Jeszcze kilka lat temu kompletnie nie zwracałam uwagi na to co jem. Baton o poranku i sterta kanapek na sam wieczór. Jeśli już przychodził mi do głowy pomysł jakiejkolwiek diety to i tak raczej nie byłam świadoma do końca, że to co jem wcale takie zdrowe nie jest.
Tak było jeszcze do niedawna. Zamieniłam biały chleb na ciemny, podobnie z makaronem i ryżem. Zamiast owocowych jogurtów zaczęłam jeść naturalne i dałabym sobie rękę uciąć, że tak bardzo zdrowo się odżywiam. Jakiś czas później okazało się, ze ciemne chleby są często tylko pokolorowaną pszenicą, a makarony razowe są razowe tylko z nazwy. Świadomość tego jak my, zwyczajni ludzie jesteśmy robieni w balona popchnęła mnie do tego, by swoją wiedzę na temat żywienia zgłębić jeszcze bardziej. Zaczęłam czytać książki, etykiety i z osoby o podejściu " Wszystko w granicach rozsądku , nie dajmy się zwariować" stałam się osobą świadomie wybierająca to co będzie jadła jej rodzina. Kurczak ? Tylko z zaufanego źródła ze wsi. Bez hormonów. Jogurty? Tylko te bez mleka w proszku. Makarony i chleby? Tylko te bez mąki pszennej. Nie mam parcia, żeby nawracać teraz wszystkich ludzi wkoło do zmiany swoich nawyków żywieniowych. Do takiej decyzji trzeba dojrzeć, trzeba czuć, że chce się coś zmienić. Doskonale pamiętam jak denerwowali mnie ludzie, którzy na każdym kroku mówili mi o złych składnikach, które są w tym co jem - miałam to wtedy totalnie gdzieś dlatego totalnie irytowały mnie wieczne uwagi. Dziś każdego dnia rozmawiam z mamą godzinami przez telefon, co chwilę wykrzykując " No ale słuchaj oglądałaś ten reportaż o rybach?!" i dyskutując co powinnyśmy jeść, a czego nie. Fajną sprawą jest to, że w końcu znalazłam z mamą wspólne zainteresowanie, którym możemy się dzielić.
Myślę, że nie przyłożyłabym też do tego tak bardzo uwagi gdybym nie była mamą. Co prawda mam dopiero 21 lat i cieszę się, że i tak dość szybko zaczęłam świadomie wybierać jedzenie. Ale jeśli chodzi o Polę - fajnie, że odżywia się zdrowo praktycznie od samego początku. Co prawda wciąż twierdzę tutaj, że wszystko jest dla ludzi, jednak jeśli mam wybór i mogę podawać jej zdrowe jedzenie, to nie widzę żadnego argumentu, który by mnie przekonał, że lepiej jest kupić danonka niż jogurt naturalny, który podam jej z kawałkami banana czy innych owoców. Wciąż jednak daleko mi do fanatyczki. To, że ja mam takie podejście nie znaczy, że będę je narzucać innym mamom. Totalnie nie obchodzi mnie jakie jedzenie inni dają swoim dzieciom i nigdy nie będę w to ingerować. A jeśli przez pisanie na blogu takich wpisów, ktoś postanowi sam z siebie coś zmienić - mogę się jedynie cieszyć. Nigdy jednak nie odwali mi na tyle, by robić komuś wyrzuty z powodu parówki czy danonka - a nie ukrywajmy w dobie popularnego blw ( które popieram ) , matek fanatyczek wcale nie brak. Mimo zmiany jedzenia na zdrowsze, wciąż nie rozumiem publicznych uwag w kierunku rodziców, które podważają ich wiedzę. W tym całym zdrowym żywieniu warto pamiętać, że nie każdy musi postępować tak jak my i nikt nie zasługuje na lincz z powodu głupiej czekoladki. Ktoś mógłby pomyśleć, że to dziwne - jestem za zdrowym odżywianiem, a nie drażni mnie czyjeś dziecko , które obok wcina czekoladę czy jogurt z samą chemią. Nie - nie drażni mnie. To, że moje dziecko wcina naturalny nie znaczy, że nagle zacznę pouczać rodziców, by też zaczęli im takie dawać. Podobnie jest u mnie w innych kwestiach. Nie unoszę głosu na swoje dziecko - i jeśli ktoś w moim towarzystwie krzyczy na swoje - nie czuję się zobowiązana do jakiejkolwiek reakcji - wręcz nie mam prawa reagować. Co innego w przypadku kiedy ktoś, by dziecko uderzył - wtedy MUSIMY reagować, ale to już zupełnie inny temat. Nie zamierzam też reagować płaczem jeśli mojej teściowej czy mamie pod moją nieobecność zdarzy się dać Poli do jedzenia danio czy kinder-kanapkę.
Zaczęłam wybierać świadomie. Stało się to częścią mojego życia i jednym z moich głównym zainteresowań. Chcę zaszczepić w Poli instynktowne wybieranie tego co zdrowsze i być spokojną o jej zdrowie - które nie oszukujmy się coraz częściej szwankuje przez chemię, która jest nawet z pozornie nieszkodliwych produktach. Myślę jednak, że największym wyzwaniem będzie dla mnie F. który tak kocha pompowany, sztuczny, biały chlebek...
drewniana kuchenka - TUTAJ
Domyślam się, że mając kilkoro dzieci zapewne kocha się je tak samo. Jeszcze do niedawna moja chęć pragnienia drugiego dziecka była ogromna. Ale jednak nie chcę "dzielić" tej miłości na dwoje. .. Na pewno nie teraz, kiedy mały człowiek potrzebuje tyle mojej uwagi.
Chcę być dla Poli najlepszą mamą i przyjaciółką i dać jej świadomość, że nie kocham nikogo innego równie mocno. Chcę całą uwagę skupić na niej. Tylko na niej. Bardzo kocham swoją siostrę i nie wyobrażam sobie bez niej życia, ale uważam że rodzeństwo nie jest elementem, które jakoś niesamowicie na nas wpływa. A już na pewno nie zgadzam się ze stereotypem, że jedynacy są samolubni i egoistyczni. Wierzcie mi, że znam mnóstwo osób, które mając rodzeństwo są tak egoistyczni, że prędzej wydrapaliby siostrze/bratu oczu niż się nim z czymś podzielili. Znam też wielu jedynaków, którzy dzielą się wszystkim ze wszystkimi i kompletnie nie wpasowują się w krążące po świecie stereotypowe opinie...
Teraz jest też najlepszy czas "dla mnie". Czas rozwoju, dalszego kształcenia się, powrotu do pracy, a co za tym idzie rozwijania dalej swoich zainteresowań. Czas mega rozwoju bloga, czas intensywnych treningów. Czas, w którym i tak muszę umiejętnie poruszać się między życiem, macierzyństwem, a karierą. Chcę go wykorzystać jak najlepiej. Z jedynaczką na pokładzie - moim jedynym oczkiem w głowie. A za kilka lat? Za kilka lat może będę już w stanie podzielić i miłość na dwoje i czas...między wszystkim tym co "moje", a między czasem dla nich. A może już zawsze będzie ona moim jedynym oczkiem w głowie i mimo to wyrośnie na cudownego człowieka? Nie znam scenariusza. I wcale nie chcę go znać ...
PS: Za kocyk POOFI serdecznie dziękujemy firmie LOVEMUM.
Od tego momentu na hasło MAMALA dostaniecie 10% na asortyment sklepu lovemum.pl . Rabat będzie ważny do dnia 14 lutego!
Jeszcze do niedawna miałam wrażenie, że zima która nadchodzi będzie najgorszą od kilku lat. Widząc jednak zieloną trawę za oknem w dzień 24 grudnia - zwątpiłam czy zima w ogóle nadejdzie. W drugie święto spadł jednak mój upragniony śnieg, zrobiło się nieco zimniej i pojawiła się iskierka nadziei, że może jeszcze ulepię w tym roku bałwana z Polą.
Jestem osobą, której wyjątkowo ciężko jest się przestawić na te niższe temperatury i skoro mi - osobie dorosłej tak ciężko jest się przestawić i dobrać strój adekwatny do pogody to jak na tę najzimniejszą porę roku przygotować 10 miesięczne dziecko? Szczerze mówiąc byłam zielona w temacie, ale jako, że każda matka zna swoje dziecko najlepiej, to nikt od samej matki nie wie lepiej czy jej dziecko jest zmarzlakiem i lubi ciepło czy może odwrotnie. Kiedyś dałam się ponieść temu wszystkiemu co się czyta w internecie. Że matki przegrzewają, że dzieci trzeba hartować itp. Owszem to dobra sprawa, ale nie do zastosowania przy wszystkich dzieciach. Przekonałam się o tym po raz pierwszy kiedy doszło u Poli do ostrej infekcji górnych dróg oddechowych. Pomyślałam wtedy sobie " Wsadźcie sobie gdzieś te swoje opinie, że dzieciaki są przegrzewane. Moja Pola lubi ciepło i jest zbyt podatna żeby ją najzwyczajniej w świecie "hartować". " Wiem teraz, że pewnie nie raz ktoś idzie i myśli " O jezu, jak to dziecko opatulone". A no opatulone. Mogę je odkryć jeśli chcesz mi później zafundować leki i zaopiekować się w trakcie choroby kilka dni.
Z racji, że już sama odporność swojego dziecka poznałam - to co zdawało się być mega trudne ( wybór odzieży zimowej ) okazało się wyjątkowo proste. Pokierowałam się jak zwykle intuicją, a nie poradnikami i nie zawiodłam się. Poznajcie nasze zimowe wybory.
UBIÓR
1) Kombinezon LODGER - wykonany z miękkiego polaru, a od środka dodatkowo ocieplany. Kombinezon posiada odwijane rękawiczki co jest moim zdaniem cudowną opcją. Za pomocą pętelki z rzepem do kombinezonu są przymocowane miękki buciki wyposażone w antypoślizgowe gwiazdki. Więcej o kombinezonie możecie poczytać TUTAJ.
* Fajne kombinezony widziałam również w cocodrillo.
2) Czapka JOULES - czapek mam kilkanaście i jednego faworyta. Moja mama wyhaczyła ją w SH, a ja dzięki niej odkryłam cudowną firmę JOULES . Jeśli jednak zima na prawdę zaskoczy, nastawiam się na czapkę wiązaną. Nasza spadła dziś z Polkowej głowy jakieś dwa razy.
* Komplet czapka + szalik możecie dostać też w pepco za 25 zł. My mamy szary z motywem kotka, który możecie zobaczyć na naszym insta.
3) BUTY - z racji, że Pola stawia już pierwsze kroki musiałam zmierzyć się też z wyborem zimowego obuwia. Nie chciałam ryzykować i kupować obuwia na Polkową stopę przez internet, więc postawiłam na sklep KORNECKI w galerii w swoim mieście. Pamiętajcie, że dla dzieci w tym wieku obuwie powinno być sznurowane, a nie na rzepy ze względu na idealne dopasowanie do małej stópki.
* Wiele dobrego słyszałam o obuwiu elephanten dostępnych w sieci sklepów deichmann. Niestety w sklepie tym w moim mieście wybór był prawie zerowy.
Powyżej przedstawiłam 3 podstawowe elementy ubioru, czyli te charakterystyczne dla zimy. Kombinezon, czapkę i śniegowce. Pora na dodatki. Te również obowiązkowe i niesamowicie ważne.
DODATKI
1) Śpiwór do wózka LODGER - jeśli mam być szczera to po otwarciu paczki z nim nie mogłam wyjść z podziwu i wykonałam chyba telefony do 3 osób, by podzielić się wrażeniami na temat MEGA wysokiej jakości produktu. Radzę nie sugerować się wysoką ceną. Śpiwór ten będzie służył mojemu dziecku nawet do 3 roku życia. Dopisując do tego jakość jakiej jeszcze w życiu w rękach nie miałam jeśli chodzi o oglądane wcześniej śpiwory - cena jest naprawdę adekwatna. Doskonałą jego zaletą jest wodoodporność , funkcja oddychania i kaptur, który stanowi dodatkową ochronę przed zimnem. Moża też odpiąć wewnętrzną wartstwę, a wtedy mamy idealny śpiworek na jesienne spacery. Więcej na temat śpiwora możecie poczytać TUTAJ
2) Szalik lub apaszka - jako dziecko nienawidziłam zawsze zapiętej pod brodę kurtki czy kombinezonu, poza tym wiatr jakoś i tak zawsze dostawał się i lekko mroził mi szyję, zatem i dla Poli dodatkowo do kombinezonu załączam apaszkę. Nasza kupiona w RESERVED
OCHRONA SKÓRY - wiatr bywa silny, mróz zdradliwy, a dziecięce twarze wrażliwe. Tak jak chronicie skórę przed słońcem - tak powinniście chronić ją przed mrozem. Wystarczy przejść się do apteki czy drogerii i podpytać sprzedawcę o tego typu kremy. Przykładowo jeden z kremów dla dzieci NIVEA jest dostosowany na każdy rodzaj pogody.
KARMIENIE - nasz wybór butelki a'la termos większość z Was już zna. Butelka Pacific Baby, o której pisałyśmy już TUTAJ . Możecie ją kupić przykładowo TUTAJ . Butelka utrzymuję temperaturę do 10 godzin stopniowo ją obniżając.
Pamiętajcie, że zaleca się by nie wychodzić z dzieckiem na dwór kiedy temperatura spadnie poniżej -10 stopni. Nawet jeśli temperatura nie spada poniżej -10 to zwróćcie uwagę na to czy nie występuje silny wiatr. Silny wiatr + wilgotne powietrze sprawia, że niskie temperatury odczuwa się znacznie silniej. Możesz spacerować z dzieckiem nawet jeśli jest przeziębione, ale odpuść sobie jeśli dodatkowo ma temperaturę. Spacer to solidna dawka witaminy D, a odpowiednio ubrany maluch na pewno nie zmarznie.
kombinezon, śpiwór - lodger muppetshop
czapka - sh joules
buty - kornecki
apaszka - reserved
butelka - pacific baby kraina eko zabawek
wózek - espiro magic
photo :
Jest godzina 20, a moje dziecko własnie zasnęło. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że ostatnio zasypia ok 23...i tak śpi sobie do 4, po czym domaga się pójścia do nas do łóżka i tak z nami śpi jeszcze do godziny 7... Przed tą 4 budzi się jeszcze raz czasem dwa, by napić się kilku kropel wody albo po prostu, by ponownie dać jej smoczek...i tak od godziny 7 do 23 spędzamy czas na zabawie, spacerach, jedzeniu. Robimy wszystko wspólnie, bo każda próba otworzenia laptopa, każda próba posadzenia tyłka na kanapie na 5 minut kończy się jej wrzaskiem. Wiem, że mnie potrzebuje dlatego już jakiś czas temu zrezygnowałam z wszystkiego co lubię, a właściwie zostałam do tego zmuszona. Zrezygnowałam z pisania wpisów w dzień, gdy mój umysł jest trzeźwy, z ćwiczeń w domu, bo ostatnio nawet to się nie udaje i z długiej kąpieli podczas jej drzemki ( o ile w ogóle jest), bo przecież trzeba się wtedy uczyć, sprzątać i obiad rodzinie ugotować. I daje mi to radość, bo kocham kiedy w końcu po dwudniowym pokazywaniu jej foki ona potrafi mi ja przynieść, gdy ją o to poproszę i kocham widzieć efekty tych wszystkich naszych codziennych zabaw. I kocham to tak bardzo, ale dopada mnie nagle bezsilność i bezradność, popadam w rutynę i nie robię nic dla siebie...
Znam nie jedną co by na moim miejscu ubolewała wielce jaki to los ma ciężki, bo ani chwili dla siebie i całą dobę musi na tej nieszczęsnej podłodze siedzieć otoczona zabawkami. Wcale się nie dziwię, bo i święty co sił i cierpliwości ma całe mnóstwo, by w końcu pękł, a i nawet ja wczoraj pękłam kiedy po zarwanej nocce spowodowanej bolesnym ząbkowaniem, chciałam się już położyć, a ona wciąż nie , nie i nie. I tak płakałam patrząc w okno i mówiąc sobie, że zaraz nie dam rady, że ja to się nie dziwię tym kobietom co wychodzą i nie wracają. I krzyczało we mnie wszystko, że on po pracy, zmęczony to mi teraz nie pomoże i znów wszystko na mojej głowie. I odliczałam już w głowie, że tylko tyle i tyle godzin snu zostało, a jeszcze kilka stron pracy trzeba napisać, na bloga coś wyskrobać i tą podłogę poklejoną od ciastek umyć po raz piąty. I tak zapłakana zasnęłam ... na 5 minut. Obudził mnie wrzask i ona wijąca się z bólu. Ząbkowanie wyjątkowo dawało nam w kość. Zasnęła na mnie i tylko tak chciała spać. Usiadłam zmęczona z 9 kilowym stworkiem na mojej klatce piersiowej.
Moje szczęście - pomyślałam. Moje szczęście, które każdym uśmiechem sprawia, że chce mi się latać. Moje dziecko moim smutkiem, który sprawia, że stoję w oknie i płaczę. Moje dziecko moim nauczycielem... nauczycielem cierpliwości, która pozwala przetrwać ten maraton nieprzespanych nocek, intensywnych dni i ząbkowanie. Moja tęcza, która wychodzi po każdym deszczu i mój strach, który się pojawia gdy jej głowa staje się ciepła, a małe oczka zachodzą łzami. Moje wszystko...moje wszystko, które daje mi radość i czasem brutalnie ją odbiera, ale wciąż...wciąż kocha i pozwala kochać się coraz mocniej.
Moja cała miłość w tak drobnym ciałku, do którego biegam co noc i całuję, maściami te dziąsła smaruję i wodę do picia daję... i w dzień po sto razy każdą zabawką się z tym małym ciałkiem bawię i udaję te wszystkie zwierzęta świata, a ona bije mi brawo. I chciałabym móc tu być częściej, pisać dla Was tak jak zawsze, ale jakoś czasu brak na wszystko, ale może to i lepiej...
i piszę ten wpis tak przerywając co chwilę, bo pisk z pokoju obok co 20 minut słychać. Chwyta mnie za palec, nie chce puścić, bo musi czuć. Więc jest już teraz przy mnie i już mnie nie obchodzi czy to spanie ze mną wyjdzie mi na dobre czy złe. Skoro to mojego ciała potrzebuje obok budząc się ze strachem w nocy...to je ma. I to, że ktoś mnie tak mocno potrzebuje, wynagradza ten brak czasu na cokolwiek. Mimo, że znów padam na twarz, ona śpi obok F. a ja po tym wpisie idę szykować wszystkie rzeczy na jutrzejsze odwiedziny mojej kochanej siostry... naczynia jeszcze pomyję, ogarnę trochę w domu, bo jutro z rana na chybcika wszyscy szykować się będą...i jeszcze wczoraj biadoliłam z trzem osobom jak to się nie wyrabiam, jak mi sił brak, a dziś zobaczyłam rozbrajający uśmiech mojego szczęścia z kolejnym zębem na horyzoncie i zrozumiałam, że mam wszystko...Nawet jeśli czasem odbiera mi to wszystkie moje siły.
Kiedy na świecie pojawia się dziecko zostajemy zasypywani tysiącem dobrych rad. Jedne z nich bierzemy sobie do serca od razu, na niektóre reagujemy okrzykiem " Nigdy w życiu!" , a jeszcze innych nie rozumiemy. Jako świeże mamy nie wiemy wielu rzeczy. Po co, jak, dlaczego. Mając lat naście i słysząc ciągle słowa mojej mamy kierowane do mojej siostry "Byłaś już z dziećmi na spacerze?" nie rozumiałam o co to wielkie halo. Czemu niby tak ważne jest codziennie chodzenie na spacery i jak to niby miałoby wpływać na nasze dzieci? W momencie, w którym urodziła się Pola wiedza ta jakoś sama do mnie przyszła, a ja każdego dnia staram się dostarczać Poli świeżego powietrza mimo częstego "lenia" , zmęczenia i braku chęci. A więc czemu te spacery są takie ważne?
1. TLEN - spacer to mega duża dawka tlenu, której nie zastąpi nam otworzenie okna na 10 minut. Kiedy nasz organizm jest dotleniony, rozwija się lepiej mózg.
2. RYTM DNIA - nie wiem jak to jest u innych, ale w moim przypadku spacer stał się elementem, który wypracował mojemu dziecku ( i mi ) rytm dnia. Dziecko wie, że tuż przed spacerem je przykładowo śniadanie, a kiedy z niego wraca, je deserek i popija go herbatką. Doskonale rozróżnia, że to dzień jest czasem na wszelkie aktywności, a noc z kolei jest porą snu.
3. HARTOWANIE - trening dla odporności? Tabletki, witaminy, suplementy? BZDURA. Nie ma lepszego treningu dla odporności dziecka jak regularne spacery.
O czym należy pamiętać?
UBIÓR - oczywiście należy pamiętać o tym, by dziecka nie przegrzać, ani nie przesadzić w drugą stronę. Pamiętajmy o tym, że nam osobom dorosłym, które pchają wózek jest cieplej niż maluszkowi, który siedzi w wózku i się nie rusza. Najlepiej zawsze ubierać dziecko na cebulkę.
KIEDY ZREZYGNOWAĆ Z WYJŚCIA NA SPACER - na pewno przeszkodą nie jest lekki wiatr, czy mżawka. Ze spaceru należy zrezygnować tylko w przypadku gdy pogoda jest na prawdę PASKUDNA np. wichura, ulewa czy temperatura. Jeśli chodzi o temperaturę - na spacery wychodzimy do -10 stopni. Z dziećmi chorymi lepiej zostawać w domu, aczkolwiek nie mam tu na myśli lekkiego kataru, dla którego spacer może być nawet pomocny.
Rutyna na spacerach.
Ciągle te same miejsca, te same godziny...nuuuda! A gdyby tak przełamać rutynę i pójść z wózkiem do innego sklepu po chleb niż zwykle? A może by tak wybrać się autobusem na drugi koniec miasta i z niego wrócić uliczkami, których już dawno nie widziałyśmy? Opcji jest wiele, nawet w takiej małej mieścinie jak moja. Kiedy mieszkałam na wsi również można było sobie urozmaicić czas. Wziąć ciekawą książkę, zabrać dla odmiany na spacer dzieci siostry, czy pobiec truchtem z wózkiem dla załapania aktywności. Grunt to nie podchodzić do spacerów jak do obowiązku, a potraktować jak czystą przyjemność, która niesie same korzyści. Zarówno dla nas jak i dla dziecka!
Rok temu z wielkim brzuchem przygotowywałam się do świąt...byłam trochę smutna, że nie ma Jej jeszcze z nami. Niczego nigdy tak nie pragnęłam jak tych pierwszych świąt z małym, tuptającym brzdącem... tego roku moje marzenie się spełni. A ja przygotowuję się do tego prawie z takim samym podekscytowaniem jak do porodu. Ozdabiam jej pokój, wybieram prezenty. W tle rozbrzmiewa świąteczna muzyka, przy której chce mi się skakać ze szczęścia, a jedyne czego mi brak to pruszącego śniegu za oknem. Pojawił się raz, zrobił nadzieję i znikł...ale wróci na pewno, tego jestem pewna. Pola pałęta mi się pod nogami w bluzie renifera, a w szafie czeka na nią przebranie mikołajki. Zawsze lubiłam atmosferę świąteczną taką jak na amerykańskich filmach. Wiem jednak, że taki klimat nie jest zmyślony, on panuje w moim sercu zawsze.
Długo myślałam nad tym w jaki sposób ozdobić Poli tak, by czuć w nim było tę nutkę świątecznej atmosfery, ale w sposób nie zalatujący chińskim kiczem. Z drugiej strony myślałam jak uniknąć kiczu jeśli chce się to zrobić oszczędnie. Całe szczęście w dzień, w którym wybierałam się na zakupy znalazłam w skrzynce gazetki promocyjne z kilku sklepów i okazało się, że za dość niskie kwoty ( 2, 5, 10 zł ) można kupić dobrze prezentujące się ozdoby. Kupiłam ich dosłownie kilka. Najbardziej swoją uwagę chciałam skupić na nowym wystroju domku. To on miał być kluczowym elementem nadającym świąteczny klimat w pokoju Polki. Zaraz po nim najbardziej zależało mi na wiszących przy łóżku skarpetach, ale worki z juty prezentują się wg mnie o niebo lepiej. Oprócz tych dwóch głównych elementów właściwie nie chciałam już niczego, więc po prostu dopełniłam całość kilkoma drobiazgami. Wykorzystałam klamerki na kaloryferze do drewnianych zawieszek, a przed królikiem postawiłam świecznik. Zarówno na parapecie jak i przed świecznikiem rozsypałam srebrne śnieżynki kupione w pepco. Na górze firany zawiesiłam 4 ozdobne wstążki, a z klamki zdjęłam serduszko z napisem Pola i zastąpiłam je na jakiś czas białym dzwoneczkiem. Na małym regale położyłam kilka srebrnych gwiazdek, a obok niego postawiłam drewnianego bałwana ( 12,99 zł - kaufland ) , do którego włożyłam kilka drewnianych , świątecznych 'patyczków'. Polka ma też swoją choinkę, która widzieliście już we wcześniejszych wpisach. Świecące kule zawieszone na ozdobnym krzaczku, który do tej pory stał w naszej łazience.
Może nie tak wymarzyłam sobie pokój dla Poli na ten okres. W głowie miałam ozdoby z lnu i inne mega, drogie bajery. I gdybym miała możliwości zapewne bym tak jej ten pokój urządziła. Nie będę tutaj ściemniać, że "choćbym miała kasę to bym nie wydała na ozdoby kilku stów", bo gdyby portfel pękał mi w szwach to na pewno bym tak zrobiła ;) Jednak w tym roku musiałam zadowolić się tańszymi zamiennikami. Najważniejsze i tak ma się w sercu. Aczkolwiek ozdoby cudownie ożywiają w nas pewne odczucia związane ze świętami, a i magia zdaje się ożywać z każdą małą bombką i każdym małym światełkiem. Bo cóż by to były za ponure święta, gdyby dom wyglądał tak samo jak przez wszystkie inne dni w roku?
PS: Za spinkę sówkę, która znalazła się na jednym ze zdjęć serdecznie dziękujemy odkrytej przeze mnie cudotwórczyni Sweet Heart - Rękodzieło :) ; ozdoby zakupione w pepco, kaufland i bricomarshe.
9 miesięcy za nami. 9 miesięcy radości przeplatanej płaczem, nerwami, czasem bezsilnością. 9 miesięcy potężnej miłości. Chyba jedynej miłości na świecie tak silnej, że codziennie wydaje nam się, że mocniej kochać już nie można, a tymczasem budzimy się i jednak...kochamy jeszcze bardziej. Niesamowite jak wiele zmian zaobserwować może matka przez 9 miesięcy życia dziecka. Niesamowite, że zmiany te nie zachodzą tylko w naszych pociechach, ale i w nas - kobietach. Z dnia na dzień coraz bardziej dojrzewamy, jesteśmy co raz lepszymi matkami, radzimy sobie coraz lepiej... a ja...ja przestałam się też spieszyć. Przestałam na siłę być perfekcyjną panią domu, bo jedyne w czym chcę być perfekcyjną na daną chwilę to w byciu mamą. Bo kiedy jak nie teraz? Teraz kiedy Ona potrzebuje mnie najbardziej...
Teraz kiedy znów muszę nosić ją przez większość dnia, tulić jakby miała znów tydzień, całować w czółko, bo ona nie chce się ostatnio bawić ani wygłupiać. Jest maleńką dzidzią co chce tylko moich ramion. I te dobre rady, że nie mam jej nosić, bo sobie nie poradzę, bo się przyzwyczai...i co? Niech się przyzwyczaja. Skoro tej bliskości potrzebuje to ją dostaje. A ja chcę ją dawać. I co z tego, że sterta prania aż krzyczy do mnie z łazienki, a zlew jest pełen naczyń. Czas pędzi tak szybko, dzieci rosną w mgnieniu oka, dziś niemowlęta, jutro młodzież wlatująca do domu na sekundę coś przegryźć. A teraz...teraz jest ten czas kiedy miejsce mojego dziecka jest w moich ramionach. Obowiązków całe mnóstwo, ale co z tego? Te naczynia w końcu umyję, pranie zrobię, ale w danej chwili to dziecko...to właśnie moje dziecko chce spać na mnie drugą godzinę z rzędu, a ja cała obolała stukam delikatnie lewą ręką w klawisze, by jej nie obudzić. I po co mam ją odkładać do łóżeczka jeśli wiem, że śpi w nim tylko w nocy, a teraz potrzebuje wyspać się na mnie. I po co mam w dzień kazać jej czekać aż się wypłacze, bo ja mam kolejny talerzyk do umycia, skoro mogę walnąć ten brudny talerz z powrotem i tulić ją tak mocno jak zawsze... bo jeszcze niedawno miała miesiąc, dwa, a dziś ma już 9...i za moment będzie miała rok, dwa, trzy i będzie mnie potrzebować coraz mniej. I choć będę chciała to jej nie ponoszę. I już nigdy nie będzie tak mała i tak bezbronna jak teraz. I nigdy tego czasu , który mam teraz nie będę tyle miała. I ten czas nigdy nie będzie taki sam jak ten tu i teraz.
I zauważyłam, że tak bardzo łagodnieję...że w byciu mamą dostrzegam ostatnio coś więcej niż zwykle. I lubiłam od tego noszenia wymigiwać się 10 minutowym wyjściem po chleb do Piotra i Pawła, a dziś robię mojemu F. listę zakupów , bo tak chcę nosić, chcę tulić, chcę non stop śpiewać sto zmyślonych zwrotek żabki małej. I lubiłam dać czasem Polę swojej teściowej na spacer, żeby móc bez wiszenia przy nodze zrobić coś w domu, a dziś odpowiadam tylko " Dajemy sobie radę, jest dobrze, później sama z nią wyjdę". I tak cholernie ją kocham i kocham ten czas spędzany z nią. I chłonę każdą godzinę, minutę i sekundę. Bo każda jest wyjątkowa i jedyna...i żadna nie powtórzy się już nigdy więcej...będą jedynie nowe...kolejne po 9 miesiącach bycia razem.
To właśnie dzisiaj obudziłam się z nastrojem, który wręcz nakazał mi włączyć świąteczną playlistę, a z szafy wygrzebać strój mikołajki dla Poli. Moje ciało drży z podekscytowania bo właśnie spełnia się jedno z moich najskrytszych marzeń - pierwsze święta z Nią. Pierwszy śnieg, pierwsza choinka, pierwsze prezenty. Tyle pierwszych razów popełnianych na tle tych wszystkich świątecznych, kolorowych lampek. Marzyłam o tym od dawna. O tej atmosferze, o tej miłości i o tym zapachu choinki, który Ona poczuje po raz pierwszy. O pierwszym prezencie, który odpakuje. O pierwszych wspólnie słuchanych kolędach... Spontanicznie wpadłam na decyzję, by z łazienkowej ozdoby ( krzaczka ) zrobić jej pierwszą choinkę. Zawiśnie na niej jeszcze kilka maleńkich ozdób, a już za kilka dni cały pokój zostanie zmieniony w świąteczną, subtelną krainę, która pozwoli poczuć Poli magię jej pierwszych świąt. Z niecierpliwością będę oczekiwać pierwszego śniegu. Pierwsze wyjście na sanki będzie jednym z piękniejszych wspomnień, a ja już przewiduję w głowie jaka może być jej reakcja na tego typu atrakcje.
To cudowny czas. Mimo tego, że pogoda za oknem mnie przeraża i najchętniej nie wychodziłabym z domu, to czekam z niecierpliwością na to aż ulice i sklepy zostaną ozdobione lampkami i bombkami różnorakimi, a wtedy na pewno wyłonię się z domu z uśmiechem na twarzy. Po prezenty, po ozdoby, po słodycze, po owoce... Zrobię kalendarz adwentowy, kupię śnieg w sprayu i na oknie namaluję bałwana i renifery. W tle wciąż przygrywać mi będzie Cliff Richard ze swoim nastrojowym Mistletoe and Wine ...
Tak bardzo o tym marzyłam! Tak bardzo, że mam ochotę skakać i krzyczeć z radości. Choinka, kolędy i moja mała mikołajka pałętająca się między nogami mojej rodziny...moja mała mikołajka i jej pierwsze święta ze mną. Moje pierwsze święta z Nią. Moją córką. Moje serce oszalało. To będą piękne święta.
kule - Cottonove Love
Odkąd zaszłam w ciąże, najczęstszym zdaniem, które słyszałam było "A zobaczysz jak...". Nie wiem co w tym zdaniu jest takiego, ale najczęściej wypowiadają je osoby, którym strasznie źle z faktem, że dzieje się w ich życiu coś co niekoniecznie idzie po ich myśli i za wszelką cenę próbują udowodnić innym, że ...będzie jeszcze gorzej. Ale wait. Gorzej od czego. Czy ja mówię, że mi źle? Nie. Więc czemu tak mówią? Bo jeśli stwierdzasz fakt "Moje dziecko wariuje od rana do nocy" to równa się to dla tych osób ze zdaniem "Mam dość, moje dziecko wariuje, nie mogę tego wytrzymać." Cóż. Muszę Was zmartwić. Moje pokłady cierpliwości są niezbadane, a furie dziecka rzadko kiedy robią na mnie większe wrażenie. Do rzeczy. Zdania przepowiadające kobiet wszechwiedzących zaczęły się chyba od mdłości. Nigdy nie narzekałam. Po prostu gdy ktoś pytał stwierdzałam fakty : "No wymiotuję już 4 miesiąc po każdym posiłku" - "Pff, to jest nic, ja wymiotowałam całą ciążę, to był hardcore..".
Potem zaczęła się jazda właśnie z naszym ukochanym "A zobaczysz jak...".
1) Kopnięcie dziecka. Reakcja moja: "Jejku! Poczułam ruchy maleństwa!" - reakcja społeczeństwa : " Zobaczysz jak zacznie Cię kopać po żebrach, ja ryczałam z bólu, współczuję" - dzięki, ale nie było czego. Bolało, ale wierz mi, że są boleśniejsze rzeczy na świecie.
2) " Nie przesypiam nocy od miesiąca. Dusi mnie w klatce i rozrywa mi uda" - " Zobaczysz jak Ci dziecko będzie się budziło co pół godziny, to dopiero będzie horror" - serio? Dziecko budzi się w nocy? Nie wiedziałam...
3) "Karmię piersią, ale póki co to nie jest fajne uczucie. Bardzo boli..." - " Zobaczysz jak Cię ugryzie zębami przy karmieniu, dopiero będziesz wyć z bólu" - nie skomentuję, karmiłam 4 miesiące, zęby wyszły w ósmym, przykro mi, nie zobaczyłam.
4) " Cały dzień nosiłam dziś Pole, nie mogłam odebrać tel..." - "ojjj zobaczysz jak Ci zacznie chodzić, wtedy to dopiero nic nie zrobisz, ja nie mogę nawet do wc pójść spokojnie, masakra jakaś...."
5) " Polcia wspięła się na schody! Jestem taka dumna!" - "Zobaczysz jak zacznie wchodzić Ci na stoły, teraz to masz jeszcze sielankę..."
6) "Polcia ma katar, biedna tak się męczy..." - " Zobaczysz jak zacznie ząbkować, ja nie dawałam rady psychicznie" - biedna. To musiało utkwić Ci w pamięci na zawsze?
"A zobaczysz jak skończy 2 latka" ; "A zobaczysz jak skończy 4 " ; "A zobaczysz jak pójdzie do przedszkola" oj nie nie, "zobaczycie podstawówka to jest dopiero koszmar!" i wyścig "Nie, nie, nie najgorzej to będzie jak..."
Przykre to takie...licytacja kiedy to najgorzej kiedy najlżej ... narzekanie i straszenie, bo przecież gdzie tam uroki macierzyństwa! Z dnia na dzień jest przecież coraz gorzej i tak już będzie moje lejdis...po co się cieszyć, po co brać humory dzieci na klatę. Każdy wiek, KAŻDY ma swoje plusy i minusy. W każdym wieku jest u dzieci coś z czym idzie nam lżej, a czym idzie nam ciężej. Nigdy nie jest lepiej albo gorzej. Odchodzi jeden problem przychodzi drugi, kończy się jeden pozytyw również przychodzi kolejny.
Ciągle słyszę "A zobaczysz jak..." - no i widzę. Ale gorzej nie jest. Co z tego, że Pola chodzi mi przy nodze all the time, płacze, jęczy i marudzi? Co z tego skoro jest coraz fajniej! Mogę coraz lepiej się z nią porozumieć, mogę się z nią bawić w coraz to więcej rzeczy, mogę coraz więcej. Macierzyństwo jest piękne, więc po cholerę robić z niego tragedię wiecznie narzekając i wmawiając sobie i innym, że będzie jeszcze gorzej.
Oczywiście nie pisze tu o zwyczajnych zdaniach, gdzie autor mówi to pół żartem pół serio. Piszę tutaj o pełnych powagi stwierdzeniach i ubolewaniach. Narzekaniach jaka to rola matki jest ciężka i okrutna. No jest ciężka. Ktoś mówił, że będzie łatwo? Ale zastanówcie się czy nic Wam tego trudu nie wynagradza? Sądzę, że wiele rzeczy. Uśmiech dziecka, pierwsze słowa, pierwsze kroki. W moim życiu nastał czas, o którym napisałam Wam dziś na fp. Wieczne marudzenie, furie. Terrorysta w małym wydaniu. I powinnam Wam zrobić zdjęcie moje i F. podczas jej napadów złości, albo kiedy robi się sztywna i czerwona, bo właśnie zabrało się jej telefon, który sprytnie nam podkradła - uśmiechy na twarzy, bo cóż możemy zrobić? Wściekać się, bo dziecku coś się nie spodobało? Wyżywać się na sobie, bo dziecko już piątą godzinę łazi za nami krok w krok i żadne z nas nie może nic zrobić? I co to komu da? Czy dziecko to Twój wróg i powód do narzekań?
Mówisz, że będzie jeszcze gorzej...ale dlaczego? Ja Ci powiem. Bo Tobie jest tak cholernie źle, że musisz podbudować się tym, że i innym będzie tak jak Tobie...smutne to. Smutne, przykre i polskie. Bo narzekać to każdy potrafi...ale pomyślcie, że niektórzy na te bunty i skoki rozwojowe bardzo chcieliby często ponarzekać...a często po prostu nie mogą.
