0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

To hasło staje mi przed oczami prawie codziennie, wchodząc rano do kościoła. Musicie być mocni. Przekaz dla każdego człowieka... tak krótki, tak prosty, a tak silny...

Bo musimy. Nieważne jak mocno wieje, jak bardzo przeszywa nas ból - musimy być mocni. Nieważne, czy huragan już zmiótł nam wszystko co było dla nas tak ważne, czy może jeszcze zostawił jakieś okruchy - musimy być mocni. Dzisiaj to wiem. Ostatni rok był dla mnie bardzo intensywny zarówno pod względem pracy jak i przemiany duchowej. Czułam, że jestem już na dobrej drodze, że znam smak szczęścia i życia i... nie pomyliłam się. Bujałam sobie wysoko w obłokach, pokonywałam problemy mniejsze i większe, ale ostatnio poczułam, że los postanowił urządzić mi prawdziwy egzamin z życia. Sprawdzić, czy to czego nauczam Was, czy to o czym tak ciągle piszę i mówię - naprawdę potrafię zastosować w obliczu problemu, który większość ludzi traktuje jak koniec świata, jak porażkę... Chyba zdałam celująco.

Wiecie. W obliczu problemu, który nas przerasta stajemy się jak małe dzieci. Bezbronni, przestraszeni. To naturalne emocje. Nie da się na problem spadający na nas jak grom z jasnego nieba, zareagować automatycznie - ok, to wszystko dzieje się po coś! A przynajmniej ja nie jestem jeszcze na takim poziomie. Chodzi o to, że wszyscy jesteśmy ludźmi i negatywne emocje są normalne. Toteż pozwoliłam sobie na bycie wrakiem człowieka przez kilka dni, po czym wróciłam do normalnego trybu życia, przełykając niepewnie ślinę i mówiąc sobie w myślach: to jest tylko sprawdzian... to się zaraz skończy. Na chłodno potrafię opowiedzieć najbliższym o tym co się stało, co właściwie wciąż się dzieje. Nadal potrafię stwierdzić, że jestem cholernie szczęśliwa. Bo wypisując na kartce rzeczy, które dają mi szczęście i z których jestem zadowolona, jest ich naprawdę wiele. Wciąż czasem kapnie mi łza jedna, bądź dwie. Wciąż się budzę i przez chwilę czuję, że nic nie ma sensu. Ale wstaję, uśmiecham się do siebie, rozglądam w koło, całuję córko w czoło i odczuwam wręcz dziką wdzięczność, nawet za to co się teraz dzieje. Bo wierzę, że tam na górze, jest ktoś mądrzejszy ode mnie, kto doskonale wie jak mnie poprowadzić, kto doskonale wie co robi. A moja mądrość wobec Jego mądrości jest niczym. Jak więc mogę zrozumieć, jak mogę pojąć to co się teraz dzieje? Zrozumiem, ale nie teraz. Może za rok, za pięć, za dziesięć lat, ale kiedyś zrozumiem, że to wszystko co się teraz dzieje musiało się wydarzyć.

Jestem dumna. Jestem naprawdę dumna. Bo o ile można przykleić do twarzy uśmiech, a w środku cierpieć, tak zdecydowanie dużo ciężej jest w obliczu ogromnego problemu, odnaleźć w sobie pokłady szczęścia, które mimo wszystko pozwolą nam iść normalnie. Tak. To zdecydowanie egzamin z życia zdany na szóstkę. To już nie tylko teoria z książek, która sprawdza się w obliczu mniejszych i większych dołów, a styl życia i spokój ducha, który pozwala sprostać nawet największym wyzwaniom.

Musimy być mocni. Po prostu. Bo jeśli nie będziemy, pokona nas życie. Sami siebie pokonamy swoim nastawieniem i zrezygnowaniem. Musimy być mocni. Bo jeśli my nie będziemy, słońce nie zaświeci tak szybko jakbyśmy tego chcieli. Musimy być mocni w wierze, w nadziei, w miłości. Musimy wierzyć, umacniać się w tej wierze, pracować nad sobą, dostrzegać więcej, widzieć wyraźniej. Musimy w tej całej gonitwie, pamiętać o swoim wnętrzu, o swojej duszy, która nie może cierpieć. Której nie możemy karmić obłudą, zawiścią, zazdrością, żalem, smutkiem.

Takie jest życie jakie myśli nasze. Co zasiejesz to zbierzesz. Czy myślicie, ze te słowa są bez pokrycia? Te słowa to całe nasze życie. To obraz tego jak sami kształtujemy swój los, swoje szczęście i swój świat wkoło. Możemy stać na zatłoczonym chodniku i słyszeć krzyki, klaksony, kłótnie, pisk opon. Ale możemy pójść kawałek dalej, wjechać na ostatnie piętro budynku, stanąć spojrzeć na miasto z góry, odetchnąć w spokoju... a to wciąż to samo miejsce, to samo miasto, ten sam świat. Tylko perspektywa jest inna. Tak właśnie jest z naszym życiem i z problemami, które napotykamy. Wszystko zależy od tego jak na nie spojrzymy, jak je odbierzemy... łatwo jest się poddać, łatwo jest zwinąć się w kłębek i czekać na rychły koniec. To najprostszy wybór, ale najbardziej okrutny. Musimy być mocni. Musimy śmiało kroczyć przed siebie, rozumiejąc, że czasem wystarczy zmienić perspektywę. Czasem nie da się tak  łatwo tego zrozumieć. Trzeba tygodni, miesięcy, lat pracy nad samym sobą, ale warto... warto umacniać się każdego dnia, warto być blisko Boga, warto pielęgnować swoją duszę, jak najdroższy kwiat. Musimy wzmacniać swoją siłę, musimy stawiać czoła problemom, musimy być dobrzy na przekór wszystkim i wszystkiemu. Musimy uczynić nasze serca otwarte na świat, na ludzi, na nowe wyzwania.

Co mnie nie zabije to mnie wzmocni. Dzisiaj to wiem. Noszę w swoim sercu ogromne pokłady szacunku dla swojego życia, które mam tylko jedno. Noszę w swoim sercu pokłady miłości dla ludzi, dla świata. Czymże są moje problemy w obliczu tego całego dobra, które mnie spotkało i które mnie jeszcze spotka? Są próbą, sprawdzianem, ale nie są karą. Nie czuję się skrzywdzona przez los. Nie czuję się potraktowana niesprawiedliwie. Z pokorą przyjmuję nawet to co złe, bo wierzę, że jest w tym jakiś cel. Nie jestem i już nigdy nie będę ofiarą, która pyta: dlaczego to przydarza się akurat mi? Czym sobie na to zasłużyłam? Nie zadaję już takich pytań. Przyjmuję w swoim życiu zarówno to co dobre jak i to co złe. I wierzę, że już niebawem z tęsknoty za tym światłem, za tą normalnością, obudzę się i zrozumiem po co był ten cały huragan, po co tak mocno nabałaganił w moim życiu. Ale czekam. Czekam cierpliwie i żyję dalej, ciesząc się tym, czego mi nie zabrano, czego mi nie zniszczono...

 

"Musicie być mocni, drodzy bracia i siostry! Musicie być mocni tą mocą, którą daje wiara! Musicie być mocni mocą wiary! Musicie być wierni! Dziś tej mocy bardziej wam potrzeba niż w jakiejkolwiek epoce dziejów. Musicie być mocni mocą nadziei, która przynosi pełną radość życia i nie dozwala zasmucać Ducha Świętego! Musicie być mocni mocą miłości, która jest potężniejsza niż śmierć, jak to objawił św. Stanisław i błogosławiony Maksymilian Maria Kolbe. Musicie być mocni miłością, która „cierpliwa jest, łaskawa jest... nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą... nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz wpół weseli się z prawdą”. Która „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma”, tej miłości, która „nigdy nie ustaje” (1 Kor 13, 4-8). Musicie być mocni, drodzy bracia i siostry, mocą tej wiary, nadziei i miłości świadomej, dojrzałej, odpowiedzialnej, która pomaga nam podejmować ów wielki dialog z człowiekiem i światem na naszym etapie dziejów - dialog z człowiekiem i światem, zakorzeniony w dialogu z Bogiem samym: z Ojcem przez Syna w Duchu Świętym - dialog zbawienia." - św . Jan Paweł II

Szczęście. W obecnych czasach, błędnie zakłada się, że szczęśliwy człowiek to ten co wiedzie bezproblemowe życie. HA HA HA - jakie życie? Bezproblemowe? To takie życia istnieją?! Szczęście to stan umysłu. Jestem przykładem człowieka, który wiedzie nie piękne życie bez problemów, a piękne życie pomimo problemów.

Bo tryskać energią i być szczęśliwym, kiedy wszystko idzie po naszej myśli - to każdy potrafi. Nieco trudniej odnaleźć szczęście wtedy, kiedy nie widać go na pierwszy rzut oka. Ale ono jest, zapewniam Was. Tylko czai się w tym, do czego przywykliśmy, co uznaliśmy za codzienność.

Nie zawsze byłam taka jak teraz. Ba. Chyba nigdy taka nie byłam. Dorastałam w domu, w którym dopiero teraz widzę, ile było zachowań, które wymagały poprawy. Takich niepozornych, ale jednak. Jak w każdym domu zresztą. Wszędzie ( nie chodzi tylko o rodzinę) dotykało i wsiąkało we mnie przeświadczenie, że wie się najlepiej, że inni nie mają racji. Krytykowanie innych, postrzeganie większości rzeczy w ciemnych kolorach. To całe miasto takie było. Smutne, zacofane i sprzyjające depresji. Tak naprawdę, by stać się szczęśliwym, wolnym i dobrym człowiekiem, musiało się zadziać wiele rzeczy...

MACIERZYŃSTWO

 

 

To od niego wszystko się zaczęło. Stanie się mamą, odpowiedzialną za los małej istoty - to zaczęło mnie zmieniać. Świat nagle nabrał kolorów i pokazał mi co to znaczy prawdziwe szczęście. Kiedy w życiu kobiety pojawia się dziecko, jej świat wypełnia się miłością. I mój się wypełnił. Byłam szczęśliwa, że ją mam, ale na innych płaszczyznach nie do końca było kolorowo... wciąż czegoś szukałam, błądziłam. Wciąż w moim sercu była jakaś pusta dziura, której nie mogłam niczym zapełnić. Ale macierzyństwo zawsze było i jest dla mnie najlepszym co mnie w życiu spotkało. Dowód bezinteresownej i bezgranicznej miłości. Macierzyństwo nadało memu życiu sens. Bo każdego dnia budzę się i mam dla kogo żyć, nawet jeśli wszystko inne się wali, to mam to co najważniejsze - miłość.

 

ZROZUMIENIE

Najważniejszym punktem w jakiejkolwiek zmianie na lepsze i w osiągnięciu pełni szczęścia jest zrozumienie. Zrozumienie tego, co się robi źle. U mnie było to zrozumienie, że mój tok myślenia, moje kontakty z ludźmi, moja cała osoba - ma w sobie zbyt wiele zła i negatywnej energii. Że zbyt dużo krytykuję, że źle myślę, że otaczam się toksycznymi ludźmi, że ciągle narzekam, że nie idę do przodu. Nie wiem, w którym momencie życia to zrozumiałam. To było chyba w najgorszym momencie mojego życia, jeśli chodzi o okres po narodzinach Poli. Właściwie to nic mi nie szło. Blog, związek, znajomości, relacje z rodziną. Wszystko było nie tak jak być powinno. Świat dał mi wtedy do zrozumienia, że miasto, w którym żyję - to nie jest miejsce dla mnie. Że mam tutaj zablokowany przepływ energii, że moje skrzydła nie mogą się tutaj rozwinąć... dlatego kolejnym punktem była...

 

PRZEPROWADZKA 

Zaraz po decyzji o dziecku i założeniu bloga (o którym za chwilę) - najlepsza decyzja w moim życiu. Mój świat zmienił się o 180 stopni. Odżyłam. Odżyłam i poczułam się wolna. Nikt mnie tutaj nie oceniał, nikt nie rzucał zawistnymi spojrzeniami, nikt nie patrzył się dziwnie na ubiór. Nikt nie gadał mi jakiś farmazonów rodem z średniowiecza. Znalazłam się w wielkim mieście, w którym ludzie pieprzą schematy, nie oceniają, robią swoje, rozwijają się. To tutaj odżyłam. Narodziłam się na nowo. Wielkie miasto, wielkich możliwości. Tak naprawdę to tutaj wszystko się zaczęło...

 

PASJA, KTÓRA STAŁA SIĘ PRACĄ

To właśnie spontaniczna decyzja o założeniu bloga ( w czasie ciąży) jest wg mnie decyzją, która przybrała najbardziej niespodziewany kierunek. Pisanie do kilku ludzi z potrzeby wywalenia: co mi w duszy gra, stało się pracą na pełen etat. "Biznesem", w który każdego dnia wkładam całe swoje serce, czas i zaangażowanie. Pasją, która mnie napędza i uszczęśliwia. Nie zawsze tak było. Na co to mam teraz, pracowałam cztery lata. Kiedy skończyło się moje macierzyńskie, musiałam zadać sobie pytanie: iść na etat, czy rozwinąć to co zaczęłam? Było mi szkoda pójść do pracy. Widziałam w tym potencjał. Wiedziałam, że mogę wycisnąć z tego więcej tylko wtedy, jeśli poświęcę się temu w całości. Nie miałam wielu zleceń jak każdy na początku - ale zawsze cieszyłam się z każdej złotówki jak głupia, no bo... zarobiłam ją poprzez swoją pasję! Ktoś zapłacił mi za pracę, którą wykonałam z przyjemnością! Niektórzy myślą, że efekt mojej pracy, jest czymś co spadło mi z nieba. Mało kto rozumie, że w najbardziej kryzysowych sytuacjach - ja tego nie rzuciłam. Zarywając noce, będąc z dzieckiem 24 na dobę, codziennie pracowałam i wierzyłam, że osiągnę sukces. Osiągnęłam. I jestem z siebie cholernie dumna, choć czasem wciąż w to wszystko nie dowierzam. Blog przybrał na sile w momencie, w którym zmieniłam miejsce zamieszkania. To w Warszawie narodziłam się na nowo i zyskałam niesamowitą motywację do tego, by zacząć konkretnie zarabiać na tym co lubię, by kupić tutaj mieszkanie. Życie w wielkim mieście, co chwilę dawało mi tematy, które przyciągały coraz to więcej czytelniczek. Zaczęłam się zmieniać... na lepsze. A to jest wciąż tematem TOP, o którym chcecie godzinami słuchać na instastory, o którym chcecie żebym pisała. Jest to zresztą temat, który ja sama kocham.

PRZEDSZKOLE

 

 

W ubiegłym roku musiałam podjąć decyzję : posłać Polę do prywatnego przedszkola, co wiąże się z kasą - czy zostawić ją w domu, ale będzie to miało duży wpływ na jakość mojej pracy, której miałam coraz więcej. Wybrałam przedszkole... wierzyłam ogromnie, że będzie to inwestycja, która mi się wróci. We wrześniu mój blog stał się pracą na cały etat. Od tamtej pory, nieprzerwanie pracuję KAŻDEGO dnia, po ok. 8 godzin, a często i po godzinach. Pola uwielbia swoje przedszkole, ja uwielbiam swoją pracę. Obie jesteśmy szczęśliwe i obu nam wyszło to na dobre...

 PRZEMIANA

Nazywałam siebie niepoprawną optymistką. I taka byłam od kiedy urodziłam Polę. Ale nie do końca mogę o sobie powiedzieć, że byłam dobrym i w pełni szczęśliwym człowiekiem. Kto śledził fanpage czy bloga jeszcze 2,5 roku temu albo więcej -  na pewno widzi kolosalną różnicę - w moich tekstach było wiele jadu i złości. Wydawało mi się, że wiem wszystko najlepiej na świecie. Wdawałam się w dyskusje, czasem nawet chamsko odpowiadałam. Nie wiem czy wynikało to z braku dojrzałości czy z jakiegoś buntu. Nie wiem. Wiem, że z czasem zaczęłam dostrzegać, jak bardzo złymi zachowaniami jest krytyka, poczucie wyższości, ocenianie innych. Zrozumiałam jak wiele złego dzieje się w moim życiu przez skrywaną w głębi duszy zawiść, zazdrość, żal, nienawiść. Kierowałam się jak mogłam zasadami, które znałam z książki "Sekret", ale dopiero po przeczytaniu książki A. Maciąg pt.: "Pełnia życia" - przewartościowałam totalnie wszystko i dostrzegłam w sobie wady, których postanowiłam się pozbyć. Więcej o tym momencie w moim życiu napisałam tutaj.

 

USUNIĘCIE PRYWATNEGO FACEBOOK'A

Wierzcie mi lub nie - wall na facebooku wypełniony zdjęciami i postami ludźmi, których nawet nie koniecznie lubimy ; sto tysięcy newsów o tragediach jakie dzieją się na świecie, a na dokładkę dyskusje zwłaszcza wśród mamusiek, nawet pod czymś co na pozór dyskusji nie powinno wywołać - karmienie się tym, to najgorsza rzecz jaką fundują sobie ludzie. To przyczyna wielu depresji, złego samopoczucia - a to już ciągnie za sobą cały szereg negatywnych zdarzeń. Nawet jeśli już nie śledziłam tablicy na FB tak często jak kiedyś - to i tak zawsze coś rzucało mi się w oczy. I jeszcze ten messenger i facebook w telefonie - człowiek z nudów w kolejce czy w pociągu, zawsze w końcu dał się skusić i sobie coś tam przewinął. I ZAWSZE tego potem żałowałam. W momencie, w którym usunęłam facebook - stałam się jakaś taka... wolna. Nagle świat stał się lepszy i piękniejszy. Przez wiele lat mówiłam, że nie mogę usunąć, bo kontakt z ludźmi, bo to, bo sramto. Okazało się, że jak się chce to można utrzymywać kontakt przez telefon. Usunięcie facebooka zweryfikowało z kim tak naprawdę chcę utrzymywać kontakt i na odwrót - kto chce go utrzymywać ze mną. Co prawda, by móc mieć fanpage, musiałam i tak założyć konto na FB, ale... funkcjonuję pod nieco innym nazwiskiem, nie ma tam dosłownie NICZEGO. Kiedy ostatnio koleżanka dała mi swój telefon i poprosiła o poszukanie czegoś na jej wallu na FB - byłam przerażona. Tak duża dawka bezwartościowych informacji - jedna za drugą. I ludzie tracą na to czas i energię...

 

ZAKOŃCZENIE TOKSYCZNYCH RELACJI

To punkt obowiązkowy, który każdy musi przejść jeśli chce być człowiekiem szczęśliwym i wolnym. Zerwałam kontakt z wszystkimi, którzy choć w małym stopniu powodowali chaos w mojej duszy. Zerwałam kontakt z każdym z kim nie chciałam go mieć i z każdym kto nie wiele w tej relacji dawał, ale bardzo dużo chciał brać. Dla mnie nie ma w tej kwestii sentymentów. Kieruję się w życiu zdrowym egoizmem i odcinam się od toksycznych ludzi, nawet jeśli jest to moja rodzina. Nie robiłam tego w sposób drastyczny, nie wylewałam żali - pozwoliłam relacji naturalnie "wymrzeć". O tym właśnie procesie pisałam dość obszernie tutaj.

UMOCNIENIE WIARY

Zaczęło się od książki "Moc Pozytywnego Myślenia". Dziś nie wyobrażam sobie życia bez wiary i modlitw. Doświadczam obecności Boga każdego dnia. To co dzieje się w moim życiu to nic innego jak efekt mojej wiary, dzięki której spływa na mnie siła, energia, motywacja, niezliczona ilość pomysłów. Nie wiem jak mogłam żyć bez niej. I nie dziwię się, że żyjąc w taki sposób, moje życie było pasmem rozczarowań. Wiara okazała się być receptą na wszystko. Gdyby ktoś zapytał mnie teraz: jak mam zmienić swoje życie Alicja? Odpowiedziałabym: zacznij czytać Pismo Święte. Zacznij się modlić. Nie chodzi mi tutaj o odklepywanie modlitw ot tak, byle powiedzieć, a o prawdziwą modlitwę płynącą prosto z serca. Ten punkt, o którym teraz czytacie: umocnienie wiary - jest dla mnie obecnie najistotniejszym punktem w byciu szczęśliwą.

 

KONTROLA NAD PROBLEMAMI

 

 

Przestałam traktować problemy jak najgorsze zło. Z każdej złej sytuacji, staram się wyciągać wnioski i mieć nauczkę. Zamiast gniewać się na los, na świat - analizuję, co doprowadziło do takiej sytuacji, jak się z niej wydostać i jak zapobiec takim sytuacjom w przyszłości. Nie wszystko da się przewidzieć, ale można nauczyć się problemy pokonywać, nim one pokonają nas. Są dwa typy problemów:

  1. Takie, na które nie mamy wpływu
  2. Takie, z którymi możemy coś zrobić.

Problemy z grupy pierwszej należy nauczyć się akceptować. Emocje będą towarzyszyć nam zawsze, bo to świadczy o tym, że jesteśmy ludźmi. Ale jeśli nie mamy na coś wpływu - należy odchorować swoje, a potem nauczyć się żyć w miarę normalnie. Nie możemy dopuścić do tego, by coś na co nie mamy wpływu, przejęło kontrolę nad naszym życiem. To nie ma żadnego sensu i musimy to zrozumieć. I tak - doskonale wiem, jak prosto się to pisze, a jak ciężko o to w praktyce - ależ owszem, jest cholernie ciężko. Przyznaję Ci rację. Ale gdyby było to proste, nie byłoby tego tematu, prawda? Możesz mi mówić - nie wiesz nic o ciężkiej chorobie, wtedy to zupełnie inna bajka - owszem, nie wiem. Ale znam masę ludzi, którzy wiedzą - i wierz mi, że optymizmem i wolą walki zawstydziliby nie jednego, który jest zdrów jak ryba.

Problemy z grupy drugiej - jeśli na coś mamy wpływ, musimy również odchorować swoje, a potem... wziąć się w garść i zrobić wszystko, by problem rozwiązać. Wierzcie mi, przeżyłam już wiele wręcz skrajnych i patologicznych sytuacji. I żałuję, że tej mądrości, którą mam teraz, nikt mi nie przekazał, kiedy byłam w liceum. Tamta sytuacja była do rozwiązania, ale ja żyłam z zakorzenionym poglądem, że ... musimy akceptować gówniane sytuacje i nic z nimi nie robić, bo zaczną śmierdzieć jeszcze bardziej. Cóż - niektóre rzeczy należy rozgrzebać, by się z nich... wygrzebać. Obecnie nie tracę czasu na użalanie się nad sobą i rozpaczanie. Jeśli napotyka mnie problem, który jest do rozwiązania - natychmiast działam.

To nie jest łatwe i nie umiałam tego od razu. Ale praca nad sobą popłaca. Dziś to co dla niektórych nierealne, mi wychodzi z ... palcem w tyłku ;) Ale przede wszystkim trzeba CHCIEĆ. Nie zmieni swojego życia i podejścia ten, kto wiecznie ma jakieś ALE.

 

NIE ZAWSZE BĘDZIE PIĘKNIE...

 

Kolejny ważny punkt w mojej drodze do bycia szczęśliwym, wolnym człowiekiem. Zrozumienie, że... nie zawsze będzie idealnie, nie zawsze będzie pięknie i po naszej myśli. Problemy będą ZAWSZE. My oczywiście mamy na nie duży wpływ i możemy wielu z nim zapobiegać - ale prędzej czy później los wystawi nas na próbę - żeby nas sprawdzić, a przede wszystkim żeby uświadomić, że musimy doceniać wszystko to co nam się przydarza i nie możemy się w tym pięknym życiu za bardzo rozzuchwalić. Wszystko dzieje się po coś i ilekroć coś nie idzie teraz po mojej myśli - wiem, że ma to swój sens, który kiedyś zrozumiem. Jeśli za każdym razem będziecie się poddawać, bo nagle coś się spieprzyło - to będzie się Wam pieprzyć ciągle. Zapewniam Was.

 

CODZIENNE RYTUAŁY

 

Książki książkami, ale to od nas zależy co z wiedzą w nich zawartą zrobimy. Czytając "Moc Pozytywnego Myślenia", nie wdrażałam wszystkiego od razu. Czytałam, przyswajałam i czekałam... aż poczuję, że chcę to zrobić. Każdego dnia mam swoje rytuały. Nie zmuszam się do nich, weszły mi one w krew. Pozwalają mi one trwać w moim szczęściu i optymizmie.

  • dzień rozpoczynam od podziękowania Bogu za wszystko co mam. Za oddech, za rodzinę, przy której się budzę. Za ciepłe, wygodne łóżko. Za pracę, która daje mi wynagrodzenie pozwalające nam godnie żyć. Za pracę F. Za nasze zdrowie. Za pomysły w mojej głowie, które spływają na mnie każdego dnia. Za siłę i chęci do ciągłego rozwoju. Za wszystko...
  • powtarzam głośno: wierzę, wierzę i wierzę... i czekam... aż po wypowiedzeniu tych słów, spłynie na mnie jakaś siła nie z tej ziemi.
  • przed każdym wyzwaniem: nieważne czy jest to spotkanie służbowe, czy ważny telefon, czy trening na siłowni czy napisanie artykułu - mówię: wszystko mogę w Chrystusie, który mnie umacnia - lub: jeśli Bóg ze mną, któż przeciw mnie. Początkowo mówiłam to ot tak sobie. Obecnie mówię to całą sobą i ZAWSZE czuję przypływ energii i obecność Boga.
  • zawsze kiedy mijam kościół, np. w drodze do przedszkola, lub z przedszkola - wchodzę i modlę się.
  • w ciągu dnia dość często wizualizuję swoją przyszłość: wyobrażam sobie swoje życie tak jak chciałabym, żeby wyglądało. Bo umówmy się - wciąż mam jakieś plany, wciąż chcę iść naprzód. Nie chcę stać w miejscu, a co za tym idzie, nie chcę by moje życie wyglądało zawsze tak jak teraz - chcę je doskonalić! I wcale nie chodzi mi tutaj o dobra materialne.
  • nie pozwalam sobie na chaos - nieważne jak wielka ciąży na mnie presja, jak wiele telefonów na raz, jak mnóstwo pracy - nie pozwalam wytrącić siebie samej z równowagi. Stosuję praktykę oddechową, znaną nam od lat: wdech, wydech. Kiedy coś mnie przerasta, muszę przystanąć, uspokoić się i zrozumieć, że nerwy i pośpiech nic nie dadzą, a tylko pogorszą sytuację. Zapanowanie nad sobą w mocno stresujących sytuacjach, jest cholernie ciężkie, ale idzie to wyćwiczyć, naprawdę!

 

Mogłabym o tym pisać i pisać. Nie da się przekazać recepty na szczęśliwe życie w kilku zdaniach i nie bez powodu w tym temacie powstaje tak wiele książek. Do prawdziwego szczęścia musimy przede wszystkim dojrzeć. Dopiero człowiek, który jest pewien, że chce żyć, przeżywać i chłonąć - dopiero człowiek, który jest świadom, że jego życie nie do końca wygląda tak jak powinno - dopiero taki człowiek jest gotowy do zmian. Nie zmienisz swojego życia w jeden dzień. Ale im dłużej zwlekasz, tym więcej tych dni tracisz. Po co zaczynać za miesiąc, za tydzień, jutro? Zacznij od teraz. Przeanalizuj swoje życie, dostrzeż w nim błędy, dostrzeż błędy w sobie. Eliminuj to co złe bez oglądania się w tył. Bądź egoistką, walcz o swoje szczęście. Bo dopiero wtedy kiedy TY będziesz szczęśliwa - dopiero będziesz w stanie tym szczęściem obdarować innych...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To jest ten dzień. 24 kwietnia. Jak co roku - znów budzę się starsza. O ile kiedyś wyczekiwałam tortu i prezentów, oczekiwałam wielkiej uwagi - tak teraz, będąc osobą dorosłą, jest to u mnie dzień przemyśleń... czy można zmienić się przez dziesięć lat? Można. To właściwie nieuniknione. A czy można zmienić się przez rok? Też można... Nawet nie wiecie jak bardzo...

Mogłabym rozpisywać się na milion kartek o tym jaka byłam jeszcze pięć, sześć lat temu, a jaka jestem teraz. Widzę ogromną przepaść, ale ... nie dziwi mnie to. Nie wymagałabym od osiemnastolatki, żeby dnie spędzała pod kocem, rozważając na temat życia. Moje życie było jednym wielkim rollercoasterem uczuć - uczuć, które pragnęłam odczuwać nie byle jak - musiało być intensywnie, nieważne w jaką stronę - intensywne depresje, intensywne imprezy, intensywne związki, intensywne znajomości, intensywne relacje, intensywne emocje. Niby zaszywaliśmy się z F. coraz częściej w domu kiedy skończyłam liceum i było nas wszędzie mnie niż zwykle - ale póki nie zaczęliśmy myśleć o dziecku, więcej było w nas, a przynajmniej we mnie buntowniczki i diabła, niż spokojnego aniołka. Z roku na rok coraz bardziej wstydzę się za swoje zachowanie z okresu liceum i pomału zaczynam nawet zgadzać się z niektórymi określeniami mojej osoby - może dopiero z perspektywy lat, jestem w stanie zobaczyć własne błędy. Ale wciąż staram się ich jednak nie żałować - nieważne jaką przeszłam drogę i ile razy się na niej wywróciłam - doszłam tu gdzie jestem. A jestem w miejscu wyjątkowym. Dla mnie na tę chwilę najlepszym.

Totalnie grubą kreską oddzielam to co było przed dzieckiem, a to co było odkąd zaszłam w ciążę. Dla mnie to dwa, totalnie inne życia, totalnie inne osoby. Nie łączę tego. Prawdziwe życie, pełne wartości i warte coś więcej niż pół litra wódki, zaczęło się właśnie wtedy gdy z trybu: impreza, przełączyłam się na tryb: rodzina. I wierzcie mi -  w tym drugim odnajduję się znacznie lepiej. Zawsze śmieszą mnie niesamowicie hejty w moim kierunku, że na pewno jestem beznadziejną matką, a moje blogowe życie to fikcja - bo przecież jak miałam szesnaście czy siedemnaście lat, robiłam to i to, zachowywałam się tak i tak. Wierzcie mi - młodość rządzi się swoimi prawami i nijak ma się do tego jacy będziemy za kilka lat, kiedy beztroska zamieni się w odpowiedzialność. Co prawda, niektórzy przez całe życie przechodzą sobie, mając mentalnie lat naście - ja zdecydowanie poszłam w drugą stronę. Dochodzi to do mnie najbardziej wtedy, kiedy widzę swoje rówieśniczki. Ale każdy ma swoje tempo. I każdy żyje tak jak chce żyć. I musimy to wzajemnie uszanować, nawet jeśli tego nie rozumiemy.

Poszłam w drugą stronę, nie dlatego, że takie jest życie. Nie dlatego, że jest rodzina, obowiązki, praca, odpowiedzialność. Niektórym i to nie przeszkadza w zachowywaniu się jak rozpieszczony bachor, który tylko czeka aż coś mu spadnie z nieba czy zostanie podstawione pod nos. Poszłam w stronę "mentalnej trzydziestki", bo takiego dokonałam wyboru. Taka się stałam. Świadomie zdecydowałam się na wewnętrzną, duchową przemianę, której wciąż doświadczam. Życie, które wiodłam, pełne tych "intensywnych" uczuć, pokazało mi, że tak się na dłuższą metę nie da. Że to wszystko o co walczyłam, nie zapewnia szczęścia. Szczęście jest wtedy, kiedy we własnym wnętrzu robisz porządek. Prawdziwego szczęścia i spokoju ducha, doświadczy tylko ten człowiek, który chce być dobry. Który zmienia siebie, nie świat. Pewnego dnia zrozumiałam po prostu, że szczęścia nie daje człowiekowi żadna rzecz, a nawet żadne przeżycie, jeśli nasza dusza jest wysypiskiem śmieci. Na dodatek nieposegregowanych. W moim życiu, nieważne jak myślałam, że jestem szczęśliwa - ciągle coś było nie tak. I ja sama do końca nie wiedziałam, czym jest to "coś". To był jakiś wewnętrzny lęk, uczucie takiego niepokoju. Dziś to uczucie jest mi tak obce, że zaczynam chyba zapominać jak to jest... wtedy myślałam, że może to "coś" odejdzie, gdy znajdę miłość. Nie odeszło. Może odejdzie, gdy urodzę dziecko. Nie odeszło. Może wtedy, gdy zacznę robić karierę - nie odeszło. Zaczęło odchodzić dopiero wtedy, gdy ja sama zaczęłam się go pozbywać, karmiąc swój umysł tym co dobre. Zaczęło odchodzić dopiero wtedy, gdy zaczęłam wyrzucać ze swojej głowy zawiść, zazdrość, nienawiść, pesymizm.

Prócz zmian w głowie, dokonałam też kilku innych. Usunęłam stary, prywatny facebook - nawet nie wiecie, jak duży wpływ miało na mnie to co widywałam na "wallu". I ma to wpływ na każdego z Was, kto ma pełno znajomych, pełno bodźców, pełno polubionych stron z beznadziejnymi treściami. Ludzie karmią zawiścią i debilizmem swoje umysły każdego dnia. Przewijają wall, na którym czytają dyskusje o tym, że matka, która chce kupić używany fotelik jest debilką. Chwilę dalej widzą znajomą, której wcale nie lubią. Jeszcze dalej jakiś FB, niekoniecznie przez nas polubiony, ale się pojawia  - jacyś fanatycy ziejący nienawiścią do jakiejś partii politycznej. A wisienką na torcie info o skatowanym dziecku. Bodziec za bodźcem. Nie dotyczy Twojego życia? Nie szkodzi. Czytając to, widząc - twój umysł przetwarza to i produkuje myśli w tym samym tonie. Wkurzamy się i irytujemy na rzeczy, na które nie mamy wpływu, na ludzi, których nie znamy. Prywatny facebook musiałam założyć i tak i tak, bo bez tego nie mogę mieć fanpage. Ale jestem, że tak powiem "incognito". W znajomych mam ok. 5 osób, których posty mam ukryte, a wiadomości do tych osób, to tylko sprawy "biznesowe". Na wallu nie ma nic. A ja z tego facebooka nie korzystam. Czasem ktoś mnie jakiś sposobem znajdzie, ale usuwam zaproszenia, bo mój profil to nieużywana pusta przestrzeń. Z wiadomości do tych kilku osób korzystam niesamowicie rzadko, więc nie mam na tel ani aplikacji facebooka ani messengera. Czasem kiedy jedna z tych osób tam napisze, odczytuję jej wiadomość po kilku dniach.

Dzięki temu prostemu ruchowi uciął się kontakt i możliwość kontaktu z wieloma toksycznymi osobami. Nie docierają do mnie żadne głupie i bezwartościowe rzeczy. W telewizji sama wybieram co chcę oglądać, gazet ( wiecie jakich) nie czytam - więc słabo u mnie z odbiorem złych informacji. Nie docierają do mnie :) Nie oznacza to jednak, że nie wiem co się dzieje na świecie - staram się czytać w internecie strony, które informują mnie ważnych dla kraju i świata sprawach. Wiadomo, wiadomości te nie są często fajne, ale nauczyłam się je przyjmować w inny sposób. Możecie sobie wyobrazić, że przed tą zmianą moje życie było totalnie inne? A to przecież konto na facebooku, które ma prawie każdy! I ja wtedy w życiu bym nie powiedziała, że korzystanie z niego ma na mnie tak duży wpływ - wierzcie mi - miało. A przede wszystkim przestałam tracić czas na beznadziejne treningi kciuka prze przewijaniu fejsa. Nie macie nawet pojęcia ile zabiera nam to cennej doby i chwil.

Intensywne czytanie książek o pozytywnym myśleniu było ukojeniem w chwilach wolnych od pracy. Z dnia na dzień stawałam się coraz spokojniejszym i szczęśliwszym człowiekiem. Przez ostatni rok, dzięki książce MOC POZYTYWNEGO MYŚLENIA, baaardzo umocniłam swoją wiarę. Często bywam w kościele, gdzie modlę się w ciszy. Ale modlę się kilka razy dziennie w domy. Zazwyczaj w łóżku. Kilka razy dziennie na głos wypowiadam na głos sentencje z Biblii. Głównie jedną, po której w moment staję się spokojna, pełna wiary, zmobilizowana i... bezpieczna. "Jeśli Bóg ze mną, któż przeciw mnie" lub po prostu "Jeśli Bóg z nami, któż przeciw nam". O ile kilka lat temu, nie wiedziałam, że wiara ma jakikolwiek wpływ na nasze życie - teraz nie wyobrażam sobie bez niej życia. Okazało się, że wierząc, modląc się, dziękując i prosząc - kształtujemy całe swoje życie.

Być może dla osoby, która jest taka jak kilka lat temu, to będzie jakiś bullshit. Mam jednak nadzieję, że każdy dojdzie do etapu w swoim życiu, w którym zrozumie, że ten "bullshit" to jedyna recepta na piękne, prawdziwe, dobre i wartościowe życie. To recepta na choroby, na wewnętrzny niepokój. Na wszystko. Recepta ta jest dostępna dla wszystkich, w książkach, w internecie - ale ludzie się boją ją zastosować, więc nazywają to głupotą. Bo o ile łatwo jest zmienić niewygodne buty, wyrzucić beznadziejny stolik  - tak nieco ciężej, zmienić coś w swoim życiu. Zmienić partnera na lepszego, zmienić pracę, zmienić swoje myśli.

Ja tego dokonałam, choć ciągle wiem, że jeszcze długa droga przede mną. Mam wręcz wrażenie, że im więcej wiem i rozumiem, tym tak naprawdę wiem coraz mniej. Wciąż popełniam błędy i mam wady - ja nawet mam ich świadomość i wiem, że powinnam je zmienić! Ale nie da się zmienić w rok wszystkich złych nawyków. Nie da się też być idealnym. Ale grunt w tym, by ciągle próbować iść do przodu i stopniowo zmieniać się na lepsze - łapać się na złych rzeczach, zdawać sobie z nich sprawę, robić coś z nimi.

Dzięki tym różnym praktykom, o których Wam często opowiadam, stałam się dużo lepszą mamą i narzeczoną. Stałam się dużo lepszym człowiekiem. A moje wnętrze już bardzo rzadko wypełnia się niepokojem i strachem. Chwile zapomnienia i rzeczy nie koniecznie zależne ode mnie ściągają na mnie problemy, one będą zawsze - ale nauczyłam się je pokonywać z jakąś nieziemską siłą. Nauczyłam się przeczekiwać burze w spokoju i nadziei. Czasem odchorowuję coś dzień, dwa, a czasem wcale. Czasem to po prostu pokonuję. Inaczej - ten problem nie pokonuje mnie.

Mogłabym pisać i mówić o tym godzinami, dobrze o tym wiecie. I nigdy nie jest mi mało. A to chyba wystarczający dowód na to, że to działa. Ta zmiana, to myślenie, to wszystko.

Tym pozytywnym akcentem, kończę życząc sobie samej z okazji tych dwudziestych czwartych urodzin, jeszcze więcej szczęścia i dobra. Tego samego, życzę i wam. Na każdy dzień, każdy rok, na całe życie.

To znów się stało. Nie ma w tym żadnego przypadku. Znów zmieniłam swoje życie. I znów stałam się szczęśliwsza. JESZCZE BARDZIEJ! Ta książka musiała trafić w moje ręce. Musiała, żeby znów pomóc mi przewartościować życie i wdrożyć w nie kolejne zmiany. Ta książka stała się moją biblią, którą zarażam teraz każdego z kim mam przyjemność rozmawiać czy pisać... dzisiaj opowiem o niej Wam.

To nie będzie zwykła recenzja, to nie będzie krótki opis książeczki. Już po kilku stronach tej literatury, wiedziałam, że wpis na jej temat będzie wpisem tak naprawdę o mnie i o moim życiu. Że będzie to jeden z ważniejszych wpisów, które pozwolą czytelnikom spojrzeć na swoje życie nieco inaczej...

Agnieszka Maciąg to osoba, o której nie wiedziałam zbyt wiele. Wiedziałam o czym pisze na swoim blogu, ale nie znałam jej historii, nie znałam drogi jaką przeszła. A żeby zrozumieć czyjś styl życia, a przede wszystkim czyjeś podejście do życia - trzeba lepiej poznać samego człowieka. Kiedy jakiś czas temu jedno z wydawnictw wysłało mi tą książkę, pierwsze co pomyślałam : jezu! Ile stron! Przeczytałam to co zawsze znajduje się na tyle okładki - to coś dla mnie - pomyślałam. Droga do lepszego życia, podróż w poszukiwaniu siebie, wyzbycie się palącej pustki w sercu i zastąpienie jej spokojem i szczęściem - tak. Tego zdecydowanie wtedy potrzebowałam... Nie wiedziałam jednak wtedy, że będzie to początek mojej nowej drogi, mojego nowego życia. Myślałam, że życiową rewolucję mam już za sobą, ale jak się okazało, czeka mnie jeszcze wiele pracy.

Kto uważnie czyta mój blog, wie doskonale, że jestem niepoprawną optymistką i na nic nie poświęcam tyle czasu, ile poświęcam na ... polepszanie jakości swojego życia. Pozytywne myślenie, optymizm, nie przejmowanie się i wychodzenie z uśmiechem z najgorszych sytuacji, to coś czego człowiek uczy się latami. Stanie się przy tym lepszym człowiekiem - to jeszcze więcej nauki. Kiedyś non stop pisałam Wam o książce, która wyciągnęła mnie z depresji. Tym razem - książka, która wpadła mi w ręce, nie musiała mnie wyciągać z depresji. Ta książka sięgnęła o wiele dalej. W głąb mojej duszy. Ale do rzeczy...

Agnieszka Maciąg... piękna, sławna, zjawiskowa osoba. To jedna z tych osób, które kojarzymy z telewizji, wiemy jaką robią karierę, ale ... rzadko wiemy coś więcej. Często zazdrościmy światowej sławy, pieniędzy, rozwoju - ale nie zastanawiamy się nad jednym. Czy to wszystko daje temu człowiekowi szczęście? Otóż... nie zawsze daje. Pierwszy rozdział w książce, jest o życiu Agnieszki. O tym jak ogromna pustka i paląca dziura w sercu, towarzyszyły jej przez długie lata. O tym, jak te wszystkie rzeczy, których my tak często zazdrościmy, tej dziury nie wypełniały. Pierwszy rozdział pokazuje nam drugą stronę tego pozornie pięknego i cudownego świata, pełnego pieniędzy, luksusowych samochodów, restauracji, bogatych mężczyzn... Ta druga strona to zepsucie, pustka i... pozory. Pierwszy rozdział jest opisem życia Agnieszki, w którym mimo sukcesów, fajnej rodziny - wciąż jest obecne uczucie, że ... czegoś jednak brak. Uczucie wewnętrznego bólu, który co by się nie działo - wciąż jest obecny i wciąż narasta. Ile tak można żyć, ile można błądzić? Bardzo długo. Książka pokazuje nam moment, w którym na takie życie, autorka nie ma już sił. I wtedy jej życie... się zmienia. Autorka rozpoczyna najważniejszą podróż swego życia. Podróż w głąb siebie. I tak nazywa się rozdział pierwszy - MOJE PODRÓŻE... Kiedy docierałam do jego końca, chciałam więcej! Miałam nadzieję, że kolejne rozdziały, będą już konkretnymi wskazówkami, jak osiągnąć ten błogi stan szczęścia. Po pierwszej części, zrozumiałam, że szczęścia nie możemy szukać na zewnątrz. Najpierw musimy odnaleźć je w sobie. Tak bardzo chciałam więcej szczegółów, które pozwolą mi zrozumieć, jak to szczęście odszukać. Nie zawiodłam się...

Rozdział drugi nosi tytuł: MOJE MAPY. Sporo wiedzy z kolejnych kartek, miałam już wdrożonej w życie... wizualizacje, mapy marzeń. Ale dowiedziałam się znacznie więcej. I to nie było tak, że zaczęłam stosować się do wiedzy zawartej w tej książce automatycznie, na siłę. Zdania, które przyswajałam - metody, o których czytałam - to wszystko jakoś tak naturalnie stawało się z każdym dniem sposobem mojego życia. Nie postępowałam w stu procentach tak jak autorka opisuje swoje czyny w tej książce, ale nagle zaczęłam odczuwać potrzebę robienia rzeczy opisanych w książce, których wcześniej nie robiłam i nie czułam, że powinnam je robić. Na przykład... zaczęłam się modlić. Do tej pory chodziłam do kościoła tylko gdy czułam, że chcę, że mam taką potrzebę. Nie uczestniczyłam jednak w Mszy Świętej, lubiłam po prostu od czasu do czasu, porozmawiać z Bogiem sam na sam, w pustym kościele, bez publiki. Jednak codzienna modlitwa była dla mnie czymś o czym nie tyle co zapominałam, ale nie miałam takiej potrzeby, by ją odmawiać. Po przeczytaniu książki Agnieszki, zaczęłam wieczorami czuć, jakby czegoś mi brakowało. Jakby w pięknej układance brakowało mi jednego elementu. Okazało się, że brakowało mi... Boga. Moje modlitwy i rozmówki z nim, dają mi teraz dużo sił, a przede wszystkim oczyszczają mój umysł i sprawiają, że moja dusza jest spokojna jak nigdy przedtem... ale wydarzyły się jeszcze inne rzeczy.

Jakiś czas temu, pokazywałam Wam na blogu swoje łupy z TK Maxx. Był tam zeszyt. Piękny, duży, z wyjątkowym napisem... Kupiłam go, bo czułam wtedy, że muszę go mieć. Wiedziałam, że będę notować w nim rzeczy wyjątkowe. Jednak nie miałam pomysłu na to, jakie to miałyby być rzeczy. Owszem mogłam sobie wymyślać, ale to... wszystko to byłoby na siłę. Czułam, że musi on poczekać w szafie na coś naprawdę ... dobrego. Podczas czytania książki i dotarcia do punktu, w którym Agnieszka proponuje pisanie scenariusza swojego życia... poczułam, że to jest to. Że ten zeszyt i hasło na nim, są idealne. Przecież dążenie do szczęścia i tworzenie dobrego scenariusza swojego życia, to rzecz najbardziej wyjątkowa, jaką mogłam sobie wymarzyć prawda? W zeszycie powstał więc piękny scenariusz mojego życia, opis moich relacji z dzieckiem, partnerem, opis mojej pracy. Powstała strona z kopertą na oszczędności i wyznaczonym celem... i powstanie tam jeszcze wiele pięknych rzeczy...

Dzięki książce nauczyłam się oczyszczać atmosferę w swoim mieszkaniu, nauczyłam też oczyszczać siebie samą ze złej energii, którą naładowali mnie inni ludzie. Niestety, ale najbliższa rodzina, którą odwiedzam, bardzo często "zmusza" mnie do słuchania czarnych scenariuszy, do słuchania narzekania. Kocham swoich najbliższych, ale są pewne schematy, w których są oni zamknięci i jest w nich coś takiego co sprawia, że w większości tematów się po prostu nie rozumiemy - ja jestem pełna dobrej energii, przepełniona optymizmem i wierzę... a właściwie wiem, że można wszystko. Oni nazywają siebie realistami... Tylko zgadnijcie komu... im czy mi... spełniają się wszystkie te nawet najbardziej nieosiągalne cele i marzenia. No więc właśnie... dość długo nosiłam w sobie żal do nich. Przepełniał mnie smutek, bo bardzo wyraźnie niektórzy bliscy dawali mi zawsze odczuć, że jestem oderwana od ziemi... próbowali na siłę wmawiać mi, że nie wszystko może być takie piękne, dobre i kolorowe. Ze wszystkich jednak tych rzeczy najbardziej bolał mnie ten dziwny wzrok, kiedy na negatywne sytuacje reagowałam: no i co z tego? Trzeba żyć dalej. Jakby ich martwienie się, często na zapas, było poprawne, ale mój optymizm już nie. Po przeczytaniu książki, pozbyłam się tego żalu, a przy ostatniej wizycie, kiedy to dziesiątki razy usłyszałam coś negatywnego - po prostu brałam głęboki wdech, w duszy obracałam sytuację w pozytywną i zachowywałam spokój. Pewnych zachowań ludzkich nie zmienimy, biadolenia i narzekania nie przestaniemy słyszeć. Musimy się nauczyć tego, by nie miało ono jednak jakiegokolwiek wpływu na nas. Jeśli o moich bliskich chodzi... pragnę głęboko wierzyć w to, że jednak dadzą się oni zarazić tą wiarą w dobry świat, dobrych ludzi i dobre sytuacje. Właściwie, mam głęboką nadzieję, że zmiany, które zachodzą w moim życiu, mi samej pozwolą takie dobre rzeczy do siebie przyciągać...

Ostatni rozdział książki, nosi tytuł: MOJE ODKRYCIA. Jest dość krótki, ale sprawił, że na wiele rzeczy w swoim życiu spojrzałam inaczej. Na swój związek, na mój dom, kuchnię, czy nawet na seks... I tutaj chciałabym się podzielić z Wami fragmentem książki, w której Agnieszka pisze na temat seksu. Te kilka zdań sprawiło, że przestałam uważać, że coś ze mną nie tak... wręcz przeciwnie. Zaczęłam uważać, że coś jest nie tak z tymi, którzy nad pewnymi rzeczami tak bardzo ubolewają, bo mają zakorzenione, że ... wszystko musi być tak jak dawniej...

"Nietrudno jednak zauważyć, że nasza cywilizacja z seksu uczyniła coś bardzo... karykaturalnego i smutnego. Wiele par zastanawia się, czy w ich życiu seks występuję wystarczająco często. Naukowcy z różnych dziedzin obliczają, jak często tę fizyczną czynność powinien wykonywać "zdrowy" człowiek. (...) sporo osób nie bierze pod uwagę, że "zapotrzebowanie na seks" nie zawsze może być takie samo. Prowadzi to niestety do wielu dramatów z związkach, zwłaszcza gdy na świat przychodzą dzieci. Rodzice są zwyczajnie zmęczeni i nie mają na zbliżenie fizyczne ani siły, ani ochoty. Po prostu. Mnóstwo par robi z tego jednak gigantyczny problem. "Kiedyś kochaliśmy się codziennie, teraz najwyżej raz w miesiącu!" I co z tego? Czy tu jest jakaś norma do wyrobienia? A przecież wraz z pojawieniem się dzieci pojawiają się inne wspaniałe uczucia! To właśnie te chwile są najbardziej ulotne, bo dzieci dorastają. Te niezwykłe momenty zaraz przeminą! Czasem mam ochotę krzyczeć: ludzie, ocknijcie się, chwytajcie te chwile, przeżywajcie je, cieszcie się nimi! Przestańcie się skupiać na tym, czego teraz nie ma. Jest coś innego. Doceńcie to! Napełnijcie się tym po brzegi. Zanurzcie się w tym. Przestańcie zastanawiać się nad seksem, który był, a którego nie ma. Wróci w odpowiednim czasie. I jeśli nauczycie się razem cieszyć tym, co jest, przeżywać te przecudowne nowe emocje, to na tym fundamencie wyrośnie nowa wartość i zupełnie nowa jakość seksu. Taka, której smaku nawet sobie nie wyobrażaliście!"

Agnieszka ma niesamowitą zdolność... coś takiego co sprawia, że człowiek nagle rzeczy skomplikowane zaczyna postrzegać zupełnie odwrotnie. Nagle wszystko staje się lepsze, prostsze i łatwiejsze. Człowiek z każdą kartką czuje, jak zaczyna rozumieć otaczający nas świat, ludzi, a przede wszystkim... siebie. Wszystko staje się jaśniejsze, bardziej zrozumiałe. Minęło niewiele czasu od przeczytania książki "Pełnia życia", a ja już widzę kolosalne zmiany w swoim życiu i jeszcze piękniejsze do niego podejście... Już wkrótce na moim facebooku, będziecie mogły wygrać książki Agnieszki Maciąg.

Kobiety moje kochane... pozytywne podejście do życia, zrozumienie swoich potrzeb, podróż w głąb siebie - to nie są infantylne hasła. Te rzeczy odmieniają CAŁE życie. Doświadczyłam tego kilka lat temu na własnej skórze i doświadczam obecnie każdego dnia. To ciągła praca nad samym sobą, ale w pewnym momencie będziecie to postrzegać nie jako pracę, a styl życia. Jeśli chcecie być szczęśliwe - to po prostu róbcie wszystko, by takie być. A jeśli są rzeczy takie jak ta książka, które są na wyciągnięcie naszej ręki - to dlaczego ich nie spróbować? Ja Agnieszce z całego serca dziękuję. Zaczynam dzięki niej po raz kolejny - nowe lepsze życie. Tym razem mam łatwiej. Wskakuję w to "nowe" ze starego, ale już wtedy bardzo dobrego. Wierzę jednak, że może być jeszcze lepiej. I będzie.

Książkę możecie kupić tutaj :   Oprawa twarda ; Oprawa broszurowa

dsc_2896

 

dsc_2897

 

dsc_2898

 

dsc_2903

 

 dsc_2937

 

dsc_2943

 

  dsc_2952

 

dsc_2956

 

dsc_2973

 

dsc_2976

 

dsc_2982

 

dsc_3006

 

dsc_3007

 

dsc_3015

Moja droga do szczęścia była długa i zdrowo popieprzona. Skały, zakręty, upadki, zadrapania, rany głębokie. Najgorsze jednak rany to te w naszej głowie i te na naszej duszy. Szczęśliwy człowiek? Ciężko osiągnąć ten stan...

Wiecie... mogłam upaść i nie wstać, kiedy kilka lat temu znalazłam się w najgorszym punkcie swojego życia, osuwając się po drzwiach izby przyjęć, widząc jedynie mgliste postacie ochroniarzy krzyczących: dajcie wózek! Mogłam olać Warszawę i wyprowadzić się do rodziców, kiedy zabrakło mi na pampersy, a z F. powiedzieliśmy sobie kilka słów za dużo. Mogłam usunąć blog i iść na etat za marne grosze, kiedy chwilowo nie miałam zleceń i czasu, by napisać coś sensownego. Mogłam znów wrócić do toksycznych znajomych, kiedy doskwierała mi samotność... mogłam. Mogłam wiele rzeczy, które pozornie załatwiłyby sprawę, ale tak naprawdę byłyby gówno warte. Bo ani mieszkanie z rodzicami, ani praca na etacie, ani chujowi znajomi nie daliby mi komfortu psychicznego jaki mam teraz, dzięki temu, że tych wyborów nie dokonałam, a walczyłam jak lwica, żeby nie być do nich zmuszoną. Pozornie to wygląda jak bajeczka. Prosta dziewczyna, która żyje sobie spokojnie w stolicy, w pięknym mieszkaniu, zarabiając kasę na tym, że pisze jakieś "dyrdymały". Bo pozory zawsze są tak zajebiście inne od rzeczywistości i pozwalają na ocenę, która ma gówno wspólnego z tym jak jest naprawdę. Bajeczki może nie ma, ale pomału się tworzy. Kartka po kartce. I wcale tej bajki nie tworzą przedmioty i zera na koncie, a moja psychika. I nigdy nie zyskałabym takiego luzu psychicznego, jaki mam teraz, gdyby nie kilka podstawowych zasad, których się trzymam. Jeśli nie jesteś szczęśliwy...cóż. Może wciąż nie wdrożyłeś ich w swoje życie.

SCHEMATY

Piszecie mi o tym non stop. Spieprzona psychika przez toksycznych znajomych, rodzinę, narzeczonego. Trwanie w stanie depresyjnym, bo zamiast robić co się chce, trzymamy się schematów wyrytych w naszych głowach niczym przykazania na kamieniu. Na nasze nieszczęście składa się całe mnóstwo czynników. Nawet wkurwiająca teściowa, ciotka czy własna matka. Wielokrotnie ktoś mi pisze o wpływie bliskich na nasze wybory i samopoczucie. Czy to jest do cholery jakiś żart? Kiedyś też mówiłam sobie, że pewnych relacji zrywać nie należy, bo rodzina, bo sentymenty. Pieprzyć sentymenty. Nikt za Ciebie życie nie przeżyje. Jeśli ciotka Irenka wpada do mnie codziennie po to, żeby mi dowalić jaka jestem beznadziejna to mówię jej "do widzenia" i usuwam ze swojego życia. Jeśli teściowa niszczy mi życie i psuje relacje z narzeczonym, wmawiając mi codziennie bzdurne teorie - zrywam kontakt. Choćby narzeczony miał obrazić się na śmierć, a dzieci miały płakać - mam to gdzieś. Bo czemu do cholery mam utrzymywać kontakt z kimś kto jest toksyczny i mnie wkurwia? Jeśli dajesz sobą pomiatać i dajesz się wkurzać każdego dnia tylko dlatego, że siedzisz z kimś na jednym drzewie genealogicznym i mimo prób nie możesz się z tym kimś dogadać - zerwij kontakt i tyle.

To samo tyczy się tkwienia w toksycznych związkach - bo dzieci. I każdy ma w dupie to, że co noc wyjesz do poduszki, masz spieprzoną samoocenę i czujesz się beznadziejnie, co drugi dzień myśląc o śmierci. Ciocia Krysia, Renia, a nawet Iwonka z kiosku i twoje szczęśliwe znajome mężatki na Twoje myśli o rozstaniu zareagują przecież :  a pomyślałaś o dzieciach? Noo pewnie, że nie. Przecież jesteś egoistką. Wymagasz aż tak dużo. Ludzkiego traktowania i życia bez depresji. Z depresją będziesz przecież mega zajebistą matką dla swoich dzieci.

Żyć należy tak jak się chce, a nie tak jak należy, czy jak nam się narzuca. Podczas kiedy moje koleżanki pod wpływem rodziców i tego co wpajali nam nauczyciele, szły na studia, na które nie chciały iść i odwlekały decyzję o dziecku, bo przecież za wcześnie, a nieważne, że bardzo chciały - ja w tym czasie, wszystko robiłam w popieprzonej, odwróconej kolejności, nie czując, że muszę cokolwiek i robiąc to na co mam ochotę.

ZAZDROŚĆ

Taka niezdrowa, podchodząca pod zawiść, że ktoś ma lepiej. Nie będziesz szczęśliwy jeśli wiecznie będziesz się do kogoś porównywać i skupiać na tym co mają inni, a nie Ty sam. Sukcesy innych, pieniądze na koncie, a głównie szczęście, jedyne co powinny w Tobie wyzwalać to radość i chęć zmiany na lepsze. Radość - bo z sukcesów innych należy się cieszyć. Nic Ci się w życiu nie uda, jeśli nie będziesz tego życzyć innym. Chęć zmiany na lepsze - bo jeśli jesteś niezadowolony ze swojego życia, to Ci którzy są, powinni być dla Ciebie przykładem, że jednak się da.

Codziennie dostaję wiadomości "Ale ja Ci zazdroszczę, ja tak nie potrafię" - ale jak nie potrafisz? Czego nie potrafisz? Wszystkiego w życiu trzeba się nauczyć. Jeszcze kilka lat temu nie umiałam napisać sensownie dwóch zdań, a teraz tworzę wpisy co drugi dzień i nie są to jakieś teksty na miarę pudelka. Matką też nie jest się nigdy wcześniej, a dopiero kiedy dziecko przyjdzie na świat, zmuszone jesteśmy odnaleźć się jak najlepiej w nowej roli. "Zazdroszczę, też bym tak chciała" - w czym więc problem? Brak czasu? Nasza doba trwa tyle samo. Łatwo mi mówić, bo mam jedno dziecko...spoko. Znam i jedną takie co mają trójkę, czwórkę, a nawet piątkę - i jak o czymś marzą, to nagle umieją z doby zrobić dwie... ograniczenia często istnieją tylko w naszej głowie. Ja też nie raz mówiłam sobie, że się nie da przy dziecku tego i tego, że się bez pomocy bliskich choć dwa razy w miesiącu nie da realizować. A jednak jak się pojawiły chęci to i możliwości się nagle pojawiły...

...bo nie walczysz

Proste. Nie jesteś szczęśliwy, bo nie walczysz. O siebie, o swoje marzenia. Nie walczysz, bo sam nie wiesz o co. Zadaj sobie podstawowe pytanie: czego chcesz od życia? O czym marzysz? Czego Ci brak? Jeśli nie masz sprecyzowanego celu, pragnień i twoje życie to jeden wielki znak zapytania, to jak możesz być szczęśliwy? No jak, skoro sam nie bardzo wiesz co mogłoby Cię uszczęśliwić, a jeśli już Ci się wydaje, że wiesz, to nie wiesz jak o to zawalczyć. Codziennie zapisujesz swoją własną kartkę i nikt Ci nie powie, co w danym momencie masz napisać. Jedyną osobą, która siedzi w Twojej głowie i Cię zna jesteś Ty. No właśnie. A może Ty wcale siebie nie znasz? Pobądź ze sobą sam na sam. Odkryj co lubisz, przeanalizuj kiedy się uśmiechasz. Jeśli masz marzenia - walcz o nie.

NIC NIE MUSISZ

i przede wszystkim uświadom sobie, że nic nie musisz. Bo może górnolotne marzenia wcale Cię nie kręcą, może Twoim marzeniem jest spokojne życie z dala od ludzi pędzących po hajs i karierę. Może jedyne czego potrzebujesz do szczęścia to uśmiechu bliskich, a to co chcesz robić dla siebie samej, to doskonalić się kulinarnie we własnej kuchni i czytać książki o kosmosie, kiedy dzieci zasną. Dorosłość cechuje się tym, że wybory podejmujemy w zgodzie z samym sobą. Bez presji otoczenia, mając głęboko w poważaniu opinię innych. Walka o marzenia nie musi być od razu marzeniem o byciu szefem w dobrze prosperującej firmie. Walka o marzenia to walka o to, co Cię uszczęśliwia - a czasem jest to naprawdę niewiele.

 

szczęśliwy

 

biżuteria

 

DSC_6622

 

DSC_6623

 

DSC_6640

 

DSC_6643

 

DSC_6650

 

zegarek - Daniel Wellington - na hasło "mamalla" macie 15% zniżki :)

bransoletki - EdiBazzar

body - Selfie Room

więcej obuwia damskiego znajdziecie na StukStuk.pl - czarne muszkieterki to jak do tej pory mój najlepszy wybór :)

Człowiek uczy się całe życie... Są rzeczy, które przychodzą nam łatwiej, inne trudniej. Są też w życiu takie lekcje, które pamiętamy do końca życia. I stosujemy się do nich każdego dnia...

Spotkałam kiedyś Ankę. Anka jak zawsze była ponura i smęciła pod nosem na swój marny los. Oj biedna ona taka... a czego by jej się pozytywnego nie powiedziało, to ona zaraz mówiła "A co Ty gadasz...". I tak przy każdym spotkaniu... Wtedy to mi jeszcze tak pesymiści na nerwy nie działali. Klepałam ją po ramieniu i w sumie to stwierdziłam, że Anki zmienić się już nie da. Taki charakter. Trudno. Ale z Anki z dnia na dzień uchodziło życie. Wszyscy machali ręką i olewali sprawę - przecież ona taka już jest. Ale ja czułam i widziałam, że coś jest nie tak. Właściwie to ona za dużo myślała... Nadmiar czasu sprawiał, że wymyślała sobie tysiące problemów, których nie ma. Kiedy zadawałam jej pytanie " Naprawdę nie masz żadnych powodów do radości?" - odpowiadała, że nie ma. Była zdrowa, piękna, miała pieniądze. Ale to już chyba nikogo nie dziwi, że tacy ludzie najczęściej płaczą wieczorami w poduszkę. Miała prawo nie cieszyć się z życia, depresji nikt sobie nie wybiera - bo pod depresję to już podchodziło. Ale im bardziej waliło mi się moje życie, im więcej miałam problemów, tym bardziej irytowała mnie jej życiowa postawa. Byłam wściekła, bo jak to tak. Ja tutaj problemy okrutne i staram się cieszyć, uśmiechać, a tu mi jakaś rozpieszczona panna ciągle marudzi koło ucha. I ja tak zaczęłam marudzić razem z nią. I sama nie wiem, w którym momencie to ja stałam się jeszcze gorsza od niej. Każdy wiek ma swoje prawa, wiecie? To co było problemem dla mnie i dla Anki w wieku lat 18, dziś zdaje się być śmieszne. Ale wtedy... wtedy to było coś. I zawsze należy o tym pamiętać i nie szydzić z czyichś problemów. Z Anki szydził prawie każdy. Co drugi znajomy, a nawet jej własna matka mówiła jej "Wstyd Ci powinno być, że tak marudzisz, a ludzie takie problemy mają!". A ja marudząc coraz więcej, rozumiałam jej uczucia coraz bardziej. Próbowałam wspierać, pomagać...

... ale pewnego, zimnego dnia Anka podcięła sobie żyły. A przynajmniej próbowała. Dziś kwituje to zdaniem, że nawet to jej w życiu nie wyszło. Byłam na izbie w moment po tym, jak tam trafiła. Była chyba po dwóch piwach, więc byli tam też policjanci. Policjantów nie lubię, zazwyczaj trafiam na palantów, ale z tych dwóch, jeden zapytał mnie, czy wiem czemu ona to zrobiła. "Nie wiem" - odparłam. " Nastolatkom czasem nie chce się żyć. Bez większego powodu... Wystarczy niespełniona miłość czy jedynka na semestr" - " I to jest powód, żeby się zabić? Przecież to nie są problemy". Zapytałam go: " A jakie pan miał problemy w wieku 18 lat? Każdy wiek ma swoje prawa. To co dla Pana jest śmieszne, dla nastolatki może być końcem świata". Odparł, że w sumie racja, a po chwili namysłu odpowiedział " Po prostu gówno wiecie o życiu. Żeby z życia się cieszyć, trzeba rozumieć ile się ma. Być wdzięcznym nawet jeśli ma się niewiele". Gówno wtedy rozumiałam, choć jego słowa w jakiś sposób mnie poruszyły. " Ani psychiatra, ani psycholog Wam nie pomoże. Wami to trzeba wstrząsnąć w inny sposób". Kiedy Anka czuła się lepiej, pokazała mi kartkę z adresem, który zostawił jej policjant. " Powiedział, że mamy tam jechać, wiesz co to za adres?". Nie wiedziałam. Wstukałyśmy adres w google : hospicjum dziecięce. I co? Mamy tam jechać? Zobaczyć, że inni mają gorzej? Co za bullshit. Wiem, że mają, ale to nie znaczy, że poczuję się lepiej... Czułam jednak, że takie rzeczy jak te - ta pieprzona kartka od policjanta, są raczej czymś co rzadko się zdarza. Musi być w tym jakiś cel. Pojechałyśmy. Nie wiedziałam zbytnio co powiedzieć na wejściu, więc czując, że wyjdę na idiotkę powiedziałam "Jakiś policjant kazał nam tu przyjechać". No i po 5 minutach przyszła ona... łysa, blada, a mimo to uśmiechnięta. Widziałam wiele razy ludzi chorych w telewizji, ale stanięcie twarzą w twarz było dla mnie strzałem w policzek. Nie spodziewałam się, że pierwszym z wielu tego dnia. Paulinka. Bo tak miała na imię. Paulinka była jego córką. Córką policjanta. Już po 5 minutach jej opowieści o chorobie, zanosiłam się z Anką od płaczu. To nie my przytulałyśmy Paulinę, tylko ona nas. Paulina wzięła Ankę za rękę, odszukała jej bliznę i powiedziała "Życie to cenny dar. Nawet nie wiesz ile bym dała, by je wygrać". Wyszłam. Nie mogłam się uspokoić. Czułam się tak marnie, tak... beznadziejnie. To nie było oświecenie w stylu " Jeju, jakie mam piękne życie". Pierdolę takie życie. Właśnie przemawia do mnie dziewczyna, która pewnie niedługo umrze, zanim pozna smak życia, co to kurwa ma być? Kiedy się trochę uspokoiłam, wróciłam do dziewczyn. Paulina powiedziała "Niedługo będę musiała pożegnać się z tatą. Tak bardzo mi go szkoda. Ale wiecie co? I tak jestem wdzięczna Bogu... ". Wtf... wdzięczna? Za co? Może trochę nietaktownie, ale jednak spytałam... za co? " A Ty co za jesteś?" - " Chyba za nic. Nie lubię swojego życia..." - odrzekła Anka... Paulina powiedziała wtedy, że często mylnie sądzimy, że wdzięcznym trzeba być za duże rzeczy. Te małe, uznajemy za normalne. Za coś naturalnego. "Wiesz... może i ja umieram, ale moja mama... ona jest zdrowa. Mój tata i braciszek też. Wdzięcznym nie jest się tylko za rzeczy, które dotyczą bezpośrednio nas, ale też osób, które kochamy". Szmatą po pysku, raz, drugi i trzeci. Czwarty, piąty i szósty. Całą drogę z Anką milczałyśmy, patrząc się beznadziejnie w szybę. Łzy spływały nam po policzkach. Nie odzywałyśmy się do siebie dobrych kilka dni. Ja siedziałam w swoich 4 ścianach, próbując się jakoś pozbierać. "Bądź wdzięczna, masz za co. Masz więcej niż Ci się wydaje". Kuurwa, ja mam, ale co z innymi? Jakoś wyjątkowo nie mogłam cieszyć się z tego co mam, wiedząc, jaki los mają inni. Ale ratowało mnie jeszcze jedno zdanie, " Czasem ktoś musi cierpieć, by ktoś inny mógł docenić to co ma". No zajebiście sprawiedliwe, naprawdę. Ale prawdziwe...

Zbiegło się to w czasie z moją depresją i problemami w liceum. Po raz kolejny podjęłam próbę przeczytania książki od mamy i wyjrzałam przez swoje wielkie okno. Wiecie co? Po prawej stronie mojego domu są zabudowania, ulica, szczekające psy. Patrząc przez przednie okna, widzi się tylko ulicę. Patrząc przez tylne okno z przedpokoju - kawałek dachu. Ale okno w moim pokoju... jest oknem na świat. Na wielkie puste pola i rzędy porzeczek. I tylko z tego okna można zobaczyć przebiegające przez polną drogę sarenki. Tylko z tego okna można zobaczyć uciekającego zajączka, czy błądzącego bażanta. I tylko z tego okna widać w oddali rozkwitający na wiosnę sad. A wiecie co widać z tych przednich okien...oprócz tej głównej ulicy, co tiry na niej całą dobę i noc jeżdżą... to widać co tydzień duży, biały dostawczak mojego taty, który wraca z podróży... 3 lata później z tego okna, moja mama nagrywała filmik, jak z F. z podjeżdżamy autem pod dom i wyjmujemy małe zawiniątko. Zawiniątko to miało imię Pola. I 2 lata później, a konkretnie dzisiaj siedzę tutaj, a obok leży moja mniejsza wersja mnie. Zdrowa, piękna, cudowna. Siedzimy w pięknym, choć nie naszym mieszkaniu, przy rozkręconych kaloryferach. Żyjemy w naszej wymarzonej Warszawie. Jeździmy raz na miesiąc do domu rodzinnego, gdzie zawsze jest głośno i radośnie. Z przedniego okna widać nie jedno auto, a trzy, w tym jedno takie mega rodzinne, bo siostra ma dwójkę dzieci, psa i dwa zaadoptowane koty. Z okna w salonie widać tatę, trzymającego w dłoni jednego ze swoich kilkudziesięciu gołąbków. A w moim pokoju...w moim dawnym pokoju powstało najpiękniejsze studio fotograficzne na świecie ... studio mojej siostry. I każdy z nas się martwi co chwilę, bo życie kopie w dupę zawsze, gdy już myślimy, że wychodzimy na prostą. I co chwilę komuś braknie do pierwszego, co chwilę ktoś martwi się o zdrowie. Ale koniec końców... i tak mamy dużo, dużo więcej niż inni. Bo podczas gdy jeden liczy, czy starczy mu do dziesiątego...ktoś inny liczy, czy do dziesiątego dożyje. Podczas, gdy my wkurzamy się, że musimy zrobić remont...ktoś inny modli się o dach nad głową. I to takie okrutne... takie okrutne, że wdzięczności za życie, najlepiej nauczą nas Ci, którzy je tracą...

... bo czasem trzeba spojrzeć na świat nieco inaczej. Czasem wystarczy spojrzeć po prostu w inne okno. W to, w którym widać te piękne sarenki...

 

DSC_0369

 

DSC_0371

 

DSC_0372

 

DSC_0379

 

DSC_0380

 

DSC_0383

 

DSC_0384

 

DSC_0392

 

DSC_0393

 

DSC_0395

 

DSC_0399

 

DSC_0401

 

DSC_0402

 

DSC_0407

 

DSC_0408

 

DSC_0409

 

DSC_0410

 

DSC_0411

 

DSC_0412

 

DSC_0414

 

DSC_0415

 

DSC_0417

 

DSC_0418

 

DSC_0419

 

DSC_0421

 

DSC_0422

 

DSC_0423

 

DSC_0425

 

DSC_0426

 

DSC_0427

 

DSC_0429

 

Chociaż siedzę tu dzisiaj przed kompem z dzieckiem na klacie, z 22 wiosnami na karku i z całkiem poukładaną w głowie całością, to doskonale pamiętam, że jeszcze tak niedawno w głowie jedyne co miałam to rozsypaną, popieprzoną układankę z wieloma, brakującymi elementami. Jeszcze nie tak dawno, siedziałam zamknięta w swoim pokoju z tą miną wiecznie, niezadowolonego człowieka, odburkując raz po raz mamie: "tak, umiem wszystko na jutro".

Raz po raz mama moja najdroższa, wołała mnie do swej twierdzy zwanej salonem, gdzie wieczorami można było obejrzeć te wszystkie zajebiste reportaże: o biednych ludziach, o chorych dzieciach, o niechcianych psach, o nieszczęśliwych wypadkach. Wołała mnie raz po raz, wciskając mi kit (  a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało) -  że jak obejrzę cokolwiek z tego zajebiście, smutnego repertuaru, to może w końcu docenię to co mam. Gdybym wtedy mogła określić to co słyszałam z ust rodziców, prawie codziennie -  nazwałabym to klasycznym pieprzeniem, które jedyne co ma na celu, to jeszcze większe podburzenie zbuntowanej nastolatki. Bo niby po co miałam tam siadać, na tej wiecznie trzeszczącej skórzanej sofie, gdzie człowiek nie mógł nawet wziąć spokojnie oddechu, bo zaraz skóra zaczynała wydawać odgłosy, które skutecznie zagłuszały ten zajebiście ciekawy seans. Po co miałam tam siedzieć i to oglądać. Człowiek i tak gówno mógł zrobić, a potem tydzień się pozbierać do kupy nie mógł. Ale w oczach innych, byłam taką bezduszną osóbką, co to gdzieś ma te chore dzieci, a problemy wielkiej wagi to dla niej brak sms'a od chłopaka. W sumie może było w tym coś prawdy, a może chciałam taką udawać. Przecież tak prościej. Mieć wszystko w dupie. Człowiek jednak jak dorośnie, to wtedy częściej myśli. Dorosłość to jednak pikuś w porównaniu z byciem matką. To tutaj zaczyna się wrażliwość, to tutaj zaczyna się troska...to tutaj zaczyna się...przewartościowanie.

Nie tęsknie do tej wiecznie obrażonej na cały świat nastolatki. Ale jedno jest pewne. Ta dziewczyna nie umarła. Wciąż to jednak jestem ja, z tymi samymi krzywymi zębami i sieczką w mózgu, która raz po raz próbuje się uaktywniać i rozpieprzać mi całe moje pozytywne podejście. Mam w głowie jakiś granat, który tylko czeka, żeby pieprznąć z całej siły i sprawić, że znów jestem tylko głupią małolatą, która chyba z nadmiaru czasu spędzanego w czterech ścianach, przestaje racjonalnie myśleć i wymyśla sobie błahe problemy. Czasem dopada mnie ten stan, niezadowolenia ze swojego życia, czasem czuję się znudzona tą rutyną, czasem smucę się, że nie mogę kupić sobie wagi kuchennej w pastelowym różu. Czasem smucę się, bo tu i ówdzie mi coś odstaje, tam wisi. Czasem smucę się, bo człowiek tak już ma, że w 4 ścianach, z dala od rodziny, myśli się dużo za dużo.

I zapomniałam o robieniu czegoś dla siebie. Zawsze kiedy córka moja najdroższa wieczorami robi się już senna, ja myślami jestem już przy pracy, sprzątaniu, prasowaniu. Zapominam o tej lampce wina, filmie... no właśnie. Wracając do tego, czym ten wpis zaczęłam. Nadal przełączam te reportaże o chorych dzieciach, bo jak już się "skuszę", to potem tydzień się trzęsę, myślę, płaczę. Ale odpalam na laptopie filmy - tak jak kiedyś. I raz po raz trafiam na takie, które sprowadzają mnie na ziemię o wiele skuteczniej niż te wszystkie telewizyjne reportaże. Oglądam i płaczę. Smucę się, ale jednocześnie relaksuję. Bo to tylko pieprzony film. Nie muszę martwić się chorobą bohatera, bo to tylko fikcyjna postać. Ale przekaz jest taki sam, jak gdybym oglądała uwagę w tv. Oglądam i się wczuwam i widzę te PROBLEMY, widzę chorobę głównej bohaterki i rozumiem, dopiero teraz rozumiem, co mama miała na myśli mówiąc: " Człowiek powinien częściej oglądać takie rzeczy, by doceniać to co ma". Bo wtedy masz w nosie tą pieprzoną kuchenną wagę, masz w nosie małe cycki i krzywe zęby. Spoglądasz tylko niespokojnie na pokój swojego dziecka i myślisz sobie " Boże ... jak dobrze, że jest cała i zdrowa". Idziesz, przytulasz, mając gdzieś, że zaraz możesz ją obudzić, a przecież usypiałaś ją na rękach dwie godziny. A potem dwie godziny oglądałaś film, po którym nastąpiło... przewartościowanie.

I możesz nie wierzyć, ale kolejny dzień nie zaczął się już smutkiem z powodu "braków". Zaczął się wdzięcznością za to czego nam nie brak. Za zdrowie, jej uśmiech, dach nad głową i ciepłe pieczywo w chlebaku. Szkoda, że do niektórych rzeczy trzeba dorosnąć, szkoda, że się niektórych rzeczy w wieku lat nastu nie rozumie. Lepiej późno jednak niż wcale - powiadają...

... a na przewartościowanie czasem może być za późno.

DSC_1112

 

DSC_1114

 

DSC_1115

 

DSC_1118

 

DSC_1121

 

DSC_1124

 

DSC_1125

 

DSC_1130

 

DSC_1132

 

DSC_1133

 

DSC_1135

 

DSC_1141

 

DSC_1142

 

DSC_1143

 

DSC_1144

 

DSC_1145

 

DSC_1147

 

DSC_1148

 

DSC_1150

 

DSC_1151

 

DSC_1152

 

DSC_1153

 

DSC_1154

 

DSC_1155

 

DSC_1156

 

i uprzedzając pytania co jest skąd ;)

przepięęęękna tuniczka mayoral od manolo & manola

narożnik - meblejana.pl - nadal sprawuje się IDEALNIE. Strzał w dziesiątkę!

kredki paluszkowe, kredki zwykłe, książeczka - tiger polska

poduszki, dywan - decovena

stolik- jysk

@alicjawegnerpl

Zajrzyj na mój Instagram i sprawdź, jak żyję, manifestuję oraz działam.
cartcrossmenuchevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram