Taaak! To zdecydowanie jeden z tych wpisów, którego publikacji aż nie mogę się doczekać! Zdrowy jadłospis na cały dzień, to zdecydowanie rzecz, która się Wam przyda. Ale nie z tego powodu tak bardzo się niecierpliwię - dzisiaj po raz kolejny udowodnię Wam, że jeśli się chce, to znajdzie się alternatywę dla wszystkiego - nawet dla wymarzonego cateringu dietetycznego, którego koszt to cała pensyjka przeciętnego człowieka.. a może i więcej?
Dzisiejszy zdrowy jadłospis będzie inspirowany w całości czymś, co zagościło jakiś czas temu w moim domu. Domowa Dieta Pudełkowa. Ale o niej wspomnę Wam na samym końcu. Najpierw sprawię, że pocieknie Wam ślinka i trochę Was utwierdzę w przekonaniu ( po raz kolejny) , że zdrowe znaczy:
Ostatni tydzień upłynął mi w kuchni na eksperymentach z nowymi przyprawami, produktami i pomysłami. Zabiegi na ciało, które rozpoczęłam wraz z poniedziałkiem są dla mnie niesamowitą motywacją, by nawet minimalnie nie grzeszyć jeśli chodzi o jedzenie. Na czystym jedzeniu jadę już drugi tydzień i czuję się jak nigdy - lekko, czysto i ... zgrabnie :) Zdrowy jadłospis stał się u mnie codziennością.
Jak wiecie jeśli chodzi o jedzenie, jestem raczej leniwa. Na rękę jest mi codzienne przygotowywanie tych samych posiłków z lekkimi modyfikacjami. W sumie nie chodzi tu nawet o lenistwo, a o przyzwyczajenie. Jeśli kocham jeść na śniadanie omlety, a na przekąskę owoce z jogurtem - to po co to zmieniać? A no po to, żeby nam te cuda po kilku tygodniach nie zbrzydły. Przedstawiam Wam zatem jadłospis, który był dla mnie totalną odmianą. Zaskoczenie jednak... na plus! Duży plus. Zaczynamy. Oto mój zdrowy jadłospis na caluuuutki dzień.
ŚNIADANIE - muesli wysokobłonnikowe z jagodami goji i jogurtem
Sześć łyżek muesli mieszamy z sześcioma łyżkami ciepłej wody i odstawiamy na 10 minut. Po upływie określonej ilości minut, muesli łączymy z jogurtem.



II ŚNIADANIE - koktajl owocowy z chia
Owoce myjemy, obieramy i kroimy w kostkę. Miksujemy razem z nasionami chia. Mi wyszła konsystencja musu - tak lubię najbardziej :)



OBIAD - mix kasz z warzywami i kurczakiem














Dania podane w jadłospisie są dobrane tak, by można było po pierwsze przygotować je w maks 30 minut - po drugie - bez problemu zapakować je w pudełko.


Przyznam się szczerze, że PO RAZ PIERWSZY spotkałam się z jadłospisem, który był w realizacji tak tani i ... przyziemny jeśli chodzi o dostępność produktów. Od zawsze powtarzałam też, że lubię mieć wszystko rozpisane i podane pod nos - tak jak tutaj: lista zakupów, jadłospis i potrzebne przyprawy. To dla mnie mega duże ułatwienie.







Zdrowe nuggetsy? Się robi?
Zazwyczaj szukam przepisów w internecie, czasem zasięgam po poradę mojej mamy, ale zdarza mi się też sięgać do odpowiedniej literatury. Czasem stosuję się do przepisu w 100 %, a czasem odpowiednio go pod siebie modyfikuję. Ostatnio królują u mnie książki z przepisami bez pszenicy. Moja córka z dnia na dzień, staje się coraz bardziej wybredna, a mi brak już czasem pomysłów na coś, co mogłoby jej posmakować. Najbardziej smakują jej pulpeciki i spaghetti. Zupy są na 1 miejscu. Ale kiedy jemy kurczaka w postaci np. jednego kawałka, bądź shoarmy - nie je wtedy wcale, choć dobrze wiem, że lubi. I wpadłam na pomysł, by zrobić... nuggetsy. Dzieciaki zawsze zajadają się tym w knajpach, czy macu, więc może by tak zrobić zdrowszą wersję? W książce Kuchnia bez pszenicy znajdziecie całe mnóstwo przepisów oznaczonych "Dzieci to lubią" - no i kurcze, rzeczywiście! Lubią, bo kurczak w takiej postaci znikł z Poli talerza w moment. Jestem teraz tylko ciekawa reakcji F. - podejrzewam jednak, że brak mu będzie tej niezdrowej paniery, ale kto wie...
Przygotowanie zdrowych nuggetsów jest błyskawiczne. Wg książki - 10 minut. Ale serio - pokrojenie kurczaka i obtoczenie go w jajku i przyprawach tyle nie trwa! No to lecimy!
Składniki:
Jajka łączymy z roztopionym masłem, a w drugiej misce mieszamy: siemię lniane, parmezan i wszystkie przyprawy. Kurczaka kroimy na kawałki ok. 3 cm, obtaczamy je w jajku, następnie w przyprawach. Na blasze wyłożonej pergaminem, układamy wszystkie kawałki i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 190 stopni. Wyjmujemy po 20 minutach. Do tak przyrządzonych nuggetsów, idealny będzie sos na bazie jogurtu naturalnego i czosnku. No...i tyle. Nudne to już będzie, ale rzeknę, że to...banał! :D
Zdrowa panierka z siemienia lnianego to idealny pomysł, dla osób dbających o linię i o zdrowie. Siemię lniane obniża poziom cholesterolu we krwi, ponadto działa też przeciw nowotworowo i przeciwzapalnie.
To jak? Spróbujecie?































No i raz na jakiś czas zdarzy się, że spełnię sobie taką zachciankę. Problem tkwi w tym, że jak już dopadnę się do zakazanego owocu, to ciężko mnie od niego oderwać. Kokosanki pochłaniam w ilościach ...ach. Szkoda gadać. W ogóle zdrowe odżywianie jest mega ciężkie. Gdybym to ja była sama, to luuuz! Ale nie! Nie jestem! Przyjdzie Ci taki chłop po pracy, wkroczy do domu, pocałuje w polik, a ty ... witasz go taka dumna, po trzech pełnowartościowych zdrowych posiłkach... na stole już czeka pyszna, zdrowa kolacja, ach! Ależ ja będę szczupła jak tak będę jadła! I skaczesz tak po kuchni z wizją siebie na plaży z płaskim brzuchem, jędrnymi pośladkami...i do akcji wkracza on. Otwiera lodówkę i rozpakowuje zakupy, a tam...ulubione wafelki. Takie z dwóch warstw, jedna śmietankowa, jedna czekoladowa. Kolejny zakup - pepsi. Ale to już mnie nie rusza. Kranówa the best, zawsze i wszędzie, a nie tam jakieś sztuczne gazy. No, ale zaraz po pepsi...dubletka. Z lidla! Jedliście kiedyś? Jezus mówię Wam! Kulinarny orgazm za 59 groszy. Miazga! A po dubletce to ci wyłoży chleb pszenny, taki biały, puszysty, a fuuu! Nie tknę, aż niedobrze mi się robi. I znów pogadanka się zaczyna, czy on wie co w takim chlebie jest, czy on zdaje sobie sprawę jak się truje. Chłop już słuchać nie może o tym brzuchu pszenicznym... "Sobie przeczytaj co w tej Twojej dubletce jest" - Ci odpowie cwaniak. I pozamiatane, koniec dyskusji! No i ja tupie nogą i mówię: czemu znów kupiłeś te wafelki? I słyszę..."Przecież nie musisz jeść"...rozumiecie? Nie musisz jeść...nie muszę. Pewnie, że nie. Nie muszem, ale chcem! Bardzo chcem. No dobrze, otwieraj! - zarządzam. A on na to: "Ale Alicja...nie łapczywie. Delektuj się, niech zostanie na jutro."... szkoda, że jeszcze nigdy nie zostało.
W ogóle życie z człowiekiem, który w nosie ma zdrowe żywienie jest ciężkie. O ile stoisz nad garami i pichcisz smaczne posiłki, jest super! Ja to zjem, dziecko zje, facet zje. Ale co jak poza pięcioma posiłkami dochodzi Ci wieczorna uczta składająca się z pierdyliarda niezdrowych rzeczy?! No i co...no i jedyną opcją, choć wcale nie jest ona najlepszym wyjściem jest... robienie słodkości samemu. Czegoś co pozwoli mi wiedzieć co jem i nie mieć aż takich wyrzutów sumienia. W końcu jeśli jeść słodkie to przynajmniej na bazie 4 składników, a nie... 40. Jest jednak taki problem, że to i tak na marne, bo wciąż nie mam umiaru. Wyjściem byłoby ani nie kupować, ani nie robić...ale skoro Twój rycerz na białym koniu, wraca z zapasem wafelków każdego dnia - to nie ma innej opcji. Kobito! Precz do kuchni...tam gdzie twe miejsce ( nie no bez jaj! ). No i kto by pomyślał, że z kulinarnej kaleki zrobi się ze mnie taka kuchareczka! Omlety, naleśniki, spaghetti, ciasteczka... a nawet kokosanki, o!
Z tymi kokosankami to jest śmieszna sprawa... ciasteczka orkiszowe to robiłam kilka razy, bo nie wychodziły. A kokosanki...one wyszły i za pierwszym razem i za drugim. Tylko jakby to ująć...nie zdążyłam zrobić zdjęć po prostu. Raz zrobiłam pod wieczór. Miałam robić zdjęcia dnia następnego. Ale wieczorem jak to zazwyczaj o tej porze bywa... tak nas przyssało, że wcięliśmy wszystkie. Drugi raz - sprawa podobna. A trzeci raz...trzeci raz to wczoraj był. Zrobiłam. Wyszłam na spacer. Wróciłam, a w domu... ciemno. Nici ze zdjęć, to myślę "schowam!". I budzi się z drzemki mały głodomór i chce jedną i druga i trzecią. Matka też się skusi na dwie, a co! Ile zostało? 15! No i wierzcie lub nie... 15 przetrwało do dziś! Dobry dzień wczoraj miałam. Po prostu jak F. wszedł do domu, to ja wyszłam. Nikt nic nie kupił, nikt nikogo nie kusił. Ha! No i mamy to! To ja Wam teraz powiem jak takie cuda zrobić. Na walentynkową ucztę, będą w sam raz!
KOKOSANKI można zrobić na dwa sposoby.
SPOSÓB I :
Wiórki prażymy na suchej patelni na lekko złocisty kolor. Zdejmujemy z ognia i studzimy. Białka ubijamy na sztywną pianę, dodajemy wanilię i stopniowo wsypujemy ksylitol. Na końcu dodajemy ostudzone wiórki i mieszamy. Ręką ( lub łyżką) formujemy nasze kokosanki. Powinny być mniej więcej wielkości orzecha włoskiego, ja tam lubię nawet większe. Tak uformowane kokosanki, układamy na papierze umieszczonym na kratce do pieczenia. Piekarnik powinien być nagrzany do 140 stopni, a kokosanki powinny piec się ok 20-25 minut, muszą się lekko zarumienić. Jeśli lubicie dodatek czekolady, możecie gotowe kokosanki polać czekoladą roztopioną w kąpieli wodnej.
SPOSÓB II
Masło roztapiamy w garnku i dodajemy: ksylitol, mleko, wanilię i wiórki. Gotujemy przez moment na małym ogniu, do czasu rozpuszczenia się ksylitolu ( cały czas mieszamy). Zdejmujemy garnek z ognia i czekamy aż przestygnie. Do zimnej masy dodajemy pianę ubitą z białek. I tak samo jak w sposobie nr 1 - ręką ( lub łyżką) formujemy nasze kokosanki, układamy na papierze umieszczonym na kratce do pieczenia. Tym razem piekarnik powinien być nagrzany do 180 stopni, a kokosanki powinny piec się ok 15-20 minut, do lekkiego zezłocenia. I tutaj również możecie polać je czekoladą.
Smacznego! :)


























Odwiedzasz czasem second-handy? Jeśli tak, zapewne i Tobie udało się kiedyś upolować coś fajnego. Nie? Nie wiesz co tracisz! A przede wszystkim... nie wiesz ile przepłacasz! I nie chodzi tutaj tylko o odzież, o nie... czasem można upolować dużo, dużo więcej! Nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się, że nic tam ciekawego nie ma...
Do lumpeksów za małolata, zabierała mnie moja mama. Wyglądało to mniej więcej tak: ona szperająca między wieszakami i ja nudząca się obok z miną wiecznie obrażonej nastolatki. Boże. Serio, nie wiem jak można było wytrzymać pod jednym dachem z kimś takim jak ja. Nieważne. Na początku u mojej mamy była euforia, ileż to tanich rzeczy można tam kupić! No i kupowało się tyle, że połowa i tak leżała, a pieniędzy wydawało się więcej, niż gdyby kupowało się kilka nowych. Z czasem mama zaczęła już kupować tylko to co naprawdę warto było kupić i było potrzebne. Jednak kiedy już trochę podrosłam, role się odwróciły. Mama przestała wydawać kasę, nawet w lumpeksach, ale raczej nie z potrzeby oszczędzania, a z powodu tego, że nagle mało co jej się podobało ( powoli mam to samo, dzięki mamcia! ;) ). Nagle to ja zaczęłam przynosić do domu perełki, a z każdym łupem coraz bardziej rósł we mnie instynkt łowcy. Co prawda nadal nie stałam na otwarciu z całym stadem nawiedzonym bab, które potrafią potraktować Cię z łokcia, bylebyś nie weszła przed nimi. Preferowałam raczej dwa dni po dostawie, lub ewentualnie godzinkę przed zamknięciem w jej dniu. Byle nie być wśród tych wszystkich oszołomów. Lubię spokój i nie lubię się wykłócać o to, że nieładnie tak wyrywać komuś coś z ręki podczas oglądania - bo nie raz jakaś starsza kobieta mnie tak potraktowała. No i własnie tak się każdy zawsze mi dziwił - że na otwarciu nie stoję, a łupy zdobywam. Szkoda, że nie ma w tej dziedzinie jakiegoś zawodu, byłabym ustawiona do końca życia.
W każdym razie lumpeksy w Inowrocławiu to był pikuś. Owszem, jeśli chodzi o odzież, nie mogłam narzekać. Ale dopiero w Warszawie zaczęłam w SH kupować zabawki, zastawę czy puszki do kawy. Dzisiaj na 1 rzut, postanowiłam pokazać to, co najbardziej sprawdziło się w praktyce i co kupiłam za absolutny bezcen. Tego wszystkiego jest dość dużo, dlatego postanowiłam zrobić całą serię wpisów z podziałem na kategorie. Dzisiaj zabawki - niestety nie pokażę Wam np. kołyski dla lalki, która została w Inowrocławiu, ale na pewno pojawi się jeszcze kolejna część z zabawkami. Będę Wam dawkować. Pozwoliłam też poszperać sobie w sieci i porównać ile za takie rzeczy zapłaciłabym w normalnym sklepie.
1. Cymbałki drewniane




2. Tabliczka ze zwierzątkami


3. Tabliczka FARMA





4. Krzesełko do karmienia dla lalki



5. Książeczka : "Gapiszon, krokodyl i..."




6. Laleczka do ubierania




7. Myszki do ubierania





8. Klocki drewniane - pokazałam je Wam już we wpisie
- był to absolutnie jeden z najlepszych zakupów, zwłaszcza, że tydzień wcześniej oglądałam podobne w sieci i kosztowały dużo ponad 100 zł - a wcale nie były ładniejsze. Wykonanie tych jest po prostu cudowne i idealne.



9. Ludziki - można zginać im nogi i ręce



10. Piramida układanka



Reasumując - za wszystkie rzeczy zapłaciłam 63 zł. Gdybym miała je kupować w normalnych sklepach zapłaciłam bym za wszystko w granicach: 550 zł - 700 zł - dokładnie wyszło mi ok. 650 zł, ale wiadomo, że każdej z powyższych rzeczy można znaleźć tańsze i droższe odpowiedniki. Ja starałam się szukać tych najbardziej podobnych, lub identycznych.
I dopiero teraz opadła mi szczęka, bo wszystko to kupowałam stopniowo, mniej więcej jedna rzecz na miesiąc - portfel absolutnie na tym nie cierpiał, a sumując to wszystko, można powiedzieć, że świetnie na tym wyszłam. No i serio, dopiero teraz zobaczyłam, że wszystko jest drewniane. Lubię plastikowe zabawki, ale te niestety jeśli już są w lumpeksach, to albo są to te z rodzaju totalnego kiczu, albo są strasznie zniszczone, połamane.
Polowanie na zabawki sprawiało mi największą radość, do czasu aż zaczęłam mieć szczęście do dodatków do domu. I to na tym skupimy się w następnym wpisie z tej serii. Do zobaczenia!
Przepis na ciastka orkiszowe wziął się zwyczajnie z miłości... Kocham wszelkiego rodzaju ciastka, ciasta, wafelki - nie mam jednak w zwyczaju robić ich sama, a odkąd przeczytałam składy tych z marketu - stwierdziłam, że wolę nie jeść ich wcale. Ostatnio jednak chęć na coś kruchego i słodkiego, chodzi za mną nieubłaganie. Postanowiłam więc spróbować... z racji, że nie lubię robić czegoś na pół gwizdka, nie zadowoliłam się ani za 1, ani za 2 próbą. Te pierwsze spaliłam. Zrobiłam zbyt grube, efektem czego zjarały się na dole, a w środku były surowe. Druga próba, było nieco lepsza... BUT STILL. Jakieś takie krzywe mi wyszły, jeden wyglądał jak opuchnięta buzia z uszami, drugi jak... a nieważne, bo to już trzeba naprawdę być utalentowanym. No, ale w smaku były już nawet, nawet. Do trzech razy sztuka, powiedziałam. I wpadłam na pomysł, by przepis jeszcze czymś wzbogacić. Ogromniasty smak miałam na żurawinę - ale, że jej nie miałam w swoich zapasach - wybrałam nasiona słonecznika, które lubię dodawać do wielu rzeczy: do sałatek owocowych, do sałatek z kurczakiem, do koktajli. No i wstyd się przyznać, ale na jednym się nie skończyło. Ja wcięłam chyba trzy, Pola dwa... ona padła z tego przejedzenia, a ja ledwo siedzę i spoglądam na resztę ciastek, a w głowie rozbrzmiewa mi myśl "oczy chcą...dupa nie może."
A jak d*** nie może, to ja już nic nie poradzę. Niech czekają. Może jak głodomór mój się obudzi to je spałaszuje. Kto wie! A tymczasem nie zwlekam i podaję Wam ten banalny przepis. Bierzcie i jedzcie z niego wszyscy! Bo to samo zdrowie. Tylko nie przesadźcie i zachowajcie umiar, choć z góry mówię, że będzie ciężko.
PRZEPIS NA CIASTKA ORKISZOWE ZE SŁONECZNIKIEM -
z poniższych składników wyjdzie Wam ok. 25 dużych ciastek. Po dwóch człowiek już jest zasłodzony, więc niech nie przerazi Was ilość cukru - nie jemy tego hurtowo ;)
Składniki:
Miękkie masło, ucieramy z cukrem na gładką masę. Dodajemy jajko, wanilię i sól. W drugiej misce mieszamy mąkę z sodą. Zawartość jednej i drugiej miski łączymy ze sobą i miksujemy. Wsypujemy nasiona słonecznika i drobno posiekane migdały i czekoladę. Z ciasta formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego i układamy na blaszce wyłożonej papierem. Każdą kulkę lekko spłaszczamy łyżką. Czas pieczenia to ok.15-20 minut w 180 stopniach - zależy jakiej wielkości i jak grube zrobiliście ciastka.
Czas przygotowania jest naprawdę krótki... zajmuje to od 5-10 minut. Jest to zdecydowanie opcja szybkiej i pysznej przekąski, dla całej rodziny. Jeśli spodobał Ci się mój przepis na ciastka - podziel się nim z innymi!
SMACZNEGO! :)



































taca - smukke
Jak schudnąć? Zaraz Ci powiem... ale najpierw odpowiedz... Ile razy zrywałaś się z postanowieniem "Od dzisiaj przechodzę na dietę!" - i kończyłaś szybciej niż zaczęłaś? Ile razy poddawałaś się, bo produkty były zbyt drogie, albo niedostępne, a potrawy zbyt czasochłonne i trudne. Ile razy głodziłaś się w imię zgrabnej sylwetki?
I ile razy doświadczyłaś tego okrutnego efektu jojo? Ja całe mnóstwo! Aż w końcu zrozumiałam, że kluczem do sukcesu jest zdrowy rozsądek i zrozumienie podstawowych błędów, które jeśli wyeliminujecie - ułatwią Wam zadanie.
Podam Wam dzisiaj 10 podstawowych rzeczy, które odpowiadają na pytanie jak schudnąć i które stopniowo, krok po kroku wdrażałam w życie, aż nagle ocknęłam się i zrozumiałam, że w sumie to już całkiem zdrowo się odżywiam i nawet nie wiem kiedy to się stało. Można by rzecz, że będą to rzeczy banalne - patrząc jednak na to, co ludzie jedzą i co nazywają "fit jedzeniem" łapię się za głowę i dochodzi do mnie, że nadal całe mnóstwo osób zdrowym określa to co po prostu nie kipi tłuszczem i nie jest czekoladą. Ewentualnie to co wali po oczach napisem FIT, mimo, że składzie ma całą książkę.
Jeśli jesteś osobą, która uważa, że na pytanie jak schudnąć, dostanie złotą receptą zdradzająca sikret, o którym wiedzą nieliczni - muszę Cię rozczarować. To właśnie te BANALNE rzeczy, które ujrzysz poniżej, są kluczem do sukcesu - niestety zazwyczaj ludzie po ich przeczytaniu mówią "Nie ma tutaj niczego co mi pomoże" - a następnie nawet nie próbują wdrażać ich w życie, nie rozumiejąc, że to PODSTAWY. Mamy jednak w zwyczaju przeświadczenie, że wiemy lepiej. Olewamy więc sobie te zasady, bo nawet jeśli próbujemy z nich korzystać - liczymy na natychmiastowe efekty. To tak nie działa.
Radzę więc Ci najszczerzej jak potrafię - wbij sobie te zasady do głowy, spisz, wydrukuj powieś w widocznym miejscu. A najlepiej to metodą małych kroków, wdroż je w życie i uznaj za naturalne. Trzymaj się ich tak, jakby były w Twoim życiu od zawsze.
Zanim przystąpisz do wdrażania jakichkolwiek zmian w swoje życie, ustalmy jedno - musisz nauczyć się jeść regularnie. Bez tego właściwie wszystkie Twoje starania pójdą na marne, a odpowiedź na pytanie jak schudnąć, po raz kolejny stanie się rozmyta. Dziennie powinnaś jeść 4-5 posiłków w odstępach 3 - 3,5 h. Chcesz mi powiedzieć, że to wcale nie takie ważne? Mylisz się. Robiąc sobie dłuższe przerwy i myśląc, że dzięki temu schudniesz robisz sobie krzywdę. Organizm sądzi, że się głodzisz, więc magazynuje sobie to co jesz i odkłada w postaci tkanki tłuszczowej. A to z nią chcesz właśnie walczyć, prawda? Jeśli masz problem z pilnowaniem tego, kiedy co zjadasz - pobierz za darmo i wydrukuj tygodniowy planner posiłków dostępny na projektfitmama.pl
Picie od 2,5 do 3 litrów wody na dzień to OBOWIĄZEK ( z którym wciąż mam problem). Kwestia ta jest często pomijana w zasadach zdrowego odżywiania, tymczasem mało kto zdaje sobie sprawę, że pragnienie bardzo często mylimy z ... głodem! I pakujemy w siebie kolejne kalorie. Nawodnienie przyspiesza nasz metabolizm, a co za tym idzie - sprzyja utracie wagi. O tym, że cudownie wpływa na naszą cerę chyba nie muszę wspominać? Jeśli cierpisz na ciągłe bóle głowy, być może popełniasz ten sam błąd co ja - pijesz za mało. Dla mnie idealną opcją jest nalewanie sobie szklanki wody od razu po wstaniu i napełnianie jej ponownie zaraz po wypiciu. Bardzo dobrze sprawdza się picie szklanki wody przed posiłkiem - zapewniam Was, że zjecie mniej!
I uważaj na walące po oczach napisy "fit". Teściowa kiedyś kupowała mi chlebek o nazwie fitness. Och super sprawa mówię Wam. Tylko jakiś taki puszysty był, zupełnie jak nie pełne ziarno czy razowe pieczywo. No to przeczytałam skład i co? Sama pszenica - a przypominam, że nawet najlepszej jakości pszenica, o co w dzisiejszych czasach ciężko, wciąż jest gorsza od NAJGORSZEJ jakości np. żyta. Kiedyś przez kilka miesięcy jadłam brązowe makarony i ryże, które na paczce miały napis RAZOWE, a okazało się, że są one jedynie "pokolorowane", a w składzie przeważa pszenica. Makarony, ryże i chleby - jeśli mają w sobie pszenicę, a ty jesz je na potęgę - cóż... być może właśnie dlatego nie chudniesz. Nie bez powodu mówi się o dużych napęczniałych brzuchach "brzuch pszeniczny". Wystarczy, że przez dwa dni będę jadła pszeniczne makarony i pieczywo i w moment mój brzuch pęcznieje. Wystarczy, że je odstawię i zamienię na razowe - w moment brzuch staje się płaski.
Stopniowo. I pomału zamieniaj wszystko na zdrowsze zamienniki. Nie jestem za wielką rewolucją teraz i tutaj - na mnie to nie działa. Muszę do wdrażać w życie naturalnie. Ja zaczęłam kiedyś od śniadań. W krew weszły mi zdrowe jajecznice, omlety, kanapki. Potem przekąska: owoce z jogurtem to dla mnie codzienny, cudowny obowiązek, z którego cieszę się bardziej niż z batona! Potem tak samo rób z obiadem, podwieczorkiem, kolacją...
Odstaw gazowane napoje i sztucznie barwione soki. Woda z lodem, cytryną i miętą potrafi również być dobra! To za mało? Co powiesz na świeżo, wyciśnięte soki? Przynajmniej wiesz co pijesz - bez składu z kilkunastoma pozycjami. Kiedyś nie wyobrażałam sobie życia bez soków. Jeden karton dziennie ( 2 L ) to była norma. Dzisiaj picie takiego czegoś to byłaby kara. Człowiek jednak przyzwyczaja się do smaków. Pijąc tylko wodę i świeże soki, chemię w soku z marketu wyczujesz lekko maczając język w szklance!
Jeśli jesteś uzależniona od słodkiego - spokojnie! Cukier znajduje się również w owocach! Zapewniam Cię, że drugie śniadanie w postaci owoców czy koktajlu sprawi, że nie będziesz myśleć o czekoladzie. Oczywiście... nie od razu. Jeśli spożywasz cukier w dużych ilościach, jego odstawienie ( nawet jeśli będziesz jeść owoce) może objawić się osłabieniem i bólem głowy. Bez paniki. To minie!
Właśnie po to jadłospis obejmuje 5 porządnych posiłków co 3 godziny, żebyś między nimi nie musiał już podjadać. Pamiętaj, że nieumyślnie pochłaniamy dużo kalorii. Kawy różnego rodzaju, ciasteczko owsiane - zbierz to wszystko do kupy i wyjdzie Ci 6 danie. Przekąski między głównymi posiłkami są po to, byś nie musiała dopadać lodówki kiedy tylko zaburczy Ci w brzuchu. Wierz mi, że z czasem przywykniesz do regularności 3 - 3,5 h i nawet nie będziesz myślała, by jeść częściej! Wiele osób zadaje sobie pytanie jak schudnąć, twierdząc, że robi wszystko ok - tymczasem zupełnie nieświadomie wpycha w siebie puste kalorie.
Nie musisz od razu przebiec maratonu, ale gwarantuję Ci, że wydurnianie się z dzieckiem i podskoki, zawsze są lepsze niż leżenie plackiem na kanapie! Przestań się wymigiwać obowiązkami czy dziećmi - dziecko na pewno będzie wniebowzięte jeśli poszalejecie razem przy muzyce. Metodą małych kroków rób coraz więcej. Dodaj 10 przysiadów, po tygodniu jakieś krótkie 10 minutowe ćwiczenie z Mel B. Nie zrywaj się od razu i nie rób godzinnego treningu nie mając kondycji, bo tylko się niepotrzebnie zrazisz!
I wybierz to co lubisz najbardziej. Błędem, który popełniają ludzie chcący schudnąć jest to, że jedzą jakieś beznadziejne posiłki, które im nie smakują, bo przeczytali, że są zdrowe. Obiad to nie ma być pomidor z sałatą, a konkretne mięso zdrowo usmażone na oliwie bądź na grillu, z mega dobrym warzywkiem i ryżem i dipem czosnkowym na bazie jogurtu. Serio! Kombinuj w kuchni, testuj nowe smaki i ciesz się zdrowymi, pysznymi posiłkami.
Lub przykrej konieczności - traktuj to jako coś normalnego, a ani się obejrzysz, a wejdzie Ci to w krew jakby było w Twoim życiu od dawna.
Na koniec chciałabym też poza tą dziesiątką, powiedzieć Ci bardzo ważną rzecz. NIE ZACZYNAJ CIĄGLE OD NOWA. Od lat robiłam ten błąd, że kiedy drugiego dnia "diety" skusiłam się na colę, to z automatu było to dla mnie poddanie się, a kolejny dzień znów był "pierwszym". Olej to. Grzechy zdarzają się każdemu. Jeśli każdą słabość będziesz traktowała jako koniec, to ciągłe próby i początki Cię zmęczą. Jeśli jutro zdarzy mi się zjeść w biegu batonik - czy to oznacza, że mój zdrowy styl życia się skończył i muszę zacząć od nowa? NIE! Zapamiętaj to sobie! Jeśli wszystko ma się toczyć naturalnie, to gdzie Cię zaprowadzą wieczne końce i początki? Oczywiście zbytnio tego nie wykorzystuj... słabości muszą mieć mniejszą częstotliwość niż zdrowe posiłki. NIGDY na odwrót.
Kiedy już uda Ci się żyć w miarę zdrowo, raz w tygodniu rób sobie cheat meal - oszukany posiłek, ale o nim więcej w osobnym poście. Pozwól sobie po prostu na przyjemność. Nagródź się czymś czego na co dzień nie spożywasz. Jeśli jednak masz słabą wolę i boisz się, że skończy się to na obżarstwie za 10 - lepiej się powstrzymaj i poczekaj jeszcze 2 tygodnie. Może po tym czasie będzie Ci łatwiej zachować umiar przy oszukanym posiłku.
No i ostatnie... odwiedź dietetyka. Ale takiego DIETETYKA DIETETYKA, a nie pseudo. W dzisiejszych czasach specjalistów jest całe mnóstwo, ale niewielu jest naprawdę dobrych i godnych polecenia. Każdy z nas jest inny i jeśli naprawdę Ci zależy - a zwłaszcza jeśli spełniasz wszystkie punkty, a nadal nic się nie dzieje - musisz go odwiedzić.
Z tego miejsca życzę Ci powodzenia! Jeśli ktoś z Twoich znajomych również zastanawia się jak schudnąć - podrzuć mu ten tekst! Zapraszam również do lektury uzupełniającej:
https://www.alicjawegner.pl/detoks-cukrowy-odstaw-cukier-w-3-dni/
https://www.alicjawegner.pl/5-zdrowych-sniadan-w-5-minut/
Jak zrobić omlet - dziś sama się dziwię, że są osoby, które tego nie wiedzą. O dziwo - ja też nie wiedziałam, dopóki nie dowiedziałam się jakie to banalne! Nowy Rok to doskonała okazja do jeszcze większej mobilizacji w walce o bycie fit. Kiedy byłam nastolatką, zrywałam się z różnymi dietami, kupując jakieś twarożki, suchary itp. Męczyłam się, katowałam, a efekty były zerowe. A jeśli jakimś cudem już jakieś były - to tylko chwilowe. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że wystarczy zdrowy rozsądek i odrobina wiedzy, która pomoże mi rozróżniać jedzenie od jedzenia. Jak już zrozumiałam, że nie potrzeba jakiś wymyślnych jadłospisów i kombinacji - w moment zaczęłam niezdrowe zamieniać na zdrowe. Chwila moment i stało się dla mnie normalną rzeczą, że kupuję chleb tylko taki, który nie ma w sobie pszenicy, jogurt tylko taki, który nie ma w sobie mleka w proszku no i generalnie...wszystko to czego skład nie jest całą lekturą obowiązkową na 30 linijek. Kiedyś wspominałam już Wam, że metodą małych kroków, zaczęłam od śniadań. Tak weszło mi to w krew, że nie zjem niczego innego, prócz ulubionych pozycji typu: omlet, jajecznica, kanapki z łososiem...
No i właśnie... bo bohaterem dzisiejszego wpisu jest ... omlet. Wyobraźcie sobie, że jeśli jest się kulinarną kaleką, to słowo OMLET brzmi mniej więcej jak BEZA. To jest po prostu kochani coś niewykonalnego dla osoby, która umie tylko smażyć schabowe i gotować jajka. Ale kiedy zostałam świeżo upieczoną mamuśką i kupiłam sobie pierwszą książkę Ewki - w 1 albo 2 dniu Ewka nakazał mi ten omlet zrobić... Tragedia ludzie! Ugotować jajka bym umiała...ale omlet? No jakie było moje zdziwienie, kiedy go zrobiłam, zjadłam i stwierdziłam, że to jest...pyszne! Ale to jest nic. Teraz jak ktoś pyta " Jak Ty robisz ten omlet?" - myślę sobie " No jak to jak. Normalnie." I nagle dochodzi do mnie, że nie tylko ja byłam tak słabo wyedukowana w dziedzinie kulinarnej. Jest nas wiele! A jeszcze bardziej utwierdziło mnie ostatnio wejście na moją stroną z wyszukiwarki, poprzez wpisanie hasła " Jak zrobić omlet z samych jajek". Damn! Jest nas więcej!
Dlatego dzisiaj tym bardziej proszę o wyrozumiałość, ludzi chociaż ciut uzdolnionych kulinarnie. Serio, nawet banalnych przepisów, trzeba było się kiedyś nauczyć! Niektórzy, robią to dopiero teraz. No to lecimy!
SKŁADNIKI:
Jajka wrzucamy do miski, roztrzepujemy. Dodajemy pokrojoną drobno cebulkę, rozgnieciony czosnek i rukolę. Wszystko mieszamy. Doprawiamy do smaku. Na patelni rozgrzewamy łyżkę oliwy i wlewamy masę na omlet. Po ok. pół minuty sprawdźcie czy Wasz omlet odchodzi już ładnie od patelni i jest "ścięty" i przewróćcie go na drugą stronę. Takie cudo możecie posypać na wierzchu rukolą albo kiełkami, a do tego zjeść dwie kromki pieczywa razowego. Pyszka!
Przepis ten możecie dowolnie modyfikować i na miejsce rukoli wrzucać to co Wam najbardziej smakuje np. brokuł, szpinak, papryka, roszponka, pomidory. Wszystkie chwyty dozwolone - byle zdrowo!
PS: Chciałam też dodać, że dla mnie zawsze takie śniadanie wydawało się mało smaczne i generalnie - bez szału. Wszystko zmieniło się w momencie, w którym pierwszy raz w ogóle odważyłam się coś takiego spróbować. Wiecie... ja to kanapkowa dziewczyna za czasów szkolnych byłam. Kanapki na śniadanie, obiad i kolację najlepiej. Więc ten omlet to naprawdę WYCZYN kulinarny był na pierwsze razy w kuchni. A teraz? Nie wyobrażam sobie śniadania bez niego. Jest genialny. A jeśli dobrze doprawiony - to rozwali Wam kubki smakowe - pozytywnie oczywiście!
PS: Jeśli ktoś jeszcze z Waszych znajomych, zastanawia się jak zrobić omlet - podrzućcie mu ten wpis!








Imprezowe przekąski, na które postawiłam rok temu to:
W tym roku spontanicznie na sylwestra wybieram się ze znajomymi do wynajętego na wyłączność pubu. Będzie ok.30 osób, a każdy ma zrobić coś samodzielne w domu i przynieść. No właśnie. I z tego co widzę, wszyscy najchętniej zrobiliby sałatkę gyros i cezar oraz ... ciasta. Zaczęłam więc myśleć intensywnie, a że jadłam wczoraj w restauracji łososia, wpadłam na pomysł, że to on będzie odgrywał w dwóch pierwszych przekąskach główną rolę.
Jeśli śledzicie dobrze mojego bloga, będziecie pamiętać to cudo z mojej relacji z warszawskiego hotelu. Podano nam wtedy mały starter przed zjedzeniem tego co zamówiliśmy. Moje podniebienie oszalało wtedy z zachwytu, a ja od tamtej pory tylko czekam na okazję żeby te cuda stworzyć. Jestem kulinarną kaleką, ale to jest po prostu banał! Poniżej podaję Wam składniki dla uzyskania 1 porcji. Dostosujcie to po prostu do liczby gości.

Łososia i cebulę kroimy w kosteczkę i mieszamy ze sobą. Dodajemy tymianek w drobnej postaci. Pamiętajcie, by cebulka było pokrojona bardzo drobno. Wymieszane składniki doprawiamy wedle gustu pieprzem i solą, dodajemy łyżeczkę oliwy, mieszamy. Nakładamy całość na maleńką miseczkę, bądź mini talerzyk kładziemy na górę kiełki rzodkiewki, a obok dekoracyjnie kapary. Całość przed podaniem skrapiamy sokiem z cytryny.
Nie wiem czy kiedykolwiek tego próbowaliście, ale 'oatcakes' to takie placuszki a'la grzanki z mąki owsianej. Możecie kupić je w każdym sklepie, w którym znajduje się zdrowa żywność. Oczywiście możecie to samo zrobić na cienkiej grzance. Byle było to coś kruchego.

Kolejny banalny przepis. Potrzebujemy:
Na grzanki nakładamy po jednej, dość solidnej łyżce serka. Zawijamy plaster w "rurkę" i kładziemy na serku. Na górze posypujemy drobno posiekany szczypiorek, lub kładziemy w takiej formie jak na zdjęciu.
Kolejna smaczna i łatwa w przyrządzeniu przekąska. Można tutaj kombinować i fantazjować do woli. Nadziewamy wszystko to, na co mamy ochotę. Ale ja tam uwielbiam mięsny klasyk z cebulką i pieczarą! Mniami!

Składniki na 4 szaszłyki:
opcjonalnie może dodać np. paprykę, cukinię lub inne warzywa.
Do marynaty:
No i oczywiście - patyczki.
Pierś z kurczaka kroimy na kwadraciki, w miarę równe kawałki. Tymianek i pietruszkę drobno siekamy. Oliwę, przyprawy i wszystkie składniki do marynaty mieszamy w misce. Wkładamy do niej kawałki kurczaka i tak jak przy marynowaniu - przykrywamy miskę folią i wsadzamy do lodówki na ok. 45 minut. Warzywa kroimy wedle uznania, skrapiamy oliwą. Wyjmujemy kurczaka z lodówki i nadziewamy go razem z warzywami na patyczki. Szaszłyki możecie przyrządzić zarówno w piekarniku jak i na grillu. Czas przygotowania w piekarniku to ok. 30 min przy 200 stopniach. Na grillu - ok. 15 minut.
Pamiętam swój wyjazd na see blogers, gdzie w roomie dla prelegentów, był cały stół różnego rodzaju przekąsek. Niby nie byłam głodna, ale kiedy dopadłam tacę z mini tortillami, modliłam się tylko o to, by zostać tam sam na sam właśnie z nimi. Raj dla podniebienia!

Jeśli będziecie robić wersję z łososiem, możecie zrobić tortille zarówno z tatarem jak i z plastrami wędzonego. W przypadku kurczaka, rozbijamy go jak kotlety, przyprawiamy i smażymy. Po usmażeniu kurczaka wraz z warzywami kroimy w paseczki. Warzywa można pokroić w drobną kosteczkę, jak kto woli. Placki na tortille, smarujemy serkiem, następnie posypujemy mixem sałat, startym serem, kładziemy kurczaka i warzywa. Każdy placek zwijamy jak tradycyjną tortillę i tak zwinięty kroimy na mini tortille.
Tutaj już nie będę się rozpisywać. Robicie je totalnie wg własnego uznania, z tym z czym lubicie je najbardziej. Chodzi tutaj tylko o to, by np. w przypadku chleba tostowego przeciąć je na 4 trójkąty i w 3 warstwach nabić na patyczki. Możecie tutaj kombinować do woli i umieszczać przeróżne sałaty, warzywa, mięsa, a nawet sadzone jajka. Chlebek oczywiście najlepiej będzie smakował, jeśli go lekko przypieczemy. Będzie chrupki i nie zmiękczy się nam od sosów, jeśli będziecie chcieli takie dodać.

Pomysłów na imprezowe przekąski jest całe mnóstwo. Tak naprawdę, możecie zrobić WSZYSTKO dzieląc to na mniejsze porcje, umieszczając w malutkich miseczkach itp. Pamiętajcie, że podczas imprez, zwłaszcza jeśli pije się alkohol, stajemy się głodni - ale wcale nie myślimy wtedy o wielkiej porcji obiadowej, a o czymś "na ząb". O wiele fajniej jest postawić na stole kilka, różnorodnych przekąsek, z których każdy znajdzie coś dla siebie, niż jedno duże danie.
Mikrodermabrazja to fajne doświadczenie, które warto opowiedzieć krok po kroku. O klinice MURANO dowiedziałam się jakieś dwa miesiące temu. Zapewne poszłabym do niej od razu, gdyby nie fakt, że jestem typową matką polką z dzieckiem pod pachą. Z dzieckiem jestem WSZĘDZIE. W sklepie, w wannie, w łóżku, u dentysty. 24h, 7 dni w tygodniu. I bądź tu człowieku mądry i znajdź czas i chęci, by wyjść gdzieś SAMEMU. Takiej okazji jednak przepuścić nie mogłam. Już od jakiegoś czasu czułam się przytłoczona wiecznym makijażem na buzi. Coraz częściej chodziłam bez makijażu, zaczęłam systematycznie stosować peeling i krem. Czułam jednak, że te wszystkie lata zapychania cery tonami fluidu i pudru - pozostawiły po sobie ślad...ślad w postaci martwego naskórka i zapchanych porów.
Do tej pory nie zagłębiałam się w oferowane zabiegi kosmetyczne. Szczerze mówiąc, żyłam nawet w przekonaniu, że zapewne to wszystko to pic na wodę i po co w ogóle robić coś takiego, przecież wystarczy zmywać makijaż, nałożyć jakiś krem i po sprawie. Taaak. Oczywiście.
No dobra. To zacznijmy od początku.
Co to w ogóle jest ta mikrodermabrazja diamentowa?
Mikrodermabrazja, a konkretnie SilkPeel czyli połączenie mikrodermabrazji oraz infuzji. W głąb skóry zostaje wtłoczony odpowiedni komponent. Taki zabieg ma głównie na celu oczyszczenie skóry, złuszczenie naskórka i pobudzenie odnowy komórkowej. Więcej o zabiegu: klik
Wskazania i przeciwwskazania:
Zabieg ten jest jak najbardziej przeznaczony dla cery, która pozbawiona jest blasku. Jest szara i przesuszona. Zabiegu nie należy natomiast wykonywać kiedy na naszej twarzy występuje opryszczka, kiedy mamy aktywne stany zapalne bądź nowotwór skóry.
Jak przebiega zabieg?
Oczywiście pominę kwestie typu: pogawędka z obsługą, ciepła herbata i plotki. W gabinecie, w którym odbywa się zabieg, w osobnym pomieszczeniu zdejmowana jest góra ubrania. Na głowę nakładamy opaskę, a zamiast bluzki - białą, seksowną narzutkę ;) Kiedy znajdujemy się już na fotelu, rozpoczyna się demakijaż twarzy. Wybieramy też preparat, który będzie dla nas odpowiedni. Mamy do wyboru 4 preparaty:
Cery trądzikowej nie mam, przebarwień również nie. Najodpowiedniejszy wg mnie był preparat z kwasem hialuronowym, który doskonale nawilża i sprawia, że skóra staje się znacznie bardziej promienna i miła w dotyku.
Zabieg został przeprowadzony na całej twarzy, szyi oraz dekolcie. Był całkowicie bezbolesny, a zaróżowienie znikało z minuty na minutę. Na sam koniec całość została nawilżona kremem. Najlepszy efekt osiąga się przy powtórzeniu tego przy serii 4-6 zabiegów. Jednak nie oznacza to, że JEDEN zabieg nie daje nam żadnego efektu. Wręcz przeciwnie. Moja skóra po 3 dniach od zabiegu jest po prostu...fantastyczna. Miękka w dotyku, delikatna i co najważniejsze - widać, że jest oczyszczona.
Po zabiegu, na własne oczy widziałam ilość martwego naskórka, który został mi usunięty. SilkPeel trwa krótko, bo 20-30 minut - a to dla mnie baaardzo ważna kwestia, zważając na to, że jeśli już wychodzę z domu to i tak muszę załatwić sprawy w tempie ekspresowym - sami wiecie jak jest - chcemy się wyrwać, a potem obsesyjnie myślimy, czy nasze dziecko czasem nie płacze. MATKI.
Wiem jednak, że jak przy każdym zabiegu - pojawiają się też negatywne opinię. Pominę kwestię ceny - to jest temat, który nie podlega dyskusji. W mniejszych miastach jest taniej, w większych drożej. Albo kogoś stać, albo nie. To jest nieistotne. Czasem ludzie nastawiają się na spektakularne efekty. Oczekują, że jeden krótki zabieg, usunie im zmarszczki, wygładzi cerę maksymalnie jak się da. Jednym słowem: ludzie oczekują efektu niczym z photoshopa. NIE! Główny cel to oczyszczenie i nawilżenie. Nie spodziewaj się, że będziesz wyglądać nagle jak zupełnie inna osoba. Nie taki jest cel zabiegu! Generalnie jestem zdania, że zanim poddamy się jakimkolwiek zabiegom - musimy zgłębić swoją wiedzę na jego temat najbardziej jak się da.
O czym warto wiedzieć?
Hit czy kit?
Mając wiedzę na temat tego zabiegu i wiedząc co ma on na celu. Stwierdzam - mikrodermabrazja to HIT! Jest to jedna z tych rzeczy, z której wiem, że skorzystam jeszcze nie raz. Jestem natomiast PEWNA, że ogromne znaczenie ma to, kto wykonuje nam ten zabieg. Ja postanowiłam wybrać profesjonalną klinikę, w której wiedziałam, że wszystko zostanie wykonane tak jak powinno być. Dostałam już wielokrotnie w życiu nauczkę, że na rzeczach tego typu nie powinno się oszczędzać.
A jeśli o cenach mowa- klinika MURANO właśnie w okresie świątecznym przygotowała dla wszystkich bardzo fajne zniżki. Zajrzyjcie na stronę i sprawdźcie sami, czy jest coś, co mogłoby Wam pomóc.
A na koniec - NAJLEPSZE!
KONKURS ZAKOŃCZONY!!!
Chcesz poddać się zabiegowi mikrodermabrazji diamentowej wykonanej w klinice murano?
Odpowiedz na dwa pytania i wygraj zabieg!
W komentarzu koniecznie podaj swój adres e-mail, z którego w razie wygranej będziesz się z nami kontaktować! Będzie mi miło jeśli udostępnisz wpis na facebooku.
Bawimy się do niedzieli tj. 13.12. Wyniki zostaną ogłoszenie w przeciągu trzech dni od zakończeniu konkursu, w tym samym wpisie.
WYNIKI !!!
A oto komentarz, który wygrał zabieg: mikrodermabrazja diamentowa. Serdecznie gratulujemy! Zwycięzcę proszę o wiadomość na adres e-mail: alicja.wegner.blog@gmail.com

GRATULACJE !!!
narzutka w kwiaty: klik
