Tak było ze mną. Zawsze kiedy podejrzewałam u siebie jakieś poważne zaburzenie - ludzie wkoło sprowadzali mnie na ziemię. Że to na pewno nie depresja. Że to hormony, że młodość, że wyimaginowane problemy i nadmiar czasu. Cholernie nienawidziłam momentami tej swojej młodości, która wyrządza mi taką krzywdę. Borykałam się z wieloma problemami, a większość z nich miała podłoże czające się w mojej niskiej samoocenie. Nigdy nie byłam dla siebie wystarczająco dobra, piękna i mądra. Pamiętam każdy tekst, który mnie zranił i sprawił, że poczułam się gorsza. Żarty znajomych - żartowali wszyscy, ze wszystkich, ale ja odbierałam wszystko personalnie. Co w tym wszystkim najgorsze - nigdy nie dawałam tego po sobie poznać. Udawałam, że również się z siebie śmieję, udawałam, że nie słyszę, że mnie to nie obchodzi. Tymczasem moja dusza płakała. Wracałam do domu i zdejmowałam maskę pewnej siebie dziewczyny. Noc była idealnym czasem, by płakać z bezsilności. Bo jestem brzydka, głupia i nic nie warta. Później płacz zamienił się w obojętność. Taką, kiedy obojętne Ci jest nawet to czy oddychasz.
Ludzie mnie lubili. Byłam duszą towarzystwa, wszędzie było mnie pełno, ale nie lubiłam zagrzewać miejsca w dużych paczkach i chodzić na integracyjne spotkania klasowe. Miałam swój świat, swoją garstkę znajomych i potrafiłam się dostosować do każdej grupy - byle na chwilę. Byłam cwana w grupie, ale kiedy zostawałam sama z obcymi mi ludźmi, ukazywała się bardzo mocno moja "alienacja". Wolałam stać, obserwować i nie zabierać głosu. W obcym towarzystwie, nie mając swoich "sojuszników" byłam pizdą.
Choć w liceum zadzierałam bardzo często łeb, to czułam się zawsze najgorsza. W pewnym momencie doszło do tego, że czułam się nawet brzydsza od najbrzydszych dziewczyn w szkole. Miałam powodzenie i nie mogłam narzekać na brak zainteresowania. Żyłam w dwóch różnych osobowościach. Będąc w grupie czułam się pewna siebie, wiedziałam, ze podobam się innym, ale będąc bez swoich przyjaciół, czułam się jak śmieć.
Problemy z nauczycielami i wiele sytuacji, w których musiałam mierzyć się z okrutnymi plotkami na mój temat, coraz bardziej przybijały mnie do ziemi. Pamiętam jak zaczęłam prowokować wymioty, żeby być chudszą, ale pamiętam też jak wymiotowałam non stop, bez zmuszania się do tego - po prostu, z nerwów. Z czasem nerwy zamieniły się w obojętność, a życie zamieniło się w wegetację.
Moja mama borykała się z nerwicą i często nie rozumiałam jej samopoczucia. To ja! To ja, potrzebowałam pomocy, a tymczasem nikt nie miał mi siły jej dać. Tata całymi dniami pracował, a mama nie umiała sobie poradzić ani ze swoimi emocjami ani z moimi. Przez moment czułam, że nic mnie z nimi nie łączy - bo choć mówili, że wszystko robią dla mnie, to ja wcale tego nie czułam. Nie rozumieli moich problemów, moich potrzeb. Nie umieli ze mną normalnie rozmawiać. STOP! Dziś mam wrażenie, że to ja nie umiałam im normalnie przekazać co we mnie siedzi, nie umiałam prosto z mostu poprosić o pomoc. Kamuflaż był łatwiejszy. Nie czułam, że mam w nich oparcie, choć dzisiaj wiem, że oni po prostu nie wiedzieli... nie wiedzieli jak mogą mi pomóc i czy w ogóle w czymś mogą pomóc. Dodatkowo styl wychowywania przez ich rodziców, nich samych, odbiegał od tego na co dziś tak bardzo zwraca się uwagę. Nie zaznali jakiś wielkich czułości, nie słyszeli non stop, że są kochani. Tego samego nie umieli okazać mi. Wydawało im się, że okazują to poprzez inne czyny - okazywali, dzisiaj to wiem i widzę to wyraźnie - ale na tamten czas, potrzebowałam innej formy okazywania uczuć. Potrzebowałam słów, realnych pocałunków w czoło i przytulań - zwłaszcza wtedy kiedy byłam nastolatką. Tylko, że jakoś nigdy im tego nie powiedziałam. A wszystkie problemy rodzą się właśnie z tego, że nie mówimy sobie nawzajem o własnych oczekiwaniach i potrzebach.
Pewnego wieczoru, myśleliśmy, że mama umiera, albo ma jakiś wylew. Zrozpaczeni wzywaliśmy karetkę przez telefon i wtedy zrozumiałam co dzieje się z moją mamą, a konkretnie co dzieje się z człowiekiem, który gromadzi w sobie negatywne uczucia takie jak stres, zdenerwowanie. Zrozumiałam co się dzieje z człowiekiem, który tym wszystkim emocjom pozwala rządzić swoim życie. Poczułam wtedy, że nie chcę takiego życia dla siebie. Że jeśli nie zacznę pracować nad swoimi emocjami, to one zawładną również i moim życiem. Nie chciałam, by moje dzieci widziały mnie w takim stanie w jakim ja wtedy, swoją mamę. Ale byłam zbyt młoda, by to wydarzenie skłoniło mnie do zmian na dłuższą metę. Trwałam w swoich depresyjnych stanach i miewałam już początki tego co moja mama, ale nie chciałam o tym nikomu mówić. Nie chciałam zrzucać maski, którą ubierałam każdego dnia. Był psycholog, był psychoterapeuta. Ale ja chyba sama nie byłam gotowa na zmiany. Byłam młoda i głupia... a jednocześnie zagubiona. Nie mówiłam rodzinie o swoich problemach, bo... nie chciałam im dokładać, a tym bardziej nie chciałam denerwować mamy. Udawałam więc, że jest w miarę ok... i sama przytakiwałam, że to tylko moje młodzieńcze problemy.
Przez kilka dobrych miesięcy, w moim 30 metrowym pokoju, rolety nie były podnoszone do góry. Wracałam do ciemnego pokoju i chodziłam spać. Moja mama wtedy pracowała, tata też. Kiedy wracali, zazwyczaj akurat wstawałam, zawsze wmawiając im, że kładę się na ok 10. minut, żeby się kimnąć. Wstawałam, kąpałam się, siedziałam przy kompie i szłam znów spać. Sytuacja ze szkołą, o której pisałam TUTAJ, wykańczała mnie totalnie. Światełko w tunelu pojawiło się wtedy, gdy mama dała mi książkę "Sekret". Pamiętam, że dając mi ją powiedziała: może pomoże Ci się uporać z Twoimi nastrojami - coś w ten deseń. Dziś bardzo to doceniam, bo taki gest od osoby, która ma problem z okazywaniem uczuć, to naprawdę coś wielkiego. Książka leżała i czekała... aż się doczekała. Nie rozumiałam jej wtedy za bardzo, ale zdania, które w niej były, sprawiły, że zerwałam się z łóżka jak oparzona. Odsłoniłam rolety, wysprzątałam pokój i ... miałam ogromną chęć, by nareszcie zacząć żyć. Tak naprawdę, a nie tylko dla pozorów. Bo ja naprawdę miałam fantastycznych przyjaciół, fantastyczne przygody i masę wspomnień dzisiaj - ale w samotności zmagałam się z najgorszymi demonami, jakie mogłam mieć w swojej głowie. A te demony strasznie mi przeszkadzały w normalnym, codziennym funkcjonowaniu i popełniłam przez nie sporo błędów, próbując się dowartościować.
F. przyjął mnie w swoim życiu z całym workiem moich problemów. Ostatnio popłakałam się i podziękowałam mu za to, że przez to wszystko dzielnie przeszedł. Każdy facet kopnąłby mnie w tyłek po miesiącu jazd, które urządzałam jemu i sobie samej. Ale on to znosił. Powiedziałam mu ostatnio " Musiałeś mnie naprawdę zawsze mocno kochać, skoro cały czas przy mnie trwałeś...". I jego psychika ucierpiała przez to, co mu fundowałam i wyzwoliła w nim złe zachowania, ale razem uporaliśmy się z tym wszystkim w miarę upływu czasu. Kiedy znalazłam się z nim w związku, przeskoczyłam do kolejnej skrajności. On był całym moim życiem. Olałam przyjaciół, rodzinę i kiedy zostawałam bez niego - nie miałam absolutnie nic.
Kiedy zaczęłam studiować, pracować i myśleć o dziecku, zaczęłam wychodzić na prostą... czytałam "Sekret", starałam się myśleć pozytywnie. Nareszcie zaczynałam budować SWÓJ własny świat. Ale demony wciąż dawały o sobie znać. Narodziny Poli były moim ratunkiem i receptą na całe zło. Prawie całe. Pola stała się moim motorem napędowym i motywacją, by walczyć o siebie i nauczyć się żyć. Zaczęłam czytać więcej książek, zaczęłam pracować nad sobą i wzięłam swoje życie w swoje ręce - więcej o wszystkich zmianach, przeczytacie TUTAJ.
Dziś ludzie gratulują mi odwagi, determinacji, a niektórzy wyrzucają: Tobie łatwo mówić, bo to i tamto. Niektórzy myślą, że z depresją uporałam się na stałe. Ale to nie do końca tak jest. Depresja wciąż się czai, próbuje mnie atakować. To nie jest tak, że całe życie jesteś pesymistą w depresji, a dzięki zmianom jesteś pewny, że już taki nigdy nie będziesz. Już całe życie trzeba pracować nad tym, by depresja do nas nie wróciła. Już całe życie trzeba nad sobą pracować, uczyć się swoich emocji, uczyć sobie radzenia z problemami. Bo wystarczy, że jakiś problem pojawi się w momencie, w którym jesteśmy słabsi - i może przejąć kontrolę nad całym naszym życiem. Taka sytuacja spotkała mnie w sierpniu, zeszłego roku. Mało brakowało i mogłabym rozwalić całą pracę nad sobą, na którą poświęciłam tyle lat. W moim życiu zdarzyło się coś, co było chyba moją najgorszą obawą, przez większość mojego życia. Potrafiłam popłakać się idąc na ulicy, nie panowałam nad swoimi nerwami. Byłam wściekła, a jednocześnie obojętna na prawie wszystko co mnie otacza. Wszystko stopniowo, znów zaczęło tracić dla mnie sens. Przez ostatnie miesiące pisałam na blogu motywacyjne teksty, mówiłam ludziom jak radzić sobie z problemami - a nagle sama nie umiałam się do tego zastosować. Wszystko inne było takie jak powinno być - nie mogłam narzekać. Ale na jednej płaszczyźnie zawaliło mi się kompletnie wszystko. Miałam wrażenie, że cała moja praca nad swoją samooceną, znów legła w gruzach. Czułam się jak śmieć. Odbierałam Polę z przedszkola w stanie opłakanym. Wyglądałam jak żul, w dresach, który pił całą noc - tak naprawdę miałam twarz i oczy zmęczoną od płaczu. Pod koniec września miałam już dość samej siebie. Zadzwoniłam do mamy, która była w szoku, że wciąż roztrząsam coś o czym mówiłam jej jakiś miesiąc temu. Powiedziała mi wtedy coś, co mnie uratowało. Powiedziała mi wtedy baaaardzo dużo. O tym ile jestem warta, ile osiągnęłam. Dała mi do myślenia, mówiąc, że nie mogę tego wszystkiego stracić, że nie mogę znów pogrążyć się w smutku. Muszę walczyć o siebie dla siebie, dla dziecka. Nigdy nie zapomnę jej tych słów.
Dzięki tej jednej rozmowie, wzięłam się w garść, zaczęłam znów blogować i żyć pełną parą, ale przede wszystkim... zrozumiałam jedną, najważniejszą rzecz. Nie wyleczyłam się z depresji. Ona wciąż czyha na to, by mnie zaatakować. Próbuje mnie atakować i ja to czuję. Są dni, które są słabsze i ona wtedy zaciera rączki. Jestem na to podatna, co pokazała sytuacja z sierpnia. Problem odchorowywałam miesiąc i gdyby nie mama, trwałoby to może do teraz. Ba! To, że po miesiącu wstałam z kanapy i zaczęłam żyć, nie sprawiło jeszcze, że zapomniałam o problemie. Borykałam się z nim jeszcze do niedawna. Dopiero od jakiś trzech miesięcy funkcjonuję bez myślenia o tym co mnie spotkało. Myślę, że fakt, że wiem, że depresja wciąż na mnie czyha, sprawia, że mam w sobie tak ogromną wolę walki i determinację, by zmieniać się jeszcze bardziej. By być jeszcze bardziej silniejsza i odporna na przeciwności losu.
Depresji nie zrozumie ten, kto nigdy jej nie przeszedł. Walki, nie zrozumie ten, kto nigdy jej nie podjął. A prawdziwego szczęścia nie zrozumie ten, kto nigdy choć przez chwilę nie brodził w bagnie, z którego wydostał się potem własnymi siłami...
FIT placuszki z cukinii, to moje ostatnie odkrycie, które jak zwykle stworzyłam, mając w lodówce jedynie ukochaną cukinię i jajka, a w szafce płatki owsiane - podstawę moich śniadaniowych omletów. Cukinię uwielbiam, wręcz kocham - w każdej postaci. Jem ją grillowaną, dodaję do past, robię z niej makaron. Jej smak jest dla mnie powalający i naprawdę dziwię się sobie, że tak późno zabrałam się za placuszki, o których w sieci już dawno było głośno.
Ale w końcu nadszedł ten dzień, kiedy w domu mięsa nie było, a ja obiady jadam tylko mięsne... no ale była ta cukinia. I poczytałam kilka przepisów, lekko pokombinowałam, bo ... mąki to nie chcę dodawać, masła też nie. No i jak zwykle poszłam totalnie na łatwiznę, czyli trzy składniki połączyłam, wymieszałam, usmażyłam, sosem polałam - i gotowe. Cała ja. A teraz powiem Wam jak Wy sobie możecie równie lekki los w kuchni zapewnić :P
składniki na ok. 5 placuszków - w sam raz na obiad dla aktywnej mamy :)
- 1 jajko
- pół cukinii
- pół szklanki płatków owsianych
- 1 malutka cebulka
Nasze placuszki z cukinii to naprawdę ekspresowy obiad, przekąską, a nawet i kolacja. Cukinię ścieramy na tarce, na dużych oczkach i solimy. W międzyczasie kroimy drobno cebulkę i rozgrzewamy na patelni olej kokosowy. Do miski z cukinią wrzucamy cebulę, wsypujemy płatki i wbijamy jajko. Wszystko ze sobą mieszamy. Na koniec doprawiamy do smaku solą, pieprzem i majerankiem. Wszystko jeszcze raz ze sobą mieszamy. Na rozgrzaną patelnię wylewamy porcje naszej "masy" formując placuszki i smażąc je z obu stron na lekko złocisty kolor. Placuszki są bez mąki, więc musimy uważać, by nie przewracać ich zbyt wcześnie na drugą stronę, bo mogą nam się łatwo rozwalić.
Na koniec możemy wszystkie placuszki oblać np. koperkowym sosem - zrobionego najprościej na świecie: z jogurtu naturalnego i koperku ;) Sosy oczywiście dobieramy do swojego podniebienia, możemy zrobić sos czosnkowy, sos curry, ale ja kombinowałam już kilkakrotnie i koperkowy łączy się z placuszkami naaaajlepiej!
To jak? Podchwytujecie kolejny banalny przepis, który pozwoli Wam:
a) zdrowo jeść
b) zaoszczędzić czas
c) pięknie wyglądać ?
No jasne, że tak! Jest pysznie, jest zdrowo, jest tanio - czego chcieć więcej? Smacznego! Mam nadzieję, że placuszki z cukinii będą strzałem w dziesiątkę i posmakują Wam tak bardzo jak mi :)
PS: Uprzedzam pytanie o deseczkę z wpisu - to perełka, którą wyszukałam na Westwing. Rejestrując się poprzez kliknięcie w ten link, otrzymujecie od Westwing 30 zł na pierwsze zakupy. Poooolecam!
Fit jadłospis, który Wam dzisiaj przedstawię jest również wynikiem moich eksperymentów z poprzednich miesięcy. Zapewne nic odkrywczego i jest już na to masa przepisów w internecie, ale sami prosiliście bym pokazywała Wam krok po kroku jak ja robię dane potrawy - więc oto są i one. A właściwie za moment będą.
To co zawsze podkreślam - nie liczę makro, ale staram się by każdy posiłek był pełnowartościowy. Najważniejsze jest dla mnie to, by składniki były zdrowe i pożywne. Wychodzę z założenia, że nawet lepiej jest zjeść więcej zdrowego, niż ciut mniej, ale ... niekoniecznie "fit". Oczywiście wciąż mam zbyt słabą wolę, zwłaszcza w weekendy, ale wiem, że ma na to wpływ nasz obecny tryb życia. Jestem wręcz przekonana, że po przeprowadzce na swoje, będę miała znacznie więcej czasu i motywacji do tego, by w kuchni poszaleć jeszcze bardziej - i oczywiście się tym z wami dzielić.
Tymczasem przedstawiam Wam swój jadłospis czyli swoje propozycje zdrowych posiłków, które są moimi faworytami w ostatnim czasie. Możecie sobie je oczywiście dowolnie modyfikować, a może być i tak, że coś Was zainspiruje, a Wy stworzycie z tej inspiracji coś zupełnie innego i lepszego. Pamiętajcie, że w świecie zdrowego żywienia jest całe mnóstwo kombinacji i możliwości - i metodą prób i błędów, każdy znajdzie coś, co trafi w jego gust.
Spożywając jadłospis taki jak ten poniżej, nie ma innej opcji, bym nie była przez cały dzień pełna energii, z głową pełną pomysłów. Już jakiś czas temu zrozumiałam jak wielka jest zależność naszego samopoczucia od tego co jemy. Kiedy tylko zaczynam sobie pozwalać na jakieś słodycze itp. - na drugi dzień czuję się jakbym miała kaca. Dlatego... bierzcie i jedzcie z tego wszyscy - i oby Wam smakowało, tak samo jak mi!
Ciągle o nim trąbie, ale okazuje się, że zawsze znajdzie się ktoś, kto jeszcze nie wie jak się go robi... dlatego do znudzenia, będę Wam o nim mówić - zwłaszcza, że wciąż nie znalazłam lepszej opcji na śniadanie!
Potrzebujemy ( przepis na 1 porcję):
Wszystko miksujemy ze sobą, na gładką masę, którą następnie wrzucamy na rozgrzaną patelnię – ja zazwyczaj lekko ją smaruje, śladową ilością oleju kokosowego lub oliwą z oliwek. Smażymy z obu stron – nigdy nie wiem ile, musicie obserwować, poruszać patelnią, żeby zobaczyć, czy omlet można już przewrócić na drugą stronę.
Co dalej? Na omlet kładziemy to na co mamy ochotę. Ja najbardziej lubię go z bananem, choć obłędnie smakuje też z borówkami! Mogą to być truskawki, maliny... całość zazwyczaj posypuję wiórkami kokosowymi, ale fajnie smakuje też pokruszony migdał. Naprawdę można kombinować na wiele sposobów!
Przepis na to cudo, widziałam kiedyś w telewizji śniadaniowej. Nie za bardzo pamiętałam użyte tam składniki, ale spróbowałam zrobić coś z tego co miałam pod ręką i... wyszło niesamowicie! A byłam pewna, że to będzie totalna klapa. Składniki miksowałam z takim uczuciem, że to nie może wyjść dobrze. Jak się okazało - podobne przepisy już dawno podbijają sieć i nie tylko dla mnie są rajem dla podniebienia. Ale jak to Ala - sto lat za murzynami.
Składniki na dwie, solidne porcje:
Wszystko ze sobą miksujemy i... gotowe. Banalnie proste. Mus jest dość rzadki, bo nie lubię za bardzo ciągnącego się kremu - niektórzy zaciągają to mleczkiem kokosowym, które jest bardzo gęste, ale ja chciałam w tym deserze uniknąć jakiegokolwiek mleka no i... nie chciałam, by mój mus stał się kremem.
Na górę dodałam truskawki i posypałam wiórkami kokosowymi - niebo w gębie !!!
Pierś z kurczaka, zwłaszcza odkąd odkryłam kurczaka zagrodowego, gości u mnie bardzo często. Lubię mięso i raczej nigdy z niego nie zrezygnuję. Uwielbiam kurczaka na wiele sposób - pieczony, duszony, grillowany. Tym razem postanowiłam poeksperymentować i przyrządzić go... w mleczku kokosowym i curry!Pomysł ten zaczerpnęłam z książki Ani Lewandowskiej, która w swoim przepisie użyła indyka i z tego co pamiętam paprykę.
Składniki na trzy duże porcje:
Wysmarowałam patelnię olejem kokosowym i wrzuciłam na nią przeciśnięty przez praskę czosnek i pokrojoną drobno cebulę. Dodałam pokrojone pieczarki, a po chwili dorzuciłam pokrojonego w kostkę kurczaka ( wcześniej przyprawiłam go solą, pieprzem i curry. Wszystko zalałam mlekiem kokosowym i chwilę dusiłam. Dodałam pokrojone liście szpinaku i skropiłam całość cytryną. Dusiłam jeszcze przez kilka minut. Gotowe danie posypałam kiełkami
Od dawna widuję już u wielu fit-freaków takie rzeczy jak chipsy z jarmużu, lub chrupki z ciecierzycy. Takie posiłki wydają się być doskonałą alternatywą, dla przekąsek, które chrupiemy podczas oglądania telewizji. Robi się je w moment - tak naprawdę wystarczy składniki odpowiednio przyprawić, a resztę zrobi za nas piekarnik.
Potrzebujemy:
Ja znów użyłam ciecierzycy w zalewie, więc odeszło mi trochę pracy. Używając normalnej ciecierzycy, powinniście moczyć ją przez całą noc, a następnego dnia gotować 80 minut, a później jeszcze suszyć. Ja odlałam wodę z puszki i po prostu wymieszałam ciecierzycę z łyżką oleju kokosowego oraz mieszanką przypraw: sól himalajska, pieprz biały, curry i z tego co pamiętam majeranek - robiłam to już kilka razy, zawsze staram się przyprawiać inaczej. Piekłam w 180 stopniach przez ok. 35 minut.
Taki jadłospis jest myślę fajną inspiracją, z której każy wybierze coś dla siebie. Pamiętajcie, żeby nie odrzucać jakiegoś dania tylko dlatego, że jeden składnik Wam w nim nie pasuje. Modyfikujcie przepisy pod siebie i pamiętajcie, że posiłki mają Wam smakować, a nie być mdłe i wyglądem przypominać coś, co musicie zjeść za karę. Zdrowe odżywianie naprawdę jest super, tylko trzeba się w to troszeczkę wkręcić i dać ponieść fantazji. Dajcie znać, czy takie jadłospisy są dla Was fajnym tematem!
Pamiętajcie, że o ile blog jest dla mnie najważniejszym medium, to jednak na InstaStory na instagramie, możecie poznać mnie i moje życie dużo lepiej niż poprzez zdjęcia i słowo pisane. To tam, gadam do Was czasem godzinami ( i to nie byle o czym ;) ) i to tam pokazuję Wam swoją codzienność, posiłki itp. - dołączcie do mnie na instagramie - filmiki możecie oglądać poprzez kliknięcie na moje zdjęcie profilowe w kółeczku - są one dostępne przez 24 godziny,a potem znikają.
A teraz ... smacznego! :)
W wieku 16 lat, z nieznanych przyczyn straciłam siły nawet na to, by chodzić. Leżałam na wpół przytomna w łóżku, budziłam się jedynie wtedy, gdy miałam pełny pęcherz. Do ubikacji szłam DOSŁOWNIE po ścianach,walcząc z opadającymi powiekami i uginającymi się nogami. Przestałam jeść, bardzo mało piłam. Właściwie momentami myślałam, że umieram. Lekarze zmieniali antybiotyki i nie potrafili postawić diagnozy. Mój stan skłonił ich do tego, by zrobili mi wszystkie możliwe badania. I wtedy się okazało: niedoczynność tarczycy i hashimoto. Przy czym przeciwciał było tyle, że nawet lekarze przecierali oczy ze zdumienia. Na początku byłam przerażona. Potem stwierdziłam, że ... da się przy tym normalnie funkcjonować i olałam temat na wiele lat. Endokrynolodzy kazali jedynie jeść tabletki, nie mówiąc mi nic więcej. Ani o diecie, ani o tym jak radzić sobie objawami choroby. Zresztą wtedy jeszcze nie łączyłam mojej senności, braku sił, wypadania włosów i wielu innych rzeczy, z chorobą hashimoto. Myślałam, że... tak po prostu ma każdy człowiek. Raz lepiej, raz gorzej. Choć ja przywykłam do tego, że ciągle coś jest nie tak. Ciągle byłam chora. A hashimoto się do tego bardzo często przyczyniało. Swoją drogą ta choroba to jakaś plaga. Ilekroć z kimś piszę, rozmawiam o chorobach, zewsząd słyszę: choruję na hashimoto, mam hashimoto, wykryli u mnie hashimoto!
Po urodzeniu Poli stałam się człowiekiem odpowiedzialnym. Wiedziałam, że muszę być w pełni sił, by móc wychować tego małego człowieka. Zaczęłam zgłębiać tajniki zdrowego żywienia, zwiększyłam swoją aktywność fizyczną. Ale bywało różnie. Jednak tak jak ostatnio Wam pisałam, dzięki metodzie małych kroków udało mi się pójść trochę naprzód i zmienić wiele nawyków żywieniowych, zastąpić złe rzeczy zdrowymi alternatywami. Krokiem do tych zmian było przede wszystkich dostrzeżenie, że to wszystko co się ze mną dzieje, jest wynikiem nieleczonej choroby i złego trybu życia. Myślałam, że wiem wystarczająco, by poczuć się lepiej, choć wiedziałam, że nie mam silnej woli i zbyt często grzeszę. Nie lubię też skrajności, więc kieruję się zdrowym rozsądkiem. Zaprowadzam zmiany wtedy, kiedy czuję, że nastał ten czas.
No i nastał. Po raz kolejny, wkroczyłam na wyższy level świadomości i mądrości, którą posiadłam dzięki niesamowitej książce. Agnieszka Maciąg, bo to ona jest autorką książki, wciągnęła mnie w 2016 roku na wyższy level szczęścia, dzięki fantastycznej książce "Pełnia Życia", o której dość mocno rozpisałam się tutaj. Od tamtej pory zmieniło się całe moje życie, a ja stałam się innym, lepszym człowiekiem. Jakiś czas temu w ręce wpadła mi kolejna książka Pani Agnieszki - Smak Zdrowia. Nie wiedziałam czego się spodziewać, ale na pewno nie tego co zobaczyłam. Myślałam, że znajdę tam głównie zdrowe przepisy, ale znalazłam przepis na... wszystko. Zdrowe, szczęśliwe życie, czystość umysłu, spokój ducha, witalność.
Książka Smak Zdrowia, uświadomiła mi wiele, naprawdę wiele rzeczy. Czytając rady w niej zawarte, czułam, że chcę się temu poddać, że chcę spróbować. Bo chcę o siebie zawalczyć i chcę bliżej zgłębić chorobę hashimoto i metody walki z nim. Chcę zawalczyć o swoje zdrowie, o dobre samopoczucie. Nie chcę już każdego miesiąca przeżywać migren, skoków wagi - to jest do przeżycia, owszem, ale... ale ogranicza nas w normalnym, codziennym funkcjonowaniu, czasem odbiera siły tak jakby odcięto nam baterie.
Na początku książki, autorka opisuje swoje uzdrowienie. Pisała o nim już we wcześniejszej książce, więc wiedziałam od razu, że to co czytam teraz, nie będzie tylko tekstem o zdrowiu stricte fizycznym, ale również psychicznym. I wiedziałam, że to wszystko jest ze sobą mocno powiązane. Autorka sama przyznaje, że zdrowe ciało jest podstawą, ale ma przy tym świadomość, że na kondycję fizyczną wpływają też czynniki takie jak: zrównoważone, pozytywne emocje; spokojny, klarowny umysł i dobry kontakt z własną duszą. To trafia do mnie w 100%. Mam tego świadomość i dlatego tak bardzo dbam o to, by te czynniki były przeze mnie pielęgnowane - i dlatego tak często mówię o tym i Wam.
Agnieszka Maciąg, prowadząca kiedyś intensywny tryb życia jako modelka, wciąż borykała się z nawracającymi chorobami oraz... cierpiącą duszą. Dziś jest kobietą szczęśliwą, spełnioną, nie zażywająca antybiotyków - kocha całą sobą naturę i czerpie z niej wszystko to co najlepsze. Od czego rozpoczęła swoje uzdrowienie i przemianę? Od odpowiedniego nastawienia.
Książka uświadomiła mi jak wiele osób zmaga się z chorobami, ale tak naprawdę wcale nie chce z nich wyjść. chcemy budzić współczucie, chcemy, by ktoś się nami opiekował. A jednocześnie jesteśmy bardzo nieszczęśliwi, bo nie umiemy wyjść z własnej strefy komfortu. Bo czym będziemy tłumaczyć nasze porażki i niepowodzenia kiedy będziemy w pełni zdrowi?
Autorka zwraca też uwagę na to, że często pozbywając się bólu, myślimy, że problem czy choroba odeszły. Łagodzimy skutki, ale nie docieramy do przyczyn. Dlatego np. od wielu lat zmagam się z nawracającymi anginami, spuchniętą szyją, zapaleniem gardła itp. Wiecznie powiększone węzły chłonne, a od pewnego czasu również zatoki. W takich przypadkach należy się zastanowić, gdzie tkwi przyczyna i czy być może mój tryb życia nie ma na to istotnego wpływu. W książce nasz organizm opisywany jest z niezwykłym szacunkiem i uznaniem. Choć obecnie ludzie traktują go instrumentalnie, łykają tabsy i znów gnają na pełnych obrotach, to jednak coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, że nasz organizm jest naszym sprzymierzeńcem, o którego trzeba dbać, trzeba się w niego wsłuchać i z nim zintegrować.
Ból, który często odczuwamy, to nic innego jak sygnały, które wysyła nam ciało. Ciało chce nam coś przekazać. Ale my nie słuchamy tego co chce nam przekazać, nie zastanawiamy się nad tym - tylko robimy szybką akcję reakcję - jest ból, bierzemy jakiś specyfik i bólu nie ma. Ale on powraca. Bo wciąż chce nam coś uświadomić. Czasem wynika to z nietolerancji pokarmów. W wielu przypadkach po poddaniu się takim testom na nietolerancję pokarmów i wyeliminowaniu z diety tego, czego nie tolerujemy - ludzie odzyskują swoje życie, energię, radość. Osobiście nie poddałam się jeszcze takim testom, ale jeśli tylko mój portfel na to pozwoli - będzie to mój obowiązek.
Wiele objawów czy chorób, rozwiązuje się także po przepracowaniu swojej przeszłości, np. relacji z niektórymi osobami. Mówiłam Wam już trochę o tym na pogadance na InstaStory, ale nie odnosiłam się wtedy bezpośrednio do zdrowia. Jak relacje czy przeszłość wpływają na naszą teraźniejszość i na nasze zdrowie? Organizm, w którym zablokowany jest przepływ zdrowej energii, w którym jest nadmiar stresu i leków - jest organizmem, w którym są zakłócenia. Nie może on normalnie funkcjonować jeśli energia nie może w nim swobodnie przepływać. Przepracowując swoją przeszłość, a przede wszystkim pozbywając się z siebie negatywnych uczuć: nienawiści, złości, żalu - poddajemy się procesowi oczyszczania i uzdrowienia. Autorka książki, zwraca uwagę na istotną kwestię przebaczenia. Wiem sama po sobie, że ma to naprawdę ogromny wpływ na nasze zdrowie psychiczne i fizyczne. I warto się z tym prędzej czy później rozprawić. Emocjonalne powody fizycznych chorób nie są wymysłem dzisiejszych czasów, a znajdują swoje potwierdzenie nawet w teoriach sprzed tysięcy lat.
Nie chciałabym Wam zdradzać całej treści książki, chciałabym pozostawić trochę w tajemnicy, dlatego teraz przybliżę Wam bardziej kwestie, które coś mi uświadomiły i dzięki którym postanowiłam zmienić coś w swoim trybie życia.
W książce poruszony jest temat skrajności. Od całkowicie biernej postawy i braku aktywności, po zbyt przesadne ćwiczenia i obciążanie organizmu. Ruch jest dobry, ale najlepszy jest wtedy, gdy jest on wykonywany dla naszego własnego dobra, bez wyścigu szczurów, kto szybciej zbuduje mięśnie. Dzięki książce, postanowiłam nareszcie spróbować jogi i chciałabym praktykować ją każdego ranka.
Agnieszka Maciąg dość często odnosi się do trybu życia Joginów. Jogini są pasjonatami zdrowego stylu życia, a o ich zasadach żywienia, mówił mi dość często mój tata, który miał dość dużą wiedzę w takim temacie. Patrzyłam wtedy na niego z niedowierzaniem i sama nie wierzyłam w to, że on czymś takim może się interesować. Przecież jeszcze kilka lat temu do obiadu dodawał trzy łyżki majonezu! W książce możemy przeczytać szerzej o Joginach i ich upodobaniach jeśli chodzi o żywienie. Wielbią oni m.in: żywność roślinną, produkty bogate w krzemionkę, zdrowe słodycze, sól himalajską, czystą wodę, zioła, dobre tłuszcze np. olej sezamowy, kokosowy i z pestek dyni.
Kolejną ważną kwestią mającą wpływ na nasze zdrowie jest... sen. Wierzcie mi, że przy nasilającym się hashimoto, nawiedza mnie on nawet na stojąco :P Już w poprzedniej książce Agnieszki dowiedziałam się, że zgodnie z ajurwedą, najlepiej jest zasypiać między 21, a 22, przy czym o 23 powinniśmy już spać, dlatego, że najbardziej wartościowy sen jest właśnie między godziną 23, a 1. Wiem, że to trochę nierealne, ale muszę Wam powiedzieć, że kiedy kładę się spać po 23 - nieważne ile śpię, będę na drugi dzień nie do życia! Jeśli położę się przed 23 - bo przed 22 to moje dziecko nawet czasem nie śpi - na drugi dzień tryskam energią. Ale nie zawsze. Ważna jest też pora wstawania. Najkorzystniej jest wstawać między 4:30, a 6:00. Jeśli prześpimy ten moment, będzie nam ciężko się dobudzić, rozbudzić i normalnie funkcjonować. I to jest prawda. Czasem budzę się o 6 i myślę - ach, jestem chyba wyspana, może już zacznę coś robić? Zazwyczaj jednak ląduję w łóżku, skuszona jeszcze godzinką... a po godzinie 7 jestem nieżywa! Przypatrzcie się temu, może zobaczycie, że i u Was jest całkiem podobnie! Ważna jest też jakość spędzonego czasu przed pójściem spać - receptą na tragiczną jakość snu, jest nawkładanie sobie do głowy przed zaśnięciem nadmiaru negatywnych bodźców. Negatywne wiadomości, nieprzyjemna rozmowa z mamą, głupia dyskusja na wallu na FB. Wieczór powinien być czasem wyciszenia, relaksu, przyjemności. Jeśli nasz umysł nie wypocznie odpowiednio przed zaśnięciem, nie będzie w stanie w nocy się zregenerować!
Na pewno każdy z Was miał w życiu sytuację, kiedy podczas stresowej sytuacji, usłyszał: wdech, wydech... zapewne nie raz tak zrobiliście i... czy kogoś z Was to uspokoiło? Mnie zawsze! Zawsze po kilku wdechach i wydechach, miałam wrażenie, że sytuacja nieco się uspokoiła - ta sytuacja wciąż wyglądała tak samo, ale mój umysł chwilę wcześniej, pobudzony i rozgniewany nakazywał mi widzieć tą sytuację 10 x intensywniej. Jak to zawsze powtarzam: obraz sytuacyjny jest takim jakim my stwierdzimy, że go widzimy. Do jednej i tej samej sytuacji, możemy podejść zarówno pozytywnie jak i negatywnie.
Ćwiczenie oddechowe 4-7-8 jest jednym ze sposób na bezsenność. Ćwiczenie to jest niezwykle proste - opiszę Wam je niedługo na InstaStory, ale już teraz możecie przecież poczytać o tym w sieci.
Oddech ma niesamowity wpływ na nasze emocje i psychikę, a co za tym idzie - na nasze zdrowie.
Za ten wątek kocham Agnieszkę Maciąg jeszcze mocniej. W tym temacie byłam chyba totalnie nieświadoma, a może.. nie chciałam niczego zmieniać i zamknęłam się na rozwój w tym temacie? Od lat patrzę na to w czym mi wygodnie, ale nie zwracam uwagi na to, z czego zrobione są tkaniny, czy jaki skład mają kosmetyki. Uświadomiłam sobie jak wielką krzywdę wyrządzam swoim nogom, nieodpowiednimi skarpetkami - i nareszcie zainwestowałam w skarpetki bezuciskowe. W temacie kosmetyków, obiecałam sobie natomiast, że jak tylko znajdę wkrótce czas, postaram się sama stworzyć dla siebie takie rzeczy jak: dezodorant własnej roboty, peelingi czy maseczki.
Postanowiłam, że w jeden wakacyjny miesiąc, nieco zwolnię, wezmę trochę wolnego i po prostu się sobą zaopiekuję. Autorka zdradza w książce jak oczyścić swój organizm i jak ważne jest oczyszczanie jelit - zdziwicie się, ale wpłynie to także na Waszą psychikę. Jak dowiedziałam się bowiem z książki, wszystko to co kumuluje się w dolnej części brzucha, zakłóca równowagę dolnych czakr, które są odpowiedzialne np. za funkcje seksualne. W kolejnych postach bliżej napiszę Wam o sposobach oczyszczania.
Szczerze mówiąc spotkałam się już z wieloma opiniami na jej temat. Dyskusje czy pić wodę źródlaną czy mineralną, czy pić podczas posiłków czy nie pić. Sama nie wiedziałam, kogo słuchać i kto ma rację. Jedno jest pewne - woda jest dla naszego organizmu niezwykle ważna, tak jak ważny jest układ moczowy, poprzez który możemy oczyścić swój organizm poprzez picie np. pokrzywy. Wg ajurwedy, wodę powinniśmy spożywać przegotowaną i lekko ciepłą. Ciepła woda ma niesamowite działanie - przyczynia się do utraty wagi, oczyszcza organizm, łagodzi zgagę - oczywiście należy pić taką wodę cały dzień. Picie zimnej wody jest wręcz niewskazane - mój wielki błąd... Nie należy tego robić zwłaszcza podczas jedzenia, bowiem organizm, który powinien skupić się na trawieniu pokarmów, będzie tracić energię na ogrzanie naszego ciała.
Ojj na to nie jestem jeszcze gotowa, choć książka niesamowicie mnie do tego zachęciła. W diecie nie łączymy ze sobą białek i węglowodanów. Łączymy je natomiast z grupą neutralną, w której znajdują się np. warzywa, owoce, surowe ryby, zioła, orzechy itp. W skrócie, dozwolone połączenia to: białka + grupa neutralna lub węglowodany + grupa neutralna. Nigdy trzy grupy w jednym posiłku, i nigdy białka + węglowodany. Cóż - nie próbowałam, więc ciężko mi ocenić, ale patrząc na efekty takiego stylu odżywiania, wiem, że wszystko przede mną.
W dalszej części książki możemy poczytać również o polecanych tłuszczach np. olej lniany, kokosowy, olej z pestek dyni, olej z czarnuszki, olej konopny czy z orzechów włoskich. O dziwo jogini i lekarze ajurwedy sami doceniają np. olej kokosowy, ale nie rozumieją zbytnio aż takiego szału na niego jaki panuje u nas w Polsce. Sięgają oni tak samo chętnie po na przykład... ekologiczny olej rzepakowy czy słonecznikowy !!! Podczas gdy u nas o oleju rzepakowym wymyśla się coraz więcej bzdurnych teorii, jakoby był on niesamowicie szkodliwy.
W dalszej części książki możemy już korzystać z niesamowitych zdrowych przepisów na:
Książka "Smak Zdrowia" autorstwa Agnieszki Maciąg - po raz kolejny stała się dla mnie moją biblią. Tym razem pozwoli mi ona nie tyle co być szczęśliwym człowiekiem, ale być człowiekiem zdrowym, silnym, pełnym energii. Książka w jakiś niesamowity sposób, z niezwykłą lekkością, sprawia, że człowiek przestaje traktować organizm jako coś co po prostu jest, a zaczyna go traktować jak swojego przyjaciela, o którego musi dbać.
Przede mną ogromna próba, wiele zmian, ale tak jak zawsze - w zgodzie z własnym sumieniem, swoim własnym tempem, nic na gorąco. Zmiany muszą być na zawsze, nie mają być czymś na chwilę. Dlatego wg mnie muszą następować powoli. Jedno jest pewne - rozpoczyna się dla mnie totalnie nowy etap, ale wierzę, że w nic nie warto inwestować tak bardzo jak we własne zdrowie. Także... moje "drogie" hashimoto. Wierzę, że jesteś sygnałem. Nie jesteś przeszkodą, a ostrzeżeniem. I być może potrzebowałam czasu, by to zrozumieć i w końcu coś z tym zrobić. Dziś wierzę, że ta niepozorna choroba była i jest mi potrzebna. Być może bez niej, wcale nie szukałabym wiedzy w książkach, nie próbowałabym zrozumieć jak poczuć się lepiej - a bez tej świadomości, nadal traktowałabym swój organizm jak śmietnik. Hashimoto i objawy, które miałam i mam, były bodźcem do tego, by coś zmienić, edukować się, szukać dalej i dalej i dochodzić do właśnie takich ludzi jak Agnieszka Maciąg, która swoimi tekstami przyczyniła się do ogromnych zmian w swoim życiu. Wkraczam teraz na kolejny etap - wdrażanie kolejnych zmian. I wierzę, że mi się uda. Tobie także może się udać - nieważne czy chorujesz na hashimoto czy nawiedzają Cię wieczne migreny -Twój organizm najwidoczniej daje Ci znak - a Twoim zadaniem jest go rozszyfrować.
Gotować mogę nawet codziennie. Ale tylko wtedy jeśli dotyczy to wrzucenia wszystkiego na patelnię grillową, odczekania kilku minut i zdjęcia. Nie biorę się za potrawy, które wymagają brudzenia się i stania nad garnkami, patelnią itp. Właściwie od zawsze F. bawił się w gotowanie takich rzeczy i chyba sama nie wiedziałam ile to wymaga sił. Po dzisiaj - mam dość. Ale dobra wiadomość jest taka, że... wszystko wyszło NIESAMOWICIE! I warto było sobie samej udowodnić, że jednak nie jestem taką kulinarną kaleką jak mi się wydawało. Albo po prostu tych dań nie dało się popsuć. A co mnie do gotowania skłoniło? Już Wam mówię...
Ostatnio do moich drzwi zapukał... kurier. Biała koperta, a w niej książka... Rodzinna Kuchnia Lidla. Masa przepisów na jedzonko dla całej rodziny, wszystko opatrzone kolorowymi fotografiami, którymi zainteresował się nawet Poldun. Pomyślałam... a co tam. Raz nie zawsze. Pogotuję! Wybrałam sobie na gotowanie niedzielę i postanowiłam, że od A do Z zrobię wszystko sama. Nie wiem skąd to postanowienie, ale tak mnie łupał po gotowaniu i zmywaniu kręgosłup, że stwierdziłam, że ja temu F. do kuchni jednak wtrącać się nie będę... ale do rzeczy. Jedzenie wyszło po prostu genialne i chciałabym podzielić się dzisiaj z Wami trzema najfajniejszymi wg mnie przepisami, których przyrządzenia się podjęłam. Jesteście gotowi? Na pewno!
Spaghetti z cukinii:
Sos:
Klopsiki:
Wg książki do zrobienia spaghetti z cukinii, powinniśmy użyć obieraczki do julienne. Ja takiego czegoś nie mam, więc użyłam tradycyjnej obieraczki. Gotowy makaron przełożyłam do miski/garnka z zimną wodą. Zabrałam się za robienie sosu. Marchew starłam na grubych oczkach, a na patelni z rozgrzaną oliwą zeszkliłam drobno posiekaną cebulkę i czosnek. Dorzuciłam marchew i gotowałam na średnim ogniu przez 10 minut. Następnie dodałam pomidory z puszki i dusiłam wszystko 5 minut pod przykryciem. Doprawiłam solą, pieprzem, oregano i papryką.
Odstawiony sos czekał na... klopsiki. Dużo, dużo wcześniej wstawiłam sobie bulion warzywny. Mięso mielone wymieszałam z jajkiem i cebulką startą na małych oczkach. Doprawiłam solą i pieprzem, uformowałam klopsiki i wrzuciłam je do zagotowanego bulionu na 25 minut. Na końcu odcedziłam i dodałam do sosu. Na duża miską nałożyłam spaghetti z cukinii, a na nie sos z klopsikami. REWELACJA, naprawdę! Wyszła z tego naprawdę konkretna porcja, przy trzyosobowej rodzinie, to obiad na dwa dni!
Racuszki:
Twarożek:
Jabłka pokroiłam w plastry i skropiłam je limonką. Do miski wbiłam jajka, wsypałam cukier i wszystko roztrzepałam. W rondelku rozpuściłam masło, które następnie lekko przestudzone dodałam do miski z jajkami, i znów całość wymieszałam oraz przelałam do czystego naczynia. Przesiałam mąkę i proszek do pieczenia do masy z jajek i mieszałam wszystko aż do uzyskania jednolitej masy. Dodałam jogurt i mleko, wymieszałam, a następnie dodałam jabłka. Taką masę wylewałam chochelką na rozgrzaną patelnię z olejem. Każdy placuszek smażyłam z obu stron.
W międzyczasie roztarłam w miseczce twarożek z jogurtem i tak powstałą masę nałożyłam na wszystkie placuszki. Muszę przyznać, że tak zrobione placuszki były smaczne już same w sobie bez twarożku. A z nim - niebo w gębie!
Na koniec mam dla Was przepis ... idealny na Wielkanoc! Mam nadzieję, że pojawi się na Waszych świątecznych stołach i przypadnie do gustu wszystkim gościom.
Jajka:
Majonez szczypiorkowy z curry:
Dodatkowo: książka sugeruje rzeżuchę ( 50 g). Ja zakupiłam kiełki pora :)
Jajka ugotowałam we wrzątku ( ok. 3 minut). Ostudziłam i obrałam oraz pokroiłam na dwie równe połówki. Na talerzu ułożyłam kiełki, trzy pokrojone rzodkiewki i plastry ogórka. Na takiej "podstawie" ułożyłam połówki jajek. W miseczce wymieszałam majonez z curry i startą na drobnych oczkach rzodkiewką ( 4 sztuki). Wymieszałam z posiekanym szczypiorkiem i skropiłam sokiem z limonki. Muszę Wam powiedzieć, że... miazga! W książce proponowany jest jeszcze przepis na majonez cytrynowy-pietruszkowy, ale to już nie moje smaki, więc sobie darowałam. Majonezem z curry, smarujemy połówki jajek, niekoniecznie wszystkie. I co? Pięknie wygląda, prawda? A jak smakuje...!
I jak? Podoba się? Mam taką nadzieję. Czasem warto popracować trochę w kuchni, żeby wypróbować nowe smaki i połączenia. W książce Rodzinna Kuchnia Lidla jest naprawdę dużo przepisów, zarówno na śniadania, obiady, a nawet na przekąski dla dzieci czy dania świąteczne. Ciekawe rodzinne przepisy znajdziecie również tutaj. Mieliśmy ostatnio naprawdę fajną ucztę i muszę przyznać, że... to miłe kiedy domownikom smakuje coś w co Ty włożyłaś swój czas, serce i zaangażowanie. Jeśli mam być szczera, nie mogę się doczekać wspólnego celebrowania posiłków w naszym nowym mieszkaniu... to będzie naprawdę magiczny czas...
Takich wniosków nie wysnułam na podstawie tego, co czytam w sieci, a głównie na podstawie własnych obserwacji. W dzisiejszych czasach pszenica jest tak okrutnie zmodyfikowana, że jej spożywanie źle wpływa nie tylko na osoby chore, ale też na zdrowe. Jeśli chodzi o mnie, jedząc tego typu zboże, jestem wiecznie osłabiona, senna, bez werwy. Brzuch, nawet jeśli nie jem za dużo, wygląda jak maleńki ciążowy i nie ma wcale, a wcale nawet delikatnego zarysu. Kiedy tylko przestaję jeść to zboże - brzuch z automatu się wciąga, energia wraca. Dla mnie to wystarczające...
Na co dzień jednak, zwłaszcza kiedy gotuje mój F. ciężko całkowicie zrezygnować ze zboża jakim jest pszenica. Zawsze gdzieś się ona znajdzie i nici z mojego planu, by wyeliminować ją całkowicie. Byłam ogromnie ciekawa jak mój organizm zareaguje na CAŁKOWITE jej odstawienie. Takie wiecie w 100%... efekty przerosły moje najśmielsze oczekiwania i szczerze mówiąc byłam tak podekscytowana tym co się ze mną dzieje, że człowiek po drugiej stronie telefonu mógłby pomyśleć, że dostałam za polecanie tego kupę siana ;) Ale nie. Ja po prostu sama w to nie wierzyłam, a jak się czymś ekscytuję to gadam o tym jak najęta ( instastory było przykładem :D ).
Pierwszego dnia diety, stanęłam z samego rana na wadze, widząc 67,5 kg. Po dwóch dniach było już o,5 kg mniej, po trzech kilogram, po czterech 1,3 kg, a po siedmiu... równe DWA KILOGRAMY MNIEJ !!!
Dwa kilogramy to nie dużo, ale dwa kilogramy w jeden tydzień, to naprawdę coś. Zwłaszcza, że ostatnio zrzucenie nawet pół kilograma było dla mnie nieosiągalne. Nieważne jak się starałam, waga nawet nie drgnęła. Drgnęła dopiero podczas tej diety...
Ale zacznijmy od początku. Zdecydowałam się na dietę 1200 kcal. Byłam z początku przerażona, ale eksperci z Juicy Jar, zapewnili mnie, że eliminując pszenicę, nie odczuwa się aż tak bardzo łaknienia. Trochę nie chciało mi się wierzyć, ale rzeczywiście - posiłki były wystarczający, nie odczuwałam głodu pomiędzy nimi. Brzuch wciągnął się praktycznie po jednym dniu, czułam też lekkość w nogach - często zatrzymuje mi się w nich woda. Ale tak naprawdę nie cyfry na wadze i nie brzuch zrobił na mnie największe wrażenie. Największe wrażenie zrobiło na mnie to, co zadziało się z moim samopoczuciem... Być może podziałała tutaj też świadomość i dobre nastawienie, ale zdecydowanie przyczyniła się do tego eliminacja pszenicy. Wszystkie te czynniki połączone w całość, dały właściwie efekt mieszanki wręcz wybuchowej. Bo to co odczuwałam przez tydzień tej diety, było tak nieziemskim powerem i siłą do działania, jakiej nie miałam już na prawdę dawno.
Siedem dni tyrki, od rana do nocy. Wstawanie ok. 6, robienie makijażu, prasowanie ciuszków do przedszkola, budzenie Poli, odprowadzenie jej, pędzenie do domu i... ekspresowe sprzątanie i intensywna praca do wieczora, a wieczorem zabawy z dzieckiem, kąpanie, ogarnianie ponownie mieszkania po całym dniu. Właściwie brzmi znajomo prawda? Normalny dzień z życia matki. Różnica tkwi w tym, z jak wielkim bananem na twarzy to robiłam i z jakim powerem! Działałam na maksymalnych obrotach, a moje pozytywne nastawienie do wszystkiego, dziwiło momentami mnie samą.
Może to wszystko brzmi nierealnie, ale nieprawidłowe odżywianie przy chorobie jaką jest hashimoto, naprawdę wysysa z nas siłę, energię, życie. Mam teraz porównanie! Dwa dni po zakończeniu cateringu, wyruszyłam pociągiem do swojej rodziny, gdzie rozłożona totalnie przez chorobę, która zaatakowała mnie wraz z momentem wyjścia z pociągu, po prostu znów sobie wszystko olałam. Nie, nie zaczęłam znów szamać pizzy i objadać się w opór, ale ... wiecie jak to jest w gościach, i to jeszcze będąc chorym, kiedy raz nie możesz patrzeć na jedzenie, a raz chwytasz parówkę, bo już musisz coś zjeść, bo zaraz umrzesz. Nie robię z tego powodu tragedii, choroba to choroba, ciężko podczas niej funkcjonować i jeść normalnie. Ale... dzisiaj dochodzę już do siebie i mam siły, by postać dzisiaj przy garnkach i upichcić sobie coś zdrowego i smacznego.
Wiedząc już, jak wpływa na mnie dieta bez pszenicy, na pewno będę pilnować tego, by praktycznie wcale jej nie spożywać. Ten power, który mam podczas takiego jedzonka, jest po prostu na wagę złota.
Zastanawiacie się pewnie, czy jedzenie było smaczne i czy ZAAAAWSZE wszystko było super pyszne i do przełknięcia. Siedem dni i pięć posiłków każdego dnia, daje nam 35 posiłków. Na 35 posiłków, nie przełknęłam... trzech. Kukurydza z sosem wasabi, sałatka z burakiem, chlebek z czymś czego nie byłam w stanie przełknąć. Myślę, że to całkiem dobry wynik, zwłaszcza, że nie lubię naprawdę wieeeelu rzeczy, które większość normalnych ludzi uwielbia.
Posiłki były różnorodne, zawsze idealnie doprawione i co ważne, a może i najważniejsze - ŚWIEŻE. Oprawa, czyli pudełka czy chociażby torba - na plus. Torba z fajnym, motywującym przekazem, który z rana dostarcza nam odpowiednią dawkę motywacji i pozytywnej energii.
Jak i w przypadku moich wcześniejszych doświadczeń z cateringiem dietetycznym, okazało się, że istnieje wiele rzeczy, które uważałam za niesmaczne, a teraz są moimi faworytami. Na przykład kokosowa jaglanka z granatem. Mistrzostwo świata!
Totalnym zaskoczeniem i czymś nowym, był dla mnie... omlet!!! Ha - jak to mogło być zaskoczenie, skoro omlety to to co w kuchni uwielbiam i robię praktycznie każdego dnia? Otóż omlet ten był ... z ciecierzycy! Totalny orgazm kulinarny i naprawdę wielkie zaskoczenie. Koniecznie muszę poprosić Juicy Jar o przepis na to cudo. Aha! Zapomniałabym! Podczas tej diety, o dziwo nie miałam ochoty na ... słodkie! Raz tylko marzyła mi się biała, chrupiąca bułeczka...
W torbie zawsze znajdziemy nasz dzienny jadłospis, żebyśmy mieli pojęcie co w ogóle jemy. Prócz jadłospisu ogólne wskazówki, np. takie, by dietę wzbogacać o min. 3 litry wody dziennie - nie wiem czy udawało mi się pić aż tyle, ale piłam naprawdę często i dużo, więc mam nadzieję, że tak.
Ogólnie, moja nota 5/5 i serio nie mam się do czego doczepić. Zawsze znajdą się posiłki, które lubimy bardziej, lub lubimy mniej. Znajdą się też takie, których nie jesteśmy w stanie przełknąć. Całe szczęście u mnie ilość tych ostatnich była naprawdę śladowa, co mnie ogromnie cieszy. Na pewno wrócę do tej diety jeszcze nie raz, zwłaszcza przy tej świadomości, jaki ma ona na mnie wpływ. Wyniosłam z tych siedmiu dniu kolejne fajne doświadczenia i poznałam swój organizm jeszcze bardziej, dlatego jestem za to bardzo wdzięczna ( jak za wszystko :D ).
Nie ruszają mnie te wszystkie dyskusje na temat głupiej mody. Nie słyszałam jeszcze o nikim, kto jadłby coś czego nie lubi, tylko dlatego, że taka jest moda. To nie moda. To coraz większa świadomość w społeczeństwie. Świadomość tego co jemy, świadomość tego, jak to na nas wpływa. Dzisiaj możemy nie odczuwać skutków zaśmiecania swojego organizmu, ale za kilka lat... owszem. Daleki mi do "fit freaka", wyznaję raczej zasadę zdrowego rozsądku i pewnie nie raz na moich zdjęciach zobaczycie coś czekoladowego czy coś z glutenem, pewnie nie raz odwiedzę też pizzerię. Ale mam już świadomość co naprawdę powinnam ograniczyć do minimum i postaram się w tym trwać.
Więcej informacji o diecie bez pszenicy od Juicy Jar znajdziecie tutaj.
A Wy? Jest coś co szczególnie źle na Was wpływa? Kiedy czujecie się najlepiej?
Zdrowe posiłki to dla mnie przede wszystkim dobre samopoczucie i zdrowie. Zjedzenie czegokolwiek niezdrowego, ma natychmiastowe przełożenie, na mój wygląd, ale co najgorsze, na moje samopoczucie. Zwłaszcza wtedy, kiedy naprawdę jem zdrowo, każdy "cheat meal" to dla mnie katorga nie przyjemność. Tzn. w trakcie jego trwania, jest ekstra! Nieco gorzej, jest kilka godzin później...
I choć nadal nie jestem jakimś fit wariatem, mam zbyt słabą wolę, często ulegam pokusom - to i tak jestem za tym, by zwiększać naszą świadomość i odżywiać się po prostu dobrze i zdrowo. A w dzisiejszych czasach, to naprawdę nie jest takie prosto, skoro większość produktów napakowana jest chemią, nawet jeśli napis na nim wskazuje, że jest FIT - na te walące po oczach takimi napisami: light, fit - uważałabym właściwie najbardziej. Zresztą o czym ja tu mówię, przecież dzisiaj nawet makarony razowe, są razowe tylko z nazwy. Brązowe tylko dzięki barwnikom.
Ale dość już tych żali! Skoro od śniadania, zależy moje samopoczucie podczas reszty dnia - to naprawdę zależy mi na tym, by było pożywne, zdrowe, a najlepiej jeszcze ładne - bo nacieszyć oczy z rana widokiem owoców i pięknej kompozycji, to recepta na wyśmienity humor aż do wieczora! Sprawdzone info ;)
Dzisiejszy omlet wyjątkowo będzie na słodko. Już nie raz, nie dwa, podawałam Wam na niego przepis na instagramie, ale dobrze, żeby miał on również swoje miejsce, w blogowej zakładce kulinarnej. Mam nadzieję, że Wam posmakuje. Ostatnio przeczytałam gdzieś dyskusję o tym, że to wszystko co zdrowe na tych instagramowych fotach, to w rzeczywistości w smaku jest ochydne, fuuu i w ogóle pod publiczkę. Naprawdę nie sądzę, by miliony osób jadły coś niedobrego, tylko dlatego, że ładnie wygląda na focie i można to pokazać innym. Zluzujcie. Nie chcecie się dobrze odżywiać, to się nie odżywiajcie, ale dajcieeeee nam żyć i pozwólcie jeść co chcemy, bez Waszych żali ! ;)
Oczywiście nie musi on być czekoladowy, możecie darować sobie odżywkę czy kakao i zrobić go tradycyjnie :) Potrzebujemy:
Wszystko miksujemy ze sobą, na gładką masę, którą następnie wrzucamy na rozgrzaną patelnię - ja zazwyczaj lekko ją smaruję olejem. Smażymy z obu stron - nigdy nie wiem ile, musicie obserwować, poruszać patelnią, żeby zobaczyć, czy omlet można już przewrócić na drugą stronę. Najważniejsza jest tutaj taka cienka, plastikowa "packa", którą bez trudu włożymy pod placek i przewrócimy go na 2 stronę. No i dobra nieprzywierająca patelnia, do której nic nie się nie przykleja i nie przypala. Ja smażę na patelni do naleśników, którą kupiłam za grosze w biedrze. Te same placuszki robiłam na kuchence gazowej, beznadziejnej patelni i z beznadziejną grubą packą, i nie wyszły już takie fajne :D Dodam tylko, że trening czyni mistrza. Moje pierwsze omlety ( nawet te robione do tego wpisu) mają się nijak do tych, które robią teraz ( piszę to aktualizując wpis z 2017 roku w roku 2019 ) - teraz zrobiłabym je z zamkniętymi oczami.
Możemy wylać wszystko i usmażyć, a potem pokroić ( bądź nie ) , ale możemy też nakładać po łyżce masy i robić takie mini, okrągłe placuszki. Smażą się wtedy szybciej, nie rozwalą się na pewno przy przewracaniu.
Ściągnięty fit omlet z patelni, wrzucam na talerz i najczęściej kroję na 4 części, obkładając tym co akurat mam w lodówce. Tym razem na całości położyłam banana i obsypałam wszystko pokruszonym migdałem. Dwie połówki dodatkowo posypałam śladową ilością kakao, a pozostałe dwie wiórkami kokosowymi. Gotowe! Fit omlet jest gotowy do spożycia...
Ilekroć jem taki omlet - nieważne czym go obłożę - nie mogę się nadziwić, jakie to jest... PRZEPYSZNE! Każdy kęs to raj dla mojego podniebienia, a gdybym była poetką, to pewnie i wiersz bym napisała o tym omlecie. Tak go kocham, no!
Jego przygotowanie zajmuje około pięciu minut i naprawdę warto wstać 5 minut wcześniej, by zjeść coś takiego. Jak na efekt smakowy i wizualny, pięć minut to jest naprawdę tyle co nic. Poniżej przedstawiam Wam jeszcze dwie inne wersje, które kiedyś zrobiłam :) Równie pyszne!
Mam nadzieję, że pomysł na FIT śniadanie Wam się spodobał! A nawet jeśli nie trafiłam w Twoje gusta - doceń chociaż moje starania i polub post na facebooku - dzięki temu zobaczy go więcej osób. Dla Ciebie to sekunda, a dla mnie mega satysfakcja i znak, że moja praca ma sens! Dziękuję! :) I życzę smacznego!
- bo o nich mowa, wpadły w nasze ręce jakoś na początku grudnia. Wtedy to właśnie zaczął się u nas sezon chorobowy, podczas którego polegli wszyscy domownicy. W styczniu, kiedy wszyscy doszli do siebie, zaczęliśmy testowanie nowych kosmetyków Polci. Z kosmetykami Mustela, miałam do czynienia po raz pierwszy. W grudniu, w jednym ze wpisów, wspomniałam Wam o wodzie perfumowanej dla dzieci Musti. Po wodzie, do codziennej pielęgnacji Polki, zaczęłam używać kolejnych nowości, które czekały na swoją kolej w szafce.
Zobaczcie co to takiego, a przede wszystkim przeczytajcie czy warto w takie kosmetyki się zaopatrzyć. Kosmetyki podzieliłam na cztery kategorie: oczyszczanie, kąpiel, pielęgnacja skóry, ochrona.
Ta buteleczka zawiera w sobie płyn, który pełni taką samą funkcję jak... nawilżone chusteczki. Jest to woda, którą możemy oczyścić skórę dziecka, co najważniejsze - bez spłukiwania! W skład wody wchodzi łagodzący wyciąg z aloesu, który łagodzi podrażnienia i daje ukojenie dla delikatnej skóry maluszka. Przyznam, że w czasie ostatniej podróży, duże opakowanie chusteczek zamieniłam właśnie na tą buteleczkę. Wodą możemy oczyścić całe ciało dziecka ( brzuszek, pośladki, stópki), ale także twarz. Woda niesamowicie odświeża, ale przede wszystkim nie pozostawia po sobie śladu, który moglibyśmy wyczuć i który dawałby poczucie dyskomfortu.
Kąpiel to dla dziecka niesamowita frajda, bardzo często już od pierwszych dnia życia, kiedy to doznania z wanny z ciepłą wodą, przypominają maluszkowi jego życie w brzuszku mamy. Obecnie kąpiele to już element codziennej zabawy, oczywiście z naciskiem na dokładne umycie całego ciałka, a nie tylko "moczenie się". O ile szampony i płyny do kąpieli, są nam znane od dawna, tak żel do mycia jest dla nas nowością, która stała się hitem codziennych kąpieli. Żel w tej buteleczce, nie ma w sobie dodatku mydła i w delikatny sposób oczyszcza zarówno skórę jak i głowę naszego dziecka.
Pola sama już wyciska sobie odrobinę żelu na rączkę i myje nim całe ciało, po czym znów zanurza się w wodzie i zmywa wszystko wodą. Składnik, który odpowiada za nawilżenie i złagodzenie to prowitamina B5. Jest to składnik znany większości z nas - odpowiada za intensywne zmiękczanie, nawilżenie czy elastyczność naskórka. Działa kojąco i łagodząco na podrażnienia skóry ( nie tylko dziecka). Najfajniejszą zaletą tej prowitaminy jest jej wpływ na włosy - stają się one dzięki niej bardziej błyszczące i łatwiej się je rozczesuje.
Odkąd pamiętam, pielęgnacja skóry to taki mega fajny czas. Czas zaraz po kąpieli, kiedy maluszek ( nawet już ten większy) leży spokojnie i relaksuje się, podczas gdy my wysuszone już ciałko delikatnie masujemy i wmasowujemy w nie przykładowo jakiś balsam. Dla dziecka to czas fajnego odprężenia, zarówno psychicznego jak i fizycznego. Wmasowując kosmetyk w skórę dziecka, nie tylko dbamy o higienę, nawilżamy skórę, ale poprawiamy też krążenie.
Od jakiegoś czasu skóra Polki, zwłaszcza nóżki stała się strasznie przesuszona - mleczko do ciała z Cold Cream, jest w takich przypadkach idealne, bo przeznaczone właśnie do tego typu skór. Skóry, która z natury jest sucha, lub skóry, która tak jak u Poli, staje się przesuszona, zależnie od danego okresu. Największy plus mleczka to jego szybkie wchłanianie się w skórę. Nic tak nie działa mi na nerwy jak balsamy czy mleczka, które nie dosyć, że wchłaniają się strasznie wolno, to jeszcze pozostawiają skórę dziecka z niefajnym uczuciem "lepkości". Ciałko jest po takim "zabiegu" miękkie i delikatne w dotyku. Mleczko zawiera w sobie ceramidy, które UWAGA - naturalnie występują w ... naskórku!
Ten produkt, notorycznie podkradam swojemu dziecku. Ba! Już myślałam, że przechwyciłam go na stałe, ale Polci jest on potrzebny raczej bardziej... ;) Podeszłam do niego sceptycznie, sama nie wiem czemu. Jak się później okazało, na bok odłożyłam wszystkie balsamy do ust znanych, wiodących firm. To jest moje małe, niezastąpione cudo. O ile można je stosować w celach ochronnych i pielęgnujących praktycznie na całej twarzy: policzki, usta, czółko, nosek - tak my z Polką stosujemy go najczęściej jak pomadkę - na usta. Z ręką na sercu Wam coś napiszę - pożegnałam się z problemem spierzchniętych, popękanych ust. Polcia za to, stosuje go nie tylko na ustach, ale też na policzkach i brodzie, które bardzo często w okresie zimy są podrażnione i czasem nawet ją bolą. A właściwie bolały, bo od czasu stosowania sztyftu, całe szczęście, pożegnałyśmy ten problem. I chyba dlatego to mój faworyt jeśli chodzi o kosmetyki Mustela, które miałam okazję poznać i przetestować.
Kosmetyki Mustela, które opisałam powyżej, okazały się przydatne zwłaszcza w zimowym okresie, kiedy skóra Polki mocno się przesusza, momentami zaczerwienia. Jestem typem osoby, która sceptycznie podchodzi do nowości. Jak już coś poznałam kilka lat temu, to nie widzę powodu, by to zmieniać - nawet jeśli ktoś mi mówi, że istnieje coś lepszego. Cieszę się, że tym razem się skusiłam i zrozumiałam, że czasem warto odłożyć na bok "sentyment" i dać się porwać nowemu. Ja czuję się porwana, ale całkiem mi z tym dobrze. Jestem mega podekscytowana, że na tym blogu swoje miejsce znalazły kolejne produkty, które mogę Wam - mamom - polecić z ręką na sercu. Każdy maluszek i każda skóra jest inna, ale mam nadzieję, że i u Was efekt będzie podobny jak u mnie. Po więcej informacji na temat tych, jak i innych kosmetyków Mustela, możecie zajrzeć tutaj. Ja osobiście przymierzam się teraz do kolejnych produktów, między innymi do szamponu.
A wy jak dbacie o skórę Waszych maluszków? Używacie kosmetyków, czy może tylko zwykłej wody? Macie jakieś swoje sprawdzone sposoby, na to, by skóra była nawilżona i nie była podatna na przesuszenia i podrażnienia? Jestem ciekawa Waszych opinii i sposobów!











Trzymiesięczna metamorfoza, to tak naprawdę trzy miesiące podłapywania dobrych nawyków i zaprzyjaźnianie się z siłownią. Już teraz, w tym miesiącu, chciałabym rozwinąć swoje wyzwanie i pokazać jego potencjał, ale myślę, że jeszcze trochę poczekam i będę trzymać się swojego postanowienia, że pierwszy etap potrwa do końca listopada. Od początku grudnia natomiast zacznie się... jazda bez trzymanki.
A jak poszło mi w październiku? Nie było łatwo. Nie jest łatwo, kiedy masz w domu gotującego mężczyznę, który po pracy potrafi zrobić stos babeczek, albo placek albo jakąś dobrą kolację... Zrezygnowanie z tego, to pewnego rodzaju rezygnacja z tego co tak bardzo nas łączy - miłość do dobrego jedzenia. Całe szczęście, coraz częściej udaje mi się go namawiać do zdrowszych alternatyw - a właściwie... on sam zaczął wybierać rzeczy bardziej lekkie i przekonuje się do produktów, które stoją u nas na półkach, np. olej kokosowy, mąka kokosowa itp. Ale przed NAMI jeszcze długa droga. Sama potrafię się zmobilizować, ale wieczory u jego boku - to już nie lada wyzwanie. Wciąż twierdzę, że grzeszę ostatnio zbyt często, ale zauważyłam, że kiedy już się na coś kuszę, mam umiar, którego nigdy wcześniej nie miałam. Coraz intensywniej ćwiczę też na siłowni, potrafię dać z siebie więcej, ale... muszę na tą siłownię iść rano. Problem jest wtedy, kiedy jestem zawalona spotkaniami służbowymi - nie ma opcji, żebym ruszyła tyłek wieczorem. Mobilizacji absolutnie brak! Poza tym w telewizji leci teraz tyle ukochanych seriali..
Zakończył się też pierwszy, pełny miesiąc z moim cateringiem dietetycznym DietBox.pl . Coraz częściej zastaję pod drzwiami paczkę z menu, które idealnie wpasowuje się w moje gusta. Raz na kilka dni zdarzy się coś co nie przypadnie mi do gustu, ale całe szczęście to tylko RAZ na kilka dni. Wyeliminowałam co prawda trzy składniki, których nienawidzę, ale jest ich dużo więcej o wielu nawet nie pamiętam, ale w praniu wychodzi, że jednak nie mogę ich przełknąć. Największy plus cateringu jest taki, że ... nic nie może się zmarnować, więc nawet jeśli coś mi się wydaje słabe... próbuję to. I takim oto sposobem okazało się, że lubię np. fasolę - każdy jej rodzaj! A byłam pewna, że nienawidzę!!! Okazało się, że UWIELBIAM ciecierzycę i soczewicę! Że kocham jakieś dziwaczne czasem wg mnie połączenia! Mam pełne zaufanie do ekipy DietBox.pl i ogromnie się cieszę, że mam możliwość korzystania z ich usług. Dostałam sporo zapytań o powtarzalność potraw - szczerze mówiąc jeszcze ani razu nic mi się nie powtórzyło. Dania są czasem podobne - trzy razy miałam fritattę, ale było to w dużych odstępach czasowych i za każdym razem była z czymś innym i inaczej smakowała. Swoją drogą - uwielbiam takie śniadania! Mam nawet ostatnio wrażenie, że dania są coraz lepsze i coraz bardziej smakowite - a progres cenię ogromnie. Tak naprawdę nie da się odczuć, że jesteśmy na jakiejś diecie - posiłki są mega zdrowe, ale nie przypominają wyglądem czegoś, co mogłoby nam pomóc schudnąć, wręcz przeciwnie - ciężko uwierzyć, że coś tak pysznego nas nie utuczy! I to jest piękna... "dieta". Posiłki zawsze są świeże, zawsze odpowiednio przyprawione. Nie mam naprawdę do czego się przyczepić i polecam z ręką na sercu.
Najciekawsze posiłki w październiku to:
Mam nadzieję, że i w tym miesiącu DietBox.pl da z siebie wszystko. Minus jest taki, że ciężko będzie mi się kiedyś odzwyczaić od takiej pudełkowej wygody. Jeśli macie jakieś pytania lub jakiś posiłek wpadł Wam w oko - napiszcie mi o tym i powiedzcie, czy chciałybyście osobny wpis z najciekawszymi przepisami na posiłki z mojego cateringu.
A... co z moimi celami? Czy udało się je zrealizować? Tak, ale ... troszkę inaczej. Moja masa mięśni zaczęła rosnąć i mimo tego, że wydawało mi się, że schudłam, okazało się, że... nie schudłam wcale! Owszem tłuszcz się zmniejszył, ale zastąpiły go mięśnie i choć waga nie drgnęła - moje ciało nago, wygląda jakby było o jakieś 3 kilogramy lżejsze! Chyba dojrzałam do tego, by obserwować swoje ciało w lustrze i tym się kierować, a nie cyferkami na wadze. Co prawda nie do końca jestem pewna, czy te same cyfry na wadze to nie powód tych dni, w które zawsze puchnę - ale myślę, że to nieistotne. Tak pokazuje się w to w pomiarach:
Nie mam konkretnych celów na listopad. Wiem, że na pewno chciałabym zejść poniżej 25% jeśli chodzi o tłuszcz. Listopad to ostatni miesiąc wyzwania, a właściwie "rozgrzewki", po której ruszymy z jeszcze większą siłą i mobilizacją! Mam jedynie nadzieję, że widok w lustrze będzie przy kolejnym podsumowaniu dużo lepszy! Mam też nadzieję, że po rozgrzewce, dołączy mnie do sporo kobiet, w każdym wieku! Doceniam i obserwuję wszystkie zdjęcia osób, które już teraz dołączyły do akcji na instagramie pod hashtagiem #fitchallengebymamala. Ostatnim razem Małgorzata zgarnęła ode mnie świetną książkę z koktajlowymi inspiracjami. ( dziękuję kochana za zdjęcie nagrody na insta!) ... W tym miesiącu niespodzianka poleci do... @PAULAGOTUJECOOKINGBLOG - aaa, ta dziewczyna to moja ogromna inspiracja! Jej dania to dzieła sztuki, a piękne zdjęcia są tego dowodem. Przepadłam na jej instagramie i blogu. Kochana odezwij się do mnie na priv!
A Wy... dołączcie do akcji i również pokażcie mi swój zdrowy styl życia - każdego miesiąca jedna z osób zostaje przeze mnie nagrodzona motywacyjnym upominkiem. Trzymajcie kciuki za moje dalsze postępy - ja trzymam za Wasze. Możecie też już teraz powiedzieć, czego oczekujecie po zakończeniu mojej "rozgrzewki" - jakich wpisów, jaki "porad", jakich tematów. Każdą propozycję wezmę sobie do serca. Dziękuję, że jesteście kochani! Żyjcie zdrowo !
Na koniec przypominam - relacje dotyczące moich posiłków i aktywności znajdziecie codziennie na instastory. Nick @mamalla.pl! Zapraszam :)
Chciałabym też ogłosić wyniki rozdania na FB, w którym do wygrania był pled i książki. Po pierwsze bardzo dziękuję... za super zabawę, w której udział wzięło prawie 300 osób! Jak się domyślacie, nagrodzić nie mogę każdego... to tylko zabawa. Mam nadzieję, że jeśli są tutaj osoby, które trafiły na ten blog właśnie dzięki temu konkursowi, zostaną tutaj nie tylko dla kolejnych konkursów, ale też dla wpisów na blogu. Wszystkim, którzy są na blogu po raz pierwszy, polecam zakładkę o życiu - mam nadzieję, że po przeczytaniu kilku tekstów, zostaniecie moimi wiernymi czytelniczkami, mamaloholiczkami! ;) Tymczasem pled i książki wędrują do... Joanny Gontarz !!! GRATULACJE ! :) Czekam na wiadomość priv na fb! Osoby, którym się nie udało - głowa do góry. Niebawem będziecie mieli okazję wygrać kolejne świetne rzeczy. Ściskam!
