" zabawki w sklepach typu smyk - zrozumiałam, że cena jest naprawdę adekwatna.
Czy Pola się tym bawi? Każdego dnia, co chwilę. Początkowo interesowała ją tylko górna płyta. Samochodziki, którymi można się przemieszczać, ludziki i kuleczki na drutach. Od niedawna zaczęły ją interesować również ściany boczne m.in. układanka i koło z magnetycznymi kuleczkami w środku. Wiem doskonale, że centrum aktywności jest zabawką, która będzie towarzyszyła nam przez kilka najbliższych lat.
Poniżej zdjęcia każdej, pojedynczej ściany oraz górnej płyty.
Z racji, że widziałam już negatywne reakcje na ten produkt pod zdjęciami wstawianymi na FP, postanowiłam sobie uprzedzić podobne komentarze i odpowiedzieć tutaj:
" W życiu nie kupiłabym takiego czegoś mojemu dziecku" - kupiłabyś kupiła, a nawet byś pogratulowała mi wspaniałego wyboru. Gdybym tylko powiedziała, że kosztowało to 50 zł, a nie kilka razy tyle. No chyba, że po prostu nie lubisz tego typu zabawek - to jestem w stanie zrozumieć.
" Za takie coś tyle pieniędzy? Nie lepiej zrobić coś podobnego samemu?" - zrób mi to proszę. Z tych samych materiałów. A potem podlicz koszty materiałów, robociznę ( a narobisz się na pewno ) i spróbuj jeszcze na tym zarobić. Powodzenia.
" Wolę pobawić się z dzieckiem budując namiot z koców i krzeseł używając jedynie wyobraźni, a nie kupić dziecku tak drogą zabawkę, żeby mieć je z głowy" - no cóż. Lubię wydawać grube tysiące, by posiedzieć sobie na fejsie. A tak całkiem serio : naprawdę chciałabym , żeby moje dziecko bawiło się czasem samo zabawkami. Niestety nie mam tego luksusu. A koc i krzesła mam, wyobraźnię też. Kupno zabawek na szczęście mi tego nie odbiera.
" Każda zabawka, nie ważne ile kosztuje, nudzi się dziecku tak samo szybko" - owszem, cena nie gra roli. Ale jeśli za ceną stoi wielkość, wykonanie a dzięki temu ogrom funkcji - to zabawka przestaje być tylko zabawką i jest też miejscem nauki - a co za tym idzie, posłuży nie tylko niemowlakowi w wieku Poli, która będzie sobie sterować kulkami i autami na górnej płycie, ale również 3 latce, która będzie liczyć kulki na liczydle i 4 latkowi, który będzie czytać litery z tabliczek. Nie wiem kiedy co dziecko zaczyna robić, więc wybaczcie jeśli poleciałam tutaj za bardzo z dopasowaniem umiejętności do wieku.
Jak widać w każdym argumencie - rolę gra cena. Gdyby zabawka kosztowała 50 zł zapewne nie byłoby tematu, tylko jeden wielki zachwyt nad funkcjonalnością i pięknym wykonaniem. Ale z racji, że matki to gatunek zazdrosny i zawistny - do czegoś trzeba się przecież przyczepić. A najbardziej polską rzeczą jest...zaglądanie w portfel! Zatem moi drodzy. Nikomu nic z nieba nie spada. Mi również. Odrobina zaradności i samozaparcia i możecie mieć więcej niż Wam się wydaje.
Centrum aktywności do kupienia TUTAJ .
Pierwotnie ten wpis miał za zadanie pokazać Wam ulubione książki Poli oraz moje. Przeglądając jednak zdjęcia naszło mnie na refleksje, które postanowiłam przelać tutaj. Może to dobrze, bo już dawno znudziły mi się wpisy, które nie są od serca, a są jedynie poleceniem czegoś od kropek czy myślników.
Książki - moja miłość od wczesnych lat. Ich zapach w bibliotece, stare zażółcone strony, podarte okładki w najstarszych egzemplarzach. Od 1 klasy podstawówki przesiadywałam tam po lekcjach i nikt nie mógł się nadziwić ile książek non stop wypożyczam. Dostawałam nawet dyplomy za największą ich przeczytanych ilość . Bodajże w 4 klasie podstawówki po raz pierwszy wypożyczyłam "Godzinę pąsowej róży" - zaufałam mamie, która mi ją poleciła i pochłonęłam ją w moment. Książka ta pokazała mi do jakiego stopnia jesteśmy w stanie rozwinąć swoją wyobraźnię i jak drukowane literki potrafią przenieść nas w zupełnie inny świat. Wracałam po nią między regały jeszcze wiele razy. Za każdym razem czułam to samo podekscytowanie i ten sam inny świat. W swojej głowie byłam bohaterką tej książki. Każde czytane zdanie odczuwałam jako swoją rzeczywistość. Za każdym razem tak samo pięknie, za każdym razem tak samo intensywnie. Dopiero kilka miesięcy temu postanowiłam ją zakupić i mieć przy sobie do końca życia. Celowo na allegro poszukałam starego wydania, podartego i zażółconego. Identycznego jak ten, który trzymałam w rękach w dzieciństwie.
Śmiem twierdzić, że czytanie książek już na etapie przedszkolnym miało na mnie wpływ i niesamowicie ukształtowało moją wyobraźnię, płynność wypowiedzi oraz wpłynęło na mój rozwój. Niesamowicie drażni mnie kiedy ktoś podczas czytania na głos przerywa, zacina, wydłuża wyrazy, bo ma problem z płynnym odczytaniem. Ostatnio doszłam do wniosku, że denerwują mnie ludzie, którzy nie czytają kompletnie nic. Uważam, że rezygnacja z czytania i zasłanianie się argumentem, że do szczęścia mi to nie potrzebne świadczy jedynie o tym, że człowiek jest ograniczony. Nie chodzi tutaj o masowe czytanie kilkunastu książek rocznie, ale jakiejkolwiek. Odkąd prowadzę intensywny tryb życia czytam mało, ale...czytam.
Bardzo przykra jest wizja narodu, w którym nikt nie czyta książek. Sądzę jednak, że taka wizja jest niemożliwa. Nawet jeśli jest coraz więcej ludzi, którzy w domu nie mają ani jednej książki, to śmiem twierdzić, że pozostali nadrabiają statystyki. Wystarczy spojrzeć na księgarnie, które wcale nie świecą pustkami, wręcz przeciwnie. Jeśli ktoś mówi mi, że coraz mniej osób czyta mam wrażenie, że ocenia podług siebie. Skoro on nie czyta, nie chodzi do bibliotek i księgarni to nie zauważa innych, którzy to robią przez co kształtuje fałszywą opinię.
Może nie mam czasu na namiętne czytanie książek i nie przeczytam 52 pozycji w rok, ale przeczytam trzy dobre, do których już zawsze będę wracać. Może nie mam czasu, żeby przeczytać jedną pozycję w 3 godziny jak to bywało kiedyś, ale nawet jeśli będę ją męczyć 3 tygodnie - to warto.
Jeśli macie w otoczeniu osobę, która książek nie lubi - spróbujcie kupić jej egzemplarz, który porusza tematykę, która się interesują. Tak jak ja kupiłam mojemu F. książkę masy, a on opowiadał mi później co ciekawego tam wyczytał. Może nie jest to książka, która nauczy nas czegoś nowego, ale jeśli ktoś kto nienawidzi czytać podejmie się wyzwania, bo go to interesuje - to warto. I nie jest w tym momencie ważna tematyka.
Póki co cieszę się niezmiernie, że Pola przejawia miłość do książek już od jakiegoś czasu. Może nie lubi jak jej czytam, ale często przyłapuję ją jak ogląda swoje książeczki nawet kilkanaście minut z niesamowitym zainteresowaniem. Wierzę, że książki,z którymi ma styczność praktycznie od pierwszych dni wpłyną pozytywnie na jej rozwój i bardzo dobrze rozwiną jej wyobraźnię.
Na koniec tego wpisu chciałam wymienić Wam moje ulubione pozycje ostatnio przeczytane, oraz ulubione książki Poli, które ogląda codziennie. Jeśli macie coś godnego polecenia - śmiało!
Moje książki:
1) Maria Kruger - " Godzina pąsowej róży"
2) Nicholas Sparks - " I wciąż ją kocham"
3) Nicolas Fargues - " Byłam za Tobą"
4) Mari Jungstedt - " Podwójna cisza"
5) Emily Giffin - " Dziecioodporna"
Książki Poli:
1) Otwórz okienko - kolory
2) FP - Kim jesteś?
3) Książeczki kontrastowe
4) Zwierzęta
5) Obrazki dla maluchów - owoce
pufa - pufy.pl
reksio - kreatywna igiełka
kocyk w pingwinki - FIUBZDZIU
